Rozmowy

Rozmowy

Autorzy: Wojciech Młynarski

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.92 zł

Młynarski w osobistych rozmowach.

Wojciech Młynarski był bardzo wymagającym rozmówcą. Nade wszystko cenił sobie, jak sam zawsze powtarzał, inteligentną wymianę myśli. I puentę! W rozmowach z dziennikarzami i z córką Agatą (w podwójnej roli), zebranych z ostatnich lat, opowiada o miejscach i ludziach, których mijał w życiu. I znowu, jak w jego piosenkach, które są cały czas z nami, będzie o wierze, nadziei i… optymizmie. Młynarski sam o sobie, początkach pisania, rodzinie i grze o wszystko. Z właściwą sobie klasą, dystansem i błyskiem. Szczerze, bo intymnie, mądrze, bo z bagażem doświadczeń.

Miłe panie i panowie bardzo mili, to prawdziwa uczta intelektualna. I szansa na pobycie przez chwilę z Mistrzem. Absolutnie.

Tęsknię za tatą, z którym się fantastycznie rozmawiało. Bo to była rozmowa bardzo wymagająca, błyskotliwa i motywująca.

I łapię się na tym, czytając tę książkę, że mogłabym mieć tych naszych rozmów więcej. Ale cieszę się, że odważyłam się chociaż na tyle i tyle mi się udało.

Agata Młynarska

Tata był niesamowicie finezyjny. Grał na bardzo wysokich tonach, rozmawiając ze mną jako małym dzieckiem. Więc te rozmowy, ta umiejętność czytania symboliki, ukrytych znaczeń, to jest to, czego ojciec mnie nauczył. To były moje lekcje.

Paulina Młynarska

Wojciech Młynarski (1941–2017) – absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Filolog, poeta, satyryk, artysta kabaretowy, konferansjer, dramaturg, scenarzysta, librecista, tłumacz, felietonista, kompozytor, reżyser teatralny i wykonawca swoich piosenek. Autor ponad 2000 tekstów piosenek. Debiutował na początku lat sześćdziesiątych w kabarecie i w teatrze studenckiego klubu Hybrydy. Współpracował z kabaretami Dudek, Owca i Dreszczowiec. Przez lata związany ze sceną Teatru Ateneum, na której stworzył legendarne spektakle: "Brel", "Wysocki", "Hemar – piosenki i wiersze", "Młynarski – recital". Uznawany jest za twórcę nowej formy artystycznej – felietonów śpiewanych. Jego piosenki, pisane m.in. dla Skaldów, Hanny Banaszak, Kaliny Jędrusik, Haliny Kunickiej, Andrzeja Zauchy, Zbigniewa Wodeckiego, Alicji Majewskiej, Ewy Bem, Maryli Rodowicz, Edyty Geppert, Michała Bajora, Krystyny Prońko czy Ireny Santor, stały się ponadczasowymi przebojami. Odznaczony Złotym Medalem „Gloria Artis”, Złotym Krzyżem Zasługi oraz tytułem Mistrza Mowy Polskiej. Został pochowany w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.

Copyright © Agata Młynarska, Paulina Młynarska, Jan Emil Młynarski, 2018

Projekt okładki

M.P.

Zdjęcie na okładce

© Piotr Fotek/Reporter

Zdjęcia w książce

Prywatne Archiwum Wojciecha Młynarskiego; Zygmunt Rytka; Jan Bogacz; Jan Bartosik; Paweł Ratajczak; Władysław Pawelec; Piotr Nowak; Zygmunt Rytka/Instytut Teatralny; Grażyna Makara/Agencja Gazeta; Marek Karewicz/East News; Laski Diffusion/East News; Zenon Zyburtowicz/ East News; Tricolors/East News; Jan Bogacz/TVP/East News; Archiwum Z. i K. Komedów/East News Marek Karewicz/Forum; Jerzy Płoński/Forum; Janusz Sobolewski/Forum; Andrzej Wiernicki/Forum; Harry Weinberg/Fotonova; Jacek Poremba/Fotonova; Czesław Czapliński/Fotonova; Piotr Fotek/Reporter; Zofia Nasierowska/Reporter; Przemysław Pokrycki/Reporter; Donat Brykczyński/Reporter; Michał Kułakowski/Reporter; Mieczysław Włodarski/Reporter, Maria Winek

Zdjęcia na stronie 70, 71 i 72 zostały przedrukowane z książek Barbary Młynarskiej-Ahrens: Zielnik rodzinny (Warszawa, 1998) i Nasze mamy (Warszawa, 2015) dzięki uprzejmości ich autorki.

Redaktor wydania

Michał Nalewski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Maria Talar, Anna Godlewska

Wydawnictwo pragnie podziękować Fundacji im. Wojciecha Młynarskiego za konsultacje

merytoryczne oraz udostępnienie archiwum, które znacznie wzbogaciło książkę,

oraz pani Annie Barc i całemu Teatrowi Ateneum za pomoc i przekazane materiały.

Wydawca dołożył wszelkich starań, by dotrzeć do wszystkich właścicieli i dysponentów praw autorskich do zdjęć zamieszczonych w niniejszej książce.

Ze względu na to, że do dnia oddania książki do druku nie udało się ustalić niektórych autorów zdjęć i źródeł ich pochodzenia, wydawca zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia osobom uprawnionym, których tożsamości nie udało się ustalić, niezwłocznie po zgłoszeniu się do wydawcy.

ISBN 978–83–8123-661-4

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Z cyklu „Miłe Panie i Panowie bardzo mili” – nieopublikowany fragment rymowanej recenzji do książki prof. Jerzego Bralczyka i Michała Ogórka.

NASZE ROZMOWY Z TATĄ

AGATA MŁYNARSKA

Miałam z tatą dwa rodzaje rozmów – prywatne i zawodowe.

Pierwszy typ rozmów to te, które toczyliśmy od kiedy pamiętam, czyli pogaduchy na każdy temat. Z poczuciem humoru, czasem z ironią, sarkazmem.Tata traktował rozmowę jako inteligentną wymianę myśli, uważał, że nic ciekawszego nie może się wydarzyć między dwojgiem ludzi. Takie rozmowy zapamiętałam z kuchni w domu przy Łowickiej, z wyjazdów do Kościeliska i z mojego domu w Zalesiu.

W szkole podstawowej zachorowałam w trakcie naszych ferii w Kościelisku. Wtedy ojciec co wieczór siadał na brzegu łóżka i rozmawiał ze mną; czasem też czytał na głos Pana Tadeusza. Aż pewnego wieczoru przyniósł mi Quo Vadis mówiąc: „Przeczytaj to, będziemy mieli o czym gadać”. Potem często rozmawialiśmy o książkach.

Dla taty rozmowa to nie było zwykłe „szabadaba”. To nigdy nie była paplanina bez sensu. Tata tego nie cierpiał. Mówił: „Jeśli nie wiesz, co powiedzieć, to w ogóle nie mów. Jeśli nie umiesz czegoś spuentować, jeśli nie umiesz zachwycić opowieścią, to w ogóle nie zabieraj się do mówienia. Skup się, by powiedzieć >tak< lub >nie< i to będzie lepsze”. Ogromne znaczenie dla taty miało też to, jak się wysławiamy, jak akcentujemy słowa, czy mówimy wyraźnie. On nie tolerował niechlujstwa, także w mowie. W domu mieliśmy swoją lożę szyderców, cały arsenał środków parodystycznych, i sprawiało nam dziką frajdę, kiedy mogliśmy naśladować różnych rozmówców i odmienne style mowy polskiej. To był taki domowy teatr mowy. Nasiąknęłam nim do szpiku. Dziś jest naszym rodzinnym kodem.

Bardzo często dzwonił do mnie z samego rana i mówił – „Potrzebny mi twój mózg”. Nie czekając na odpowiedź czytał świeżo napisany tekst. Bardziej niż recenzenta potrzebował natychmiastowego słuchacza. Kilka razy zdarzyło nam się pospierać o formę, pointę lub długość piosenki. Niecierpliwił się wtedy, czasem złościł. Za chwil kilka wracał z poprawionym tekstem. Zawsze genialnym, w punkt.

Rozmowy zawodowe z tatą pojawiły się w moim życiu dopiero, kiedy byłam dorosła. Podchodziłam do nich dość długo – nie było łatwo stanąć naprzeciwko: córka dziennikarka i tata artysta, który nie palił się do udzielania wywiadów. Ale kiedy nastąpił trudny dla nas wszystkich moment, gdy tata po raz kolejny zachorował i wycofał się z aktywnego życia, powstał pomysł, żeby wydać jego wiersze i piosenki. Była to okazja, by uporządkować twórczość taty i o niej porozmawiać. Zdecydowałam wtedy, że przygotuję wstęp, który będzie naszą rozmową. Tata się zgodził. To był mój pierwszy zawodowy raz z ojcem. Na początku nie umiałam znaleźć granicy między pytaniami dziennikarki a córki. Wiedziałam, że muszę symbolicznie pożegnać małą dziewczynkę, która pragnie być blisko taty a dopuścić do głosu dziennikarkę, która potrafi spojrzeć z boku obiektywnie na rozmówcę. To był chyba najtrudniejszy proces – uczyłam się rozmawiać z tatą jako dziennikarka.

W rozmowach z tatą najtrudniejsza była jego dominację nad rozmówcą. Zawsze prowadził dialog tak, jak on chciał. Był także bardzo wyczulony na pytania dotyczące wspomnień z dzieciństwa, w tym swojego ojca, który go wcześnie osierocił. Nie chciał być posądzony o tani sentymentalizm. Nie znosił tego. Wydawało mu się, że harda postawa twardego faceta będzie w życiu lepszym wyborem. Jeśli przytulał to mocno, jeśli rozmawiał to twardo, krótko.

Pomyślałam, że muszę się z tym zmierzyć, bo my i nasze dzieci nie dowiemy się nigdy, jak wyglądało dzieciństwo ojca widziane jego oczami. Tata, jak zawsze, umówił się ze mną na konkretną godzinę w swoim mieszkaniu przy Lwowskiej. Przeobrażał się w człowieka, który nie do końca przypominał mi mojego tatę. Był precyzyjny, trochę zdenerwowany. „Masz być punktualnie”. Było „za pięć”, dzwonił, pytał, gdzie jestem. Jak weszłam, wszystko już było przygotowane. Stała nawet szklanka z wodą. Jakby dla gościa całkiem obcego, a przecież ja często do tego domu przychodziłam tak po prostu pogadać, wypić herbatę. On czuł, że córka przychodzi do niego w innej roli – jako dziennikarka.

Podczas rozmowy poruszyliśmy wiele wątków osobistych. Jak wychowywać dzieci, jaki był jego ojciec, mama, czym jest ojcostwo, skąd czerpał wzory bycia ojcem. To były dla niego naprawdę trudne pytania. Zawsze miałam poczucie, że nie powinnam sprawić tacie zawodu ani przykrości. Dlatego w najdelikatniejszy sposób zapytałam go o jego chorobę psychiczną. To był pierwszy raz, kiedy tata o niej powiedział.

Bardzo sobie ceniłam te rozmowy, chciałam w nich „zapunktować”. Dlatego też poszłam na polonistykę – chciałam mieć wspólne tematy do rozmowy. A wiadomo było, że o emocjach i życiu codziennym z tatą się nie pogada; można było rozprawiać wyłącznie o tym, co jemu było bliskie. Więc ten mianownik zawodowy trzeba było uwspólnić. Na trzecim roku studiów napisałam pracę z teorii literatury poświęconą twórczości taty. A potem już zaczęłam przygodę z telewizją i jako redaktor zrealizowałam wiele programów, recitali i koncertów Taty.

W 2013 roku zadzwoniła do mnie redaktorka z telewizyjnej Dwójki z pytaniem, czy nie mogłabym poprowadzić programu „Rozmowy poSzczególne” z tatą. Pracowałam wtedy w Polsacie i zapytałam, czy to to nie pomyłka. Ona powiedziała, że to gość wybiera sobie rozmówcę.

– To jest niemożliwe, żeby tata wybrał mnie, bo po pierwsze to w ogóle nie jest możliwe, a po drugie ja jestem w Polsacie. Ktoś się pomylił.

– Nie, absolutnie, pani Agato. Ojciec powiedział, że w grę wchodzi rozmowa tylko z panią.

– Dobrze, to ja zadzwonię do taty i się dowiem.

Zadzwoniłam do taty:

– Tato, jak to jest możliwe, że dzwoni do mnie pani z Dwójki i mówi, że mam tam z tobą jakiś wywiad przeprowadzić?

On mówi:

– No tak.

– Ale to chyba jakaś pomyłka, ty najpierw powinieneś do mnie zadzwonić?

– Dlaczego? To jest chyba zadanie redaktora.

– No, ale postawiłeś mnie w sytuacji kompletnie zaskakującej.

– Ale chyba się zgodziłaś?

– Wiesz tato, ja jestem w Polsacie. Czy ty jesteś pewien, że to jest dobry pomysł?

– Inaczej sobie nie wyobrażam tej rozmowy. Jesteś przecież całkiem udatną dziennikarką.

Słowo „udatną” zapamiętałam na zawsze. Myślę, że w jego mniemaniu był to wielki komplement. Poczułam się bardzo doceniona i szczęśliwa. Ale wiedziałam też, że czeka mnie jedno z najtrudniejszych zadań.

Kiedy znaleźliśmy się w Teatrze Ateneum, tata stworzył bardzo napiętą i niechętną atmosferę. Wszyscy chodzili na palcach, bali się odezwać. Był niezadowolony kiedy mu przypinano mikrofon, kiedy ustawiano światło. Wszystkich poganiał. Pomyślałam sobie, że jeżeli ten jeden raz nie walnę pięścią w stół i nie okiełznam w nim rozkapryszonego artysty, geniusza, złośnika i furiata, to stacja będzie miała zniszczony program, a my rodzinną reputację. Wzięłam go za rękę, spojrzałam w oczy i powiedziałam: „Tato, czy możesz ten jeden raz pomóc mi i być po mojej stronie? To jest program, w którym biorę udział na Twoją prośbę, ja cię o to nie prosiłam. I albo mi pomożesz, nam pomożesz i to się uda, albo w tej chwili się rozejdźmy i będzie skandal”. Widziałam przez sekundę na jego twarzy kompletną konsternację, jakby przeleciał przez nią tajfun. Nie spodziewał się tego po mnie. Ale pomogło! Rozmowa przebiegła naprawdę dobrze.

Wszystkie moje wywiady z tatą znalazły się w tej książce. Co było dla mnie zdumiewające, w żadnym z moich wywiadów nie przekreślił ani słowa. W żadnym nic nie zmienił.

Ostatnia nasza rozmowa odbyła się już w szpitalu. Spędził w nim, z przerwami na leczenie w domu, prawie dwa lata. Nie był tam skory do rozmów. Bardzo cierpiał i potrzebował ciszy. Bywały dni, że tylko milczeliśmy.

– Tato, co jest dla ciebie ważne?

– Wy jesteście dla mnie ważni.

– A dlaczego nam tego nie mówiłeś?

– No przecież to jest takie oczywiste.

– A dlaczego nie mówiłeś, że mnie kochasz?

– Naprawdę? No przecież ja cię bardzo kocham, córeczko.

To była nasza ostatnia rozmowa. Trzy pytania i trzy odpowiedzi. „Te trzy elementy”.

PAULINA MŁYNARSKA

Ojciec, w związku ze swoją chorobą afektywną dwubiegunową nie miał jednorodnej osobowości. Miewał okresy bardzo silnej aktywności – w hipomanii był niesamowicie, wręcz niezdrowo gadatliwy, i okresy depresji, kiedy nie mówił prawie nic. W związku z tym trudno wyprowadzić jeden wzór na rozmowę z tatą. Jest jednak pewien wspólny mianownik tych rozmów: i w okresach euforii mentalnej, i w okresach obniżenia nastroju był absolutnie i bezwzględnie uczciwy. Nigdy nie kłamał. Nie znosił konfabulacji. Kiedy żartował, przesadzał albo koloryzował, to robił sobie tylko znany zabieg stylistyczny w rozmowie, który był dla nas oczywistym i czytelnym sygnałem, że oto właśnie w powietrzu zawisł cudzysłów. W przestrzeń między tym cudzysłowem tata wlewał treść, o której było wiadomo, że trzeba ją traktować żartobliwie.

W ten cudzysłów trafiały także dosadne żarty z naszego rodzinnego domu. Ojciec uwielbiał Sztaudyngera. Nawet kiedy byliśmy dziećmi, nie było u nas słów na indeksie. Nie było żadnego tabu, jeśli chodzi o słowa. Dlaczego o tym opowiadam w kontekście rozmów z tatą? Dlatego, że jego uczciwość wiązała się też z oczekiwaniem, że człowiek w sposób empatyczny i kulturalny dopasuje się do poziomu, nastroju albo stanu swojego rozmówcy. To wynikało z bardzo wysokiej kultury i z bardzo dobrego wychowania, jakie tata otrzymał, i które przekazał nam, żeby „znać proporcje, mocium panie”. Żeby wiedzieć, do kogo adresujemy słowa.

Ze mną rozmawiał w sposób, który był ciekawy dla niego. Każdy rodzic wie, jakie to czasem bywa męczące i nudne bawić się z dzieckiem albo odpowiadać na te tysiące pytań. Tata sobie to organizował w taki sposób, żeby przebywanie z dzieckiem było ciekawe. Mogę powiedzieć, że mnie niesamowicie stymulował intelektualnie. Oczekiwał partnerstwa i tempa, puenty, błysku. Szybko się połapałam, że aby z ojcem gadać, muszę mieć coś do powiedzenia. Nie byle co. Dużo czasu spędzałam z nim sam na sam. Często mu towarzyszyłam na wyjazdach, zwłaszcza gdy nie było szkoły. Spędzaliśmy we dwójkę długie deszczowe, letnie tygodnie w Kościelisku. W ostatnie takie wakacje miałam chyba czternaście lat. Tata oczywiście coś pisał na dole w swojej tzw. gawrze. W czasie, kiedy nie pracował, godzinami graliśmy w karty, głównie w pokera. Czasem w szachy. Codziennie jechaliśmy do ZAiKS-u na obiad, wracaliśmy i do wieczora rżnęliśmy w karty na zapałki! I różne rzeczy sobie opowiadaliśmy. W wypadku ojca te rozmowy nigdy nie były sentymentalne. U mamy i u dziadków pojawiało się bardzo dużo narracji wspomnieniowych, związanych z dzieciństwem i traumą wojenną. On nie miał w sobie nic z ofiary. Nigdy nie mówił, jak mu było ciężko. A wiem, że było. Rozmawiał o rzeczach abstrakcyjnych, często o poezji. Pamiętam, że opowiadał mi jakiś niemiecki, dedeerowski film, który go zachwycił. Że była tam scena, w której samolot leci nad takim małym, ponurym niemieckim miasteczkiem. Ale nie widzimy samolotu, tylko fragment cienia skrzydła i słyszymy warkot. Pamiętam, że na tym przykładzie wytłumaczył mi, na czym polega budowanie opowieści. Że jeśli ktoś nie ma talentu i inteligencji, to musi pokazać cały samolot i najlepiej, żeby jeszcze ludzie się gapili w górę. Natomiast jeśli ktoś ma talent, pomysł, polot, to wystarczy fragment cienia. I już wszyscy wiedzą, o co chodzi. Tata był niesamowicie finezyjny. Myślę, że grał na bardzo wysokich tonach, rozmawiając z małym dzieckiem. Umiejętność czytania symboliki, ukrytych znaczeń to jest to, czego ojciec mnie wtedy nauczył. To były moje uniewerstytety.

Gdybym miała wskazać jedną, „dożylną”, zapadającą w pamięć na całe życie rozmowę z ojcem, to nie mam wątpliwości, o którą chodzi. Ta rozmowa przestawiła mi bowiem życiową zwrotnicę. To był 2003 rok. Mieszkałam wtedy w Paryżu. Czułam, że nie udał mi się ówczesny związek i że, mimo pozornego życiowego sukcesu, w ogóle nie chcę tam już być. Jednak nie potrafiłam się do tego przyznać, wstydziłam się porażki. Strasznie się miotałam. Chodziłam zaryczana, z petem w ustach, w żałosnym białym szlafroku po domu w Kościelisku, dokąd przyjechałam, by spędzić z tatą i moją córką święta. Okropnie nie chciałam się pakować i wracać do Paryża – do „siebie”. Tata popatrzył na mnie i powiedział: „Lola, nie bój się zawracać. Można zawracać. Tam dalej jest tylko mur. Co będziesz walić makówką w ten mur? Rozwalisz łeb. Bez sensu. Bierz tego dzieciaka i zawracaj”. No i zawróciłam. I bardzo dobrze zrobiłam.

Ta scena ma swój epilog, dlatego że dokładnie w tym czasie w Kościelisku tata napisał piosenkę pod tytułem Przejazdem tu jestem, przejazdem. Do niedawna nie wiedziałam o jej istnieniu, umknęła mi. Pod koniec 2017 roku wygrzebała ją w archiwum reżyserka Agnieszka Glińska, szukając materiałów do spektaklu we Wrocławiu do Gali Piosenki Aktorskiej. Byłam w Indiach, Agnieszka mi to wysłała, a ja poczułam się, jakby ojciec z innego wymiaru do mnie przemówił. Pomyślałam sobie: Mój Boże, przecież to piosenka o mnie. On tak o mnie myślał. W tej piosence jest bowiem wszystko na mój temat. I tu dochodzimy do słynnego pytania Kaliny Jędrusik, które pojawi się na kartach tej książki: skąd on tyle wiedział o naturze kobiety?

Rok przed śmiercią przez wiele dni tata był w śpiączce. Siedziałam przy nim w szpitalu, czekając aż się wybudzi, i co jakiś czas poprawiałam mu coś tam przy łóżku. W pewnym momencie niechcący potrąciłam go w nos. Zaczęłam przepraszać, tłumacząc: „Tatusiu, wiesz, że zawsze bardzo uważam! Przepraszam, przepraszam!”. I nagle, po kilku tygodniach bez kontaktu, usłyszałam zupełnie trzeźwo i dziarsko brzmiące słowa: „Cholera cię tam wie!”. Poryczałam się z radości.

JAN EMIL MŁYNARSKI

Moja relacja z ojcem nie była łatwa. Rodzice się rozwiedli, kiedy miałem dwanaście lat. Zamieszkałem z mamą, a ojciec się przeprowadził do mieszkania przy ulicy Krasickiego. Wcześniej, nawet kiedy znikał i znowu się pojawiał, dom był dla niego rodzajem bazy, więc trudno było mu się odnaleźć w nowej sytuacji, zupełnie samemu. Miał taki zwyczaj, że wiele rzeczy składował na podłodze, zresztą ja mam podobnie. Książki, albumy, płyty, rzeczy do wykonania, rzeczy już zrobione, wszystko układał w stosikach na podłodze. W tamtym czasie, po jego wyprowadzce, odwiedziłem go kilkakrotnie. Rozmawialiśmy na bardzo bieżące tematy – głównie związane z moją szkołą, ale też o jego pracy, bo tata wówczas bardzo intensywnie tworzył, m.in. wspólnie z Jerzym Dudusiem Matuszkiewiczem.

Drugim etapem moich kontaktów z tatą był okres licealny. W klasie maturalnej podjąłem z nim rozmowy o literaturze, bo chciałem się przygotować do egzaminu dojrzałości i bardzo mnie interesowały jego opinie o szkolnych lekturach. Co taki człowiek ma do powiedzenia o książkach z nudnych lekcji polskiego. Wtedy zobaczyłem, że tata niespecjalnie miał ochotę perorować na ten temat. Ale pomógł mi, podpowiadając, abym się zgłosił do profesora Juliana Lewańskiego. Odbyłem kilka spotkań z profesorem i to były jedne z ciekawszych lekcji literatury w moim życiu.

Co godne uwagi, bardzo szybko okazało się, że moi ulubieni poeci byli także ulubionymi ojca. Tak zwani poeci szkolni przestali dla mnie być „szkolnymi” dzięki kilku rozmowom z kimś głęboko zafascynowanym ich dorobkiem, biografią, myślą. Z kimś, kto teraz zasiada z nimi przy jednym stole. Historyjki pani od polskiego zostały zdemaskowane i uzupełnione o zupełnie nowe fascynujące rozdziały. Rozmowy z ojcem były krótkie, bez większego zaangażowania z jego strony, ale pozwoliły mi zmienić optykę patrzenia na Norwida, Słowackiego, Krasickiego. Ojciec kochał Fredrę, ale nade wszystko cenił Jana Kochanowskiego.

Jakiś czas później ojciec zamieszkał przy Lwowskiej w mieszkaniu babci. Pamiętam, że jakoś na etapie matury wspomniałem, że lubię Herberta. Ojciec załatwił mi tomik 89 wierszy z autografem mistrza. Nie wiem, czy tak wyrażał uczucia, czy chciał zachęcić do czytania i nauki. Pewnie jedno i drugie.

Później na długie lata kontakt się urwał, aż przyszedł 2010 rok, kiedy z zespołem Młynarski Plays Młynarski nagrałem płytę z jego piosenkami Rebeka nie zejdzie dziś na kolację. To była bardzo specyficzna rzecz, bo nagrywałem to jako syn wielkiego autora, nagrywałem jego utwory, sam będąc muzykiem, i robiłem to w kompletnym oderwaniu od jakiegokolwiek kontaktu z nim. Ludzie zadawali mi proste pytanie „dlaczego”, a ja i wtedy, i dziś odpowiadam, że nie nagrałem tej płyty, żeby nawiązać kontakt z ojcem, choć to bardzo medialna i składająca się w piękny obrazek wizja. Chciałem się po prostu uporać z piosenkami, które nosiłem w sobie, bo słyszałem je jako jedne z pierwszych w życiu.

Tak więc po długim czasie nie spotykania się w 2009 roku zadzwoniłem do taty i powiedziałem, że mam zamiar zrobić pewien projekt z wykorzystaniem jego piosenek. Brałem pod uwagę, że ojciec się nie zgodzi, co zdarzało mu się wiele razy, nawet gdy nie miał prawa się nie zgodzić. Ale nie protestował. Zaprosiłem go później do domu przed puszczeniem płyty do tłoczni, żeby mógł jej odsłuchać. Przyjechał i przesłuchał całą płytę od początku do końca, bez żadnej przerwy. Ojciec zawsze słuchał całych płyt od A do Z. Następnie zadał kilka bardzo fachowych pytań. Pochwalił Gabę Kulkę, wybór piosenek, wskazał też swoje ulubione. O to, co mu się niespecjalnie podobało, po prostu spytał, czy tak musi być. I poprosił o egzemplarz po wydaniu.

Jednym z tekstów, który wszedł na płytę, była Szara kolęda. Zadzwoniłem do ojca, czy chciałby zaśpiewać ostatnią zwrotkę. I o dziwo się zgodził, więc można powiedzieć, że zrobiliśmy coś razem. Płyta zaczęła żyć swoim życiem i w 2011 roku dostała dwie nominacja do Nagrody Muzycznej Fryderyk za fonograficzny debiut roku i album roku w kategorii piosenki poetyckiej. A to były Fryderyki, na których ojciec otrzymał Złotego Fryderyka za całokształt. I kiedy odbierał na scenie nagrodę, w żaden sposób nie odniósł się do tego, że ja jestem tam z nim, i że wśród nominowanych dzieł jest nasza wspólna płyta. Było to nie tyle przykre, co dziwne, ale tak się właśnie układały nasze trudne relacje i tego typu sytuacje zdarzały się często, więc znałem już to uczucie zawodu.

Ostatnim etapem był czas choroby ojca, kiedy wraz z siostrami przyjechaliśmy z różnych mentalnie światów, żeby się nim zająć. I zacząłem znowu go odwiedzać i rozmawiać, ale podobnie jak wcześniej nie były to poważne rozmowy o życiu. Na tego typu tematy nigdy nie mówiliśmy. Pamiętam spotkanie, które szczególnie utkwiło mi w pamięci. Z ojcem było już bardzo źle, odwiedziłem go w szpitalu i on zapytał po prostu, co słychać. A ja odpowiedziałem, że pracuję nad drugą płytą z Warszawskim Combo Tanecznym i wybieramy różne piosenki. „Sprawdź kompozycje Zygmunta Białostockiego” – powiedział. A wiedziałem, że mówi to człowiek, który jest ulepiony z tych czasów i to jest zabawne, bo pierwsza płyta Combo w dużej mierze odniosła sukces dzięki piosence Ach te Rumunki autorstwa Białostockiego właśnie... Wtedy pożałowałem jako dorosły i świadomy człowiek, że nie możemy o tym pogadać i że na wiele pytań nigdy nie dostanę od taty odpowiedzi.

Dziś mam poczucie, że są ludzie, którzy znają mojego ojca dużo lepiej ode mnie. Ojciec lubił ludzi nawet czasami bardziej niż oni jego. A ja mam z nim mały staż bezpośredni i nie da się ukryć, że nie odczuwałem z nim więzi.

Im jestem starszy, tym bardziej rozumiem, że jego życiową tragedią była choroba. Bo myślę, że gdyby na nią nie zapadł, to byłby szczęśliwym człowiekiem. Pytanie tylko, czy napisałby tyle, ile napisał i czy stałby się tym człowiekiem, którym był. Przecież w życiu nic nie jest za darmo.

SZANOWNY CZYTELNIKU

Oddajemy w Twoje ręce tom rozmów z Wojciechem Młynarskim.

Bardzo chcieliśmy, żeby w pierwszą rocznicę śmierci znowu do nas przemówił. I żebyśmy znowu mieli szansę go posłuchać.

W ostatnich latach życia wycofał się z działalności publicznej, ale rozmowę nadal uważał za jedną z najwspanialszych rzeczy, jaka może się przydarzyć dwojgu ludziom. Zawsze miał w zanadrzu puentę, anegdotę, historyjkę, a nawet rym. Fantastycznie opowiadał i żartował, choć nie był gadułą. Ważył słowa. Cenił milczenie. Uważał, że w słowach mniej znaczy więcej. Nie tolerował bylejakości.

Z nami – jego wierną publicznością, rozmawiał setkami swoich tekstów, a każdy udzielony przez niego wywiad był żywo komentowany. Potrafił patrzeć szeroko, mądrze i z dystansem. Wiedział, jaka siła kryje się w inteligentnym dowcipie, jak groźna to broń na głupotę, hipokryzję i tandetę. A co powiedziałby nam dzisiaj?

Na książkę złożył się zapis rozmów z Wojciechem Młynarskim przeprowadzonych w latach 2007–2015 przez Agatę Młynarską oraz fragmenty wywiadów z innymi dziennikarzami z lat 1975–2015.

Agacie Młynarskiej, która występowała w trudnej podwójnej roli córki i dziennikarki, udało się namówić artystę na zwierzenia o dzieciństwie, emocjach i o ojcostwie.

Inny ton miały wywiady, których Wojciech Młynarski udzielił do prasy i telewizji. W nich także chętnie przytaczał anegdoty i powracał do wspomnień, ale jego pamięć wędrowała innymi ścieżkami. W tych wywiadach to on zakreślał przestrzeń wokół kolejnych pytań, a kiedy raz postawił granice, niełatwo było zrobić w nich wyłom.

Kompilacja fragmentów tych kameralnych i bardziej oficjalnych rozmów ułożyła się w nieomal biograficzną opowieść o Wojciechu Młynarskim.

Szczególnie serdecznie chcemy podziękować wszystkim dziennikarzom, którzy rozmawiali z Wojciechem Młynarskim mimo częstych trudności i oporu z jego strony. Był wymagającym interlokutorem i tylko dzięki ich ciekawości, mądrości i warsztatowi te wywiady są i już zawsze będą dla nas źródłem nieocenionej wiedzy na temat twórczości Młynarskiego i jego stosunku do życia.

A gdybyś, Szanowny Czytelniku, po przeczytaniu tej książki poczuł niedosyt, to w bibliografii znajdziesz wskazówki, gdzie szukać pełnego zapisu tych rozmów.

Publikację znacząco wzbogaciło imponujące prywatne archiwum Wojciecha Młynarskiego. Jeszcze nie raz do niego zajrzymy, chcemy bowiem powracać do rozmów z tym znakomitym artystą.

Z wyrazami szacunku,

Fundacja imienia Wojciecha Młynarskiego:

Agata Młynarska-Schmidt, Paulina Młynarska,

Jan Emil Młynarski

oraz redaktor wydania Michał Nalewski

ROZDZIAŁ 1

TAKA PIOSENKA, TAKA BALLADA

Oj, lubicie wy piosenki

z byle jakich słów i nut,

co sprzedają swoje wdzięki,

ale zimne są jak lód,

albo tanim makijażem

pacykują ten nasz świat,

no a mnie się ciągle marzy

już od kilku ładnych lat...

Taka piosenka, taka ballada,

co byle czego nie opowiada,

bo słów jej szkoda, bo krew nie woda,

bo nagli czas;

taka piosenka, taka ballada,

która naszemu życiu wykrada

w nagłym porywie to, co wstydliwie

skrywamy w nas;

taka piosenka, taka ballada…

Mówił o sobie, że ruchy ma „wiatrakowate”, nienajlepszą dykcję i błędne oko. A jednak profesorowie Kazimierz Rudzki i Aleksander Bardini zachęcili go do śpiewania własnych piosenek. I to był strzał w dziesiątkę.

Jestem tekściarzem, czyli osobą, która zawodowo zajmuje się pisaniem tekstów dla innych artystów. Muszę stworzyć utwór, który będzie pasował do temperamentu wykonawcy. Uwzględnić jego możliwości wokalne oraz aktorskie. Często zdarza się tak, że dany tekst trzeba kilka razy poprawiać, aby piosenkarz był zadowolony. Najtrudniej jest pisać dla siebie. Publiczność jest wymagająca. Za każdym razem oczekuje czegoś nowego, aktualnego i zabawnego. Ciągle chce być zaskakiwana.

Nigdy się nie obrażam za sformułowanie „tekściarz”, nie traktuję tego pejoratywnie. Dla mnie jest to po prostu rzemiosło. A pisanie tekstów to trudny zawód.

Nie bardzo wierzę w natchnienie. Uważam, że skoro ma się pomysł i umie się coś od strony formalnej, to wystarczy usiąść i zacząć myśleć, a zaraz potem pisać. A formy, jaką jest piosenka, można się w znacznej mierze nauczyć. Śledząc wspaniałe wzory. Dla mnie takimi wzorami byli ludzie z STS-u, czyli Agnieszka Osiecka i Andrzej Jarecki. Także wielkie nazwiska z międzywojnia: Julian Tuwim, Marian Hemar. No i bliski mi Jeremi Przybora. Brałem sobie jego teksty i linijka po linijce analizowałem, jak on to wszystko buduje, jak konstruuje tę wspaniałą formę. Artysta musi się nałykać wiedzy, której nie może wyczytać z podręczników, szczególnie gdy chodzi o coś takiego jak kabaret, piosenka. Nie ma żadnych skutecznych kursów, warsztatów kształcących tekściarza. Myślę, że nawet jeśli są gdzieś organizowane, to niewiele dają. Więc można siedzieć dzień, parę dni i piosenkę się napisze. Więcej, należy piosenkę wysiedzieć.

Krytyka

Kiedyś, jak mi ktoś powiedział, że tekst trochę nie wyszedł, to się złościłem i miałem pretensje. Teraz jest inaczej. Nad uwagami się zastanawiam. Życie nauczyło mnie, że żadnej opinii nie należy pomijać. Nawet jeśli po przemyśleniu stwierdzę, że jest niesłuszna.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

NASZE ROZMOWY Z TATĄ

AGATA MŁYNARSKA

PAULINA MŁYNARSKA

JAN EMIL MŁYNARSKI

SZANOWNY CZYTELNIKU

ROZDZIAŁ 1. TAKA PIOSENKA, TAKA BALLADA

ROZDZIAŁ 2. RÓBMY SWOJE

ROZDZIAŁ 3. NIE MA JAK U MAMY

ROZDZIAŁ 4. CHROŃMY DZIECI

ROZDZIAŁ 5. FRUWA TWOJA MARYNARA

ROZDZIAŁ 6. JA SIĘ NIE PRZYZWYCZAJĘ

ROZDZIAŁ 7. W CO SIĘ BAWIĆ?

ROZDZIAŁ 8. BYNAJMNIEJ

ROZDZIAŁ 9. OGRZEJ MNIE

ROZDZIAŁ 10. MAJSTER BUŁAT

ROZDZIAŁ 11. TU CZAS I WIEK NIE MA ZNACZENIA

ROZDZIAŁ 12. ODWIEDZIŁEM STAREGO MUZYKA

ROZDZIAŁ 13. JAK ARTYŚCI SZLI DO NIEBA

ROZDZIAŁ 14. ABSOLUTNIE

SZANOWNI PAŃSTWO

BIBLIOGRAFIA

Spis treści

NASZE ROZMOWY Z TATĄ AGATA MŁYNARSKA

PAULINA MŁYNARSKA

JAN EMIL MŁYNARSKI

SZANOWNY CZYTELNIKU

ROZDZIAŁ 1. TAKA PIOSENKA, TAKA BALLADA

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rozmowy W Polskę idziemy Od oddechu do oddechu. Najpiękniejsze wiersze i piosenki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana