Wyspa Węży

Wyspa Węży

Autorzy: Małgorzata Szejnert

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 28.72 zł

Porządkując stare listy, Małgorzata Szejnert trafia na rodzinną zagadkę. W maju 1943 roku wuj Ignacy Raczkowski został pochowany na cmentarzu w Rothesay na wyspie Bute. Dlaczego w domu o tym nie mówiono? Czy jego obecność na wyspie mogła być czymś wstydliwym?

 

Szukając odpowiedzi, reporterka rusza w podróż śladami wuja – do londyńskich archiwów i do Szkocji. Stopniowo odkrywa kłopotliwy epizod II wojny światowej: obóz odosobnienia dla polskich oficerów prowadzony przez polskie władze wojskowe.

Oficerowie mogli grać w brydża, chodzić na potańcówki i uczyć się angielskiego. Bomby nie spadały na Bute. Czasami widmowe wraki storpedowanych okrętów wpływające do zatoki przypominały, że nie tak daleko świat płonie. Ale przymusowy pobyt na wyspie Polacy przeżywali jako okrutną karę.

 

Wyspa Węży to przełamująca schematy opowieść o wojnie, która częściej niż walką bywa wyczekiwaniem. Skrupulatnie odtwarzając wydarzenia sprzed ponad siedemdziesięciu lat, Małgorzata Szejnert opowiada o naszej sile i bezsilności, o honorze i skazach na nim. A także o pamięci i niepamięci: osobistej, rodzinnej, zbiorowej. Przede wszystkim jednak kreśli nasz poruszająco aktualny, niepokojący portret własny.

 

Małgorzata Szejnert – dziennikarka, przez prawie piętnaście lat szefowa działu reportażu w „Gazecie Wyborczej”. Autorka wielu książek, jest laureatką Nagrody Mediów Publicznych COGITO, dwukrotną finalistką Nagrody Literackiej Nike, była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus i Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. W Znaku ukazały się: Czarny ogród (2007), Wyspa klucz (2009), Dom żółwia. Zanzibar (2011), Śród żywych duchów (2012), My, właściciele Teksasu. Reportaże z PRL-u (2013) oraz Usypać góry. Historie z Polesia (2015).

Proszę panów, byśmy zapomnieli o tym, co nas dzieliło, a zwrócili się ku temu, co nas łączy, a przynajmniej łączyć powinno. (…) Nie będziemy tu robić żadnej polityki.

Zasadą moją będzie kult kompetencji, a wierzę, że się spotkamy pod hasłem „Honor i Ojczyzna”.

Władysław Sikorski

Czasem wydaje mi się, że w historii tortur polskich w tych latach nie rzeka Kołyma, nie Morze Białe, nie Komi, Starobielsk, katorga sybirska i nie obozy koncentracyjne w Dachau, Oranienburgu czy Oświęcimiu, ale Rothesay wymieniane będzie jako miejsce najbardziej ponurej zagłady kilkuset polskich inteligentów.

Stefan Mękarski

(…) żołnierz polski wyszedł z kart historii, ze strof poezji, z rozdziałów powieści, zszedł ze scen teatru, na których żył na krótką chwilę od podniesienia do zapadnięcia kurtyny – zstąpił ze sztychów Grottgera, obrazów Matejki, Rosena, Wyspiańskiego, Malczewskiego, Kossaka, Tetmajera, aby stać się znów żywym ciałem (…).

Tadeusz Alf Tarczyński

Zorientowałem się, że w Polsce zawsze jest pod ręką kryzys polityczny. Miałem dla Polaków wielką sympatię i podziw, ale nie mogę zaprzeczyć, że karmili się kryzysami, produkowali je z niezawodną gotowością i bez prowokacji.

Adrian Carton de Wiart

Rak

Biały prom linii Caledonian przybija do Rothesay na wyspie Bute. Rejs z Wemyss, małego portu, pięćdziesiąt kilometrów na zachód od Glasgow, trwał trzydzieści pięć minut.

W Polsce upały, tu deszcz, trzynaście stopni. Taki tydzień nas czeka – według prognozy. Szara pomarszczona woda zatoki Clyde, szare wzgórza, blaszane niebo.

Wyspa Węży, tak ją przezwali.

Ptaki

Wyspa węży? Raczej wyspa ptaków.

Na mapie przypomina postać ludzką stojącą na głowie, jest o połowę mniejsza od wyspy Wolin: dwadzieścia pięć kilometrów długości, w najszerszym miejscu – osiem i pół kilometra, w najwęższym (tam gdzie ludzka postać ma szyję) – dwa kilometry, najwyższe zaś miejsce, Wichrowe Wzgórze, ma dwieście siedemdziesiąt metrów.

Pani Mollie Munro, która osiadła tu z mężem w 1951 roku, zwierzyła się „Synom i Córom Bute”1, że czuje się szczęśliwa właśnie dzięki ptakom wijącym gniazda w skałkach i na wrzosowiskach. Nie spotkała, rzecz jasna, wszystkich gatunków, które opisał pastor John Morell McWilliam, ale widuje kormorany czubate, gęsi morskie, żurawie, ostrygojady, a zimą stadka nastroszonych siewek i zręczne pstrokate kamuszniki, które brodząc na czerwonych nóżkach, odwracają dziobami kamyki i szukają pod nimi drobnych skorupiaków. Latem niezwykłą uciechę sprawiają jej głuptaki, które nurkują przy brzegach, dokazują i szczekają jak pieski. Czasem siada na wodzie duży miękkopiór, którego puch jest podobno najdelikatniejszy na świecie.

Można przypuszczać, że pani Munro, torując sobie ścieżkę w gąszczu paproci, widywała pastora McWilliama. Jechał na rowerze, wysoki, chudy jak patyk, czerwonowłosy, w tweedowej kurtce, w koloratce pod grdyką, z lornetką i strzelbą. Albo szedł pieszo. Najlepiej było wyjść wieczorem, podpatrzeć, gdzie ptaki zapadają na noc, i wrócić w te miejsca o świcie, kiedy podnoszą się z gniazd. Czasem trzeba je było zabijać. Aparaty fotograficzne nie miały zoomów, długo ustawiało się ostrość; bardzo trudno było złapać obiektyw i wyraźnie przybliżyć małą płochliwą istotę. Zwłaszcza że pastor miał kłopoty z oczami, od kiedy podczas pierwszej wojny światowej we Francji spotkał się z chmurą gazu musztardowego.

Te zabite ptaki nie zginęły całkiem, zostały dokładnie opisane. Niektóre wypchano, można je oglądać w muzeum na Bute.

Pierwsze wydanie książki pastora „Ptaki wyspy Bute” z 1927 roku jest ciągle poszukiwane i osiąga na aukcjach cenę stu pięćdziesięciu funtów.

Możliwe, że pani Munro i pastor McWilliam spotkali na swych ścieżkach przyszłego właściciela wszystkich tu niemal dróg, wzgórz i łąk, piątego markiza Bute, potomka dwóch władców: po ojcu – króla Szkocji Roberta II (wiek czternasty), po matce – króla Wielkiej Brytanii Wilhelma IV (wiek osiemnasty/dziewiętnasty), zwanego królem żeglarzy.

Nie jest to jednak pewne, bo John Crichton-Stuart był tak zapalonym ornitologiem, że nie wystarczały mu ptaki w ogromnych ogrodach rodzinnej rezydencji Mount Stuart koło Rothesay ani na skałkach i plażach Bute. W 1931 roku, zanim jeszcze został piątym markizem (po śmierci swego ojca, czwartego markiza), kupił maleńki, opuszczony przez mieszkańców archipelag St Kilda w szkockich Hybrydach i pozostawił go ptakom jako rezerwat. Być może więc obserwował je właśnie tam.

Niektóre ptaki mogą budzić lęk. Pisarz David McDowall, autor przewodnika po wyspie Bute, przytacza informacje o jerzyku. Dorosły waży czterdzieści pięć gramów, a rozpiętość jego skrzydeł wynosi czterdzieści osiem centymetrów. Jest szybki jak pocisk. Gdyby człowiek o wadze sześćdziesięciu pięciu kilogramów chciał latać jak jerzyk, jego skrzydła musiałyby mierzyć sześćset trzydzieści pięć metrów. Byłyby więc prawie cztery i pół raza dłuższe od kadłuba HMS Cyclops, stojącego przez drugą wojnę światową na straży wyspy; John Crichton-Stuart był na nim szyfrantem2.

Latem nad Bute fruwa dużo jerzyków, podobnie jak w Polsce. I tu, i tam są pod ochroną, ale gatunek nie jest zagrożony. Nie boją się miast. Wyobraźmy sobie człowieka jerzyka, który unosi się nad Rothesay lub Białą Podlaską.

Generałowie

Wyspa ptaków albo jeszcze inaczej – wyspa generałów.

Podobno skierowano ich tutaj dwudziestu. Ale może było ich siedemnastu, w tym trzech generałów dywizji, i pilnował ich osiemnasty, w randze generała brygady. Niewygodnie, gdy niższy stopniem pilnuje wyższych rangą. A jeszcze ma pełne ręce roboty, musi mieć na oku pułkowników, podpułkowników, majorów, kapitanów, poruczników i podporuczników. Ich stan był zmienny – od trzystu do sześciuset. Jedni przypływali, inni odpływali, do niektórych zdołały dotrzeć żony, a nawet dzieci. Według różnych relacji przewinęło się ich przez wyspę około półtora tysiąca, ale i ta liczba nie jest pewna.

Pani Munro minęła się z nimi, bo zaczęli przypływać na Bute latem 1940 roku, jedenaście lat wcześniej, nim tutaj osiadła, i opuszczali wyspę po dwóch–trzech latach pobytu, bardzo spokojnego, niezakłóconego odgłosem strzałów, chociaż wciąż trwała wojna.

Ziemia

Zeszliśmy na ląd w Rothesay, jedynym miasteczku na wyspie. Wiosną upomniałam się u mego syna Piotra i synowej Kingi o prezent na osiemdziesiąte urodziny. Poprosiłam, by syn towarzyszył mi w podróży na Bute.

Powinniśmy przywieźć ze sobą ziemię. Siostra mego ojca Dziunia Raczkowska pomyślałaby o tym na pewno.

Nie bardzo jednak wiedziałam, gdzie należy zagłębić łopatkę pożyczoną od wnuczki.

Pierwsza myśl prowadziła na ulicę Butkiewicza nr 12 w Białej Podlaskiej, gdzie stał dom mego dziadka Antoniego Biernackiego, rozebrany razem z warsztatem masarskim pod gierkowskie bloki. Dziunia i Rak bywali tutaj w szczęśliwych latach, przed drugą wojną. Ale całe to miejsce nie miało już nic wspólnego z naszym dawnym domem, podwórkiem i gospodarstwem.

Druga myśl kierowała mnie ku wylotowi z Białej w stronę Warszawy, gdzie przed wielu laty stacjonował 9. Pułk Artylerii Lekkiej, wspominany często przez mężczyzn z mojej rodziny – albo w nim służyli, albo mieli tam kolegów. Jeszcze po wojnie po prawej, północnej stronie ulicy Warszawskiej stały koszary Szmula Piżyca (zwane tak wciąż od nazwiska bogatego Żyda, który wynajmował nieruchomości), stajnie, magazyny i drewniane parterowe kasyno, przypominające długą oborę. A po lewej szpecił ulicę cementowy barak kantyny pułkowej. Pamiętałam te resztki koszar z lat szkolnych, lecz już nie mogę ich znaleźć. Część zabudowań widocznie rozebrano, część musiała zmienić przeznaczenie. Miasto się rozrosło i nasunęło na przestrzeń, która była kiedyś odrębna.

To szukanie miejsca, by pobrać z niego garść ziemi, było nie tylko kłopotliwe i krępujące (chociaż na pewno nie krępowałoby Dziuni), ale i bez sensu. Jeśli już wieźć Rakowi woreczek z ziemią, powinno się tę relikwię pozyskać nie tam, skąd wziął żonę czy gdzie pełnił służbę, lecz raczej w jego stronach rodzinnych. Ale gdzie są te strony? Prawie nic nie wiedziałam o Ignacym Raczkowskim – Raku, jak go nazywali krewni i znajomi. Niewiele ponad to, że był mężem Dziuni Szejnertówny i że zagadkowo znikł z naszego życia. Nikt mi już nie mógł o nim opowiedzieć.

Listy zewsząd

Dziwną nieobecność wuja Raczkowskiego zauważyłam przy porządkowaniu papierów domowych. Moi bliscy chętnie do siebie pisali, a że losy rzuciły ich do różnych miast, krajów, a nawet na różne kontynenty, tych listów nagromadziło się bardzo dużo. Trzymali je w ofrankowanych kopertach, chowali w pudłach i paczkach obwiązanych sznurkiem, na pawlaczach albo w piwnicach. Pod koniec życia szukali kogoś, kto przejmie nad tym opiekę. Wybór padał na mnie. Wiedzieli, że ja też nie wyrzucam listów.

Miałam więc własne listy do mamy i mamy do mnie, własne listy do wuja Antka Biernackiego w Stanach i listy Antka ze Stanów do mnie (przywiózł je ze sobą, kiedy postanowił pod koniec życia wrócić do Polski). Miałam całe kręgi korespondencji – Antek do mnie, do mamy, do najmłodszego brata w Australii i średniego w Białej Podlaskiej, do jednej kuzynki w Nowym Jorku, drugiej w Waszyngtonie, trzeciej w stanie Wisconsin, czwartej w Londynie, piątej w Afryce, i na wiele z tych listów były odpowiedzi. Takich kręgów było sporo, a listów tysiące, bo jeszcze od różnych dalszych i przyszywanych krewnych, od przyjaciół, kolegów, sympatii. Układałam według nadawców i pakowałam kolejno do pudeł z nazwiskiem. Na jednym napisałam: „Jadwiga Raczkowska – Dziunia”.

Większość jej listów pochodziła z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Litery stawiała lekko, z fantazją. Zauważyłam, że nigdy nie pisze o sobie ani o codziennych kłopotach życiowych. Nigdy nie wspomina o Raku. Całą uwagę poświęca adresatom, nie jest jednak wścibska. Dyskretna, z dystansem. W listach do niej też nie pojawia się Rak, tak jakby jej milczenie onieśmielało innych i nie pozwalało zadawać pytań.

Kriegsgefangenenpost

Zwróciłam uwagę na cienką teczkę z napisem „oflag”, do której dotąd nie zaglądałam. Leżały w niej listy od Dziuni do brata, kapitana Stefana Szejnerta, jeńca wojennego numer 52817/XB. Dziunia, Hala i Irka, trzy siostry mojego ojca, nauczyciela gimnazjalnego, były zamężne z oficerami. Niedawno dowiedziałam się z metryk rodzinnych, że Dziunia z Ignacym Raczkowskim i Hala z Ryszardem Ługowskim brali ślub tego samego dnia 1924 roku w tym samym kościele w Białej Podlaskiej. Zdrabniam poufale imiona tych wujów, których nie zdążyłam poznać, bo tak się ich zawsze wspominało w domu: Ryś, Ignaś, Rak.

Dziunia wysłała te listy w 1942 roku z Wielkiej Brytanii do oflagu XC (Lubeka) i oflagu IID (Gross Born, dzisiaj Borne Sulinowo) na standardowym formularzu pocztowym z niemieckim nadrukiem: Kriegsgefangenenpost, Antwort-Postkarte. Pouczano po polsku, że nadawca ma pisać ołówkiem, wyraźnie i nad liniami.

List do oflagu w Lubece:

Najdroższy Stefusiu – Wczoraj otrzymałam kartę i foto. Trudno wyrazić co za radość widzieć Cię zdrowym. Wysyłałam paczki i listy lecz pod złym adresem – Wysyłać będę nadal lecz niestety niewolno paczek indywidualnych tylko na męża zaufania obozu. Napisz co potrzebujesz z ubrania i przyślij wymagane zapotrzebowanie. Niech Bóg sprawiedliwy chroni Cię nadal. Dziunia3

List do oflagu w Gross Born:

Stefuś najdroższy. Przedwczoraj nadszedł Twój list z 1/VII. Nie troszcz się o mnie Kochany. Mam warunki materialne zupełnie dobre i zdrowa jestem. I jestem szczęśliwa, że mam takiego Brata jak Ty. Paczka odzieżowa została wysłana w połowie czerwca – były tam: trzewiki, wełniany sweter i szal, 3 p. wełnianych skarpet, komplet ciepłej bielizny, 3 koszule płócienne, 2 ręczniki, 2 chustki, 2 mydła, przybory do szycia. Wczoraj napisałam do Londynu do znajomej, która pracuje w Czerwonym Krzyżu, aby (o ile istnieje ta droga przesyłki paczek, którą podałeś) natychmiast poleciła wysłać Ci paczkę. Na przyszłość jednak proszę przysyłaj nalepki niebieskie i czerwone bezpośrednio na mój adres – pragnęłabym ich mieć jak najwięcej – Zaznacz co Ci najwięcej potrzebne – wszystko wyślemy. Ignaś jest ze mną – ze zdrowiem bez zmian. Bardzo się o Was troszczy, i wszystko by oddał by Wam pomóc. Od dłuższego czasu nie mam wiadomości od Rodziny. Czy otrzymałeś papierosy – 2 razy wysłałam 150 i 500 sztuk. W tych dniach znów wyślę. Twoją kochaną jasną głowę całuję i do serca tulę – niech Bóg czuwa nad Tobą.

Dziunia

Dziunia pisze z Rothesay do brata Stefana Szejnerta w oflagu w Gross Born, dzisiaj Borne Sulinowo

archiwum rodzinne Małgorzaty Szejnert

A więc w 1942 roku Raczkowscy byli w Anglii. Dziunia czekała na niemieckie nalepki, które upoważniały do wysłania paczki polskiemu jeńcowi, on myślał o rodzinie i wyrażał swą miłość do niej. Co się z nim stało? Ze zdrowiem bez zmian, wlokła się więc za nim jakaś choroba. Co robił w Anglii? Jak wyglądał? Kim w ogóle był?

Ślub w Białej

To, co od dawna usiłuję robić z korespondencją, zrobiłam parę lat temu z fotografiami. Uporządkowałam je, opisałam i wkleiłam do sześciu wielkich albumów. Wiem mniej więcej, kto na nich jest. Raka chyba nie ma.

Obejrzałam starannie zdjęcia grupowe, zwłaszcza te z Dziunią. Była na ślubie moich rodziców w Białej Podlaskiej w 1934 roku.

Zachowała się niewielka fotografia z tego ślubu, a raczej wesela.

Rodzina i goście pozowali przed domem przy ulicy Butkiewicza 12, tym, który rozebrano za Gierka, jeszcze zanim urodził się Piotr. Dom miał wielką kuchnię i jeszcze większą ciemną jadalnię, duże pokoje, których przeznaczenie zmieniało się w różnych latach z powodów historycznych lub rodzinnych, osobne mieszkanie na piętrze, z dwoma przygórkami, i ogromny strych, który ciągnął się nie tylko nad mieszkalną częścią budynku, ale i nad przylegającym do niej warsztatem masarskim dziadka i dużą izbą czeladną. Tę część domu też rozebrano. A wcześniej, wkrótce po wojnie, w ramach tak zwanej bitwy o handel zabrano firmę rodzinie i nazwano spółdzielnią. Jeszcze przez długie lata produkowała niezłe wędliny, nie takie jednak jak ta szynka, za którą dziadek dostał złoty medal na międzynarodowej wystawie w Muzeum Pracy w Paryżu w 1908 roku. Wyróżnienie to poświadczono sześcioma pieczęciami, między innymi prefektury Sekwany, dwóch ministerstw – Ministerstwa Pracy i Ministerstwa Spraw Zagranicznych, i uwierzytelniono stemplem carskiego konsulatu w Paryżu. Przechowuję ten dokument z wielkim pietyzmem.

Firma prosperowała, dziadek zbudował dom i kupił drugi. Ale ślub moich rodziców był skromny, nawet bardzo skromny. Do zdjęcia pozuje dwadzieścia jeden osób. Fotograf ustawił je na niewielkiej przestrzeni ujętej dwiema ścianami domu spotykającymi się pod kątem prostym.

Ślub moich rodziców. Biała Podlaska, 1934 rok

archiwum rodzinne Małgorzaty Szejnert

W pierwszym rzędzie siedzą państwo młodzi, Regina, z domu Biernacka, i Edmund Szejnert. Mama, szczupła i zręczna, w krótkiej białej sukience i białych pończochach, i tata, dużo od niej starszy, niewysoki, już lekko łysiejący. Są zakochani, na zdjęciu tego nie widać, ale ja to wiem. Ojciec, polonista, uczył w gimnazjach w Żninie i w Gostyniu, a teraz ma posadę w Gimnazjum Zamoyskiego w Warszawie, ale chcieli mieć ślub i wesele w Białej, w rodzinnym domu mamy. Jeszcze nie wiedzą, że schronią się w tym domu, gdy wybuchnie wojna, i pozostaną w nim z dziećmi przez długie lata. Rodzina taty też jest związana z Białą Podlaską: dziadek Henryk Szejnert był notariuszem w tutejszym sądzie.

Po prawej stronie mamy siedzi dziadek Antoni Biernacki, z siwymi wąsami i bródką jak plama śmietany, i gruba babcia Katarzyna, zwana Kalunią. Po lewej stronie taty widzimy wysokiego, przystojnego mężczyznę w oficerskim mundurze, a obok Dziunię Raczkowską i jednego z dalszych krewniaków. Za tym rzędem stoi reszta domowników i gości.

Czy oficer koło Dziuni może być Rakiem? Chyba jednak nie. Wygląda na to, że jest pułkownikiem, chociaż dystynkcje są na zdjęciu słabo widoczne, można się omylić. Rak był oficerem niższej rangi, majorem albo kapitanem. Ten oficer na pewno jest dużo starszy od Dziuni, a z nielicznych przekazów rodzinnych wynika, że Rak i ona byli prawie rówieśnikami.

Dziunia się uśmiecha, jest opalona, włosy ma modnie obcięte na garsonkę. Od jakiegoś czasu mieszka z Rakiem w Warszawie.

W głębi, ledwie widoczna, stoi Marysia, jedyna, ukochana siostra mamy, najmłodsza z rodzeństwa. To jeszcze podlotek, na zdjęciu nie widać, że nosi długie ciemne warkocze. Na tle okna bieleje głowa Mamaszy, zwanej także pułkownikową. Dobrze ją pamiętam, bo długo żyła. A więc mężczyzna w pierwszym rzędzie to pewnie jej mąż, pułkownik Walerian Jachimowicz, z którym jesteśmy spowinowaceni. Syn Jachimowiczów Wiktor ożenił się z najmłodszą siostrą mego ojca Ireną, uroczą śmieszką zwaną przez wszystkich Pyrcia.

Mamasza nie powinna jeszcze osiwieć. Zbielała tak, mając osiemnaście lat, kiedy to podczas rewolucji zabito na jej oczach dwóch rodzonych braci i ojca. Jej samej udało się uciec z Rosji dzięki polskiemu oficerowi w służbie rosyjskiej.

Jest imponującą pięknością, wysoka, masywna, władcza, powinna zajmować miejsce obok pułkownika, ale jako energiczna gospodyni na pewno pomaga przy weselu, więc się nie rozsiada. Zresztą jest Rosjanką, zbyt obca, by się lokować na pierwszym planie.

Wkrótce mam pewność, że przy Dziuni siedzi Jachimowicz. Jego wnuczka Ewa Wiśniewska, z którą widujemy się czasem w Warszawie, rozpoznała go na fotografii.

Na weselu nie było więc Raka.

Brakuje także trzech innych oficerów, którzy powinni tu być. Ryszarda Ługowskiego, męża Hali, średniej siostry taty, która przyszła z małym synkiem Jasiem, i dwóch braci mamy – najstarszego Antka, zajętego w bialskim aeroklubie, i najmłodszego Stefusia, flirciarza, który ciągle dostaje pachnące liściki, panny nazywają go Stefi. Trzeci brat, Stanisław, który wedle woli dziadka powinien przejąć firmę, na pewno jest na weselu i prawdopodobnie robi to zdjęcie. Ma za sobą nieprzyjemny epizod. Manifestuje przekonania narodowe, zbliżył się do ONR i podczas aresztowań po zamachu na Pierackiego4, które sięgnęły aż po Białą Podlaską, trafił na krótko do więzienia.

Może oficerowie są na ćwiczeniach. Przyjechał za to z Warszawy Stefan Szejnert, do którego Dziunia będzie za parę lat wysyłała z Anglii kartki z nadrukiem Kriegsgefangenenpost. Stoi w drugim rzędzie, pierwszy od prawej.

Rembertów

Zimą 2012 roku pojechałam do Rembertowa, do Centralnego Archiwum Wojskowego imienia Majora Bolesława Waligóry.

Rozległy teren pełen rozmaitych budowli służących wojsku, otoczony płotem i pocięty wewnętrznymi drogami, był zatopiony w rozmiękłym śniegu i błocie. Nikt nie oczyszczał dróg, chodników ani parkingów. Przeprawiłam się do budynku archiwum i pokonałam wykopany przed wejściem rów, nad którym zaniedbano położenia kładki.

Powiedziano mi, że jest remont, i zaproszono za dwa lata. Pokazałam swoje dziennikarskie papiery. Pozwolono mi wejść. Ktoś tu jednak pracował, były biurka, kartoteki, personel.

Przyniesiono to, czego z uporem się domagałam, wiedząc, że każdy oficer ma tu swoją historię – kilkanaście kartek, które musiałam czytać w pośpiechu, bo następnych wizyt nie przewidywano.

Zaczęłam od dokumentu z 1920 roku – wniosku o nadanie podporucznikowi Ignacemu Raczkowskiemu Srebrnego Krzyża Virtuti Militari V klasy. Wnioskodawca kapitan Tadeusz Kozakiewicz przedstawiał okoliczności:

W dniu 5 września 1920 roku w czasie akcji na Kułakowicze, Stepankowicze, Moniatycze, zdołała się przesunąć na tyły własnych wojsk kawalerja nieprzyjacielska w sile czterech szwadronów, która zaatakowała wieś Stepankowicze, lecz szarża ta została odparta przez 2gą baterię 9 pap [pułku artylerii polowej], która kartaczami na odległości 100 m. strzelała do szarżującej kawalerii nieprzyjacielskiej, rozpraszając takową i przeprowadzając potem uciekającego w popłochu nieprzyjaciela przez 4 kilometry ogniem artyleryjskim. Nieprzyjaciel zostawił na przedpolu baterii kilkadziesiąt trupów końskich i ludzkich. Odznaczył się w powyższej akcji pporucznik Raczkowski Ignacy, dowódca baterii, który będąc przez cały czas przy baterii, sam kierował ogniem i swoją zdecydowaną postawą dodawał otuchy żołnierzom baterii. Przyczynił się do uratowania ogólnej sytuacji.

Nazwisko Kozakiewicz wydało mi się znajome. Kojarzyło się z kobietą imieniem Raisa.

Odsunęłam to wspomnienie. Zbliżała się godzina zamknięcia archiwum, a zostały jeszcze między innymi metryka ślubu z 1924 roku, doroczne listy kwalifikacyjne, „Kwestjonarjusz” z 1934 roku ze zdjęciem Raka.

Twarz okrągła, łagodna, miękki podbródek, miłe spojrzenie spod bardzo jasnych brwi. Sam kierował ogniem? Całkowita łysina, jakby dokładnie ogolił czaszkę.

W lewym dolnym rogu legitymacji orderu Ignacego Raczkowskiego widać stempel wbity 27 września 1939 roku na granicy rumuńskiej

archiwum rodzinne Małgorzaty Szejnert

Urodzony w majątku Miegiany w 1896 roku.

Ukończył Konstantynowską Szkołę Artylerii w Piotrogrodzie w 1916 i szkołę oficerów artylerii w Rembertowie w 1919.

Na pytanie w kwestionariuszu: Czy służył w armii zaborczej?, odpowiada:

Do wojska rosyjskiego wstąpiłem 15 XII 1915 r. Szkołę oficerską ukończyłem w 1916 r. W wojsku rosyjskim przesłużyłem do 14 IX 1917 r., w którym to dniu zgłosiłem się do Centralnego Komitetu Wojsk Polskich w Moskwie, gdzie byłem do dnia 5 XII 1918 r. Na Litwę wróciłem w grudniu 1918 r. Pod koniec grudnia 1918 r. przyjechałem do Warszawy i dnia 10 I 1919 r. wstąpiłem do Wojska Polskiego, w którym służę do obecnej chwili.

Wrócił na Litwę, czyli do domu, do majątku Miegiany tuż koło Kiejdan. To kraina opisana przez Czesława Miłosza w Dolinie Issy. Nikt z naszej rodziny nigdy nie wspominał o Miegianach, jakby znikły ze swymi gospodarzami z powierzchni ziemi. Ani o powiecie kiejdańskim, gnieździe Raczkowskich. Jerzy Żenkiewicz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu podaje w Wykazie części majątków polskich w Republice Litewskiej w latach 1919–1939: poz. 771 Raczkowski Antoni, majątek Miegiany poczta lub gmina Gudziuny, powiat Kiejdany, poz. 772 Raczkowski Eugeniusz, majątek Łęczynów poczta lub gmina Kiejdany, powiat Kiejdany, poz. 773 Raczkowski, majątek Pakalniszki, pta lub gm (brak informacji), powiat Kiejdany.

W Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich wiadomości o tych miejscach są bardzo wątłe. Portale genealogiczne też nic nie mówią o rodzinie Raka.

A jednak kiedy w 1934 roku Rak wypełniał swój kwestionariusz, był uczestnikiem historii nie tylko żywej, ale i spisanej. Już w 1929 roku Główna Księgarnia Wojskowa w Warszawie, Nowy Świat 69, proponowała klientom sto pięćdziesiat sześć zeszytów obejmujących zarys historii wojennej tyluż pułków polskich, wśród nich 9. Pułku Artylerii Polowej (w 1932 roku przemianowano go na 9. Pułk Artylerii Lekkiej).

Tak zwane koszary Piżyca w Białej Podlaskiej

archiwum Andrzeja Olichwiruka

Zarys ten, obejmujący czterdzieści stron gęstego druku, z polecenia Wojskowego Biura Historycznego opracował major Józef Nowak. Można się z niego dowiedzieć, jak wyglądały pierwsze miesiące polskiej służby podporucznika Raczkowskiego. Zgłosił się z porucznikiem Tadeuszem Kozakiewiczem do szkolnego dywizjonu artyleryjskiego powstającego w obrębie twierdzy Dęblin. Koszary były stare, zniszczone. Kilkadziesiąt zabiedzonych, zmęczonych koni wyprowadzano na trawiaste forty, żeby się odpasły. Brakowało sprzętu artyleryjskiego. Rekruci narzekali na buty z amerykańskich darów, za ciasne na chłopską stopę. Wreszcie dostali armaty francuskie, nadwerężone w pierwszej wojnie światowej, „weterany-gruchoty”. W sierpniu 1919 roku przenieśli się do bialskich koszar Piżyca. Stacjonował tam przedtem niemiecki szpital koński, więc podreperowane już konie zaczęły łapać różne choroby. Ale było więcej sprzętu, uprząż, broń ręczna i maszynowa, jednolite mundury, wprawdzie kroju armii niemieckiej, i wszyscy czekali na spotkanie z wrogiem.

Przysięga

W 1919 roku w Dęblinie Ignacy Raczkowski, który przed ponad rokiem uwolnił się ze służby w armii rosyjskiej i wrócił do domu, na Litwę, składa oświadczenie zachowane w Centralnym Archiwum Wojskowym:

Niniejszym oświadczam, że jestem Polakiem wyznania rzymsko-katolickiego, uważam się za obywatela i poddanego Republiki Polskiej. Przysięgam Bogu Najwyższemu, iż Ojczyźnie służyć będę wiernie, wszystkie rozkazy swoich przełożonych ściśle dotrzymywać i w ogóle tak się zachowywać, abym mógł żyć i umrzeć jako prawowity żołnierz polski.

Konarmia

Co to była za kawaleria, na którą dwudziestoczteroletni Ignacy Raczkowski tak bezwzględnie kierował ogień piątego września 1920 roku?

Przeraźliwe rozłogi usiane poszatkowanymi trupami, nieludzkie okrucieństwo, niewiarygodne rany, zdruzgotane czaszki, młode, białe, nagie ciała lśnią w słońcu, porozrzucane notesy, kartki, żołnierskie książeczki, strzępy Pisma świętego, trupy w zbożu5.

To Konarmia Budionnego, jej straszne dni. Wyczerpana, rozproszona i upokorzona, wycofuje się na wschód, przeklinając klęskę. Ale nie wiemy, o czyich zwłokach pisze Babel w swoim notatniku. Jakby nie chciał rozróżniać swoich od wrogów: „nienawidzę wojny. Co za życie”6.

Raisa

Raisa mieszkała na parterze w oficynie domu przy ulicy Kraszewskiego w Białej Podlaskiej. Widywałam ją w pierwszych latach po wojnie. Nazywano ją majorową. Siedziała przy oknie i patrzyła, czy ktoś nie wchodzi na puste podwórko; czasem suszyła się tam bielizna i zasłaniała jej widok. Tak jak Mamasza była Rosjanką, której udało się wyjść za polskiego oficera i uciec przed rewolucją, ale w przeciwieństwie do pułkownikowej była cicha, przestraszona, pokorna. W młodości pewnie czarnowłosa i wielkooka, teraz była szara – szare brwi, szare włosy zaczesane do tyłu i spadające na kark jak plereza, bo na fryzjera była za biedna, szarobure spódnice, kiedyś w dobrym gatunku. Zgarbiona, jakby bała się podnieść oczy, bo wszyscy zobaczą, że załzawione. Major nie wrócił z wojny, przepadł bez wieści. Odwiedzałam ją czasem wysłana przez mamę albo ciotki, które znały ją jeszcze z dobrych czasów, kiedy w mieszkaniu pachniało kawą i grywało się w brydża. Niosłam kawałek ciasta, czasem coś z obiadu. Chwytała mnie za ręce i nie chciała puścić. Próbowałyśmy rozmawiać, ale nie wiedziałyśmy o czym. Zostań trochę, posiedź troszku, dokąd tobie tak śpieszno…

Nie miała w Polsce żadnej rodziny, a jeśli ktoś jeszcze był w Rosji, to też jakby nie żył.

Nie miała pieniędzy, nigdy nie pracowała, słabo znała polski. Nie zasługiwała na opiekę Polski Ludowej. Pewnie wyprzedawała dobytek, mieszkanie biedniało i pustoszało.

Ciągle były w nim niewielkie kryształowe lustro z trzech owalnych skrzydeł, które składały się w płaski zręczny przedmiot podróżny, oraz fotografia jeźdźca biorącego przeszkodę. Tym kawalerzystą był jej mąż major Tadeusz Kozakiewicz, w 1939 roku inspektor koni w Białej Podlaskiej. To z nim Rak zgłosił się w 1919 roku do ćwiczebnego dywizjonu artyleryjskiego powstającego w obrębie twierdzy Dęblin, razem ratowali wynędzniałe konie. A w 1920 roku Kozakiewicz jako dowódca i świadek podpisał wniosek o odznaczenie Ignacego Raczkowskiego Orderem Virtuti Militari.

Oficynę przy Kraszewskiego dawno rozebrano. Fotografia przepadła. Lustro trafiło do mnie po latach, kiedy już mieszkałam w Warszawie.

Inowrocław

Dziunia wróciła z Anglii w 1947 roku.

Wróciła sama. Przyjechała do swego kochanego brata Stefana i jego żony Miki-Natalii, do Inowrocławia. Stefan chodził jeszcze w mundurze majora. Przydzielono mu piękne poniemieckie mieszkanie przy uliczce Ustronie i niemiecką służącą. Niemka urządziła się w dużej kuchni, ja – w wygodnej służbówce.

Stefan z Miką zastępowali mi wtedy rodziców. Musiałam opuścić niebezpieczny dla mnie dom w Białej. Mój ojciec miał prątkującą gruźlicę. Penicylina nie dotarła jeszcze na Podlasie.

Mika-Natalia

archiwum rodzinne Małgorzaty Szejnert

Dziunia przywiozła mi prezenty w niebywałym gatunku, nieznanym dzieciom, a zapomnianym już przez dorosłych. Były to szykowne podkolanówki z szetlandzkiej wełny i dwa metry flaneli w zieloną pepitkę. Ale największy zachwyt wzbudzał zielony pasek z dziwnego tworzywa, plastycznego, lśniącego i mocnego. Kończyłam jedenaście lat.

Po latach Ewa Wiśniewska, wnuczka pułkownika Jachimowicza, która tak jak ja spędzała okupację w Białej Podlaskiej, opowiedziała mi, że też dostała od Dziuni cudowne prezenty, w paczce z Portugalii. Był rok 1941, a może 1942. Dlaczego stamtąd? Ewa pamięta, że to było dziwne dla dorosłych, a dla dziecka podniecające i tajemnicze. Wszyscy już przecież dzięki informacjom Stefana Szejnerta z oflagu w Lubece wiedzieli, że Raczkowscy są w Anglii.

Dwaj moi wujowie, Stefan Szejnert (z lewej) i Stefan Biernacki (z prawej) spotkali się w oflagu w Gross Born

archiwum rodzinne Małgorzaty Szejnert

W inowrocławskim zaułku żyło się przyjemnie. Codziennie przed szkołą biegłam po bułeczki do piekarza w sąsiedztwie. Dziunia była ciągle ładna i elegancka. Stefan chciał ją wyswatać, ale Mika się śmiała, że to beznadziejne. W Inowrocławiu, w całej Polsce, i nie tylko w Polsce, brakowało mężczyzn. Stefan żartował, że tylko w Anglii pozostało ich paru. W 1949 roku, po śmierci ojca, wróciłam do Białej, do mamy i dziadka. Wkrótce przyjechała tam także Dziunia. Wynajęła pokój u pani Skudrowej, która miała pianino. Mogła grać ulubione piosenki. Nuciła: Strumyk lubi w dolinie, sarna lubi w gęstwinie, ptaszek lubi pod strzechą…

Często przychodziła do mamy. Wtedy ciągle mówiło się o bliższych i dalszych krewnych, o ich losach wojennych, wiele rzeczy było niejasnych, snuło się domysły. Oczekiwało się na listy zza różnych granic.

Oficerowie nie wracali ani z Zachodu, ani ze Wschodu. Stefan Szejnert stanowił wyjątek.

Dziunia przynajmniej wiedziała, co stało się z Rakiem.

Grób

Opowiedziałam Piotrowi o wizycie w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Zapytał, czy szukałam Raka w internecie.

– Nie, nie szukałam.

– Dlaczego?

– Jakoś mi nie przyszło do głowy, że mógłby tam być.

Natychmiast wpisał do wyszukiwarki: „kapitan Ignacy Raczkowski”.

Na ekranie pokazał się niewielki pomnik z białego betonu.

Nad orłem z koroną wyryto „KPT I. RACZKOWSKI”, a poniżej: „11th MAY 1943 AGE 46 POLISH FORCES”.

Cmentarz znajdował się na szkockiej wyspie Bute w miejscowości Rothesay, mniej więcej na wysokości Glasgow, na zachód.

Czy to mógł być grób Raka? Dlaczego Rak miałby leżeć na Bute? Przecież Dziunia wróciła do Polski z Anglii. I tam, według rodziny, pozostał Rak. Nigdy się nie mówiło o Szkocji.

Odszukałam na nowo listy Dziuni do brata Stefana. W rubryce pisała „England”, ale powyżej udało mi się odczytać wyblakły adres: „Rothesay – Bute, 76 Ardbeg Road”.

Dlaczego „England”? Czy Dziunia chciała ukryć obecność swoją i Raka na szkockiej wyspie? Tak myślałam. Ale może tak nie było. Może to było mechaniczne, może snobistyczne, lepiej było mieszkać w Anglii niż na szkockiej prowincji?

Wczesną wiosną 2016 roku, kiedy już postanowiłam pojechać na Bute, przeglądałam w British Library w Londynie mikrofilmowe kopie tygodnika „Buteman and West Coast Chronicle”7 z lat wojny. Piątego lutego 1943 roku anonimowy autor stałego felietonu By the Way (Przy okazji) zwraca się do czytelników zdenerwowany: Nigdy nie będzie Szkocji! Stempel pocztowy na listach, które otrzymuję w tych dniach, to: „Rothesay, Bute, Great Britain”!8. Szkocja należała do Wielkiej Brytanii, ale felietonista chciał dla niej własnego imienia. Jeszcze dotkliwsze dla Bute byłoby wcielanie wyspy do Anglii, tak jak to robiła Dziunia.

Pod jednym z ośmiu pomników oznaczonych orłem w koronie leżał więc Rak. Mogliśmy to jeszcze sprawdzić w ogólnie dostępnych spisach polskich grobów wojennych na różnych kontynentach. Ktoś, kto grzebał Raka albo tylko prowadził tę ewidencję, podał, że I. Raczkowski miał na imię Ignacy i urodził się w 1896 roku w Miegianach, w powiecie kiejdańskim.

To na pewno on? Wszystko się zgadza, ale dobrze byłoby mieć datę śmierci z drugiego źródła – dopominał się Piotr. Sprawdził w internecie, że było paru kapitanów Ignacych Raczkowskich.

W pudle listów od Stefana Szejnerta znalazłam ostateczne potwierdzenie. Drugiego września 1943 roku Stefan pisał do mojej mamy w Białej Podlaskiej z oflagu Gross Born: Z Dziunią korespondencja trudna. Ignaś zmarł 11.V; jest zabezpieczona materialnie i „wśród przyjaciół”. Was całuje, szczęśliwa, że przetrwaliście najgorsze.

Siedemdziesiąt parę lat po tej wiadomości schodzimy z Piotrem z promu na wyspę Bute.

1 Jej wspomnienie Bute Flora and Fauna jest zachowane na stronie www.butesonsanddaughters.co.uk (data dostępu: 2 stycznia 2018).

2 David McDowall, Bute, Richmond 2010.

3 W cytatach zachowałam oryginalną pisownię i interpunkcję, a także wyróżnienia.

4 Bronisław Pieracki, minister spraw wewnętrznych, zginął w 1934 roku w zamachu dokonanym przez ukraińskiego nacjonalistę. Przez jakiś czas o zamach podejrzewano Obóz Narodowo-Radykalny, skrajne ugrupowanie nacjonalistyczne.

5 Izaak Babel, Urywki dzienników i szkiców do „Armii Konnej”, notatka z datą 3 sierpnia 1920 r., bitwa pod Brodami, w: tenże, Utwory odnalezione, zebrał, przetłumaczył, posłowiem opatrzył Jerzy Pomianowski, Warszawa 1971.

6 Tamże.

7 Dalej używam skróconej formy tytułu: „Buteman”.

8 Jeśli nie zaznaczono inaczej, angielskie teksty są tłumaczone przeze mnie.

1939

Żadne bomby nie spadły

Jedni zostali dłużej i polubili te strony,

Drudzy już do miasta wrócili,

Niemcy tu nigdy nie weszli, żadne bomby nie spadły,

Lecz tak bardzo się wszyscy smucili.

Jean Donald, Ewakuowani*

* Fragment wiersza Ewakuowani napisanego przez Jean Donald, która we wrześniu 1939 przypłynęła na Bute z dwiema siostrzyczkami. Wiersz ukazał się w książce Jess Sandeman, Bute’s War, Bute 2000.

Taki spokój

Na początku dwudziestego pierwszego wieku mieszkańcy Rothesay, którzy odchowali dzieci i wnuki, zaczęli spisywać wspomnienia z młodości.

Patronowała temu kobieta albo dziewczyna, która nie podawała swego nazwiska. Zwracała się do rothesayan za pośrednictwem strony internetowej „Bute Sons and Daughters” i podpisywała celtyckim imieniem Alison. Widocznie cieszyła się zaufaniem, bo powierzono jej wiele różnych opowieści1.

Campbell Leith przeżył na wyspie osiemdziesiąt lat. Jego ojciec był listonoszem, który nie lubił swojej pracy i marzył o służbie na morzu.

Moje najwcześniejsze wspomnienie to jak przyciskam twarz do szyby piekarza i patrzę na dymiące Gorące Placki, które były przepyszne, dobrze pamiętam. A jeszcze dlatego przyszły mi na myśl, że zawsze siedział przy nich wielki kot Spunkie…

Cyganie co roku przychodzili na Wyspę i imali do każdej pracy, jaką złapali. Jedna stara para tu przyszła i mieli nieszczęście – w ich namiocie wybuchł ogień i on mocno się poparzył. Kiedy wrócił ze szpitala, dobry farmer dał mu schronienie w swojej stodole, do czasu aż będzie dość zdrowy, żeby wrócić pod namiot. Ktoś zgromił farmera: „Nie masz dość kłopotów?”. Odpowiedź była – to mogli być Józef i Maria.

Kenneth Meikle MacKay, wnuk lokalnego agenta parowców i zięć szypra, zapamiętał małe luksusowe parowce wożące turystów.

Duchess of Hamilton i Duchess of Montrose pływały do takich miejsc jak Arran, Ayr i Campbeltown. Wyglądały jak miniaturowe liniowce i miały turbinę parową, nie odczuwało się więc wibracji, gdy były w ruchu. Ich salony jadalne robiły wrażenie, były tam wykrochmalone lniane obrusy, zastawa z herbami, posrebrzane sztućce i serwisy herbaciane.

Potem przyszła wojna i wszystko się zmieniło.

Alexander Macdonald, wychowywany przez dziadka, który w młodości opłynął świat pod żaglami, opowiedział o ciszy Port Bannatyne, połączonego z Rothesay ulicą Ardbeg, tą, przy której mieszkali Dziunia i Rak.

To było spokojne miejsce, ciszę zakłócały tylko odgłosy natury, ćwierkanie ptaków na tyłach domu i szelest fal o głazy na brzegu. W lecie otwieraliśmy okna kuchni i małe gile przylatywały do okruchów chleba zostawionych na parapecie. Mama nazwała każdego jakimś imieniem…

Naprawdę często było tak cicho, że niemal słyszałem, jak lina uderza o wodę, gdy prom odbija od lądu, wiele mil od nas.

Tak było, zanim przybyli żołnierze i kompanie ratownicze.

Chciałam się dowiedzieć, czy najstarsi korespondenci Alison zapamiętali polskich oficerów. Wysłałam do niej list, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Potem w archiwum przy muzeum na Bute dowiedziałam się, że działalność „Synów i Cór” wygasła, opowiedzieli swoje, postarzeli się, wielu umarło, nie mają następców.

Dzieci jak własne

W piątek pierwszego września 1939 roku tygodnik „Buteman”, wychodzący w Rothesay nieprzerwanie od 1854 roku, co świadczy o trwałej popularności, zamieścił na czołówce duże zdjęcie czworga młodych ludzi – pary nowożeńców i drużbów. Ślub Georginy Fergusson, córki malarza pokojowego, i Thomasa Gilliesa, syna właściciela sklepu z wyrobami żelaznymi, odbył się w kościele Świętego Brendana. Thomas był organistą i kierownikiem chóru kościelnego, Georgina – przełożoną szkółki niedzielnej. Podobnych zdjęć panien w okrągłych kapeluszach, w spódniczkach tuż za kolana, z trzymanym oburącz bukietem, i mężczyzn w zapewne wypożyczonych frakach albo też w mundurach będzie dużo w tym roku; zamęt światowy budził w zakochanych potrzebę wzajemnego – i formalnego – oparcia.

Tygodnik sprzedawany w sklepikach pierwszego września nie zdążyłby powiadomić czytelników o wybuchu wojny, nawet gdyby chciał. Ale „Buteman” z zasady nie informuje wyspy o tym, co się dzieje na lądzie, nawet jeśli są to globalne rekordy i kataklizmy. Pozostawia je brytyjskim dziennikom i radiu.

A jednak w tym numerze coś jest. Notatka pod tytułem Środki ostrożności. Czytamy w niej, że pierwszego września do Rothesay przypłynie ponad tysiąc pięćset dzieci z Glasgow.

To nie wycieczka dla uczczenia nowego roku szkolnego, lecz zawczasu zaplanowany szkocki fragment wielkiej ewakuacji cywili wymagających szczególnej opieki (dzieci, niewidomych, kalek), rozpoczętej trzydziestego pierwszego sierpnia o godzinie jedenastej siedem krótkim rozkazem „Evacuate forthwith” (ewakuować niezwłocznie). W ciągu czterech dni trzy miliony ludzi w Wielkiej Brytanii zmienią adresy. To podobno największy zorganizowany ruch ludności w historii państwa. Wyznaczono do tej operacji sto tysięcy nauczycieli (mało!), którzy starają się utrzymać wśród dzieci beztroski nastrój. Na zatłoczonych peronach śpiewa się i podskakuje w rytm lambeth-walka, gdy matki ukradkiem ocierają łzy.

Dzieci nie wiedzą, dokąd jadą i płyną. Nie mają pojęcia, jak długie będzie rozstanie.

Ewakuacja ma objąć sto dwadzieścia tysięcy dzieci z Glasgow. Tysiąc pięćset dwadzieścioro sześcioro z nich przypływa pierwszego września do Rothesay dwoma rejsami Jeannie Deans, stateczku cieszącego się ogólną sympatią; jego maszyna parowa jest jeszcze wspierana kołem łopatkowym. Każde dziecko ma kartonowe pudełko z maską gazową, szczoteczkę do zębów, zmianę bielizny, na piersiach zaś tabliczkę z nazwiskiem i adresem. Nauczyciele i wolontariusze prowadzą ten tłum do kin Regal i Palace, gdzie już się gromadzą mieszkańcy wyspy, gotowi dobrowolnie wziąć przybyszy. Wiele osób bierze rodzeństwa. Młody doktor Buchanan i jego żona Anna przyjmują sześcioro.

Wielkie miasto wysyła dzieci na bezpieczną prowincję

Daily Mirror / Mirrorpix / Mirrorpix via Getty Images

W niedzielę trzeciego września Wielka Brytania ogłasza przystąpienie do wojny, lęk przed bombardowaniami wzrasta. Do Rothesay płynie więc z Glasgow następna partia tysiąca sześciuset ewakuowanych. Według raportu pogodowego wydanego przez Towarzystwo Historii Naturalnej Buteshire tego dnia w Rothesay leje, wieje i grzmi; najgorsza burza w tym roku. Trzeba przeprowadzić przestraszone dzieci do Pawilonu. To nowy gmach w pobliżu portu, duma Rothesay – sale koncertowa, konferencyjna, restauracyjna, dancingowa z podłogą posadowioną na sprężynach, żeby przyjemniej się tańczyło, wspaniałe kuluary i wszelkie wygody.

Rodzin, które dobrowolnie przychodzą po dzieci, zaczyna brakować. Ale miejsca muszą się znaleźć. Rząd tego wymaga i wyznacza kwatery.

„Buteman” informuje, że kto weźmie do domu jedno dziecko, otrzyma na nie dziesięć szylingów i sześć pensów tygodniowo, kto weźmie więcej dzieci, dostanie osiem szylingów i sześć pensów na każde. I dodaje: Jeśli przyjmiecie do swego domu dzieci bez towarzyszącego im opiekuna, oczekuje się od was kontroli i troszczenia się o nie, tak jakby były wasze własne.

Jean Donald, która napisała wiersz Ewakuowani, wspominała po latach:

Miałam szczęście, bo razem z dwiema siostrami trafiłam na farmę. Traktowali nas bardzo dobrze i chociaż tęskniłyśmy za rodzicami, czułam się jak na wakacjach. Inni nie mieli tyle szczęścia. Słyszałam okropne historie o złych warunkach w innych miejscach i o dzieciach, które cierpiały u złych dorosłych. Niektóre nie z własnej winy były zaniedbane, miały liszaje, wszy i szkorbut. Minęło sporo czasu, zanim urzędnicy kwaterunkowi zrobili z tym porządek2.

Mali goście z wielkiego miasta sprawiali czasem kłopoty na spokojnej prowincji. Dziesięcioletni bliźniacy ukradli z kasy kina Ritz dwieście pięćdziesiąt siedem biletów. Złapani, tłumaczyli bezczelnie, że zbieranie używanych biletów to ich hobby.

A kino, podobnie jak tańce na elastycznej podłodze, to największa rozrywka w Rothesay. W kinach zawsze jest tłok.

Dzieci z Glasgow trzeba upchnąć w klasach. Nauka odbywa się na kilka zmian. Młodzi nauczyciele otrzymali karty powołania, zgłaszają się więc emerytowani. Wielki imperialny gmach szkoły publicznej zwanej akademią nigdy nie był tak ożywiony. Góruje nad miasteczkiem jak zamek z opowieści rycerskiej. Na parterze rząd wysokich ostrołukowych okien. Ze stromego dachu wyłamują się facjaty wielkie jak wrota do domostw. Pośrodku wieża bramna z zegarem, z krenelażem i jeszcze niewielką wieżyczką nad nim. Gdzie tylko architektura na to pozwala – ozdobne sterczyny.

Na najstarszych zdjęciach widać, że część dziatwy biegała do tego zamku bez butów, ale może to te, które miały blisko. Akademia zbudowana w 1870 roku służy nie tylko tej wyspie, ale i sąsiednim; uczniowie zza wody mieszkają podczas roku szkolnego na stancjach w Rothesay.

Dawna akademia

archiwum Bute Museum

Około Bożego Narodzenia rodzice zaczynają zabierać dzieci do domów w Glasgow. Lęk przed bombami wydaje się przesadny. Jeszcze się nie zaczął straszny blitz nad Londynem. Mniej więcej jedna czwarta ewakuowanych pozostaje na Bute przez wiele miesięcy.

Jędrek Modelski

Nie udało mi się dowiedzieć, co Rak-Raczkowski robił we wrześniu.

W listach rodzinnych nic nie ma.

Ostatnie informacje o kapitanie Raczkowskim w Centralnym Archiwum Wojskowym pochodzą z 1938 roku. Ze względu na stan zdrowia do wykorzystania na stanowiskach pozaliniowych w pułku. Na arkuszu oceny przybito pieczęć 1. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej imienia Marszałka Śmigłego-Rydza.

A więc mógł w nim służyć we wrześniu 1939 roku. Nie było go jednak w ówczesnej obsadzie etatowej pułku. Znalazłam w niej za to innego wuja. Podporucznik rezerwy Stefan Biernacki, rodzony brat mojej mamy, uwielbiany przez panny, dowodził 3. plutonem w 3. pułkowym dywizjonie. Wiedziałby o Raku. Ale niedawno umarł w Australii, bo natychmiast po wyjściu z oflagu ożenił się z Niemką i nie śmiał jej przedstawić bialskiej rodzinie. Irma zresztą nie chciała mieszkać w Polsce, tak jak on w Niemczech. Żyli szczęśliwie na antypodach, zbudowali sobie dom nad oceanem. Wujek Stefi dożył stu dwóch lat.

W połowie lat siedemdziesiątych pojechałyśmy z mamą do Białej Podlaskiej, by zajrzeć do stryszków na facjatce. Trwała już rozbiórka naszego domu. Prawo do niej wykupiło młode małżeństwo, które potrzebowało budulca. Ta para, energiczna i wesoła, sama obtłukiwała tynk, wyrywała cegły, znosiła je na podwórko w drewnianych nosiłkach, jakie widuje się w starych filmach o odbudowie Warszawy, i wykazywała podobny entuzjazm. Nie chciała niczego zniszczyć, a na obu przygórkach pozostawiłyśmy trochę rzeczy.

Leżały tam małe damskie pantofle z grubego lnu. Miały brązowe skórzane noski, skórzane guziczki i zapinały się na paseczek. Były rozeschnięte i wypaczone, ale chyba nigdy nieużywane.

To Stasi – stwierdziła mama. – Musiała zostawić we wrześniu.

Parę lat wcześniej byłam w Ameryce i poznałam ciocię Stasię, siostrzenicę dziadka Biernackiego. Jej mąż generał Izydor Modelski, zwany w rodzinie (i poza nią) Iziem, już wtedy nie żył. Stanisława miała dwie siostry, Irenę i Marię. Każda z nich mieszkała w innym mieście w Stanach. Tego roku, kiedy przyjechałam pierwszy raz do Nowego Jorku i zatrzymałam się u najmłodszej, Marysi, wszystkie postanowiły się spotkać w jej domu na Queensie. Była piękna jesień, wieczorami siedziało się w kuchni i snuło opowieści domowe, w dzień szliśmy na grzyby. Mąż Marysi Wacław Drzewiecki potrafił znaleźć prawdziwka nawet w parku miejskim.

Irena opracowywała historię naszej rodziny. Przez lata słała do wszystkich krewnych w Ameryce, w Anglii i w Polsce listy z pytaniami o daty urodzenia i śmierci, o dzieci, o wnuków, wykształcenie, kariery. Nie zaprzestała tej pracy w ciężkiej chorobie, gdy amputowano jej obie nogi.

Notę poświęconą szwagrowi, który w dawnych latach wybrał sobie konspiracyjny pseudonim Ziemidar Wzórski, zakończyła słowami: Cechą charakteru Izydora Modelskiego była wielka miłość ojczyzny. I marzenie aby Polska była rządzona przez mądrych, szlachetnych i dobrych ludzi, z Błogosławieństwem Bożym…

Siostry umarły w Stanach Zjednoczonych, zgodnie ze swym wiekiem, według starszeństwa: Stasia, Irena, Marysia. Kiedy w latach osiemdziesiątych wyjechałam z dziesięcioletnim Piotrkiem do Nowego Jorku i zamieszkaliśmy z Marysią, zdążył jeszcze je poznać i nigdy nie wydawały mu się amerykańskie, lecz raczej podlaskie.

Syn Modelskich Andrzej, wesoły brat łata, wybitny kartograf, specjalista od map kolejowych Stanów Zjednoczonych, parę razy przyjeżdżał do Polski. Przywiózł mi w prezencie mapę Regni Poloniae Tobiasza Mayera z 1750 roku. Można na niej odszukać Białą Podlaską (Białła) i Kiejdany (Kieydany), chociaż wymaga to sporej uwagi, bo leżą niezupełnie tam, gdzie powinny.

Kiedy ciocia Stasia zostawiała swoje pantofle na stryszku w Białej, miał dziesięć lat.

Może spotkał wtedy Raka-Raczkowskiego lub później słyszał o nim od ojca? Czy ojciec coś wiedział o drodze Raka na Zachód, o jego śmierci na szkockiej wyspie? Ci oficerowie powinni się znać.

Kiedy zadzwoniłam z tymi pytaniami do Jędrka, do Frederick w stanie Maryland, nie wiedziałam jeszcze, jaką rolę odgrywał Izydor Modelski w sprawie Rothesay.

Andrzej Modelski, syn generała

archiwum rodzinne Małgorzaty Szejner

Dowiedziałam się od Jędrka, że w sierpniu 1939 roku ojciec wywiózł go z Warszawy do krewnych w Lublinie i że Stasia wraz z moją mamą zabrały go stamtąd do Białej Podlaskiej, do domu dziadka Biernackiego.

– Pamiętasz mnie z tego czasu? – spytał.

– Nie, miałam trzy lata.

– To dobrze, bo byłem psotny. Na pewno cię ciągałem za włosy. Niemcy zabrali masarnię twojego dziadka i robili niemieckie kiełbasy. Jednego dnia poszedłem zobaczyć, co oni robią. Jeden Niemiec ze Śląska mówił po polsku. Złapał mnie i dyndał mnie nad kotłem gotującej wody.

– Nic ci się nie stało?

– Nic. Trzymał mnie mocno. Ale to pamiętam! Nie wiedzieliśmy, gdzie jest tatuś. On z generałem Sikorskim znalazł się w Paryżu. Po bitwie pod Kockiem3 wróciliśmy z mamą do Warszawy. Mama najęła w Białej dorożkę, tak się jechało. Nasz dom na Sadybie oficerskiej został zbombardowany, pojechaliśmy do Krakowa, już koleją. Mama znalazła znajomą, która nam paszporty zrobiła przez generała Bolesława Długoszowskiego, mama go znała. A wizy do Rzymu dostaliśmy przez pułkownika Mariana Romeykę. Mamusi koleżanka była sekretarką kardynała w Rzymie i miała kontakt z polską ambasadą. Byliśmy u papieża Piusa XII. W Paryżu znaleźliśmy tatusia i wyjechaliśmy do Londynu, a w tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym roku do Ameryki.

Dopytywałam się o Raka. Słyszał tylko tyle, że Ignacy Raczkowski był artylerzystą i że miał Virtuti. Nie wiedział, że Rak był na Bute ani czy w czasie wojny spotkał się z generałem Modelskim.

– Pamiętam – dodał – jak mama opowiadała… Tatuś dostawał listy z prośbą o wypuszczenie z Wyspy Węży. On kazał wypuścić różnych oficerów zawodowych. Ale nie starszych oficerów sanacyjnych.

Zapytał mnie o pogodę w Polsce.

– U nas cicho i dobrze – powiedział. – Ja ciągle pracuję. Siedzę, a nawet stoję nad papierami. Napisałem życiorys Antosia.

– Którego Antosia?

– Antosia Biernackiego, brata twojej mamy. Wiesz coś o nim?

– Będzie ze trzydzieści pięć lat, od kiedy umarł.

– I pewnie nic nie wiesz, bo mało mówił. Wyślę ci to, żebyś wiedziała. Jak się nie zapisze, to nie ma człowieka.

Pytanie o dzwony

Ósmego września 1939 roku „Buteman” napisał jednak o wojnie w Polsce: Miniony piątek był pod każdym względem pamiętnym dniem z powodu zaskakującej wiadomości o inwazji Hitlera na Polskę oraz powołania Ochotniczej Rezerwy Królewskich Sił Zbrojnych, członków Rezerwy Uzupełniającej i innych służb. Wielu z nich wyruszyło tego samego dnia do różnych miejsc przeznaczenia.

Pawilon, już opuszczony przez dzieci, służy teraz jako magazyn masek przeciwgazowych dla ludności wyspy; policzone przez ochotników, są rozdzielane w kościołach.

W połowie września zmotoryzowani mieszkańcy Bute muszą się zaopatrzyć w kartki na benzynę. Bardzo skąpy przydział zależy od mocy silnika. Jeden kupon to galon. Farmerzy, którzy produkują żywność, mogą dostać większe przydziały.

Minister informacji zarządza, że nie wolno fotografować urządzeń obronnych, fabryk, stoczni, statków, obiektów zniszczonych przez wroga, szpitali i ambulansów z ofiarami, rannych ludzi, dróg i torów o strategicznym znaczeniu i tak dalej.

Nie wolno wysyłać żadnych druków, manuskryptów i dóbr do dwudziestu siedmiu państw, między innymi do Związku Radzieckiego, Włoch, na Węgry, do Szwecji, Chin, Japonii, państwa Watykan i Polski. Na tej liście jest również Danzig.

Ogłasza się zapotrzebowanie na pielęgniarki, także bez doświadczenia. Będą przeszkolone. Te, które podejmą pracę w pełnym wymiarze, dostaną pensję, te, które wolą pracować krócej, zostaną potraktowane jako wolontariuszki. Wszystkim zapewni się uniformy.

Zaczyna się wydawanie dowodów osobistych. Trzeba je zawsze nosić przy sobie.

Trwają przygotowania do reglamentacji żywności. Każdy sklepikarz musi się zastanowić, ile zmagazynować bekonu, cukru i masła, aby zaspokoić potrzeby klientów, którzy przyjdą z kartkami na te towary. Mieszkańcy Bute, jeśli nie zarejestrowaliście się jeszcze w swoim sklepiku, zróbcie to natychmiast!

Kompania Mcdonald i Fraserand wystawiła na sprzedaż dwieście trzy sztuki bydła i ponad dwa tysiące sześćset owiec i jagniąt. Krowy jeszcze nigdy nie miały takiego wzięcia, to najbezpieczniejsza lokata pieniędzy. Większość rolników kupujących jagnięta przeznacza je do dalszej hodowli.

Szkoccy żołnierze we Francji potrzebują wełnianych rękawic i skarpet; rękawice w kolorze khaki, skarpety w obojętnym. Proszą o organki, karty do gry, czekoladę, słodycze w puszkach, żyletki, mydło. Ofiarodawcy mogą to wysyłać na własną rękę, Ministerstwo Wojny podaje adres. Papierosów nie kupujcie, przekażcie pieniądze, papierosy zakupione przez państwo nie będą oclone.

W piątek dwudziestego drugiego września „Buteman”, zgodnie ze swoją zasadą pomijania wydarzeń zewnętrznych, nie wspomina o inwazji sowieckiej na Polskę. Radni Rothesay zajmują się tego dnia dzwonami szkolnymi. Czy wolno wprawiać je w ruch, skoro restrykcje wojenne obejmują też hałas, który może alarmować w niewłaściwym momencie? Łatwo sobie wyobrazić, jak potężny dzwon ma akademia. Wielebny Dickie zauważa, że skoro dzwony kościelne w Rothesay nie muszą milczeć, należałoby uwolnić i szkolne, będzie nieco raźniej. Szef policji jednak jest temu przeciwny. Zapada decyzja, żeby napisać do pana Charlesa McAndrew, członka parlamentu, reprezentanta Bute i North Ayrshire. Niech przedłoży sprawę dzwonów sekretarzowi stanu dla Szkocji.

Ucałowanie flagi

Zanim jeszcze rozpocznie się kalendarzowa jesień, Polskę opuszczają tysiące żołnierzy i oficerów. Dążą przez Rumunię do Francji. Są wśród nich:

– generał dywizji Stefan Dąb-Biernacki, dowódca rozbitej Armii „Prusy”;

– generałowie brygady: Stanisław Rouppert, naczelny lekarz wojskowy, do którego Piłsudski mówił Stachurku; Kazimierz Schally, szef Gabinetu Wojskowego prezydenta Mościckiego; Aleksander Narbut-Łuczyński, dowódca etapów Armii „Kraków”; Ludomił Rayski, dowódca lotnictwa w Ministerstwie Spraw Wojskowych; jego zastępca Janusz de Beaurain (obaj w marcu 1939 roku złożyli dymisję);

– pułkownicy: Tadeusz Münnich, adiutant Śmigłego-Rydza, Tadeusz Alf-Tarczyński4, adiutant Józefa Piłsudskiego podczas jego pobytu w Sulejówku,

– podpułkownicy: Roman Umiastowski, szef propagandy w sztabie Śmigłego-Rydza; Marian Zyndram-Kościałkowski, były premier, ostatnio minister opieki społecznej;

– kapitanowie: Michał Grażyński, wojewoda śląski i przewodniczący Związku Harcerstwa Polskiego; Jerzy Niezbrzycki, oficer wywiadu, sowietolog piszący pod pseudonimem Ryszard Wraga;

– podporucznik rezerwy Stefan Mękarski, pracownik naukowy, bibliotekarz, publicysta.

Wszyscy znajdą się z czasem na Bute.

Paru pozostawiło wspomnienia wydane po latach. Stefan Mękarski w Zapiskach z Rothesay5 i Roman Umiastowski w Dzienniku wojennym 18 IX 1939–19 IX 1945 opowiedzieli o dniach spędzonych na wyspie. Opowiedział o nich także Michał Grażyński. Jego dziennik, na stu trzydziestu zeszytowych stronicach w linie, dostępny w kopii w Instytucie Sikorskiego w Londynie, nie został dotąd opracowany; prawdopodobnie dlatego, że drobne pismo autora bardzo trudno odczytać. Musiałam cierpliwie powiększać słowa i identyfikować litery.

Umiastowski opuszcza Polskę osiemnastego września. Tego dnia zapisuje: Łzy na moście. Ucałowanie flagi6.

Pułkownik Tadeusz Münnich, były adiutant Śmigłego-Rydza, chowa przy sobie najdroższe pamiątki – pieczęć naczelnego wodza, Krzyż Virtuti, odznakę „Za Wierną Służbę”. Zaszył je w ubraniu, kiedy razem ze Śmigłym przekraczał we wrześniu granicę Polski. Rumuni ich rozdzielili. Münnicha wysłali pod eskortą do Slanic. Postanowił przedrzeć się do Francji, ale przedtem chciał się pożegnać z marszałkiem. Przekupił rumuńską eskortę i odwiedził Śmigłego internowanego w Krajowej (Craiova). Usłyszał od niego: Jedźcie pułkowniku do Francji i prostujcie te wszystkie kłamstwa, które tam będziecie z pewnością napotykać7.

Wie, że zdobycie francuskiej wizy może być trudne, bo przyznawana jest za poręką generała Sikorskiego, a na jego wielkoduszność Münnich raczej nie liczy. Ma na szczęście protekcję, słuchał kiedyś wykładów generała Louisa Faury’ego, który go pamięta i gotów jest pomóc, ale pułkownik musi mu dać słowo honoru, że nie będzie prowadził politycznej roboty. Dociera do Francji przez Jugosławię i Grecję. Stamtąd statkiem. W Marsylii polskie władze wojskowe nie przyjmują go dobrze: Kto pana pułkownika tutaj sprowadził?8.

Ordery

Zrobiłam listę odznaczeń trzynastu wymienionych uchodźców:

– Krzyż Kawalerski Orderu Virtuti Militari – jeden (Dąb-Biernacki),

– Krzyż Złoty Orderu Virtuti Militari – jeden (Dąb-Biernacki),

– Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari – dziesięć,

– Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski – dwa (Dąb-Biernacki i Michał Grażyński),

– Krzyż Orderu Odrodzenia Polski różnych stopni – siedemnaście,

– Krzyż Niepodległości – dwanaście,

– Krzyż Walecznych – nadany czterdzieści razy,

– Złoty Krzyż Zasługi – nadany piętnaście razy,

– Legia Honorowa (Francja) – pięć,

– Order Krzyża z Orłem (Estonia) – cztery,

– Order Pogromcy Niedźwiedzia (Łotwa) – dwa.

I jeszcze po jednym:

– Komandoria Orderu Białego Orła (Jugosławia),

– Gallipoli Star (imperium osmańskie),

– Order Korony Jugosłowiańskiej,

– Order Korony Włoch

– Order Korony Rumuńskiej,

– Order Świętego Aleksandra (Bułgaria),

– Krzyż Zasługi Wojskowej Litwy Środkowej,

– Order Leopolda (Belgia).

Wygląda na to, że obfitość orderów, zamiast kierować na wojnę, stanowi bilet na kwarantannę. Kapitan Ignacy Raczkowski miał jednak tylko jedno Virtuti, musiały więc być i inne powody wysyłki na wyspę niż przedwrześniowe odznaczenia; dotyczy to też Mękarskiego. W papierach Raka w Centralnym Archiwum Wojskowym jest jeszcze wniosek o przyznanie mu Krzyża Walecznych za dzielną obronę Modlina w 1920 roku, ale nie znalazłam informacji, jak go rozpatrzono.

Zaciemnienie

Dzień jest coraz krótszy, a kiedy się kończy, Rothesay tonie w ciemnościach. Na przesłonięcie ogromnych okien akademii, która pracuje teraz także wieczorami – tylu uczniów przybyło na Bute – wydano poważną wtedy kwotę sześćdziesięciu dziewięciu funtów i dziesięciu pensów.

Szóstego października „Buteman” przypomina czytelnikom utwór osiemnastowiecznego poety Thomasa Graya Elegia napisana na wiejskim cmentarzu. Zdaniem redaktora poemat ten znają wszyscy uczniowie w Wielkiej Brytanii, nabrał jednak aktualności. Pierwsza zwrotka zaczyna się od słowa curfew, które u Graya oznaczało stan przyrody i ducha („The curfew tolls the knell of parting day”), ale w dwudziestym wieku zmieniło ton – oznacza niemal wyłącznie godzinę policyjną i związane z nią zaciemnienie. Stanisław Barańczak, zachowując wierność autorowi, użył w tłumaczeniu dwóch słów: zgon dnia.

Dzwon wieczorny żałobnie nad zgonem dnia płacze,

Porykując, z łąk schodzą ociężałe stada,

Ku zagrodom zmierzają znużeni oracze;

Światem już tylko ciemność – i myśl moja włada9.

Nagła śmierć nie kojarzy się jeszcze na Bute z akcją bojową. W listopadzie czołówkę „Butemana” dzielą dwie pozycje – wspomnienie o miejscowym sklepikarzu, który umarł po krótkiej chorobie, i lokalny mecz Scottish Junior League.

Obchody świąt Bożego Narodzenia wychodzą w tym roku poza domy rodzinne. W ciągu pięciu dni ferii świątecznych wolontariusze – głównie przewodnicy turystyczni po Bute – organizują popołudniowe zajęcia dla ewakuowanych dzieci, które jeszcze pozostały na wyspie.

Towarzystwo Historii Naturalnej Buteshire podsumowało roczny raport pogodowy: było siedem burz z piorunami, dziesięć dni z mgłą, dziewięć dni z gradem, siedem dni ze śniegiem, który w styczniu leżał aż przez dwie doby. Mróz ścisnął sześćdziesiąt cztery razy, najniższa temperatura wyniosła dwanaście stopni Celsjusza. Spadło sto dwadzieścia osiem centymetrów deszczu, o czterdzieści trzy mniej niż w roku poprzednim. Oceniono: Bute z piękną wiosną, ciepłym i suchym latem i umiarkowanie suchą jesienią miało, ogólnie rzecz biorąc, całkiem dobry rok10.

Na razie nic jeszcze nie zapowiada, że łagodna wyspa stanie się Wyspą Węży dla oficerów z Polski.

1 Fragmenty opowieści przytaczam w luźnym tłumaczeniu za stroną www.butesonsanddaughters.co.uk, (data dostępu: 2 stycznia 2018).

2 Jess Sandeman, dz. cyt.

3 Bitwa pod Kockiem, stoczona z Niemcami między 2 a 5 października 1939 przez Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie” pod dowództwem gen. Franciszka Kleeberga, zakończyła pięciotygodniową kampanię obronną Polski.

4 W styczniu 1964 gen. Władysław Anders mianował go generałem brygady.

5 Stefan Mękarski, Zapiski z Rothesay 1940–1942, oprac. Arkadiusz Adamczyk, Londyn–Piotrków Trybunalski 2003. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przytoczone dalej i omówione przeze mnie słowa Mękarskiego pochodzą z tej książki.

6 Roman Umiastowski, Dziennik wojenny 18 IX 1939–19 IX 1945, wstęp i oprac. Przemysław M. Żukowski, Warszawa 2009. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przytoczone dalej i omówione przeze mnie słowa Umiastowskiego pochodzą z tej książki.

7 Marek Gałęzowski, Pułkownik „Żegota”. Życie i pisma pułkownika dypl. Tadeusza Münnicha, Warszawa 2009.

8 Tamże.

9 Od Chaucera do Larkina. 400 nieśmiertelnych wierszy 125 poetów anglojęzycznych z 8 stuleci, tłum. Stanisław Barańczak, Kraków 1993.

10 „Transactions of the Buteshire Natural History Society” 1945, t. XIII.

Dzisiaj

Iain, Lachie, Rak

Dostępne w wersji pełnej

1940

Wszyscy żeśmy zawinili

Chcę o jedno tylko prosić – Generale

Abym w tej dziejowej chwili

Mógł karabin prędzej nosić

Wszyscy żeśmy zawinili

No i Pan Bóg nas surowo

Już ukarał – Generale

ppor. Paweł Kulesza, „List do Generała”, Cerizay, marzec 1940*

* Za: Antoni Grycko, rękopis wspomnień, Centralne Archiwum Wojskowe im. mjr. Bolesława Waligóry w Rembertowie, sygn. IX.5.21.91. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przytoczone dalej i omówione przeze mnie informacje podane przez Gryckę pochodzą z tego rękopisu.

Dostępne w wersji pełnej

Dzisiaj

Jean

Dostępne w wersji pełnej

1941

Witaj nam, droga Polsko

Witaj nam, droga Polsko, razem z tobą cierpimy,

Coraz lepiej cię znamy, coraz bardziej lubimy.

Płomiennie patriotyczna, tak jak nasz naród szkocki,

O duchu nieugiętym, nie poddajesz się, Polsko.

Niechaj twoi synowie, których wygnała wojna,

Czują się w pięknej Szkocji bezpiecznie i spokojnie.

Bóg przywróci wam prawo, pokonacie tyrana,

Mała waleczna Polsko, wyleczysz swoje rany.

Żegnaj nam, dzielna Polsko, rozdzieleni falami

Nie zapomnimy ciebie, będziemy myślą z wami.

John Yelloulees, Farewell to Poland, „Buteman”, 10 stycznia 1941

Dostępne w wersji pełnej

Dzisiaj

Charles

Dostępne w wersji pełnej

1942

Ci, co bezczynni

(…) jeśli nie będą okryte chmurami, zobaczycie sylwetki Goat Fell i Śpiącego Rycerza. (…) Śpiący Rycerz, leżący na plecach, wydaje się dziewiętnastowieczną fantazją. (…) Język gaelicki określa pierś rycerza jako Caisteal Abhail, co prawdopodobnie oznacza „zamek umarłych”.

David McDowall, Bute

Śpiący rycerze, to ci co bezczynni,

Ci co gnuśnieją za domem czy doma;

Ci, co jakimiś już dziełami słynni,

Już syci Sławy i już ich oskoma

Nie unosi – ci po wszystkie czasy winni,

Leniwe duchy

Stanisław Wyspiański, Bolesław Śmiały

Dostępne w wersji pełnej

Dzisiaj

Ojciec Michael

Dostępne w wersji pełnej

1943/1944

Kop! Kop! Kop!

Kop! Kop! Kop!

Byś muskuły miał jak chłop.

Mocno w ziemię szpadel wbijaj

I nie zważaj na robaki,

Co się w dole wiją.

A gdy grzbiet twój woła „dość!”,

Wiedz, że wrogom dajesz w kość.

Kop! Kop! Kop! Dla Zwycięstwa!

Propagandowy wierszyk nieznanego autora popularny podczas wojny na Wyspach Brytyjskich

Dostępne w wersji pełnej

Dzisiaj

Robin

Dostępne w wersji pełnej

1944 i potem

Powrót

Czy jeszcze kiedyś zobaczę stare Rothesay, daleko za morzem

Czy wdrapię się jeszcze kiedyś na Barone Hill

Czy spotkam znowu moją drogą mamę i kochanego starego tatę?

Czy jeszcze kiedyś popatrzę na słońce, jak zachodzi za Goat Fell

Czy będę wędrował po wrzosowiskach?

Ciągle o tym myślę pod niebem pustyni

I kiedy myśli tak błądzą

Łzy zasłaniają mi oczy

Z listu D. M’Arthura (imienia i rangi nie podano) do matki w Rothesay, wydrukowanego w „Butemanie” 14 maja 1943

Dostępne w wersji pełnej

Dzisiaj

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Indeks nazwisk

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Witold Siemaszkiewicz

Fotografia na pierwszej stronie okładki

PAP/CAF

Opieka redakcyjna

Daniel Lis

Weryfikacja merytoryczna

Jan Szkudliński

Wybór fotografii

Małgorzata Szejnert przy współpracy Krzysztofa Zielińskiego

Opracowanie mapy

Anna Styrska-Mróz

Adiustacja

Bogumiła Ziembla

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Anastazja Oleśkiewicz

Indeks

Urszula Horecka

Copyright © by Małgorzata Szejnert

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5406-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyspa Węży Usypać góry. Historie z Polesia Szczecin 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran