Góra Wschodnia

Góra Wschodnia

Autorzy: Agnieszka Marciniuk

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 22.18 zł

Mieszkańców rozleniwionej Góry Wschodniej elektryzuje wieść o przyjeździe dziedziczki pobliskiego pałacu. Nowina ta brzmi mało prawdopodobnie, nie przeszkadza im to jednak w obmyślaniu najróżniejszych projektów, których realizacji mógłby sprzyjać powrót hrabiny. Górzanie z nadzieją i ufnością spoglądają w kierunku tajemniczej Miłochny. Okazuje się, że niemal każdy ma swoje marzenia − duże i małe, zwyczajne i zupełnie niezwykłe. Ale czy wszystkie mogą się spełnić? Czy ich ziszczenie zagwarantuje marzycielom szczęście? I czy później będzie jeszcze możliwy powrót do znanej, bezpiecznej rzeczywistości?

Agnieszka Marciniuk – absolwentka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, obecnie pracuje w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Tłumaczyła opowiadania Czechowa, ukończyła kurs scenariopisarstwa. "Góra Wschodnia" to jej druga książka.

Copyright © Agnieszka Marciniuk, 2018

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© Mark Fearon/Arcangel Images; Indigo Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Adam Namięta

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8123-632-4

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Jeżeli spojrzeć na Górę Wschodnią z wieży kościelnej tuż po wschodzie słońca, można zobaczyć wiele ciekawych rzeczy.

Samo miasteczko wygląda wtedy jak ogromny różowy lizak. Nie wiadomo, skąd to wrażenie dominującego różu: tak naprawdę w Górze Wschodniej na różowo pomalowana jest jedynie plebania. Są też różowe pelargonie na balkonie panny Izabeli, no i oczywiście różowy sweter Pelagii, w którym przemyka ona uliczkami w stronę stawów. Ale nic ponadto. A jednak – jeżeli spojrzeć na Górę Wschodnią z wieży kościelnej tuż po wschodzie słońca − wygląda ona dokładnie jak ogromny różowy lizak.

– Dlaczego lizak? – zapytał kiedyś Bronek pannę Izabelę (ona pierwsza dostrzegła to podobieństwo).

Panna Izabela nic wtedy nie odpowiedziała, tylko jeszcze raz popatrzyła na Górę Wschodnią swymi pięknymi błękitnymi oczyma, w których pełno było smutku. Potem, stukając obcasami, zaczęła schodzić po krętych schodkach, nie oglądając się za siebie. Bronek został na wieży; na wszelki wypadek zerknął jeszcze na Górę Wschodnią – ale nie zobaczył lizaka.

Widział za to, jak uliczkami przemyka Pelagia w swym różowym sweterku. Podążała w stronę stawów, w ręce niosła mały wiklinowy koszyk, w którym znajdowały się dwie kanapki z serem, owinięte w śniadaniowy papier, jabłko oraz trzy ciastka w czekoladzie, kupione na wagę u pani Rozalii. Sama pani Rozalia zrywała właśnie kartkę z kalendarza i z uwagą studiowała tekst na jej odwrocie − tym razem dotyczył uprawy warzyw liściowych. Józio przecierał witrynę piekarni, dokładnie polerując framugi, ponad jego głową lśnił złocisty szyld, przesłonięty częściowo przez pelargonie panny Izabeli. Do redakcji „Głosu z Góry Wschodniej” śpieszyła pani Helenka, a stary Antoni, piastujący klucze domu kultury, z namaszczeniem zamiatał chodnik przed wejściem. Pani Hanka i pan Alojzy w tej samej chwili otwierali swoje zakłady fryzjerskie. Raptowny Jędruś z upodobaniem przesuwał dłonią po miękkiej skórze najnowszej walizy. Pan Miecio przyjmował na podwórzu swego sklepu z różnościami podejrzanego jegomościa. Pani Różewska z uwagą pucowała lustro w przymierzalni swego zakładu krawieckiego. Właściciel kiosku przeliczał egzemplarze gazety codziennej i porównywał je z listą sporządzoną na początku miesiąca.

Bronek i panna Izabela lubili obserwować wschody słońca z kościelnej wieży. Świat, początkowo rozmyty w szarawym świetle poranka, krystalizował się z wolna i nabierał głębi. Zagubiona i zapomniana gdzieś na równinie Góra Wschodnia wyłaniała się z nicości, jak gdyby była obrazem wykańczanym naprędce niewidzialną ręką albo jakby ktoś ją szybko składał z klocków. Promienie słońca odsłaniały kolejne metry ziemi, z wieży kościelnej widać było coraz więcej, wzrok mógł pobiec dalej, poza miasteczko, poprzez jabłoniowe sady i dęby obrastające Miłochnę mógł pomknąć w ślad za podnoszącym się słońcem, wzdłuż torów kolejowych, i zatracić się w linii horyzontu, coraz odleglejszej, w końcu tak odległej, że aż niewyraźnej. Patrzyli oboje długo w ten horyzont, za którym zaczynał się świat, myśląc o czymś zagadkowym, dalekim i kuszącym.

Gdzieś na dole rozległ się stukot obcasów. Panna Izabela przecięła kościelny dziedziniec, wśród drzew zniknęła jej amarantowa sukienka. Bronek wolno przesunął wzrokiem po kościelnym wzgórzu, mierząc w myślach tempo, w jakim panna Izabela schodzi po zboczu. Zatrzymał spojrzenie u podnóża wzniesienia dokładnie w chwili, kiedy jej postać ponownie wyłoniła się z zieleni. Potem patrzył, jak idzie wzdłuż ulicy Zamiejskiej, kluczy wąskimi uliczkami, wreszcie dociera na rynek, mija fontannę i znika w domu kultury. Góra Wschodnia stała w złocistych promieniach słońca − błoga, leniwa, zbudzona ze snu.

ROZDZIAŁ I

Przeczucie

Nie wiadomo, w jaki sposób po Górze Wschodniej rozeszła się wieść o przyjeździe hrabiny Niedzielskiej, w każdym razie w sobotę nikt jeszcze o tym nie wspominał, w środę zaś mówił o tym cały targ.

Wieść była nieoczekiwana i brzmiała dość nieprawdopodobnie, toteż na pozór nikt w nią nie wierzył. A jednak podawano ją sobie z ust do ust i wkrótce nie było w Górze Wschodniej nikogo, kto nie słyszałby o tym niespodziewanym powrocie, a znakomita większość miała już nawet na ten temat wyrobione zdanie.

Hrabina pochodziła z rodziny, która przez kilka stuleci rezydowała w majątku o nazwie Miłochna, sąsiadującym z Górą Wschodnią. Na majątek ów składały się niegdyś pola uprawne, łąki, rozległy park, sześć stawów, młyn i gorzelnia – przede wszystkim zaś obszerny pałac. Na skutek zbliżającej się wojny ostatni hrabia opuścił majątek późnym latem trzydziestego dziewiątego roku, a pałac przez następne dziesięciolecia przechodził z rąk do rąk, pełniąc najdziwniejsze funkcje, w tym składu zboża i paszy dla bydła, oraz często goszcząc dzikich lokatorów. Ostatni mieszkaniec Miłochny, obłąkany Roch, trzy lata temu został odnaleziony martwy w holu, u podnóża schodów, i obecnie nie było już wiadomo, do kogo właściwie należy pałac. Brak opiekuna z każdym rokiem był bardziej widoczny. Lata świetności Miłochny pozostały jednak we wspomnieniach starszych pokoleń i w wyobrażeniach młodszych; dawny czar szarej bryły, doskonale widocznej z kościelnej wieży, wciąż promieniował na miasteczko.

Dlatego też wieść o przyjeździe hrabiny Niedzielskiej nie mogła nie poruszyć górzan. W środowy poranek targ położony na południowo-wschodnim krańcu miasteczka huczał, w sobotę dzielono się swoimi przemyśleniami na ten temat, w następną środę zaś pytano się nawzajem, skąd właściwie się wzięła ta plotka – ciągle bowiem nic szczególnego w miasteczku się nie wydarzyło. Mijały dni, czas wypełniał się sprawami codziennymi i pierwsza ekscytacja powoli przygasała. A jednak w zakamarkach Góry Wschodniej czaiło się podskórne oczekiwanie. Zbliżało się lato, powietrze przesycał zapach rozgrzanych truskawek i zbóż, które dojrzewały łanami wzdłuż horyzontu.

Mieszkanie panny Izabeli mieściło się na piętrze jednej z kamieniczek przy południowej stronie rynku, nad piekarnią − kiedy w ciepłe poranki panna Izabela wychodziła z kawą na swój balkonik, przystrojony różowymi pelargoniami, mogła obserwować, jak mieszkańcy Góry Wschodniej znikają w jej pachnącym wnętrzu, by po chwili wynieść w objęciach zrumieniony chleb i blade bułeczki. Zapach wypieków, niesiony przez lekki wietrzyk, był tak intensywny, że pannie Izabeli wystarczyło popić go kawą, by uznać, że jest już po śniadaniu.

Panna Izabela czekała na balkoniku na Pelagię. Kiedy postać w różowym sweterku znikała za drzwiami piekarni, a po chwili wyłaniała się z powrotem, przecinała rynek i wchodziła w uliczkę Browarną, wiodącą w stronę stawów, panna Izabela wycofywała się do saloniku, siadała przed toaletką i rozpoczynała swój codzienny rytuał. Otwierała szuflady i szafeczki, wyjmowała pudry, tusze i cienie, delikatnie, wprawnymi muśnięciami mistrzyni, ujmowała swą twarz w ramy, wyostrzała rysy i umiejętnie je wykańczała. Błękitne oczy stawały się głębsze, policzki żywsze, usta zyskiwały ostateczny kształt pod powłoką szminki. Rozdzielając sklejone rzęsy igłą, panna Izabela myślała o Pelagii, przypominała sobie jej wyblakłe usta i nieżywe włosy i zastanawiała się, czy sama za kilka lat odłoży kremy i lakiery, a zamiast zwiewnej amarantowej sukienki założy różowy sweterek. Na tę myśl jej oczy wypełniał smutek. Panna Izabela wstawała wtedy od toaletki i siadała przy biureczku, by napisać kilka linijek nowego poematu. Potem odkładała pióro, odnajdywała torebkę, zakładała śliczne pantofelki i wychodziła z mieszkania. W piekarni kupowała pączek z różą i przechodziła powoli, ciągle ze smutkiem w oczach, na wschodnią stronę rynku, do domu kultury, gdzie mieściła się redakcja „Głosu z Góry Wschodniej”.

Zza swego biureczka w redakcji, które było bliźniaczo podobne do biurka w jej saloniku, panna Izabela widziała swój balkon. Tonął w różowych pelargoniach, które wylewały się przez zielonkawe barierki nieprawdopodobnie obfitymi kaskadami. Nikt nie wiedział, w czym tkwi sekret pelargonii panny Izabeli: niektórzy z życzliwym uśmiechem dopatrywali się w ich urodzaju symbolu płodnej natury, inni przyrównywali je do trującego bluszczu. Z okna redakcji balkon panny Izabeli wyglądał szczególnie romantycznie, podobał się jej nawet szyld mieszczący się tuż pod zielenią pelargonii − złotymi zawijanymi literami widniało na nim: „Piekarnia u Juzia”. Na błąd potrafiła przymknąć oko. Ale Józio na pelargonie panny Izabeli, spływające na parter i zasłaniające złote zawijasy, oka nie przymykał – nieustannie toczył o nie boje.

Panna Izabela każdego ranka spoglądała z okna redakcji na swój różowy balkon i wspominała dawne, bardzo dawne dni, a jej błękitne oczy przepełniał głęboki smutek. Potem powracała do pisanego artykułu – szybko, zanim srebrzysta łza zdążyła skapnąć na jej redakcyjne biureczko.

„…Boże Ciało wypadło nam w przepiękny dzień czerwcowy; procesja, która wędrówkę swą rozpoczęła przy ołtarzu ustawionym pod przecudnej urody klonami na kościelnym dziedzińcu, szła skąpana w złocistych promieniach słońca, a odświętne stroje naszych parafian, okraszone biżuterią, przywodziły na myśl owe kwiaty z wdzięcznych ogrodów, których uwiędłe płatki ścieliły się teraz miękko pod stopami. Orszak kroczył i mijał kolejne ołtarze, tonące w kiściach jaśminu i pąkach róż, lśniące bielą wykrochmalonych obrusów i srebrem lichtarzy…”.

Tutaj panna Izabela wsunęła długopis między umalowane wargi i ponownie spojrzała przez okno, tym razem jednak nie na swój balkonik, ale ponad dachami kolorowych kamieniczek, w błękitne niebo, szukając natchnienia, które pozwoliłoby jej skończyć barwnie rozpoczęte zdanie. Trwała tak chwilę nieruchomo, dopóki nie szczęknęły drzwi. Do jej pokoiku zajrzała pani Helenka, która w domu kultury strzegła księgowości oraz rytualnego picia porannej i popołudniowej kawy. Przyszła poinformować, że właśnie nastawiła wodę. Panna Izabela z ulgą odłożyła długopis i przeszła do sąsiedniego pokoju, gdzie na biurku czekały już dwa wyszczerbione kubki oraz talerzyk ciastek, obficie polanych czekoladą. Pani Helenka zaparzyła kawę, podała pannie Izabeli cukier, po czym podeszła ze swym kubkiem do okna i wyjrzała na rynek.

– Aż przyjemnie popatrzeć na odświętnie ubrane dzieciaki. Szkoda, że już za kilka godzin powariują od tej swobody – rzekła, obserwując grupki dzieci i młodzieży, które ciągnęły przez rynek, zmierzając na uroczystość zakończenia roku szkolnego. − No i popatrz, Izabelciu, gołębie na dachu gruchają i gruchają, a ona jak nie przyjeżdża, tak nie przyjeżdża – dodała, odwracając się w stronę panny Izabeli. – I moim zdaniem już raczej nie przyjedzie.

Panna Izabela pokiwała głową. Temat hrabiny był tak powszechny w rozmowach górzan, że pani Helenka nie musiała precyzować, kogo ma na myśli.

– Weź ciasteczko, kochana, to nowy przepis. Rozalia niech się schowa. – Pani Helenka odeszła od okna i usiadła na chwiejnym krześle. – Jestem ciekawa, kto to w ogóle wymyślił, ten cały jej przyjazd.

– Tego nadal nie wiadomo – westchnęła panna Izabela. – Do tej pory nikt się nie przyznał.

– Nie dziwota. Wygląda, że to wszystko z palca wyssane.

Przez chwilę patrzyły na siebie w zadumie, po czym panna Izabela wzięła ciasteczko i ostrożnie odgryzła kawałek.

– No tak… − podjęła pani Helenka, ale w tym momencie drzwi otworzyły się z impetem i do pokoiku wkroczył redaktor naczelny „Głosu z Góry Wschodniej”, pełniący jednocześnie obowiązki dyrektora domu kultury (choć formalnie nigdy nie został powołany na to stanowisko). W dłoni trzymał kartkę papieru, tę samą, którą panna Izabela pozostawiła na swoim biureczku.

– Przechodziłem przypadkiem przez twój pokój – zwrócił się do panny Izabeli naczelny. – I cóż widzę? Co więcej, cóż czytam? Przede wszystkim nie napisałaś, że pierwszy ołtarz, na specjalną prośbę proboszcza, stroiła pani Rozalia. Nie zapominaj, kto nam przysyła ciastka na wszystkie uroczystości… O tej biżuterii wykreśl, bo proboszcz znów z ambony zagrzmi, że grzech próżności afirmujemy. I czemu piszesz, że kwiatki były zwiędnięte? Wyjdzie, że z nas niechluje. Czy mam ci przypomnieć, że „Głos” ma zasięg regionalny?

Panna Izabela kiwała głową, czyniąc skrzętne notatki na odwrocie faktury, która leżała zapomniana na biurku pani Helenki.

– Czy jeszcze coś? – zapytała nieśmiało, kiedy naczelny zrobił dłuższą pauzę.

– Tak – odrzekł mocnym głosem. – Ale to delikatna sprawa. Omówimy ją na neutralnym gruncie. Zbieraj się, moja Izabello.

Przynajmniej raz w tygodniu naczelny uznawał, że jakaś sprawa musi być omówiona na neutralnym gruncie i zabierał pannę Izabelę na kawę do cukierni pani Rozalii. Przedpołudniami nie było tu wielu klientów. Przy oknie wychodzącym na rynek siedział Jeremiasz, chichocząc nad gazetą codzienną; przed nim − na okrąg­łym stoliczku, nakrytym szydełkową serwetą − stały talerzyk z sernikiem i kieliszek nalewki ziołowej. Jeremiasz często przed obiadem zaglądał do pani Rozalii, za każdym razem próbując namówić ją na rozszerzenie oferty o inne napoje alkoholowe, za każdym razem bez rezultatu.

– To była, jest i będzie elegancka cukiernia. Jak za czasów mojej świętej pamięci babki – powtarzała poirytowana pani Rozalia, która w głębi serca zawsze miała do Jeremiasza nieomal dziewczęcą słabość.

Naczelny skłonił się w kierunku Jeremiasza, jednocześnie z niezadowoleniem rejestrując entuzjazm dla innej gazety niż jego własna. Panna Izabela usiadła przy stoliczku w drugim krańcu sali, przy oknie wychodzącym na podwórze kamienicy. Naczelny poflirtował chwilkę z mocarną kelnerką, którą oderwał od lektury, wziął z jej rąk dwie kawy i dołączył do panny Izabeli.

– Jakież to jednak urocze wnętrze – zauważył, jak niemal za każdym razem. – Przyjemnie jest przyjść tutaj, zwłaszcza w miłym towarzystwie.

Za ladą ukazała się pani Rozalia. Brzęk porcelany zdradził, że kelnerka usiłowała ukryć książkę, którą właśnie czytała, za stosikiem talerzyków deserowych.

– Tak zupełnie przy okazji… Mam ze sobą pierwszą część mojego… mojego poematu – wyszeptała panna Izabela, podsuwając naczelnemu plik złożonych kartek. – Uwzględniłam wszystkie uwagi…

– Doskonale. – Naczelny wziął kartki, rozłożył je i przebiegł wzrokiem po drobnych literach pierwszych wersów. – Oczywiście trzeba będzie jeszcze nad tym popracować. Naniesienie wstępnych poprawek odsłania kolejne, głębiej położone błędy… Ale uporamy się z tym, Izabello. Sądzę, że wyjdzie ci naprawdę zgrabny poemacik. Potem pomyślimy, co dalej… Myślę, że znajdziemy fundusze na jakieś broszurowe wydanie…

– Byłoby wspaniale. – Panna Izabela zamrugała energicznie. – Naprawdę sądzi pan, że to nadawałoby się do druku?

– Naturalnie. – Naczelny pokiwał głową. − Jest w tym wdzięk, jest pewna świeżość… Myślę, że można by też opatrzyć tekst jakimiś rysunkami, ale delikatnymi, żeby forma nie przysłoniła treści. Słowo musi się obronić samo.

– Tak jest – skwapliwie przytaknęła panna Izabela.

Naczelny złożył kartki i wsunął je do kieszeni na piersi. Następnie nachylił się nieco ponad stolikiem, dając pannie Izabeli znak, żeby uczyniła to samo.

– Zagadnąłem wczoraj Anielę Hołubiankę. – Ściszył głos. Za jego plecami zaskrzypiały drewniane deski podłogi; pani Rozalia wyszła zza lady, stanęła w otwartych drzwiach cukierni i zaczęła z uwagą obserwować rynek. – Twierdzi, że ona faktycznie przyjeżdża.

Panna Izabela powiodła smukłym palcem po krawędzi filiżanki.

– A skąd pani Hołub ma takie informacje? – zapytała.

Naczelny cmoknął ze zniecierpliwieniem.

– Służyła u nich jako młoda dziewczyna, mówiłem ci już. Może hrabina do niej pisała. No nie wiem, nie wiem… – Zatarł ręce. – Ale to byłby temat numeru! Wiadomość, o której wszyscy szepczą po kątach, snując Bóg wie jakie domysły, nareszcie sprawdzona i potwierdzona drukiem!

Panna Izabela z powątpiewaniem uniosła brwi.

– Jakoś trudno mi uwierzyć w ten powrót.

– Pałac odkupiła już kilka lat temu, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. Sprawdziłem. − Naczelny z emocji nieco podniósł głos i pani Rozalia spojrzała w kierunku ich stolika. Napotkawszy jej wzrok, panna Izabela nachyliła się jeszcze bliżej w stronę naczelnego i wyszeptała:

– Ale jakoś do tej pory nie kwapiła się z przyjazdem.

– Zdradzasz absolutny brak żyłki dziennikarskiej, moja Izabello – rzekł ze smutkiem naczelny. – Czuję się tak, jakby wszelkie moje starania, by wpoić ci podstawy tego szlachetnego zawodu, rozbijały się o niewzruszoną skałę.

– Ależ ja tylko podkreślam, że informacje, które podaje „Głos”, muszą być rzetelne! – pośpieszyła z wyjaśnieniem panna Izabela.

Naczelny poczerwieniał i syknął:

– Sugerujesz, że nie są? Że ja, sugerujesz, gonię za sensacją? – Znowu nie upilnował głosu i pani Rozalia, już bez skrępowania, przeniosła całą uwagę na swych gości.

Spłoszona panna Izabela uśmiechnęła się do niej, a później do naczelnego.

– Ależ skąd, ależ skąd – rzekła uspokajającym szeptem. – Cóż znowu. Rozmowa z panią Hołub na pewno będzie doskonałym źródłem informacji dla naszych czytelników. Jeszcze dziś się do niej wybiorę, jak tylko skończę mój tekst o procesji.

– No. – Naczelny poklepał się po piersi. – Napiszesz też artykuł o historii pałacu. Tak na początek. I daj ze trzy akapity o odzyskiwaniu majątków na terenie województwa – ciągnął, a panna Izabela skrzętnie notowała jego uwagi na serwetce. − Albo lepiej kraju. Tak, na terenie kraju. Ostatecznie nie jesteśmy zaściankową gazetą, tylko poważnym tygodnikiem. I pośpiesz się, Izabello, Aniela Hołubianka co dzień lata do kościoła i przez skórę czuję, że proboszcz zechce pierwszy potwierdzić nowinę w gazetce niedzielnej.

Koniec roku szkolnego i pierwsze wakacyjne popołudnie zawsze niosły ze sobą nieokreśloną obietnicę czegoś nowego, odmiennego od codzienności. Można było dostać zawrotu głowy od przeczuć tych wszystkich wspaniałości, które miały się lada chwila wydarzyć. Wystrojona w białe koszule i bluzki młodzież Góry Wschodniej była tego dnia wszędzie: na opustoszałym placu targowym, w ogródku cukierni pani Ro­zalii, w ruinach gorzelni, gdzie zgodnie z tradycją każdy górzanin powyżej trzynastego roku życia pił swój pierwszy alkohol, nad stawami, na łąkach, na rynku i wszystkich przyległych do niego uliczkach, a co śmielsze i bardziej romantyczne pary zawędrowały nawet do przytulnego, zarośniętego parku Miłochny.

Późnym popołudniem Kizia i Bietka leżały w rumiankach rosnących na skarpie przy torach. Miały już za sobą podwójną porcję lodów w cukierni pani Rozalii, bitwę wodną na stawach przeciwko chłopcom z ich klasy, ucieczkę przed rozsierdzonym Rybakiem, suszenie się na łąkach za sadem burmistrza oraz domowej roboty piwo przyniesione przez Pasikoników i wypite na kościelnym wzgórzu. Szumiał las, sosny pachniały igliwiem i żywicą, rozgrzaną popołudniowym słońcem. Bietka ze smakiem wyjadała cukierki pudrowe z papierowej torebki. Kizia żuła źdźbło trawy i obserwowała obłoki sunące po niebie.

– Wiesz, jestem już kobietą – wyznała w pewnej chwili Bietka.

– Jesteś nią od dwunastego roku życia – przypomniała jej Kizia.

– Głupia. – Bietka roześmiała się. – Jestem już naprawdę kobietą. Prawdziwą, rozumiesz?

Kizia westchnęła. Rozumiała, doskonale rozumiała. Obłoki płynęły w nieznane, tak jak w nieznane biegły tory. Wszystko było w drodze. Gdzie był cel?

– To się stało w Boże Ciało – dodała Bietka, po czym podniosła się nieco i wsparła na łokciu, tak żeby widzieć minę przyjaciółki.

Kizia parsknęła śmiechem.

– No wiesz – obruszyła się Bietka.

– Nie, nie – rzekła Kizia pośpiesznie – tylko przypomniało mi się, jak syrenka pana Miecia wjechała w sam środek procesji i…

– Ciebie to w ogóle nie obchodzi – fuknęła Bietka.

Kizia wypluła źdźbło.

– Myślę po prostu, że to musi być bardzo nudne – powiedziała szczerze.

Bietkę zatkało z oburzenia, mimo że w głębi duszy sama żałowała, że ominęło ją takie widowisko. Syrenka, która nieoczekiwanie dla wszystkich, a najbardziej dla samego kierowcy, dostała się pomiędzy sztandary a dziewczynki sypiące kwiatki, jechała tak do końca procesji, ponieważ nie było możliwości wyminięcia parafian, rozciągniętych na całą szerokość ulicy Franciszkańskiej.

– Bietko, czy ty masz czasem wrażenie, że dokądś idziesz? – zapytała, ni stąd, ni zowąd, Kizia.

Bietka zamrugała szybko.

– Idę? – wyjąkała. – Ale… Jak to? Dokąd idę?

– No właśnie. – Kizia westchnęła i nagle spoważniała. – Dokąd?

– Masz na myśli, czy jak idę, to się zastanawiam, dokąd idę? – uściśliła Bietka, wspaniałomyślnie godząc się na zmianę tematu. – No oczywiście, zawsze trzeba najpierw wiedzieć, dokąd się idzie, inaczej nie ma po co się ruszać z miejsca. Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem. – Kizia usiadła gwałtownie. Podciągnęła kolano pod brodę i poprawiła klamerkę taniego sandałka. – Czasami przychodzą mi do głowy takie różne rzeczy.

– No. – Bietka wyciągnęła się wygodniej na trawie i podłożyła ręce pod głowę. – Moja mamusia tak mówi, że latem to nas się tylko głupoty trzymają. Ale ja się cieszę, zmęczona jestem już tym ciągłym myśleniem. Teraz wreszcie można odpocząć. No i może ta nasza hrabina w końcu przyjedzie. Byłoby wspaniale, nie uważasz?

Kizia ostrożnie pokiwała głową.

– Ona musi być bardzo bogata, jak sądzisz? – ciągnęła Bietka. – Tylko bogatych stać na taką fanaberię, jak powrót do Góry Wschodniej, tak mówi moja mamusia.

– Jej dom to ruina – rzekła Kizia z namysłem. Pomyślała o potłuczonych szybach i łuszczącym się jak zeschła skóra tynku na tylnej fasadzie budynku stacji kolejowej.

– Moja mamusia mówi, że wystarczy kilka brylantów tej hrabiny i wszystko odnowią raz-dwa – odparła Bietka. – Brylanty są przecież bardzo drogie. Ciekawa jestem, ile ich ma.

Kizia w milczeniu drapała ślad po ukąszeniu komara.

– Poza tym pewnie ma męża Anglika – dodała Bietka na potwierdzenie swoich słów.

– Jak myślisz, jeśli naprawdę przyjedzie, to po co? – zapytała Kizia.

– Już ci mówiłam… − zaczęła Bietka, ale Kizia przerwała:

– Mam na myśli, czy ona zechce tu zostać. Na stałe? Po co się wraca po tylu latach? Jak myślisz?

– No przecież ja się tak samo zastanawiam, po co ona tu wraca – obruszyła się Bietka. – Tam na pewno żyje w puchach, a tu czeka na nią ruina. Mówiłam ci, moja mamusia mówi, że to czysta fanaberia. Zachciało się księżnej na włości na stare lata, tak powiedziała.

Długą chwilę siedziały w milczeniu. W koniczynie brzęczały pszczoły.

– A zresztą, może ona w ogóle nie przyjedzie – powiedziała nagle Bietka z nutą żalu w głosie. – Po co miałaby przyjeżdżać do Góry Wschodniej? Z puchów. Po tylu latach.

Kizia tylko pokręciła głową.

Heniuszek lubił późne letnie popołudnia.

Siadywał na ławeczce ustawionej na chodniku pod chorym kasztanem, za plecami miał swój płot i ogródek, przed sobą brukowaną uliczkę Zamiejską, która biegła w stronę kościelnego wzgórza.

Heniuszek przynosił na ławeczkę pestki dyni, które rozgryzał wytrwale, spluwając łuskami w garść. Wystawiał swoją pomarszczoną twarz do słońca i słuchał, jak Góra Wschodnia po znojnym dniu szykuje się do nadejścia kojącego wieczoru. Powietrze pachniało słodko maciejką i rozgrzanym kamieniem, kasztan szumiał chorymi brązowymi liśćmi, głosy rozmywały się w leniwej przestrzeni, obramowanej kolorowymi ścianami drewnianych domków. Uliczką przemknął chłopak Pasikoników na starym składaku, nad brukiem zatańczył świetlisty kurz. Pani Helenka z domu kultury wołała dzieci na kolację, Heniuszek słyszał w oddali radosne śmiechy. Skądś dobiegł warkot samochodu. Rozległo się ujadanie psa. Heniuszek siedział z przymkniętymi oczami i było mu błogo na duszy. W ustach miał tłusty posmak pestek, słońce, które skrywało się powoli za kościelne wzgórze, grzało jego skórę, Góra Wschodnia pulsowała swoim przyzwoitym, dyskretnym życiem, jak Pan Bóg przykazał. Heniuszek uśmiechał się do siebie i kiwał leciutko głową, nie otwierając oczu.

Kiedy wśród przytłumionych przedwieczornych głosów rozlegał się drobny stukot obcasów, Heniuszek wiedział, że na spacer wyszła panna Izabela. Nadchodziła od strony kościelnego wzgórza, zawsze tamtędy chodziła, a potem kluczyła uliczkami w drodze powrotnej na rynek. Jej postać ukazywała się na tle pomarańczowego nieba, w blasku słońca, jej długi cień koloru dojrzałych węgierek biegł po kocich łbach, ostry pośród miękkich promieni, sięgał stóp Heniuszka, obutych w stare trzewiki, był wielki i dostojny jak figura Matki Boskiej na dziedzińcu kościoła. Kocie łby lśniły naraz jaśniej, dźwięk obudzony w nich stukotem obcasów wypełniał całą uliczkę i Heniuszek z lubością zapatrywał się na to zjawisko, jakim była panna Izabela krocząca w zachodzącym słońcu. Jej twarzy Heniuszek nie widział − cała postać była czarna, oczy musiał mrużyć od skośnych słonecznych promieni. Ale nie potrzebował widzieć twarzy, wystarczyła mu ta postać, strzelista i wzniosła, niedosięgła, która w jego pojmowaniu wcale panną Izabelą nie była. Heniuszek wzdychał, a kiedy postać mijała go, odpowiadał na skinienie głowy i nie patrzył już za nią, naraz bowiem, wyraźnie teraz oświetlona, stawała się znów zwyczajną panną Izabelą w amarantowej sukience; panną Izabelą, z którą Heniuszek nie miał nic wspólnego.

Przy tej samej brukowanej uliczce z chorymi kasztanami, będącej ostatnim przyczółkiem Góry Wschodniej od północy – dalej aż do torów kolejowych ciągnęły się działkowe ogrody warzywne i jabłoniowe sady – mieszkała Aniela Hołubianka. Panna Izabela rzeczywiście lubiła tędy spacerować, lubiła niskie drewniane chatki i kolorowe kwiaty rosnące w ogródkach, nie przeszkadzały jej nawet kocie łby, którymi była wyłożona uliczka, mimo że ześlizgiwały się z nich obcasy jej ślicznych pantofelków.

Domek Anieli Hołubianki niemal w całości przesłaniały bujne słoneczniki. Panna Izabela zawahała się u furtki, ciągle niepewna słuszności swej wizyty. Konieczność wypytywania staruszki o szczegóły plotki, która rozeszła się po mieście, mierziła ją, tym bardziej że w przyjazd Niedzielskiej panna Izabela ani przez moment nie wierzyła. Całą drogę rozważała, jak zagadnąć Anielę o hrabinę, jaki pozorny cel nadać swej wizycie, ale ponieważ Góra Wschodnia była mała, a droga z domu kultury na ulicę Zamiejską bardzo krótka, panna Izabela nie zdążyła nic wymyślić. Stanęła teraz, próbując wykorzystać ostatni moment, z ręką na skobelku zielonej furtki i z gonitwą myśli w głowie. Nie zauważyła gospodyni, która przesadzała na ganku pelargonie, skryta za słonecznikami.

– Pochwalony! – usłyszała panna Izabela po dłuższej chwili, podczas której Aniela wytężała niedowidzące oczy, usiłując odgadnąć, kto stoi przy jej furtce. – Kogóż to Bóg prowadzi?

Panna Izabela była tak zaskoczona przywitaniem dobiegającym znikąd (ciągle bowiem nie widziała Anieli), że jej myśli zupełnie się rozpierzchły.

– Jestem z „Głosu z Góry Wschodniej”! – zawołała w panice. – Chciałabym zapytać o hrabinę – dodała i dopiero wtedy ugryzła się w język, pewna, że misterny plan naczelnego właśnie spalił na panewce.

Aniela Hołubianka wyjrzała zza słoneczników.

– Idzie tu. – Ubłoconą ręką wykonała zapraszający gest. – Na ganek idzie.

Panna Izabela puściła furtkę, której kurczowo się trzymała, i ruszyła wydeptaną ścieżką na ganek, omijając po drodze tłustą kotkę, która ani myślała ruszyć się z miejsca. Na ganku panował rozgardiasz, wszędzie stały donice, worki z ziemią i mnóstwo pelargonii, które na moment przyciągnęły uwagę panny Izabeli.

– Usiądzie sobie, o tu – mówiła tymczasem gospodyni, wskazując wiklinowy fotelik. – Herbaty się napije?

– Poproszę. – Panna Izabela skinęła głową.

Aniela Hołubianka zniknęła za wzorzystą kapą, która przesłaniała wejście do domu, chroniąc wnętrze przed muchami. Po chwili wyłoniła się ponownie, niosąc parującą szklankę w metalowym uchwycie. Postawiła ją przed panną Izabelą i powiedziała:

– Przyjemnie już o tej porze. – Usiadła na drewnianym stołeczku i pochyliła się nad szeroką donicą, wypełnioną świeżą, rozpulchnioną ziemią. – Gorąc już nie taki, lżej człowiekowi.

– To prawda – przyznała panna Izabela, przesuwając nieznacznie fotelik; w kark drapał ją szorstki liść słonecznika. – Bardzo przyjemnie.

– Ale upały dopiero idą, lipiec da się we znaki, oj, da. Lipiec to by człowiek najchętniej w kościele przesiedział, tam tak chłodno i przyjemnie! Chwała Bogu, żem pole tatowe dawno odsprzedała. Jak dzieckiem byłam, to sierpień cały nieraz w polu przepędziłam przy żniwach, dopiero jak do pałacu poszłam, to mi ojciec darował tę robotę. I daleko było, aż pode wsią sąsiednią…

– Pani służyła w pałacu? – panna Izabela mistrzowsko skierowała rozmowę na właściwy tor, myśląc, że naczelny byłby z niej dumny.

Pani Hołub delikatnie umieszczała sadzonki w szerokich donicach, uklepywała ziemię.

– A owszem, służyłam. Za osobistą pokojówkę panienki Haliny.

– Hrabiny Niedzielskiej? – Panna Izabela nie mogła wyjść z podziwu dla własnych umiejętności; rozmowa niemal od razu zaczęła gładko zmierzać do meritum.

– Nie hrabini. – Staruszka pokręciła głową, a panna Izabela otworzyła z żalu usta. – Hrabinia miała pokojówki jeszcze ze swojego dworu rodzinnego przywiezione. Ale przyszedł czas, że zaczęła szukać pokojówki dla córki, i mnie sobie upatrzyła. – W jej głosie brzmiała duma. – A ja robotna byłam, zdrowa i warkocze umiałam takie zaplatać, że cała Góra Wschodnia gęby rozdziawiała z podziwu. I ani razu falbanki nie przypaliłam przy prasowaniu. Raz tylko…

– To wspaniale – zawołała panna Izabela z entuzjazmem, ale zaraz nadała swemu głosowi pozór absolutnej obojętności: – A teraz podobno hrabina wraca do Góry Wschodniej?

– Hrabini umarła w Wielkiej Bretanii – poinformowała pani Hołub. – Zresztą pora już jej była, miałaby teraz sto lat z okładem. Ludziska nie powinni żyć tak długo, bo za dużo z historii tego świata staje się ich udziałem, a człowiek nie jest przysposobiony na taki balast.

Panna Izabela zmarszczyła brwi i zajrzała w swój notesik.

– Pani hrabina Niedzielska powinna mieć teraz, zdaje się, nieco ponad siedemdziesiąt lat – sprostowała delikatnie. – Rok urodzenia dwudziesty drugi, według księgi parafialnej.

Aniela pokręciła głową.

– W dwudziestym drugim to nie hrabini, tylko panienka Halina, co to pokojową u niej służyłam, urodziła się. Hrabianka, znaczy.

– Dobrze zatem – westchnęła panna Izabela. – Niech będzie hrabianka. Więc podobno hrabianka powraca. To prawda?

– Ano wraca, wraca. Pewno, że wraca, już jej dawno pora.

Panna Izabela pochyliła się w stronę kobieciny.

– Kiedy? Jak? Skąd pani to wie?

Ale pani Hołub tylko uśmiechnęła się pod nosem.

– Pisała do pani? – dociekała panna Izabela. – Wie pani z listu?

– Nie, nie z listu.

– Ktoś to pani przekazał? Jakiś posłaniec?

– Nie, nikt nie przekazał.

– No więc skąd? – wybuchnęła panna Izabela, po czym natychmiast się zmitygowała i dodała już spokojniej: – Pani Hołub, proszę zrozumieć, to dla miasta bardzo ważna nowina. A my, jako gazeta, chcielibyśmy podać ją oficjalnie do wiadomości publicznej. Ale dziennikarstwo, droga pani, to synonim rzetelności, synonim sprawdzonej informacji, synonim pewnego źródła, rozumie pani? Nie możemy publikować na naszych łamach plotek, nie możemy ośmieszać górzan, mam nadzieję, że pani rozumie. Skąd pani wie o powrocie hrabiny, moja pani Hołub, bardzo proszę mi powiedzieć, bardzo proszę! − Panna Izabela patrzyła błagalnie swymi pięknymi błękitnymi oczyma, przyciskając dłonie do piersi, w natężonym oczekiwaniu.

Aniela Hołubianka pokiwała głową na znak, że rozumie, i westchnęła.

– Śniło mi się – wyznała, patrząc na pannę Izabelę z powagą. – Stąd wiem.

Panna Izabela zamrugała szybko, a potem powoli zamknęła swój notesik. Nie wiedziała jeszcze, czy to, co czuje, więcej ma z triumfu czy z rozpaczy.

Wracając ze skarpy po rozstaniu z Bietką, Kizia przystanęła na moment w miejscu, gdzie zza zakrętu wyłaniał się stary budynek stacji. Budynek ten zawsze przywodził Kizi na myśl starą kobietę, która nie potrafi się pogodzić z przemijaniem, dlatego próbuje się ratować grubą warstwą pudru i różu. Stacja od strony torów – to jest tam, gdzie na parterze mieściła się nastawnia, a na piętrze okna służbowego mieszkania zawiadowcy stacji – była odmalowana na morelowo, a ubiegłej jesieni wstawiono nawet nowe okna. Wystarczyło jednak obejść budynek dokoła, tam gdzie niegdyś funkcjonowały poczekalnia i bufet, żeby zobaczyć wybite szyby, łuszczący się szary tynk i pokrzywy sięgające okien parteru.

Kizia ruszyła wzdłuż torów, dotarła do budynku stacji i weszła do nastawni. W plątaninie paprotek można było dostrzec stare masywne dźwignie oraz lekko zgarbione plecy pochylone nad stolikiem przykrytym niebieską ceratką. Kizia zatrzymała się na progu.

– Czy będzie teraz przejeżdżał jakiś pociąg? – zapytała poważnym głosem.

– Nie – odparł równie poważnie zawiadowca. – Najbliższy pociąg pojawi się na stacji Góra Wschodnia o dwudziestej trzeciej zero siedem.

Przez Górę Wschodnią przejeżdżały – w zasadzie nie zatrzymując się – tylko cztery pociągi osobowe i dwa towarowe, ale pytanie i odpowiedź należały do codziennego rytuału. Kizia obróciła się na pięcie i wyszła.

Zawiadowca przez okno obserwował smukłą postać swojej córki, drepcącą wolno i z namysłem po torach, w stronę czerwonego słońca, które obiegło całą Górę Wschodnią, by teraz schować się za sosnowym lasem.

Kizia nie potrafiła wytłumaczyć swoich codziennych spacerów po torach. Nie chodziło o słońce, to był przypadek, że akurat zachodziło na wprost niej – tak naprawdę wolałaby je mieć za plecami, bo raziło w oczy. Nie, nie chodziło o słońce. Może o to, że Kizia nie miała zbyt wielu dróg do wyboru. Możliwe, to już prędzej. Ale też nigdy się nie zastanawiała nad tymi swoimi wędrówkami, coś po prostu kazało jej tak iść, daleko od stacji, aż do miejsca, gdzie skraj lasu obczepiony był dzikim winem − a potem wracać. Coś ją prowadziło, więc szła. Szła i myślała o miejscach, do których biegły tory, rozgałęziając się po drodze, niknąc w polach i odnajdując się na gwarnych dworcach. Tory rozszczepiały się na wiele strumieni, a ich źródło biło gdzieś tu, niedaleko za Górą Wschodnią. Może w samej Górze Wschodniej, Kizia nie była tego pewna. Gdzieś w świecie była wielka rzeka, do której wpadały, która je niosła dalej, dalej w świat, a potem pozwalała się im odłączać, odpływać w nowych kierunkach, tory biegły, penetrowały, wdzierały się, aż opasały całą kulę ziemską misterną siatką. A jeśli już opasały całą kulę ziemską – co się z nimi działo dalej? Kizia przystawała i kręciła głową. Dokąd biegły jej tory, kiedy już ginęły za horyzontem? Gdzie była wielka rzeka? Gdzie był świat?

Już w pierwszych dniach wakacji lato nabrzmiało jak bańka mydlana, otaczająca Górę Wschodnią nieprzenikalną szklaną pokrywą, która potęgowała słoneczny żar. Górzanie z wolna popadali w stan rozleniwienia. O hrabinie pamiętano i nie pamiętano zarazem; ciąg­le była obecna w rozmowach − na rynku, na targu, pod delikatesami – ale wspominano o niej coraz mniej śmiało, jakby nie chcąc się narażać na śmieszność. Ktoś od czasu do czasu przywoływał jakąś starą plotkę i przez chwilę roztrząsano ją na nowo, ale przygasła pierwsza ekscytacja, ta niemal dziecięca wiara, że lato przyniesie coś niecodziennego, co wyrwie Górę Wschodnią z jej zwykłego odrętwienia. W górzańskich ogródkach rozkwitały coraz to nowe kwiaty, sukienki górzanek były coraz bardziej zwiewne, dzięki otwartym na oścież oknom życie spływało na brukowane uliczki i przynosiło nowe tematy, które należało omówić nieśpiesznie w zaciszu kawiarni pani Rozalii lub na progu sklepu z różnościami. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zmącić letniego błogostanu, w którym miasteczko zanurzyło się miękko jak w cukrowej wacie.

Aż któregoś dnia upał nie zmieścił się w ciasnych uliczkach Góry Wschodniej. Żar lał się z białego nieba i kobiety na rynku kiwały do siebie głowami.

– Będzie burza.

– Tak, tak.

W popołudniowej ciszy drzemiącego miasteczka słychać było dobiegające od strony sadów pomruki. Heniuszek i Jeremiasz siedzieli na ławce pod chorym kasztanem i obserwowali niebo. Chmura musiała się ukryć za kościelnym wzgórzem, ale spiekota nie pozostawiała żadnych wątpliwości.

– Będzie burza – rzekł Heniuszek.

– Ano – przytaknął Jeremiasz.

Pani Rozalia siedziała na krzesełku w drzwiach cukierni i wachlowała się najnowszym egzemplarzem „Głosu z Góry Wschodniej”, zawierającym znakomity artykuł o ołtarzu − przepięknie przystrojonym na procesję Bożego Ciała − oraz nie mniej interesujący, choć nieco mętny, tekst o historii pałacu Miłochna. Popatrywała przy tym w stronę sklepu pana Miecia, znajdującego się przy sąsiedniej ścianie rynku. Pani Rozalia zawsze pilnowała sklepu z różnościami, ilekroć pan Miecio wycofywał się na podwórze kamienicy, by zapalić fajkę albo rozegrać partyjkę szachów z Raptownym Jędrusiem, właścicielem sklepu galanteryjnego. W zamian pan Miecio zaopatrywał jej cukiernię w kandyzowany imbir, o niebo lepszy niż ten, który można było dostać w delikatesach, a którego pochodzenia nie chciał zdradzić, niezmiennie twierdząc, że cały sekret tkwi w tym, iż kiedyś w miejscu jego sklepu z różnościami znajdował się sklep kolonialny.

– Będzie burza – zagadnęła łaskawie swą kelnerkę pani Rozalia.

– Tak przypuszczam – odrzekła uprzejmie mocarna dziewczyna, która w oczekiwaniu na gości czytała pod ladą nową książkę.

Na rynku dzieciarnia moczyła nogi w fontannie. Jaś Pasikonik wepchnął do wody Zuzię od listonosza, wywiązała się awantura, a potem rozległ się rzewny płacz.

– Pewnikiem burza idzie – rzekł Józio do klientki. – Dzieciaki kota dostają. Wytrzymać nie można tych wrzasków. – Po czym zerknął na listę z cenami, na której miał dwadzieścia dwie kombinacje liczb i rodzaju wypieków wraz z podaną należnością za każdy zestaw.

Klientka wzięła bochenek razowego chleba i trzy pszenne bułeczki − zestaw ten, dość popularny, znajdował się na liście Józia na pozycji siódmej.

Rybak i Pelagia siedzieli nad stawem, w jedynym miejscu, z którego widać było drzemiącą na skraju horyzontu i pomrukującą leniwie chmurę w całej jej okazałości.

– Ludzie wierzą, że niebezpieczeństwo zawsze nadciąga zza horyzontu – rzekła Pelagia.

Rybak wymamrotał coś w odpowiedzi, ale pomruk chmury zagłuszył jego słowa.

Kizia wracała z zakupami z miasteczka. Dotarła do torów akurat w chwili, kiedy chmura obudziła się nagle i ziewnęła głucho; nad sosnowym lasem, daleko, rozsnuła się szara mgła. Zaczęła się posuwać wzdłuż torów, w stronę Kizi, robiła się coraz wyraźniejsza, dzieliła się na pasma, a potem na coraz cieńsze, mocne, białe strugi deszczu. Kizia stała w pełnym słońcu, a ściana wody była coraz bliżej, napierała szybko, falowała jak wydęta wiatrem zasłona, wreszcie dosięgnęła Kizi, musnęła jej twarz i ramiona, zagarnęła, po czym posunęła się ciężko dalej. Kizia stała w strugach wody, która chłodziła jej rozgrzane ciało, rozbryzgiwała się na ramionach, wpadała do ust i uszu, zagłuszając łoskot grzmotów. Burza szybko się przetaczała − ponad jabłoniowym sadem burmistrza, ponad kościelnym wzgórzem, gdzie zawadziła błyskawicą o wieżę, ponad rynkiem Góry Wschodniej. Za czarną chmurą sunął srebrzysty tren deszczu; wspaniała ta suknia, falując, wznosząc się i opadając, to przesłaniała, to odsłaniała gorejącą słoneczną tarczę.

– Jednakże burze niosą w sobie jakiś niepokój – zauważył Heniuszek, wychylając się przez poręcz ganku, na który uciekli z Jeremiaszem z ławeczki i z którego teraz obserwowali ulewę.

– Ja sądzę, że niosą głównie orzeźwienie – odparł Jeremiasz, popijając piwo z eleganckiej szklanki z rżniętego szkła, takiej samej, jak te, które kilka lat temu w liczbie trzydziestu sztuk zakupiła do cukierni pani Rozalia, i których obecnie miała na stanie w liczbie sztuk jedenastu. – Powietrze jest teraz bardzo przyjemne.

Miasteczko, wzięte szturmem znienacka, przecierało oczy. Deszcz ciągle jeszcze padał, ale chmura przesunęła się, tak że jednocześnie zaświeciło jaskrawe słońce. W domu kultury otwierano okna, by wpuścić smugi odświeżonego powietrza.

– Słońce świeci, deszczyk pada, Baba-Jaga masło składa. – Pani Helenka przypomniała sobie stary wierszyk.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

ROZDZIAŁ I. Przeczucie

ROZDZIAŁ II. Powrót

ROZDZIAŁ III. Wielkie poruszenie

ROZDZIAŁ IV. Wywiad

ROZDZIAŁ V. Bronek

ROZDZIAŁ VI. Pojawiają się rozmaite możliwości

ROZDZIAŁ VII. Pierwsze wejrzenia, drugie spotkania

ROZDZIAŁ VIII. Trzy siostry

ROZDZIAŁ IX. Stwórcy realnego świata

ROZDZIAŁ X. Nowy horyzont

ROZDZIAŁ XI. Komu to się śniło?

ROZDZIAŁ XII. Doskonały dzień

Spis treści

ROZDZIAŁ I. Przeczucie

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Góra Wschodnia Sad 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy