12 rozmów o pamięci. Oswajanie nieobecności

12 rozmów o pamięci. Oswajanie nieobecności

Autorzy: Joanna Racewicz

Wydawnictwo: Zwierciadło

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 49

cena od: 35.90 zł

W pierwszą rocznicę katastrofy pod Smoleńskiem ukazała się książka "12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie" - rozmowy Joanny Racewicz z kobietami, które 10 kwietnia 2010r. straciły bliskich. Wśród pasażerów tragicznego lotu był również Mąż autorki, kpt. Paweł Janeczek - funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu, szef ochrony Prezydenta RP. Książka "12 rozmów o pamięci. Oswajanie nieobecności", to 2 część dyptyku autorstwa Joanny Racewicz - tym razem o stracie opowiedzą mężczyźni - wśród nich Wojciech Wassermann, Maciej Komorowski, funkcjonariusze BOR.

Warszawa 2012

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Dariusz Bielas: Janosik

Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA

Redakcja: DANUTA ŚMIERZCHALSKA, KAROLINA WYSOKIŃSKA

Korekta: EWA KŁOSIEWICZ-MAJKA, ELŻBIETA MORAWSKA

Projekt graficzny, okładka, skład, łamanie: NATALIA BARANOWSKA

© Copyright byWydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. Warszawa 2012

Text © copyright by Joanna Racewicz, 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

ISBN: 978-83-63014-35-3

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.

ul. Karowa 31a,

00-324 Warszawa

tel. (22) 312 37 12

37 12, Dział handlowy: handlowy@zwierciadlo.pl

Konwersja: eLitera s.c.

wersja 1

* * *

Mężczyznom mojego życia

* * *

* * *

Dariusz Bielas

przyjaciel kapitana Pawła Janeczka,

oficera Biura Ochrony Rządu,

szefa ochrony Prezydenta.

Janosik

Moja najtrudniejsza rozmowa. I najważniejsza powinność. Paweł nie lubił, żeby o Nim mówić. „Moje zadanie to chronić, a nie błyszczeć” – powtarzał. To było Jego zawodowe credo. Nie chcę i nie mogę go naruszać, ale Paweł miał też credo prywatne: „Wy jesteście najważniejsi. Mój dom jest tam, gdzie jesteś Ty i Igor”. Jeśli tak – wciąż tu jesteś, Janosik. Tylko trochę inaczej... Tacy ludzie nie umierają nigdy do końca. Niech opowie o Tobie przyjaciel. Jeden z nielicznych, którzy nigdy Cię nie opuścili. Pierwszy, który był w naszym domu 10 kwietnia 2010 roku. „U nas przyjaźń i zaufanie jest po grób, Joasiu” – gdybym wiedziała, że słowa Pawła sprawdzą się tak szybko... Tak niewyobrażalnie szybko...

* * *

Kiedy się poznaliście?

To był początek 1998 roku. Zacząłem pracę w Biurze Ochrony Rządu dosłownie rok wcześniej, tuż przed Pawłem. Wtedy sztuką było się nie znać. Było nas mało. Garstka ledwie. BOR liczył nie więcej niż siedemset osób. Zadaniem większości była ochrona tak zwanych obiektów. Kancelarii prezydenta, premiera, budynków ministerstw, rządowych agencji... Około setka pracowała w ochronie osobistej. Jak przychodził jakiś „nowy”, wystarczyło nie więcej niż trzy miesiące i wszyscy go znali. Jeśli nie z imienia i nazwiska, to na pewno z „ksywy”. Spotykaliśmy się też prywatnie, w wolne dni, weekendy. Rodzinne klimaty. Dzisiaj jest już inaczej. Biuro to moloch. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Bałagan? Marne zarządzanie?

Wybacz, nie chcę o tym mówić.

Bo...?

Bo taka jest zasada w służbach. Byłego borowika też to obowiązuje. Mam swoje zdanie na ten temat, dobrze je znasz. I niech tak zostanie. Nie mogę i nie chcę ogłaszać go wszem i wobec. Śmiało natomiast mogę powiedzieć, że wtedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, Biuro było jednostką elitarną. Nie, nie przez cały ten sztafaż i rekwizyty – słuchawkę w uchu, garnitur i ciemne okulary. Właśnie przez fakt, że funkcjonariuszy było tak niewielu... Dostać się do grupy ochronnej było jak wdrapać się na K2. Znaczyło to, że jesteś dobry, bracie.

Mogło się „przewracać w głowach”?

Niektórym pewnie tak, ale Paweł na sto procent do takich ludzi nie należał. Przecież wiesz. Raczej pierwszy tępił wszelkie przejawy wody sodowej uderzającej kolegom do głowy. Wypalał to gorącym żelazem, choć – spokojnie, Joasiu – bez przemocy.

Domyślam się. Pamiętasz, w jaki sposób zwrócił twoją uwagę?

Był facetem, którego natychmiast się zauważało. Wyróżniał się w tłumie. I fizycznie, i osobowością. Wysoki, postawny, wyprostowany jak struna. Bez odrobiny zadęcia, za to z wielkim dystansem do świata i siebie. Wzbudzał sympatię. Nie dało się Go po prostu nie lubić. Uśmiechnięty. Żartowniś. Ludzie do Niego lgnęli, chcieli przy Nim być. Miał taki niesamowity rodzaj charyzmy. Takiej niewymuszonej, naturalnej, jakby nosił ją w genach. Wchodził do pokoju – i nie było człowieka, który by tego nie zauważył. Mało tego. Najczęściej przewodził dyskusjom i sprawiał, że ludzie zaczynali słuchać, co ma do powiedzenia. To był lider, Joasiu.

Kto wymyślił „Janosika”?

Trudno powiedzieć. Wiesz jak to jest z pseudonimem – broń Boże nie można samemu go sobie wybrać. Bo jak się bardzo chce, to jest dokładnie odwrotnie. Ktoś chce być „Orłem”, a zostaje „Wróblem”, marzy o tym, żeby kumple mówili do niego „Piorun” albo „Burza”, to zostaje „Zefirkiem”. Albo jakoś tak. Prawdziwe pseudonimy, które przyrastają do człowieka jak druga skóra, na ogół tworzy cała grupa. Zbiorowość, tak zwane osoby trzecie. Często od nazwiska, w nawiązaniu do jakiejś sytuacji, zdarzenia. Mechanizm jest zresztą taki sam jak w dziesiątkach innych środowisk. Z urzędnikami włącznie. Paweł, odkąd pamiętam, był „Janosikiem”.

* * *

Lato 2007 r. Nasza Kalabria

Paweł też nie mógł sobie przypomnieć, kto Go tak „ochrzcił”. Podejrzewałam kolegów z jednostki antyterrorystycznej w Radomiu, w której służył, zanim pojawił się w BOR...

Nie, myślę, że „Janosikiem” został u nas. Wyglądał inaczej niż wszyscy. Dłuższe włosy, mocne spojrzenie, wielka klata... Wyglądem przypominał właśnie tego filmowego Janosika.

Dzisiaj w korespondencji radiowej posługujemy się kryptonimami urzędowymi, numerycznymi. Takimi z gatunku „J-23, zgłoś się”. Kiedyś częściej używano tych naszych, wymyślonych ksywek. Było tak, że od pierwszego dnia, kiedy tylko ktoś nowy przychodził, dostawał pseudonim. Później się okazało, że w przypadku Pawła trafiony był w dziesiątkę. On rzeczywiście okazał się prawdziwym Janosikiem. Walczył ze złem, odbierał bogatym, dawał biednym. OK, to w przenośni, ale na pewno wiesz, co chcę przez to powiedzieć. Był do bólu sprawiedliwy. Kiedy był jakiś konflikt – jak to między facetami – potrafił ze spokojem wysłuchać obu stron i rozsądzić, kto ma rację. Zawsze Go za to podziwiałem. Uczciwość miał „wdrukowaną” do samych trzewi. Pamiętał o kumplach, zabiegał o nich. Dbał o ich szkolenia, ciągłe podnoszenie kwalifikacji. Potem – o awanse, o to, żeby pracowali tam, gdzie chcieli. Czasem robił to wszystko pod prąd i samemu się narażając. O siebie nie dbał. Awanse, gwiazdki, ordery – to Go niespecjalnie obchodziło. Mógł wiele, a zupełnie tego nie wykorzystał w swojej sprawie.

Pamiętam jak zobaczyłam Pawła pierwszy raz. W rządowym jaku, który wyglądał tak, jakby nie był w stanie oderwać się od ziemi... Pawła i całą Jego grupę ochraniającą premiera Leszka Millera. Jesień 2002 roku. Zobaczyłam herszta bandy niesamowitych ludzi, którzy pójdą za Nim w ogień. To było urzekające. Jak bajka o rycerzach króla Artura.

Zawsze będę myślał o Pawle, że był jak skała, jak fundament, na którym można zbudować wszystko. Wielu z nas Go podziwiało. Wielu starało się Go naśladować. Każdy szef komórki organizacyjnej czy szef ochrony któregoś z VIP-ów chciał mieć Go u siebie. Mało tego, osoby ochraniane, nasze VIP-y, też natychmiast Go zauważały i pytały, gdzie jest Janosik. Ludzie chcieli z Nim pracować. Chcieli, żeby ich ochraniał. Ale nie dlatego, że był przymilny czy był lizusem. Do tego typu historii było mu bardzo daleko. Był zawodowcem, jak nikt znał się na fachu. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak sentymentalna laurka... Ale On naprawdę miał w sobie coś takiego, taki rodzaj spokoju, takie nieuchwytne COŚ, co sprawiało, że i na grupę ochronną, i na osobę ochranianą zwykle spływał spokój. Paweł dawał poczucie bezpieczeństwa... Dokładnie wiedział, co robi. Wiedział, co powinien zrobić. Błyskawicznie reagował na każdą sytuację i nie wahał się podejmować ryzyka brania decyzji na siebie. To nie jest częsta cecha.

To prawda. Dawał poczucie bezpieczeństwa. I pewność, że przyjdzie z pomocą w każdej sytuacji...

Ty i Igor, Igor i ty – byliście dla Niego najważniejsi. To nie banał. Wiem, że wielu chłopaków zazdrościło Mu, że ma tak fajnie poukładane priorytety w życiu. Prosto, a dla niejednego nie do wykonania: „Liczy się dom, twoi bliscy, ludzie, których kochasz i którzy kochają ciebie. Cała reszta – to bujda, dodatki. Trzeba mieć do kogo wracać”. Był fanem swojej roboty. To święta prawda. Ona naprawdę sprawiała Mu frajdę. Ale trzeba było widzieć Jego oczy, gdy kończył służbę, pakował plecak na ramię i rzucał: „To cześć, jadę do moich”.

I zostawiał pracę tuż przed drzwiami domu. Nawet wtedy, gdy miał kłopoty z powodu – nazwijmy to – przekonania się na własnej skórze, że nie każdy nadaje się na rycerza króla Artura” – nie przynosił kłopotów ze sobą. Opowiadał o tej sytuacji, ale oszczędnie. Bagatelizując raczej, niż sięgając sedna.

Myślę, że rasowi faceci starają się właśnie tak postępować. Większości się, niestety, nie udaje. Nerwy poniosą i trzeba to gdzieś z siebie wyrzucić. Paweł umiał sobie z tym radzić. I to kolejna rzecz, za którą Go podziwialiśmy. Był silny – fizycznie i psychicznie. Ochrona domu – to było dla Niego wyzwanie. Dom traktował jak twierdzę, do której mają dostęp tylko ci, których do tego dopuści. I to – co zasługuje na przekroczenie waszego progu. Bardzo był w tym konsekwentny. Bardzo liczył się z twoim zdaniem i wiem, że dużo ci mówił. Ale o pracy – nie wszystko. Z czym mógł, radził sobie sam. Odreagowywał na siłowni czy na strzelnicy. Potem zaczął biegać.

* * *

Maj 2008 r. Wilanów.

Pierwszy spacer z małym Igorkiem.

Wyjątkowy Tata

Wrócimy jeszcze do biegania, ale wcześniej chcę cię spytać, czy wiedziałeś, że chce pojechać do Iraku na pierwszą zmianę?

Wiosna 2003. Ten wyjazd wypadł nagle. Paweł tego nie planował. Zaczynała się wojna Ameryki z Saddamem Husajnem, słynne poszukiwanie arsenału jądrowego. Polska – jako sojusznik – zgłosiła się na ochotnika jako sprzymierzeniec wojsk koalicji. Wysyłaliśmy tam swoich żołnierzy. Było pewne, że ludzie z BOR-u też będą potrzebni. Że trzeba będzie zadbać o polskie placówki, że profesor Marek Belka – wtedy szef rady koalicyjnej w Bagdadzie – będzie potrzebować wyjątkowo szczelnej ochrony. Paweł zgłosił się pierwszy. Tak, był ochotnikiem. Chciał szybko zbierać ludzi, ale nie szło Mu najlepiej. Nie było wielu takich, co to byli gotowi pojechać „na pierwszą linię ognia”, w zupełnie nieznaną rzeczywistość, bez cienia wyobrażenia, co zastaną na miejscu. Paweł przyszedł też do mnie. Ochraniałem wówczas minister sprawiedliwości, panią Barbarę Piwnik. Namawiał mnie do tego wyjazdu. A moja Ola była wtedy malutka, wszystko poukładane w pracy...

Powiedziałeś „nie”.

Powiedziałem „nie”, bo wtedy moje miejsce było przy żonie i córce. Można to nazywać tchórzostwem. Albo inaczej, jak się to komu podoba. Ten wyjazd wówczas mnie nie interesował... Janosika też próbowałem odwodzić od tego pomysłu. Pytałem: „Po co Ci to? Po co się tam pchać? Daj spokój, ułóż sobie życie w kraju”. Ale dobrze wiesz, że jak coś postanowił, to był koniec wszelkich dyskusji. Chciał czegoś nowego. Szukał przygody. Nie, nie takiej, którą można pochwalić się kumplom. Nie takiej, którą odznacza się nacięciem na karabinie. Pociągały Go wyzwania. Był niespokojną duszą, ale też – powiedziałbym – niesłychanie konstruktywną. Chciał budować nowe struktury zawodowej ochrony. Wiedział, że na wojnie będzie to wyjątkowo trudne. Ale też, że Jemu samemu da doświadczenie, którego siedząc w kraju, nigdy nie zyska. Chciał pojechać do Iraku właśnie dlatego, że to było kompletnie nieznane. Nie przerażała Go ani ciężka praca, ani trudne warunki. Dziś z perspektywy czasu mogę zdecydowanie stwierdzić, że było to ogromne wyzwanie. Byłem i w Iraku, i w Afganistanie na krótkich wyjazdach. I chcę wyraźnie podkreślić, że czym innym jest polecieć tam na dwa, trzy dni z VIP-em, czym innym siedzieć w strefie wojny kilka miesięcy, a jeszcze czym innym lecieć tam na pierwszą linię ognia, by „przecierać szlak”. To była cholerna odwaga.

Bał się wojny w Iraku?

Tylko głupcy się nie boją. Wiesz przecież – często o tym gadaliśmy – w Bagdadzie placówka BOR-u była w zwykłej, irackiej części miasta. Nie w „green zone”, pilnowanej przez amerykańskie wojsko dzielnicy zachodnich dyplomatów. To oznaczało, że Janosik z chłopakami musiał przejechać przez dużą część miasta, żeby w ogóle dostać się do pracy. Zwykłym terenowym samochodem. Żadnym tam pancernym. Bo taki dostali i nie było wtedy widoków na inny. Bez żadnego konwoju ani grupy wsparcia... Ryzykowali każdego dnia. Pierwsza, ponadpółroczna zmiana BOR w Iraku przedzierała się dopiero przez ten nieznany nikomu wcześniej świat.

Lubił odkrywać nowe lądy, lubił być pionierem.

Na przykład wtedy, gdy wymyślił i bardzo chciał zrealizować pomysł ścisłej współpracy między Biurem Ochrony Rządu a jednostką GROM. I w pewnym momencie rzeczywiście BOR współpracował z GROM-em. I GROM się trochę od nas uczył i my od GROMU-u.

Paweł prowadził dla nich szkolenia z ochrony osobistej.

Te zajęcia były po to, żeby znaleźć jakieś wspólne rozwiązania. Często podczas wizyt polityków w rejonach konfliktów trzeba było korzystać z pomocy GROM-u, bo oni znali teren. Warunki nie pozwalały, żeby leciała ekipa stuosobowa, tylko powiedzmy dziesięcioosobowa, a na miejscu dołączali koledzy z GROM-u. Czasami, gdy nie było możliwości zorganizowania grupy wsparcia GROM-u, to przynajmniej prosiliśmy o pomoc ich lekarzy. Mają doświadczenie na wojnie, umieją działać w warunkach ekstremalnych i dysponują innym sprzętem. Po prostu ludzie sobie ufali i pomagali.

Bo w tej pracy najważniejsze jest zaufanie.

Tak. Czasami jak brakuje zaufania do jednej osoby, to uderza w całą grupę. Cała precyzyjna maszyna się rozlatuje. Wszyscy muszą sobie ufać i cała paczka musi wiedzieć, co robić w danej chwili. Dopiero wtedy można mówić o sukcesie.

Paweł wiele zrobił dla misji w Iraku.

To prawda. Miał cechy, które Mu to szalenie ułatwiały. Był otwarty na ludzi i komunikatywny, potrafił się dogadać z każdym i dzięki temu załatwiał wiele rzeczy znacznie szybciej niż inni. Na przykład kiedy wylądowali wojskowym samolotem w Kuwejcie, to Paweł omawiał z Amerykanami „przerzucenie” polskich oficerów dalej, do Bagdadu. Gdyby nie On – pewnie posiedzieliby na tych kuwejckich piaskach jeszcze długo. Był jak pionier na Dzikim Zachodzie i ponosił tego konsekwencje. Układał tam praktycznie wszystko od początku. Metodą prób i błędów. Sukcesów i porażek. Nie było łatwo, ale wiedział o tym, decydując się wyjechać. Ja też o tym wiedziałem i dlatego podjąłem inną decyzję. Miałem co innego do zrobienia. Jano – chciał się sprawdzić. Sam siebie, uczucie, które się w Nim wtedy rodziło. Chciał się upewnić, że spotkał kogoś, za kim wreszcie będzie tęsknić...

To były początki naszej znajomości. Niełatwe, rozchybotane. Oboje byliśmy na huśtawce.

Wydaje mi się, że jak cię poznał, sam się przestraszył, że dopadła Go ta „strzała”. Nie zachowywał się jak wcześniej. Rzadko się otwierał w sprawach dotyczących uczuć. Jakiekolwiek wyznania trzeba było z Niego wyduszać, jak na torturach. Prywatność była dla Pawła święta i dopuszczał do niej tylko nielicznych.

Miałeś szczęście się do nich zaliczać.

I słyszałem, jak, między słowami, w gronie najbliższych, przyznawał, że z nikim nigdy nie mógł gadać tak jak z tobą. Mówił, że Nim „tąpnęło”, ale że jeszcze sam nie wie, co się dzieje. Jeśli twardy facet, wojownik, mówi o takich sprawach, to coś znaczy.

Wtedy jeszcze nie znałam języka wojowników.

Wiem. Nie jest łatwy dla kogoś z innego świata. A wy byliście z innych światów. Za to – jak poznasz kilka zasad – uczysz się w mig.

* * *

Prezydent mówił do Niego „panie Janosiku”

* * *

2007 r., Afganistan, prowincja Kandahar

Białe jest białe, a czarne – czarne. Słowa znaczą to, co powinny. Jeśli na co dzień obracasz się między ludźmi myślącymi inaczej, taka prawość jest jak objawienie.

O, tak, Paweł na pewno nie był koniunkturalistą. Nie kadził, nie prawił pustych komplementów. Zwykle jest tak, że szefowie lubią otaczać się ludźmi, którzy dobrze o nich mówią, nawet jeśli tak nie myślą.

Klakierami, lizusami – nazwijmy rzecz po imieniu.

Znasz takie określenie – BMW: „bierny, mierny, ale wierny”? W wielu instytucjach nie za bardzo ceni się takich, którzy mają własne zdanie. Tak jest praktycznie wszędzie. A Paweł miał swoje zasady. Niepokorny typ. Bronił własnej autonomii – nawet w kwestii tych swoich włosów. Kiedyś jeden z szefów zwrócił Mu uwagę, żeby je obciął i upodobnił się wyglądem do reszty grupy. Paweł na to: „To niemożliwe, panie (i tu stopień służbowy zwracającego Mu uwagę), mojej żonie podoba się, jak noszę dłuższe włosy”. I był koniec dyskusji. To tylko przykład. Paweł, pytany, zawsze odpowiadał zgodnie z tym, co sądził. Nie rwał się pierwszy do krytyki, ale jak widział, że się źle dzieje, to zabierał głos. Potrafił być surowy w ocenach. I bardzo – jak to się mówi – merytoryczny. Ten krytykowany miał do wyboru: zgodzić się z opinią i naprawić błąd albo zaperzać się i iść na konfrontację. Niewielu takich „zuchów” było. A nawet jak byli, Paweł był w stanie udowodnić im krok po kroku, że opór nie ma sensu. Że błąd jest błędem i trzeba go naprawić. I jeszcze jedno – zawsze dawał szansę na tę poprawę. Nie każdy z niej korzystał. Ale to już inna sprawa.

I oczywiście nie powiemy o co chodzi, bo nie możemy mówić o szczegółach.

Właśnie tak. Fundamentem tej pracy jest dyskrecja. Czasem rzeczywiście aż korci, żeby opisać to, co widujemy. A widzimy niemało. I pewnie byłby to bestseller. Ci, których znam i cenię, na pewno go nie napiszą.

Kiedy Ci powiedział, że będzie Tatą?

Nie zwlekał, mimo że mieliście wcześniej przykre doświadczenia. Dość wcześnie się przyznał. Pewnie chętnie jeszcze by to poskrywał, ale nie wytrzymał ciśnienia. Cieszył się jak dziecko – na dziecko. A jak się okazało, że to będzie syn... Dla każdego ojca to budujące. Niby nie zwracamy uwagi na płeć, niby mówimy: „najważniejsze, żeby było zdrowe”. A jak potomek okazuje się płci męskiej ... Wiesz, to jest chyba podświadome, atawistyczne. Pragnienie posiadania syna. Przetrwa ród i nazwisko.

Czy On się w ogóle zwierzał?

Wbrew pozorom tak. Rzadko – to prawda. I nie każdemu. To już mówiliśmy. Miał zasadę – praca zostaje w pracy, spraw domowych nie wynosi się na zewnątrz. Jeżeli coś Go gryzło, nie uzewnętrzniał tego. Czasami, po swojemu, pożartował. Miał kilka osób, które traktował jak przyjaciół i z nimi dzielił się swoimi problemami.

Męskie rozmowy w towarzystwie sir Johnny’ego Walkera?

To stereotyp, że faceci otwierają się po alkoholu. Nie zawsze był potrzebny. Bywało też po prostu spontaniczne. W różnych codziennych sytuacjach.

Walił czasami pięścią w stół?

Rzadko.

Widziałeś Go wściekłego?

Aż takiego, żeby rzucać mięsem, nie.

Co Go złościło w pracy?

Niekompetencja, nieudacznictwo, łamanie zasad, puste szpanerstwo, blichtr. Przesadzanie z procedurami bezpieczeństwa, nadużywanie uprawnień albo – na odwrót – lekceważenie zagrożeń.

Przykład?

Znowu domagasz się, bym komentował...

To ja cię wyręczę. Kiedy wasi koledzy z jednej z grup towarzysząc Prezydentowi na dziedzińcu Belwederu – z okazji wojskowego święta – zasłaniali Go szczelnym kordonem i mieli w pogotowiu kuloodporne walizki... Przed generałami, którzy czekali na awanse. Wyglądało to dziwnie. Co najmniej. Oglądaliśmy to, siedząc w domu. No i się nasłuchałam... Czy takie zasłanianie Prezydenta było uzasadnione? Przecież to była impreza, na którą nie mógł wejść nikt postronny.

Powiedzmy, że tego nie pamiętam.

Wtedy Janosik był poirytowany. Ale raz był naprawdę wściekły. I doskonale to pamiętam. Słynna podroż Prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Gruzji. Kiedy Paweł usłyszał, że ochrona zostawiła Pana Prezydenta w samochodzie, że wóz ochronny pozwolił się „odepchnąć” innym samochodom, że przy głowie państwa nie było żadnego oficera ochrony, dostał szału.

Mogło Go to zirytować, i wcale się nie dziwię. Ale nie miał na to wpływu. Zawsze łatwiej jest oceniać z punktu widzenia obserwatora. Ale, proszę, nie ciągnij mnie za język, bo nie chcę naruszyć zasady – która też była zasadą Pawła – publicznie nie komentuje się pracy kolegów.

Męska lojalność?

To tak jak ze spadochroniarzem, który z jakiegoś powodu otwiera zapas. Nawet jeśli popełni błąd, ale uda się mu wyjść cało z opresji, nikt tego nie komentuje. Nie można ukrywać błędów. Należy wyciągać wnioski, ale nie krytykować. Krytyka dla samej krytyki nie jest konstruktywna.

Raz Go widziałam wściekłego i raz, kiedy miał łzy w oczach. Po tym jak dowiedział się o śmierci dwóch kolegów. Odeszli z GROM-u, zaciągnęli się do jednej z prywatnych firm trudniących się ochroną w Iraku. I zginęli tuż po przyjeździe na miejsce. Podczas pierwszego konwoju.

Dobrze ich znaliśmy. To byli nasi kumple. Paweł odwoził Ich na lotnisko kilka dni wcześniej. Życzył powodzenia i szybkiego powrotu do kraju. Nie wiedział, że ten ich powrót będzie wyglądać właśnie tak...

Rozmawialiście o tym? O śmierci, przeznaczeniu?

Gadaliśmy, pewnie. Wszystkimi to „tąpnęło”. Można spytać: „Dlaczego Oni?”. Byli młodzi, chcieli coś w życiu osiągnąć, zostawili w kraju rodziny, plany, marzenia... Fajni goście, twardzi faceci, świetnie wyszkoleni. To nie była ich pierwsza wojna. Żal... Wiesz, co jest porażające? Że ta pierwsza śmierć, ich śmierć, poruszyła środowiskiem do samego spodu. A później zaczęliśmy się przyzwyczajać, że co chwila ktoś ginie.

* * *

Lato 2005 r. Irak. Jeden z wyjazdów w ochronie szefa MON

Do tego można się przyzwyczaić?

Może to nie jest najlepsze słowo. Chodzi mi o to, że z każdą taką następną wiadomością ból trochę tępieje. To pewnie jakiś mądry mechanizm ochronny. Taka tarcza, za którą chowa się organizm, żeby nie zwariować. Paweł spędził w Iraku masę czasu. Bywał w polskich i amerykańskich bazach. Lepiej niż wielu z nas wiedział, jak to jest siedzieć rano na śniadaniu przy jednym stole z człowiekiem, którego kilka godzin później już nie ma.

Wracając do oceniania. Jak oceniasz akcję Smoleńsk 2010 w wykonaniu BOR?

Uważam, że doszło do katastrofy. Do nieszczęścia.

BOR powinien być na lotnisku Siewiernyj?

BOR powinien być w każdym miejscu czasowego pobytu osoby ochranianej. Ale nie chcę o tym rozmawiać. Nie jestem sędzią ani prokuratorem. Ja jestem od pracy. Wychodzę z założenia, że nic się nie dzieje bez celu. Jedni powiedzą – wola Boża, drudzy – zły los. Tak musiało być. Trafiło na tych Ludzi. Niestety zdarzają się katastrofy samolotowe, kolejowe, tragedie na morzu. Zginąć można i we fiacie 126P, i w luksusowym mercedesie.

Kogo straciłeś w tej katastrofie?

Najlepszego przyjaciela, kumpli, znajomych. Dużą część z Pasażerów i Załogi znałem bliżej, z wieloma spotykałem się służbowo i prywatnie. Pamiętam, jak podczas odsłaniania pomnika na Powązkach mówiłaś, że to nie byli przypadkowi ludzie. Nie byli...

Gdzie byłeś tego ranka?

Siedziałem w domu, pracowałem nad czymś przy komputerze. Zadzwonił Jurek, wspólny kolega Pawła i mój. Kilkanaście lat temu poznał mnie z nim Paweł. Pyta:

– Czy tam był Paweł?

– Gdzie? – ja na to.

– No w tym samolocie.

– W jakim samolocie?

– No przecież samolot z Prezydentem się rozbił. To ty nie wiesz?

Pomyślałem: „Boże, co on gada”. Włączyłem telewizor i powiedziałem:

– Jurek, jak będę wiedział coś więcej to zakręcę.

Na tym skończyliśmy rozmowę. Zacząłem dzwonić do wszystkich z ochrony Prezydenta, których znałem. Oczywiście żadne telefony nie działały. Zadzwoniłem w końcu do żony Grześka Cacko. I usłyszałem płacz. Myślałem już, że jednego zlokalizowałem... Ale w tym szlochu Iwony usłyszałem wreszcie, że Grzegorz jest poza Warszawą i za chwilę oddzwoni. Zaczęliśmy rozmawiać, kto tam był. On już wiedział, że Paweł... Stwierdziłem, że trzeba się ruszyć natychmiast. Powiedziałem Grześkowi, że jadę do ciebie. Odpowiedział, że też postara się dojechać.

* * *

Chciał przebiec maraton i dopiął swego.

Tu – kilkaset metrów przed metą

Pamiętam, jak stanąłeś w drzwiach...

Nie miałem żadnego planu. Tylko włączone radio w samochodzie i nadzieję, która gasła z każdą chwilą. Pojawiła się informacja, że karetki kogoś zabrały. Oczywiście uroiłem sobie, jak i ty – że jest nadzieja, ale w głębi duszy w to nie wierzyłem. Zdawałem sobie sprawę, że prędkość podchodzenia do lądowania... Śmigłowiec ma większe szanse, a samolot...

Zakładałeś, że jedziesz do mnie, żeby powiedzieć, że Paweł zginął?

Tak.

Zakładałeś, że nie wiem?

Chciałem po prostu być przy tobie i Igorze. To był mój obowiązek. Także dlatego, że wiem, że Paweł zrobiłby dla mnie to samo. Tylko tyle wtedy byłem w stanie. Liczyłem się z tym, że dopóki nie usłyszysz, nie zobaczysz, to nie uwierzysz. To normalne.

Nawet jak zobaczysz i dotkniesz... W mojej świadomości nic ten obraz nie zmienił.

Długo jeszcze łapałem się na myśli, że to, co się stało, jest niemożliwe. Przecież dopiero się widzieliśmy – z Pawłem, Darkiem Michałowskim „Moskwą”, z „Nochalem” – Piotrkiem Noskiem, z Jackiem Surówką, słynnym „Płetwą”, z „Krajanem”, „Ulkiem”, innymi... A teraz Ich nie ma. Pstryk – i ktoś wyłączył światło.

Bunt?

Ale właściwie przeciwko czemu? Komu? Bolało jak cholera, ale nie da się boksować z rzeczywistością. Faceci mojego pokroju są bardziej racjonalni niż emocjonalni. Stało się. Stała się straszna rzecz. A teraz jedyne, co mogę, to działać. Pomóc tobie, innym dziewczynom. Podzieliliśmy się z chłopakami na zadania i każdy „pilnował” innej rodziny. Przepraszam za to „pilnował”, ale to takie nasze określenie...

Wiem, że to był wasz odruch, taki z ludzkiej potrzeby. Że żaden urzędnik zza biurka nie miał z tym nic wspólnego. Chyba nie zdążyłam tobie, wam za to podziękować...

Już dziękowałaś, nieraz. Nie ma o czym gadać.

Na pogrzebie powiedziałeś, że firma nie doceniała Pawła. Co miałeś na myśli?

Dokładnie powiedziałem, że mimo wzorowej służby, BOR Go wcale nie rozpieszczał. Dodałem, że taki to już los ludzi wybitnych, za życia nie zawsze rozumianych. Niektórzy, zupełnie niepotrzebnie, odebrali te słowa jako personalny atak. Nie to było moją intencją. Gdybym znalazł się jeszcze raz w tej sytuacji, powtórzyłbym te słowa dokładnie tak samo. To, jak ktoś je odebrał, to już inna sprawa.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą?

Można tak powiedzieć. A przecież wystarczy mieć czyste sumienie... Chodziło mi o to, że Paweł nie dbał o siebie, pomagał wszystkim zarówno w sprawach prywatnych, jak i służbowych, a nikt nie zadbał o Niego. Zawsze występował o awanse dla swoich ludzi. O nagrody. Chodził, drążył, pilnował, żeby wnioski przeszły. Przy tym nie oczekiwał wdzięczności, nie chwalił się, komu i na ile pomógł, nie eksponował swoich sukcesów, był skromny. Czasami pytałem: „A Tobie się nie należy?”. Odpowiadał: „Jak będą chcieli to mi dadzą, a jak nie, to nie”. Sama wiesz, że Jemu nie zależało na tym, żeby błyszczeć. Miał tysiące okazji, żeby z tobą wyjść, pokazać się, zrobić z siebie jakiegoś Jamesa Bonda. I tego nie robił. Jeżeli Go ktoś zobaczył w telewizji, to tylko dlatego że stał przy swoim VIP-ie. Dlatego że nie dało się wyjść z kadru. Nie miał ciśnienia na nagrody, awanse. Jemu zależało na tym, żeby pracować. Niektórzy odbierali taką postawę jako zagrożenie. No bo jak to tak? Nie pchać się na kolejne szczeble?

Kto się czuł zagrożony, ten się czuł.

Paweł znał swoją wartość. Nie musiał udowadniać, że jest dobry. Po prostu taki był.

Kiedy się widzieliście ostatni raz?

Kilka dni wcześniej. Może tydzień. Mówił o zmianie pracy. Powoli do tego dojrzewał, ale chciał, jak mówił, „dokończyć tę kadencję z Prezydentem”. Miał być szefem ochrony do grudnia 2010 roku. Nie chciał uciekać, odejść z niewiadomego powodu, zatrzasnąć za sobą drzwi. To by było do Niego niepodobne. Poczucie odpowiedzialności i tym razem wzięło górę. Miał arcyciekawe oferty. Kilka naprawdę niezłych – pod każdym względem. I nie chciał z nich skorzystać. Odkładał każdą – na potem. A ludzie, którzy składali te propozycje, cierpliwie czekali. Wiedzieli, że lepszego fachmana nie znajdą i że warto poczekać na Janosika.

Cały Paweł...

Były oferty prywatne, ale te mniej Go interesowały, jak wiesz. Uważał, że jesteśmy jeszcze za młodzi, że to będzie dobre na nasze „emerytury”. Chciał pracować w służbach. Czasami się śmiał: „Ja jestem plutonowy Janeczek i tak zostanie”. Mimo że był już oficerem, pasował Mu „plutonowy Janeczek”. Bez obrazy. Sam się z tego śmiał. Był piekielnie ambitny. Ale była to szczególna ambicja. Nie potrzebował potwierdzeń w postaci dystynkcji na pagonach ani miejsc przy prezydialnych stołach. Liczył się dla Niego posłuch we własnej grupie, szacunek ludzi. Respekt, który zdobywa się – nie krzykiem i represjami – ale spokojem i fachowością. Miał silne poczucie własnej wartości oparte na solidnym fundamencie. I przekonanie, że to, co robi, robi dobrze. „Reszta przyjdzie w swoim czasie” – powtarzał.

* * *

Grudzień 2008 r., Pierwszy śnieg i pierwsza wspólna zima

Mówił ci, dlaczego kariera, za którą inni gotowi są iść na koniec świata, była dla Niego sprawą drugorzędną?

Po pierwsze lubił to, co robił. Chodził do pracy, ustawiał szyki, organizował wyjazdy, koordynował prezydenckie wyloty, zajmował się logistyką całej delegacji. Jak ktoś lubi swoją pracę, chętnie do niej idzie i nie patrzy na zegarek. Przecież pracowaliśmy czasem po kilkanaście godzin, często całą dobę. Ze słuchawką w uchu, zapięci pod szyję, w krawatach i garniturach. Kiedy „się działo”, nie czuliśmy się zmęczeni. Zmęczenie przychodziło po powrocie do domu. Kiedy człowiek kładł się do łóżka. I jak wstawał rano, niewyspany, po kilku godzinach snu. Bo położył się o czwartej, a o siódmej już wyjeżdżał. Z myślą, że ten dzień będzie taki sam jak poprzedni. Co do kariery... Nie mówił o stanowiskach. Czy o nich myślał? Nie wiem. Myślę, że większość z nas zakłada pięcie się w górę. Paweł uwielbiał wyzwania i był gotów na wiele wyrzeczeń, żeby im sprostać.

Idealny początek rozmowy o bieganiu... Paweł zaczął poważnie trenować w 2008 roku, tuż po pojawianiu się Igora na świecie. Powiedział, że przebiegnie maraton w rocznicę naszego ślubu i że będzie biegać, żeby móc kiedyś pokazać synkowi, że wszystko jest możliwe...

To dopiero był plan! Serio. Paweł był w klubie 102+, co oznacza kategorię wagową powyżej stu kilogramów. Ten, kto biega, wie, że przebiegnięcie maratonu dla takiego człowieka jest nadludzkim wysiłkiem. To potworna próba wytrzymałości, straszne obciążenie dla stawów, które ten ciężar muszą dźwigać... Pierwszy był półmaraton. Biegliśmy razem. Zrobiłem to za Jego namową.

* * *

W samolocie, w drodze do Brukseli, Rzymu, albo Berlina

* * *

2007 r., Afganistan, prowincja Kandahar

29 marca 2009 roku.

Paweł przygotował się do tego naprawdę solidnie. Zgodnie ze swoją zasadą: jak coś robić, to do końca. Codziennie trenował, biegał po Polach Mokotowskich, miał swoją trasę wokół Królikarni. Wcześniej zdarzały Mu się chwile, że zarzucał dietę i dyscyplinę. Później, jak już doprowadził się do porządku, dawał sobie dyspensę na słodycze.

Ale tylko w niedzielę.

Szczerze mówiąc, bagatelizowałem to Jego bieganie. Biega? Niech biega. No, ale Janosik mówi któregoś dnia: „Chodź ze mną, przebiegniemy razem półmaraton”. Wjechał mi na ambicję i trzeba było się szybciutko przygotować. Ze względu na wagę długo nie utrzymaliśmy tego samego tempa, musiałem pójść do przodu. 27 września 2009 roku Paweł, między innymi z Darkiem Michałowskim, „Moskwą”, przebiegł cały maraton. Dopiął swego. I to faktycznie było tuż po waszej rocznicy... Ja się wyłamałem z tego biegu. Dzisiaj trochę żałuję. To kolejna nauczka, by nie odkładać pewnych spraw na później.

Dlatego wymyśliłeś „Bieg Janosika”?

To jest jakaś moja próba naprawienia tamtego błędu. Ale główny cel jest inny: żeby ludzie o Pawle pamiętali. Nawiązałem kontakt z fundacją Maraton Warszawski. Prezes – Marek Tronina, któremu należą się serdeczne podziękowania – z ogromną przychylnością odniósł się do pomysłu. Urodziny Pawła wypadają bardzo blisko daty katastrofy – pomyślałem więc, że bieg warto zrobić właśnie z okazji urodzin, a nie nawiązywać do samej daty katastrofy. Pierwszy bieg, który udało się nam się zorganizować w 2011 roku pod skrzydłami fundacji Maraton Warszawski, udał się naprawdę fajnie.

Mnóstwo ludzi w koszulkach ze zdjęciem Pawła w polowym mundurze z Afganistanu...

Mam nadzieję, że tak będzie co roku. Przyszło kilkaset osób i w taki pozytywny sposób wspominaliśmy Pawła. Najpierw był bieg – podwójna pętla wokół Kępy Potockiej – a potem pojechaliśmy z chłopakami na Powązki – zapalić Mu światełko.

Pomysł, żeby razem napisać książkę, był twój. A ten o przedszkolu – Pawła.

Tak jest. To miał być poradnik ochroniarza. Zacząłem rozmawiać z Pawłem i doszliśmy do wniosku, że zrobimy to wspólnie. Zaczęliśmy zbierać materiały, rozpisywać schematy. Cały plan książki był gotowy. Tylko siadać i pisać. Przy tej okazji trochę częściej się spotykaliśmy. Był rok przed katastrofą. Paweł zaczął wspominać o przedszkolu. Oczywiście z myślą o waszym Igorze. Potrafił mówić o nim bez końca. Cieszył się, że tak szybko uczy się chodzić, że jest taki ciekawy świata, że jego pierwsze słowo brzmiało „tata”.

To prawda. Paweł był z tego bardzo dumny. Najlepszy Tata na świecie...

Wiem, że spędzał z małym każdą wolną chwilę. Czasem nawet mnie dziwiło, że ma do tego tak wiele energii, zapału, pomysłów na zabawy. Tyle spokoju i opanowania.

Był zachwycony, kiedy nasz półtoraroczny synek tak zapamiętale „grał” na Jego gitarze, że połamał gryf... Robił zdjęcia i powtarzał: „Kiedyś, smyku, je pooglądamy i będziemy się śmiać, jaką masz siłę w rączkach...”.

Sprawiało Mu wielką frajdę pomaganie Igorowi w poznawaniu świata, w dotykaniu wszystkiego. Fascynowało Go, że dziecko potrafi zachwycać się każdym drobiazgiem. A żeby mu w tym pomóc, najlepiej byłoby założyć przedszkole. I zaczął drążyć ten pomysł. Najpierw uznałem, że to chwilowe albo że może mnie „wkręca”.

A potrafił to robić po mistrzowsku.

Zgadza się. Miał niesamowite poczucie humoru. I był motorem niejednego takiego „wkręcenia”. Jak choćby to, kiedy jednemu z chłopaków z grupy, który rzucił wojsko dla BOR-u, zaprenumerował „Żołnierza Polskiego”. Gazeta przychodziła do pracy, a gość się cieszył, że „wojsko jednak o nim pamięta”. I wiesz co? Nie było w tym złośliwości ani chęci dokuczenia komukolwiek. Długo by opowiadać o tej sytuacji. Ale kontekst był taki, że wszyscy się ubawili, gdy prawda wyszła na jaw. Paweł potrafił wykorzystywać śmiech do rozładowywania napięcia. Kiedy balon puchł, On coś takiego umiał powiedzieć, zrobić, wymyślić, że powietrze natychmiast uchodziło. I wszystkim było lepiej.

Temu od „Żołnierza Polskiego” też?

Byli i zostali kumplami.

* * *

„Będzie tak, jak chciał Janosik...”

Pomysł z przedszkolem był na serio.

Uwierzyłem, jak Paweł podczas kolejnych rozmów wracał do tego i wracał. Mówi, że trzeba by znaleźć siedzibę gdzieś blisko centrum, że wszyscy funkcjonariusze chętnie zostawialiby dzieci w takim miejscu. A jak się nie uda w centrum, to zrobimy taki przedszkolobus – i będziemy dzieciaki odbierać, a potem odwozić do domów. Że będą cały czas pod opieką i najlepszą ochroną.

Nie, nie miało być to wyspecjalizowane przedszkole dla małych oficerów. Nie miało też być tylko dla chłopaków. Paweł chciał, żeby wychowawcy wpajali tam dzieciom pewne zasady. Żeby stworzono warunki dla rozwoju silnych osobowości. Oczywiście byłby daleki od wprowadzania surowych metod w takim przedszkolu. Skąd! Sam wręcz nie mogłem znieść Jego niektórych zachowań w stosunku do Igora. Pamiętam, jak któregoś razu Igor próbował nieudolnie chodzić, trzymał się biurka i spychał z niego laptop. Mówię: „Weź, zaraz coś rozwali”. On na to: „I co z tego. Jak rozwali, to będzie rozwalone. Młody doświadcza, poznaje świat. Trzeba na to pozwolić”. Pewnego razu spotkaliśmy się, chciałem zgrać coś z pendrive’a,, okazało się, że laptop uszkodzony. Paweł oznajmia, że „Igor zrzucił, ale nic się nie stało”. „Jak się nie stało, przecież komputer nie działa”. „Najważniejsze, że dziecku nic się nie stało”. W ogóle nie przejmował się rzeczami materialnymi, to było poza Nim.

Znam te prawdy. Jak się połamie – to będzie połamane. Jak się zgubi – to będzie zgubione. Święty spokój i opanowanie w każdej sytuacji...

To mnie właśnie ujmowało, ten spokój. Janosik zachowywał się tak, jakby przy Igorze Jego układ nerwowy nie działał. Żadnych nerwów, irytacji, złości. Nic. Tylko wielka miłość i bezgraniczne oddanie. Dla mnie to było niepojęte, że można być tak wyluzowanym.

Opowiadał, jaki był dzielny? Jak trzymał Igora pierwszy raz na rękach zaraz po narodzinach?

Tak. I byłem zaskoczony, bo – kiedy jeszcze byłaś w ciąży – zarzekał się, że weźmie dziecko na ręce najwcześniej, gdy skończy trzy miesiące. Bał się, że On, taki duży, mógłby zrobić Igorowi krzywdę.

A potem to w Jego ramionach Igor czuł się najbezpieczniej. To ja się bałam, a Paweł bez mrugnięcia okiem kąpał naszego synka. I obaj świetnie się przy tym bawili...

Pamiętam, że wziął wtedy dłuższy urlop.

Ponad miesiąc. Siedział z nami, zapuszczał brodę

Był Tatą.

Robił zakupy, czytał książki o diecie karmiącej matki, dbał, żeby niczego nam nie brakowało, żeby Igor nie miał kolek.

Pamiętam jak usypiał go suszarką. I mówił, że Igora uspokaja ten dźwięk i ciepłe powietrze. Przyjeżdżał do mnie i pytał: „Gdzie masz gniazdko?” i bzzzzzzz... suszy dziecko. „Co Ty robisz”? „Spoko, usypiam małego”. I to działało. Sprawdzał się w roli Ojca jak nikt. Serio. Nie znałem i nie znam drugiego takiego faceta, który miałby w sobie tyle miłości, czułości i ciepła dla dziecka. Zawsze miał siłę, żeby zabrać małego na spacer, pobawić się z nim klockami, pojechać na plac zabaw.

Obiecał, że pójdzie z Igorem na lekcje judo. Pamiętasz wasz pierwszy prezent dla naszego smyka? Piękna, dziecięca judoga z wyhaftowanym imieniem „Igor” i biało-czerwoną flagą obok... Niedługo będzie na niego dobra...

...i wtedy zabierzemy małego na zajęcia. Będzie tak, jak chciał Janosik.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

12 rozmów o pamięci. Oswajanie nieobecności 12 rozmów o miłości 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego