Żydówek nie obsługujemy

Żydówek nie obsługujemy

Autorzy: Mariusz Sieniewicz

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 254

cena od: 29.90 zł

nagrody:

Nominacja do Paszportu "Polityki" 2005

"Książka Wiosny 2005" - tytuł przyznawany przez Jury Poznańskiego Przeglądu Nowości Wydawniczych

Najnowsza książka autora Czwartego nieba to zbiór opowiadań, w których rzeczywistość, pozornie przewidywalna, odsłania swoją drugą, absurdalną i często potworną stronę. Obskurny publiczny szpital okazuje się feudalnym królestwem, którym rządzi ordynator, otoczony dworem lekarzy i pielęgniarek. Zwykłe zakupy w hipermarkecie stają się nagle wstrząsającym seansem nienawiści, chciwości i perwersji, zatłoczony autobus w godzinach szczytu zmienia się w arenę morderczej gry między pasażerami. W tych szalonych, hipnotyzujących, brutalnych niekiedy opowiadaniach zwyczajność postawiona jest w stan oskarżenia, okazuje się bowiem, że wcale nie jest dana raz na zawsze, oczywista i sprawdzalna. Człowiek skonfrontowany z absurdalną i groteskową sytuacją zmuszony jest uczestniczyć w czymś, co go przerasta, niszczy dotychczasowe wyobrażenia o sobie i własnym świecie.

Redakcja: Marianna Sokołowska

Korekta: Maciej Korbasiński, Maria Fuksiewicz

Redakcja techniczna: Urszula Ziętek

Projekt okładki i stron tytułowych:

Magdalena Bartkiewicz-Podgórska, na podstawie koncepcji graficznej Macieja Sadowskiego Fotografia autora: Grzegorz Czykwin

Wydawnictwo W.A.B.

02-502 Warszawa, Łowicka 31

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Komputerowe Usługi Poligraficzne Piaseczno, Żółkiewskiego 7

Druk i oprawa: Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca S.A., Kraków

ISBN 978-83-7747-242-2

Książki oraz bezpłatny katalog Wydawnictwa W.A.B. można zamówić pod adresem:

ul. Łowicka 31, 02-502 Warszawa

tel. (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Patronat medialny:

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2005

Wydanie I

Warszawa 2006

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Jesteśmy odmieńcami-Żydówkami. Wszyscy!

Na przekór poglądom, uczuciom, płci. Gorliwie tworzymy ułudne wspólnoty, z fałszywym przeświadczeniem, że w nich żyjemy i jesteśmy zakorzenieni. Tymczasem żyjemy, owszem, ale aż do bólu inności. Jeśli chcę być naprawdę człowiekiem muszę mieć świadomość, że więcej mnie dzieli od ludzi niż z nimi łączy.

Mariusz Sieniewicz to rzadki przykład polskiego pisarza, który wykracza poza utarte szlaki myślenia, jednocześnie nie tracąc kontaktu z najbardziej palącymi

problemami współczesności.

Kinga Dunin

Mariusz Sieniewicz (ur. 1972) – prozaik, uznawany za jednego z najciekawszych autorów młodego pokolenia. Autor powieści Prababka {1999) i Czwarte niebo (W.A.B. 2003), nominowanej do Paszportu „Polityki” oraz nagrody NIKE 2004. W 2004 roku otrzymał też międzynarodowe stypendium Willi Decjusza istytutu Książki w Krakowie. Jego twórczość tłumaczono na niemiecki, rosyjski i chorwacki. Mieszka w Olsztynie.

W serii ukazały się

Dawid Bieńkowski Nic

Andrzej Czcibor-Piotrowski Cud w Esfahanie

Adam Czerniawski Narracje ormiańskie

Ida Fink Odpływający ogród

Ida Fink Podróż

Manuela Gretkowska My zdies’ emigranty

Manuela Gretkowska Kabaret metafizyczny

Manuela Gretkowska Tarot paryski

Manuela Gretkowska Podręcznik do ludzi

Manuela Gretkowska Namiętnik

Henryk Grynberg Drohobycz, Drohobycz

Włodzimierz Kowalewski Światło i lęk

Wojciech Kuczok Gnój

Wojciech Kuczok Widmokrąg

Krystian Lupa Labirynt

Krystian Lupa Podglądania

Cezary Michalski Siła odpychania

Włodzimierz Pawluczuk Judasz

Henryk Rozpędowski Charleston

Janusz Rudnicki Mój Wehrmacht

Sławomir Shuty Zwał

Piotr Siemion Finimondo

Mariusz Sieniewicz Czwarte niebo

Marek Soból Mojry

Jerzy Sosnowski Wielościan

Jerzy Sosnowski Prąd zatokowy

Magdalena Tulli W czerwieni

Magdalena Tulli Sny i kamienie

Magdalena Tulli Tryby

Myśl

Żydówką była myśl. Doskonale znana, z pozoru niegroźna, od wieków ta sama. Unosiła się o zmierzchu nad światem i wołała „śmierć! śmierć!”. Ludzie wtedy mówili, że coś wisi w powietrzu. Myśl szukała frajera, który wpuściłby ją do głowy i uznał za swoją. A frajerów, co dziwne – wielu, co normalne – sami mężczyźni. Kobiety były raczej niepodatne. Krążyła więc nad głowami facetów frajerów, gotowa w nieskończoność słuchać rozwlekłych wynurzeń, zarówno o życiu przegranym, jak i o tym, które dopiero otwierało przed nimi podwoje. Czekała na puentę. Gdy frajerom wyczerpywały się wszystkie,ja”, „o mnie”, „ze mną” i „mój”, wskakiwała zwinnie, bez przeszkód, by wrzasnąć „śmierć! śmierć!” i zapytać z ciekawością, typową dla hotelowego gościa, który ogląda pokój, „no, no, co my tu mamy?”. Naiwniak należał do niej.

Bezdomna myśl nie pchała się na ślepo, nie dobijała chamsko, była cierpliwa. Zwłaszcza wobec żałosnych frustratów, którzy – kieliszek za kieliszkiem – skarżyli się na zrzędliwą żonę, wciąż pusty portfel i bezsensowne, przegrane życie. Znajomych dawno wywiało, kelner udawał, że musi zamykać, zostawała jedynie ona. Niczym sęp krążyła przed zapijaczonymi oczami i w odpowiednim momencie, wołając „śmierć! śmierć!”, spadała z impetem. Nieszczęśnik biegł gdzieś za miasto, kładł głowę na tory lub zaciskał pętlę na szyi.

Kiedy indziej wysłuchiwała opowieści młodego chłopaka, który właśnie żegnał się z kumplami przy ostatnim w cywilu piwku. Szedł do wojska i pokrzykiwał, że w końcu zostanie prawdziwym facetem. Szła z nim, już siedząc mu na ramieniu. „Śmierć! śmierć!” – słyszał chłopak w koszarach, „śmierć! śmierć!” na poligonie, „śmierć! śmierć!” na swojej pierwszej wojnie. Zabijał więc dzielny chłopak – ziemię, ludzi i ptaki, liczył bitwy, poległych, zużyte naboje i miał wrażenie, że jego ciało jest tylko zrogowaciałym od cyngla palcem. Strzelał do wszystkiego, co żyje, aż sam stał się wszystkim i niczym. W bezchmurne noce, razem z innymi z oddziału, oglądał obumierające na niebie gwiazdy. To niebo było niebem obcych i wrogów – nie tym nad jego domem, dlatego wierzył, że „śmierć! śmierć!” mu nie grozi, że wróci do siebie i szybko zapomni o zgasłych gwiazdach.

Najłatwiejszym łupem bezdomnej myśli byli mężowie-ojcowie w szpitalach – ci po wylewach, zawałach, ci z rakami. Nie cieszył ich oczu widok kochanej żony ani dorosłych dzieci, domowy obiad nie cieszył żołądka. Liczył się tylko obsesyjny rachunek sumienia – ostatni przed pięćdziesiątką, przed sześćdziesiątką. Czas płynął wolno, niczym płyn z podłączonej kroplówki, a myśl siedziała na białym suficie i przewiercała spojrzeniem rychłe zwłoki. Nie mogąc znieść jej spojrzenia, ten po zawale, ten po wylewie, po sześćdziesiątce, chwytał bez sensu kaczkę spod łóżka i syczał, patrząc w sufit, „śmierć! śmierć!”. Otwierało się ciało, otwierała się przeszłość – myśl w pośpiechu wyjadała resztki pamięci, by jak najszybciej przeskoczyć do sali obok. Pielęgniarka niosła białe prześcieradło.

Przełaziła myśl z mózgu do mózgu pijaków, pacjentów, żołnierzy-twardzieli oraz z pozoru całkiem normalnych panów. Bo mózgi frajerów były niczym dworcowe poczekalnie, które uwielbiała zmieniać w ekspresowe pociągi. Jednak kobiece zwoje omijała z daleka. Cwaniara! Co roku kobiety spotykały się na imieninach to jednej, to drugiej i z roku na rok coraz więcej godzin zajmowały im opowieści o zmarłych mężach, ojcach i synach. W ich słowach nie było politowania, jedynie dziwny rodzaj czułości. Nie musiały nigdzie się spieszyć, nie musiały już być powierniczkami swych dzielnych mężczyzn. Skończyły się role, więc czas nie grał roli.

Co robiły podczas coraz dłuższych świątecznych spotkań? Ano grzały likierek, aż miło!… Niekiedy nawet wódeczkę! Jadły przyrządzone sałatki, upieczone ciasta i z lekkim uśmiechem patrzyły na zegar. Czasem jedna czy druga coś tam bąknęła o młodym listonoszu albo o sympatycznym instruktorze nauki jazdy, lecz zaraz, zarumieniona, machała ręką. Bo pierwszy liczył na szybki awans, drugiemu groziła prostata – „śmierć! śmierć!” już się witała z gąską. Zresztą, po co to wszystko? Likierek pyszny, sernik cudowny – życie przecież spełnia się samo.

Gdzieś tam za oknem bezdomna myśl grasowała w najlepsze – gdzieś tam, w knajpach, w szpitalach, na frontach wojen. Lecz to nie była ich bajka.

Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

No… ależ proszę! Stanowczo proszę nie wyobrażać sobie, nie dopowiadać, Wielce Szanowna Prezydentko. Bandytą ani mordercą nie jestem. Nigdy na nikogo nie podniosłem ręki. Kocham ludzi, zwierzęta i ptaki – najbardziej dzieci i świnki morskie. Ucieczki nikt nie planował – to wyszło jakoś na przekór, to wyszło niechcący i nie powtórzy się więcej.

Proszę przestać, proszę nie krzyczeć, pięścią nie grozić. Spokojnie. Kategorycznie zabraniam! Zbyt byłem uczciwy, zbyt jestem lojalny, by mnie próbować zastraszyć. Świat się nie kończy, broń Panie Boże! Świat biegnie dalej.

Był chyba poniedziałek…

Jak sardynki ściśnięci i na wpół żywi autobusem wracamy z pracy…

No, nie… naprawdę – jak mam się wytłumaczyć, skoro Wielce Szanowna wciąż wrzeszczy. Tylko bez gróźb! Spokojnie… Wiem, wszyscy dali się uwieść i szukali wspólnej wymówki, bo trudno się przyznać – zwłaszcza samotnie, bez świadków, tłumaczy i adwokatów. Może dlatego tak nas napadło… stadnie…

No więc jeszcze raz, od początku… Mogę?…

Jest wrzesień, jest poniedziałek, piętnasta piętnaście – powrót z pracy nudny i powtarzalny. Gdy jak sardynki ściśnięci jedziemy autobusem przez miasto, raptem do mnie, niczym złoczyńca zza krzaka:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę! – syczy jakiś menel.

Jakiś, bo odwrócony do niego tyłem, w ścisku pomiędzy szybą a innym kimś, nie mogę dojrzeć nic więcej… Menel zajeżdża śmietniskiem i kocimi sikami. Mój Boże! Mój Boże! – na razie udaję. Na razie nie słyszę, nie zauważam, jakby nie do mnie menel syczał. Nieważne, to przesłyszenie, wmawiam sobie obłudnie. Uparcie wierzę, że wracam do domu, w szybę się patrzę – o, tu jakiś plakat, tam stłuczka, policjant, na latarni ptak. Jak inni pasażerowie niby zwyczajnie jadę – zamknięty w wielorybie blaszanym, podgryzany przez skwar. I pogrążony jestem w hymnicznej piętnastej piętnaście. Godzinie końca: pracy, lekcji, interesów. Godzinie początku: rodzinnych obiadów i małych nadziei, że wieczór będzie należał do nas i że będziemy się kochać jak spłoszone gołębie, albo odwrotnie – w gołębich spłoszonych skrzydłach tulić będziemy nieutuloną samotność. Piętnasta piętnaście to hejnał codzienny, na zwykłe życie nie jest za późno. Przynajmniej tak nam się zdaje. Każdy pasażer mnie w dłoniach bilet, patrzy przez szybę, przeczekać chce podróż. Choć ja z tej nadziei już wytrącony.

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę! – syczy mi w ucho menel i następuje na mnie usilnie.

Nikt z pasażerów syku nie słyszy. Wszyscy są pogrążeni w milczącej podróży. Siedzący przysypiają, stojący uciekają od siebie wzrokiem. Zarost menela drapie mnie w kark i wywołuje dreszcze. Zimne zmieszane z ciepłymi. Na dodatek przy biodrze odczuwam – cholera! cholera! – ukłucie. Jego ukłucie, jego narzędzie, no wiesz, Wielce Szanowna, nóż. Mniej w tym jest złości, więcej zgrywy, obliczonej na tani strach. Tak sobie myślę… Brzydkiej zabawy, niebezpiecznej zabawy – zabawy nie fair.

I tak jedziemy. Ja, mimo że przed minutą byłem jeszcze zwyczajny, z pracy na zupę wracałem, teraz, z jego ustami na swoim karku, inny nieodwołalnie będę na zawsze. Przeistoczony, ochrzczony tym krótkim sykiem. Koniec z pracą, obiadkiem i papuciami. Etaty, sretaty, domowe pielesze szlag trafił! Pasażerowie, jak uwolnione z klatek zwierzęta, wyskakują na każdym przystanku – na węch wracają do blokowych legowisk. Jest poniedziałek, czy o tym wspomniałem? Tak, tak! Piętnasta piętnaście? Nie, już zapewne piętnasta trzydzieści, a może i później. Czas wpełza do jamy, cytryna światła zmienia się w pomarańczę. Ludzie spieszą do rodzin, telewizorów, a ja nie mogę ani na krok ruszyć się z miejsca. Mijamy kino, suniemy przez wiadukt. Jeden przystanek, drugi i trzeci. W oddali, przez chwilę, widzę swój dom, otwarte okno, koronkę kremowej firanki, i nic – jadę dalej, aresztowany, bo menel sykiem jak kajdankami skuł moje ręce.

Szarpie i rzuca nami autobus, umyka z osiedla, zaraz za miastem nurkuje w las. Przez uchyloną szybkę wpada wilgotna woń mokradła. Robi się luźniej, gdy dojeżdżamy do pętli. Ale menel wciąż nachalnie daje o sobie znać:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

Dyszy nad uchem, nożem kłuje i ślini mi kark. Ja, przewieszony przez poręcz jak prześcieradło na sznurze, próbuję odsunąć się choć o pół kroku, choć o milimetr. Na próżno. Chcę krzyknąć, lecz głos grzęźnie w świergocie lasu, poszumie drzew i głośnym warkocie silnika. Do domu nie dotrę, wiem na sto procent. Świat kłębi się we wstrętnych odbiciach w szybie. W nich moja twarz, pomarszczona i przestraszona, w nich twarz menela – ogorzała, za nią – włosy, głowy i karki innych na tle gałęzi. Jest beznadziejnie. Jest dziwnie słodko. Ciało menela trzyma mnie w miejscu, przy szybie. Sytuacja bez wyjścia. Zatkana blaszana muszla. Ja niczym małż przyklejony do szyby – galaretę ciała dźga nóż!

W końcu jesteśmy sami, nie licząc niewidomego chłopca z wilczurem na tylnym siedzeniu. Chłopiec nie widzi, nie słyszy, jedzie znikąd donikąd, w kółko, jak my. Pies wywalonym językiem smakuje powietrze – może coś zwęszył?… Menel wesoły, ja przerażony. Ostrze noża, schowane zapewne pod kurtką, czuję wyraźnie na swoim biodrze. Między ostrość zarostu a strużkę śliny na moim karku znowu wdziera się głos:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

Ten menel jest moją karmą – nie wyjdę stąd żywy, to pewne.

Autobus dojeżdża do pętli, lecz nie przystaje. Od razu zawraca i jedzie tą samą trasą. Na pętli zdumieni ludzie podnieśli się i opadli na ławki, ktoś uskoczył w bok, w tył, ktoś biegł przez chwilę za autobusem, lecz zaraz przystanął. Emeryt? Rencista? Działkowicz?… Wypchnięty z gąszczu świerków i sosen autobus gna teraz niczym obce ciało przez zapchane jelita ulic. Jedziemy z menelem od nowa. On stoi, ja stygnę, on dyszy, ja kamienieję, nie ruszam się z miejsca. Kolejne przystanki są nieznośnie do siebie podobne. Ludzie wsiadają, kasują bilety i nie zwracają uwagi na nasze ciała ściśnięte jak te sardynki, sklejone jak dwie sezamki, nieodłączne niczym marchewka i groszek. Słońce powoli zachodzi nad miastem – w marchewkowych liściach marchewkowe światło na marchewkowo zabarwia wszystko. Jeszcze trochę, i dzień nie zostawi po sobie śladu.

Bandycki układ krzepnie. Cóż, oswajam się z nożem i naszym ściśnięciem, powoli, ale jednak oswajam – jak zwierzę w za ciasnej klatce. O dziwo! – bać się przestaję.

Przystanek. Kobieta z włosami blond wsiada, kasuje bilet i staje obok. Tyłem, tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki, na pchnięcie noża, o źdźbło szeptu ode mnie. Tak blisko! Wielce Szanowna Prezydentko, sam pojąć nie mogę, jak to się dzieje! Jak powiedziałem – nie jestem bandytą ani mordercą, jednak nagle przysuwam się jeszcze bliżej do kobiety i syczę diabelnie, nie wiedząc, czy to mój głos:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

Jestem zdumiony łatwością, z jaką mówię te słowa. Chciałbym je zdusić, przytłumić, lecz nie jestem w stanie, bo menel, autobus, mój kark i nóż! A ta kobieta? Co z nią? Jak sobie radzi z moim syknięciem?… Ach, jak cudownie! – kobieta drętwieje, kurczowo trzyma się plastikowej rączki, aż rzemień trzeszczy. Nachylam się głębiej i głębiej, z coraz większą rozkoszą syczę:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

I tak jedziemy o zmierzchu – marchewka już dawno zgniła – z nożami, które sterczą spod kurtek i płaszczy. Wącham włosy blondynki. Włosy pachnące szamponem kiwi – rankiem umyte i rozczesane sprawnym ruchem grzebienia. Przyciskam nóż do jej pleców i od czasu do czasu kontrolnie, prawie niedbale, szepczę:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

Ma ze czterdzieści lat. Posłuszna kobieta, grzeczna kobieta, teraz – czterdziestoletnia dziewczynka, boi się idealnie, w sam raz. Nie protestuje, nie krzyczy. Taka kobieta rozczula. Pewnie boi się krwi. Lubię czterdziestoletnie w autobusie wieczornym. Teraz mam nóż i mogę sprawić, że zacznie krwawić, choć przecież… menel też gruszek nie zasypia w popiele. Moje biodro pokłute, jego twarz w szybie wesoła niezmiennie. Oj, nie znasz takich meneli, Wielce Szanowna! Nie odpuszczają tak łatwo. Mogą latami od śmietnika do śmietnika, od parku do parku łazić, aż w końcu głupi, morderczy kawał rodzi się we łbie. Każdy się przecież może zapomnieć raz w życiu.

Choć ludzi wielu, tak naprawdę jedziemy tylko we trójkę. Teraz i ja jestem przeznaczeniem blondynki. Jej los, jej przyszłość jest w moich rękach.

Autobus dociera do centrum. Wydala z siebie zgniecione, stłamszone ciała i wchłania nowe, nienaruszone jeszcze. Menel przyciska nóż mocniej i chucha namiętniej pomiędzy jednym: – Posuń się! a drugim. Po: – Bo cię posunę! – liże mnie w kark.

Jak kot, kotka, zupełnie! Czy ma różowy języczek? Nieważne teraz, czyjest różowy! Wystarczy, że chropowaty – od fajek i dyngsu zapewne. Ja ustami muskam włosy kobiety, ostrze zbliżam do jej biodra, szepczę cichutko:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

I oczywiście również liżę ją w kark, wargami wędruję przez rozkosznie pachnące włosy. Miłośnie obracam rękojeść noża i przesuwam ostrzem po ciele blondynki. Jej kibić zaczyna drżeć, choć nie jest to tylko strach! Choć nie jest to tylko lęk! To coś więcej, o wiele więcej. Delikatnie odchylam głowę, tak by menela nie sprowokować, i widzę: kobieta wkłada rękę do kieszeni, niepostrzeżenie porusza ustami – coś mówi, coś szepcze, coś syczy. A jakiś urzędniczyna z teczką zniszczoną, ze świńskiej skóry, ten, co plecami do niej stoi, instynktownie odwraca głowę. Zaraz jednak prostuje się posłusznie jak pies. Już wie, w czym rzecz. Wpadł beznadziejnie jak śliwka w kompot.

Teraz blondynka jest jego karmą – urzędniczyna musi działać czym prędzej. Zaciska na poręczy rękę, drugą otwiera teczkę – wyjmuje nóż i dyskretnie chowa pod płaszczem… On też będzie czyjąś karmą, już szuka oczami ofiary, oblicza w pamięci, kto bliżej, kto dalej, kto akuratnie na długość noża… Wielce Szanowna Prezydentko, ciebie kompletnie ma za nic.

Tego się nie da zatrzymać. Menel szepty rozsupłał, ja wypuściłem z worka, blondynka puściła w obieg. Jak brzydką zabawę, niebezpieczną zabawę, zabawę nie fair – od szeptu do szeptu przez uszy, od śliny do śliny przez karki, od noża do noża przez biodra. Miasto pełga w szybach, drzwi autobusu zamknięte – na zewnątrz wszystko nieważne. W ciszy iskrzącej słychać ponury syk:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

Lecz ja… Ech, co ze mną?… Mnie już nie kręci głuchy telefon. Innych też nie, choć jeden pięciolatek ma przednią zabawę. Snickersem terroryzuje zgłupiałą matkę! Mnie tylko ona podnieca – tajemnicza niewiadoma, nieznajoma o zapachu kiwi. Kłuję ją w biodro i snuję domysły, kim była w tamtym świecie? Co zostawiła po sobie? Kto będzie płakać? Reszta podobnie myśli o przeszłym życiu swych ofiar. Karmą są wszyscy dla wszystkich. Ani turyści z nas, ani włóczędzy. Pielgrzymujemy. Zamiast biletów – noże niczym święte różańce, zamiast zwykłego ścisku – ściśnięty, gardłowy syk, układający się we wspólną modlitwę pielgrzymów. Co powiesz, Prezydentko, na takie zbiorowe szaleństwo?

Na razie jest dobrze, bo jest jeszcze czas. Oddycham spokojnie. Trzymam odległość, wyprostowany jak kostka w dominie, by lawina nie ruszyła za wcześnie. Wszyscy trzymamy się w szachu i tak chyba będzie do końca. A gdzieś tam… Gdzie? W domu, rzecz jasna, ktoś bliski, kochany czeka na mnie z dawno wystygłym obiadem i kawę samotnie parzy. Gdzieś tam ten ktoś nożem kroi tylko chleb i zegar tyka „tyk, tyk”. Lecz co to znaczy: bliski, kochany, dom, chleb? Czyż nie uczono nas nazbyt uparcie, Wielce Szanowna, mieć w dupie noże służące jedynie do chleba? Tutaj każdy ma swój nóż w lewej ręce. Tutaj wszyscy jesteśmy mańkutami. Uliczne lampy rzucają w autobus plamami świateł. W środku jest ciemno, a kierowca, no bo jest przecież i kierowca, jego nie sposób pominąć, zakłada czarne okulary. To egzekutor, egzorcysta, egzaminator! Sprawnie kręci kierownicą, przy skrzyżowaniach klaksonem toruje nam miejsce. Czuwa, byśmy się wszyscy mogli obsłużyć nożami.

Na przystankach zatrzymujemy się coraz rzadziej. I nikt nie wysiada. Raczej wsiadają, a każdy nowy, z ulicy wessany pasażer wciska się w jeszcze wolne, dla niego przeznaczone miejsce. Po starym ustroju ma taką wprawę. W ostatniej chwili skok i przylgnięcie, żeby domknęły się drzwi, żeby usłyszeć syk:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

Żeby odnaleźć swą parę, swój nóż.

Ściśnięci jak te sardynki, jak marchewka i groszek nierozłączni, jeździmy od pętli do pętli. W kółko. Od dworca do Nagórek. Od Nagórek do dworca. Nagórki to miejsce tutejsze, w którym ludzie śpią, budzą się i wyruszają do pracy, od siódmej do piętnastej, celebrując codziennie siedzenie w kapciach lub poobiednie spacery. A dworzec to takie miejsce, z którego wyjechać na serio nie można. Można się tylko zasłuchać w gwizdy pociągów i na peronach postać. Pomiędzy jest cały świat, pomiędzy rozciąga się życie, którego wciąż braknie i braknie. Nigdy za dużo, zawsze za mało. Po raz ostatni mijamy srebrną czaszkę planetarium, mijamy wyziębłe warownie Boga, mijamy banki, sklepy i domy opieki społecznej. Mijamy też ludzi, o nich zapomnieć nie można. Twarze zupełnie nijakie. Twarze znane z widzenia. O, co za przypadek, doprawdy… Znajomi z pracy. Stoją na przejściu i śmieją się z czegoś lub kogoś. Lecz żaden z nich ręką nie macha, znaków nie daje. Nikt nic nie widzi i nie przypuszcza nawet, co dzieje się w autobusie. Miasto na zewnątrz, my – wewnątrz. Wewnątrz, na zewnątrz, wewnątrz, na zewnątrz.

Sykiem i szeptem modlimy się wspólnie. A jakże! Modlimy się w ostrym narzeczu noży. Kierowca poprawia okulary, zerka we wsteczne lusterko – obserwuje, jak na naszych twarzach rodzi się tęsknota za rzezią. Kierowca może być dawno temu osieroconym dzieckiem, może być nikim, może być kimś, więc i ojczymem kochającym, i egzorcystą z papierosem w zębach. Nigdy nie wiesz do końca, Wielce Szanowna, kto siedzi za kółkiem. Wybieraj, przebieraj! A to on kieruje nas coraz szybciej w te same miejsca, do naszych domów, które są tuż obok, ale nie chcą dać nam schronienia. A dlaczego miałyby dać, skoro pielgrzymujemy do czegoś większego? Dlaczego? Skoro teraz żałośnie ważny, potrzebny ten nóż. Jak rybom skrzela, skrzydła ptakom, a ziemi horyzont. Skoro moja kobieta jest nazbyt cierpliwa, kawa już dawno wystygła i trafi do zlewu, a grzanki rozpuściły się w zimnej zupie. Skoro z dnia na dzień biegłem do pracy, wracałem z pracy i czułem się zagłaskany w Twoich objęciach. Skoro skundliłem swoje życie i miłość tak łatwo. Skoro przez Ciebie, Wielce Szanowna, ja nie dostrzegałem jego, jej, ich, nas. Skoro moje wyrazy nigdy nie były najprostsze. Prezydentko! Mam moje łzy w moich oczach – czuję wyraźnie. Jestem wzruszony… Ja jednak żyję! Ja jednak jestem!… Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak szczerze płakałem, czując bliskość obcego człowieka. Obcego?… Jestem małym chłopczykiem – braciszkiem pośród braciszków, siostrzyczek. Rodzeństwo liczne, więc każdy znajduje kogoś do pary… Braciszek w siostrzyczki ściśnięciu-objęciu, siostrzyczka ufnie oddana ramionom braciszka! Cóż to za piękne, zniszczone światy! Gdy Ojciec już dawno gryzie ziemię, a Matkę przed laty zjadły zgryzoty, staramy się radzić sobie najlepiej, jak potrafimy. Nasze dłonie, spojrzenia, ściśnięte ciała pragną choć trochę czułości. I nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem nóż w rękach, nie po to, by chleb kroić powszedni. A to już krok do prawdziwej miłości. Dzięki niej zdejmiemy sobie bielmo z oczu… Nasz pielgrzymkowy pojazd przyspiesza.

Nie ma, broń Panie Boże, w tym złości, gdy tak jedziemy, jedziemy w kółko, gdy tak nożami, nożami bez końca: on mnie, ja ją, oni ich. Gdy karmą jesteśmy dla siebie, gdy układamy te nagle jedyne wyrazy:

– Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

Tak myślę. O wiele więcej w tym dziwnej zabawy, która jest flirtem miłosnym. Ciemna, mordercza miłość odurza i szumi w głowach…

Niech cię nie zmyli, Wielce Szanowna, mój grymas i ton. Bo jeśli o mnie chodzi, to ja dopiero zaczynam. To cud jakiś niezwykły, bo jadąc między sypialnią a niepotrzebnym dworcem, odzyskuję dawno utracony wzrok i do kierowcy w czarnych okularach puszczam obłudnie oko. Koniec pielgrzymowania bliski.

Tak… między menelem a szybą, między kobietą a szybą, wyprostowany, z nożem w ręku – szykuję się do ostatecznego gestu. Być może tylko po to żyłem przeszło trzydzieści lat. To jest jak iskra. Ojczym przyspiesza, ja mocniej przyciskam rękojeść noża. Jeszcze chwila, sekunda – podnoszę rękę i z całych sił wbijam nóż w plecy kobiety. Jej głowa opada w tył, blond włosy czuję na twarzy i w tym samym momencie menel mnie dźga – bez większego wysiłku pruje ciało, jakbym był spróchniałym drewnem. Domino rusza, autobus napełnia się krwią. Kłębowisko ciał przypomina opętane głodem piranie, samopożerające się, wściekłe, zajadłe. Co rusz ktoś wypływa na wierzch tej toni i oddaje ostatni dech. Z rozoranymi plecami wypływam i ja. Oddycham płytko, łapczywie. Nie wiem, jak długo to będzie trwać. Między głowami, nogami i korpusami dryfuje snickers. Przymykam oczy. To chyba już koniec. Ciemność gęstnieje, nieprzenikniona jak smoła, jednak powieki mam wciąż otwarte i wciąż patrzę, pojmuję wyraźnie: w szczerym polu wicher dmucha, w szczerym polu jest! Kostucha! Niczym pastuch pasie ludzi. Tłuste gęby przeżuwają trawę. Stare, grube, pomarszczone, jakby z dwieście, z trzysta lat już miały. A w oddali przepaść zionie – śmierć zabiega ludziom drogę. Raz od tyłu, raz od przodu, witką chłoszcze dla porządku, by nikt nie ubzdurał sobie nad sam skraj przepaści podejść. Jedna ze staruszek jest dziwnie znajoma… Tak, to moja ukochana! O mój Boże, o Jezusie! – też tam jestem. Ależ dziad, dziadyga ze mnie – niedołężny i sflaczały. W samym środku stada siedzę. Z trudem żując twarde zielsko, tulę się do babuleńki. Jest mi dobrze i bezpiecznie. W drżących dłoniach pusty talerz.

Spis treści

W serii ukazały się

Myśl

Posuń się, posuń! Bo cię posunę!

Panna młoda

Złota akszyn

Urzędnik

Ból brzucha od ucha do ucha

Mumin

O, kurna! W głowie wujnia!

Pies

Żydówek nie obsługujemy

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żydówek nie obsługujemy Plankton Walizki hipochondryka Rebelia