Zimna stal

Zimna stal

Autorzy: Jens Lapidus

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 575

cena od: 35.90 zł

W stolicy Szwecji rozgrywa się sensacyjna historia, w której splatają się wątki przestępcze, polityczne i społeczne. Mahmud - młody Irakijczyk, były więzień, próbujący ułożyć sobie życie, Thomas - policjant, który walczy z blokowaniem jego śledztwa w sprawie pewnego morderstwa, oraz Niklas - zagubiony i samotny weteran wojenny, który szuka zemsty... Gdy ci trzej znajdą się w tym samym miejscu i czasie, rozpocznie się walka na śmierć i życie.

Kto z niej wyjdzie cało? Jakie są motywacje bohaterów i rozwiązanie zagadki tajemniczego zabójstwa?

Zimna stal, druga część Czarnej Trylogii Sztokholmskiej, łączy mroczną, intrygującą fabułę ze znakomicie odmalowaną atmosferą niebezpiecznego miasta i realizmem językowym. Proza ta zarazem daje pojęcie o stanie szwedzkiego społeczeństwa dobrobytu, o frustracjach imigrantów, przemocy wobec kobiet i napięciach politycznych, o biurokracji i zorganizowanej przestępczości.

Jeden z najbardziej znanych pisarzy skandynawskich młodego pokolenia kontynuuje swój cykl w poetyce noir. Zimna stal została znakomicie przyjęta w Szwecji, krytycy podkreślali, jak "szorstki i cyniczny" jest styl Lapidusa, a kompozycja powieści - znakomita, przejrzysta i dynamiczna. Jeden z recenzentów doradzał nawet autorowi, że powinien rzucić pracę prawnika i poświęcić się wyłącznie pisaniu...

 

Z recenzji Zimnej stali:

Gdy powieść osiąga punkt kulminacyjny, niepokój, który odczuwa czytelnik, powoduje, że aż ściska w żołądku.

"Västerbottens Folkblad"

 

"Zimna sta"l jest zdecydowanie lepsza niż zeszłoroczny bestseller - trylogia "Millennium" Stiega Larssona.

"Värmlands Folkblad"

Podobał ci się "Szybki cash"? Jeśli tak, pokochasz "Zimną stal".

"QX"

 

Z krajowych recenzji Szybkiego cashu:

Szwedzkiemu specjaliście od kryminałów Henningowi Mankellowi rośnie w ojczyźnie poważny konkurent.

Grzegorz Kozera, www.salonkulturalny.pl

W "Szybkim cashu" jest to wszystko, co w dobrym kryminalne być powinno: wartka akcja, wyraziste postaci, spojrzenie na społeczeństwo z ciekawej perspektywy.

Robert Ostaszewski, www.portalkryminalny.pl

Tytuł oryginału: Aldrig fucka upp

Copyright © Jens Lapidus 2008

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2009

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Kalinowski, 2009

Wydanie I

Warszawa 2009

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

Dedykacja

Motto

CZĘŚĆ 1 1

2

3

4

5

6

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Jacka

„I’m a copper”, he said. „Just a plain ordinary copper. Reasonably honest. As honest as you could expect a man to be in a world where it’s out of style”.

Raymond Chandler

CZĘŚĆ 1

1

Smak metalu w ustach był czymś obcym. Tak jakby po umyciu zębów jeszcze napić się soku. Kompletna dezorientacja. Choć teraz – właściwie – pasował. Zmieszany z lękiem. Paniką. Śmiertelnym strachem.

Zagajnik. Mahmud na kolanach w trawie, z rękami na głowie, jak jakiś żółtek z Wietkongu na filmie wojennym. Ziemia wilgotna, dżinsy przemoczone. Godzina może dziewiąta. Niebo wciąż jeszcze jasne.

Dokoła niego stało pięciu shunnar. Każdy typu killer. Kolesie, którym nie drgnie ręka. Którzy oddali swoje dusze w służbę gangu. Którzy takich cwaniaków jak Mahmud wrzucali sobie na ząb na śniadanie. Jako przekąskę.

Chara.

Powietrze chłodne w środku lata. Pomimo to czuł zapach potu na swojej skórze. Jak, kurwa, do tego doszło? Przecież miał żyć jak król. Po wyjściu z pierdla – wreszcie wolny jak ptak. Gotowy wziąć Szwecję za jaja, ścisnąć i przekręcić. A tu masz. To wyglądało na game over. Koniec żartów. Prze-fucking-srane. Wszystko.

Rewolwer zazgrzytał o zęby. Rezonans w głowie. Seria rozbłysków przed oczami. Obrazy z własnego życia. Wspomnienia zrzędliwych bab z socjalu, niby to współczujących kuratorów i kryptorasistowskich wychowawców. Per-Olov, jego belfer z podstawówki: „Tak w Szwecji nie robimy, Mahmud, czy to jasne?” I odpowiedź Mahmuda – w innej sytuacji uśmiechnąłby się na to wspomnienie: „Wal się, bucu, my w Alby1 właśnie tak robimy”. Więcej migawek: gliny z betonowej dżungli, bez pojęcia, co to svenssońskie, pojebane państwowe wychowanie robiło z chłopakami takimi jak on. Pełne łez oczy taty na pogrzebie mamy. Nawijki z kumplami na pakerni. Pierwsze bzykanie. Balony z wodą rzucane z balkonu do celu na psiarzy na dole. Wyprawy na jumę, do śródmieścia. Stołówka w kryminale. On: autentyczny „milioner”2, zwykły blokers z przedmieścia, pnie się do góry w charakterze gangstera deluxe. Teraz: leci na łeb, na szyję. Szlus.

Spróbował, mimo gana w ustach, wyszeptać wyznanie wiary.

– Asz-Hadu an la-ilaha illa-Allah.

Facet, który wciskał mu spluwę między zęby, popatrzył na niego z góry.

– Mówiłeś coś?

Mahmud nie odważył się poruszyć głową. Spojrzał zezem ku niemu. Przecież nie mógł się odezwać. Gość nie jarzy? Spotkali się wzrokiem. Facet wyraźnie dalej nie kapował. Mahmud znał go ze słyszenia. Daniel: już piął się wyżej, ale jeszcze nie zaliczano go do dużych shunnar. Na szyi łańcuch z oczojebnym krzyżem z osiemnastokaratowego złota – prawdziwy syrian-style. Może akurat tu jest bossem. Ale gdyby jego mózg był z koksu, to kwota uzyskana ze sprzedaży ledwie starczyłaby na wafel w czekoladzie.

Nareszcie: Daniel skumał czaczę. Wyjął rewolwer. Powtórzył:

– Chciałeś coś czy jak?

– Nie. Tylko mnie puśćcie. Skołuję te pieniądze, wszystko spłacę. Słowo. Bądźcie ludźmi.

– Stul pysk. Myślisz, że mnie wykolegujesz? Masz czekać, aż Gürhan zechce pogadać.

Spluwa z powrotem w usta. Mahmud ani pisnął. Nie miał odwagi nawet myśleć o wyznaniu wiary. A chociaż nie był religijny, wiedział, że powinien.

Myśl łomocząca: to już koniec?

Las dookoła zdawał się wirować.

Próbował opanować szloch.

Fuck.

Fuck, fuck, fuck.

Piętnaście minut później. Daniel zaczął się nudzić. Wiercił się, rozkojarzony. Gan zgrzytał gorzej niż stary typ wagonów metra. Wrażenie, jakbyś w ustach miał bejsbola.

– Ty chyba myślisz, że na wszystko możesz sobie pozwalać?

Mahmud nie mógł mu odpowiedzieć.

– Naprawdę ci się wydawało, że możesz nas doić?

Mahmud próbował powiedzieć, że nie. Głos ugrzązł gdzieś głęboko w gardle. Nie wiadomo, czy Daniel zrozumiał.

Facet dodał:

– Nas nikt nie doi. Koniec, kropka.

Ci, którzy stali nieco dalej, usłyszeli gadkę. Podeszli bliżej. Czterech gości. Gürhan, słynny, śmiertelnie niebezpieczny król dilerów. Tatuaże wypełzły mu aż na kark: ACAB i liść marihuany. Na jednym przedramieniu: asyryjski orzeł z rozpostartymi skrzydłami. Na drugiej ręce, czarnym gotyckim pismem: Born to be hated. Wiceprezydent gangu o tej samej nazwie. Najszybciej rosnącej bandy na południu Sztokholmu. Jeden z najgroźniejszych ludzi, o których Mahmud słyszał. Owiany legendą, brutalny, szalony. W świecie Mahmuda: im bardziej szalony, tym więcej władzy.

Trzech pozostałych gości Mahmud nigdy wcześniej nie widział, ale mieli ten sam tatuaż co Gürhan. Born to be hated.

Gürhan gestem rozkazał Danielowi: wyjmij gana. Wiceprezydent wziął go sam do ręki, wymierzył w Mahmuda. Z pół metra.

– Posłuchaj. To jest całkiem prosta sprawa. Załatwisz nam ten cash i już żadnego chuju-muju. Jakbyś nie fikał, toby się obyło bez tych metod. Kapisz?

Mahmudowi zaschło w ustach. Spróbował odpowiedzieć. Wzrok wbity w Gürhana.

– Ja zapłacę. Sorry, że wam zrobiłem kłopot. To wszystko moja wina.

Słyszał drżenie własnego głosu.

Odpowiedź Gürhana: ciężki cios w ciemię wierzchem dłoni. Rozległ się w głowie jak huk rewolweru. Ale to nie był strzał – to było tysiąc razy lepsze. Jednak: jak Gürhanowi coś odjebie, to już po ptokach, bez gadania.

Mięśnie karku rozpięły na skórze Gürhana ząbkowany liść marihuany. Spotkali się spojrzeniami. Zaklinczowali się. Zwarli. Gürhan: olbrzymi – większy od Mahmuda. A Mahmud przecież nie ułomek. Gürhan: słynny z agresywnego stylu bandzior, namiętny prorok przemocy, gangster atleta. Gürhan: na łukach brwiowych więcej blizn niż – dajmy na to – Mike Tyson. Mahmud pomyślał: jeżeli w oczach widać duszę, to Gürhan jej nie ma.

Popełnił błąd, że się odezwał. Powinien był umknąć mu wzrokiem. Ugiąć się przed wiceprezydentem.

Gürhan wrzasnął:

– Ty pizdo. Najpierw nam nawalasz i dajesz się zapuszkować. Potem gliniarze zgarniają całą partię. Myśmy sprawdzili wyrok, nie kapujesz? Wiemy, że przy tej konfiskacie brakowało przynajmniej dziesięć tysięcy ampułek. To znaczy, że nam zajebałeś. A teraz, pół roku później, zaczynasz fikać, jak chcemy tej kasy, co nam wisisz. Chcesz pokozaczyć, bo się trochę przesiedziałeś? Ty, kurwa, nam zwinąłeś trzy tysiące paczek Winstrolu. A nas się nie okrada. Nie dotarło to do ciebie?

Mahmud w panice. Nie wie, co ma odpowiedzieć.

Cichym głosem:

– Przepraszam was. Naprawdę, proszę was. Wybaczcie. Ja zapłacę.

Gürhan przedrzeźniał go, zmieniając głos.

– Przepraszam was. Wybaczcie. Nie bądź taki gaylish. Myślisz, że to ci pomoże? Po kiego chuja żeś się stawiał?

Gürhan wziął rewolwer w obie ręce. Złamał lufę. Naboje, jeden po drugim, spadały w jego lewą dłoń. Mahmud poczuł falę odprężenia. Mogli mu spuścić łomot. Ostry wpierdol. Ale bez giwery – więc chyba nie chcą go wykończyć.

Jeden z tych pozostałych zwrócił się do Gürhana. Rzucił coś krótko po turecku. Mahmud nie zrozumiał: czy gość w ten sposób coś doradził, czy to był wyraz aprobaty?

Gürhan kiwnął głową. Ponownie zwrócił gana w stronę Mahmuda.

– Okej, sprawa wygląda tak. W bębnie została jedna kula. Pójdę ci na rękę. Normalnie bym cię kropnął z mety. Chyba jasne. Że nie możemy tolerować takich klientów jak ty. Co zaczynają wierzgać, jak tylko coś się spierdoli. Wisisz nam sporo kasy. Ale ja dzisiaj jestem w dobrym humorze. Zakręcę raz i jak masz szczęście, znaczy – los tak chciał. Puścimy cię.

Gürhan uniósł rewolwer na tle jasnego jeszcze nieba. Widać było wyraźnie: pięć pustych komór i jedna z nabojem. Zakręcił bębnem. Odgłos przypominał terkot kręcącej się ruletki. Gürhan uśmiechnął się szeroko. Przyłożył lufę do skroni Mahmuda. Stuknięcie odwodzonego kurka. Mahmud zamknął oczy. Znów zaczął szeptać wyznanie wiary. Potem panika zwyciężyła. Wróciły błyskawice przed oczami.

Serce waliło tak, że prawie od tego ogłuchł.

– No, to zobaczmy, czy jesteś shunne w czepku urodzony.

Stuk metalu.

Nic się nie stało.

NIC SIĘ NIE STAŁO.

Znów otworzył oczy. Gürhan szczerzył zęby. Daniel rżał jak koń. Ci inni też się śmiali. Mahmud podążył za ich wzrokiem. Spojrzał w dół.

Jego kolana były mokre od wilgotnej ziemi. I jeszcze coś: wzdłuż lewej nogawki dżinsów. Podłużna plama.

Salwy śmiechu. Szydercze rechoty. Złośliwy ubaw.

Gürhan zwrócił gana Danielowi.

– Następnym razem chyba raczej cię wyrucham. Dziewczyneczko.

Chaos uczuć. Nadzieja kontra zmęczenie. Radość versus nienawiść. Ulga – zarazem wstyd. Najgorsze już minęło. Będzie żył.

Z tym.

Kurtyna.

***

Przemoc wobec kobiet

Według statystyki Krajowej Rady ds. Zapobiegania Przestępczości liczba zgłaszanych przypadków pobicia kobiet wzrosła w minionej dekadzie o blisko 30 procent i osiągnęła poziom około 24 100 zgłoszeń. Wzrost ten jest spowodowany prawdopodobnie zarówno tym, że obecnie częściej niż dotychczas zgłasza się przypadki pobicia, jak i faktycznym wzrostem częstotliwości tych przestępstw. Jednocześnie mamy do czynienia z dużą liczbą przypadków nieujawnianych. KRZP w swoich wcześniejszych raportach szacowała, że tylko co piąty przypadek zostaje zgłoszony policji.

W blisko 72 procentach zgłoszonych przypadków sprawca jest znany kobiecie. Najczęściej jest to jej aktualny albo były partner.

21 procent ogółu tych spraw znajduje tzw. rozwiązanie osobowe. Oznacza to, że prokurator po zamknięciu śledztwa ma podejrzanego oraz że podjął decyzję o wniesieniu oskarżenia, umorzeniu postępowania (jeśli, na przykład, podejrzany jest nieletni lub gdy czyn ma znikomą szkodliwość) lub o porozumieniu w trybie pozasądowym (grzywna lub/i wyrok w zawieszeniu).

Przemoc wobec kobiet i dzieci to problem społeczny, któremu w ostatnich latach poświęca się stosunkowo wiele uwagi. Wpłynęły na to zarówno nowe regulacje prawne (dotyczące między innymi zakazu odwiedzin czy ciężkiego naruszenia nietykalności cielesnej kobiety), jak i inne działania, na przykład powołanie do życia Krajowego Centrum Praw Kobiet oraz specjalne programy kształceniowe. Duże znaczenie miało także zaangażowanie organizacji społecznych, między innymi przez stworzenie w blisko połowie gmin w kraju schronisk dla kobiet i dziewcząt będących ofiarami przemocy. Te ważne działania nie rozwiązują jednak samego problemu – corocznie tysiące kobiet doznają przemocy i upokorzeń.

Krajowa Rada ds. Zapobiegania Przestępczości

2

Niklas wrócił do domu.

Mieszkał u swojej mamy, Cathariny. Próbował czasem spać, kiedy się dało, między koszmarami – w tym świecie: ścigany, zaszczuty, chłostany. Ale równie często on sam trzymał broń albo kopał bezbronnych ludzi. Tak samo jak tam, na południu. W rzeczywistości.

Sofa była za krótka do spania, więc jej skórzane poduszki rozłożył na podłodze. Stopy mu wystawały i marzły, ale to nic – lepsze to niż by miał spać, złożony jak scyzoryk leatherman, na trzyosobowej nierozkładanej kanapie – mimo że to dla niego nie pierwszyzna.

W szczelinie drzwi widział światło. Mama czytała pewnie swoje pisma dla kobiet – tak jak zawsze. Biografie, pamiętniki i ploteczki. Nienasycona ciekawość cudzych klęsk. Żyła doniesieniami o drugorzędnych celebrytach – ich zakichanych rozwodach, alkoholizmie i romansach. Ich żałosne życiowe przygody sprawiały może, że czuła się lepiej. Ale to było tylko kłamstwo. Tak jak jej własne życie.

Rano nie wstawał zbyt wcześnie. Słyszał, jak ona szykuje się do wyjścia do pracy. Rozmyślał, jak będzie wyglądać jego życie w Szwecji, życie cywila. Czym właściwie miał się zająć? Wiedział, jakie zawody byłyby odpowiednie: strażnik, ochroniarz, żołnierz. O tym ostatnim mógł jednak zapomnieć. Szwedzkie siły zbrojne nie zatrudniłyby kogoś z jego przeszłością. A z drugiej strony: właśnie na tym się znał.

Przesiadywał w domu. Oglądał telewizję i robił sobie omlet z ziemniakami i falukorv3. Prawdziwe jedzenie – żadne suszonki, konserwy czy ravioli z puszki. Żarcie tam, na południu, w piaskownicy, prawie zabiło w nim wspomnienie prawdziwej falukorv, ale teraz jej smak powoli mu wracał. Kilka razy wyszedł z mieszkania. Żeby pobiegać, zrobić zakupy, załatwić parę spraw. W środku dnia mało ludzi na mieście – biegał niesłychanie ostro. To uwalniało go od myśli.

Mieszkanie tutaj to była prowizorka. Matce nie pasowało, że koczował u niej. Jego też nie urządzało takie rozwiązanie. To było jasne dla obojga, co jeszcze pogarszało sprawę. Musiał jakoś rozładować atmosferę. Znaleźć sobie mieszkanie. Make a move. Wtedy wszystko się ułoży.

Był przecież znowu w domu – w łatwej, bezpiecznej, starej dobrej Szwecji. Gdzie wszystko się da, jak tylko człowiek chce, ma trochę jaj, pieniędzy albo znajomości wśród socjaldemokratów. Tych znajomości Niklas nie miał. Miał za to niezłomną wolę – twardszą niż opancerzenie czołgu M1A2 Abrams. Mama mówiła, że jest hardy. Może i coś w tym było, w każdym razie tam, na południu, okazał się dostatecznie cocky, żeby poradzić sobie wśród facetów, którzy mogli zadręczyć człowieka szykanami z błahszych powodów niż zabawne przejęzyczenie po angielsku.

A pieniądze? Nie miał ich aż tyle, żeby mu starczyło do końca życia – ale dostatecznie dużo na teraz.

Stał w kuchni i rozmyślał. Dobry omlet powinien być smażony pod przykryciem. Jajka powinny szybciej ścinać się od góry, inaczej na wierzchu zostanie śluzowata galareta z białka, podczas gdy spód będzie przypalony. Wrzucił jeszcze na patelnię pokrojone w kostkę ziemniaki, cebulę i kawałki kiełbasy. Na sam wierzch ser. Zaczekał, aż się stopi. Pachniało fantastycznie. O niebo lepiej od tego chow, które dostawał tam, na południu, nawet w Święto Dziękczynienia.

Jego myśli pobiegły smętnymi torami. Wrócił do domu – było niby dobrze. Ale wrócił właściwie do czego? Matka zdawała się obecna nieobecna. Nie wiedział, kogo jeszcze w Szwecji zna. I jak naprawdę sam się czuje? Tak szczerze, z ręką na sercu. Dezorientacja, poczucie déjà vu, przerażenie. Nic się nie zmieniło. Oprócz niego. I to go śmiertelnie przerażało.

Przez pierwsze lata po wyjeździe zjawiał się w domu parę razy w roku, często dostawał przepustkę na Boże Narodzenie albo na Wielkanoc. Ale teraz minęły ponad trzy lata. Irak był zbyt intensywny. Stamtąd nie dało się skoczyć do domu ot, tak sobie. Przez ten czas prawie wcale nie rozmawiał z matką. Nie odzywał się też do nikogo innego. Był tym, kim był. I nikt o tym nie wiedział. Choć z drugiej strony – czy ktokolwiek kiedykolwiek wiedział?

Dzień mijał powoli. Kiedy przyszła do domu, siedział przed telewizorem. Wciąż syty po swoim omlecie. Oglądał dokument o dwóch facetach, którzy mieli przebyć Antarktydę na nartach – największa bzdura, jaką widział. Dwaj frajerzy usiłowali tam niby przeżyć, dla picu – była z nimi przecież ekipa filmowa, nie dało się ukryć. Jak oni sobie tam radzili, skoro było tak zimno i strasznie? Palanty, którzy tak naprawdę nic nie wiedzieli o sztuce przetrwania. O życiu pewnie jeszcze mniej.

Mama bardzo postarzała się z wyglądu, odkąd ostatnio był w domu. Zdeptana. Utyrana. Poszarzała jakby. Zastanawiał się, jak często piła. Jak często nocami zadręczała się o niego po obejrzeniu wiadomości. Jak często spotykała Jego, przez wielkie J – mężczyznę, który zniszczył im życie. Kiedy ostatnio był w domu, zapewniała, że się z nim nie widuje. Niklas wierzył w to mniej więcej tak samo, jak Muktada as-Sadr, że USA pragnie dobra dla jego narodu. Ale teraz Niklas położy kres temu wszystkiemu.

W pewien sposób była silna. Samotnie wychowała niełatwego syna. Nie chciała żadnej pomocy od państwa. Nie chciała poddać się, przechodząc na wcześniejszą emeryturę, jak wszystkie jej przyjaciółki. Całe życie tyrała. A z drugiej strony, pozwoliła Jemu, by stał się częścią jej życia. Przejął nad nią kontrolę. Poniżał ją. Gnoił. Jak mogli się aż tak różnić?

Postawiła torbę z zakupami na podłodze.

– No cześć. Jak dziś spędziłeś dzień?

Widział po niej, jak bardzo ją boli. Zrozumiał to już pierwszego dnia w Szwecji – kręgosłup miała do niczego. Mimo to ciągle pracowała, wprawdzie tylko na pół etatu, ale jednak – co z tego właściwie miała? Jej twarz tak naprawdę nigdy nie promieniała radością. Zmarszczki między oczami zmieniły się w głębokie bruzdy, ale przecież zawsze tam były. Wyrażały bezustanną troskę. Opuszczała jakby brwi, ściągała je i wtedy najwyraźniejsze zmarszczki pogłębiały się prawie o centymetr.

Przyglądał się dalej. Różowy rozpinany sweter – jej ulubiony kolor. Na nogach obcisłe dżinsy. Na szyi łańcuszek ze złotym serduszkiem. Włosy blond, z pasemkami. Ciekawe, czy wciąż je robi w salonie Sonji Östergren. Some things just never change, jak mawiał Collin.

Właściwie była najłagodniejszym człowiekiem pod słońcem. Zbyt łagodna. To niesprawiedliwe.

Catharina. Jego matka.

Którą kochał.

Którą zarazem gardził.

Właśnie dlatego – z powodu tej łagodności.

Była zbyt słaba.

To niesprawiedliwe.

Ale nigdy nie byliby w stanie powiedzieć sobie wszystkiego.

Niklas zaniósł torbę z zakupami do kuchni. Poszedł z powrotem do pokoju.

– Ja, mamo, się niedługo wyprowadzę. Kupię sobie umowę najmu.

Zmarszczki znów się tam pojawiły. Jak rozpadliny na pustynnej drodze.

– Niklas, to nie jest nielegalne?

– Wcale nie. Nielegalne jest sprzedawanie umowy, a nie kupowanie. Wszystko będzie dobrze. Mam pieniądze i nikt mnie nie wykiwa. Gwarantuję.

Catharina wymamrotała coś w odpowiedzi. Poszła do kuchni. Zaczęła robić obiad.

Bezsenność powoli go wykańczała. Nawet w najgorsze noce tam, na południu, kiedy granaty robiły więcej huku niż noworoczne fajerwerki odpalone w zwykłym mieszkaniu, nie sypiał tak źle. Stopery do uszu zazwyczaj przynosiły ulgę. Odtwarzacz CD był ratunkiem. Teraz nic nie pomagało.

Obserwował szczelinę pod drzwiami matki. Zgasiła o wpół do pierwszej. Nie wiedzieć czemu, był już pewien, że tej nocy nie zaśnie. Wciąż się przewracał z boku na bok. Za każdym razem prześcieradło coraz bardziej zsuwało się z poduszek sofy. Skręcało się. Uniemożliwiało zaśnięcie.

Rozmyślał o zakupach, jakie zrobił parę dni temu. Bez broni czuł się zagrożony. Teraz był spokojniejszy. Sprawił sobie, co mu potrzebne. Myśli płynęły dalej. Rozważał różne możliwości zatrudnienia. Ile ze swego cv miał ujawniać? Prawie roześmiał się w ciemności do siebie: może tu, w Szwecji, nie cenili zbyt wysoko rzetelnej wiedzy o ponad czterdziestu typach broni.

Myślał o Nim. Musi się wynieść z tego mieszkania, z tego bloku. Tu były złe wibracje. Męczące wspomnienia. Niebezpieczna bliskość.

Niklas zamierzał teraz żyć zgodnie z własną filozofią. W ciągu ostatnich lat starannie wybudował swoją świątynię myśli. Reguły etyczne mają znaczenie tylko dla ciebie. Jeżeli możesz się ich pozbyć, jesteś wolny. Tam, na południu, w piaskownicy, wszystko to obumierało. Moralność usychała, jak strup na otartym kolanie, który sam znika po paru tygodniach. Niklas był wolny – mógł pokierować swoim życiem tak, jak sam uzna za stosowne.

Myślał o chłopakach z oddziału. O Collinie, Aleksie i innych. Oni wiedzieli, o czym mówił. Na wojnie człowiek staje się świadomy sam siebie. Jesteś tylko ty. Reguły są dla innych.

Nazajutrz skontaktował się z pokątnym agentem nieruchomości. Głos faceta brzmiał przez drut podejrzanie. Na pewno jakiś obrzydliwy typ. Niklas dostał jego numer od dawnego kumpla ze szkoły, Benjamina.

Najpierw musiał się nagrać na automatyczną sekretarkę. Cztery godziny później tamten oddzwonił z zastrzeżonego numeru.

– Kłaniam się, jestem pośrednikiem. Odsłuchałem pańską wiadomość, pan chciałby coś obejrzeć. Zgadza się?

Niklas pomyślał: niektórzy dobrze sobie żyją z ludzi w nagłej potrzebie. Ten gość to niezły cwaniak. Unikał konsekwentnie takich słów jak mieszkanie, umowa najmu i „na czarno” – wszystkiego, co by mogło zostać wykorzystane przeciw niemu.

Agent pouczył go: to ja dzwonię do pana, pan do mnie nigdy.

Mieli się spotkać już następnego dnia.

Wszedł do McDonalda. Zmęczony straszliwie, ale gotowy spotkać się z facetem. Lokal wyglądał tak, jak go pamiętał. Niewygodne metalowe krzesła, boazeria w kolorze drewna wiśniowego, na podłodze linoleum. Klasyczny zapach McDonalda: mieszanka syfu i mięsa na hamburgery. Skarbonki Ronalda McDonalda przy kasach, reklamy Happy Meal na podkładkach na tace, za kasami młode szczawiki i śniade dziewczyny.

Różnica od czasu, kiedy był tam ostatnio: zdrowotny faszyzm. Minimarchewki zamiast frytek, ciemne pieczywo do burgerów zamiast tradycyjnego białego, sałatka cezar zamiast podwójnego cheeseburgera. Co ludzie mają za problemy? Jeśli ruszają się za mało, żeby móc spalać zwykłe żarcie, powinni raczej dwa razy pomyśleć, zanim w ogóle tu wejdą. Niklas zamówił wodę mineralną.

Jakiś mężczyzna podszedł do jego stolika. Ubrany w długi płaszcz, który połami prawie zamiatał podłogę, pod spodem szary garnitur i biała koszula. Bez krawata. Przylizana do tyłu czupryna i puste spojrzenie. Uśmiech taki szeroki, że mógł rozpłatać mu czaszkę.

To musiał być ten agent.

Mężczyzna chciał mu podać rękę.

– Witam, tu firma maklerska.

Niklas skinął głową. Sygnał: może i jesteś gościem, którego potrzebuję, ale to nie znaczy, że mam ci zaraz lizać dupę.

Facet wyglądał na zaskoczonego. Zawahał się przez sekundę. Potem usiadł.

Niklas przeszedł od razu do rzeczy:

– Co pan ma dla mnie i jak to funkcjonuje?

Agent pochylił się ku niemu.

– Widzę, że pan konkretny. Nie chce pan czegoś zjeść?

– Nie, nie teraz. Niech pan mi lepiej powie, co pan ma i jak to funkcjonuje.

– Jak pan chce. Mam obiekty, gdzie tylko pan sobie życzy. Mogę załatwić coś na południu, na północy miasta, na Östermalmie, na Kungsholmie. Jak trzeba, kurcze, to załatwię i na królewskim Drottningholmie. Jeśli pan sobie zawinszuje. Ale pan na takiego nie wygląda. – Agent roześmiał się z własnego żartu.

Niklas nic nie powiedział.

– Tylko proszę pamiętać, gdyby pan kiedyś komuś opowiadał, żeśmy się tu spotkali i omawiali to, co będziemy omawiać – to nieprawda. W tej chwili siedzę właśnie na zebraniu z paroma kolegami. Żeby to było jasne.

Niklas nie bardzo słuchał i nie miał pojęcia, o czym facet mówi.

– A tak, zabezpieczyłem się przed kłopotami. Żeby było jasne. Jeśli wynikną jakieś nieprzyjemności, to mam świadków, że akurat teraz byłem całkiem gdzie indziej i robiłem co innego.

– Okej. Gratuluję. Ale pan mi nie odpowiedział na pytanie.

Agent uśmiechnął się ponownie. Wystartował. Mówił szybko i niewyraźnie. Niklas musiał go parę razy prosić, by powtórzył. Styl gościa nie pasował do jego sposobu mówienia.

Opowiadał szczegółowo o propozycjach we wszystkich dzielnicach śródmieścia. Współpraca z administratorami luksusowych mieszkań, domy jednorodzinne, państwowe spółdzielnie mieszkaniowe. Ekskluzywne lokale w centrum, dwupokojowe z kuchnią na Södermalmie lub kawalerki na przedmieściu. Według niego: pewne układy, warte swojej ceny.

Niklas już wiedział, czego chce. M2 na jakimś bliskim przedmieściu. Najchętniej niedaleko matki.

Agent tłumaczył mu zasady. Przygotowania. Harmonogram. Procedura. Facet sprawiał wrażenie, jakby to wszystko było dla niego zabawą.

– Najpierw zameldujemy pana na parę miesięcy w jakimś lokalu, gdzieś daleko, z krótką kolejką mieszkaniową. W rejestrze wszystko będzie wyglądać prawidłowo. To będzie pański oficjalny adres, a ponieważ kolejka do mieszkania była krótka, nikt się nie będzie zastanawiał, jak pan je otrzymał. Kontakty z gospodarzem biorę na siebie. Po paru miesiącach zamienimy tamto mieszkanie na to, które pan kupi. W ten sposób mamy całkiem czystą zamianę. Potem sprzedający musi się zameldować, co najmniej na dwa miesiące, w mieszkaniu, które zostało zamienione, to znaczy w pańskim fikcyjnym mieszkaniu. Wiarygodność w mojej branży to podstawa, jak sam pan rozumie.

Komplikacja. Odpada – Niklas musi załatwić sobie jakąś chatę jeszcze w tym tygodniu. Musi się wynieść z mieszkania matki. Jak najszybciej.

Agent roześmiał się.

– Okej, chyba rozumiem pański problem. Dziewczyna pana wyrzuca na bruk, zgadłem? Podarte ciuchy? Stereo w kawałkach? Jak one się wkurzą, to czasem jest niezła bonanza.

Niklas przygwoździł go spojrzeniem. Wpatrywał się w niego o dwie sekundy za długo, aby reguły towarzyskie pozwoliły obrócić to w żart.

Facet w końcu zrozumiał: nie pora na żarty. Powiedział:

– Whatever. Tak czy inaczej, mogę panu pomóc. Załatwimy panu umowę podnajmu na te trzy miesiące czekania. Będzie dobrze? Mogę pana umieścić w porządnym M2, pięćdziesiąt metrów kwadratowych, na Aspudden, jak pan chce, już w przyszłym tygodniu. Ale to oczywiście będzie trochę więcej kosztowało. Co pan na to?

Potrzebował czegoś jeszcze szybciej.

– A jak zapłacę jeszcze trochę więcej, to wtedy da się to przyśpieszyć?

– Jeszcze prędzej? Pan się zgłasza za pięć dwunasta, wie pan o tym? Ale niech będzie, może pan wprowadzić się pojutrze.

Niklas uśmiechnął się w duchu. To mu pasowało. Musi się wynieść.

Udało się nadspodziewanie.

Zmyje się raz dwa.

3

Rejon Południowy może nie przodował w liczbie interwencji per capita – za to miał zawsze największy odsetek poważnych incydentów. City miało najwięcej w liczbach absolutnych, wszyscy to wiedzieli, ale tylko dlatego, że hołota z południa jeździ do śródmieścia i tam nabija statystykę drobnych przestępstw. Drobne kradzieże, zabieranie telefonów, jakieś pogróżki, bójki w knajpach.

Thomas pomyślał: Rejon Południowy – te niebezpieczne getta, które politycy mieli gdzieś. Fittja, Alby, Tumba, Norsborg, Skärholmen. Na północnym wygwizdowie wszyscy znali nazwy Rinkeby i Tensta. Poparcie dla projektów multi-kulti i stowarzyszeń kulturalnych. Strategie dla przedmieść. Granty sypały się jak manna z nieba. Inteligentne inwestycje w integrację. Ale w Rejonie Południowym gangi rządziły naprawdę. Irakijczycy, Kurdowie, Chilijczycy, Albańczycy. Bandidos, Fucked For Life, Born to be hated. I można by tak długo wyliczać problemy. Największe w Szwecji: ilość broni palnej, procent facetów, którzy odmawiają gadania z policją, liczba zgłaszanych prób wymuszeń. Kryminaliści organizowali się, kopiowali hierarchie klubów MC, zakładali własne gangi, sterowane twardą ręką. Najmłodsi blokersi szli śladami starszych: gangsterów rabujących banki, dilerów, brutalnych oprychów. Szli prostym, jasno wytyczonym szlakiem. Ku przesranemu życiu. Można by wyliczać fakty bez końca. W oczach Thomasa – nieważne, jaką etykietkę przypnie się tym wszystkim brudasom i wykolejeńcom – to były same ludzkie chwasty.

Znał te wszystkie teorie, o których ględziły paniusie z opieki społecznej i psycholodzy młodzieżowi. Tylko co właściwie dawały im te wszystkie kognitywne, dynamiczne, behawiorystyczne, bla-bla-bla-istyczne hipotezy? I tak żadne metody nie działały. Nikt nie potrafił wziąć draństwa za pysk. Plenili się. Mnożyli się. Rozprzestrzeniali. Brali górę. Może kiedyś on sam także wierzył, że to można powstrzymać. Ale to było dawno temu.

Kiedyś było lepiej. Wytarty frazes. Ale jak śpiewa Lloyd Cole: wytarty frazes dlatego, że to prawda.

Jeszcze jedna noc w radiowozie. Thomas prowadził spokojnie. Pozwalał dłoniom spoczywać na kierownicy. Wiedział, że w domu będzie awantura o to, że wziął na cały tydzień nocną zmianę. Właściwie nawet mógł się obejść bez dodatku za pracę w nocy – chociaż powiedział Åsie, że o to mu chodzi. Zwyczajna pensja komisarza była mniej warta niż jedna dziesiąta narkotyków, które on konfiskował w jeden wieczór. To jest kpina. Obelga. Splunięcie w twarz tym wszystkim uczciwym facetom, którzy wiedzieli, co naprawdę należy robić. Jeżeli sobie to na boku odbijali, to im się słusznie należało.

Było ich pięciu, sześciu gości, którzy na zmianę urządzali te objazdy. Krążyli po okolicach Skärholmen, Sätry i Bredäng. Klęli na rozwój sytuacji. Nie dbali o poprawność polityczną i to lewackie, zakłamane sranie w banie. Nie mieli złudzeń, jak naprawdę to wygląda – albo ich zgnoisz, albo kładź się i umieraj.

Jego partner tego wieczoru, Jörgen Ljunggren, siedział na miejscu pasażera. Zmieniali się zazwyczaj około drugiej.

Thomas próbował liczyć. Ile to razy on i Ljunggren jechali tak jak teraz pod wolno ciemniejącym letnim niebem. Nie rozmawiając więcej niż potrzeba. Ljunggren ze swoim papierowym kubkiem z kawą, trzymanym o wiele za długo – aż kawa całkiem mu stygła i musiał gnać do najbliższego nocnego sklepiku po więcej. Thomas najczęściej pogrążony w rozmyślaniach. Zwykle o swoim samochodzie w domu: o cynkowaniu jakiegoś oryginalnego detalu, częściach tylnego dyferencjału, nowym obrotomierzu. Własnym projekcie, do którego tęsknił. Albo też tęsknił za strzelnicą. Właśnie niedawno sprawił sobie nowy pistolet – Strayer Voigt Infinity, dostosowany specjalnie do jego wymagań. W tym sensie Thomas był szczęśliwy, miał więcej niż tylko jeden dom. Najpierw radiowóz z kolegami. Potem to własne auto w domu. Następnie klub strzelecki. I w końcu, może, ten dom w domu – willę na Tallkrogen4.

Z Ljunggrenem Thomas czuł się dobrze – fajnie jest z ludźmi, którzy za dużo nie gadają. Mielenie ozorem to tylko bicie piany. Więc milczeli. Czasami wymieniali znaczące spojrzenia, kiwali głową, rzucali półsłówka. To wystarczało. Było im z tym dobrze. Mieli podobne doświadczenia. Podobny sposób rozumienia świata. Niezbyt skomplikowany: są tu po to, żeby uprzątać brud, który zalewa ulice Sztokholmu.

Jörgen Ljunggren był jednym z dobrych glin. Takim, którego warto mieć koło siebie, jakby co.

Thomas czuł się odprężony.

Z radia sypały się komendy. Sztokholmska policja używała zamiast jednego dwóch pasm częstotliwości: systemu 80 na City/Rejon Południe/Rejon Północ oraz systemu 70 na resztę. To samo dotyczyło całej instytucji. Nieefektywność to przy tym mało powiedziane – dwa systemy zamiast jednego. Jeszcze się nie ocknęli, nie dotarło do nich, że czasy się zmieniły. Nie da się wciąż dreptać w miejscu. Raz po raz myślał o tym samym: teraz żulia na mieście organizuje się w całkiem nowe struktury. Tu już nie chodzi o paru jugoli albo zmęczonych fińskich zakapiorów. Dzisiejsze draństwo było updatowane.

Profesjonalne, międzynarodowe, multikryminalne. Potrzebne były nowe środki. Szybsze. Cwańsze. Ostrzejsze. A kiedy tylko ktoś próbował coś zrobić, media od razu w krzyk, jakby te nowe prawa były po to, żeby wyrządzać ludziom krzywdę.

Radio zatrzeszczało. Potrzebowali kogoś do złodziejaszka złapanego w całodobowym spożywczaku w Sätra.

Popatrzyli na siebie. Szydercze uśmieszki. Takie gówniane zlecenie, w życiu – niech się tym zajmie jakiś zielony aspirant. Nie odpowiedzieli. Pojechali dalej.

Zbliżali się do Skärholmu.

Thomas zredukował bieg na dwójkę, przyhamował.

– Planujemy znowu na święta gdzieś wyjechać.

Ljunggren skinął głową.

– I dobrze. A dokąd?

– Nie wiem. Ona by chciała do ciepłych krajów. W zeszłym roku byliśmy na Sycylii. Taormina. Cholernie fajnie.

– Wiem. Potem przez trzy miesiące o niczym innym nie gadałeś.

Pauza na śmiech.

Thomas odbił w kierunku szkoły, Storholmsskolan, za centrum Skärholmu. Zawsze tam warto rzucić okiem na boisko. Gówniarze mieli w zwyczaju złazić się w to miejsce wieczorami – siadać na oparciach ławek, kręcić spliffy, jak to mówili, jarać i cieszyć się tym swoim krótkim życiem.

Niezła ironia: te same szczyle, które całe dnie spędzały na wagarach, teraz ściągały na szkolne boisko – żeby sobie wypalać mózgi. I sami sobie byli winni, kiedy pięć lat później dalej siedzieli na tych samych ławkach – jako bezrobotni. Narzekając, że to wina społeczeństwa. Zaczynały się cięższe używki: bimber, hasz, amfa. Jak mieli pecha: horse. Efekty nie kazały na siebie czekać. Choroby, depresje, odjazdy. Degrengolada na całego. Zasiłki i pomoc społeczna. Drobna dilerka i włamania w domkach szeregowych. Ich rodzice też byli sobie winni – trzeba było zawczasu prać w pysk. Policja była sama sobie winna – należało od razu interweniować. Społeczeństwo: samo sobie winne – jak się zgromadzi tyle hołoty w jednym miejscu, to jasne, że będą problemy.

Latarnie na dziedzińcu widać było z daleka. Budynek szkoły z szarego betonu leżał w ciemności za boiskiem jak wielki klocek lego.

Zatrzymali radiowóz. Wysiedli.

Ljunggren wziął do ręki białą pałkę. Zupełnie niepotrzebnie – ale słusznie. Wątła teleskopowa pałka nie zawsze wystarczała.

Na boisku nie było nikogo.

– Maria to zawsze ma te swoje ambicje kulturalne. Chce do Florencji, Kopenhagi, Paryża, chuj wie gdzie. Nie ma tam nawet nic ładnego, żeby se popatrzeć.

– Możesz se popatrzeć na Monę Lisę.

Śmiech, znowu.

– Pewnie, bo ona, kurwa, piękna jak worek kartofli.

Thomas pomyślał: Ljunggren powinien mniej przeklinać, a częściej pokazywać żonie, kto u nich rządzi.

Powiedział:

– Dla mnie ona jest świetna.

– Która? Mona Lisa czy moja żona?

Więcej śmiechu.

Dziś na boisku wyjątkowo było pusto. Oprócz placu do gry w koszykówkę. Pod jednym z koszy stał zaparkowany czerwony opel.

Thomas zapalił swojego maglite’a. Trzymał latarkę na wysokości głowy. Skierował światło na tablicę rejestracyjną: OYU 623.

Powiedział:

– To jest samochód Kenta Magnussona, nie muszę nawet sprawdzać w rejestrze. Zgarnęliśmy go kiedyś razem?

Ljunggren powiesił pałkę z powrotem u pasa.

– Nie żartuj sobie. Zwijaliśmy go chyba z dziesięć razy. Skleroza cię łupie czy jak?

Thomas nie odpowiedział. Podeszli do auta. Zamajaczyło słabe światło. Ktoś się ruszał na przednim siedzeniu. Thomas się pochylił. Zapukał w szybę. W środku zapadła ciemność.

Dobiegł stamtąd głos.

– Spierdalaj!

Thomas odchrząknął.

– Nigdzie nie idziemy. To ty tam jesteś, Magnusson? Tu policja.

Głos z samochodu.

– Kurwa, no. Nic dzisiaj nie mam. Jestem czysty jak wódka.

– Okej, Kent. W porządku. Ale wyjdź jednak, pogadamy.

Niewyraźne przekleństwa w odpowiedzi.

Thomas zapukał ponownie, tym razem w dach. Trochę mocniej.

Drzwi się otworzyły – smród z samochodu: dym, piwo, szczyny.

Thomas i Ljunggren stali w rozkroku. Czekali.

Pokazał się Kent Magnusson. Nieogolony, zmierzwione włosy, popsute zęby, opryszczka na ustach. Wytarte dżinsy opuszczone na pół masztu – koleś powinien je podciągnąć z pół metra, żeby się w nich nie zaplątać. T-shirt z reklamą Sztokholmskiego Festiwalu Wody musiał mieć ze sto lat. Rozpięta koszula w kratkę na T-shircie.

Ćpun w każdym calu. Zniszczony jeszcze bardziej, niż kiedy Thomas widział go ostatnio.

Zaświecił mu w oczy.

– Siemasz, Kent. Jak bardzo jesteś naćpany?

Kent wymamrotał:

– Nie, nie. Wcale. Zarzucam sobie odwyk.

Oczy miał rzeczywiście niezmącone. Źrenice normalne – skurczyły się, gdy trafił w nie snop światła.

– Zarzucasz sobie to i owo, jak cię znam. Co masz przy sobie?

– Nie, seryjnie. Nic nie mam, zero towaru. Chcę z tym skończyć. Jak bum cyk cyk.

Ljunggren stracił cierpliwość.

– Nie pierdol, Kent. Wyciągaj lepiej, co masz, to wszystko pójdzie jak po maśle. Bez żadnych afer, kitu i ściemniania. Ja dzisiaj jestem cholernie zmęczony. Dość mam bredni. Może potraktujemy cię ulgowo. Kapujesz?

Thomas pomyślał: niezły numer z tego Ljunggrena, z żulami umiał pogadać więcej niż z nim przez cały wieczór w radiowozie.

Kent robił głupie miny. Jakby się zastanawiał.

– Nie, no słowo daję. Pusty jestem.

Ćpun najwyraźniej szedł w zaparte. Thomas powiedział:

– Kent, bo ci przeszukamy furę. Żebyś wiedział.

Kolejna seria głupich min.

– Co, kurde, wam nie wolno robić przeszukania bez nakazu. Nie widzieliście żadnego towaru ani nic. Nie macie prawa mi grzebać w samochodzie, sami wiecie.

– Wiemy, ale to chromolimy. Sam wiesz, jak jest.

Thomas popatrzył na Ljunggrena. Kiwnęli do siebie głowami. Żaden problem napisać potem w raporcie, że kiedy otworzyli drzwi, Kent próbował schować coś w samochodzie. Albo że widzieli, że jest na haju. Albo cokolwiek – zawsze mieli jakieś uzasadnione podejrzenie. Spoko.

Ich misja oczyszczania miasta była ważniejsza niż protesty jakiegoś marudnego ćpuna.

Ljunggren wlazł do auta i zaczął szukać. Thomas wziął ćpuna na bok. Miał na wszystko oko.

Kent się zapienił:

– Co wy, kurwa? Nie wolno wam tak robić. Przecież wiecie.

Thomas zachował spokój. Nie było o co szarpać sobie nerwów.

– Uspokój się – powiedział tylko.

Ćpun warknął coś. Może: psy jebane.

Thomas miał niską tolerancję dla takich jak on.

– Coś ty powiedział?

Kent znowu coś odburknął. Jak koleś protestuje czy się rzuca, to jedna rzecz. Ale nie będzie mu taki ubliżał.

– Coś ty powiedział, pytam?

Kent zwrócił twarz w jego stronę.

– Psy jebane.

Thomas go kopnął, mocno, pod kolanem. Facet się sypnął jak domek z kart.

Ljunggren wyjrzał z samochodu.

– Wszystko okej?

Thomas obrócił Kenta. Brzuchem do ziemi, ręce z tyłu. Zacisnął mu kajdanki. Jedną nogą stanął na jego plecach. Zawołał do Ljunggrena:

– No pewnie, wszystko cool.

Potem do ćpuna:

– Leż, ścierwo.

Kent leżał bez ruchu.

– Pan weźmie poluzuje te kajdanki, proszę. Bo zajebiście boli.

Wyraźnie uznał, że czas spuścić z tonu.

Pięć minut później Ljunggren coś zawołał. No jasne, znalazł w samochodzie dwa woreczki strunowe z haszyszem. Tak jak się spodziewali. Ljunggren podał dilpaki Thomasowi. Ten sprawdził – w jednym dziesiątka, w drugim około czterdziestu gramów.

Thomas uniósł do góry głowę Kenta.

– I co teraz powiesz?

Ćpun śpiewał już cieńszym głosem. Tak jak Vanheden z filmu Gang Jönssona.

– Bądź pan człowiekiem, panie inspektorze5, ktoś mi musiał podrzucić. Nic nie wiedziałem, że to jest w samochodzie. Zaraz, gdzie on właściwie to znalazł? Nie moglibyście dać se luzu? Bądźcie ludźmi.

Okej. Pięćdziesiąt gramów haszu to w gruncie rzeczy drobiazg. Tym razem ujdzie mu na sucho. Thomas powiedział:

– Niech ci będzie.

Wziął torebki. Włożył je sobie do wewnętrznej kieszeni.

– Ale na przyszłość mi nie kłam. Rozumiesz?

– Nie będę. Obiecuję. Piękne dzięki. Kurde, jesteście spoko goście. W pytę, no. Naprawdę, równi z was faceci.

– Daj se już spokój, przestań. Masz tylko nie kłamać. Zachowuj się jak mężczyzna.

Dwie minuty później. Kent podnosił się z kolan.

Thomas i Ljunggren wracali do radiowozu.

Ljunggren spytał Thomasa:

– Wyrzuciłeś ten szajs?

Thomas skinął głową.

Kent wsiadł do swojego opla. Zapalił silnik. Podgłośnił stereo. Ulf Lundell: „Oh la la, chcę być z tobą”. Ćpunowi upiekł się właśnie jakiś miesiąc odsiadki – pomimo straty haszu cieszył się jak dziecko.

Z powrotem w radiowozie. Thomas ściągnął rękawiczki. Ljunggren chciał jechać do jakiejś nocnej kafejki, żeby wlać w siebie trochę kawy.

Odezwało się radio:

– Rejon drugi, czy mamy kogoś, kto weźmie nieprzytomnego mężczyznę w Axelsbergu? Poważnie pokaleczony. Prawdopodobnie pod wpływem alkoholu. Leży w piwnicy na Gösty Ekmana 10. Odbiór.

Nieprzyjemna, gówniana robota. Milczenie. Jechali dalej przed siebie.

Nikt nie zgłaszał się na wezwanie. Cholerny niefart.

Znowu radio:

– Wciąż nie mamy zgłoszenia na Gösty Ekmana. Ktoś musi to wziąć. Odbiór.

Dwaj poważni gliniarze, tacy jak Thomas i Ljunggren, chyba nie muszą, do cholery, brać więcej bzdetów tej nocy. Wystarczyło, że Ljunggren przeczołgał się po brudnym aucie tego parszywego ćpuna. Więc cicho sza. Jechali dalej.

Radio wydało polecenie:

– Okej. Nikt nie chce wziąć Gösty Ekmana. To będzie wóz 2930, Andrén i Ljunggren. Zrozumiano? Odbiór.

Ljunggren popatrzył na Thomasa.

– No masz.

Nie mieli wyboru. Thomas nacisnął guzik mikrofonu.

– Zrozumiano. Bierzemy to. Macie więcej info? To jakiś menel, tak? Myślisz, że jest tam jeszcze trochę gorzały dla nas? Odbiór.

Dziewczyna z radia była jedną z tych ponurych. Według Thomasa zołza. Nie dało się z nią pożartować tak, jak z większością innych.

– Przestań błaznować, Andrén. Jedźcie tam. Odezwę się, jak się dowiemy czegoś więcej. Bez odbioru.

Siedzieli w samochodzie pod dziesiątką na Gösty Ekmana, parę minut później. Ljunggren narzekał, że nie dostał jeszcze swojej kawy.

Ludzie stali w szeregu przed bramą, jakby to było jakieś show. Sporo ludzi – dom miał osiem pięter. Niebo już zaczynało jaśnieć.

Wysiedli.

Thomas ruszył pierwszy. Wszedł przez bramę. Ljunggren zaczął nakłaniać ludzi, żeby się rozeszli. Thomas zdążył usłyszeć, jak mówi:

– Proszę państwa. Naprawdę nie sądzę, żeby tu było coś do oglądania.

Wewnątrz: dom w klimacie lat sześćdziesiątych. Posadzka z betonowych płyt. Drzwi windy nadawałyby się do statku kosmicznego z filmu Star Trek. Niewielki hol miał wyjście na dziedziniec i schody prowadzące w dół. Metalowa poręcz wzdłuż schodów na pierwsze piętro. Thomas spostrzegł, że na górze stoi parę osób. Jakaś kobieta w szlafroku i bamboszach, mężczyzna w okularach i w dresie, młody chłopak, zapewne ich syn.

Kobieta wskazała ręką w dół.

– Jak dobrze, że pan przyszedł. On leży tam, na dole.

Thomas odpowiedział:

– Lepiej by było, żeby państwo wrócili do mieszkania. Zajmiemy się tym. Później przyjdę z państwem porozmawiać.

Kobieta zdawała się uspokojona, jakby spełniła swój społeczny obowiązek. Może to ona pierwsza zadzwoniła na 112.

Thomas ruszył w dół. Schodki były wąskie. Zsyp na śmieci z naklejką: „Proszę, pomóż naszym śmieciarzom – zawiąż torbę!”

Pomyślał znów o swoim aucie. W ten weekend kupi sobie może nowy silniczek do elektrycznego podnośnika szyb.

Spojrzał na zamek w drzwiach do piwnicy. Assa Abloy z początku lat dziewięćdziesiątych. Powinien mieć przy sobie odpowiedni wytrych, jeżeli nie, to będzie musiał poprosić tę rodzinę z piętra.

Wytrych zaterkotał: parę sekund. Zamek odskoczył. W środku było ciemno. Zapalił maglite’a. Prawą ręką wymacał włącznik światła.

Krew na podłodze, na kratach, na stertach klamotów w komórkach.

Wciągnął gumowe rękawiczki.

Przyjrzał się ciału. Mężczyzna. Ubranie brudne, teraz do tego bardzo zakrwawione. Koszulka z krótkim rękawem i sztruksowe spodnie. Zarzygane. Niezawiązane buty na nogach. Ramię pod dziwnym kątem. Thomas pomyślał: jeszcze jeden Kent.

Tułów zgięty. Leżał twarzą do podłogi.

Thomas powiedział:

– Hejże, słyszysz mnie?

Brak reakcji.

Podniósł jego rękę. Była ciężka. Wciąż zero reakcji.

Ściągnął jedną rękawiczkę. Poszukał pulsu – facet nie żył.

Uniósł mu głowę. Twarz miał całkiem zniszczoną – zmasakrowaną nie do rozpoznania. Nosa już jakby nie było. Oczy tak zapuchnięte, że w ogóle niewidoczne. Wargi przypominały raczej spaghetti z sosem mięsnym niż usta.

Ale było w tym coś dziwnego. Szczęka się jakby zapadała. Wetknął mu w usta dwa palce, pomacał. Miękko, jak podniebienie oseska – zmarły nie miał zębów. To najwyraźniej nie żaden ćpun, który sam stracił przytomność – to było morderstwo.

Thomas zachował spokój.

Pomyślał o pozycji bezpiecznej, ale zostawił go tak, jak leżał. Olał próbę reanimacji. To przecież nie miało sensu.

Zrobił, co nakazuje regulamin. Zaalarmował stanowisko kierowania. Podniósł do ust radiomikrofon, mówił ściszonym głosem, by nie wystraszyć całego domu.

– Mam tu morderstwo. Niezła jatka. Ulica Gösty Ekmana 10. Odbiór.

– Zrozumiałam. Potrzebujesz więcej wozów? Odbiór.

– Tak, przyślij co najmniej z pięć. Odbiór.

Słyszał wezwanie do wszystkich patroli w Rejonie Południe.

Radio wróciło:

– Potrzebujesz oficera operacyjnego? Odbiór.

– No, chyba tak. Kto tam dziś jest? Hansson? Odbiór.

– Zgadza się. Wyślemy go. Karetkę? Odbiór.

– Karetkę też. I przyślijcie dużo papierowych ręczników. Trzeba tu powycierać. Bez odbioru.

Następny krok w procedurze. Pogadał z Ljunggrenem przez radio. Poprosił, żeby odgrodził teren, wylegitymował ludzi, zapisał telefony i adresy ewentualnych świadków. Mieli zaczekać, aż przyjadą radiowozy z policjantami, którzy ich rutynowo przepytają. Thomas rozglądał się wkoło siebie. Jak facet został zabity? Nie widział żadnej broni, sprawca na pewno wziął ją ze sobą.

Co powinien teraz zrobić? Znów przyjrzał się trupowi. Podniósł jego rękę. Nie miał ochoty pedantycznie trzymać się procedur – właściwie powinien zaczekać na techników i ambulans.

Przyjrzał się dłoniom. Było w nich coś dziwnego: nie brakowało palców, nie były wyjątkowo czyste ani brudne – nie, to coś innego. Odwrócił oglądaną dłoń. Teraz to zobaczył: mężczyzna miał zniszczone czubki palców. Na każdym opuszku rana. To wyglądało, jakby były ścięte, zmazane, zrównane, zatarte.

Puścił rękę. Krew na podłodze już zakrzepła. Jak długo truposz mógł tam leżeć?

Szybko sprawdził kieszenie spodni denata. Nie miał portfela ani telefonu. Żadnych pieniędzy ani dokumentu tożsamości. W jednej z tylnych kieszeni: kawałek papieru z niewyraźnym numerem komórki. Włożył go z powrotem. Zapamiętał sobie to odkrycie.

T-shirt przykleił się do ciała ofiary. Thomas przyjrzał się bliżej. Obrócił trochę zwłoki, chociaż nie powinien. To był gwałt na zasadach, mówiąc delikatnie. Właściwie należało najpierw obfotografować i zbadać to miejsce, zanim ktoś ruszy trupa – ale za bardzo był zaciekawiony.

Wtedy dostrzegł kolejną osobliwość, na ramieniu. Ślady od nakłuć igłą. Drobne siniaki wokół każdej dziurki. Bez wątpienia: facet na podłodze przed nim to zamordowany ćpun.

Dobiegł go hałas zza piwnicznych drzwi.

Nadchodziło wsparcie.

Wszedł Ljunggren. W ślad za nim dwaj młodsi koledzy. Thomas ich znał, goście w porządku.

Przyjrzeli się zwłokom.

Ljunggren powiedział:

– Niech to diabli. Fatalnie musiał się poślizgnąć na tej krwi, którą ktoś tutaj wszędzie porozlewał.

Wyszczerzyli zęby. Humor gliniarzy: czarniejszy niż ta piwnica zanim Thomas zapalił światło.

Z głośnika radiotelefonu posypały się komendy – przyjechał Hansson, dowódca operacyjny, wydawał dyspozycje dotyczące zabezpieczenia miejsca zbrodni. Robił to po swojemu: darł się, rozstawiał po kątach, przeklinał. Choć to tylko niewielkie ćwiczenie. Gdyby to był ktoś inny, a nie ćpun w piwnicy, ściągnęliby tu wszystkie dostępne radiowozy. Zablokowaliby pół miasta. Zatrzymywaliby pociągi, samochody, kolejki metra. Teraz nie musieli wyłazić ze skóry.

Personel karetki zjawił się po siedmiu minutach.

Pozwolili trupowi jeszcze chwilę poleżeć. Zszedł technik, pstryknął cyfrówką parę zdjęć. Analiza rozprysku krwi. Zabezpieczenie dowodów. Oględziny miejsca.

Sanitariusze rozłożyli nosze. Ułożyli zwłoki. Przykryli kocami.

Zabrali się stamtąd.

Kiedy jest ekszyn, jest wesoło. Gdy jest wesoło, noce upływają szybko. Tylko że nic z tego nie mieli. Ljunggren westchnął:

– Po co nam było robić z tego wielkie halo. Przecież to tylko o jednego menela mniej. Z tych, co to robią awanturę pod sklepem monopolowym, że otworzyli trzy minuty później, w jakąś sobotę rano, kiedy naprawdę nie masz siły się użerać.

Thomas pomyślał: czasami Ljunggren rozgaduje się nie na żarty.

Przesłuchiwali pobieżnie sąsiadów. Robili zdjęcia tu i tam, w piwnicy. Zamknęli teren domu dla postronnych. Wysłali dwóch kolegów na pobliską stację metra. Zapisywali nazwiska i numery telefonów innych ludzi, z sąsiedniego domu, zapowiadali wizytę następnego dnia. Technicy sprawdzali odciski palców i pobierali próbki DNA w piwnicy. Parę radiowozów zablokowało ulicę; zatrzymywali niektóre samochody na Hägerstensvägen. O tej porze i tak prawie nikt nie przejeżdżał.

W drodze powrotnej na komendę w Skärholmen siedzieli w milczeniu. Zmęczeni. Mimo że nic się nie stało – to było intensywne przeżycie. Dobrze będzie wziąć prysznic.

Thomasowi nie dawał spokoju trup z piwnicy. Zniszczona twarz i opuszki palców u rąk. Nie, żeby go mdliło czy żeby go męczył ten obraz – za dużo okropieństw widywał w robocie, aby go to poruszało. Chodziło o coś innego. Nie pasowało mu w tym wszystkim jedno – tego ćpuna zamordowano chyba w trochę zbyt wyrafinowany sposób.

Ale co właściwie było w tym dziwnego? Ktoś się na niego wkurwił z jakiegoś powodu. Może to była kłótnia o parę miligramów, niezapłacony dług, a może tylko atak szału w pijanym widzie. Żadna sztuka spuścić wpierdol komuś takiemu. Musiał być narąbany jak meserszmit. Ale ten brak zębów? Może to zresztą też nie takie dziwne. Organizmy meneli wysiadały w młodym wieku – przedawkowane dolce vita nadwerężało uzębienie. Czterdziestolatków ze sztuczną szczęką było od groma.

A jednak: twarz zmasakrowana do niepoznaki, ścięte opuszki, być może też wyjęta z ust proteza. Może być spory kłopot z ustaleniem tożsamości. Ktoś tutaj popracował głową.

Czyli: robota półzawodowca. A może nawet zawodowca pełną gębą.

Jak okiem sięgnąć – żadnych meneli.

Śliska sprawa.

4

Erika Ewaldsson działała Mahmudowi na nerwy. Irytująca, upierdliwa. Czepiała się jak rzep. Ale właściwie miał ją gdzieś, mogła mu skoczyć. I jeśli nie za bardzo będzie łamał zasady nadzoru, to cały zespół kuratorski może mu nadmuchać. Gorzej, że mogli sobie wyobrażać bóg wie co. W pigule: im się wydawało, że mogą nim sterować, decydować, kiedy ma być w mieście, a kiedy może czilałtować na blokowisku. Bał się, że to wygląda, jakby akceptował, że ci frajerzy usiłują nim pomiatać. Narzucać mu warunki. Kontrolować dumnego, honornego blatte – a gońcie się, leszcze.

Mimo to: czerwoną linią metra, do centrum. Z Alby do zespołu kuratorskiego przy Hornstull. Od kumpli – Babaka, Roberta, Javiera i innych – do Eriki, kurator sądowej, tego grubego kaszalota, pindy kwadratowej. Nie dawała mu odetchnąć. Nie mogła za nic zrozumieć, że on chce żyć uczciwie albo przynajmniej sam w to wierzy, kiedy jej tak mówi. Czepiała się go gorzej niż klasowy prymus w ramach „pomocy koleżeńskiej”, kiedy miał trzynaście lat – Lasse, który uważał, że właśnie Mahmud jest największym zadymiarzem.

Bitch.

Kolejka metra pędziła przed siebie. Mahmud był prawie sam w wagonie. Próbował rozszyfrować deseń na siedzeniach naprzeciwko. Co to niby miało przedstawiać? Okej, tę kulkę rozpoznawał. Globen6. A ta wieża z trzema ssawkami na górze – magistrat, Ratusz Miejski, czy jak to się nazywa. Ale te inne rzeczy. Kto narysował te bazgroły? I kogo Connex próbuje oszukać? Metro wcale nie jest przytulne i nigdy nie będzie.

To jednak niewyjęty feeling tak czilować w wagonie. To wolność. Mógł wysiąść i wsiąść, kiedy zechce. Flirtować sobie z tymi dwiema guzzar, które siedziały w pobliżu. Życie w kryminale było jak życie na zewnątrz, tylko w trybie fast forward. Czas płynął szybciej, każda jego cząstka wydawała się zagęszczona – więc Mahmud miał wrażenie, jakby jego ostatniej odsiadki nie było. Jedyne, co przeszkadzało: koszmary z ostatnich dwóch nocy. Kręcąca się tarcza rosyjskiej ruletki. Plamy moczu, pełznące mu po nogach w dół. Błyszczące złote zęby Gürhana. Musi spróbować zapomnieć. Born to be hated.

Metro wtoczyło się na peron. Wysiadł. Poczuł, że zjadłby coś słodkiego. Ruszył w stronę automatu Selecta. Z odległości dziesięciu metrów zobaczył, że jest rozbity. Co za amatorzy. Jak mieli coś obrobić, to przecież mogli coś większego. Co im da parę pięciokoronówek z automatu na słodycze? Pewnie ćpuny. Biedni luzerzy. Czemu Erika nie zajmowała się raczej takimi? Przecież Mahmud nikomu nie wadził, dopóki nikt nie wadził jemu. Priorytety stały na głowie.

Ruszył w stronę ruchomych schodów. Białe ceglane ściany stacji przypominały mu Asptunę. Wyszedł stamtąd półtora miesiąca temu – pół roku za kratkami. A teraz musiał raz w tygodniu jeździć do pieprzonego Hornstull i się upokarzać. Siedzieć i kłamać w żywe oczy – czuć się tak, jakby był z powrotem w podstawówce. To nie miało sensu. Niektórzy goście po wyjściu z pierdla zamykali się w mikroskopijnych M1 przydzielonych im przez opiekę. Nie nadawali się do dużych mieszkań, chcieli mieć tak jak w zakładzie. Inni wprowadzali się do swoich matek. Nie umieli poradzić sobie na wolności bez kogoś, kto by im podstawiał żarcie i sprzątał. Ale Mahmud – to co innego. On sobie poradzi. Własne mieszkanie, jeździć, ruszać się. Posuwać masę lasek, kosić ciężki cash. Używać życia, BAWIĆ SIĘ. W środku tej myśli: twarz Gürhana rozdarła przędzę marzeń jak cios w pysk.

Przeszedł przez Långholmsgatan. W tle: huk samochodów. Niebo było szare. Ulica szara. Domy jeszcze bardziej.

W tym samym budynku co Zespół Kuratorski mieścił się Związek Rzemiosł i Zakład Ubezpieczeń. Czy w tym Zasranym Domu są tylko same instytucje na „Z”? Jakiś sprzątacz pastował podłogę. To mógł być jego ojciec, Beshar. Ale jego abu nie będzie więcej musiał żyć w ten sposób. Mahmud już się postara. Promise.

W recepcji nawet nie odsunęli przed nim szybki okienka. Musiał nachylić się do mikrofonu.

– Dzień dobry. Mam się spotkać z Eriką Ewaldsson. Dziesięć minut temu.

– Okej, to proszę usiąść, ona za chwilę przyjdzie.

Usiadł w poczekalni. Dlaczego zawsze kazali mu czekać? Zachowywali się jak klawisze w mamrze. Pijani władzą eksperci od upokarzania: cwele.

Spojrzał na wyłożone na stoliku gówniane gazety. „Dagens Nyheter”, „Café” i „Piękny Dom”. Zaśmiał się sam do siebie: co za modele przychodzili do kuratora sądowego i przeglądali „Piękny Dom”?

Potem usłyszał głos Eriki:

– Dzień dobry, Mahmud. Jak dobrze, że jesteś. Prawie o czasie, muszę przyznać.

Mahmud podniósł wzrok. Erika wyglądała tak jak zwykle. Żółte spodnie, a do nich coś w rodzaju brązowawego poncha. Nie można było o niej powiedzieć, że jest szczupła – miała dupsko, na oko, wielkości Arabii Saudyjskiej.

Oczy miała zielone, a na szyi cienki złoty krzyżyk. Cholera, znowu poczuł smak metalu w ustach.

Mahmud podążył za Eriką do jej pokoju. Wewnątrz: żaluzje malowały światło w paski. Na ścianach plakaty. Biurko zasypane papierami, skoroszytami, koszulkami na dokumenty. Ilu właściwie miała pod swoją kuratelą?

Każde w swoim fotelu. Mały okrągły stolik między nimi. Obicie foteli lekko wytarte. Rozparł się wygodnie.

– I co tam, Mahmud, jak się czujesz?

Mahmud chciał tylko szybko mieć to z głowy. Pilnował języka.

– Dobrze się czuję. Wszystko dobrze.

– Świetnie. A jak twój tata, Beshar? Tak ma chyba na imię?

Mahmud mieszkał wciąż w domu. Kiepska sprawa, ale rasiści administratorzy byli sceptyczni, jeśli chodzi o blattar z więzienną przeszłością.

– Z nim też dobrze. Choć mieszkać tam to nie jest idealne. Ale będzie dobrze. – Mahmud chciał zbagatelizować problem. – Szukam roboty i w tym tygodniu byłem na dwóch rozmowach.

– O, to wspaniale! Dostałeś jakąś propozycję?

– Nie, mają się do mnie odezwać. Zawsze tak mówią.

Mahmud pomyślał o ostatniej rozmowie kwalifikacyjnej. Celowo poszedł na nią w samej podkoszulce. Tatuaże krzyczały jak transparenty. „Licz tylko na siebie” na jednym ramieniu i „Alby Forever” na drugim. Dziary mówiły swoją własną, agresywną mową: jak przyfikasz – będziesz miał ciężkie problemy. For real.

Kiedy do niej dotrze? Żadna robota nie odbierze mu wolności. Nie był stworzony do życia nine-to-five, wiedział to, odkąd przyjechał do Szwecji jako dziecko.

Przyglądała mu się. Zbyt długo.

– Co ci się stało w policzek?

Niedobre pytanie. Strzał Gürhana normalnie by nie zrobił większej szkody, ale facet miał na palcu ciężki sygnet. Rozciął mu nim pół twarzy. Rana zaklejona prestoplastem. Co miał powiedzieć?

– Nic. Sparring miałem z kolegą, normalka.

Nie najlepszy bałach z możliwych, ale może ona to kupi.

Erika chyba się zastanawiała. Mahmud próbował spojrzeć przez żaluzje. Wyglądać jakby nigdy nic.

– Mam nadzieję, Mahmud, że nie popadłeś w jakieś tarapaty. Jeżeli tak, musisz mi powiedzieć. Wiesz, że ci mogę pomóc.

Mahmud ironicznie w myślach: no jasne – ty mi możesz pomóc. I co jeszcze.

Erika nie drążyła już tematu. Rozgadała się. Opowiadała o jakimś kursie dla poszukujących pracy, organizowanym przez Komitet ds. Rozwoju Za-Ple-Ple-Ple-Cza Rynku Pracy. Albo coś w tym guście. Dla takich chłopaków jak on. Mahmud wyłączył się mentalnie. Lata treningu. Wszystkie rozmowy z kuratorami, spotkania z babsztylami z opieki społecznej i przesłuchania z gliniarzami na coś się jednak przydały. Był arcymistrzem w zatykaniu sobie uszu, kiedy trzeba – chociaż wyglądał, jakby był zaciekawiony.

Erice usta się nie zamykały. Bla, bla, bla. Nuuuda aż do zdechu.

– Mahmud, a nie chciałbyś się zająć czymś związanym z kulturą fizyczną? Przecież tak dużo trenujesz. Mówiliśmy już kiedyś o tym. No właśnie, a jak ci z tym idzie?

– W porządku. Lubię chodzić na siłownię.

– I nigdy cię nie kusi, żeby znowu zacząć? No, wiesz o czym mówię.

Mahmud wiedział. Erika zawsze z tym wyjeżdżała. Nie było rady.

– Nie, Erika, ja z tym już skończyłem. Przecież mówiliśmy o tym ze sto razy. Wystarczy mi kurczak bez tłuszczu, tuńczyk, jakieś szybkie białko. Nie potrzebuję więcej żadnych nielegalnych rzeczy.

Nie wiadomo właściwie, czy słuchała jego odpowiedzi. Zapisywała coś w swoich papierach.

– Mogę zapytać o coś jeszcze? Jakie masz towarzystwo, z kim zazwyczaj spędzasz czas?

Spotkanie przeciągało się. Teoretycznie: miała być krótka rozmowa, żeby mógł opowiedzieć o problemach, jakie stwarzało życie na wolności. Ale o swoim prawdziwym problemie nie mógł się nawet zająknąć.

– Trzymam się z ludźmi z siłowni. To równi goście.

– Jak często tam bywasz?

– Ja to traktuję serio. Robię dwie sesje dziennie. Jedną przed południem, wtedy jest nie za dużo ludzi. A potem jeszcze jedną, już wieczorem, koło dziesiątej.

Erika kiwała głową. Gadała. Czy to się nigdy nie skończy?

– A co tam słychać u twoich sióstr?

Siostry Mahmuda były święte, to część jego godności. W ich obronie był gotów na wszystko – nie powstrzymają go żadne represje szwedzkiego społeczeństwa. Czemu Erika czepia się jego sióstr?

– A bo co?

– No, widujesz się z nią? To znaczy, z twoją starszą siostrą? Jej mąż, zdaje się, siedzi w więzieniu?

– Erika, w jednej sprawie musimy mieć jasność. Moje siostry nie mają nic wspólnego z moimi starymi sprawkami. One są czyste jak śnieg, niewinne jak owieczki. Jasne? Moja starsza siora chce teraz zacząć nowe życie. Wyjść za mąż i tak dalej.

Cisza.

Erika się wkurzyła?

– Nie chciałam cię urazić, Mahmud. Zrozum mnie. Dla mnie to ważne, że się z nią spotykasz. I z całą rodziną. Wychodzącemu z więzienia często pomaga kontakt z zaufanymi, bliskimi osobami. Z naszych rozmów wyniosłam wrażenie, że masz z siostrami dobry kontakt, i to wszystko.

Zrobiła krótką pauzę, przyglądała mu się. Znów się gapiła na ten ślad po uderzeniu Gürhana? Poszukał jej wzroku. Po chwili położyła ręce na kolanach.

– Okej, chyba na dzisiaj wystarczy. Możesz wziąć ze sobą tę broszurę, o tym projekcie Komitetu ds. Zatrudnienia, o którym mówiłam. Mają siedzibę w Hägersten, naprawdę myślę, że może ci się to przydać. Taki kurs, jak podchodzić do rozmów kwalifikacyjnych i tak dalej. To by zwiększyło twoje szanse.

Już na ulicy. Ciągle głodny. Zirytowany. Wszedł do 7-Eleven przy zejściu do metra. Kupił fantę i dwa batony Powerbar. Okruchami drażniły mu podniebienie. Myślał o wścibskich pytaniach Eriki.

Zadzwoniła jego komórka. Nieznany numer.

– Halo.

Głos z drugiej strony:

– Mahmud al-Askori?

Mahmud nie miał pojęcia, kto pyta. Nie przedstawił się. Fishy.

– Yes. A o co biega?

– Nazywam się Stefanović. Myślę, że mogliśmy się kiedyś widzieć. Czasem trenuję w Fitness Center. Kiedyś z nami współpracowałeś.

Mahmud szybko skojarzył jedno z drugim: Stefanović – nazwisko mówiło samo za siebie. Nie byle kto na linii: ktoś, kto trenował na siłowni, czyj głos brzmiał zimniej niż lód w żyłach Gürhana, ktoś, kto był Serbem. Mahmud nie rozpoznawał głosu. Nie widział twarzy. A jednak to znaczyło tylko jedno: któryś z poważnych gości chciał z nim gadać. Albo wpadł w gówno głębiej, niż mu się zdawało, albo też szykowało się coś ciekawego.

Odczekał chwilę. Czy Stefanović nie powie czegoś więcej?

W końcu Mahmud powiedział:

– Słyszałem już twoje nazwisko. Pracujesz dla no-wiesz-kogo?

– Tak chyba można powiedzieć. Chcielibyśmy się z tobą spotkać. Zdaje się, że możesz nam pomóc w jednej ważnej sprawie. Masz niezłe znajomości. Jesteś dobry w tym, czym się wcześniej zajmowałeś.

Mahmud wpadł mu w słowo.

– Tylko ja nie mam zamiaru znów iść siedzieć. Żeby było jasne.

– Uspokój się. Nie chcemy, żebyś robił coś, za co się siedzi. Nic z tych rzeczy. Chodzi o coś całkiem innego.

Jedno, co pewne: to nie była całkiem normalna robota. A z drugiej strony: wyglądało na łatwy cash.

– Okej. Powiedz coś więcej.

– Nie teraz. Nie przez telefon. Zrobimy tak. Włożyliśmy do twojej skrzynki bilet na niedzielę. Przyjdź tam o drugiej, to ci wszystko wyjaśnimy. Na razie.

Jugol się rozłączył.

Mahmud zszedł do stacji metra. Ruchomymi schodami zjechał na peron.

Myślał: takiego wała, nie dam się znowu wpakować. Jugole chcieli go wpuścić w jakiś kanał – to na bank. Ale co szkodzi takiemu cwanemu shunne jak Mahmud spotkać się z nimi? Dowiedzieć się, czego chcą. Ile dają.

A co ważniejsze: gdyby został człowiekiem jugoli, nie musiałby się już przejmować przypałem z Gürhanem. Humor mu się poprawił. To mógł być jakiś początek.

5

Nie wyszło tak, jak Niklas sobie wyobrażał. Dzień po tym, jak się wprowadził do swojego nowego mieszkania, zjawiła się tam mama. Chciała u niego przenocować.

A przecież właśnie o to szło: żeby sobie nie działać na nerwy, nie naruszać swoich rewirów, nie mieszać sobie wzajemnie szyków. Ale jej nie mógł odmówić. Bała się, była przerażona. I nie bez powodu. Zadzwoniła na jego komórkę bezpośrednio z pracy.

– To ty, Niklas?

– Pewnie, że ja, mama, przecież dzwonisz na mój numer.

– No tak, ale ja jeszcze do tego nie przywykłam. Jak dobrze, że już jesteś z powrotem w Szwecji. Zdarzyła się straszna rzecz.

Niklas poznał po głosie, że stało się coś nadzwyczajnego.

– Co takiego?

– Policja znalazła w naszym domu zwłoki jakiejś zamordowanej osoby. To takie straszne. Zabity człowiek leżał w piwnicy całą noc.

Niklas zesztywniał. Myśli nabrały ostrości. A jednocześnie: zawaliły się. To było nieprzyjemne.

– To jakiś koszmar, mamo, chora sprawa. I co mówią?

– Kto? Sąsiedzi?

– Nie, policja.

– Nic nie mówią. Przez pół nocy stałam i marzłam na dworze. Wszyscy staliśmy. Berit Vasquéz dostała histerii.

– Cholera, koszmar. Ale coś więcej rozmawiałaś z policją?

– Dzisiaj po pracy mam iść na przesłuchanie. Ale boję się sama w domu spać. Nie mogłabym nocować u ciebie?

Zupełnie mu to było nie po myśli. To nie tak.

– No jasne. Prześpię się na materacu albo na karimacie. Po co w ogóle poszłaś dzisiaj do pracy? Trzeba było wziąć parę dni zwolnienia.

– Nie, to niemożliwe. Poza tym nie chcę siedzieć w tym domu. Wyjście do pracy dobrze mi zrobiło.

W głowie Niklasa jedno pytanie. Musiał ją o to spytać.

– Wiedzą, kto to jest, ten zamordowany?

– Policja nic nie powiedziała. Ja w każdym razie nie wiem. Nic nam nie mówili. To mogę przyjść po pracy?

Powiedział, że nie ma problemu. Wyjaśnił, jak trafić. Westchnął ciężko w duchu.

Niklas wciągnął szorty i T-shirt: czarne logo DynCorpu na piersi. Uwielbiał swoje akcesoria. Skarpetki do biegania, bez szwów, żeby uniknąć otarć, z dodatkowymi ściągaczami, żeby się trzymały. Buty Mizuno Wave Nirvana – nerdowska nazwa, ale to najlepszy but w ofercie specjalistów z Löplabbet7.

Pierwsze, co zrobił, gdy wrócił do kraju, to – chociaż rzadko wychodził z domu na dłużej – kupił sobie te buty i inne rzeczy do biegania. Przetestował je na bieżni w Löplabbet, przedyskutował szerokość podeszwy, wpływ pronacji na krok oraz kształt sklepienia stopy. Wielu uważało, że jogging to fajny sport, bo jest prosty i tani, nie wymaga zbędnych gadżetów. Nie dla Niklasa: jemu gadżety sprawiały dodatkową frajdę. Skarpety, szorty z ekstra rozcięciami, żeby nie ocierały nogi, pulsometr i, rzecz jasna, buty. Koszt: ponad tysiąc pięćset. Warte każdej korony. Biegał już z kilkanaście razy, odkąd wrócił. Tam, na południu, też czasem to robił, ale ostrożniej. Jeżeli wbiegłeś parę metrów w złą ulicę, to mogło się tragicznie skończyć. Dwóch Brytyjczyków z jego grupy znaleziono z poderżniętymi gardłami. Buty skradzione. Skarpetki na stopach jeszcze ciepłe.

Stanął przed lustrem, żeby zapiąć na piersi pas pulsometru. Przyjrzał się sobie. Wysportowana sylwetka. Niedawno ścięte włosy – takie krótkie, że ledwie było widać, jak są jasne. Ale zdradzały go niebieskie oczy. Migawki innej twarzy w lustrze: czarne smugi namalowane pod oczami, włosy brudne, stalowe spojrzenie. Gotowy do walki.

Na końcu założył pulsometr. Wyzerował go. Ten gadżet dawał mu poczucie intensywności, właściwego tempa. A co najlepsze: bezpośredni feedback na treningu.

Wyszedł. Zbiegł lekko po schodach. Otworzył drzwi w bramie. Ładny dzień.

Jogging: jego kontrola nad samotnością. Jego lekarstwo. Jego odprężenie w dezorientacji wywołanej powrotem do kraju.

Zaczynał powoli. Czuł lekki ból w udach po ostatniej rundzie, w Örnsbergu. Pobiegł w stronę szkoły na Aspudden. Duży budynek z żółtej cegły, z masztem na szkolnym dziedzińcu. Niższy, drewniany, nieopodal – może świetlica albo sale młodszych klas. Minął go. Drzewa pokryte już wątłym listowiem. Zieleń piękniejsza niż wszystko inne. Cieszył się, że jest w domu.

Zbocze opadało stromo. Ku czemuś w rodzaju doliny. Po drugiej stronie: pagórek porośnięty lasem. Na dnie doliny otwierał się teren działkowy – marzenie wszystkich matek z czynszowych kamienic: załatwić sobie taką działkę. Małe domki, węże ogrodowe i grządki, na których wszystko już zaczęło rosnąć. Zieleń w Szwecji jest taka zielona.

Odruchowo zaczął oceniać teren. Widział go jako FEBA: Front Edge na Battle Area. Teatr walki. Idealny na zasadzkę, niespodziewany atak z góry, z obu stron, na nadciągającego przeciwnika albo wrogi konwój na dnie doliny. Na pierwszy rzut: helikoptery AH–64 Apache – 30-milimetrowe działka automatyczne M230, szybkostrzelność: ponad dwa tysiące pocisków na minutę. Kosiły ciężarówki i jeepy. Roztrzaskiwały je. Unieruchamiały. Następnie ostrzał ze śmigłowców rakietami Hellfire rozwalał większość czołgów. Potem: ludzie na zboczach robili swoje za pomocą 20-milimetrowej amunicji przeciwpancernej i podlufowych granatników. Załatwiali tanki ostatecznie. I wreszcie, last but not least: piechota. Ci pilnowali, żeby jeepy spłonęły doszczętnie, ostrzeliwali nepla, który jeszcze stawiał opór, uważali, żeby zbyt wielu nie uciekło. Zajmowali się niedobitkami. Wrakami. Jeńcami.

Tak należałoby to zrobić. Położenie wymarzone. Pośrodku terenów działkowych. Prawie zatęsknił za tym.

Biegł dalej, w stronę pagórka po drugiej stronie. Wciąż widział sceny wojenne. Obrazy innego rodzaju. Zalanych krwią ludzi. Poparzone twarze. Porozrywane części ciała. Mężczyzn w podartych półwojskowych mundurach, którzy krzyczeli po arabsku. Ich dowódców z pistoletami w rękach i odznakami na naramiennikach, krzyczących: Imshi – naprzód.

Czołgających się żołnierzy. Rannych. Dymiące ciała.

Wszędzie.

W panice.

Wykrzywione twarze. Ziejące rany. Puste oczy.

Shit.

Biegł dalej. W dół, ku wodzie.

Gałęzie kryły alejkę jak sklepienie. Podążał w stronę jakiegoś osiedla.

Czuł, jak ogarnia go zmęczenie. Sprawdził zegarek. Biegł już dwadzieścia jeden minut. Zarejestrował czas w połowie dystansu. Pora wracać. Oddech spokojny. Wytrzyma jeszcze raz ten teren z ogródkami działkowymi?

Pomyślał: jak właściwie ze mną jest? Służba w DynCorpie oddziaływała na psychikę, o tym wiedział. Dość się nasłuchał opowieści o facetach, którzy nie dali sobie rady z powszednim życiem w swoich krajach.

Jeszcze najwyżej dwieście metrów do bramy. Zwolnił. Ostatni kawałek już szedł. Niech spadnie cukier we krwi. Oddech się wyrówna. Uwielbiał swoje gadżety. Oddychający materiał, koszulka nie zatrzymywała potu.

Niebo błękitne, czyste. Na skwerach soczysta zieleń.

Wtedy go spostrzegł. Na szafce kablowej.

Kurwa mać.

Myślał, że w Szwecji ich nie ma.

Tam, na południu, roiło się od nich. Ale to różnica – wtedy był we wzmacnianych kevlarem spodniach kammo, wpuszczonych w twarde, wysokie army boots. Uzbrojony – jeśli zbliżyły się za bardzo, nie miał dla nich litości. Substancją tych ich małych móżdżków spryskiwał żwir. Wtedy mu prawie nie wadziły.

Ale teraz.

Szczur gapił się.

Niklas stał bez ruchu.

Bez kamaszy – w niskich butach biegowych Mizuno.

Bez wzmacnianych spodni wpuszczanych w cholewę – tylko w szortach.

Bez pistoletu.

Szczur nieruchomy. Wielki jak kot, pomyślał.

Panika wolno narastała.

Ktoś się poruszył za drzwiami w bramie.

Szczur zareagował. Zeskoczył z szafki.

Zniknął za węgłem budynku.

Niklas otworzył drzwi i wszedł. W środku jakaś dziewczyna właśnie wyrzucała śmieci. Miała może dwadzieścia pięć lat, ciemne długie włosy, czarne jak węgiel brwi, brązowe oczy. Ładna. Może była haij, jak tam, na południu, Amerykanie nazywali arabskich cywilów.

Ruszył po schodach w górę. Spocony. Ale raczej nie z powodu zmęczenia po biegu. Prędzej od szczurzego szoku.

Dziewczyna szła za nim. Przebierał w pęku swoich kluczy.

Ona stanęła przed swoimi drzwiami, na tym samym piętrze. Popatrzyła na niego. Otworzyła drzwi.

Ubrana w spodnie dresowe, obszerną bluzę ze ściągaczem i flip-flopsy.

Wtedy zrozumiał – to przecież jego sąsiadka. Powinien się przedstawić, choć nie wiedział, jak długo tutaj zostanie.

– Dzień dobry, może się przedstawię – zaczął.

Właściwie zanim się zorientował, usłyszał własny głos mówiący:

– Salam alejkum. Kef alek?

Jej twarz przybrała nagle całkiem inny wyraz – szeroki, zdziwiony uśmiech. Jednocześnie: wzrok wbity w podłogę. Rozpoznawał to zachowanie. Tam, na południu, kobieta nigdy nie patrzyła w oczy mężczyźnie, z wyjątkiem prostytutek.

– Mówisz po arabsku?

– Tak, trochę. W każdym razie potrafię pogawędzić z sąsiadką.

Zaśmiali się oboje.

– Miło mi. Nazywam się Jamila, pewnie będziemy się spotykać, w pralni i w ogóle.

Niklas powiedział jej, jak się nazywa.

Jamila zaczęła zamykać drzwi. Powiedziała:

– Do zobaczenia. – Potem weszła do siebie.

Niklas na klatce, przed swoimi drzwiami.

Trochę jakby ucieszony. Mimo szczura, którego zobaczył na dole.

Cztery godziny później w kuchni: on i mama. Niklas pił coca-colę. Ona przyniosła butelkę wina. Na stole torebka z ciastkami migdałowymi, które też kupiła. Wiedziała: Niklas je uwielbia, ten suchy słodki smak, gdy ciastko przykleja się do podniebienia. Przysmak dla emerytów, uważała mama. Śmiał się.

Mieszkanie było umeblowane oszczędnie. W kuchni zniszczony drewniany stół. Pełen okrągłych śladów po zbyt gorących kubkach. Cztery krzesła – koszmarnie niewygodne. Niklas powiesił T-shirt na oparciu krzesła matki, żeby było jej wygodniej.

– No, to opowiedz. Co tam się właściwie wydarzyło?

To podziałało jak naciśnięcie guzika. Matka pochyliła się nad stołem, jakby w ten sposób mógł lepiej słyszeć. Wylało się z niej. Bezładnie i emocjonalnie. Mętnie i lękliwie.

Opowiedziała, jak obudziła ją sąsiadka. Usłyszała od niej, że coś się stało w piwnicy. Potem zjawiła się policja. Informowali wszystkich: „Nie ma powodu do niepokoju, proszę państwa”. Zadawali dziwne pytania. Sąsiedzi stali na zewnątrz, na ulicy. Rozmawiali ściszonym, wystraszonym głosem. Policja odgrodziła cały kwartał. Dźwięk syren na ulicy. Uwijający się uzbrojeni policjanci. Robili zdjęcia na klatce schodowej, w piwnicy, na zewnątrz. Musiała okazać dowód tożsamości. Podać swój numer telefonu. Potem widzieli, jak z piwnicy zabierają na noszach zawinięte ciało.

Między słowami pociągała wino. Zwieszała krzywo głowę nad kieliszkiem. Jej wadliwą postawę widać było nawet, gdy siedziała.

No i dziś wzięli ją na przesłuchanie. Wypytywali. Czy domyśla się, kim może być zamordowany? Dlaczego w jej kamienicy leżał trup mężczyzny? Czy coś słyszała, widziała? Czy ktoś z sąsiadów ostatnio zachowywał się dziwnie?

– To było nieprzyjemne?

– Bardzo. No, sam pomyśl. Policja cię przesłuchuje, jakbyś był zamieszany w morderstwo albo bóg wie co. Pytali mnie raz po raz, czy nie wiem, kto to może być. A niby skąd mam wiedzieć?

– Znaczy, nie wiedzą, kto to jest?

– Nie mam pojęcia, ale zdaje się, że nie. Bo by się tak niedopytywali. Straszne to. Jak oni mogą czegoś takiego nie wiedzieć? Co za pożytek z tej policji?

– Widziałaś tego zabitego?

– Tak. A zresztą nie. Widziałam coś, co mogło być twarzą, ale oni tak wszystko pozakrywali. Sama nie wiem. Zdaje się, że to był mężczyzna.

– Mamo, chciałbym poprosić cię o jedną rzecz. To może zabrzmi trochę dziwnie, ale naprawdę chciałbym, żebyś o tym pamiętała. Wiesz, z moją przeszłością byłoby lepiej, gdybyś...

Przerwał. Dolał sobie coli. Zabulgotało w puszce.

– ...Nie chcę, żebyś mówiła policji o mnie. Nie wspominaj lepiej, że wróciłem. Nie mów, że u ciebie mieszkałem. Możesz mi to obiecać? – Niklas podniósł wzrok na Catharinę.

Siedziała bez słowa. Patrzyła na niego.

6

Zrobili przerwę na kawę. Thomas i Ljunggren, jak zwykle. Mimo że dopiero mijała druga, Ljunggren pił ósmą kawę tego dnia. Thomas się zastanawiał: czy on ma żołądek ze stali?

Kafejka: lokal taksówkarzy koło Liljeholmen. W kącie telewizor z hałaśliwym włoskim meczem ligowym na ekranie. Niewygodne metalowe krzesła i stoliki z obrusami w kratę. Na stolikach porozrzucane wieczorówki: „Expressen”, „Aftonbladet” i katalogi Clasa Ohlsona. Idealne miejsce na zrelaksowane policyjne wyczekiwanie – aż się wydarzy coś godnego, by się ruszyć.

Radiotelefon Ljunggrena leżał na stoliku. Wezwania z centrali były zagłuszane przez podniecone komentarze piłkarskich sprawozdawców. Fiorentina pokazywała, że chce być na topie włoskiej ligi: spuszczała manto drużynie Cagliari. Duńczyk Martin Jørgensen właśnie strzelił bramkę i było 2:1. W pięknym stylu.

Każdy czytał swoją gazetę. Jak zwykle – nie gadali wiele. Celebrowali tę chwilę spokoju.

Jednak Thomas czuł się rozkojarzony. Artykuły w gazecie tylko przepływały. Przerzucał strony odruchowo. Nie miał też siły słuchać gadki o Fiorentinie. Wciąż myślał o tej historii w piwnicy. Zazwyczaj puszczał wszystko w niepamięć, gdy tylko wracał na komendę. Brał prysznic, wycierał się, wkładał cywilne ciuchy. Pobicia, morderstwa, gwałty, wszystko spływało z niego razem z pianą z mydła. Ale to go gryzło. Powracał obraz tej zmasakrowanej twarzy. Na każdej stronie gazety widział krwawe strzępy, wgnieciony, potrzaskany nos, tę opuchliznę wokół oczu. Ślady od igły na ramieniu. Zakrwawione, ścięte opuszki. Puste dziąsła.

Thomas uważał, że dla prawdziwych glin to dziwny zwyczaj: jak tylko zaczynało być ciekawie, wszystko przekazywano tym palantom z kryminalnej. Gryzipiórkom, to znaczy inspektorom kryminalnym – gościom, którzy z ulicy zdezerterowali do przerzucania papierów. Byli to najczęściej starsi inspektorzy z bólami kręgosłupa lub kolan – jakby całodzienne siedzenie za biurkiem dobrze robiło na kręgosłup. Albo mieli za sobą tak zwany syndrom wypalenia. Wszyscy przecież wiedzieli, że to brednie. Ale czasami: młode bubki, zaraz po wyższej szkole policyjnej. Byli zbyt wątli do prawdziwej roboty. Zdawało im się, że będą Kurtem Wallanderem albo Martinem Beckam8. Thomas wiedział: dziewięćdziesiąt procent ich dochodzeń to zaginione rowery i kradzieże sklepowe. Fascynujące jak cholera.

Radio zameldowało:

– Mamy tu pijanego kierowcę. Wydaje mu się, że jest Ayrtonem Senną, na E-4, w kierunku południowym. Ktoś jest w pobliżu Liljeholmen? Odbiór.

Akurat była przerwa w meczu. Thomas słyszał radio wyraźnie.

Po minie Ljunggrena poznał, że on też.

Wykrzywili się zgodnie, jak zwykle.

Odpowiedzieli:

– My nie możemy tego wziąć. Jesteśmy koło Älvsjö. Odbiór.

Drobne kłamstewko, szybki unik. W centrali nie mieli pojęcia, jak blisko byli naprawdę.

Thomas pomyślał: niech będzie, że to niskie morale zawodowe. Niech będzie lenistwo. Krętactwo. No, ale mają, czego chcieli – jeśli się nigdy nie inwestuje w policję, to trudno spodziewać się cudów. A jakiś facet na bani, który z autostrady robi sobie tor wyścigowy, i tak nie dostałby więcej niż miesiąc – no to o co chodzi?

Ljunggren spokojnie nalał sobie dziewiąty kubek. Siorbał.

Przez ostatnie godziny służby tego dnia Ljunggren miał jeździć sam. Thomas w tym czasie musiał złożyć raport. Lub, jak mówiono pospolicie, ulżyć sercu. Opowiedzieć o swoich wrażeniach z nocy trzeciego czerwca. Zdać komuś z kryminalnej dokładniejszą, lepszą, bogatszą w szczegóły relację. Potrzebowali czegoś więcej niż tylko zrobionych przez techników fotografii, pisemnych raportów i protokołów z przesłuchań.

Polecono mu stawić się w głównej kwaterze, to jest w Kronobergu. To znaczy: w raju palantów, gryzipiórków i panienek. Podrzuciła go tam koleżanka, której wcześniej nigdy nie widział. Nie miał siły gadać. Przywitał się grzecznie – przez resztę drogi milczeli.

Thomas sporządził wcześniej, na połówce A4, swoją notatkę urzędową. To był zwykły bullshit, standardowe sformułowania, żonglerka skrótami. „Insp. Andrén i insp. Ljunggren otrzymali wezwanie o godz. 00.10. Przybyli na adres ul. Gösty Ekmana 10 o godz. 00.16. Zbiegowisko gapiów przed bramą i ok. 8 osób na klatce schodowej”. Wyliczanka nazwisk funkcjonariuszy z czasem ich przybycia na miejsce, dowódca operacyjny, zabezpieczenie terenu, gromadzenie informacji i tak dalej. Następnie krótkie opisy. „Niż. podp. pierwszy na mscu przestępstwa. Próba udzielenia 1. pomocy. Msce przest. sfotografowane. Spostrzeżenia: ślady krwi i wymiocin na ścianie i podłodze. Twarz zwrócona do dołu, silna opuchlizna i rany. W tylnej kieszeni: paragony, niezidentyfikowane karteczki. Ambulans przyb. ok. godz. 00.29. Technicy na mscu ok. godz. 00.37”.

Thomas nie cierpiał spisywania notatek służbowych z dwóch powodów. Po pierwsze: nie radził sobie z klawiaturą. Proste sprawy urastały do problemów. Niechcący przycisnął Caps Lock. Minęły trzy minuty, zanim pojął, co się stało. Wcisnął przypadkiem klawisz Insert zamiast Backspace i każda kolejna litera wymazywała tekst już napisany z przodu. Nie mógł sobie poradzić z tym gównem. Wściekł się. Pół notatki musiał napisać od nowa, bo tekst mu znikał, gdy tylko coś zmieniał. Mało go szlag nie trafił. Kto powymyślał te klawisze?

Po drugie: nie chodziło tak naprawdę o to, co się właściwie stało. Tylko o to, aby pokazać, że przestrzegasz regulaminu. Właściwie olał pierwszą pomoc. Ale wszyscy by przecież olali. Musisz zadbać o własne bezpieczeństwo, to pierwsza reguła w policji – a co potem napiszesz w raporcie, to już inna sprawa.

Główne wejście na Polhemsgatan było świeżo wyremontowane. Błyszczący marmur posadzki, szlifowany metal i olbrzymie, specjalnie zaprojektowane białe lampy. Thomas nie mógł zrozumieć, na co oni wydają pieniądze. Niektórzy koledzy z Rejonu Południe nosili wciąż tę samą broń służbową od dwudziestu lat, a tutaj, u policjantów klasy lux, inwestowało się miliony w przebudowę wejścia. Czy szwedzki obywatel czuł się bezpieczniejszy dlatego, że policja miała luksusowe wejście? Na każdym kroku fałszywe priorytety.

Okazał w recepcji swoją odznakę policyjną. Poprosił, żeby zadzwonili do śledczego, z którym miał się spotkać, Martina Hägerströma. Pokój 547. Piąte piętro. Na pewno niezły widok.

Winda pełna była gryzipiórków, głównie kobiet. Nie rozpoznawał ani jednej twarzy. Czy teraz w policji zatrudniali same panienki? Utkwił wzrok w guzikach windy, konkretnie w tym z piątką. Przestrzegał surowej szwedzkiej etykiety – wejdź, obrzuć spojrzeniem stojących w windzie, następnie wbij wzrok w jakiś punkt na ścianie, tablicę z przyciskami albo certyfikat kontroli. Następnie nie odrywaj od niego oczu. Nie ruszaj się. Nie odwracaj głowy. Więcej się nie rozglądaj. Najważniejsze: pod żadnym pozorem nie patrz w oczy żadnemu ze współpasażerów.

Wszystkie przyciski się świeciły. Na każdym piętrze ktoś miał wysiąść. Wyszła z tego dłuższa przejażdżka.

Piąte piętro: znalazł właściwy pokój. Drzwi były zamknięte. Zapukał. Ktoś zawołał:

– Proszę.

Wewnątrz: chaos – taki bałagan, że w pokoju można by z łatwością ukryć motocykl. Przy jednej ścianie regał z książkami, gazetami i masą segregatorów. Pełne akt, grube teczki w stosach na podłodze. Resztę podłogi zaściełały notatki urzędowe, protokoły konfiskaty, materiały informacyjne, meldunki donosicieli, sprawozdania operacyjne, w plastikowych koszulkach i bez. Biurko zawalone stertą papierów: protokołami przesłuchań, notatkami śledczych i podobnym śmieciem. Wszędzie kubki po kawie, butelki z niedopitą wodą mineralną i skórki pomarańczy. Batoniki Fazera, pudełka ze snusem i pisaki – wszystko na kupie przed ekranem komputera. Gdzieś pod papierami musiała być klawiatura. Gdzieś w tym śmietniku musiał być inspektor kryminalny.

Nie wiadomo skąd wynurzył się jakiś szczupły facet. Musiał ukrywać się za drzwiami. Wyciągnął rękę.

– Witam. Thomas Andrén, prawda? Martin Hägerström, inspektor kryminalny.

– Świeżo upieczony? – Thomasowi nie przypadł do gustu ten zbyt luzacki styl: sztruksowe spodnie, zielona koszula z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami, burdel w pokoju, potargana fryzura. Niemundurowe rozmemłanie.

– Niekoniecznie. Ściągnęli mnie pół roku temu z wydziału wewnętrznego. Taki tu mają nawał pracy. Potrzebowali wsparcia. A u was jak jest? Na Skärholmen, tak?

Hägerström sprzątnął parę teczek z krzesła. Gestem ręki poprosił gościa, żeby usiadł. W głowie Thomasa rozbrzmiewały echem te dwa słowa: Wydział Wewnętrzny – Martin Hägerström był jednym z Nich. Członkiem piątej kolumny, quislingiem, kretem, zdrajcą – śledczym z wydziału wewnętrznego. Jednym z tych, którzy ścigali innych policjantów, własnych kolegów, własnych braci. Wydział wewnętrzny rekrutował swoich ludzi z odległych stron kraju, żeby nie mieli żadnych kumpli tam, gdzie pracowali. To była zadra w dupie każdego gliniarza. Wróg numer jeden wszystkich normalnych facetów. Najniższy szczebel wszelkich hierarchii.

Thomas spojrzał mu twardo w oczy.

– Okej. To taki jesteś.

Hägerström ani drgnął, jego spojrzenie było jeszcze twardsze.

– A tak. Taki jestem.

Wyciągnął skądś czysty notatnik i coś do pisania.

– To nie zabierze nam dużo czasu. Chcę tylko, żebyś opowiedział krótko, co widziałeś, z kim rozmawiałeś, jak byś opisał sytuację, którą zastałeś tam przedwczoraj – na klatce schodowej i w piwnicy. Dostałem twoją notatkę, ale jeszcze nie wszystko na miejscu jest zrobione i przesłuchaliśmy tylko jedną trzecią ewentualnych świadków. Nie mamy zresztą pewności, czy morderstwa dokonano tam, w piwnicy. Czasem potrzeba trochę ekstra materiału, żeby wytworzyć sobie pełen obraz.

Thomas także usiadł. Wyjrzał przez okno.

– Jakiego materiału ci potrzeba? Sam nie wiem więcej, niż jest w notatce.

Najlepszy sposób, by uniknąć niepotrzebnego bicia piany, to odsyłanie do notatki policyjnej. Thomas chciał stamtąd iść, to była tylko strata czasu.

– Zacznijmy może od tego, co działo się po waszym przyjeździe. Jak odnalazłeś zwłoki?

– Nie ma tego w notatce?

– Tu tylko jest napisane, cytuję: „trup znaleziony w piwnicy, koło komórki nr 14”. To wszystko.

– No bo tak było. Na klatce, na pierwszym piętrze, stała jakaś rodzinka w szlafrokach i chcieli wiedzieć, co się dzieje. Powiedzieli mi, że on leży tam, na dole. Zszedłem na dół. Drzwi były zamknięte, więc otworzyłem wytrychem. Najpierw zobaczyłem krew i rzygowiny na podłodze piwnicy. Potem ciało. Leżało twarzą do ziemi. Ale to masz chyba na zdjęciu?

Kryminalny nie dał się zbyć. Dopytywał się o szczegóły. Jak wyglądała rodzina na klatce. Jak jest rozplanowana piwnica. Jak było ułożone ciało. Thomas zrozumiał, że przyjął błędną taktykę – od początku powinien dawać mu więcej detali. Przecież to, kurde, zajmie cały wieczór. Po godzinie wypytywania Hägerström wstał z krzesła.

– Napijesz się kawy?

Thomas odmówił. Pozostał na miejscu. Hägerström zniknął z pokoju.

Thomas odpłynął myślami. Myślał o klubie strzeleckim. O pistolecie Infinity, o swoich innych pistoletach. Tęsknił za strzelnicą – za tym potężnym poczuciem koncentracji, gdy stojąc w nausznikach, z kalibru dziewięć milimetrów walił dziesięć razy pod rząd w łeb tekturowej figury. Mógł to powiedzieć śmiało: należał do najlepszych strzelców w sztokholmskiej policji.

Hägerström wrócił. Wyglądało na to, że chce jeszcze pogawędzić.

– Wiesz, was, patrolujących, często się nie docenia. Moim zdaniem wasze pierwsze wrażenia są ważne. Przecież my większość sprawców ciężkich przestępstw wsadzamy dzięki dochodzeniom. Dzięki zebranym informacjom ja mogę stąd, nie ruszając się z pokoju, powiązać jedno z drugim i podstawić klienta prokuraturze. Zza biurka, rozumiesz. Ale ja muszę dostać jakiś imput z ulicy, z życia. Od was.

Thomas tylko kiwał głową.

– Mam pomysły na nowe formy współpracy. Ludzi zza biurek z tymi z pierwszej linii. Kryminalnych ze służbą prewencji. Powinno się powołać grupy złożone z jednych i drugich. Bo dzisiaj cała masa wiedzy się marnuje.

– Skończyliśmy już? Mogę iść?

– Nie, jeszcze nie. Chcę z tobą przedyskutować jeszcze jedną sprawę.

Thomas westchnął.

Hägerström ciągnął:

– Przestępców stosujących przemoc dzieli się zwykle na dwa typy. Pamiętasz pewnie ze szkolenia. Zawodowców i psychicznych. Na przykład zawodowcy mogą być dobrze zorganizowani, mieć talent do manipulacji, czasami cechy psychopatyczne. Często są stosunkowo inteligentni, a przynajmniej, powiedzmy, cwani. Natomiast psychiczni to nierzadko samotnicy, w dzieciństwie mieli problemy albo przeżyli jakąś traumę. Przez wiele lat mogą egzystować, nie wchodząc w konflikt z prawem, a potem coś w nich pęka i popełniają akt ciężkiej przemocy albo przestępstwo seksualne. Rzecz w tym, że ich przestępstwa są różne. Oni ruszają się po różnych planach, popełniają różne zbrodnie. Całkiem odmienne typy morderstw. Zawodowi przestępcy, kierujący się motywacją ekonomiczną, mordują zwykle szybko i czysto, zostawiają swoje ofiary w miejscach, z którymi nikt ich nie skojarzy, i nie robią z tego wszystkiego bez potrzeby krwawej jatki. Chorzy psychicznie mają inną motywację. Może w tym być element seksualny, może być ciężka masakra, często atakują bliskich sobie ludzi albo w ogóle paru naraz. Mogą zostawiać ofiary tak, żeby je znaleziono, jako wiadomość dla otoczenia. Albo wołanie o pomoc. Wracając do tego naszego morderstwa, pewnie domyślasz się, o co chcę cię zapytać. Spontanicznie, jak odebrałeś to morderstwo: psychol czy zawodowiec?

To pytanie było dla Thomasa zaskoczeniem. Poczuł, że mu z niejasnych powodów pochlebia – ten palant z kryminalnej doceniał wagę jego zdania, jego intuicji. Ale zaraz odtrącił tę myśl. Koleś się podlizuje. Odpowiedział więc, jak należało – arogancko.

– No cóż, gość nie miał raczej wesołej miny, więc pewnie musiał się męczyć.

Hägerström nie zrozumiał żartu.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– No, chcę powiedzieć, że nie wyglądał zbyt wesoło, miał taki dziwny wyraz twarzy. Cierpiętniczy, można by rzec.

Znów zwarli się spojrzeniami. Żaden nie ustępował.

– Andrén, mnie nie bawi to twoje poczucie humoru. Odpowiedz mi na pytanie, i tyle.

– A nie odpowiedziałem? Ta piwnica była tak wymazana krwią, że to musiał być zawodnik psycho pierwszej wody.

Trzydziestosekundowa cisza – kawał czasu, jak na facetów, którzy się nie znają.

– Zaraz cię puszczę, nie bój się. Mam jeszcze tylko jedno pytanie. Co byś powiedział, tak spontanicznie, wstępnie, o przyczynie zgonu?

Nie miało sensu się z nim ścinać. Bo śledczy mógł go przetrzymywać, żeby mu zrobić na złość. Thomas powiedział zgodnie z prawdą:

– Nie wiem, szczerze mówiąc. Denat miał na ramieniu wyraźne ślady po zastrzykach, więc oprócz pobicia w grę wchodzi też przedawkowanie.

Hägerströmowi opadła szczęka, przez krótki moment wydawał się szczerze zdziwiony. Przyszedł do siebie. Znowu ostro:

– Chyba ci powiedziałem, co myślę o twoim poczuciu humoru?

Tym razem kolej Thomasa, by się zdziwić. O co gościowi chodzi? Przecież to nie był żart.

– Posłuchaj, Hägerström, powiem otwarcie. Nie lubię ludzi z wewnętrznego. Uważam, że powinniśmy być solidarni, nie zajmować się niszczeniem karier porządnych gliniarzy. Ale chcę być uprzejmy i odpowiadam na twoje pytania, chociażby po to, żeby móc stąd wyjść. Problem polega tylko na tym, że akurat teraz nie wiem, o co ci chodzi.

– Nie wiesz? Chodzi mi o to, żebyś odpowiedział na pytanie. Jak spontanicznie, wstępnie byś określił przyczynę śmierci? I nie wyjeżdżaj mi tu ze śladami po zastrzykach.

– Ale przecież mówię, że nie wiem. Wygląda na to, że pobicie, ale nie można też wykluczyć przedawkowania. Właśnie ze względu na te ślady po zastrzykach.

Hägerström nachylił się ku niemu. Powiedział, akcentując każde słowo:

– Nie było żadnych śladów po zastrzykach ani nakłuć. Na ciele nie ma uszkodzeń tego typu.

Znowu cisza. Obaj oceniali sytuację. Ich twarze: bliżej niż metr od siebie.

Wreszcie Thomas powiedział:

– Widzę, że nie czytałeś, co napisałem w raporcie. Ten trup miał prawą rękę pokłutą jak sito. Jeżeli on sam albo ktoś inny naszprycował go przez te wszystkie dziury dragami, to równie dobrze mogło to być przedawkowanie. Tak czy nie?

Hägerström pogrzebał wśród swoich papierów na biurku. Wyciągnął jeden, to była notatka Thomasa. Podsunął mu ją. Pół strony. Krótkie zdania, które rozpoznawał. Ale na końcu coś się nie zgadzało. Za mało słów. Zapomniał zasejfować ostatnie linijki? Czyżby problemy z tymi cholernymi poleceniami klawiatury spowodowały, że kawałek tekstu zniknął, czy może ktoś to wyczyścił?

Pokręcił głową. Ani słowa w notatce o nakłuciach.

Thomas podniósł głowę znad raportu.

– To jakaś lipa.

***

Protokół oględzin zwłok

4 czerwca

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zimna stal Szybki cash. Głód, nienawiść, pogoń Sztokholm delete VIP room Życie deluxe 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer