www.małpa2.pl

www.małpa2.pl

Autorzy: Krystyna Janda

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: PDF EPUB

Ilość stron: 402

cena od: 29.90 zł

Po wrześniowym zamachu w 2001 roku świat zmienił się nieodwracalnie. W swoim dzienniku internetowym, którego druga część zaczyna się właśnie od jesieni 2001, Krystyna Janda stara się nie dopuszczać do siebie pesymizmu i lęku, choć oprócz wielkich światowych dramatów życie wciąż przynosi codzienne zmartwienia. Jest jak zawsze pełna energii, niezwykle otwarta i wręcz zachłanna: na nowe, często bardzo trudne wyzwania, nowe doświadczenia, nowe znajomości z ludźmi, miejscami i książkami. Paradoksalnie źródłem radości staje się dla niej praca nad spektaklem Mała Steinberg, historią umierającej autystycznej dziewczynki, która siłą swojej osobowości oswaja chorobę i śmierć. Wytchnieniem i oparciem są dla wybitnej aktorki najbliżsi ludzie i ukochane zwierzęta, drobne rodzinne rytuały, zabawne sytuacje, błahe domowe problemy, jak najdalsze od wielkiej polityki i wielkiej sztuki. Jej zapiski - spontaniczne i zarazem pełen przenikliwych obserwacji, dowcipne i refleksyjne, przesycone są głęboką akceptacją dla tego, co przynosi życie, przekonaniem, że mimo wszystko "nie bez powabów jest ten straszny świat, nie bez poranków, dla których warto się zbudzić".

To pociągające mieć coś swojego, miejsce, w którym jestem panią i gdzie to ja wyznaczam reguły. Strona internetowa jest pewnego rodzaju kreacją. To rodzaj gazety codziennej, którą redaguję, wymyślam tematy. Codziennie sama, tyle tylko, że każdego dnia jest to inny dział mojej gazety, a tematy przynosi życie. Pisanie jest dla mnie wielką radością i chyba naturalną potrzebą, bo inaczej nie pisałabym tak systematycznie i z emocją, której nie udaje mi się ukryć.

Krystyna Janda, z wywiadu dla "Pani"

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2005 Wydanie I Warszawa 2005

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

2 października 2001, wtorek, 9.28

Dziś oficjalna premiera Małej Steinberg. Ale dla mnie to już czwarte przedstawienie z publicznością. Powoli zaczynam rozumieć, na czym ta rola polega. Pewnie zakończę pracę nad nią około pięćdziesiątego przedstawienia. Tak jest z każdą rolą. Z tym że jedne się systematycznie psują, rozjeżdżają, to one mnie w rezultacie pokonują. Tak jest z tymi, które były zbudowane na kłamstwie, oparte na wydumanym, sztucznym założeniu, inne pięknieją, wypełniają się, pogłębiają, ponieważ jestem cały czas w zgodzie z nimi, a publiczność ze mną. Zobaczymy, co będzie z Małą. Marzę o tym, żeby miała szczęśliwe, długie życie i przynosiła ludziom ulgę i pocieszenie. A widzowie mają także w trakcie tego spektaklu arie śpiewane przez Callas, których słucham razem z nimi jako Steinberg. Bardzo lubię te momenty.

W innej roli, w Lekcji śpiewu, na końcu mówię zdanie, które Callas powtarzała często swoim uczniom: Wybierając sztukę, przyczyniamy się do tego, żeby ten świat był lepszy i piękniejszy, zostawiamy go bogatszym i mądrzejszym dzięki sztuce. Mam nadzieję, że to zdanie przy realizacji Małej Steinberg mogę uznać za motto.

Mój starszy syn Adaś pisze właśnie test zorganizowany w całej Polsce dla szóstoklasistów. Cały dom stoi na rzęsach w oczekiwaniu na koniec tego egzaminu i jego powrót. Moja dzisiejsza premiera to fiume. Najmniej ważna rzecz w naszym życiu domowym i rodzinnym.

Adaś ubrał się rano w garnitur, krawat, białą koszulę, młodszy syn natychmiast powiedział mu, że wygląda jak ochroniarz, a mnie, która zwlokłam się, żeby zjeść z nimi śniadanie, mimo że wróciłam wczoraj po ostatniej próbie o trzeciej w nocy, zapytał, czy uważam, że wyglądam dobrze. Zdziwiłam się, że pyta mnie - o tej porze, i po takiej nocy właśnie. Przyglądał mi się jakiś czas, takiej zwłoce nieprzytomnej i udręczonej tą premierą, w milczeniu, po czym odparł, że właściwie moje zdanie na ten temat interesuje go... teoretycznie.

Ciekawe, wieczorem będą obaj na premierze, dali się namówić wyjątkowo, bo gram dziecko. Autystyczne dziecko chore na raka, opowiadające w zabawny sposób swoje życie, szukające sensu bycia na tej ziemi na godzinę przed śmiercią. Myślę, że idą, bo intryguje ich ten zestaw „trudności", te karkołomne zadania, jakie stawia przede mną tekst. To tak jakby szli obejrzeć „babę z brodą" albo „dwugłową kobietę". A może nie? Może zgodzili się pójść to zobaczyć, bo słyszeli tekst, kiedy uczyłam się go na wakacjach we Włoszech, chodząc brzegiem morza. Ciekawe, co powiedzą po...

Edward widział przedwczoraj, uważa, że to bodaj najwybitniejsza moja rola, był poruszony. A i ludzie z Synapsis, fundacji, dla której, dzięki której i z powodu której zajęłam się tym tematem, fundacji zajmującej się dziećmi autystycznymi, terapeuci, lekarze oglądają te ostatnie próby i bardzo chwalą to, co zrobiłam. Ciekawe. Zobaczymy, jak to przyjmie „normalna" publiczność.

Mam zamiar dzisiaj w oczekiwaniu na premierę cały dzień czytać sobie dalej wspaniałą książkę Joanny Olczak-Ronikier W ogrodzie pamięci. I to jest odpowiedź na pytanie dla tej pani z gazety, co wczoraj zadzwoniła, kiedy stałam na scenie podczas próby, i zapytała bez wstępu, nie uprzedzając, nie przedstawiając się, nie podając nazwy gazety ani nic: - Jak pani odpoczywa? - a ja na to bez wstępu, nie uprzedzając, wyłączyłam telefon.

Podobno Sharon Stone dziś w nocy miała wylew krwi do mózgu. Biedna.

3 października 2001, środa, 7.20

Z premierą wszystko dobrze. Chyba się udało. Dookoła wieczne, niekończące się rozmowy i dyskusje dotyczące zmian w instytucjach zajmujących się kulturą. Rozmowy na temat reorganizacji życia teatralnego w Polsce, zasad finansowania kinematografii, zmiany sposobu myślenia w wielu sprawach... Przecież narastający kryzys finansowy i czas, który ma nadejść, kolejne zapowiadane, tym razem drastyczne, zmniejszenie dotacji państwowych na kulturę i tak wymuszą te zmiany. Ale zmiany robione pod presją, z konieczności, z rozpaczy, zmiany dotyczące kultury i edukacji nie mogą wyjść na dobre nikomu. A wciąż nie ma dobrego planu, koncepcji, pomysłu, jak to „urządzić". Niebezpieczne wypowiedzi polityków o tym, że kultura ma sama się utrzymać i że tak jakoby jest na całym świecie (to bzdura totalna), przerażają, a pochodzą właściwie z ugrupowań, które wygrały te wybory. A zresztą i tak od dawna urzędnicy państwowi zajmujący się kulturą traktują dyrektorów teatrów, muzeów, twórców, jak ludzi, którzy nie wiadomo po co i dlaczego dostają jakieś pieniądze, właściwie w prezencie, a bezczelni jeszcze domagają się więcej. Wszyscy czujemy, że dłużej tak, bez zmian, być nie może, że cała konstrukcja choćby życia teatralnego w Polsce, a w każdym razie w Warszawie, za chwilę runie. Tylko czy jest plan, jak ratować Feniksa? Czy ma się rozpaść i z popiołów na nowo powstać? Nie, jeśli podczas tej, być może nawet krótkiej, chwili ulegną degradacji budynki teatralne, zaplecze. Nadchodzi niewątpliwie trudny moment. Jak go przebrniemy? Jedni mówią - nie ma lepszego modelu życia teatralnego niż angielski, inni - Skandynawia powinna być naszym wzorem. A i tak na restrukturyzację kategoryczną nikt nie ma odwagi, bo to dotknie twórców, ludzi. To zaklęte i brzydkie słowo RESTRUKTURYZACJA, kojarzone dotąd z górnictwem czy hutnictwem, jest teraz najczęściej używanym słowem wśród ludzi teatru. Zobaczymy, co nas czeka. Podobno nadejście tej katastrofy, tego prawdziwego załamania przewidywane jest na wiosnę przyszłego roku.

Z drugiej strony publiczność ciągle jeszcze przychodzi do teatru, młodzież wróciła do poezji i możemy myśleć nie tylko o tym, żeby ludzi bawić, tymczasem na nowo nadszedł, paradoksalnie, czas na trudne tematy.

Mimo wszystko, dobrego dnia.

4 października 2001, czwartek, 8.15

Moi drodzy, otóż w dzień świętego Franciszka, patrona aktorów, opowiem Wam o swojej próżności. Byłam w Asyżu wielokrotnie. Bardzo lubię to miasto, jego uroda za każdym razem mnie kładzie na łopatki. Nigdy tam nic nie kupowałam, żadnych pamiątek, przedmiotów, nie jadłam w żadnej z tamtejszych restauracji. Atmosfera handlu i interesów dookoła tego sanktuarium zawsze mnie denerwowała. I nagle w tym roku zobaczyłam w jednym z eleganckich butików przepiękny, jedwabny, wzorowany na chińskim, szal Christiana Diora za niemałe pieniądze. Dzieło sztuki. Tak ładnego nigdy nie widziałam. Czarny szal malowany w bladoróżowe motyle, szczyt kobiecości, delikatności, przyjemności, próżności i zbytku, czyli wszystkiego, co przeczy idei świętego Franciszka. Zamknęłam oczy i... go sobie ofiarowałam. Chodziłam z nim cały dzień, wtulając się w niego, blada i uszczęśliwiona, i tylko co chwilę, naprawdę maleńką chwilkę, przeszkadzało mi w moim zadowoleniu dziwne, niejasne jakieś poczucie winy, ale za każdym razem, kiedy się pojawiało, odganiałam je niecierpliwym machnięciem ręki. Pod wieczór schowałam szal do walizki i nie bardzo chciałam potem o nim pamiętać. Po powrocie do Polski okazało się, że go nie mam, że zginął w tajemniczy sposób, wsiąkł w ziemię, rozpłynął się w jakiejś przestrzeni. I... poczułam się lepiej. Myślę sobie, że to święty Franciszek mi go zabrał i dał bardziej potrzebującej. Niech tak będzie. Czasem tylko sobie o nim myślę i stwierdzam, że do wielu sukien wieczorowych by mi pasował. Ale sukien też mam za dużo, więc nie ma o czym mówić.

Dobrego dnia.

Ach, zapomniałabym, kolaudacja telewizyjna Zazdrości udana, podobało się bardzo. No i dobrze. Esther Vilar też się podobało, bo dostała już kasetę i dała znak.

6 października 2001, sobota, 15.29

Wczoraj widziałam się po latach z Istvanem Szabó, wspaniałym węgierskim reżyserem, posiadaczem Oscara za film Mefisto, w którym grałam. Bardzo się lubimy. Istvan jest człowiekiem skromnym, delikatnym, taktownym, rozsądnym. Spotkanie z nim było miłym wytchnieniem i ulgą po nadętych pozach wielu artystów w naszym środowisku filmowym i konieczności ciągłego oglądania i podziwiania ich pawich ogonów. Rozmawialiśmy między innymi o problemach węgierskiej kinematografii, zapytałam go, co zamierza kręcić, o czym teraz należy opowiadać, jakie powinno być to nowe europejskie kino. Odpowiedział ze smutkiem, że nie wie, że on może opowiadać tylko historie od siebie, przedstawiciela pokonanego, odchodzącego pokolenia, które w doświadczeniu miało komunizm, system totalitarny, a w związku z tym ma specjalne spojrzenie na wolność jednostki, na moralność, zabarwione tamtymi, bardzo specyficznymi kolorami ideały i nie umie opowiadać inaczej, z innej perspektywy. Ma poczucie przegranego życia, a takich facetów nikt dziś nie chce słuchać. Jego widownią są ludzie w jego wieku i tylko trochę młodsi. Nie wie, jakiego bohatera szuka współczesna Europa, a opowieści, na które teraz miałby ochotę, opowieści o prostym, zwykłym człowieku to filmy dla wąskiej widowni. Uważa też, że filmowanie wielkich dzieł literatury narodowej jest działaniem na szkodę narodu. Że jest w tym coś niemoralnego. Że prawdziwie wielka literatura jest przeznaczona do czytania i zubożanie jej ekranizacją jest przestępstwem wobec własnej kultury i własnego języka.

Bardzo to było smutne spotkanie, a jednocześnie spędziłam z pięknym, mądrym człowiekiem dwie godziny, przywracające sprawom najprostszy wymiar, ciepło, rozsądek i logikę.

Dołączam zdjęcie kwiatów, jakie mam właśnie w domu i którymi się cieszę, cieszę. Ginę z rozkoszy od ich zapachu.

A propos, gram Małą Steinberg jeszcze tylko dziś i jutro, w Teatrze Studio, a nie, jak wielu widzów myśli, w Powszechnym, i tam idą po bilety. Następne spektakle warszawskie 2, 3, 4 listopada, też w Teatrze Studio, a w międzyczasie Tychy, Ruda Śląska i Chorzów. Podoba się! Podoba! A i mnie jest z tą rolą dobrze. Lepiej. Wychodzę z domu na wieczorne przedstawienie po coś więcej niż zwykle. Teraz jeszcze to, co napisałam do programu tego spektaklu, wyjaśniając, dlaczego zajęłam się tym tekstem i po co zrobiłam ten monodram:

- od dawna szukałam tekstu, który by mnie obchodził bardziej jako człowieka niż jako aktorkę,

- szukałam tekstu na wieczór, podczas którego będzie chodziło o coś więcej, który będzie ludziom potrzebny „osobiście",

- boję się śmierci,

- jestem ciągle w szoku poporodowym i nic na świecie nie obchodzi mnie i nie wzrusza tak jak dzieci,

- co jakiś czas wkurza mnie artystowska postawa środowiska teatralnego,

- ...a może udałoby się dzięki temu, co rozumiem, umiem jako aktorka, dzięki dwudziestopięcioletniemu doświadczeniu zawodowemu, komuś pomóc?

- ...a może warto połączyć siły teatru, fundacji, nasze, i niech sobie pomagają nawzajem w sprawie ludzkiej codziennej i powszechnej, a SZTUKĘ na chwilę wysłać do diabła?

- ten tekst mnie zachwyca i wzrusza z każdym dniem coraz bardziej,

- lubię w nim i to, że w dużej części nie rozumiem go tak naprawdę, tylko przeczuwam,

- ...ja też uważam, że smutne rzeczy są piękne i wypełniają człowieka w taki sposób, w jaki wesołe nie są w stanie,

- szukanie sensu własnej śmierci jest piękną ideą,

- ...wielka jest myśl, że modlitwą może być wszystko, co robimy, byle robić to najlepiej, jak potrafimy,

- ...pewnego dnia w odpowiedzi na moje wątpliwości i niewiedzę dostałam list:

Pani Krystyno, to jest niezwykły tekst! NIEZWYKŁY! Poważny, mistyczny - wręcz kabalistyczny i znać, że autor miał wiele do czynienia z autorami takimi, jak Buber, Rosenzweig i inni. (...)

Sprawa Iskier Bożych jest w ogóle w judaizmie fundamentalna - mam wrażenie, że to klucz do tego tekstu. Każdy człowiek został stworzony tylko i wyłącznie do wypełnienia konkretnej misji, dzieła, czynu i niezależnie od tego, co będzie robił na świecie, wszystko zmierza do wyszukiwania Świętych Iskier i kierowania ich do Stwórcy. One mieszkają - tak jak mówi Mała - wszędzie: w ludziach, przedmiotach, wydarzeniach, jeśli człowiek jest w stanie dostrzec je i wydobyć - wypełnia się sens jego życia. To, co Ona mówi, to mały traktat w skrócie - o nich.

Człowiek może być autystycznym dzieckiem albo fizycznym pracownikiem - misja pozostaje ta sama. Przeczytałam tekst rabinowi, jeszcze chcąc się upewnić, znawcy kabały, który to samo mi powiedział, co i ja odczułam, że tekst ten, szczególnie trzy ostatnie strony, to są głębokie rozważania brzmiące nie jak przemyślenia dziewczynki, ale wielkiego mędrca, który zastanawia się w godzinie śmierci, czy jego misja została wypełniona. Sens i kształt tych przemyśleń wskazują na to, że Mała osiągnęła bardzo wysoki poziom widzenia świata poprzez przyjęcie Świętych Iskier. Rabin dodaje, że NA PEWNO swoją misję wypełniła.

Wielki Magid z Międzyrzecza twierdził, że już samo uwierzenie w obecność Świętych Iskier (Mała uwierzyła) wyzwala naturalną możliwość ich wydobycia. (Wydobyła cierpieniem, takim pogodnym) (...)

Ostatnie trzy strony Małej - to jej moment oświecenia.

To jak ja, my rozumiemy tę sztukę. Rozumienie to jest oparte na rozumieniu świata poprzez mistyczny judaizm. Mała Steinberg jest takim małym cadykiem (caddik - sprawiedliwy), zmagającym się ze swoim zdrowiem, losem, pogodą i prostotą przyjęcia tego losu, aby na końcu swej drogi zagłębić się w rozważania o Świętych Iskrach, szukając odpowiedzi na pytanie o sens swojego istnienia i swojej śmierci. Ona właśnie jest przekaźnikiem tych Świętych Iskier nie-zdającym sobie nawet z tego sprawy. Przypomina nam, że one - są!

Taka historia jeszcze a propos słów o panu Spud, że byłoby mu przykro, gdyby pani Stud nie zauważała piękna i jego natury:

„Pewnego razu Baal Szem (twórca chasydy-zmu) stał w oknie swojego domu przy rynku. Patrzył na biegającego w kółko człowieka - zawołał go do siebie i zapytał: Co robisz? Biegam za interesami - odpowiedział tamten. A Baal Szem spytał: Czy spojrzałeś dzisiaj choć raz w niebo? Tamten odpowiedział: Rebe, ja nie mam czasu, muszę biegać za interesami, za pieniędzmi! Baal Szem powiedział: Człowieku, za sto lat nie będzie ciebie, tego rynku, domu, tych ludzi i co jest w tym tak ważnego, żeby nie mieć czasu choć raz spojrzeć w niebo".

Mała spojrzała w niebo - zajęła się książką, którą dostała od swojego lekarza Bernsteina, uwierzyła.

Załączam kabalistyczną „definicję" Iskier.

Duch Boży przebywa obecnie na wygnaniu. Stało się to wskutek zniszczenia „naczyń" (rozpadu materii) pod wpływem promieniowania Ein Sof (mistyczne Imię Boga). Materia, upadając na dno wszechświata, skupiła w sobie moce zła. Emanacja Boża (Szechina) zanurza się w świecie materii. Boskie światło (Iskry) popada w niewolę mocy ciemności. Rzeczy świata znajdują się w stanie wygnania. Tworzą dramatyczny Izrael Bytów (naród obecności Bożej) w diasporze. I odtąd całe stworzenie wymaga odkupienia, powtórnego włączenia w nurt życia. W tym kosmicznym dziele najważniejsza rola przypada człowiekowi. Jego posłannictwem i rolą każdej istoty we wszechświecie staje się restytucja porządku świata. Przywracanie mu struktury zamierzonej przez Boga. Zbieranie rozproszonych wśród materii Iskier Szechiny (Świętych Iskier) i oddzielanie ich od zła (o tym mówi Mała, ona oddziela dobro od zła swoim pogodnym przyjęciem losu).

Talmud twierdzi, że każda wydobyta Święta Iskra to cegiełka, z której budowana jest świątynia w niebiosach. Mała przyczyniła się do tego swoim ja.

Nie wiem, czy jasno się tutaj wyraziłam, tekst jest niezwykle wzruszający, bardzo mądry i piękny. Chętnie - jeśli niewystarczająco jasno - wyjaśnię -może dokładniej. Proszę napisać. Pozdrowienia przesyłam wielkie. M B

Opowiadano mi, że ten tekst był najpierw słuchowiskiem radiowym, nagrała ten monolog mała dziewczynka, kiedy go emitowano w radiu, w całej Anglii ciężarówki zjechały na pobocza, bo kierowcy chcieli go w spokoju wysłuchać. Potem zrobiono film telewizyjny na podstawie tego słuchowiska, też z dzieckiem w roli głównej. Dopiero na końcu tekst trafił do teatru i tu odniósł prawdziwy sukces.

Po kilku wizytach w ośrodku i obserwacji chorych dzieci, ich zachowań i zachowań rodziców, zrozumiałam, że porywam się na coś, co daleko przekracza moje możliwości i kompetencje aktorki. A mimo to pomyślałam, że może warto:

- Agata - siedemnastoletnia dziewczyna autystyczna, z którą się zaprzyjaźniłam, umyła włosy pierwszy raz od roku i zmieniła ubranie na cześć pójścia do teatru.

- Podczas budowy ośrodka pomocy dzieciom autystycznym i ich rodzinom, ośrodka Fundacji Sy-napsis, byłam obecna przy wkopywaniu kamienia węgielnego, z ówczesnym prezydentem Warszawy wieszałam wiechę na więźbie dachowej, i ja w końcu przecinałam wstęgę, otwierając pierwszy skromny pawilon - w tym ośrodku spotkałam się na nowo ze światem ludzi dobrych, miłych, przychylnych światu i bezinteresownych. Dla których pomoc innym jest sensem życia. Za to spotkanie jestem bardzo wdzięczna, bo zapomniałam już, że taki świat, w tak czystej formie, istnieje.

- Interesując się tematem autyzmu, trafiłam na angielski film dokumentalny Historia małego Tito, który moim zdaniem oglądał Lee Hall i zainspirowany nim napisał ten tekst. Film pokazuje zupełnie wyjątkowego, dwunastoletniego autystycznego chłopca, żyjącego w Indiach. Dziecko o nadzwyczajnych zdolnościach literackich, zdumiewająco rozwinięte intelektualnie i o wielkiej wrażliwości. Jest to także film o jego matce. Postanowiłam wziąć Tito, a także jego matkę, za mój wzór przy pracy nad tą rolą. To niezwykły film.

Mężczyźni i kobiety zachodzą w głowę, co robię. Lekarze używają różnych terminologii, żeby mnie opisać. A ja po prostu się zastanawiam, lecz myśli mnie przerastają. Każdy mój ruch pokazuje, jak bardzo jestem schwytany w pułapkę. Mój świat jest światem wątpliwości, światem zmierzającym pędem do zagubienia. (...)

Kiedyś powiedział do mnie: - Mamo, nie czuję swojego ciała... Miał problem z odczuwaniem bólu. Widziałam, jak upadł i zranił się w kolano, lecz kiedy go zapytałam, gdzie go boli, nie potrafił mi pokazać.

Zrozumiałam, że on nie ma żadnego wyobrażenia o swoim ciele i zaczęłam go uczyć przed lustrem, gdzie jest jego twarz, ręka, dłoń. Innym razem poskarżył mi się: - Gdy widzę, przestaję słyszeć, gdy słyszę, nie widzę.

Tito uwielbia muzykę, spędza całe godziny, słuchając jej. Daje mu ona poczucie bezpieczeństwa, uspokaja. Autystycy postrzegają świat zupełnie inaczej niż my, żyją w ciągłej obawie, bo nie potrafią przewidzieć, co będzie się działo w każdej następnej minucie. Pewnego dnia Tito napisał:

W ciągu minuty tyle może się wydarzyć, To lub tamto,

Trochę tego i trochę tamtego.

Całe to i nic tamtego.

Lub całe tamto i nic tego.

Ponieważ to ty decydujesz, co jest ważne,

To czy tamto.

Kiedyś nagle wyznał: - Kiedy marzenia się rozpadają, to boli.

Innego dnia powiedział : - Źle wyglądam. Nie mogę sprawić, żeby moja twarz wyglądała dobrze. Nie lubię zniekształceń, a jestem zniekształcony. I pytał: - Czy ludzie się ze mnie śmieją? Czy jestem śmieszny? Czy wyglądam na wariata? Martwię się swoim wyglądem i sposobem mówienia.

Dawno, dawno temu,

Gdy jeszcze nic nie było,

A Bogu się nudziło,

Wtedy zrobił wszystko.

Potem znudził się

Tym wszystkim,

Co było idealne,

I postanowił niektóre rzeczy zdeformować.

Zrobił trochę takich jak ja,

Którzy podobno stracili rozum.

Wstydzę się próbować tę rolę. Wstydzę się przed samą sobą. Będę się wstydziła to grać. Jest w tym coś nienaturalnie, nieteatralnie intymnego.

Widziałam spektakl londyński grany też przez aktorkę w moim wieku. Ludzie słuchali jej, śmiali się i płakali. Patrzyłam na tę salę zdumiona. Ona nie robiła nic specjalnego, właściwie w ogóle nie robiła nic, tylko mówiła. Dlatego się odważyłam.

Kończę tę bezradną pisaninę wierszem Tito. Bezradna wobec zadania, które przede mną stoi.

W miejscu zwanym Gdzieś mieszkało szczęście.

To Gdzieś było rajem.

Lecz pewnego dnia, z miejsca zwanego Znikąd przyszedł smutek.

Szczęście poprosiło smutek, aby opuścił miejsce zwane Gdzieś.

Smutek wrócił do Nikąd i zamieszkał w sercach ludzi dobrych i litościwych,

Ponieważ oni nigdy nie odmawiają nikomu miejsca.

Jeśli więc czujesz cierpienie człowieka, który stracił rozum,

Jeśli boli cię serce na temat łzy w czyichś oczach,

Jeśli jesteś gotów przyjąć taką osobę i jej pomóc,

Możesz być pewien, że nosisz w sercu smutek.

7 października 2001, niedziela, 10.03

Byłam sobie wczoraj po południu na ostatnim Woodym Allenie. Musiałam się pośmiać. Organizm się tego domagał. I rzeczywiście bawiłam się wyśmienicie, tyle tylko, że sama. Na sali kinowej wśród kilkudziesięciu osób śmiałam się i cieszyłam, dając temu głośno wyraz, tylko ja. Czy jestem jakaś inna od innych? Zastanowiło mnie to. Tego się boję. To dla aktorki niebezpieczne.

Spotkania po Małej... z publicznością bardzo dobre. Zostaje dużo ludzi. Zadają pytania. Świetnie.

Dobrego dnia. Czytaliście tę Orianę Fallaci w „Wyborczej"? To po 11 września napisane?!

8 października 2001, poniedziałek, 7.15

Wczoraj, kiedy grałam Małą, Amerykanie rozpoczęli operację wojskową w Afganistanie. Cały świat czekał na to prawie od miesiąca. Życzę z całego serca powodzenia tej akcji i jak najmniejszych ofiar w niewinnych ludziach. Mam nadzieję, że to prawda, iż jednocześnie z atakiem Ameryka zaczęła ogromną akcję humanitarną dla uciekinierów z Afganistanu i ludności cywilnej.

Dobrego dnia. Jadę grać Opowiadania do Włocławka. Całą noc spędziłam znów przed ekranem telewizora, śledząc wydarzenia.

9 października 2001, wtorek, 8.25

Przede wszystkim Włocławek i publiczność tam - boska. Dwie nabite zadowolone sale. Jak zwykle.

Ten teatr jest po prostu nadzwyczajny. Jest to teatr impresaryjny. W poprzednim sezonie zagrali ponad dwieście spektakli sprowadzonych z całej Polski. Grają tam większość premier warszawskich, do których dekoracje mieszczą się na tamtejszej scenie. Od kilkunastu lat gram tam wszystko, co umiem, jeśli tylko scenografia na to pozwala. Jeśli nie, ci najbardziej zagorzali widzowie wynajmują autokar i przyjeżdżają do Warszawy. Nieprawdopodobne. I jak zwykle jest to zasługa ludzi. Dyrekcji tego teatru, która od lat się stara, aby było to miejsce niezwykłe, atrakcyjne, wypracowuje nawyk chodzenia do teatru, pozytywny snobizm.

Zdjęcie z wczoraj. Zrobiłyśmy je sobie tuż po zakończeniu spektaklu, w dekoracji.

Przysłano mi mailem szmonces. Słodki, więc go Wam daję w prezencie. Uśmiechnijcie się mimo tej wojny.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziennik 2007-2010 Dziennik 2005 - 2006 www.małpa2.pl Dziennik 2003-2004 Dziennik 2000-2002 Pani zyskuje przy bliższym poznaniu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Gdańsk jako wspólnota Strach. Trump w Białym Domu Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary