Siostro, siostro

Siostro, siostro

Autorzy: Oksana Zabużko

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 306

cena od: 29.90 zł

Siostro, siostro to zbiór siedmiu opowiadań znanej ukraińskiej pisarki, autorki bestsellerowych i kontrowersyjnych Badań terenowych nad ukraińskim seksem.

Tom zadziwia odważnym doborem tematów i różnorodnością ich przedstawienia. Mamy tu liryczną bajkę o dwóch siostrach - jednej pięknej i dumnej, drugiej zwykłej i kapryśnej - oraz ciążącym nad nimi przeznaczeniu. Opowiadanie, napisane poetyckim, archaizowanym językiem - strumieniem świadomości z elementami ludowymi, przywodzi na myśl dobrze wszystkim znane bajki i legendy, przypomina Balladynę czy biblijną historię Kaina i Abla. Mamy nastrojowe opowiadanie inicjacyjne o uczuciu dwóch szkolnych koleżanek oraz jego tragicznych, ale i zbawczych skutkach. W innej - skrajnie odmiennej - opowieści współczesna niezależna kobieta, autorka i prezenterka programu telewizyjnego, doszukuje się właściwości magicznych w odbiorniku telewizyjnym, w który ciągle wpatruje się jej ukochany mąż. Kolejny tekst - na poły realistyczny, na poły oniryczny - to zakorzeniony w powojennej historii Ukrainy intymny i niezwykle bolesny opis aborcji oraz jej konsekwencji. Wysoko oceniony przez czytelników i krytyków literackich tom Siostro, siostro, porównywany z opowiadaniami Angeli Carter, potwierdza niezwykłą wyobraźnię i klasę Oksany Zabużko.

Od autorki

Mowa - bez względu na jej przynależność narodową - jest miłością mojego życia. Nic innego nie posiada tej mocy, by zjednoczyć muzykę i mit, dwa zjawiska, dzięki którym istnienie jest znośne.

Oksana Zabużko

Mian Mian

Cukiereczki

Christine Angot

Kazirodztwo

Majgull Axelsson Dom Augusty

Maryse Conde

Ja, Tituba, czarownica z Salem

Petra Hfilova

Czas Czerwonych Gór

Grażyna Jagielska

Fastryga

Alona Kimchi

Płacząca Zuzanna

Melania Mazzucco

Tak ukochana

Marsha Mehran Zupa z granatów

Helen Oyeyemi Mała Ikar

ZZ Packer

Pijąc kawę gdzie indziej

Halina Pawlowska

Zdesperowane kobiety postępują desperacko

Grażyna Plebanek

Dziewczyny z Portofino

Pudełko ze szpilkami

Ena Lucia Portela

Sto butelek na ścianie

Sonia Raduńska

Białe zeszyty

Ahdaf Soueif Mapa miłości

Tytuł oryginału: Cecmpo, cecmpo Copyright © 2004 by Oksana Zabuzhko Copyright © for the Polish edition

by Wydawnictwo W.A.B., 2007 Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo W.A.B., 2007 Wydanie I Warszawa 2007

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

siostro, siostro

Powinnaś była mieć siostrę – cztery, nie, pięć lat młodszą. Nad całym twoim dzieciństwem krążyły bezcielesne kobiece imiona, zmieniając się miejscami i nawołując – nie wiedziałaś, z czym je połączyć, a lalkom nie miałaś odwagi ich nadawać: to nie były „lalkowe” imiona, to znaczy nie te wzięte od żywych ludzi, tylko jakieś nie wiadomo skąd – jakby w jęku samoistnie pojawiającego się imienia, które na długo brało w posiadanie twój wewnętrzny słuch (a wszystkie one rozbrzmiewały jak jęk, najczęściej powtarzało się „Iwanna”), ktoś się do ciebie dobijał – ktoś, kto pragnął zostać nazwany. W drugiej klasie musiałaś zmienić szkołę i wtedy po raz pierwszy zmianę otoczenia odebrałaś jako wyzwolenie, jako nagłe otwarcie sfery, w której można poprawić własny życiorys na taki, jaki powinien być; opowiedziałaś nowym koleżankom, że masz siostrzyczkę Iwankę, która jeszcze nie chodzi do szkoły, i tak oto niechcący zrobiłaś to, na co twoim rodzicom nie wystarczyło odwagi: powołałaś do życia płową główkę, całą w puszystych loczkach, rozświetlonych słońcem. Potem pewnie by pociemniały, tak jak swego czasu twoje – ale później fantazje zostały zdemaskowane, a kiedy wysechł codzienny strumyk słów, którego skąpy nurt był jedynym miejscem, gdzie Iwanka mogła się poruszać (do koleżanki z ławki, poprzez poranne ziewnięcia: „Iwanka się wczoraj rozkaprysiła, nie chciała spać – bawiłyśmy się aż do dziesiątej”), płowa główka w puszystych kędziorkach też zgasła, na zawsze zniknęła z tego wymiaru, w którym można rosnąć i się zmieniać.

Tak została zabita po raz drugi.

Bo tak naprawdę to m i a ł a ś siostrę. Rosły jej skrzela, a zamiast nóg – podwinięty, skurczony ogonek – jak u raczka czy konika morskiego. Dziewczynka-kijaneczka, o wysokim czole, jak wszyscy w waszej rodzinie. Jej oczy pewnie się jeszcze nie otworzyły, bo przecież nie miała nawet na co patrzeć: wokół panował mrok. I wilgoć. I ciepło. Komórki miały jeden cel: podział, niepowstrzymany i nieprzerwany; tam, w środku, musi to chyba przypominać szarpiące ciałem mimowolne dreszcze, jednak bez tej panicznej słabości, która ogarnia przy tym nas – już świadomych tego, że ciało ma być posłuszne; tam zaś, kiedy dusza dopiero nim obrasta, nieprzerwany dygot mnożących się szybko komórek jest pewnie odczuwany jako nieustająca, rozedrgana radość docierania do celu – jakby coś łagodnie, płynnie, a zarazem władczo niosło cię przez tunel ku światłu. I dlatego nie porzuca cię myśl o lęku – pierwszym i ostatnim na tym świecie lęku twojej siostry, po której, jak po topielcu ubranie na brzegu, zostały ci tylko: odległe echo imienia (czy to Iwanna, czy to inna „anna”) i zamazany obraz czteroletnio puszystych płowych loczków, prześwietlonych słońcem; o tym lęku, który przyszedł z zewnątrz, szarpnął całym tym ciemnym wielorybem – kołyską malutkiego

Jonasza: groźny impuls, bezgłośny, infradźwiękowe zejście lawiny; otaczający mrok nagle przestał być przytulny i bulgoczący, pompował zagrożenie z taką śmiercionośną intensywnością, że dziewczynka-kijaneczka zamiotała się w swoim stawku i pewnie zakrzyczałaby ze strachu, ale do krzyku brakowało jej jeszcze płuc, miała tylko cienki płatek endodermy, która bezsilnie wibrowała, omal nie pękając z wysiłku, było jednak jeszcze o wiele za wcześnie! – a wokół wciąż panowało przerażenie, czyste przerażenie, bezprzedmiotowe i wszechwładne, szamotała się w samym jego epicentrum, na oślep rzucając się we wszystkie strony w poszukiwaniu zacisznego ukrycia, bo przecież musiała hodować ciałko, chudziutkie rączki, cienkie, bezwładnie zwisające nóżki z wywiniętymi jak u żaby stopami – ale ponad tym strachem gwałtownie unosiło się jeszcze coś, niczym ciężkie wieko, mające nakryć zrozpaczoną gorącą grudkę, co nie miała jeszcze nawet głosu ani żadnego innego sposobu, by przesłać przez tunel jakikolwiek znak swego istnienia: że jest już tutaj, o tu, pozwólcie jej tylko obrosnąć ciałkiem!… Ty jeszcze wtedy, rzecz jasna, niczego nie rozumiałaś, kończyłaś właśnie pięć lat i chyba przewi ałaś lalkę na kanapie w pokoju, kiedy nagle z kuchni, gdzie zostali po obiedzie tata i mama, dobiegł zduszony, gardłowy dźwięk, przypominający szczekanie – dźwięk kobiecego głosu, którego nie rozpoznałaś, bo skąd mogłaś wtedy wiedzieć, że kobiecy głos może tak brzmieć – a już w następnej chwili ciszę rozciął krzyk mamy, tak, mamy, ale jakiż obcy, drażniący, mrożąco-studzienny – na całe życie utkwi ci w pamięci:

– Bandyci! Bydlaki! Przeklęte bestie!

Szamotanina, przyciszony, uspokajający głos taty

– jak szum na płycie gramofonowej; kiedy wpadłaś do kuchni, w oczy, z rozpędu, na odlew (zbliżenie!) uderzyła cię mokra, czerwona twarz mamy, z poprzylepianymi pasmami warkoczy – i to wszystko, co z tych wydarzeń przypadło ci w udziale: rola widza, bezradnego świadka, stojącego na uboczu z zawsze zajętymi – czy to lalką, czy to stosikiem książek – rękami.

Co do książek – to było kolejne wyraźne wspomnienie: kiedy wcześniej – nie pamiętasz, o ile wcześniej

– obcy ludzie w płaszczach wypełnili wasze małe mieszkanie, które momentalnie zrobiło się ciasne, i odwróceni plecami do gospodarzy zaczęli grzebać w regałach z książkami i w biurku taty, a tata i mama w milczeniu siedzieli na kanapie, czasem tylko szepcząc coś do siebie

– tobie po pewnym czasie (po godzinie? dwóch? trzech?) znudziło się takie siedzenie, więc zanurkowałaś w swój kącik, zebrałaś stosik książeczek – na wierzchu leżały Ukraińskie zagadki ludowew twardej okładce z zamyślonym niebieskim chłopcem – więc poprosiłaś, żeby ci pozwolili przynajmniej wyjść i poczytać na balkonie, skoro na dwór nie można – bardzo rozsądne zachowanie, jak na pięciolatkę; w ogóle spośród wszystkich uczestników tej sceny chyba właśnie ty jedna zachowywałaś się rozsądnie, bo, na przykład, tata – a zatrzymali go na schodach, gdy wracał z instytutu, i musiał sam zadzwonić do drzwi, więc wyszło tak, jakby to on ich przyprowadził

– gdy mama otworzyła, zdołał, kompletnie ogłupiały, powiedzieć tylko: „Natalu, panowie do nas”, jakby to naprawdę przyszli goście na herbatę, i nietrudno sobie wyobrazić, że twoja mama, młodsza wtedy niż ty teraz, twoja zgrabna i ciepła mama, która zawsze tak ładnie pachniała, mogła, cofając się o krok w głąb przedpokoju, bąknąć w osłupieniu: „Bardzo mi miło” – a wtedy oni wyciągnęli legitymacje; gdy wiele lat później, w innym domu, na korytarzu, tak samo zatrzymają ciebie, jednym tchem, jakbyś te dwadzieścia lat tylko na to czekała, natychmiast zażądasz od nich legitymacji, chociaż, jeśli się dobrze zastanowić, to po kiego czorta były ci potrzebne – ale może chodziło o to, że wtedy, kiedy miałaś pięć lat, nikt ci ich nie pokazywał, nikt do ciebie nie powiedział: „Darciu, panowie do nas”, i w ogóle nie uważano za konieczne wyjaśniania ci czegokolwiek, obrócenie ich choćby przodem do ciebie – a ich przód to właśnie te sztywne okładki z drobno drukowanym napisem u góry po lewej, którego i tak nie zdążasz przeczytać, bo – ledwie pokazawszy jakiś kwitek – natychmiast, płynnym ruchem sztukmistrza chowają go z powrotem, o czym mogłaś się przekonać dopiero dwadzieścia lat później; na początku zaś były tylko plecy, szare plecy, których kompletnie nie obchodziło twoje istnienie, ale w których obecności nie można było ani wyjść z mieszkania, ani nawet swobodnie się po nim poruszać – do toalety też dreptało się pod ich nadzorem – i ten jeden jedyny raz z szarych chmur nieprzejrzystości obróciło się ku tobie i wyjrzało coś jakby twarz, ale i nie całkiem twarz, bo zamiast spojrzenia miało opuszczone powieki, i właśnie wtedy, kiedy ty, ze stosikiem książek w rękach – na wierzchu Ukraińskie zagadki ludowew twardej okładce z narysowanym niebieskim chłopcem, który w zamyśleniu przyłożył palec do czoła – prosiłaś mamę, żeby wypuściła cię chociaż na balkon, skoro już nie można na dwór – niby-twarz, nawet na ciebie nie spoglądając, powiedziała po rosyjsku: „No, dziewuszko, pokaż swoje książki” – głosem, który też cię nie widział, który nie zawierał żadnego znaku, że to ciebie dotyczy – no bo ty nie byłaś „dziewuszką”, ty byłaś Dardą; stałaś zdziwiona na karmelowożółtej, lepkiej jeszcze od lakieru (świeżo po remoncie!) podłodze, ze stosikiem książek w rękach, i patrzyłaś z dołu do góry w niby-twarz, i wtedy twoja mama, twoja zgrabna i ciepła mama, która zawsze tak ładnie pachniała i która już trzeci miesiąc kołysała w sobie twoją siostrę, otuliła cię rękawami swetra, fioletową wełnianą mgłą, jakby kryjąc cię z powrotem tam, wewnątrz, gdzie już nie było dla ciebie miejsca, i powiedziała, leciutko dmuchając ci do ucha: „No, pochwal się, pochwal się wujkowi, co czytasz”, no, po prostu się zwyczajnie pochwal, tak samo jak powiedz gościom wierszyk – instynktowny, nieomylny odruch: oswoić „wujka”, przetłumaczyć go na znany język, jak tamto wielkie psisko, które kiedyś w parku zaczęło cię gonić, a ty się przestraszyłaś i biegłaś, i lamentowałaś, potknęłaś się i z płaczem upadłaś na trawę, mama zaś, kiedy już cię uspokoiła, śmiała się i przekonywała: no, spójrz tylko (psiak stał, naburmuszony z zawstydzenia), bawić się chciał, głuptasie, no, nie bój się, wcale nie jest taki straszny, o, podejdź, pogłaszcz go; co ciekawe, ten jej odruch podziałał chyba nie tylko na ciebie, ale i na kagiebistę, bo kiedy oddawał ci książki po kilku minutach przeglądania (i najprawdopodobniej obmacywania okładek i grzbietów), odważył się pociągnąć rolę, tak bez namysłu narzuconą mu przez tę bladą, śmiertelnie przerażoną kobietę – wepchnął ci stosik w ręce, udał „gościa”, nieumiejętnie, jakby nigdy nie miał do czynienia z dziećmi: „Weź dziewuszko… Ładne masz książeczki”. Książki były ułożone w innej kolejności, więc znów stanowczo wyciągnęłaś na wierzch zamyślonego niebieskiego chłopca, ale coś już było „nie tak” – jakaś słodka i radosna, wiele obiecująca tajemnica została tym książeczkom odebrana, odjęta, i nie miałaś już ochoty wyjść z nimi na balkon, trzymałaś je w objęciach, i to miało stać się twoim najczystszym, jedynym wyraźnym wspomnieniem tamtego wrześniowego dnia: stoisz – i masz zajęte ręce.

Tak więc w tej samej może chwili, gdy twoja matka pośpieszyła utulić cię, objąć samą sobą, mignęła jej, na razie gdzieś w tle, mglista, porażająca prawda: dwójki nie utuli. Na dwoje nie wystarczy miejsca. Tak oto ty, samym faktem swojej dokonanej, bezpowrotnej obecności na tym świecie, wypchnęłaś z niego swoją siostrę. Bo jak inaczej wyjaśnić, że jeszcze kilka lat później wołała, tamtym odległym głosem nigdy wyraźnie niedosłyszanego imienia, właśnie do ciebie, i że właśnie tobie ukazywała skinienie płowej główki w podświetlonych przez słońce kędziorkach? Siedziałaś z nogami na kanapie i czytałaś bajkę: o tym, jak wycięli czumacy nad wodą fujarkę z kaliny, przyszli do chaty na skraju wsi, i jak córka gospodarzy dmuchnęła w tę piszczałkę, a ta przemówiła: graj, siostrzyczko, graj, Boże cię skaraj, tyś to, siostro, mnie zabiła, ostrym nożem uderzyła… Nie zawsze trzeba uderzać ostrym nożem – żeby być winnym, czasem wystarczy się tylko urodzić.

O tym, że miałaś siostrę, dowiedziałaś się o wiele później, jako dwunasto – czy trzynastolatka – mama ci powiedziała, i rodzice się pokłócili, bo tata uważał, że nie należy mówić dziecku takich rzeczy: jak wszystkich mężczyzn, dziecko naprawdę przekonywało go o swoim istnieniu dopiero w chwili, w której można wziąć je na ręce i zanurzyć w ciepłej kąpieli, więc niewykluczone, że w tobie, dorastającej kobiecie, mama nieświadomie szukała wtedy bratniej duszy – nie wiedziała jednak o jasnopopielatej, kędzierzawej główce, która znikła i więcej nie powracała, o nadpływających jękami imionach, które

– zdarzało się – całymi dniami mruczałaś pod nosem – ale i ty nie o wszystkim wiedziałaś. Nie miałaś pojęcia, jak to jest: w trzecim miesiącu w kilka dni schudnąć siedem kilo, tak że wszystkie sukienki zaczynają na tobie wisieć niczym na wieszaku w szafie, i codziennie być wzywaną z pracy na przesłuchanie; wstawać zza biurka w nagłej ogłuszającej ciszy pod spojrzeniami kolegów, gdy samochód z kierowcą w wojskowym mundurze czeka już na dole – i przez miesiąc chodzić z szeroko rozwartymi, jakby zaklinowały się powieki, suchymi, ale rozpalonymi jak od płaczu oczami. Każdy strach ma swoją miarę i wagę – strach Natali do cna wypełnił jej niknące ciało, wylegając przez oczy, i najpewniej ostateczne załamanie (stuk – i trzaśnięcie ciężkiego wieka) przyszło nawet nie wtedy, gdy szlochała w kuchni tak, jak płacze się może dwa, co najwyżej trzy razy w życiu („Bandyci! Bydlaki! Przeklęte bestie!”) – wiedząc już, że Antoś ma rację, że w takim stanie nie może urodzić normalnego dziecka

– ale dopiero później, gdy obmywszy twarz lodowatą wodą, czuła, jak powoli wypełnia ją, jeszcze żywą, marmurowy chłód ociekającego wilgocią nagrobka, całym swym wyziębionym ciałem zwróciła się z błaganiem do przerażonej gorącej grudki, która szaleńczo wtulała się w nią, pragnąc zniknąć jak najgłębiej: „Wybacz”. Wybacz, moje maleństwo, moje słoneczko, moja córeczko czy synku – mama nie śmie karmić cię swoim strachem.

I jeszcze czegoś nie wiedziałaś – że w kilka lat później, akurat w tym krótkim okresie, kiedy wasi rodzice nie spodziewali się aresztowania, twoja siostra ukazywała się mamie. Tylko buzi Natala nie zdołała dojrzeć – zasłaniała ją opalizująca, nieostra, jakby rozmyta łzami plama; w ogóle cały sen był czarno-biały; światło nocne, a może luminescencyjne; z mroku maleńka, księżycowo blada dziewczynka bezdźwięcznie wyciągała do Natali rączki topielicy, palce – jakieś dziwnie długie, niedziecięce, rozpłakane i drżące, nanizane, jak na nitki, na rozczapierzoną pajęczynkę podskórnych żyłek – z błagalnym dygotem usiłowały dosięgnąć żywego dotyku: mamo, bezgłośnie błagał ten gest, mamo. Tu właśnie na Natalę spadło jak grom owo przerażenie, za którym nie ma już nic – własny szaleńczy krzyk wyrwał ją ze snu, dźwięcząc potem w całym rozdygotanym ciele, kiedy, dochodząc do siebie, szczękając zębami, siedziała skulona na skraju łóżka (w półmroku świeciła się tylko tarcza zegara na biurku: była trzecia) i, gdy się ocknęła, zamiast ulgi czuła, jak przygniata ją ciężar krystalicznie jasnej świadomości, że to był n i e j e j lęk – i że z tą świadomością będzie od tej chwili musiała żyć. Ten strach przyszedł z zewnątrz – nadpłynął stamtąd, z niemej luminescencyjnej nocy, gdzie omywał wodami płodowymi jej odtrącone dziecko, jej wyrzuconą na księżycowe światło dziewczynkę – dopiero teraz zrozumiała, że to dziewczynka, bo aborcja była późna i skomplikowana, z trudem dostała na nią skierowanie – „ze wskazań psychogennych”, i na wybełkotane pytanie, czy to chłopiec, czy dziewczynka, Natala usłyszała: a kto wam razbieriot,i wtedy właśnie się zacięła, i zaciskając zęby, by powstrzymać łzy, wymusiła, by jej pokazano to, co było – czy też miało się stać – jej drugim dzieckiem: bo mimo miażdżącego poniżenia nieznośna niczym rozpalone szczypce, przytknięte do mózgu, wydała jej się myśl, że to dziecko, ta ulotna jak tchnienie istotka, kilkudziesięciogramowy zaczątek samodzielnego już stworzenia, który zdążył poprzestawiać wszystkie zegary jej ciała, tak sprawnie urządzając i przygotowując sobie pierwsze ziemskie mieszkanie – przepadnie nierozpoznane, przez nikogo nieodgadnięte, niczym nieobjawione: żadnego znaku, żadnej cechy, nic a nic, ani koloru oczu czy kształtu głowy, ani nawet płci, niczego, nicość w nicości; tak jakby ona, Natala, nosiła pod sercem strach, a nie ludzkie dziecko. To, co zobaczyła – a co pływało w cynicznie obojętnym błysku cynkowanego naczynia – przypominało strzępy surowej wątroby w czarnych, mazistych skrzepach krwi, i to była twoja siostra w jedynej swojej ziemskiej postaci: a kto wam razbieriot,łyżeczka cięła wzdłuż i wszerz, niby mityczna rozjuszona siekiera – wszystko, co wrastało w rozpulchniony ciepły grunt, było karczowane, wyrąbywane, wyciągane, wyskrobywane do żywego: do żółtej gliny, do białej kości, do wiecznej zmarzliny, do zakrzepłej warstwy wapna na dnie dołu, do stukotu więźniarek na stykach szyn wśród śniegowej pustyni; jeden z tych wagonów dwadzieścia lat temu wiózł dygoczącego w czterdziestostopniowej gorączce Antona, i wśród więźniów znalazła się wtedy kobieta, której imię zapamiętał na całe życie i przekazał Darce, jakby wpłacał depozyt do banku wiecznego czasu – kobieta, która zebrała kilka kożuchów, a może nawet futer – wszak jechała tam arystokracja, stara galicyjska profesura, wysokie duchowieństwo, były poseł na sejm z rodziną, do którego wszyscy tak właśnie się zwracali: „panie pośle”; ciężkie futra zachowały jeszcze pyliste tchnienie przedwojennych europejskich hoteli, kobiecych perfum, złotawego kurzu kulis, aksamitnych kotar z frędzlami, kożuchy zaś pachniały ostro i ciężko, tak jak powinny pachnieć kożuchy – było tam kwaśne tchnienie starego potu i nieusuwalnego brudu pod paznokciami, stajennego dymu i kaszy z mlekiem, na poły zwierzęcy odór chłopskiej chaty i smutny, cerkiewny zapach woskowych świec – otóż ta kobieta krzykiem wymusiła to wszystko od właścicieli, stłaczając ich po dwoje pod jednym przykryciem, a wykrzyczane narzuciła na osiemnastoletniego chłopaka, płonącego w gorączce, żeby zaś chory się nie rozkopywał, sama położyła się na wierzchu; przez trzy dni własnym ciałem utrzymywała tę górę zbawiennego ciepła, która wsysała w siebie śmierć chłopca, trzy dni w po brzegi zapchanym bydlęcym wagonie, na jakimś odcinku niezmierzonych przestrzeni między Lwowem a Czytą ta kobieta wydawała powtórnie na świat Antona ze zbiorowego, dławiącego i palącego, futrzanego, wełnianego, filcowego tumanu na zawsze przepadłych żyć jak ze wspólnego macierzyńskiego łona; trzeciego dnia nadszedł kryzys, a po kolejnych kilku dniach dowieziono ich na miejsce, i więcej Anton tej kobiety nie widział. I dla Natali – wypatroszonej, gwałtem rozpiętej na fotelu ginekologicznym – musiało stać się jasne, że przez te wszystkie dwadzieścia lat szalona siekiera wciąż pędziła za Antonem – po szynach, podkładach, ze stukiem i świstem, rozrzucając i rozmiatając na wszystkie strony pośpiesznie umoszczone przez kobiety wzdłuż toru zaspy przytulnego ciepła, w których zagnieżdżały się nowe życia – wszak powiedział Antonowi, już zrehabilitowanemu, dyplomowanemu i dopuszczonemu do katedry, pułkownik na przesłuchaniu: „Byliście w łagrze, a z nami nie chcecie współpracować – jeszcze pożałujecie”, ano, „pożałujecie”, i skamleć będziecie jak psy z przetrąconymi grzbietami, i o przebaczenie błagać będziecie swoje dzieci, żeście je na świat przywiedli! Oto czego od nas chcieli, swołocze, bandyci, mordercy, niedoczekanie wasze, ja ją wychowam, moją Darcię, moją dziewczynkę, jedyną, która mi pozostała, nie wypuszczę jej tak, jak wypuściłam tamtą, pozwalając rozsunąć sobie kolana, okrawki surowej wątroby w czarno-krwawych pomyjach, ptaszynko moja, dzieciątko moje, czy ty mi kiedyś wybaczysz?… Tak – albo mniej więcej tak – musiała to czuć twoja mama, więc nic dziwnego, że gdy wreszcie ujrzała w tej luminescencyjnej nocy twoją siostrę i gdy poznała, nawet jeśli przez moment, jej pierwszy i ostatni, wyniesiony z naszego świata strach, to natychmiast rozpoznała w tym odpowiedź na swoje nieme błaganie. To musiała być odpowiedź, bo więcej Iwanna się nie pokazywała – ani matce, ani tobie; minęło kolejne dwadzieścia lat, z których połowa była latami powolnego konania Antona, i dopiero wtedy, gdy zatrzasnęło się za nim ciężkie wieko i ostry zimny wiatr pozostał na opustoszałym cmentarzu, by targać czarne pozłacane wstęgi na wieńcach i wciśnięte w mieszone niezliczonymi nogami błocko główki chryzantem, Natala ujrzała jeszcze jeden sen: w tym śnie Anton oddalał się od niej – widziała go od tyłu, wokół znów była noc, i z tej właśnie nocy wyszła mu na spotkanie mała dziewczynka w białej koszulce, i wzięła go za rękę – absolutnie pewnym ruchem, a natychmiastowa odpowiedź mężczyzny była tak opiekuńcza, że Natala, dla której cała scena pozostała bezgłośna, jakoś od razu się uspokoiła i pomyślała, obserwując ich odejście: no i w porządku, i dobrze – trafił do domu. Co dziwne, tym razem nie rozpoznała dziewczynki, cała jej uwaga skupiona była na mężu, i rano, kiedy opowiadała sen córce, nie od razu zrozumiała, kiedy Darka, spoglądając w bok, rzuciła krótko: „To ona”. – „Kto?” – Natala jakby potknęła się w biegu: po raz pierwszy od długiego, sklejonego w nieskończoną przestrzeń czasu ten sen w jakiś sposób obiecał jej s p o k ó j, więc na nagłą, chirurgiczną interwencję córki zareagowała takim samym zimnym, wewnętrznym skurczem, jakim zawsze reagowała na nieoczekiwany dzwonek do drzwi czy doręczony telegram: znowu, tak jak przez caluteńkie życie, chciano jej coś odebrać; ale ty, jej Darcia, teraz już dorosła kobieta z luźno opuszczonymi wzdłuż silnego i pięknego, młodego ciała rękami – ani filiżanka kawy, ani papieros nie zajmowały tych rąk – powiedziałaś z na wpół świadomym okrucieństwem czy raczej z przekorną ochotą, by złapać matkę za ramiona i potrząsnąć nią jak człowiekiem, który nie może się obudzić: „To było to dziecko, które się nie urodziło – w końcu się spotkali”. I Natala zrozumiała, że to prawda, że tak właśnie było – i w równoczesnym wybuchu wdzięczności do tego, żywego dziecka, jej wreszcie odnalezionej wspólniczki, która umiała tak trafnie nazywać rzeczy po imieniu, błysnęło jej w myśli i zgasło, że siekiera nareszcie przeleciała mimo, odcinając połowę drzewa, która gdzieś tam, z tamtej strony życia, ostatecznie zrosła się w jedno w milczącym uścisku rąk mężczyzny i dziewczynki – co znaczy, że tutejszej połowie – jej i Darusi – nic już nie grozi: takie właśnie znaczenie miał doświadczo ny przez nią we śnie, nie wiadomo odkąd nieznany jej spokój.

I Natala zapłakała.

Ty wtedy objęłaś ją za ramiona, bo miałaś wolne ręce – rozwiązane przez śmierć ojca. Dwa życia złożyły się na to, by w pełni odkupić twoje własne. Aż dwa.

Ale ty – tobie się udało, Darciu.

1992 przeł. Katarzyna Kotyńska

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Siostro, siostro Muzeum porzuconych sekretów Badania terenowe nad ukraińskim seksem Ukraiński palimpsest 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Magnes Góra Tajget Sześć światów Hain