Sanatorium

Sanatorium

Autorzy: Małgorzata Saramonowicz

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 218

cena od: 22.90 zł

Jan, dyrektor fabryki cukierków, dowiaduje się, że jest chory na gruźlicę, i wyjeżdża na kurację do podgórskiej miejscowości. Przypadkowe spotkanie ze Śledczym, postacią z jego traumatycznych powojennych wspomnień, który chce poznać tajemnicę zabójstwa sprzed lat, przenosi go w przeszłość - do częściowo opuszczonego, okaleczonego wojną miasteczka, gdzie straszą puste domy pomordowanych, a władzę sprawuje bezwzględny Pełnomocnik. Jan wraca do Stasia, Zosi, Mateusza i Klary - czwórki małych przyjaciół, z których każde nosi ciężar własnej traumy, do księdza Antoniego, który próbuje obudzić do życia dusze mieszkańców, do swojej siostry Anny, która ma dar uwalniania ludzi od rozpaczy, i do dwunastoletniego Janka, jakim sam był wówczas. Historia miasteczka stworzonego przez Małgorzatę Saramonowicz - pełna niesamowitości i tajemniczych znaków, fascynująca niczym koszmarny realistyczny sen, to zarazem piękna i okrutna bajka o miłości i cierpieniu, cenie życia i sztuce umierania, grze między rzeczywistością, dziecięcą wyobraźnią, podświadomością i okaleczoną dojrzałą pamięcią.

MAŁGORZATA SARAMONOWICZ

Sanatorium

MAŁGORZATA SARAMONOWICZ

Sanatorium

Copyright © by Małgorzata Saramonowicz, 2005 Wydanie I Warszawa 2005

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

I

Śledczy w pośpiechu opuszczał nasze miasteczko. Nie rozglądał się. Nie zatrzymywał. Przeczuwał, że nigdy nie pozna prawdy, której wtedy nie potrzebował. Potrzebował podejrzanego i aresztował go. Było to najdziwniejsze aresztowanie i najdziwniejsza sprawa o morderstwo w całej jego karierze.

Nie było dla niego istotne, że człowiek, którego zabierał, miał najmniej powodów, by zabijać. Nie miało znaczenia, że wiózł na śmierć najbardziej z nas wszystkich niewinnego. Ważne, że mógł jak najszybciej wyjechać z miasteczka.

Obserwowałem go uważnie od pierwszej chwili, kiedy stanął w drzwiach kościoła. Szczupły, niewysoki, o delikatnych dłoniach. Potem, gdy przyjrzałem się z bliska, zobaczyłem, że palce i zęby ma żółte od tytoniu. Palił niemal bez przerwy. A jeśli nie mógł zapalić, wpadał w złość. Ale w chwili, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, nie mógł ani zapalić, ani wpaść w złość. Za bardzo się bał. Pomimo uzbrojonych ludzi, pomimo swojej władzy – bał się. Mroku kościoła. Wrogiego tłumu, który otoczył go ciasnym kołem.

Nie mógł pojąc, czemu nikt nie zajął się zwłokami, które w majowym upale rozkładały się bardzo szybko. Nie odgadł nawet, jak i gdzie ofiara zginęła. Ciało zostało przeniesione i nie mogła tego zrobić jedna osoba. Znalezione w ciele pociski pochodziły z broni ofiary. Ten, którego aresztował, miał wprawdzie tę broń, ale skąd ją miał i czy na pewno on strzelał, tego Śledczy nie wiedział.

I chyba nie chciał wiedzieć. Pragnął uciec i zrobił to. Zostawił miasteczko i nas w spokoju, bo najbardziej nienawidził takich spraw jak ta. On, Śledczy, nienawidził rozwikływania tego rodzaju tajemnic.

Zobaczyłem go wiele lat później. Czekałem pod dworcem kolejowym w Krynicy na dorożkę wożącą kuracjuszy do sanatorium. Stanął obok. Prawie się nie zmienił. Te same rysy, ten sam wyraz twarzy. Niepozorny starszy pan ze skórzaną walizką, którą postawił obok mojej, tekturowej. Spojrzałem na jego ręce. Palce wciąż miał żółte od tytoniu.

– Do sanatorium gruźliczego „Szarotka”? – zagadnął.

– Tak – odpowiedziałem pośpiesznie, jakbym wciąż był dzieckiem.

Zastanawiałem się, czy mnie poznał. Nie, na pewno nie. Od tamtego maja minęło ponad trzydzieści lat. Teraz byłem dorosłym mężczyzną. I tym razem miałem nad nim przewagę.

Wiedziałem, jak było naprawdę.

Nagle stanęło mi przed oczami miasteczko i my, od których wszystko się zaczęło: Zosia, wiecznie głodna i posiniaczona, Staszek, przeklinający sukienki, w których kazała mu chodzić matka, jednonogi Mateusz i ja. No i Klara.

Tamtego popołudnia siedzieliśmy z Mateuszem, Staszkiem i Zosią w kryjówce nad rzeką, zmęczeni pływaniem i wygłupami. Gadaliśmy o początku i końcu świata. Staszek wsypywał piach do łusek, Zosia przycupnęła przy nim i żuła chleb. Niemal dotykali się ostrzyżonymi do gołej skóry głowami. Wyglądali jak brat i siostra. Albo raczej dwie siostry. Ja i Mateusz siedzieliśmy na wielkim głazie, ciskając kamieniami w stosy gnijących jabłek po drugiej stronie rzeki. Odkąd w miasteczku nastał Pełnomocnik, nikt nie miał odwagi tam chodzić. Nagle Mateusz przestał rzucać.

– Świat musiał mieć swój początek, tak jak musi mieć swój koniec.

– Moja mama mówi, że koniec już był – Zosia bez wahania powiedziała z pełną buzią. Urwała, bo Staszek ścisnął ją za ramiona z całej siły.

– Ile razy ci tłumaczyłem? – wysyczał ze złością. – To nie jest twoja matka! To…

– Wiem, ale… – Zosia próbowała się odsunąć, wyrwać, lecz Staszek nie zwalniał uścisku.

– Nawet nie jest twoją krewną – wycedził.

– Wiem…

– I… I… I nie daje ci jeść! – Staszek puścił ją w końcu i odwrócił się do nas, jakby oczekiwał, że podsuniemy argumenty, które pozwolą przekonać Zosię, by nie nazywała matką obcej kobiety.

– Z dzieciakami nie ma co gadać – westchnął Mateusz i wrócił do rzucania. Sad po drugiej stronie rzeki bzyczał wściekle.

Zosia wzdrygnęła się. – Wcale nie! – jej głos załamał się trochę. – Moja mama mówi, że czasami dzieci rozumieją więcej niż dorośli, bo… – urwała nagle. Zakryła usta ręką i spojrzała wystraszona na Staszka.

– Znowu – Staszek jęknął i wbił wzrok w obtarcia na Zosinych rękach. Jak miał ją przekonać? Jak wytłumaczyć, że matką nie można nazywać kogoś takiego? Ludzie mówili, że podobno miała kiedyś troje własnych dzieci. Ale teraz nie potrafiła już być matką.

Nagle poczułem, że Klara chce coś powiedzieć. – Ona mówi, że widziała twoją nową sukienkę i podoba jej się – zwróciłem się do Staszka, a głos wydobył się bez mojego udziału. Nie drżał, pochodził z daleka.

Klara zjawiała się nagle i po prostu była. Przy mnie? We mnie? Do dziś nie wiem, jak to się działo. Najpierw nie mogłem się ruszyć, drgnąć, nawet zamknąć oczu, a potem jej słowa pojawiały się w mojej głowie.

Nie wychodziła z domu rodziców od roku. Niektórzy mówili, że zamknął ją ojciec, ale ja wiedziałem, że sama tego chciała. Bała się lęku, który wzbudziłaby na ulicy. Popłochu, z jakim ludzie schodziliby jej z drogi. Pełnego nienawiści poczucia winy, z jakim odwracaliby twarze. Wolała być sama, kontaktowała się wyłącznie ze mną. Dlaczego? Nie wiem. To ona mnie wybrała.

Mateusz machnął ręką zniechęcony. Co mogłem zrobić? Też miałem nadzieję, że Klara powie o początku świata. Kto jak kto, ale ona powinna coś o tym wiedzieć. Coś istotnego. A tu babskie gadanie o wełnianej kiecce. Wiedziałem, o czym teraz myśli Mateusz: lepiej już gapić się w wodę, rzucać kamieniami i patrzeć, jak rzeka je połyka, a potem oddaje połamane patyki, napuchnięte ciała szczurów i zeschłe liście. Nad ważnymi rzeczami lepiej zastanawiać się samemu.

– Mama mi uszyła. – Mateusz ocknął się na dźwięk głosu Staszka. – Z materiału, nie ze starej sukienki siostry. Z prawdziwego nowego materiału, tylko dla mnie. – Staszek był naprawdę dumny. I szczęśliwy.

– A kiedy uszyje ci stanik? – burknął Mateusz i odwrócił się w stronę rzeki.

W jednej chwili w mojej głowie zapadła cisza, a radosne podekscytowanie Staszka zamieniło się w furię. Zacisnął pięści, odbił się i skoczył Mateuszowi na plecy. Obaj stracili równowagę i runęli do wody. Staszek zdążył jeszcze oderwać się od Mateusza i wylądował w przybrzeżnym mule. Powstał szybko. Z rozpaczą spojrzał na ubłoconą sukienkę, potem powoli przeniósł wzrok na wystającą z nurtu, nierówno ociosaną drewnianą nogę. Mateusz bił rękami, próbując przekręcić się na plecy. Staszek usiadł na ziemi i znów zaczął sypać piach do łusek. Nie patrzył, jak podbiegam do Mateusza, dźwigam go z wody i wyciągam na brzeg. Nie patrzył, jak pomagam mu stanąć, poprawiam protezę, podaję kule. Ani jak ściągam z niego sweter i przykrywam mokrego moją kurtką. Patrzył tylko na maleńkie ziarenka piasku.

Potem nagle zerwał się wiatr. Przykrył nas kurzem, przydusił zapachem palonych liści, gnijących jabłek. Mateusz dygotał z zimna. Podparłem go, a on zasłonił oczy ramieniem. Staszek objął Zosię. Skulili się i przycisnęli do siebie.

Cisza.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Klara znowu mówi. Próbowałem się poruszyć. Nie mogłem. Otworzyć oczy. Też nie mogłem. Ani zawołać Mateusza. Czułem tylko, że Klara ponownie jest obok mnie.

– Klara mówi, żebyśmy uważali, bo coś się wydarzy – wydobyło się z mojego gardła bez trudu, jakby moje ciało zapomniało, że jeszcze sekundę wcześniej nie mogło się ruszyć ani oddychać. – Coś, co odmieni nasze życie.

– Pewno wojna. – Mateusz najwyraźniej spodziewał się takiej nowiny. Może nawet na nią czekał? Jedną ręką mocniej oparł się na kuli, drugą naciągnął na plecy moją kurtkę. Z jasnych włosów woda ściekała mu za koszulę. Zadygotał z zimna.

– Znowu! Hurra! – Staszek pisnął z radości i okręcił się, aż zafurkotała jego wełniana sukienka. – Ciekawe, kogo przyniesie tym razem. Niemców? – złapał mnie za rękę. – Janek, co Klara mówi? Niemców?

– Niemcy już byli – spokojnie zauważyła Zosia i znów zaczęła jeść.

– No to co, że byli? Mogą przyjść znowu. Albo Ruscy. – Staszek nie chciał dać za wygraną.

– Z dwojga złego wolę Niemców – Mateusz niespodziewanie stanął po stronie Staszka.

– A jak nie Niemcy, tylko partyzanci przyjdą i spalą miasto? Albo Pełnomocnik uzna, że pomagamy leśnym, i wszystkich powystrzela?

– Nie mogłem ich zrozumieć. Z czego tu się cieszyć? Z czegoś, co odmieni nasze życie? Zmiany nigdy nie są na lepsze.

– Spalą? – Mateusz wzruszył ramionami.

– Jeszcze lepiej. Wreszcie będę mógł się stąd wynieść. I tak nic mnie tu nie trzyma. Oprócz tego. – Ze złością walnął pięścią w swoją drewnianą, krzywo wystruganą nogę.

– Ciekawe, kto tym razem zamieszkałby u nas w domu? – Staszek nas nie słuchał, zapalając się coraz bardziej. – Za Ruskich trafił nam się najlepszy.

– Jak to najlepszy? – Mateusz szukał okazji do kłótni.

– No… – Staszek zawahał się przez chwilę.

– Najlepiej strzelał – wyliczał z dumą.

– Twój Rusek? Najlepszy? – Mateusz aż prychnął z oburzenia. – Mój fryc był lepszy. Raz, jak walnął aptekarza, to złamał mu szczękę w czterech miejscach. Jednym ciosem!

– Taaak? A mój opowiadał, że ustawiał więźniów i trzech naraz zabijał jedną kulą!

– Staszek podjął wyzwanie.

– A mój w ciągu godziny zabił pałką najwięcej Żydów! Z całego komanda! – dodał z dumą Mateusz.

– Ale tylko ten, co mieszkał u Janka, miał cukier i mleko w puszce, i… i podkute oficerki - wtrąciła ni z tego, ni z owego Zosia.

– Tak, i kopał mnie nimi w głowę – mruknąłem, ale nie słuchali. Woleli się kłócić.

– Mój nie miał oficerek – zgodził się w końcu Staszek. – Zresztą, to nie był nikt ważny. Jakiś tam podoficer. Ważni zawsze mieszkali u Janka. Dowódcy, oficerowie, a teraz Pełnomocnik- przyznał z zazdrością. – Ale to dlatego, że jego dom jest na rynku i… i ma balkon – zakończył z goryczą.

Jakby to było wyróżnienie. Ten rynek i balkon sprawiły, że gdy wywieźli moich rodziców, dom przywłaszczył sobie hitlerowski oficer. Ruski dowódca rozkradł resztę naszych rzeczy.

A Pełnomocnik? Pełnomocnik dawał mi wprawdzie jeść, ale bił tak samo mocno jak Niemiec.

– Fakt. Ten jego fryc miał oficerki. I do tego zapłodnił połowę bab z miasteczka – Mateusz pochwalił okupującego mój dom niemieckiego majora.

– Połowę bab? – Zosia szybko schowała resztę chleba do kieszeni.

– Albo i więcej – dodał z powagą Staszek.

– A moją…? Moją matkę też? – Zosia wykrztusiła w napięciu. – To znaczy… Moją prawdziwą matkę… Tę najprawdziwszą – wbiła we mnie wzrok.

Przełknąłem ślinę. Co mogłem zrobić. Milczeć?

– Też – wykrztusiłem.

– Opowiedz.

– Przyprowadził ją adiutant i… Więcej nie wiem – postanowiłem oszczędzić jej szczegółów. – Kazali mi iść po wódkę.

Zosia pochyliła głowę. Milczała chwilę, w końcu powiedziała cicho: – W takim razie to był mój tata. – I nagle uśmiechnęła się do nas promiennie. – Prawdziwy tata. Może mogłabym go odnaleźć?

Staszek złapał się za głowę: – Zgłupiałaś?! Po co niemieckiemu majorowi żydowski bękart?

– No… No… Może by chciał…? – Zosia się zgubiła. Nie wiedziała, jak ma powiedzieć, że przecież każdy powinien… Każdy powinien chcieć.

Wybawił ją ostry gwizd nadjeżdżającego pociągu. Poderwaliśmy się niebaczni na przestrogi Klary. Nawet Mateusz mocno oparł się na kulach. Pociąg się zbliżał, a my musieliśmy go zobaczyć.

W miasteczku od dawna nikt nigdzie się nie śpieszył. Każdy rozumiał, że pośpiech jedynie zbliża do śmierci. Tylko my gdzieś biegaliśmy. Za wszelką cenę chcieliśmy wiedzieć, zrozumieć, zobaczyć, zdążyć. Może to była moja wina? W końcu to mnie słuchali. Gdybym wtedy kazał im zostać, może nic by się nie wydarzyło i Śledczy nigdy nie przyjechałby do naszego miasteczka.

Nazywam się Rostocki Marian.

Spojrzałem na wyciągniętą w moją stronę dłoń i uśmiech odsłaniający błyszczącą nowością sztuczną szczękę.

– Jan Niżyński. Miło mi – wykrztusiłem. Niepewnie uścisnąłem rękę i z trudem przełknąłem ślinę. A więc teraz możemy sobie mówić po imieniu?

Zastanawiałem się, czy pamięta maj 1947 roku i sprawę Pełnomocnika? Czy pamięta chłopca, którego wtedy przesłuchiwał? A księdza Antoniego?

– Zapali pan? – podsunął mi pod nos paczkę giewontów.

Spojrzałem zaskoczony.

– Wiem, że nie można, ale taki nałóg. – Wyjął papierosa i powąchał. Potem delikatnie włożył go z powrotem do paczki. – To mnie uspokaja

– uśmiechnął się bezradnie. Nagle złapał walizkę i z całej siły pociągnął mnie w stronę podjeżdżającej dorożki. W ostatniej chwili udało mi się zabrać bagaż. – Uff. Bo znowu nie zdążymy- szepnął zdyszany.

Był już kimś innym. Zmęczonym upałem, schorowanym emerytem, ścigającym się do dorożki z innymi staruszkami. Ale jego zimne, uważne spojrzenie kazało mi nie ufać przygarbionej sylwetce i pomarszczonej twarzy. Znów poczułem duszący upał sprzed trzydziestu lat, smród rozkładającego się ciała i lęk. Tamten Śledczy miał nieograniczoną władzę. Mógł zrobić ze mną wszystko. I zrobiłby, gdyby nie ksiądz Antoni.

Ksiądz Antoni pojawił się w miasteczku całkiem niespodziewanie.

Tego dnia pędziliśmy na stację, mimo że z przejeżdżających przez miasteczko pociągów nigdy nikt nie wysiadał. Ani do nich nie wsiadał. Staszek i Zosia gnali pierwsi. Nawet nie odwrócili się, by sprawdzić, czy Mateusz daje sobie radę. Wiedzieli, że i tak mu pomogę. Ustawię protezę, podam kule i będę szedł na tyle wolno, by nadążył za moim krokiem.

– Gdyby tak wyciągnąć od Pasternaka stary rower, zrobiłbym sobie wózek – Mateusz dyszał ciężko. Krople potu mieszały się z wodą ściekającą z włosów.

– Eee tam. Po co ci taki wózek? Tylko się namachasz rękami. Zresztą, po czym tu jeździć? Na takie błoto trzeba porządnych opon i silnika. Czegoś takiego, co miał wujek Edward przed wojną. Pamiętasz? Taki motor to… – urwałem, bo Mateusz zachwiał się i skrzywił z bólu. Odepchnął mnie, kiedy chciałem mu pomóc, i sam utrzymał równowagę.

– Wpadnę do ciebie wieczorem, to poprawimy nogę. – Ruszyłem powoli. – Na pewno już się wyrobiła. Mam nawet nowy kawałek drewna od Pełnomocnika. Coś tam znowu skonfiskowali u stolarza, a ja przyuważyłem i gwizdnąłem dla ciebie – zagadywałem jego upokorzenie.

– Pośpiesz się. – Mateusz znów się skrzywił. Najwyraźniej nie chciał rozmawiać o nodze.

Nie chciał przypominać sobie, jak trzy lata temu poszedł z ojcem po mąkę. Musieli dojść aż pod Rzeszów i wrócić z dwoma nielegalnymi workami, żeby matka mogła upiec chleb, a potem go sprzedać. Musieli przejść przez pole, koło mostu. Zaminowane, ale co z tego. Chodzili tamtędy wiele razy. Nie bali się. Tym razem też by przeszli, gdyby nie snajper. Zaczaił się za polem, strzelał w ziemię. Miny wybuchały coraz bliżej i bliżej, a oni leżeli w błocie. Mateusz nie słyszał, jak ojciec krzyczy: – Nie ruszaj się! Nie ruszaj!

Nie wytrzymał. Zerwał się i zaczął biec.

Peron był jak zawsze pusty. Tylko blaszana tablica z wyblakłą nazwą miasteczka kołysała się bezgłośnie. Staliśmy skuleni pod ścianą stacji i patrzyliśmy, jak z gór sączy się mgła. Gwizd zbliżającej się lokomotywy był ledwo słyszalny. Staszek zrobił parę kroków w stronę krawędzi peronu, wciągnął powietrze i kiwnął głową na znak, że się zbliża. Potem ostrożnie wysunął rękę nad tory, by poczuć lekkie drżenie powietrza. Już.

Lokomotywa wpadła na peron. Przyczaiła się, gotowa do ponownego wysiłku, dygocąca, rozgrzana. Dym zasłonił wagony. Dobiegły nas tajemnicze prychania, pokrzykiwania, stuki. W końcu zawiadowca machnął lizakiem, a my odwróciliśmy się, żeby nie patrzeć, jak pociąg odjeżdża i znika we mgle. Już mieliśmy odejść, gdy nagle coś kazało nam zostać.

Z pociągu wysiadł mężczyzna. Miał może czterdzieści lat i był dziwnie ubrany. Spod ciemnego płaszcza wystawała długa czarna suknia. A spod niej kalosze i getry. Mężczyzna podniósł kołnierz płaszcza i rozłożył parasol. Dopiero wtedy poczuliśmy, że pada.

Spojrzeliśmy po sobie. Wszyscy mieli rozgorączkowane oczy, ale najbardziej Staszek. Wreszcie zobaczył mężczyznę, który jak on chodził w sukience. Zosię tymczasem zafascynowały dwa wielkie kufry, które pojawiły się na peronie. Wbiła w nie wzrok, usiłując przeniknąć ich zawartość w poszukiwaniu okruszków, skórek od chleba i zeschłej kiełbasy.

– Co on tam ma? – szepnął zaciekawiony Staszek.

– Skarby – również szeptem odpowiedziała Zosia. – To pirat, nie widzisz?

Pirat z parasolem bezradnie rozglądał się wokół. W swojej naiwności wypatrywał kogoś, kto pomógłby mu przenieść pirackie kufry Wreszcie kiwnął na zawiadowcę. Pamiętam każdy ruch, każde słowo, które padło. Zawiadowca podszedł niechętnie. Nie zareagował nawet na pieniądze. Odburknął, że nie ma czasu, pokazał tylko, w jakim kierunku nieznajomy powinien się udać, ale mężczyzna nie zamierzał się ruszyć. Wysyczał coś ze złością. W końcu zawiadowca machnął na nas. Jednocześnie szybkim ruchem wziął pieniądze, zanim mężczyzna zdążył schować je do kieszeni.

Wiedziałem, że to ja muszę do niego podejść. Byłem najsilniejszy. Ostrożnie oderwałem się od ściany. Czułem, że cała trójka za moimi plecami skuliła się jeszcze bardziej. Zawiadowca odpiął kłódkę i ściągnął łańcuch ze starego wózka bagażowego, który tkwił tu od niepamiętnych czasów. Popchnął go w moją stronę.

– Odwieź księdzu kufry i zaraz wracaj – mruknął. Potem oparł się o ścianę i wyjął papierosa.

A więc to nie pirat.

Na szczęście przestało padać. Ksiądz czekał, aż zawiadowca pomoże mu załadować bagaże. Bezskutecznie. Kiwnął więc na mnie i z najwyższym trudem wepchnęliśmy kufry na wózek. Nawet się nie zainteresował, czy dam radę. Rozejrzał się wokół, chciał o coś zapytać, ale w końcu zauważył sterczące w oddali wieże. Wskazał je i ruszył przodem. Stęknąłem z wysiłku i szarpnąłem wózek. Kątem oka widziałem, jak od ściany stacji odrywa się trójka moich towarzyszy. Wiedziałem, że ruszą powoli, zachowując bezpieczny dystans. I że na pewno nie zbliżą się do kościoła.

Ksiądz szedł zamaszystym krokiem. Ja, z trudem pchając wózek, za nim. Wyszliśmy przed stację, a ja spojrzałem na miasteczko, jakbym był tu po raz pierwszy w życiu. Wszystko wyglądało obco i brzydko. Nawet mój balkon. Podziurawiony kulami, z odpadającym gzymsem i żółtymi zaciekami. Zresztą tutaj w ogóle nie było niczego całego. Domy, w których od trzech lat nie miał kto mieszkać, okna zasłonięte deskami, poszarpane ściany z dziurami na przestrzał, niekiedy zalepionymi rozmiękłymi ogłoszeniami. Spod rosyjskich liter wyłaziły swastyki, zdjęcia poszukiwanych przez rodziny, nazwiska skazanych, przekleństwa i partyjne plakaty.

Minęliśmy kalekie drzewa. Podartą bieliznę suszącą się na płocie. Potłuczone butelki po wódce. Wzdrygnąłem się.

Nie. To ksiądz się wzdrygnął.

Kościół górował nad wszystkim. Był jedynym całym budynkiem w miasteczku. Nie trafił go żaden pocisk, ominęły bomby, nie tknął ogień. Stał nienaruszony. Tylko drzwi miał zabite deskami. Zanim tam dojechałem, ksiądz zerwał już agitacyjne ulotki, podniósł sutannę i przesadzając wielkimi krokami kałuże, ruszył w stronę plebanii.

Nagle dotarło do niego, że wózek przestał skrzypieć. Odwrócił się. Byłem pięćdziesiąt metrów od kościoła. Po drugiej stronie rynku stali Zosia i Staszek. Mateusz dochodził powoli. Ksiądz krzyknął, ale nie zrozumiałem co.

Rozejrzałem się bezradnie. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Westchnąłem, naparłem na wózek, żeby wypchnąć koła z błota, i wtedy bardziej wyczułem, niż usłyszałem za sobą, pełen lęku krzyk Zosi.

Plebania była otwarta. Od zawsze, czy może ksiądz miał klucz? Nie wiem. Odwróciłem się ponownie. Został tylko Mateusz. Patrzył, jak wchodzę i zamykam za sobą drzwi.

Kufry były potwornie ciężkie. Wciągnięcie ich do domu zabrało mi mnóstwo czasu.

Nie pomógł mi. Jakby było oczywiste, że ktoś mu usługuje. Nie zwracał na mnie uwagi. Jak gdybym nie istniał.

W skupieniu poruszał się po mieszkaniu, a ja wreszcie mogłem przyjrzeć się jego twarzy.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sanatorium Xięgi Nefasa. W zaświatach Xięgi Nefasa. Trygław - władca losu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Magnes Góra Tajget Sześć światów Hain