Rówieśniczki

Rówieśniczki

Autorzy: Katarzyna Tubylewicz

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 240

cena od: 31.90 zł

Trzy przyjaciółki z podstawówki spotykają się po latach w Sztokholmie. To kobiety, które popełniły w życiu sporo błędów. Nie wszystkie da się lubić, ale warto spróbować je zrozumieć, tym bardziej, że pułapki, w które wpadają są charakterystyczne dla naszych czasów.

Joanna jest znudzoną żoną polskiego dyplomaty, który łączy w sobie cechy zastraszonego urzędnika i opętanego żądzą władzy karierowicza. Na przekór światu sztywnych konwenansów oraz źle ukrywanej ksenofobii swojego otoczenia Joanna coraz częściej odwiedza imigranckie przedmieścia. Powody jej wizyt mogą okazać się dyplomatycznym skandalem... Zofia to uciekająca przed sobą samą emigrantka, której niemal udało się zostać Szwedką. Jej obecne życie jest na pozór idealne, jednak narasta w niej poczucie obcości, a przemilczane wydarzenia z przeszłości i krzywda wyrządzona w dzieciństwie przez najlepsze przyjaciółki coraz mocniej wpływają na teraźniejszość. Sabina jest konserwatywną i przekonaną o wyższości swoich racji dziennikarką katolickiego pisma, której świat rozsypał się właśnie na kawałki z powodu wyborów życiowych jej ukochanego syna. Czy kilka dni w Sztokholmie może zmienić losy trzech kobiet? I czy ujawnienie bolesnych tajemnic z przeszłości jest lekarstwem na wszechobecną hipokryzję?

W świecie opisanym przez Tubylewicz odbijają się istotne zagadnienia współczesności, takie jak problemy relacji między płciami, rasizm i brak tolerancji. Świetnie nakreślone, wyraziste postaci, poczucie humoru autorki i przemyślana konstrukcja powieści sprawiają, że czyta się ją jednym tchem. Pomimo tego, iż większość akcji toczy się w Sztokholmie, jest to także ironiczna opowieść o współczesnej Polsce.

"Ta powieść to czysta kobieca frajda, czyta się to tak, jak się czyta Atwood albo Oates - łapczywie. Trzy bohaterki, dojrzałe kobiety, które swoje przeszły i swoje wiedzą - przyjaciółki i wroginie zarazem... Żadna nie jest idealna ani jednoznaczna, a każda ma w sobie "coś" - wiarygodną i wciągającą zawiłość. Między nimi dzieje się intensywnie, mocno i skomplikowanie. Jest wstydliwa tajemnica, którą odkrywamy powolutku, jest romans, szantaż i soczysty skandal (albo nawet kilka). Tu nie ma literackich eksperymentów, tylko świetnie poprowadzona fabuła. W jej centrum są kobiece lęki i pragnienia."

Agnieszka Graff

Katarzyna Tubylewicz o "Rówieśniczkach"

"W literaturze, zwłaszcza polskiej, mamy dużo więcej skomplikowanych i niejednoznacznych portretów mężczyzn niż kobiet. Dlatego w "Rówieśniczkach" jest dokładnie na odwrót."

"Interesuje mnie pytanie: na ile jesteśmy sobą, a na ile tworzą nas i zmieniają okoliczności życiowe oraz otaczający nas ludzie. Czy istnieje sposób na to, by świadomie unikać cudzego wpływu? Co robią z nami wstydliwe tajemnice i tematy tabu, jak zmienia nas władza i religia? Co może z nami uczynić wytrącające z równowagi zetknięcie z osobami zupełnie innymi, niż my sami."

O "Własnych miejscach", pierwszej powieści Katarzyny Tubylewicz

Z niezwykłą wnikliwością językową odkrywa przed nami wzory zachowań, idąc tropem poszczególnych słów, dociera do sedna kulturowej inności.

Grażyna Plebanek

"Własne miejsca", debiutancka powieść Katarzyny Tubylewicz, to rzadkość -proza "kobieca", a przy tym dobra! Przyzwyczailiśmy się, że to natrętne określenie przywodzi na myśl najgorsze skojarzenia - egzaltację, kicz. Po tym wszystkim nie ma tu nawet śladu.

Agnieszka Wolny-Hamkało

Ka­ta­rzy­na Tu­by­le­wicz

RÓWIEŚNICZ­KI

Co­py­ri­ght © Ka­ta­rzy­na Tu­by­le­wicz, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa, MMXIV

Spis treści

Dedykacja

Motto

26 sierpnia, Szwecja, okolice Sztokholmu

I. Początek sierpnia

II

Sześć miesięcy po wypadku, Warszawa

Kilka słów na temat topografii

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Naj­lep­szej z mam, czy­li mo­jej Ma­mie

We shall not ce­ase from explo­ra­tion

And the end of all our explo­ring

Will be to ar­ri­ve whe­re we star­ted

And know the pla­ce for the first time.

T.S. Eliot

26 sierp­nia, Szwe­cja, oko­li­ce Sztok­hol­mu

Do ka­ta­stro­fy doszło w spo­koj­ny, let­ni wieczór. Na dwo­rze było jesz­cze ja­sno, jak to la­tem w Szwe­cji, ale czuło się już bli­skość za­wsze przed­wcze­snej je­sie­ni. Wypełnio­ne światłem czerw­co­we noce i ciepłe, lip­co­we wie­czo­ry od­cho­dziły w nie­pa­mięć. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach wil­go­ci i rozkładu. Kie­row­ca estońskiej ciężarówki Rain Köler był zmęczo­ny, po­ko­ny­wał ostat­ni od­ci­nek ru­ty­no­wej tra­sy. Za­czy­nała się w Ka­pel­lskär, dzie­więćdzie­siąt ki­lo­metrów od Sztok­hol­mu, dokąd przypływa prom z estońskie­go Pal­di­ski, i za­ta­czała koło przez spo­ry kawałek kra­ju w mo­no­ton­nym, ale pięknym kra­jo­bra­zie ciągnących się bez końca pól, lasów i bez­ko­li­zyj­nych, gład­kich jak pysk ko­nia au­to­strad. Rain znaj­do­wał się już pomiędzy Nyköping a Sztok­hol­mem, po­wo­li za­my­kał rundę. Chciało mu się spać, ku­pio­na na sta­cji ben­zy­no­wej kawa z dużą ilością cu­kru nie po­ma­gała. Przed sobą miał zno­wu mo­no­ton­ne pola, gdzie­nieg­dzie wyłaniał się po­je­dyn­czy, drew­nia­ny dom w ko­lo­rze przy­schniętej krwi. Jego in­ten­sywną barwę pre­cy­zyj­nie pod­kreślała biała li­nia okien­nych fra­mug. Raz na jakiś czas ciężarówka, mo­del Sca­nia z 2008 roku (biała przy­cze­pa uwieńczo­na czer­wo­nym pąkiem szo­fer­ki), wjeżdżała pomiędzy ciągnące się wzdłuż au­to­strady skal­ne ścia­ny. Rain uśmiechnął się na myśl, jak bar­dzo spodo­bałyby się jego sy­no­wi Ja­ano­wi, który od pew­ne­go cza­su za­czy­ty­wał się w li­te­ra­tu­rze z ga­tun­ku fan­ta­sy. Gdy­by mógł, nie robiłby nic in­ne­go, tyl­ko czy­tał. Rain pokręcił z nie­do­wie­rza­niem głową i za­do­wo­lo­ny dodał gazu, zo­stało mu już tyl­ko siedemdzie­siąt ki­lo­metrów. Nie­ocze­ki­wa­nie zaczął padać deszcz.

*

W jadącym za ciężarówką Ra­ina srebr­nym vo­lvo sie­działy trzy ko­bie­ty. Gwałtow­nie ge­sty­ku­lo­wały, przez za­la­ne desz­czem szy­by sa­mo­cho­du nie dało się od­czy­tać wy­ra­zu ich twa­rzy, trud­no po­wie­dzieć, czy miały do­bry, czy zły hu­mor. Były za­ab­sor­bo­wa­ne roz­mową, ale to nie brak uwa­gi sta­no­wił przy­czynę wy­pad­ku, o którym na­za­jutrz na­pi­sały wszyst­kie ga­ze­ty. Pro­wadząca sa­mochód przy­cisnęła pedał gazu, żeby wy­prze­dzić zasłaniający drogę kadłub ciężarówki. Przy­spie­szyła, włączyła kie­run­kow­skaz i łagod­nie wjeżdżała na lewy pas, jed­nak na­gle wy­da­rzyło się coś nie­ocze­ki­wa­ne­go i sa­mochód wpadł w poślizg. Jadący za nim kie­row­ca mo­to­cy­kla za­re­ago­wał zbyt późno, nic dziw­ne­go, jego pole wi­dze­nia ogra­ni­czały za­le­wające kask stru­gi wody. Pro­wadzący ciężarówkę Rain nie mógł już wie­le zro­bić. Kie­dy zo­ba­czył wjeżdżający w przy­czepę ciężarówki sa­mochód (później nie był w sta­nie przy­po­mnieć so­bie, czy naj­pierw go zo­ba­czył w bocz­nym lu­ster­ku, czy może pierw­szy był tam­ten strasz­ny łoskot), wy­ko­nał gwałtow­ny skręt w pra­wo. Przed­nia część sa­mo­cho­du posłusznie zmie­niła tra­jek­to­rię, ale przy­czepa, jak wijąca się gąsie­ni­ca, ude­rzyła w prze­ciwną stronę.

*

– O Boże, o Boże, o Boże – po­wta­rzał młod­szy aspi­rant z ra­dio­wo­zu, który jako pierw­szy przy­je­chał na miej­sce wy­pad­ku.

Ka­ret­ki i straż pożarna były jesz­cze w dro­dze.

– O Boże, Boże, Boże – jęczał, jak gdy­by to, co zo­ba­czył, au­to­ma­tycz­nie uczy­niło go wierzącym.

– Pe­ter, ty mi tu, kur­wa, te­raz nie pa­ni­kuj, po­trze­buję two­jej po­mo­cy – uciął jego star­szy ko­le­ga.

Z przewróco­ne­go na bok vo­lvo wy­cie­kała ben­zy­na, jej świ­drujący za­pach wypełniał noz­drza, mdlił, wni­kał do mózgu, a Stieg do­brze wie­dział, czym gro­zi wy­ciek pa­li­wa w miej­scu wy­pad­ku.

– Pe­ter! Ten sa­mochód wygląda, jak­by miał się zacząć palić, mu­si­my wy­do­stać z nie­go pasażerów.

– Prze­cież leje – wyjąkał Pe­ter.

– Ale deszcz, kur­wa, nie gasi płonących sa­mo­chodów! Ni­cze­go cię nie na­uczy­li w tych two­ich szkołach? – wy­darł się Stieg.

Stały za nim lata doświad­cze­nia i za­du­fa­ni w so­bie gównia­rze po­kro­ju no­we­go ko­le­gi, nie­mal stażysty, którego wy­so­ki sto­pień nie miał po­kry­cia w fak­tycz­nej wie­dzy i sku­tecz­ności, do­pro­wa­dza­li go do ciężkiej fu­rii.

Pe­ter, rosły dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek o sze­ro­kiej szczęce i bar­dzo nie­bie­skich oczach, zro­bił trzy kro­ki w przód, a po­tem jak ude­rzo­ny pięścią w brzuch sku­lił się i zaczął krztu­sić. Wy­mio­to­wał. Parę metrów od nie­go leżał mo­to­cy­kli­sta, którego nie­na­tu­ral­nie wygięte ciało wy­da­wało się całko­wi­cie odłączo­ne od spo­czy­wającej obok ręki.

– Nie będę więcej jeździł z ama­to­ra­mi za­raz po szko­le, po­wiem sze­fo­wi, że mam to w du­pie, jak pragnę zdro­wia – mruknął pod no­sem Stieg i w tej chwi­li usłyszał sy­re­ny straży pożar­nej.

Uspo­ko­jo­ny ro­zej­rzał się do­okoła. Po roz­ciągającym się wzdłuż szo­sy polu bie­gał sa­mot­ny mężczy­zna. Płakał i krzy­czał w nie­zro­zu­miałym języku. Co pe­wien czas przy­ku­cał, ści­skał głowę dłońmi i bujał się na piętach jak znie­nac­ka do­tknięty cho­robą sie­rocą. Stieg domyślił się, że pa­trzy na kie­rowcę ciężarówki.

– Będzie po­trze­bo­wał psy­cho­lo­ga – po­wie­dział do ko­le­gi, który zdołał się już po­zbie­rać i stał kil­ka kroków za nim. – Albo psy­chia­try – dodał, mrużąc oczy.

– Są strażacy – wy­szep­tał Pe­ter. – Przy­je­cha­li strażacy, je­steśmy ura­to­wa­ni – powtórzył głośniej, a po­tem ze­mdlał.

– Co jak co, ale to będzie, kur­wa, na czołówkach ga­zet – skon­sta­to­wał Stieg.

Kil­ka razy za­uważył kątem oka błyśnięcia fle­sza, pasażero­wie prze­jeżdżających obok sa­mo­chodów ro­bi­li im zdjęcia te­le­fo­na­mi komórko­wy­mi.

– Obrzy­dli­wość – splunął i po­biegł po­ma­gać strażakom i ra­tow­ni­kom po­go­to­wia w wy­do­by­wa­niu z wra­ka uwięzio­nych pasażerek.

Vo­lvo, jak wy­rzu­co­na na brzeg, wiel­ka, śnięta ryba, miało ska­so­wa­ny przód, a tył moc­no wgnie­cio­ny od ude­rze­nia mo­to­cy­kla. Znaj­do­wały się w nim trzy ko­bie­ty. Jed­na z pew­nością nie­przy­tom­na. Nie wyglądało to do­brze. Może być jesz­cze jed­na ofia­ra śmier­tel­na, stwier­dził w du­chu, bo mo­to­cy­kli­sta to już na pew­no pójdzie na narządy. Ra­tow­nicz­ka z trze­ciej ka­ret­ki pod­biegła do leżącego na zie­mi Pe­te­ra, który właśnie otwo­rzył oczy. Po twa­rzy spływał mu deszcz. Jak łzy.

– Trud­no się na coś ta­kie­go uod­por­nić – po­wie­działa półgłosem, jak­by chciała mu dodać otu­chy.

I

Początek sierp­nia

– Dla­cze­go tu przy­jeżdżasz? Zna­lazłaś so­bie we mnie za­bawkę, tak?

Nie pa­trzy na nią. Mówi po an­giel­sku z trud­nym do roz­po­zna­nia ak­cen­tem. Może mieć trzy­dzieści lat. Ciem­ne włosy, ple­cy ko­lo­ru mie­dzi po­chy­lo­ne jak u Ro­di­na. Jo­an­na przy­po­mi­na so­bie dzień, w którym na­tknęła się na kopię Myśli­cie­la w par­ku przy Mu­zeum Wal­de­mar­sud­de. Wędro­wała wte­dy po Sztok­hol­mie szla­kiem pil­nej tu­ryst­ki, pod­nie­co­na, prze­ko­na­na, że na­resz­cie jej życie się zmie­niło.

Młody mężczy­zna od­wra­ca się w jej stronę.

– Bawi cię to?

Jest dla niej zbyt eg­zal­to­wa­ny, zbyt młody i ona o tym wie.

Ma ładne dłonie o zbyt krótkich, przy­ciętych w pół dro­gi pa­znok­ciach. Kie­dyś wy­znał, że do­pie­ro nie­daw­no prze­stał je ob­gry­zać. Wydało jej się to wzru­szające, ale tam­te­go dnia wypiła za dużo wina.

Jo­an­na wsta­je z łóżka i pod­cho­dzi do okna. To na­prawdę ja, Jo­an­na, po­wta­rza bezgłośnie. Przy­ci­ska czoło do szy­by. Wi­dok na kil­ku­piętro­wy, sza­ry blok ma w so­bie coś swoj­skie­go. Pod oknem idą dwie So­ma­lij­ki. Mają głowy oku­ta­ne chu­s­ta­mi i cha­rak­te­ry­stycz­ne twa­rze o wy­stających po­licz­kach i fio­le­to­wych ustach. Jed­na z nich pcha przed sobą wózek. Chy­ba nie ma w nim dziec­ka, tyl­ko ja­kieś nie­zli­czo­ne pa­kun­ki. Ko­bie­ty idą wąskim chod­ni­kiem wzdłuż pudełek domów z ja­mochłona­mi an­ten sa­te­li­tar­nych, ich bio­dra ry­sują w po­wie­trzu ósem­ki. Długo od­pro­wa­dza wzro­kiem te isto­ty ze świa­ta, który nie może być bar­dziej od­legły od jej własne­go. Przy­jeżdża do Ten­sta re­gu­lar­nie, była tu jesz­cze długo przed po­zna­niem Ka­ri­ma. Za­cho­wy­wała ostrożność, nikt z jej oto­cze­nia nie mógł wie­dzieć o tych wy­pra­wach na przed­mieścia. Po raz pierw­szy ru­szyła w tę stronę pod pre­tek­stem zro­bie­nia paru zdjęć. Wymyśliła to z nudów, z dzie­cin­nej cie­ka­wości miej­sca, które cie­szyło się złą sławą. Wy­rwa­na z pra­cy, z co­dzien­ności, z kon­tek­stu daw­ne­go życia mogła so­bie po­zwo­lić na nie­doj­rzałość. Chciała po­czuć coś jak wte­dy, gdy mając osiem lat, wędro­wała z koleżan­ka­mi po wy­ko­pach na Ocho­cie. Ko­mu­nizm stra­szył ze­psu­ty­mi ru­ra­mi i kapiącą z kra­nu wodą w rdza­wym ko­lo­rze. Mia­sto prze­ci­nały wzdłuż i wszerz roz­dzia­wio­ne ko­ry­ta­rze, nad którymi po­chy­lały się góry gli­nia­stej zie­mi. Dorośli stra­szyli opo­wieścia­mi o dzie­ciach udu­szo­nych pod zwałami. Wędrówki po wy­ko­pach były za­ka­za­ne. Eks­cy­tujące. Te­raz ciągnęło ją do dziel­ni­cy na pe­ry­fe­riach Sztok­hol­mu, której nie od­wie­dzał nikt ze zna­jo­mych. Na początku nie chciała robić z tego ta­jem­ni­cy. Próbowała za­brać ze sobą którąś z no­wych koleżanek, miała to być eg­zo­tycz­na wy­ciecz­ka dla znu­dzo­nych pań z kręgu żon dy­plo­matów. Słysząc jej pro­po­zycję, otwie­rały sze­ro­ko oczy.

– Osza­lałaś? Nie wiesz, kto tam miesz­ka?

Za­po­mi­nały o po­li­tycz­nej po­praw­ności. Ich popłoch był nagi, nie przysłaniał go pu­der uśmiechów.

– Po co ci to? Nie jedź tam!

– Ma­cie rację – skłamała. – Chciałam tyl­ko zro­bić parę fo­tek, w Pol­sce nie ma ta­kich dziel­nic – dodała to­nem uspra­wie­dli­wie­nia. – Ale nie będę ry­zy­ko­wała, sko­ro mi to od­ra­dza­cie...

– No tak – wydęła uma­lo­wa­ne usta Fran­cuz­ka. – Pol­ska nie jest szczególnie wie­lo­kul­tu­ro­wa, praw­da? – Za­wie­siła znacząco głos i spoj­rzała na Jo­annę wzro­kiem pełnym wyższości.

Po zażegna­niu nie­bez­pie­czeństwa stała się po­now­nie orędo­wniczką otwar­tości i to­le­ran­cji.

Następne­go dnia Jo­an­na wsiadła w nie­bieską linię me­tra i po­je­chała nią do sta­cji Ten­sta. To był pierw­szy krok w stronę Ka­ri­ma.

Od­wra­ca się od okna i sia­da obok nie­go na brze­gu łóżka. Nie jest sze­ro­kie ani zbyt wy­god­ne, ale szyb­ko stało się je­dy­nym miej­scem ich spo­tkań.

– Nic nie jest ta­kie, jak myślisz, Ka­rim. Nie je­steś dla mnie za­bawką i nie je­steś mi obojętny, ale obo­je ro­zu­mie­my, że nig­dy nie będę twoją dziew­czyną. Na­rze­czoną też nie. – Mówiąc to, nie może po­wstrzy­mać iro­nicz­ne­go gry­ma­su twa­rzy. – Je­stem dla cie­bie za sta­ra i ra­czej nie przed­sta­wisz mnie swo­jej mat­ce, praw­da? Je­steśmy tu i te­raz. Ty i ja – tłuma­czy to­nem doj­rzałej przy­ja­ciółki.

Ka­rim mil­czy. Jo­an­na nie po­tra­fi czy­tać z jego twa­rzy.

– Jeśli chcesz, mogę prze­stać do cie­bie przy­jeżdżać – gro­zi, przy­gry­zając dolną wargę.

Wie, że to je­dy­ne do­bre roz­wiąza­nie, ale zwle­ka z de­cyzją.

– Chcę pójść z tobą do kina, chcę, żebyś opo­wie­działa mi, dla­cze­go zdra­dzasz męża, bo wiem, że go masz – za­czy­na od nowa Ka­rim. – Wsty­dzisz się mnie, co? Przy­znaj, że się mnie wsty­dzisz.

Wy­stra­szyła się, a on to zdążył za­uważyć. Na po­twier­dze­nie kiwa głową i pa­trzy jej w oczy jak sędzia albo na­uczy­ciel.

– Te­raz nie no­sisz obrączki, ale ja je­stem spo­strze­gaw­czy, za­uważyłem two­je kółecz­ko na pal­cu, kie­dy cię po­znałem. Za­nim jesz­cze zaczęliśmy roz­ma­wiać – mówi.

Jo­an­na od­wra­ca wzrok. Tak, nie jest mi­strzy­nią kon­spi­ra­cji. Po­tem kładzie rękę na jego ko­la­nie i za­czy­na ją wol­no prze­su­wać wzdłuż uda, naj­pierw z wa­ha­niem, po­tem pew­niej. W połowie dro­gi Ka­rim łapie ją za nad­gar­stek, za­trzy­mu­je. Jo­an­na myśli, że to gra wstępna, i wy­da­je z sie­bie ci­che jęknie­cie. Ka­rim spy­cha jej rękę na łóżko, jak­by strze­py­wał okru­chy, po­tem wsta­je zi­ry­to­wa­ny i za­czy­na krążyć po cia­snej sy­pial­ni.

– Chcę wie­dzieć, skąd się wzięłaś w Szwe­cji, jak długo tu zo­sta­niesz, jaki masz zawód. Czy jest w tym coś dziw­ne­go, że chciałbym też po­znać two­je na­zwi­sko?! Czy to jest według cie­bie nie­doj­rzałe?

– Ka­rim...

– Za­cze­kaj – przy­ku­ca, żeby wyjąć pa­pie­ro­sy z kie­sze­ni leżących na podłodze dżinsów.

Za­pa­la, na­chy­lając się nad za­pal­niczką, jak­by zasłaniał ją przed wia­trem. Nie częstu­je.

– Któregoś dnia zaj­rzałem do two­jej to­reb­ki, kie­dy wyszłaś do łazien­ki. Nie no­sisz ze sobą żad­nych do­ku­mentów. Ro­bisz to ce­lo­wo, praw­da? – Głos mu drży.

Zaciąga się i po­wo­li wy­pusz­cza usta­mi dym, sta­ra się wol­no od­dy­chać. Te­raz to on pod­cho­dzi do okna, jak­by na zewnątrz, poza ciasną norą miesz­ka­nia znaj­do­wało się ja­kieś roz­wiąza­nie. Jo­an­na jest co­raz bar­dziej zde­ner­wo­wa­na, ale nie może się po­wstrzy­mać od szyb­kiej kon­sta­ta­cji, że nig­dy wcześniej nie sy­piała z tak pięknie zbu­do­wa­nym mężczyzną. Czu­je coś w ro­dza­ju sa­tys­fak­cji. Dumę myśli­we­go po ustrze­le­niu po­ka­zo­wej sztu­ki. I jesz­cze wstyd. Sta­ra baba z młodym, orien­tal­nym ko­chan­kiem. Co za kicz.

– Ka­rim, uwierz mi, że nic z tego, cze­go chcesz, nie byłoby do­bre ani dla cie­bie, ani dla mnie – uci­na.

Kie­dy po­tem myśli o tej roz­mo­wie, pamięta swój strach, to naj­bar­dziej. Nie od­po­wie­dział, tyl­ko ude­rzył pięścią w ścianę. Syknął z bólu, a po­tem walnął jesz­cze raz.

Znie­ru­cho­miała. Przy­jem­na eks­cy­ta­cja ulot­niła się bez śladu. Grze­bał w jej rze­czach? Szu­kał in­for­ma­cji?

Wstała z łóżka i zaczęła zbie­rać ubra­nia. Nie mogła zna­leźć sta­ni­ka, w jego po­szu­ki­wa­niu kręciła się ner­wo­wo po po­ko­ju, w końcu uznała, że musi zaj­rzeć pod łóżko. Pomyślała z niechęcią o tym, że będzie pa­trzył, jak goła czołga się po podłodze, Ka­rim jed­nak stał bez ru­chu przy oknie odwrócony do niej ple­ca­mi. W końcu zna­lazła sta­nik w ja­kimś kącie, po­kry­wała go cien­ka war­stwa ku­rzu. Ze zwi­niętymi w kłębek ubra­niami ru­szyła w stronę łazien­ki. Do­padł ją tuż pod drzwia­mi. W pierw­szej chwi­li po­czuła strach. Po­tem zno­wu całował jak chłopak, nie jak mężczy­zna. Dokład­nie tak, jak tego po­trze­bo­wała. Jesz­cze przez chwilę myślała, że to ostat­ni raz, ale stop­nio­wo wy­co­fała się z tej de­cy­zji.

Parę dni później wy­bra­li się z Krzysz­to­fem na za­ku­py w cen­trum mia­sta. Życie dy­plo­ma­ty wy­ma­gało stałego uzu­pełnia­nia gar­de­ro­by. Idąc ulicą, minęli grupę głośnych mężczyzn. Je­den z nich wydał jej się bar­dzo po­dob­ny do Ka­ri­ma, była wręcz pew­na, że to on. Po­chy­liła głowę i wbiła wzrok w chod­nik, czuła, że trzęsą jej się ko­la­na.

– Wi­dzisz, Asia. – Głos Krzysz­to­fa do­cho­dził z bar­dzo da­le­ka. – Aśka! Słyszysz mnie?

Kiwnęła głową, ale nie pod­niosła oczu.

– Wi­dzisz, jak tu się roi od tych pie­przo­nych is­la­mistów? Tak so­bie wy­obrażałaś Szwecję? Z nie­do­bo­rem blon­dynów? Wspo­mnisz moje słowa, Pol­ska jesz­cze do­brze wyj­dzie na tym, że nie próbuje być mul­ti­kul­ti.

Zro­biło jej się ciem­no przed ocza­mi, aż mu­siała się na nim moc­niej oprzeć.

– No, ale nie mu­sisz się bać, nie prze­sa­dzaj! W biały dzień nie są groźni – dodał uspo­ka­jająco jej mąż.

– Nie wie­działam, że je­steś ra­sistą – powie­działa su­cho, cho­ciaż do­brze wie­działa, kim po­gar­dzał i jak wie­lu było ta­kich lu­dzi.

Ob­ru­szył się.

– Żad­nym ra­sistą nie je­stem! – W jego głosie dało się słyszeć au­ten­tyczną urazę. Zo­stał nie­spra­wie­dli­wie oskarżony, on, wzór mo­ral­ności, człowiek wyższej ra­cji. – Mówię tyl­ko, jak jest, i tyle. Co ci zno­wu odbiło? Co tak bro­nisz tych cia­pa­tych?

Odkąd dość nie­ocze­ki­wa­nie z zastępcy am­ba­sa­do­ra stał się chargé d’af­fa­ires, zmie­niło się w nim wszyst­ko: ton głosu, sposób mówie­nia, twarz, ge­sty. Jed­nak zalążek tego, kim był dzi­siaj, tkwił w nim od za­wsze. Zda­wała so­bie z tego sprawę. To jego za­chwy­ca­nie się ludźmi, którzy mie­li większe wpływy niż on, ta po­gar­da dla znaj­dujących się niżej w hie­rar­chii. Na Ukra­inkę, która sprzątała w War­sza­wie ich miesz­ka­nie, na­wet nie spoglądał. Była pra­co­wi­tym owa­dem, przy którym wol­no mu było cho­dzić bez ko­szu­li. Ni­kim. Te­raz osób, które uważał za nic, było w jego życiu znacz­nie więcej, a swoją żonę trak­to­wał jak do­da­tek do sta­no­wi­ska wy­so­kie­go urzędni­ka państwo­we­go.

– Nie zależy ode mnie nic. Nic poza wy­bo­rem ko­lo­ru szmin­ki i menu – cza­sem mu to mówiła, a Krzysz­tof się wte­dy uśmie­chał, jak­by usłyszał kom­ple­ment.

*

Dzień, w którym Sa­bi­na do­stała wy­po­wie­dze­nie z re­dak­cji ty­go­dni­ka „Na­sza Mi­sja”, miał na za­wsze po­zo­stać jed­nym z naj­gor­szych dni jej życia. Nie tyl­ko z po­wo­du utra­ty pra­cy. Zaczął się zwy­czaj­nie, Sa­bi­na była zwo­len­niczką sta­ran­nej re­gu­la­cji co­dzien­ności: po­bud­ka o szóstej trzy­dzieści, kawa i tost z szynką, długie tu­szo­wa­nie rzęs, let­nia ma­ry­nar­ka w ko­lo­rze kości słonio­wej. Punk­tu­al­ne wyjście z domu. Nig­dy się nie spóźniała.

Od wcze­snych go­dzin ran­nych upał. Ta sama nie­znośna War­sza­wa. Jeździła do re­dak­cji au­to­bu­sem, dla­te­go zmu­szo­na była prze­trwać piekło ciągnących się w nie­skończo­ność Alej Je­ro­zo­lim­skich, w tym szczególnie działający na ner­wy przy­sta­nek przy Dwor­cu Cen­tral­nym, kie­dy ludz­ka masa prze­le­wała się przez dwu­skrzydłowe drzwi w naj­bar­dziej nie­skoordynowany sposób. Natrętna bli­skość współpasażerów. Oty­li, cuchnący week­en­do­wym pi­ciem fa­ce­ci w prze­pa­so­wa­nych ma­ry­nar­kach, rozłożyste biu­sty ko­biet rozpłasz­czo­ne na cu­dzych ple­cach, mdląca woń per­fum, od­de­chy, świ­drujący w uszach ka­szel współpasażera z astmą. Sa­bi­na na­pi­na wszyst­kie mięśnie, ciało za­mie­nia się w mur, jego je­dyną funkcją jest od­gro­dze­nie jej od resz­ty ciał. Sa­bi­na nie zno­si do­ty­ka­nia przez ob­cych. Poza tym od dzie­ciństwa cier­pi na dzi­waczną przy­padłość: jeśli ktoś wy­da­je jej się szczególnie od­py­chający, nie jest w sta­nie prze­stać po­wra­cać do nie­go wzro­kiem. Po­tra­fi za­da­wać so­bie w ten sposób tor­tu­ry. Tym ra­zem jej udręczo­ne spoj­rze­nie tra­fia na nie­do­my­te­go chłopczy­ka w bluz­ce w pa­ski. Jedną ręką trzy­ma się nogi mat­ki, drugą za­wzięcie dłubie w no­sie, na którego czub­ku za­schnięte gile stwo­rzyły płasko­rzeźbę. Sa­binę aż wstrząsa z obrzy­dze­nia.

Do­brze, że moje dzie­ci są pra­wie do­rosłe, myśli. Słusznie było wcześnie zacząć.

Dzie­ci Sa­bi­ny. Układ mo­de­lo­wy: star­szy syn, młod­sza córka. Jan Paweł, po­to­mek ide­al­ny, do­sko­na­le zdał ma­turę i do­stał się na wy­ma­rzo­ne przez ro­dziców pra­wo, przy­stoj­ny, czuły dla mat­ki. Po nim – Te­re­sa, lat szes­naście, dziec­ko upar­te, chodzące własny­mi dro­ga­mi, kry­tycz­ne, prze­kor­ne, włóczące się nie wia­do­mo gdzie i z kim. Sa­bi­na oba­wiała się o jej re­pu­tację. Znaj­do­wały się w sta­nie ciągłej woj­ny. Wie­le razy po­ru­szała ten te­mat ze swo­im spo­wied­ni­kiem, księdzem Wal­de­ma­rem.

– Nieś wy­trwa­le swój krzyż – ra­dził – pil­nuj córki jak oka w głowie. Nie dopuść, by stra­ciła to, co naj­cen­niej­sze dla młodej dziew­czy­ny. Nie po­zwa­laj wy­cho­dzić wie­czo­ra­mi, kon­tro­luj każdy jej krok, za­bra­niaj, nakłaniaj do mo­dli­twy. Wiem, że cier­pisz, ale to najświętsza rola mat­ki.

Tak, Sa­bi­na była gor­liwą ka­to­liczką. Nie za­sta­na­wiała się nad swoją re­li­gij­nością, nie lubiła ana­liz. Była za to do­bra w pi­sa­niu żar­li­wych tekstów, co bar­dzo do­ce­nia­no w re­dak­cji, bo ka­to­lic­ki ty­go­dnik dla ko­biet „Na­sza Mi­sja” pro­wa­dził walkę o lepszą i jesz­cze bar­dziej chrześcijańską Polskę. Przed­mu­rze.

Do pra­cy przyszła o ósmej pięćdzie­siąt. Większości współpra­cow­ników jesz­cze nie było na miej­scu, będą się tak scho­dzić do je­de­na­stej, cze­go Sa­bi­na, jako zastępczy­ni na­czel­nej, sta­now­czo nie ak­cep­to­wała.

Za­pa­rzyła kawę, lubiła to robić sama. Za­mie­niła parę słów z se­kre­tarką sze­fo­wej, którą wszy­scy uważali za uoso­bie­nie do­bro­ci i na­zy­wa­li piesz­czo­tli­wie Żabką. Sa­bi­na znała ją od bar­dziej aser­tyw­nej stro­ny – była to słodka jak miód ro­pu­cha, która nig­dy nie miała cza­su na łącze­nie jej rozmów.

– Pięknie pani wygląda w tej su­kien­ce, pani Żabko – rzu­ciła kom­ple­ment, zdo­by­wając się na na­prawdę sze­ro­ki uśmiech. – Nig­dy bym nie pomyślała, że pa­ski mogą pa­so­wać do pani fi­gu­ry – dodała.

Nie była w sta­nie się po­wstrzy­mać, na­wet nie próbowała. Żabka zro­biła zra­nioną minę i moc­no wciągnęła brzuch, co uwy­dat­niło jej bułowa­te pier­si.

– Proszę dziś sporządzić listę z in­for­macją o go­dzi­nach przyjścia do pra­cy każdego z członków re­dak­cji. Te spóźnie­nia muszą się wresz­cie skończyć – zmie­niła te­mat Sa­bi­na.

Żabka przełknęła ślinę i kiwnęła głową.

– Tak jest. Listę prze­ka­zać sze­fo­wej? – za­py­tała.

– Nie sze­fo­wej, tyl­ko mnie, po­nie­waż to ja wydałam pani to po­le­ce­nie.

– Oba­wiam się, że nie mogę tego zro­bić bez zgo­dy na­czel­nej. – W głosie Żabki po­ja­wił się za­sta­na­wiająco prze­kor­ny ton.

Sa­bi­na przyglądała jej się przez chwilę ba­daw­czo.

– Pani zda­je so­bie sprawę z tego, kim je­stem, praw­da? – za­py­tała w końcu ostro.

– Tak, oczy­wiście – od­po­wie­działa szyb­ko Żabka.

Głos jej drżał i przestępowała z nogi na nogę, co uspo­koiło Sa­binę.

– I ro­zu­mie pani, że pod nie­obec­ność na­czel­nej to ja je­stem pani sze­fową?

Żabka po­now­nie kiwnęła głową.

– To proszę przy­go­to­wać dla mnie listę. A tak zupełnie szcze­rze i tyl­ko między nami po­wiem pani, że pra­cow­nicz­kom ka­to­lic­kiej re­dak­cji nie wy­pa­da nosić tak odważnych de­koltów. Do­brze pani wie, że od­wie­dzają nas tu także du­chow­ni. Pani su­kien­ka jest bar­dzo ładna, ale na­da­je się na dan­sing, a nie do pra­cy.

Sa­bi­na uśmiechnęła się z nie­skry­waną sa­tys­fakcją, a po­tem odwróciła na pięcie i drob­nym, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem po­ma­sze­ro­wała do swo­je­go kom­pu­te­ra. Prze­sad­nie przy tym kręciła wąski­mi bio­dra­mi – od dziec­ka była świa­do­ma własnych atutów, zwłasz­cza w re­la­cji z in­ny­mi ko­bie­ta­mi. Pra­co­wała właśnie nad tek­stem o powołaniu małżonków do płodności. „Sta­ty­sty­ki do­wodzą, że prze­siąknięte an­ty­kon­cep­cyj­nym spo­so­bem myśle­nia pary nie mają szans na prze­trwa­nie” – wy­stu­kała na kla­wia­tu­rze i w tym mo­men­cie przy­po­mniała so­bie, że za­po­mniała dziś wziąć pigułkę. Chwy­ciła to­rebkę i po­biegła z nią do to­a­le­ty, żeby za szczel­nie za­mkniętymi drzwia­mi i po spraw­dze­niu, czy ni­ko­go nie ma w sąsied­niej ka­bi­nie, wyciągnąć płatek z okrągłymi ta­blet­ka­mi. Był za­wi­nięty w ce­lo­fan i scho­wa­ny w pudełku po men­to­lo­wych cy­ga­ret­kach, które zo­stało wsu­nięte pod pod­szewkę to­rebki. Naj­lep­sza kryjówka, jaką po­tra­fiła wymyślić i z której z po­wo­dze­niem ko­rzy­stała od wie­lu lat – każda nowa to­rebka była na­ci­na­na żyletką w stra­te­gicz­nym miej­scu. Je­rzy do­stałby zawału, gdy­by się do­wie­dział, wpadłby w furię, pomyślała, choć była świa­do­ma, że do praw­dzi­wej wściekłości jej mąż nie jest zdol­ny. Nie wo­bec niej. Poza tym Sa­bi­na tak do­brze pil­no­wała swo­jej ta­jem­ni­cy, że na­wet się z niej nie spo­wia­dała, tym bar­dziej że była prze­ko­na­na, iż jako mat­ka dwójki może so­bie udzie­lić dys­pen­sy. Po wyjściu z to­a­le­ty powróciła wol­nym kro­kiem do biur­ka. „Men­tal­ność an­ty­kon­cep­cyj­na każe człowie­ko­wi nie oglądać się na Boga w kwe­stii po­sia­da­nia dzie­ci, ale czy można mówić o au­ten­tycz­nej miłości, gdy...” – na­pi­sała i usłyszała za ple­ca­mi cha­rak­te­ry­stycz­ny stu­kot ob­casów He­le­ny.

Odwróciła się i tym ra­zem jej uśmiech nie miał w so­bie nic wy­stu­dio­wa­ne­go. He­le­na była jak córka, wpraw­dzie nie z jej łona, ale za to bar­dziej uda­na i łatwiej­sza do zro­zu­mie­nia niż ta własna. Sa­bi­na wi­działa w młod­szej koleżance z re­dak­cji samą sie­bie sprzed kil­ku­na­stu lat i po­chle­biało jej, że He­le­na jest w nią wpa­trzo­na jak w ob­raz, że bie­gnie do niej z każdym tek­stem spra­gnio­na ko­men­ta­rzy, kry­ty­ki, a cza­sem po­chwały, że zwie­rza jej się na­wet z roz­te­rek miłosnych jak naj­lep­szej przy­ja­ciółce. Cza­sa­mi uma­wiały się po pra­cy na wino lub na kawę, były przy tym nie­zwy­kle dys­kret­ne – po co inni mają gadać, przy­jaźń w re­dak­cji to ma­te­riał do naj­gor­szych plo­tek. Już w ka­wiar­ni Sa­bi­na mościła się wy­god­nie w roli oso­by doj­rzałej i spełnio­nej, która po­przez pracę nad sobą oraz wierną służbę Panu osiągnęła w życiu wszyst­ko, o co inne ko­bie­ty walczą, często bez­sku­tecz­nie, używając przy tym najgłupszych z możli­wych spo­sobów. Gdy­by mogła, za­mru­czałaby z za­do­wo­le­nia i wy­li­zała z za­chwy­tem sta­ran­nie po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie. He­le­na chłonęła życio­we mądrości Sa­bi­ny z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i psim od­da­niem. Sa­bi­na nie miała w zwy­cza­ju się zwie­rzać, ale dla He­le­ny robiła wyjątek. Wy­ja­wiła jej nie­jedną re­dak­cyjną ta­jem­nicę. Je­dy­nie He­le­nie nie bała się opo­wie­dzieć o niełatwej re­la­cji z na­czelną, która pra­co­wała w „No­wej Mi­sji” krócej niż ona i nie miała połowy jej wie­dzy i kon­taktów. Któregoś razu opo­wie­działa jej też o nie­po­ko­jach związa­nych z Te­resą.

– Trud­no jest być córką do­sko­nałej mat­ki – skwi­to­wała wte­dy z po­wagą He­le­na. – Może mogłabyś nas ze sobą po­znać? Za­biorę Te­reskę do kina i na ciast­ka, wytłumaczę jej różne spra­wy. Ja do każdego umiem do­trzeć.

Właśnie wte­dy, ten je­den, je­dy­ny raz, w głowie Sa­bi­ny za­pa­liła się ostrze­gaw­cza lamp­ka, jed­nak szyb­ko wyłączyła ją z kon­tak­tu, bo He­le­na zmie­niła już te­mat i po­now­nie de­kla­ro­wała za­chwyt dla men­tor­ki.

He­le­na była brat­nią duszą i Sa­bi­na nie ukry­wała, że cie­szy się, widząc ją tak wcześnie z rana w re­dak­cji. Jej pro­te­go­wa­na nie różniła się od resz­ty za­trud­nio­nych i za­zwy­czaj także przy­cho­dziła do pra­cy na je­de­nastą. Cóż, wia­do­mo, ryba psu­je się od głowy, a na­czel­na nie po­ja­wia się w re­dak­cji przed południem.

– Do­brze cię wi­dzieć, He­len­ko – po­wie­działa. – Może znaj­dzie­my dziś czas, żeby prze­dys­ku­to­wać te­ma­ty do następne­go nu­me­ru? Chciałabym cię namówić na wy­wiad z księdzem Chro... – Sa­bi­na nie skończyła, bo He­le­na prześli­zgnęła się obok jej biur­ka, po­ka­zując ręką, że nie może roz­ma­wiać, a po­tem po­ma­sze­ro­wała pro­sto do ga­bi­ne­tu na­czel­nej. Żabka, która stała przy kse­ro­ko­piar­ce, wy­ko­nała na jej wi­dok coś w ro­dza­ju dy­gnięcia. Sa­bi­na nie wie­rzyła własnym oczom. Nie za­uważyła też, że na­czel­na przyszła dziś do pra­cy z sa­me­go rana. Dzie­je się coś dziw­ne­go. Czyżby He­len­ka wpadła w kłopo­ty?

Przez chwilę Sa­bi­na za­sta­na­wiała się, czy wstać i in­ter­we­nio­wać, ale nie trwało to długo, bo po­deszła do niej Żabka. Oparła się o sze­ro­ki kant biur­ka z ciem­ne­go drew­na i jej rozłożyste, miękkie bio­dra roz­lały się jesz­cze bar­dziej na boki.

– Sze­fo­wa pro­siła, żeby popro­sić panią na roz­mowę – po­wie­działa.

Miała w oczach bez­gra­nicz­ny, spo­co­ny smu­tek. Być może re­dak­cyj­na le­gen­da na te­mat jej do­bre­go ser­ca za­wie­rała w so­bie ziarn­ko praw­dy.

Sa­bi­na w jed­nej chwi­li po­czuła ści­ska­nie żołądka i czer­woną falę ad­re­na­li­ny, która na mo­ment przesłoniła jej pole wi­dze­nia. Zro­biła się równo­cześnie mała i bar­dzo wiel­ka, pew­na swe­go i po­zba­wio­na wpływu.

Nie­na­wi­dziła na­czel­nej od pierw­sze­go spo­tka­nia, jej uma­lo­wa­ne czer­woną szminką, ściśnięte w ciup usta śniły jej się po no­cach, ale Sa­bi­na nie należała do osób, które łatwo za­stra­szyć. Na ogół po­tra­fiła ukry­wać tę utrud­niającą pracę an­ty­pa­tię wy­mie­szaną ze sporą dawką za­zdrości, ale jej dys­kre­cja w tej kwe­stii nie miała zna­cze­nia. W tej grze wszyst­kie asy znaj­do­wały się i tak w rękach Mo­ni­ki Pi­tek.

Pi­tek była mi­strzy­nią trud­nej sztu­ki ciągłego acz dys­kret­ne­go i przez to trud­ne­go do udo­wod­nie­nia mob­bo­wa­nia podwład­nych, wir­tu­ozerką obrażania się bez po­wo­du i równie nie­uza­sad­nio­nych oraz nagłych wy­borów ulu­bie­nic. Każdy dzień w re­dak­cji zależał od wahań jej zmien­nych hu­morów. Do per­fek­cji do­pro­wa­dziła też sztukę eks­plo­ata­cji. Była ele­ganc­ka, miała kon­tak­ty, szczy­ciła się uda­nym życiem ro­dzin­nym i – rzecz ja­sna – była wyjątko­wo pobożna. Opo­wia­da­no, że każdego ran­ka idzie na mszę i to właśnie jest po­wo­dem jej późno roz­po­czy­na­nych dni pra­cy. Mówio­no też, że ma zna­jo­mości w świe­cie po­li­ty­ki i na kościel­nej górze. W pew­nym sen­sie Mo­ni­ka Pi­tek była Sa­biną do kwa­dra­tu, Sa­biną młodszą, bar­dziej za­dbaną i dzie­sięć razy bar­dziej bez­względną.

Tym ra­zem po­wi­tała swoją zastępczy­nię najsłod­szym z uśmiechów, po­ka­zując równe ząbki dziew­czyn­ki. Następnie wy­stu­dio­wa­nym ge­stem wy­pielęgno­wa­nych dłoni po­pra­wiła sztywną fry­zurę. Równie słodko uśmie­chała się do siedzącej już w ga­bi­ne­cie He­le­ny, która na­wet nie pod­niosła wzro­ku. Tkwiła na swo­im krześle jak zaklęta z po­chy­loną głową i przy­gry­zioną górną wargą. Na­czel­na po­pro­siła Sa­binę, żeby usiadła, założyła nogę na nogę, za­py­tała, jak dzie­ci i czy cie­szy się na urlop, poczęsto­wała ją kawą i drożdżowym cia­stem, po które, jak wyjaśniła, pani Żabka z sa­me­go rana bie­gała do po­bli­skiej pie­kar­ni, opo­wie­działa kil­ka aneg­dot, pa­ro­krot­nie wy­buchła per­li­stym śmie­chem i była w tak do­brym na­stro­ju, że Sa­bina doszła do wnio­sku, iż zna­lazły się fun­du­sze na wy­star­to­wa­nie no­we­go do­dat­ku dla młodych mam. Po półgo­dzi­nie ton głosu Pi­tek spo­ważniał, nie­co ściem­niał, wbiła wzrok w śro­dek czoła swo­jej zastępczy­ni i zaczęła ko­lej­ne przemówie­nie:

– Dro­ga pani Sa­bi­no – pra­co­wały ze sobą trzy lata, ale nie przeszły na ty, Pi­tek nie lubiła się fra­ter­ni­zo­wać – pani wkład w rozwój na­sze­go ty­go­dni­ka i jego licz­ne suk­ce­sy jest tak duży, że należy się pani za to nie­jed­na na­gro­da. Szczególnie do­ce­niam fakt, że poświęciła pani wie­le cza­su na wspie­ra­nie za­wo­do­we­go roz­wo­ju współpra­cow­ników.

Pi­tek pociągnęła no­sem i przez kil­ka długich se­kund wpa­try­wała się w pra­we ramię siedzącej obok He­le­ny.

– Nie­ste­ty, jak się pani orien­tu­je, sy­tu­acja na ryn­ku pra­so­wym nie jest do­bra...

Za­wie­siła znacząco głos, odchrząknęła i przez mo­ment bez większe­go en­tu­zja­zmu kru­szyła pal­ca­mi obu rąk leżący na ta­le­rzu kawałek cia­sta. W głowie Sa­bi­ny wył alarm prze­ciw­lot­ni­czy.

– Z tego po­wo­du – ciągnęła na­czel­na – zmu­sze­ni je­steśmy do da­le­ko idących oszczędności i li­kwi­da­cji sta­no­wi­ska zastępcy re­dak­to­ra na­czel­ne­go.

Sa­bi­na otwo­rzyła usta, ale Pi­tek dała jej znak ręką, żeby mil­czała, i Sa­bi­na, zupełnie jak nie ona, posłuchała. Szu­kając ra­tun­ku, zerknęła na siedzącą obok He­lenę, ale ta przyglądała się z uwagą swo­im cie­li­stym raj­sto­pom, a przemówie­nie Pi­tek ewi­dent­nie nie sta­no­wiło dla niej za­sko­cze­nia.

– Znam pani troskę o ty­go­dnik, więc wiem, że po­czu­je pani ulgę, wiedząc, iż dzięki temu, że od daw­na wpro­wa­dzała pani w taj­ni­ki na­szej pra­cy siedzącą tu panią He­lenę Pie­karską, na­sza młoda, zdol­na re­dak­tor­ka jest dziś pra­cow­niczką wy­so­ce wy­kwa­li­fi­ko­waną i właśnie zgo­dziła się przejąć wszyst­kie pani obo­wiązki bez do­dat­ko­we­go wy­na­gro­dze­nia.

W tym mo­men­cie Pi­tek stuknęła ręką w stół, a na jej trójkątnej twa­rzy po­ja­wił się sze­ro­ki uśmiech.

– Można więc po­wie­dzieć, że w prak­ty­ce nadal będę miała zastępczy­nię, choć for­mal­nie nie będzie się ona tak na­zy­wała. Czy czu­je się pani uspo­ko­jo­na? Na­sza umo­wa zo­sta­je roz­wiązana w try­bie na­tych­mia­sto­wym z po­wo­du li­kwi­da­cji sta­no­wi­ska, ale jeśli chciałaby się pani odwołać od tej de­cy­zji, możemy zmie­nić za­pis i za­rzu­cić pani wie­lo­krot­ne złama­nie ta­jem­ni­cy za­wo­do­wej, o czym może zaświad­czyć obec­na tu pani koleżanka. Pani He­le­no?

He­le­na kiwnęła po­ta­kująco głową i powróciła do oględzin swo­ich raj­stop. Po­tem wszyst­ko po­to­czyło się szyb­ko i spraw­nie ni­czym w trak­cie zwol­nień na Wall Stre­et. Po go­dzi­nie onie­miała Sa­bi­na stała na chod­ni­ku przed swoją byłą pracą z fo­liową torbą za­miast tek­tu­ro­we­go pudła, do której udało jej się we­pchnąć kil­ka zupełnie te­raz nie­po­trzeb­nych pa­pierów.

*

So­fia Söder­berg sie­działa po tu­rec­ku na płaskiej ska­le tuż nad wodą. Po­ru­szała szyb­ko usta­mi. Wy­go­lo­ny na pałę ry­bak po dru­giej stro­nie je­zio­ra, który przez chwilę zer­kał na nią przez lor­netkę, pokręcił głową i przeklął. Nie lubił Szwe­dek. Iry­to­wały go.

– Moc­na jak stal i opa­no­wa­na, muszę być moc­na – po­wta­rzała So­fia.

Mówiła po pol­sku. Do nie­daw­na na­zy­wała się zresztą Zo­fia Sko­czy­las, a jej ro­dzi­ce po­cho­dzi­li ze wsi na wschód od Wrocławia, tej sa­mej, w której miesz­ka­li żona i dzie­ci ro­da­ka po dru­giej stro­nie je­zio­ra. W prze­ci­wieństwie do Zo­fii ry­bak prze­by­wał w Szwe­cji tym­cza­so­wo, przy­je­chał z ko­le­ga­mi, których można byłoby na­zwać pra­cow­ni­ka­mi se­zo­no­wy­mi, gdy­by dla większości z nich se­zon nie trwał całymi la­ta­mi. Gnieździ­li się w wypełnio­nych prze­kleństwa­mi opa­rach te­sto­ste­ro­nu, w imi­granc­kim blo­ko­wi­sku w dziel­ni­cy Fi­sksätra. Całe dnie, łącznie z so­bo­ta­mi, spędza­li na od­na­wia­niu domów w Saltsjöba­den i Saltsjö-Duvnäs, albo da­lej na Li­dingö, w skórę dłoni wżerała im się far­ba, wyglądały na wy­ta­tu­owa­ne białą, nie­re­gu­larną kreską. Wie­czo­ra­mi wra­ca­li do cuchnącego skar­pe­ta­mi i pi­wem miesz­ka­nia, pa­li­li faj­ki pro­sto z oj­czy­zny i li­czy­li czas do po­now­nych od­wie­dzin w swo­im kra­ju – tej skar­bon­ce na prze­syłane żonom pie­niądze.

Mat­ka i oj­ciec So­fii też nieczęsto po­wra­ca­li do ro­dzin­nych stron. Nie było pie­niędzy, cza­su, oka­zji. Należeli do pierw­sze­go po­ko­le­nia, które prze­niosło się do mia­sta i skończyło stu­dia. Wsty­dzi­li się wsi. Sporą część życia poświęcili udo­wad­nia­niu, że są lep­si od swo­ich ko­rze­ni, a ich córka kon­ty­nu­owała tę tra­dycję. Szwedz­ki mąż Kjell nie mu­siał jej na­ma­wiać do zmia­ny na­zwi­ska. Sama prze­kształciła imię. W ten sposób zo­stała po­now­nie stwo­rzo­na w ulep­szo­nej, szwedz­kiej wer­sji. Wy­sta­wiła twarz do słońca i spróbowała nie myśleć, ale szyb­ko z tego zre­zy­gno­wała i po­now­nie otwo­rzyła oczy. Płaska skała pod jej uda­mi była gładka i ciepła od słońca, prze­ci­nało ją kil­ka ciem­nych pęknięć. Wy­cho­dziły z nich za­wsze pra­co­wi­te, ciężko obłado­wa­ne mrówki. Położyła pa­lec wska­zujący na dro­dze jed­nej z nich, mrówka próbowała go wy­minąć, ale kie­dy prze­szko­da po­now­nie prze­cięła jej ścieżkę, wspięła się na nią, ześli­zgnęła w dół i powędro­wała da­lej. Siłacz­ka. Zo­fia pomyślała, że sama prze­stała nią być. Życie z Kjel­lem po­zwo­liło jej na od­po­czy­nek. Nie mu­siała już wal­czyć o prze­trwa­nie, chwy­tać się ogłupiających prac, prze­pro­wa­dzać z miej­sca na miej­sce. Jej mąż był mężczyzną, w którym wszyst­ko wy­da­wało się wykończo­ne i ukształto­wa­ne, przy­po­mi­nał do­brze zre­da­go­wa­ny tekst, za­mknięty pro­jekt, sta­ran­nie wy­re­mon­to­wa­ny przez polską ekipę dom. Miał określone poglądy i pew­ne prze­ko­na­nia. Z paru rze­czy był jed­no­znacz­nie dum­ny. Ze szwedz­kiej de­mo­kra­cji, w której może i słusznie upa­try­wał wyjątko­we­go mo­de­lu, z by­cia za­an­gażowa­nym oj­cem i fe­mi­nistą. Miał pie­niądze, które zresztą za­wdzięczał nie pra­cy, ale po­cho­dze­niu, pew­ne, sta­re pie­niądze – pojęcie pra­wie nie­zna­ne w pol­skim słowni­ku.

Nie po­tra­fiła so­bie ułożyć re­la­cji z jego córka­mi. Jesz­cze parę dni temu uważała to za dra­mat, te­raz było jej wszyst­ko jed­no.

– Tato, sko­ro nie ma cię ju­tro w Sztok­hol­mie, po­wiedz So­fii, żeby mnie ode­brała rano z pływal­ni – po­wiedziała parę mie­sięcy temu San­na.

Miała sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­metrów wzro­stu, ufar­bo­wa­ne na czar­no włosy z białymi od­ro­sta­mi i ta­tuaż w kształcie ważki na pra­wej łydce.

– Możesz mnie o to sama po­pro­sić – od­po­wie­działa au­to­ma­tycz­nie So­fia, pod­nosząc oczy znad ga­ze­ty.

Znaj­do­wa­li się we trójkę w kuch­ni, po­chy­lo­ny nad drew­nia­nym bla­tem Kjell wy­ra­biał cia­sto na chleb. Do­mo­we pie­czy­wo było jego nową pasją, z łatwością ule­gał eko­lo­gicz­nym mo­dom, a chleb na za­kwa­sie był jedną z nich. San­na od paru mi­nut stała przy otwar­tej lodówce. Nie odwróciła głowy w stronę So­fii.

– Proszę, tato, po­roz­ma­wiaj z nią. Mnie boli głowa, idę się położyć.

Za­nim wyszła, odwróciła się, rzu­ciła So­fii prze­ciągłe spoj­rze­nie i uśmiechnęła się z wyższością.

Tak zaczęła się ulu­bio­na za­ba­wa dziew­czy­nek Kjel­la, pełna nie­spo­dzia­nek i nagłych zwrotów gra w wy­klu­cza­nie tej trze­ciej. Trze­ba przy­znać, że ten ro­dzaj dziewczęcych roz­ry­wek So­fia znała do­brze z własne­go dzie­ciństwa.

– Kjell, to się musi skończyć. Nie ro­zu­miesz, jak się czuję, kie­dy two­je córki ko­mu­ni­kują się ze mną za two­im pośred­nic­twem, i to na­wet wte­dy, kie­dy je­steśmy ra­zem?! – próbowała mu tłuma­czyć parę dni później, kie­dy po­chy­lał się ma­nia­kal­nie nad ko­lej­nym własnoręcznie wy­ra­bia­nym cia­stem.

– So­fia, ko­cha­nie – od­po­wie­dział z niezmąco­nym spo­ko­jem, żad­ne­go wrażenia nie zro­bił na nim huk za­trza­ski­wa­nych z furią drzwi na górze ani wrzask jego córek, które właśnie zaczęły się kłócić. – Bądź cier­pli­wa. San­na i Ju­lia to na­sto­lat­ki. Ich ro­dzi­ce roz­wie­dli się, ich oj­ciec ma nową żonę, co ty­dzień prze­pro­wa­dzają się z domu do domu...

– Na two­je własne życze­nie! – prze­rwała So­fia. – Prze­cież to ty uważasz, że tak jest wspa­nia­le. Gdy­by to zależało ode mnie lub od two­jej byłej żony...

– Oczy­wiście, że tak jest naj­le­piej – od­po­wie­dział mo­no­ton­nym głosem Kjell, unosząc przy tym do góry białą od mąki rękę jak pra­wiący ka­za­nie pa­stor. – San­na i Ju­lia muszą się tyl­ko do cie­bie przy­zwy­czaić.

– Miały już na to rok.

– Niedługo będzie le­piej.

– Kjell! Na ra­zie to z dnia na dzień jest go­rzej!

Kie­dy młod­sza od San­ny Ju­lia prze­cho­dziła obok So­fii, jej długi koński ogon bujał się na boki jak wa­hadło ze­ga­ra. Za każdym ra­zem, gdy włączała się do roz­poczętej przez starszą siostrę gry w „So­fii tu­taj nie ma”, na jej twa­rzy błąkał się uśmiech.

– Cześć, tato! – mówiła, wra­cając ze szkoły. – Po­wiedz So­fii, że... – za­czy­nała.

Nie­ważna była treść prze­ka­zu, istotę rze­czy sta­no­wiło pod­kreśle­nie bra­ku ra­cji ist­nie­nia ko­bie­ty, która śmiała wpro­wa­dzić się do domu ich ojca.

Jesz­cze parę dni temu So­fia nie była w sta­nie o tym spo­koj­nie myśleć. Po­byt w let­niej da­czy ro­dzi­ny Söder­bergów, w mod­nym ku­ror­cie San­dhamn, nie po­pra­wił sy­tu­acji. Był tyl­ko chwi­lo­wym za­wie­sze­niem bro­ni. Zda­rzyło się kil­ka dni, kie­dy dziew­czy­ny za­cho­wy­wały się nor­mal­nie i dopuściły Sofię do swo­jej wspólno­ty z oj­cem. Któregoś wie­czo­ru przez parę go­dzin gra­li we czwórkę w scrab­ble, żar­to­wa­li i prze­ko­ma­rza­li się jak praw­dzi­wa ro­dzi­na. Zo­fia była wnie­bo­wzięta, ale szyb­ko prze­ko­nała się, że jej en­tu­zjazm był przed­wcze­sny. Następne­go dnia rano sio­stry za­cho­wy­wały się tak, jak­by spek­ta­ku­lar­ne przełama­nie lodów nig­dy nie nastąpiło. Powróciły do swo­je­go:

– Tato, po­wiedz So­fii, że wrócimy z plaży przed wie­czo­rem.

Jakoś przeżyła wspólne dwa ty­go­dnie. San­na i Ju­lia miały w San­dhamn paczkę przy­ja­ciół, z którymi znały się od dzie­ciństwa, więc spędzały dużo cza­su poza do­mem. Kjell za dnia usiłował za­ra­zić żonę pasją do gry w gol­fa, a wie­czo­ra­mi za­bie­rał ją do re­stau­ra­cji lub na spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi. W San­dhamn zbie­ra­li się w lip­cu jego zna­jo­mi z czasów stu­diów na uni­wer­sy­te­cie w Up­psa­li, z którymi wi­dy­wał się właści­wie tyl­ko la­tem. Zo­fia nadal była dla nich nowa, czuła się przez to jak na sce­nie, na której bez­u­stan­nie trze­ba udo­wad­niać, że zasłużyło się, by za­grać swoją rolę. Po­now­nie była imi­grantką. Wy­da­wało jej się, że jest w ich oczach ubogą krewną z post­ko­mu­ni­stycz­nej pro­win­cji, taką, co to łapie mężczyznę z lep­sze­go świa­ta i się po nim pnie jak bluszcz, wspi­na się po jego ple­cach, by zro­bić ka­rierę i za­pew­nić so­bie fi­nan­so­we bez­pie­czeństwo. Wszy­scy byli dla niej uprze­dzająco mili, żony ko­legów Kjel­la wyciągały ją na wspólne spa­ce­ry i bab­skie ko­la­cje, pod­czas których jed­na przez drugą kom­ple­men­to­wały jej szwedz­ki. Za­miast się z tego cie­szyć, przełykała ze ściśniętym gardłem ślinę, uśmiech roz­ciągał jej usta w sztyw­nym gry­ma­sie, była inna, była cu­dzo­ziemką, nie przy­na­leżała. Miała świa­do­mość, że pew­nie jest prze­czu­lo­na i przy­pi­su­je lu­dziom poglądy, którymi nie grzeszą, ale po­zor­nie nie­win­ne „ale miałaś szczęście, że spo­tkałaś Kjel­la!” zo­sta­wiało po so­bie gorz­ki smak i nie­pokój, którego nie czuła już tak często w ich sztok­holm­skim śro­do­wi­sku.

Udo­bru­cha­ne słońcem San­na i Ju­lia za­cho­wy­wały się całkiem przy­zwo­icie. Do­pie­ro w dro­dze po­wrot­nej do Sztok­hol­mu doszło do awan­tu­ry.

– Tato, je­stem głodna – po­wie­działa San­na, kie­dy tyl­ko ze­szli z pro­mu w Sta­vsnäs i wsie­dli do sa­mo­cho­du, który przez ostat­nie ty­go­dnie cze­kał na nich cier­pli­wie na ta­nim par­kin­gu.

– Za­raz będzie­my w domu – od­parł Kjell.

– Tato, za­trzy­maj­my się gdzieś na obiad – zawtórowała Ju­lia.

– Zro­bi­my po dro­dze za­ku­py i ugo­tu­je­my w domu – powtórzył Kjell. – Mam ochotę na pie­czo­ne­go łoso­sia. A wy?

– Nie­na­widzę łoso­sia – upie­rała się San­na. – Jeśli tak, to od­wieź nas od razu do mamy.

– Ale z mamą umówiliśmy się na ju­tro. – Kjell nie tra­cił cier­pli­wości ani do­bre­go hu­mo­ru.

– Dzwo­nię do mamy! – wrzasnęła San­na. – Nie będziesz nas głodził!

So­fia do tej chwi­li po­dzi­wiała kra­jo­bra­zy za oknem i li­czyła w myślach do stu, żeby się nie de­ner­wo­wać, ale te­raz nie wy­trzy­mała.

– Uspokójcie się! San­na, prze­stań szan­tażować ojca! Jak chcesz, to ku­pi­my po dro­dze pizzę – po­wie­działa spo­koj­nie, ale zde­cy­do­wa­nie.

Rzad­ko angażowała się w kon­flik­ty męża z córka­mi, więc po tych słowach za­padła na kil­ka chwil ci­sza i za­pa­no­wała kon­ster­na­cja. So­fia pomyślała z za­do­wo­le­niem, że może to jest właśnie sposób na dziew­czyn­ki. Po­ka­zać im gra­ni­ce, nie pobłażać we wszyst­kim. W tym mo­men­cie San­na wrzasnęła z furią:

– Nie będziesz mnie wy­cho­wy­wać, ty pol­ska przybłędo! Sprzątać u nas możesz, a nie nami rządzić!

– San­na! – krzyknął Kjell, ale naj­wy­raźniej nie wie­dział, co po­wie­dzieć da­lej, bo za­cisnął zęby i tyl­ko ścisnął moc­niej kie­row­nicę.

– Chce­my je­chać do mamy! – wrzasnęła Ju­lia. – Ty i tak wo­lisz od nas swoją Polkę! Polską sprzątaczkę!

Kjell sięgnął po te­le­fon, podał go So­fii i po­pro­sił, żeby wykręciła nu­mer jego byłej żony, Ma­rian­ne. Za­mie­nił z nią kil­ka słów. Usta­li­li, że San­na i Ju­lia po­jadą pro­sto do miesz­ka­nia mat­ki na Öster­malm. Zo­fia wy­siadła po dro­dze, nie­da­le­ko domu. Była tak wstrząśnięta, że następne­go dnia wsta­wała z łóżka tyl­ko po to, by po­biec do ubi­ka­cji. Kil­ka razy zwy­mio­to­wała, była pew­na, że ma to podłoże psy­chicz­ne. Kjell zaglądał do niej do po­ko­ju i tłuma­czył bez końca, że San­na i Ju­lia to na­sto­lat­ki, że prze­chodzą trud­ny okres, że wszyst­ko się ułoży, że ich za­cho­wa­nie z pew­nością nie ma nic wspólne­go z wro­gim na­sta­wie­niem do ob­co­kra­jowców ani z po­gar­dli­wym sto­sun­kiem do Po­lek, a już na pew­no nie do niej sa­mej, na­wet jeśli mogła tak pomyśleć. San­na i Ju­lia, jak to dziew­czy­ny w ich wie­ku, świet­nie wy­czu­wają najsłab­sze punk­ty do­rosłych, z którymi wo­jują. Doj­rze­wają, są zbun­to­wa­ne, to chy­ba nor­mal­ne, no ja­kie mają być?

– Przy­znaj, So­fia, że to ro­zu­miesz – wpa­try­wał się w nią wzro­kiem pro­wa­dzo­ne­go na rzeź, ku­la­we­go ko­nia.

Mil­czała. Kjell wes­tchnął, przez chwilę nad czymś się za­sta­na­wiał, a po­tem kiwnął głową, jak­by po­twier­dzał własną de­cyzję.

– Nig­dy ci o tym nie mówiłem... – zaczął i za­wie­sił głos – ale Ma­rian­ne też ma z nimi ogrom­ne pro­ble­my. – Kie­dy wy­po­wia­dał imię byłej żony, drgnęła, ale nie zmie­niła wy­ra­zu twa­rzy. – Mówiła mi, że w kłótniach po­tra­fią być dla niej okrut­ne. San­na po­wie­działa ostat­nio mat­ce, że już za­wsze będzie sama, bo się brzyd­ko sta­rze­je. Wy­obrażasz to so­bie?! Ale zarówno Ma­rian­ne, jak i ja wie­my, że dziew­czyn­ki za­cho­wują się w ten sposób, bo w ich życiu zaszły wiel­kie zmia­ny, a poza tym trud­no jest dziś być na­sto­latką. – Ton jego głosu świad­czył o tym, że sam upo­rczy­wie prze­ko­nu­je sie­bie, że ma rację.

Na­wet nie sta­rała się go słuchać. Była za­mknięta w po­zba­wiającej od­de­chu kap­su­le własne­go ciała. Za­cho­dziły w nim pro­ce­sy, nad którymi nie miała żad­nej kon­tro­li.

Gładka ta­fla je­zio­ra przy­ciąga jak ma­gnes i cho­ciaż hu­mo­ry córek Kjel­la nie mają już żad­ne­go zna­cze­nia, Zo­fia i tak ma ochotę zniknąć pod wodą, scho­wać się i już nig­dy nie wy­sunąć głowy na po­wierzch­nię. Znów sia­da po tu­rec­ku, pro­stu­je ple­cy, kładzie ręce na ko­la­nach i prze­ma­wia do sie­bie to­nem wy­ro­zu­miałej na­uczy­ciel­ki. To długi wywód.

– Będziesz mu­siała do­ko­nać wy­bo­ru, ale prze­cież nie do­ko­nasz go sama. Masz męża, który cię ko­cha i który z pew­nością osza­le­je z radości. Two­je życie zo­stało uporządko­wa­ne, zna­lazłaś swo­je miej­sce. Star­sze od cie­bie ko­bie­ty ro­dziły zdro­we dzie­ci. Nie ma żad­nych po­wodów do nie­po­ko­ju. Nie sądziłaś, że cze­ka cię to w życiu, ale naj­wy­raźniej nie miałaś ra­cji. Ciesz się, Zo­fio!

Dwa dni temu kupiła w końcu test ciążowy, w za­sa­dzie po to, by wy­klu­czyć ewen­tu­al­ność, o której z góry wie­działa, że jest nie­praw­do­po­dob­na. Prze­ma­wiały prze­ciw niej pre­zer­wa­ty­wy, o których nig­dy nie za­po­mi­na­li, tyłozgięcie ma­ci­cy (swe­go cza­su gi­ne­ko­lo­dzy wyrażali pew­ność, że sta­nie się przy­czyną trud­ności z zajściem w ciążę), no i co­kol­wiek by mówić – wiek. Mówiąc wprost, czter­dzieści je­den lat to nie jest czas łatwych zapłod­nień.

– Ciesz się... So­fio – mówi, tym ra­zem szep­tem.

Co­raz wyraźniej czu­je, że ostat­nią osobą, którą chciałaby te­raz po­in­for­mo­wać o swo­im sta­nie, jest Kjell. Sięga po komórkę i po­spiesz­nie wy­stu­ku­je nu­mer Ada­ma, a po­tem równie szyb­ko ka­su­je nie­zaczętą roz­mowę. Przez chwilę kołysze te­le­fon na dłoni. Naj­prościej byłoby za­dzwo­nić do Mii, ale Mia pew­nie te­raz me­dy­tu­je gdzieś na Goa – jej sztok­holm­ska przy­ja­ciółka po roz­wo­dzie wy­ru­szyła sa­mot­nie w podróż życia. Zo­fia długo pa­trzy przed sie­bie. W końcu bar­dzo po­wo­li, ce­le­brując każdy ruch, wy­bie­ra nu­mer Jo­an­ny. Nie ode­zwała się do niej ani razu, odkąd Jo­an­na parę mie­sięcy temu za­dzwo­niła i jed­nym tchem po­wie­działa, że tym­cza­so­wo miesz­ka w Sztok­hol­mie, a sta­ra przy­jaźń nie rdze­wie­je, więc może mogłyby umówić się kie­dyś na kawę i nad­ro­bić wszyst­kie lata.

– Ode­zwij się do mnie, Zośka, jeśli znaj­dziesz czas. Na­prawdę się za tobą stęskniłam!

Wy­po­wie­działa te słowa po­zor­nie lek­kim to­nem, ale Zo­fia słyszała, że gdzieś w połowie zadrżał jej głos.

Po­czuła wte­dy nie­przy­jem­ny skurcz żołądka.

– Wiesz, że zmie­niłam imię i na­zwi­sko? – za­py­tała trochę bez sen­su.

– Wiem! To dla­te­go było mi tak trud­no do cie­bie do­trzeć, ale w końcu, jak sama słyszysz, udało mi się zdo­być twój nu­mer, opo­wiem ci, jak do tego doszłam, kie­dy się spo­tka­my – Jo­an­na mówiła szyb­ko, jak­by sta­rała się zdążyć, nim Zo­fia rzu­ci słuchawkę.

– Za­dzwo­nię, obie­cuję. Jest tyl­ko parę spraw, którymi muszę się naj­pierw zająć – po­wie­działa.

Była wte­dy pew­na, że nie do­trzy­ma słowa, ale te­raz wy­bie­ra jej nu­mer i kie­dy włącza się pocz­ta głoso­wa, zo­sta­wia krótką wia­do­mość:

– Cześć, Asia, tu Zośka. Za­dzwoń, jeśli masz ochotę na kawę w mieście.

*

Asia, Sa­bi­na i Zo­sia. W dziew­czyńskiej przy­jaźni trójka to nie jest do­bra licz­ba. Trójka ozna­cza, że trze­ba za­cho­wać czuj­ność i bro­nić własnej po­zy­cji, bo któraś za­wsze wyląduje poza or­bitą. Dla­te­go nig­dy nie opusz­czała ich podskórna ry­wa­li­za­cja. Nig­dy od niej nie od­po­czy­wały.

– Siedzę w ławce z Zosią. Praw­da, Zo­sia? Umówiłyśmy się, że usiądzie­my ra­zem, jesz­cze w czerw­cu – słowa ozna­czające wy­rok.

Sa­bi­na trium­fo­wała, Zo­sia do­sta­wała ru­mieńców z sa­tys­fak­cji, że zo­stała wy­bra­na, a Asia ze spusz­czoną głową kie­ro­wała się w stronę wol­ne­go miej­sca obok przy­pad­ko­wej koleżanki. Cze­kał ją se­mestr, a może i rok by­cia obok, by­cia go­rzej po­in­for­mo­waną. Z tru­dem przełykała łzy.

Nie­kończąca się wal­ka o pierw­szeństwo w ob­ma­wia­niu tej trze­ciej.

Ob­ga­dy­wa­nie dawało władzę i chwi­lo­we po­czu­cie bli­skości.

– Aśka, przy­sięgnij, że ni­ko­mu nie po­wiesz. Wiesz, że tata Sa­bi­ny zno­wu się od nich wy­pro­wa­dził? Tyl­ko proszę, uda­waj, że nic nie wiesz. Sa­bi­na strasz­nie się na mnie ob­ra­zi, jak się do­wie, że ci po­wie­działam. A do cie­bie to już się wte­dy nig­dy nie ode­zwie. Wiesz, jaka ona jest.

Pa­trzyły so­bie w oczy. Kiwały głowa­mi. Następował czas pełnego po­ro­zu­mie­nia.

– Sa­bi­na, a ty wiesz, że Zośka śpi w jed­nym łóżku z bra­tem? On się boi, jak jest ciem­no, i ich mama kazała, żeby prze­no­sił się wte­dy na tap­czan Zosi. To ja­kieś zbo­czo­ne, nie? Ale proszę, Sa­bi­na, nie mów jej, że wiesz, do­bra? – Asia uśmie­chała się, widząc płomień cie­ka­wości w oczach Sa­bi­ny.

Zno­wu była górą. Nie miało już zna­cze­nia, z kim Sa­bi­na sie­dzi w ławce. Ale poza tym były trzy. We trzy było łatwiej.

Kie­dy tra­fiły do har­cer­stwa, uparły się, że ich zastęp musi nosić nazwę He­ka­te – imię grec­kiej bo­gi­ni o trzech ob­li­czach, opie­kun­ki ko­biet i roz­staj­nych dróg, której posągi usta­wia­no na roz­drożach, żeby chro­niła podróżnych przed de­mo­na­mi. Do­da­wało im to sił, były jak He­ka­te – trzy, ale złączo­ne w jed­ność. Inne dziew­czyn­ki nie wie­działy, że cały zastęp nosi imię ku czci Asi, Sa­bi­ny i Zosi. Wy­pro­wa­dziły je w pole. To była sta­ran­nie skry­wa­na ta­jem­ni­ca. Jak wie­le in­nych.

Zda­rzało się więc, że licz­ba trzy była do­bra, wyjątko­wa. Po­dob­nie bywało z ta­jem­ni­ca­mi. Większość z nich łasko­tała w brzuch, o większości można było szep­tać na szkol­nym ko­ry­ta­rzu, zasłaniając usta ręką i rozglądając się de­mon­stra­cyj­nie wokół, tak żeby wszy­scy za­uważyli, że ma się coś do ukry­cia. Coś, o czym mogą wie­dzieć tyl­ko one trzy. Asia, Sa­bi­na i Zo­sia. Po­tra­fiły stać za sobą mu­rem. Nie­strasz­na im była świr­nięta gru­ba Ewka, która z byle po­wo­du rzu­cała się na kogo po­padło z pięścia­mi i pa­zu­ra­mi, a była tak sil­na, że kie­dy raz zwa­liła się potężnym ciel­skiem na Kaśkę i zaczęła bić ją po głowie, Kaśka do­stała wstrząśnie­nia mózgu. Ewka była dru­go­rocz­na i za­cho­wy­wała się jak córka pi­jaków, cho­ciaż miała bar­dzo miłą mamę, o której wszy­scy naj­pierw myśleli, że jest jej bab­cią. Na ko­ry­ta­rzach szkol­nych plotko­wano, że Ewka jest z domu dziec­ka, a jej ro­dzi­ce wca­le nie są jej ro­dzi­ca­mi i wzięli ją do sie­bie, gdy ich do­rosły syn wy­pro­wa­dził się z domu. Ewka mu­siała być za sta­ra na ta­kie zmia­ny, bo na nie­wie­le się zdało, że nowa mama szyła jej ładne su­kien­ki i plotła war­ko­cze. Ewka nie zo­stała grzeczną dziew­czynką i miała w so­bie tak straszną złość, że kie­dy wpadła w furię, to mogła zabić. Zwłasz­cza jeśli ktoś, jak Kaśka, zawołał za nią: „Znaj­da! Znaj­da!”.

Mogło się też zda­rzyć, że Ewka do­sta­wała ata­ku złości bez po­wo­du. Albo że do­cho­dziło do nie­go przez pomyłkę. Jak wte­dy, gdy nowa na­uczy­ciel­ka po­wie­działa do niej „ty sie­ro­to”, bo Ewka nie zro­zu­miała pro­ste­go za­da­nia ma­te­ma­tycz­ne­go. Kie­dy na­uczy­ciel­ka, która była młoda i bar­dzo ze wszyst­ki­mi za pan brat, zro­zu­miała, co po­wie­działa, zro­biła się cała czer­wo­na i chciała coś jesz­cze dodać tytułem wyjaśnie­nia, ale świr­nięta Ewka zdążyła już wstać, kopnąć krzesło i wy­biec z wrza­skiem na ko­ry­tarz. Pew­nie w końcu wy­rzu­ci­li­by ją ze szkoły, gdy­by nie jej miła, star­sza mama nie mama, która co ty­dzień od­wie­dzała pod­stawówkę i przed­sta­wiała na­uczy­cie­lom sy­tu­ację.

Dla Asi, Sa­bi­ny i Zosi Ewka nie sta­no­wiła żad­ne­go za­grożenia. Nie­chby tyl­ko spróbowała się rzu­cić na którąś z nich. One też miały pa­zu­ry, a do tego były trzy na jedną.

Nie­strasz­ny im był na­wet Ar­tur z ósmej kla­sy, który miał brud­ne łapy i którego spe­cjal­nością było za­cza­ja­nie się na młod­sze koleżanki między półkami szkol­nej bi­blio­te­ki. Kie­dy zo­ba­czył jakąś sa­motną dziew­czynkę, wy­ska­ki­wał nie­ocze­ki­wa­nie, pod­bie­gał do niej i ob­ma­cy­wał pa­skud­ny­mi, mo­kry­mi od potu łapa­mi. Dla­te­go Jo­asia, Sa­bi­na i Zo­sia cho­dziły do bi­blio­te­ki we trzy i miały obleśnego Ar­tura za nic.

Poza tym w ich życiu ist­niał taki ro­dzaj śmie­chu, który wy­zwa­lał z wszel­kich ogra­ni­czeń i uwal­niał od dążenia do by­cia ładną i po­pu­larną. Ów śmiech możliwy był tyl­ko wte­dy, gdy były ra­zem. We trzy. Nie­mal zrośnięte w całość. Nie śmiały się wte­dy, ale re­cho­tały i kwi­czały, pękały z radości. Tur­lały się jak szkla­ne kul­ki do gry, której za­sad nie ro­zu­miał nikt z ich kla­sy. Roz­ra­do­wa­ne to­czyły się po dy­wa­nie, po chod­ni­ku, po zie­mi.

– Prze­stań, Zośka, bo się zsi­kam – krzy­czała Sa­bi­na i de­mon­stra­cyj­nie kucała na traw­ni­ku, jak­by to na­prawdę już, na­prawdę nie szło wy­trzy­mać.

– Boli mnie brzuch, boli brzuch – darła się roz­chi­cho­ta­na Asia, aż łapał ją atak czkaw­ki.

Tym­cza­sem Zośka da­lej prze­drzeźniała na­uczy­cie­li:

– Wyciąg kartkę. Wyciąg kartkę, będzie spraw­dzian – cy­to­wała gru­bym głosem dzia­da od przy­spo­so­bie­nia obron­ne­go. – Jak nie będzie­ta słuchać, wszyst­kich po­wci­skam w ma­ski ga­zo­we. Bez wy­y­yjątku, mówię.

– Aaaa, co za wieśniak – płakała ze śmie­chu Aśka. – Wyciąg, wyciąg, skąd on bie­rze ta­kie słowa?!

– Z woj­ska – wrzasnęła tu­bal­nym głosem Zośka, przykładając pal­ce do czoła.

Były też szep­ta­ne, po­uf­ne roz­mo­wy, dzięki którym każda czuła się sil­niej­sza, chwi­le ab­so­lut­ne­go po­ro­zu­mie­nia.

Wcze­snym la­tem wy­no­siły koc na osie­dlową górkę. Często za­bie­rały ze sobą żółwia Aśki. Jej oj­ciec kupił go od ko­le­gi, który prze­my­cił eg­zo­tycz­ne­go zwie­rza­ka w wa­liz­ce, Bóg je­den wie skąd. Żółw miał na­ma­lo­waną la­kie­rem do pa­znok­ci czer­woną kropkę na pan­ce­rzu, żeby nie zgu­bił się w trak­cie swo­ich ucie­czek z koca. Leżały we trzy bar­dzo bli­sko sie­bie, wy­ry­wały z zie­mi długie źdźbła tra­wy, miażdżyły je zębami u na­sa­dy, de­li­kat­nie, tak żeby nie od­gryźć, i opo­wia­dały so­bie, kim będą. Ja­kie będę. Z kim będą. Ta ostat­nia kwe­stia była szczególnie ważna. Nie wy­obrażały so­bie przyszłości bez ide­al­ne­go męża. Przyszłość bez męża nie ist­niała.

Po ja­kimś cza­sie po­wsta­wało małe za­mie­sza­nie, hi­ste­rycz­ne po­szu­ki­wa­nia żółwia, który jed­nak wziął i zniknął. Nasłuchi­wa­nie. Ob­ser­wo­wa­nie po­ru­szeń tra­wy. Łzy Aśki. Fu­ka­nie Sa­bi­ny. Na­dzie­ja. I w końcu okrzyk radości, kie­dy gdzieś, całkiem bli­sko błyskała czer­wo­na krop­ka na na­grza­nym słońcem pan­ce­rzu. Bli­skość i wyłączność, ja­kich nie znał nikt. Nikt poza nimi trze­ma.

*

Ich pierw­sze spo­tka­nie po la­tach nie było szczególnie uda­ne, ale za­pla­no­wały ko­lej­ne. Coś je do sie­bie przy­ciągało, jakiś stru­mień za­wra­cający w przeszłość. Nie tę, o której z sobą roz­ma­wiały. Ob­ser­wo­wały ukrad­kiem jed­na drugą, szu­kając śladów daw­no za­po­mnia­nych zda­rzeń i moc­no przedaw­nio­nych win. Możliwe, że uległy złudze­niu ciągłości, prze­ko­na­niu o połącze­niu dzie­ciństwa z do­rosłością, w którego ist­nie­nie Zo­fia na co dzień szcze­rze wątpiła.

Ten pierw­szy raz spo­tkały się w Sztok­hol­mie na Öster­malm. Było ciepło, ale siąpił deszcz. Usiadły w ka­wiar­ni Way­ne’s Cof­fee przy wiecz­nie za­kor­ko­wa­nej Kungs­ga­tan, tuż obok pla­cu Stu­re­plan, noc­ne­go jądra mia­sta, gdzie po północy to za­wsze, na­wet w mróz, dziew­czy­ny na pa­pie­ro­sie, w su­kien­kach le­d­wo za tyłek, gdzie bo­ga­cze piją z po­li­ty­ka­mi i gang­ste­ra­mi, a za­le­d­wie parę lat temu często bywały tu szwedz­kie księżnicz­ki. I gdzie pa­ro­krot­nie nie wpusz­czo­no na dys­ko­tekę Ka­ri­ma. Nig­dy nie było ja­sne, czy to z po­wo­du ko­lo­ru jego butów, czy skóry... Nie­na­wi­dził Stu­re­plan, mówił, że to gniaz­do os i trut­ni.

Po­da­na w gru­bych ce­ra­micz­nych kub­kach kawa pach­niała sy­ro­pem klo­no­wym. Zo­fia była bla­da, wy­da­wała się zmęczo­na, ale Jo­an­na i tak przy­znała w myślach, że jest dziś atrak­cyj­niej­sza niż daw­niej. Zwróciła na to uwagę już wcześniej, pod­czas prze­lot­ne­go spo­tka­nia w War­sza­wie. Nie po­tra­fiła jed­no­znacz­nie określić, co zmie­niło się w daw­nej przy­ja­ciółce, coś w spoj­rze­niu, spo­so­bie trzy­ma­nia głowy, ustach. Zaj­mo­wała te­raz większą prze­strzeń, cho­ciaż była szczu­plej­sza niż w cza­sach wcze­snej młodości.

Jo­an­na uśmie­cha się pro­mien­nie, od­kasłuje i mo­czy usta w ka­wie, szu­kając przy tym gorączko­wo te­matów do roz­mo­wy. Kom­plet­na pust­ka. Zo­fia nie próbuje jej pomóc, za­wzięcie grze­bie w mar­chew­ko­wym ciast­ku, wpa­trując się ze sku­pie­niem w wi­del­czyk.

Jo­an­na wygląda przez okno ka­wiar­ni. Stoi przed nim kil­ka bar­dzo młodych ko­biet w ku­sych su­kien­kach.

– Za­sta­na­wiam się, czy w moim wie­ku wy­pa­da jesz­cze iść do klu­bu Spy Bar, lu­dzie mówią, że wiek to żaden pro­blem, ale nie wiem, jak bym się od­na­lazła wśród tych wszyst­kich na­pa­lo­nych dwu­dzie­sto­la­tek. Jakoś głupio, praw­da? Kie­dy mi­jam ta­kie na uli­cy, czuję się jak di­no­zaur. Nie wiem, które są gor­sze, te w Pol­sce czy te w Szwe­cji, mam wrażenie, że patrzą na mnie jak na sta­ruszkę, ale praw­da jest taka, że one wca­le mnie nie widzą, prze­su­wają po mnie szkla­nym wzro­kiem, bo nie je­stem już dla nich za­grożeniem. Nie ist­nieję.

Zo­fia nie pod­no­si oczu znad ciast­ka. Spra­wia wrażenie obojętnej.

– Nie za­sta­na­wiałam się nad tym – mówi w końcu i wzru­sza ra­mio­na­mi.

– A dużo się bawiłaś, kie­dy przy­je­chałaś do Sztok­hol­mu? – pyta bez sen­su Jo­an­na.

Ma ochotę strze­lić so­bie w łeb. Zo­fia miesz­ka w Szwe­cji od sie­dem­na­stu lat, po jaką cho­lerę pyta ją o początki jej po­by­tu w Sztok­hol­mie? I co ją w ogóle ob­cho­dzi jej życie im­pre­zo­we? Nie ma ważniej­szych i bar­dziej ak­tu­al­nych te­matów? Czy musi uda­wać przed Zofią, że nadal jest war­szawską Jo­anną sprzed kil­ku­na­stu lat, tą samą, którą Zośka do­brze kie­dyś znała? Jak za­wsze w chwi­lach stre­su za­czy­na jej drżeć po­wie­ka.

– Kie­dy przy­je­chałam, wal­czyłam o prze­trwa­nie, nie było mnie stać na klu­by i drin­ki, mu­siałabym być call girl, żeby tam bywać – od­bur­ku­je Zo­fia. – Sprzątacz­ki nie im­pre­zują. Ale to na­prawdę bar­dzo sta­ra hi­sto­ria. In­ny­czas.

Pod­no­si oczy, wpa­tru­je się te­raz w Jo­annę bez cie­nia uśmie­chu, coś w jej wzro­ku mówi: nie py­taj da­lej i nie próbuj się nade mną użalać.

Te­mat życia noc­no-klu­bo­we­go można uznać za za­mknięty.

– Wy­je­chałaś do chłopa­ka. Nie po­ma­gał ci? Przy­po­mnij mi, jak on miał na imię? – ko­lej­ne głupie py­ta­nie. Trud­no.

– De­nis. Nie pamiętasz? Po­znałyśmy go ra­zem na im­pre­zie w klu­bie przy pla­cu Ban­ko­wym, nie pamiętam, jak się na­zy­wało to miej­sce, na pew­no już go nie ma, wszyst­ko się w War­sza­wie po­zmie­niało. To ja czuję się jak di­no­zaur, kie­dy przy­jeżdżam do mamy, nie nadążam za zmia­na­mi w mieście. – Zo­fia na­resz­cie trochę się ożywia. – Byłyście wte­dy z Sa­biną obu­rzo­ne, że tak łatwo dałam się po­de­rwać – ob­li­zu­je wi­del­czyk z nie­co złośli­wym uśmie­chem.

Jo­an­na spe­szyła się jak przyłapa­na na kłam­stwie, ale nadal uda­je, że nic nie pamięta:

– Po­cho­dził z byłej Ju­gosławii, tak? Dosyć przy­stoj­ny?

– Był Ser­bem, jego ro­dzi­na na początku woj­ny spa­ni­ko­wała. Bali się, że im synów wcielą do woj­ska, do­sta­li azyl w Szwe­cji. Mie­li szczęście, większość ta­kich jak oni z cza­sem odesłano z po­wro­tem do kra­ju-raju, a im po dwóch la­tach przy­zna­no szwedz­kie oby­wa­tel­stwo.

– Masz z nim kon­takt? W końcu zmie­nił two­je życie...

– Żar­tu­jesz? Nie­spełnio­ny, tęskniący za pa­triar­cha­tem ma­cho, który wylądował w kra­ju nie­zbyt lubiącym ko­lor jego włosów, ale za to fa­wo­ry­zującym ko­bie­ty. To nie przy­pa­dek, że po­je­chał na pod­ryw do Pol­ski. Zresztą po­wiem ci, że im le­piej szło nam roz­ma­wia­nie po szwedz­ku, a ja szyb­ko uczę się języków, tym wyraźniej było widać, że nie mamy ze sobą nic wspólne­go. Był pie­kiel­nie za­zdro­sny. Za­fun­do­wał mi piekło.

– Bił cię? – Jo­an­nie z przejęcia drży głos.

Dla­cze­go tak bar­dzo lubi mo­ment, kie­dy ktoś odsłania przed nią bo­lesną ta­jem­nicę?

– Nie bił. Ist­nieją inne spraw­dzo­ne me­to­dy, żeby kogoś upodlić i upo­ko­rzyć. Poza tym miłość bałkańskich ma­tek do synów jest jesz­cze bar­dziej de­struk­cyj­na od tego, co po­tra­fią wy­pra­wiać mat­ki Po­lki. Nie chce mi się do tego wra­cać. Sta­ra hi­sto­ria.

– Ale te­raz świet­nie ci się wszyst­ko ułożyło. Widać to po to­bie na pierw­szy rzut oka.

– Widać? – Zo­fia wy­bu­cha śmie­chem, jest su­chy, po­zba­wio­ny radości. – Tak, mam wspa­niałego, szwedz­kie­go męża, piękny dom w do­brej dziel­ni­cy, niezłą pracę, spełniam się. – Za­wie­sza głos, pa­trzy przed sie­bie nie­widzącym wzro­kiem. – A ty? Do­brze ci się układa z Krzysz­to­fem?

– Za­pew­nił mi cie­ka­we życie.

Te­raz Zo­fia przygląda jej się z trudną do ukry­cia, napiętą uwagą. Jo­an­na ma ochotę wy­rzu­cić z sie­bie bez cen­zu­ry wszyst­ko, co się w niej na­zbie­rało prze­ciw mężowi. Chciałaby opo­wie­dzieć Zośce o dławiącej pu­st­ce, o bra­ku po­ro­zu­mie­nia, o in­try­gach placówko­we­go życia i o bez­na­dziej­nej roli żony dy­plo­ma­ty. A po­tem o Ka­ri­mie. Może na­wet zwłasz­cza o nim. Chce, żeby było dokład­nie tak jak kie­dyś, gdy spra­wy nie­opo­wie­dzia­ne Zośce i Sa­bi­nie nie ist­niały. Mie­wało to różne kon­se­kwen­cje, ale same go­dzi­ny szcze­rości były wy­zwa­lające. Lubiły do­szu­ki­wać się tego, co w nich iden­tycz­ne, wy­da­wało im się nie­raz, że są ta­kie same. Do­brze pamiętała tam­ten wewnętrzny przy­mus ujaw­nia­nia przed przy­ja­ciółkami wszyst­kie­go, co w środ­ku, i dziwną ulgę, która to­wa­rzy­szyła po­dob­nym do spo­wie­dzi se­an­som. Nie­po­rad­ne ob­ma­cy­wa­nie się z chłopa­kiem w ósmym rzędzie pu­ste­go kina opo­wie­dzia­ne na głos dziew­czy­nom sta­wało się szałem namiętności, a prysz­cza­ci małola­ci w toku opo­wia­da­nia za­mie­nia­li się w mężczyzn na miarę Da­nie­la Day-Le­wi­sa. Wszyst­kie się w nim ko­chały.

Zośka była taka jak Asia, kom­plet­nie odsłaniająca się w roz­mo­wach. Na­iw­na. Tyl­ko Sa­bi­na do­brze chro­niła sie­bie i to ona za­da­wała naj­więcej pytań.

Jo­an­na na­bie­ra po­wie­trza, żeby spróbować po­wie­dzieć kil­ka słów o swo­im małżeństwie, ale w tej sa­mej chwi­li Zo­fia pod­ry­wa się z krzesła, mówi, że musi ją na chwilę prze­pro­sić, i bie­gnie w stronę to­a­le­ty. Po po­wro­cie sia­da po­now­nie przy sto­li­ku i zwy­cza­jo­wo pyta, co słychać u Sa­bi­ny.

– Nie wi­działam jej wie­le lat, jakoś się nie składało – tłuma­czy.

– Sa­bi­na jak to Sa­bi­na, same suk­ce­sy, wiesz, jaka jest. Zro­biła się jesz­cze bar­dziej wierząca niż kie­dyś. Prawdę mówiąc, gdy­byśmy się dziś po­znały, pew­nie bym się z nią nie za­przy­jaźniła. Jak ognia uni­kam roz­ma­wia­nia z nią o po­li­ty­ce i Koście­le, bo pożarłybyśmy się na śmierć i życie. Nie mam od­wa­gi spy­tać, co myśli o Smo­leńsku... – Uśmie­cha się z przekąsem Jo­an­na. – Jed­nak sta­re zna­jo­mości mają inną war­tość i inną lo­gikę, sama wiesz.

– Inną war­tość – po­wta­rza za nią jak echo Zo­fia.

Przez chwilę obie milczą.

– Bie­gam tak do ubi­ka­cji, bo je­stem w ciąży – do­da­je na­gle Zo­fia. – Nie wiem, czy tego chcę. Trochę późno na pierw­sze dziec­ko.

Jo­an­na za­mie­ra z kub­kiem w pół dro­gi do ust, wpa­tru­je się bez słowa w Zofię. Za­le­wa ją tak gwałtow­na i piekąca fala za­zdrości, że musi moc­no przełykać ślinę, żeby się nie popłakać.

W końcu uda­je jej się wy­du­sić z sie­bie nie­co zbyt głośne:

– Ależ to cu­dow­nie!

Te­raz Zo­fia na­bie­ra spóźnio­nej chęci, żeby po­roz­ma­wiać, ale Jo­an­na po paru mi­nu­tach za­pew­nień, jak wspa­nia­le było się spo­tkać i jak piękne i do­bre jest doj­rzałe ma­cie­rzyństwo, zer­ka na ze­ga­rek i in­for­mu­je, że musi le­cieć. Mają dziś w am­ba­sa­dzie uro­czy­stość.

– Nic wiel­kie­go, pożegna­nie pra­cow­ni­ka, ale i tak muszę się prze­brać. Tak to jest być żoną dy­plo­ma­ty. Po­zo­ry, kon­we­nan­se i sztyw­ny pro­tokół. To je­steśmy umówio­ne za ty­dzień, tak?

Po spo­tka­niu bie­gnie do naj­bliższej ga­le­rii han­dlo­wej i wy­da­je zbyt dużo pie­niędzy na trzy su­kien­ki z Zary i spodnie Mas­si­mo Dut­ti. Do­pie­ro kie­dy wy­cho­dzi na ulicę z obi­jającymi się o łydki pa­pie­ro­wy­mi tor­ba­mi, czu­je, że się uspo­ka­ja. Bar­dzo wol­no idzie przez park Hum­legården, sta­rając się in­ten­syw­nie myśleć, co założyć na przyjęcie pożegnal­ne rad­cy Kożuchow­skie­go. W połowie dro­gi za­trzy­mu­je się i przy­sia­da na ławce. Wyj­mu­je je­den z dwóch te­le­fonów komórko­wych, które za­wsze obi­jają się o sie­bie w jej to­reb­kach. Wysyła ese­mes do Ka­ri­ma. Pi­sze do nie­go z te­le­fonu na kartę pre-paid. Jest ostrożna.

Re­dak­cja: Anna Ada­miak

Ko­rek­ta: Ar­tur Ka­niew­ski, Han­na Sza­ma­lin

Pro­jekt okładki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Zdjęcie wy­ko­rzy­sta­ne na pierw­szej stro­nie okładki: © WIN-In­i­tia­ti­ve / Get­ty Ima­ges / Flash Press Me­dia

Skład i łama­nie: Tekst – Małgo­rza­ta Krzy­wic­ka

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel./fax (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-345-3

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rówieśniczki Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie Ostatnia powieść Marcela 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter