Póki rekin śpi

Póki rekin śpi

Autorzy: Milena Agus

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 126

cena od: 29.90 zł

 

Póki rekin śpi - literacki debiut Mileny Agus, autorki głośnego Bólu kamieni - to opowieść o losach rodziny Sevilla Mendoza, która mieszka na Sardynii ponoć od czasów paleolitu.

Osiemnastoletnia dziewczyna z Sardynii opowiada o swojej rodzinie:

Moja mama umarła. Mój ojciec odszedł. Moja ciotka przeżyła straszne rozczarowanie i przez jakiś czas nie wstawała z podłogi. Pewien przyjaciel, jeden z tych, na których możesz zawsze liczyć, wyruszył żaglówką w rejs po Morzu Śródziemnym. Mężczyzna, którego kochałam, jest żonaty. Mój dziadek był wspaniałym człowiekiem i umarł na wrzody, których nabawił się w obozie koncentracyjnym. Mój brat gra ciągle na fortepianie i jest tak, jak gdyby go nie było. A w dodatku zbliża się Boże Narodzenie, będziemy przy stole w trójkę i babcia się rozpłacze, ciotka powie "kopa w dupę całemu światu", a mój brat przysiądzie się tylko na chwilę, żeby coś przełknąć. (fragment)

Milena Agus nie ucieka od złożonych problemów, nie waha się nazywać rzeczy po imieniu. Pisze o miłości, śmierci, Bogu. I o życiu, które jest jak paszcza rekina. Póki rekin śpi, jest otwarta - i można spróbować z niej uciec.

 

 

z recenzji "Bólu kamieni":

Opowieść o zwyczajnym życiu i słowach, które pozostają w nas na zawsze.

Elle

Autorce wystarcza zaledwie kilka zdań czy nawet słów, by stworzyć sugestywne, zabawne lub poruszające sytuacje albo wywołać w wyobraźni pejzaże: zarazem mglisty i roziskrzony światłami Mediolan, zimową wędrówkę w górach albo port pod śniegiem.

Przegląd

Autorka bez patosu, morałów czy banału, za to z lekkością i poczuciem humoru opowiada o rozterkach związanych z uczuciami. Wartościowa, niezapomniana powieść.

Olivia

Niewielki tekst o wielkiej sile i ujmującej prostocie.

ksiazki.wp.pl

Na przeczytanie tej książki potrzebny jest spokojny wieczór. Wieczór, w którym można przez chwilę wsłuchać się w szum Morza Śródziemnego, posmakować sardyńskich potraw, poczuć magię i zrozumieć, że w życiu nie warto się na nic skarżyć, chociaż "ból kamieni" wielokrotnie może dać o sobie znać. To nie jest jakaś wielka literatura, to literatura prostej prawdy i subtelnych prób jej uchwycenia.

Jarosław Czechowicz, biblionetka.pl

Milena Agus

PÓKI REKIN ŚPI

przełożyła Monika Woźniak

Publikacja dofinansowana ze środków Unii Europejskiej w ramach Programu Kultura (2007–2013).

Tytuł oryginału: Mentre dorme il pescecane

Copyright © 2005 nottetempo srl

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2009

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2009

Wydanie I

Warszawa 2009

Spis treści

Dedykacja

Motto

1 rodzina Sevilla Mendoza

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla doktorów Clary Corda i Valtera Cicone

– I co dalej? – spytał Pinokio.

– Nic – westchnął Gepetto z rezygnacją. – Jesteśmy zgubieni...

– Zgubieni? Dlaczego zgubieni? – zaprotestował Pinokio. – Daj mi, tato, rękę i uważaj, żebyś się nie poślizgnął.

– Dokąd mnie teraz prowadzisz?

– Spróbujemy raz jeszcze. Chodź i nic się nie bój.

Carlo Collodi, Pinokio, (przeł. K. i E. Kabatcowie)

1

rodzina Sevilla Mendoza

W rzeczywistości wcale nie jesteśmy rodziną Sevilla Mendoza. Jesteśmy z całą pewnością Sardyńczykami, co najmniej od epoki paleolitu górnego.

To mój ojciec tak nas ochrzcił, dwoma nazwiskami popularnymi w tamtych stronach. Dużo podróżował i mitem jest dla niego Ameryka, ale nie Północna, bogata i uprzywilejowana, tylko Południowa, biedna i pechowa. Kiedy był chłopcem, twierdził, że jeszcze tam wróci, sam albo ze swoją przyszłą żoną, z którą będą dzielić te same ideały i przygodę ratowania świata.

Mamie nigdy nie zaproponował, żeby z nim pojechała. On jeździł wszędzie tam, gdzie była potrzebna pomoc. Ale nie z nią, bo ona boi się niebezpieczeństw i nigdy nie ma na nic siły.

W naszym domu każdy ma obsesję na jakimś punkcie: dla mamy to uroda, dla taty Ameryka Południowa, dla mojego brata doskonałość, a dla ciotki narzeczony.

Ja wymyślam opowieści, bo kiedy tutejszy świat mi się nie podoba, przenoszę się do mojego i bardzo mi tam dobrze.

A tutejszy świat nie podoba mi się z wielu powodów. Mówiąc szczerze, wydaje mi się paskudny i zdecydowanie wolę swój własny.

W moim świecie jest także on, który ma już żonę.

Nie wolno mi zapomnieć tego, co mi powiedział.

– Przysięgnij, że nie będziesz chciała związku opartego na uczuciach.

Ja na to: – Przysięgam.

– To ma być związek zwierzęcy, a nie roślinny.

– Związek zwierzęcy.

– Dwa psy machające ogonem na swój widok i obwąchujące sobie zady.

– Czy uważasz, że jestem ładna? – pytam go.

– Najładniejsza ze wszystkich tutaj.

– Ale tylko ja tu jestem.

– No więc?

– Proszę, powiedz mi, czy uważasz mnie za ładną.

– Masz najlepszy tyłek na świecie.

Ale moje wyobrażenie o miłości nie może się ograniczać do tyłka.

– Moja twarz, podoba ci się moja twarz?

– Przy takim tyłku mam gdzieś twoją twarz. Poza tym, jeśli coś mnie wkurwia, to prawienie komplementów na rozkaz.

No więc przestaję, bo nie chcę być taka jak mama.

Babcia opowiada, że mama zawsze była trochę upierdliwa. Kiedy była mała, przed pójściem spać całowała rodziców i życzyła im dobrej nocy. Oni czasami czuli się zmęczeni i odpowiadali z roztargnieniem „Dobranoc!”

– Powiedzcie mi to ładnie! – prosiła dziewczynka.

– Dobranoc! – powtarzali, już trochę zniecierpliwieni.

– Nie tak, nie tak! To jeszcze gorzej niż przedtem. – Rozklejała się i zaczynała płakać, dopóki wykończeni dziadkowie nie dali jej w skórę. Dopiero wtedy uspokojona zasypiała.

Mama wstaje o świcie i wychodzi na taras z wiadrem płynu do mycia i ze szczotką, żeby zmyć kupki gołębi. Ale i gołębie traktuje łagodnie. Odstrasza je, ustawiając po bokach barierę z kolczastych białych i czerwonych roślin, idealnie dopasowanych do barwy płytek na posadzce, albo zawieszając na sznurkach szeleszczące woreczki. Także wszystkie pozostałe kwiaty są białe i czerwone: jaśmin, róże, tulipany, frezje, dalie.

Mama uważa na kolory także wtedy, gdy rozwiesza pranie. Ale nie sądzę, żeby chodziło o kwestie estetyczne. Na przykład naszą, dzieci, pościel, przypina zawsze zielonymi klamerkami: kolor nadziei. Do przypinania prześcieradeł z łóżka małżeńskiego używa klamerek czerwonych: kolor namiętności. Zauważyłam, że unika żółtych, które symbolizują rozpacz, a jeśli znajdzie je w nowych zestawach, szybko się ich pozbywa.

Mama boi się nie tylko żółtych klamerek, ale dosłownie wszystkiego. Rzadko się zdarza, żeby obejrzała film do końca i nie uciekła przerażona z kina po pierwszej brutalnej lub po prostu realistycznej scenie.

Boi się także gwiazd, bo zna się na astrologii i śledzi z niepokojem pozycje planet. Rzadko się zdarza, żeby niebo nie dostarczało jej powodu do zmartwień.

Zawsze powtarza, że nigdy sobie nie wybaczy, że nie urodziła mojego brata kilka godzin później, kiedy na niebie powstał niezwykle pomyślny układ Księżyca i Wenus w koniunkcji, która zapewniłaby mu szczęście w miłości. Także wobec mnie czuje się winna, bo w moim przypadku wystarczyłby poród o kilka godzin wcześniejszy.

– Chciałam się popisać – powtarza. – Miałam bóle, ale nie chciałam sprawiać kłopotu. Oni byli pewni, że jeszcze nie nadszedł czas, ale się mylili. Urodziłam dziecko bez bólu, w chwili gdy Księżyc był w kwadraturze ze wszystkimi planetami. Moja biedna córka!

Ojciec mówi, że matka jest zającem i robi kupkę w kształcie bobków. Często podchodzi do niej i szepcze jej do ucha, naśladując odgłos, który mama wydaje, gdy je marchewki.

– Chrum chrum chrum chrum chrum chrum chrum – a mama śmieje się jak szalona i patrzy na niego z uwielbieniem, bo ojciec jest jej całkowitym przeciwieństwem. Gwiżdże na to, co myślą inni. Nigdy za nic nie przeprasza. I nigdy nie czuje się gorszy od nikogo, chociaż nie ma studiów. Co więcej, kiedy ktoś chwali się swoimi tytułami, tata mówi, że to nie jest prawdziwa kultura, bo kultura to coś innego, a to są kretyni.

– Twoja matka – powiedział mi kiedyś tata – to urodzona mimoza. Powinniśmy rozdawać podręcznik litościwych kłamstw wszystkim, którzy mają z nią do czynienia. Gdybym miał kiedyś problemy, gdybym był smutny i nie umiał jej rozśmieszyć, wolałbym już grzebać w śmietniku, w najgorszym miejscu na ziemi.

Dlatego nigdy nic jej nie mówimy i pośredniczymy między nią a światem.

Natomiast ja mam strusi żołądek. Tak jak mój dziadek ze strony matki, który podczas wojny walczył w marynarce, przeżył trzy zatopienia okrętów, dwuletnią niewolę u Niemców, a ostatnie miesiące z SS, maszerując dzień i noc na mrozie, w czasie odwrotu, gdy zabijali wszystkich, którzy nie mieli siły iść dalej. Walczył z psami o obierki z ziemniaków na wysypisku śmieci, podczas gdy „Drzazga” przyglądał się z rozbawieniem. Maszerował bez ustanku i dlatego ostatecznie nie zabili go, i przeżył.

Wrócił i zaczął życie od nowa. Tyle tylko, że zrobił się nerwowy. Podskakiwał na dźwięk upuszczonego widelca.

Mojej mamie prawie zaraz przestał opowiadać o okropnościach wojny, bo dziewczynka zaczęła mieć koszmary nocne i śniło jej się, że stoi z babcią w kolejce do internowania, podczas gdy dziadka torturują.

W odpowiedzi na niegodziwość Hitlera, jako młoda dziewczyna stała się komunistką. Potem jednak przeczytała o zbrodniach Stalina i Mao i o tym, jak źle żyło się także w Rosji i w Chinach. Zbliżyła się do Kościoła, ale tam też nie brakowało, przynajmniej w dawnych czasach, złych ludzi, takich jak inkwizytorzy czy bezlitosne bigotki. Pozostała demokracja. Ideał. Tylko że tata powtarza zawsze, że zachodnie demokracje zabijają swoją dyktaturą ekonomiczną Trzeci Świat.

On ma już żonę, ale te jego telefony rzucają na mnie czar.

– To ja, co u ciebie?

Nie pamiętam już, co u mnie. Zaczynam szukać dla niego wolnego miejsca, obmyślam skomplikowane plany, żeby mógł przyjść do mnie do domu, gdy nikogo nie ma. Chodzi głównie o mamę, która jeśli nie jest w pracy, nigdzie nie wychodzi. Przekonuję ją, żeby poszła malować w plener, i zostawiam ją z paletą coraz dalej: na górującym nad miastem wzgórzu San Michele, gdzie mama robi się smutna na wspomnienie okrutnej śmierci biednej Violante Carroz w 1511 roku, albo przy latarni w Calamosca, z widokiem na nieskończony horyzont. Potem umawiamy się na konkretną godzinę i jadę po nią moją czerwoną vespą, bo nie ma szans, żeby mama umiała wrócić sama do domu i żeby wsiadła do właściwego autobusu.

Potem celebruję oczekiwanie: dziesięciowatowa lampka w pokoju, absolutna cisza. Czekam na niego wyciągnięta na łóżku, ubrana jak na spacer. Płaszcz, torebka, buty na obcasach, ręce skrzyżowane na piersi. Martwa, gotowa do zmartwychwstania. Brzydula, gotowa, by stać się pięknością.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Póki rekin śpi Ból kamieni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Sześć światów Hain