Plama na suficie

Plama na suficie

Autorzy: Piotr Zaremba

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 450

cena od: 34.90 zł

Późnym wieczorem w okolicach Otwocka w dziwnych okolicznościach zostaje uprowadzony młody mężczyzna. Znika bez śladu. W tym samym czasie do Warszawy przyjeżdża w poszukiwaniu pracy młoda dziewczyna. Ponura willa na Grochowie, w której udaje jej się znaleźć pokój, kryje w sobie tajemnicę podwójnego morderstwa sprzed ponad pół wieku. Plama na suficie - wyrosła z fascynacji twórczością Stephena Kinga i Petera Strauba - łączy w sobie cechy horroru oraz powieści obyczajowej. W powieści panuje mroczna, niepokojąca atmosfera, bliska niekiedy Złemu Tyrmanda. Piotr Zaremba prowadzi nas labiryntami blokowisk i willowych uliczek prawobrzeżnej Warszawy, które stają się widownią wydarzeń dziwnych i przerażających.

w serii ukazały się:

Artur Baniewicz Góra Trzech Szkieletów Artur Baniewicz Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej Anna Bojarska List otwarty do królowej Wiktorii Anna Bojarska Ja

Marek Bukowski Wysłannik szatana

Max Cegielski Apokalipso

Andrzej Horubała Farciarz

Witold Horwath Seans

Grażyna Jagielska Korespondent

Krystyna Kofta Krótka historia Iwony Tramp

Marek Ławrynowicz Kino „Szpak”

Marek Ławrynowicz Pogoda dla wszystkich

Gabriel Meretik Kryptonim „Luksemburg”

Tomasz Mirkowicz Pielgrzymka do Ziemi Świętej Egiptu

Joanna Rudniańska Miejsca

Hanna Samson Pułapka na motyla

Małgorzata Sara monowicz Siostra

Małgorzata Saramonowicz Lustra

Jerzy Sosnowski Apokryf Agłai

Jerzy Sosnowski Linia nocna

Marcin Wolski Alterland

Mariusz Ziomecki Lato nieśmiertelnych

Piotr Zaremba

plama na

suficie

Patronat medialny:

CZYTELNIA.

POUTYIJlonetpI

HI matras

KSIĘGARNIE

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

PROLOG. TRZY DNI WCZEŚNIEJ. CZWARTEK

Wszystko na próżno, ponieważ marionetki, zamiast grać dalej, podwoiły hałas i wrzaski i wziąwszy Pinokia na ramiona, zaniosły go w triumfie przed rampę.

A wtedy ukazał się dyrektor teatru marionetek, olbrzym tak brzydki, że sam jego widok wzbudzał trwogę. Miał brodę czarną jak wielka plama atramentu, a tak długą, że od podbródka sięgała mu aż do ziemi; dość powiedzieć, że kiedy kroczył, przydeptywał ją sobie nogami. Gęba jego była tak szeroka jak czeluść pieca, oczy wyglądały jak dwie latarnie z czerwonego szkła z płonącymi wewnątrz światełkami, a wielki bat, którym strzelał, zrobiony był z wężów i lisich ogonów.

Niespodziewane zjawienie się dyrektora zaparło wszystkim oddech. Można było usłyszeć latanie muchy. Biedne marionetki obojga płci drżały jak liście.

– Czy przyszedłeś, żeby wywołać zamęt w moim teatrze – zapytał Pinokia właściciel marionetek głosem silnie zakatarzonej Piekielnej Poczwary.

– jaśnie panie, proszę mi wierzyć, że to nie moja wina!…

– Dobrze, dobrze! Wieczorem porachujemy się.

1.

Osiedle Żółtych Bloków szykowało się do kataklizmu.

Powietrze było nieruchome i lepkie, a ciemniejące niebo chyliło się nad domami. Ludzie przemykali się chodnikami i asfaltowymi alejkami ze słabo skrywaną nerwowością. Próbowali nie ulegać panice. Do końca wyprowadzali psy, parkowali lub uruchamiali samochody, wpadali do sklepów i wypadali z nich, gromadzili się przy kioskach Ruchu, względnie gnali do klatek schodowych, odczuwając ulgę, gdy wreszcie zamknęli za sobą drzwi.

Na rozległym trawniku pomiędzy blokami a dwupasmową jezdnią grupa młodych straceńców wciąż biegała za łaciatą piłką. Marek Wiertas, obciążony sporą granatową torbą z napisem Adidas, omiótł graczy krótkim, lekceważącym spojrzeniem. Przyśpieszył nieznacznie kroku. Był na ostatniej prostej przed klatką schodową domu numer osiemdziesiąt. Wiedział już, że ocalał.

Nieopodal wejściowych drzwi trzej mali chłopcy podżegali piskliwymi okrzykami ospałego włochatego kundla, próbując zainteresować go kotem, który skrył się pod stalowoniebieską ładą. Wiertasowi żal było kota. Uznał jednak, że rola obrońcy zwierzaka może go tylko ośmieszyć. Wsiadał do windy z nadzieją, że kot i tak się ocali.

Wszystkie koty, jakie do tej pory spotykał, wychodziły z opresji cało. Wszystkie… z wyjątkiem jednego, którego rozszarpał pies kolegi Marka z przedszkola. Ale gdy to się stało, w Polsce rządził jeszcze Jaruzelski. Musiało to więc być dawno.

W mieszkaniu na trzecim piętrze Wiertas uwolnił się od ciężkawej torby. Porzucił ją w przedpokoju. Przeszedł po wyślizganej wykładzinie przez większy pokój, otworzył drzwi na balkon. Zaraz potem zawrócił w głąb mieszkania do jelefonu.

Zawsze odczuwał niemiłe podniecenie, gdy wykręcał jen numer.

– Halo! – zachrypiał w słuchawce dobrze znajomy głos. – Halo! Halo! No co jest?

Nic nie jest, ty chuju – pomyślał Marek Wiertas i wcisnął czerwoną słuchawkę na widełki.

Był długowłosym, rudawym, dwudziestojednoletnim olewaczem o zaczerwienionych policzkach i odrobinę zmętniałym spojrzeniu średnio zaawansowanych palaczy trawy. Bardzo chciał się nie bać ciemniejącego nieba za oknem i drzwi na klatkę schodową. Tyle że za takimi drzwiami ktoś mógł stać przecież i czekać, aż w końcu się ściemni. A wtedy…

No to co wtedy? Co wtedy? Jesteś przecież dużym chłopcem. Kto po ciebie sięgnie?

Włączył gwałtownym ruchem światło i zaraz potem telewizor. Łagodny męski głos akompaniował pierwszym kroplom bębniącym w parapet. Powiadamiał z subtelnym odcieniem satysfakcji o czyichś protestach gdzieś nie w Polsce.

2.

– Każdego dnia pan tu sobie tak posiaduje – stwierdzenia Elżbiety Lubiniec trudno było nie zaliczyć do kategorii retorycznych. – Na deszcz się zbiera znowu. Powinno już trochę być lata, a ciągle chłodno, chociaż to się prawie koniec czerwca zrobił. A w zeszłym roku, pamięta pan, jak to było? Upały. Ciągle upały.

Juliusz Dębczak, przysadzisty sześćdziesięciosiedmioletni mężczyzna w przyzwoitym garniturze z ciemnopopielatej wełny i ciężkich, czarnych, starannie wyczyszczonych półbutach, ogarnął sąsiadkę obojętnym spojrzeniem. Miała wrażenie, że obserwuje ją przez nieco zmętniałą szybę.

– No więc? – odpowiedział jej wreszcie. – A pani chciałaby, żeby było gorąco?

– Właściwie… – nie potrafiła zająć jednoznacznego stanowiska. Miała okrągłą, rumianą twarz z młodzieńczo delikatnym meszkiem pod zadartym nosem i na obrzeżach policzków. Nosiła okulary w żółtej metalowej oprawce. Szary żakiet w popielatą kratkę zawdzięczała siostrze w Holandii. Skończyła niedawno sześćdziesiąt jeden lat.

– Wielki upał jeż rzeczywiście źle – rozważała niezdecydowana. – Ale z drugiej strony, tak jak dziś, to chyba już najgorzej… – Zerknęła z niepokojem na niebo.

– Dla nas żadna pogoda nie jest dość dobra – podsumował kategorycznie, choć frochę niejasno mężczyzna.

– Tak pan uważa? – Stała przy ławce, ale nie miała ochoty siadać, choć przy zwalistym tałowiu Dębczaka było jeszcze sporo miejsca. – No w pewnym sensie, ale…

Nie patrzył już na nią więcej, wodził wyblakłymi oczami po zszarzałej fasadzie domu. Właśnie osiągnął łagodną spadzistość dachu, przemknął się po jalistej attyce, aby wrócić w dół z czarną rynną na wydeptany trawnik. Budynek był ciężkawy, a przecież patrząc nań, mężczyzna myślał za każdym prawie razem o bezbronności. Właśnie to słowo przychodziło mu do głowy.

Nienaturalny skwerek, w który rozszerzała się przed domem wąska uliczka, zaświadczał o smutnym losie domu. O tym, jak odarto go z ogrodzenia, odebrano miękką otulinę ogrodu. Jak połączono jego solidny próg z przypadkowym asfaltem jezdni najnędzniejszą płaszczyzną źle zatrawionej ziemi i nierównego chodnika.

– Słyszałam, ma pan nową lokatorkę – Lubiniec dyplomatycznie zmieniła temat. – To znaczy, to pan Poszwiej właściwie… Kto to? Chyba to nie tajemnica?

– Nie tajemnica – burknął. – Przyjeżdża z prowincji. Córka mojej dawnej znajomej.

A więc istniały dawne znajome Dębczaka spod trójki. Pogodziła się z tym odkryciem po pół minucie.

– Pewnie to porządna dziewczyna… Na prowincji młodzież chyba jakaś jest spokojniejsza niż tutaj – zdobyła się na wniosek. – Zresztą wszyscy tam są spokojniejsi. A tamta nie wróci? I naprawdę pojechała do Brazylii? – Tym razem nie odpowiedział. – A kiedy ta nowa przyjedzie do pana? – spróbowała powrotu do bezpieczniejszego tematu.

– Nie dla mnie przecież przyjeżdża, tylko dla siebie – dowiódł, że nie ma tak naprawdę bezpiecznych tematów.

– Za parę dni – obdarzył ją jednak łaskawie informacją.

– Jej matka nie lubi Warszawy. Myśli, że córkę może ta coś spotkać.

– A czy to nieprawda? – Elżbieta Lubiniec chętnie potwierdzała opinie swoich rozmówców, ba, szukała dla nich własnych uzasadnień. – Tu obok, na Kawczej, słyszał pan?

Zadźgano mężczyznę, miał przy sobie pieniądze, żeby meble kupić.

– Nie słyszałem – pokręcił obojętnie głową.

– Nie od razu go znaleziono, bo leżał w krzakach, jam są takie gęste krzaki, przechodził pan pewnie nieraz – opowiadała niezrażona. – Dopiero żona narobiła alarmu… A słyszał pan taką dawniejszą historię z osiedla Ostrobramska? Szła tam sobie kobieta zimą, w jutrze, między domami. Nagle wyskakują do niej dwa oprychy. Zdzierają z niej jutro, futrzaną czapkę z głowy. Potem stać każą nieruchomo i z zamkniętymi oczami, żeby czekała, aż odejdą. Oczy, pan rozumie, żeby nie widziała, gdzie odchodzą, w którą stronę. Zjawia się za moment inny człowiek – Elżbieta Lubiniec zaczerpnęła powietrza. – Ona mu opowiada, co się stało, a on pyta, czy poznałaby tamtych dwóch. Ona mówi, że tak, poznałabym. Wtedy on wyjmuje brzytwę i jej przejeżdża po oczach. Słyszał pan może o tym, historia sprzed paru lat…

– Nie słyszałem – ziewnął ostentacyjnie. – Jak o mnie chodzi, myślę, że to się wcale nie zdarzyło.

– Jak to? – nie przewidziała takiej ewentualności. – Jak mogło się nie zdarzyć?

– Myślę, że nie – powtórzył raz jeszcze bez litości. – Kto teraz nosi ze sobą brzytwę? A pamięta pani, jak też dobre parę lat jemu ludzie opowiadali, że w pasażu przy Marszałkowskiej kłują przechodniów strzykawkami z AIDS? I co? Była to może prawda? Zwykłe duperele. – Wywołał jej gwałtowne wzdrygnięcie.

Dźwignął się z ławki, poczłapał ciężko do domu. Patrzyła za nim ze zgrozą, jak za kimś, kto sprofanował ołtarz. Nawet wiek nie chronił go przed jej zaocznym wyrokiem, wydanym z odległości paru metrów. Potępiając go, wyczuła pierwszą kroplę na policzku.

O godzinie jedenastej pięć Marek Wiertas skończył trzecie piwo i wdał się w krótką kłótnię ze swym koleżką Gracjanem Zawadzkim.

– Spadaj, Gracek-sracek – powiedział mu w końcu twardo, podrażniony sepleniącym głosem blondynka i jego rozognionymi pryszczami na szyi i podbródku. Wykpił te pryszcze paroma celnymi słowami i wyniósł się z bilardziarni. Dziewczyna poszła za nim, jak miała w zwyczaju przez kilka ostatnich miesięcy.

Ojedenastej trzydzieści pożegnał się ze swoją towarzyszką. Pozwolił jej odejść do małego domku, w którym mieszkała. Sam zawrócił ziemistą drogą ku placykowi, gdzie przed chwilą zaparkował samochód. Mały, pusty placyk, a właściwie zakole asfaltu, wrzynał się w anemiczny lasek-parczek. Sprawiał tak przypadkowe wrażenie, że można było zwątpić w sens jego istnienia. Dążąc do niego, Marek kluczył długimi, mechanicznymi susami pośród świeżych kałuż. Nie myślał o niczym.

Już z dala dostrzegł kogoś przy swoim starym fiacie, oświetlonym różową latarnią. Mały, chudy człowieczek dosłownie przykleił się do przedniej części wozu. Jego prawą rękę pochłaniała mroczna szczelina w samochodowym oknie. Wiertas starał się pozbierać własne myśli. Przed pięcioma, może siedmioma minutami wysiadł z samochodu po ledwie kilometrze jazdy. Działał jak zwykle machinalnie, jednak tym razem piwo pomieszało widocznie szyk rutynowych czynności. Nie przypilnował domknięcia szyby, którą spuściła wcześniej – w łapczywym poszukiwaniu przewiewu – jego dziewczyna. A teraz stary grzdyl dobierał się do pojazdu, jakby Marek W. był byle dupkiem.

– Hej, dziadek! – z ręką schowaną pod ciężką, rockerską kurtką z czarnej skóry Wiertas chlasnął mężczyznę głosem pełnym ostrzegawczego napięcia. – Nie pomyliłeś się? Kraść w twoim wieku! Zostaw to nam, młodszym.

Intruz odkręcił głowę, ale nie cofnął ręki wciśniętej między szybę i obramowanie okna. Był odziany w niebieską bluzę od dresu (nieświeżą, to Wiertas wiedział na pewno), zielonkawe płócienne spodnie i szare znoszone trampki. Wszystko to nie bardzo pasowało do siebie nawzajem, choć pasowało do wychudłej, zaczerwienionej twarzy, najeżonej kilkudniowym kosmatym zarostem.

Gdzieś go już, dziada, nie widział czasem? Nie mignął mu kiedyś choćby przed bilardziarnią? Nie, był na to przecież zbyt śmieszny. Gdyby Marek go przedtem zobaczył, musiałby się jakoś odnieść do jego istnienia, choćby przelotnie w myślach.

– A kysz! A kysz! – wrzasnął nagle nieznajomy, wciąż z ręką w oknie. Jego dziwacznie wykręcony tułów dygotał.

– Nie rusz mnie, punku! Nie ruszaj mnie!

Przez moment Wiertas przenosił ciężar ciała z lewej nogi na prawą i z powrotem. Rozważał, jak postąpić z kimś do jego stopnia śmiesznym, by się samemu nie ośmieszyć, bo śmiesznym być nie lubił. Zrazu miał tylko zamiar zmusić go, aby spadał. Jednak skrzeczący głos jaceta dźgnął go w jakiś czuły punkt mózgu, wprawił w szybko narastające rozdrażnienie.

– Ty… to ty tak do mnie? – gdzieś w odległym zakątku swego rozbulgotanego umysłu przeczuwał, że jego własne słowa też są śmieszne, ale nie umiał powstrzymać rozwoju wydarzeń. – Ty tak do mnie, fiutku? No to ja cię nakarmię.

– Dłoń uzbrojoną w pojemniczek z gazem wyciągnął przed siebie niczym smaczny owoc wart spałaszowania. Zrobił z pięć kroków w poprzek placyku. Od mężczyzny dzieliły go jeszcze ze cztery metry, ale i tak poczuł już jego zapach.

– Woniejesz strasznie, dziadek – stwierdził ustami wykrzywionymi cierpkim popiwnym uśmieszkiem. – Trochę kultury by się przydało!

Wypatrzył wreszcie, jak bardzo jamten się boi. Ogarnęło go przyjemne ciepło, choć przenikały przez nie jeszcze zimne szpilki zażenowania.

– Nie rusz mnie! – mężczyzna znów zaprotestował gardłowo. – Ja tylko przypadkiem… Sprawdzić chciałem. – Wydobył wreszcie rękę ze szpary, ale nie miał odwagi oderwać pleców od samochodu, w przeczuciu tego, że gwałtowniejszy ruch przyśpieszy tylko bieg nieprzyjemnych wydarzeń. Zasłonił twarz i zastygł w pozie na poły rozpaczliwej, na poły obronnej.

– Ja jeż tylko sprawdzam – odrzekł Wiertas i podniecenie zaczęło mu rozpychać dżinsy. Nadciągała błogosławiona chwilka uzasadnionej przemocy. To za kurewski głos w telefonie! I za krótki lęk przed tym, co za zamkniętymi drzwiami na klatkę schodową!

Oszołomiony, jakby wlał w siebie nagle nową kolejkę piwa, przestał rozróżniać szczegóły kruchej sylwetki, prawie sklejonej z samochodem. Nie dostrzegł, że załzawione oczka, rozszerzone jeszcze przed chwilą przez strach, zwęziły się nagle w grymasie wypatrywania.

Kroków też początkowo nie słyszał, choć chrobotały cichutko po asfalcie.

Za to mężczyzna przy samochodzie widział kogoś, kto wszedł na placyk z jej samej strony co młodzian w skórzanej kurtce i teraz deptał prawie tamtemu po piętach. Postać obleczona była w długi płaszcz z ciemnogranatowego ortalionu, szczelnie zapięty, choć deszcz nie padał od dobrych paru godzin. Czubek głowy osłaniał szpiczasty przeciwdeszczowy kaptur, a zamiast twarzy widać było zwoje czarnego szalika, sterczącego strzępiastymi kłakami na ortalionowy kołnierz.

Ratuj mnie! – prosił bezdźwięcznie stary łazęga, przygwożdżony do białego fiata. Chociaż nie rozpoznawał dziwacznej osoby, bał się jej trochę. – Ratuj mnie przed złym punkiem! Ratuj mnieee!

Nieokreślony hałas utorował sobie wreszcie drogę do umysłu Marka Wiertasa, ale brakło mu czasu na odwrócenie głowy. Stał już przy niedoszłym złodzieju, sięgając prawą ręką do jego twarzy. Na lewej dłoni, uniesionej bezcelowo na wysokość ramienia, uczuł nagły uścisk, mocny i lepki lepkością skajowej rękawiczki.

Ból we wszystkich pięciu palcach był frudny do zniesienia. Marek zwalił się z przeciągłym jękiem na kolana. Trącił nosem prawe udo starego błazna. Kapsułka z gazem potoczyła się bezużytecznie pod samochód.

– Zdejmij pasek – zażądał chropawy głos zza ciemnego materiału. Klęczący chłopak potrząsnął protestacyjnie biodrami. Włosy zakryły mu górną połowę twarzy. Kości palców chrupnęły ostrzegawczo. – Zdejmij z niego pasek, a straci całą swoją siłę – powtórzył głos. – Zrób tak, a jego siła przejdzie na ciebie.

Staruszek wahał się chwilę. Obserwowały go dwie pary oczu – od dołu chłopaka, zmniejszone do rozmiarów szparek, wypełnionych bólem i lękiem. Z góry – nieznajomego, czujnie i ciekawie zarazem błyszczące pod kapturem.

Wreszcie ukucnął i sięgnął ostrożnie. Odgarnął kraciastą koszulę, wystającą luźno – jak to koszule młokosów – spod kurtki Wiertasa. Odnalazł sprzączkę paska i jął przy niej gmerać niezdarnymi palcami. Trwało to niemiłosiernie długo, a przez cały ten czas stary człowiek słyszał własny oddech i oddechy tamtych dwóch. W końcu wyłuskał długi brązowy pas i owinął go sobie wokół obu dłoni. Z rozchylonych ust chłopaka wypłynęło nieco pienistej śliny. Jego oczy były na powrót rozszerzone, wypukłe.

– Dobrze – pochwalił nieznajomy, piętrzący się nad światem niczym ortalionowa góra. – Teraz weź gaz i trzymaj przy jego twarzy.

– Ale gdzie on? – jęknął lękliwie stary.

– Tam, przy przednim kole – odrzekła postać. Starowina wymacał obły przedmiot, upuścił i znowu podniósł. Prawie przytknął go Wiertasowi do wilgotnych ust.

TYDZIEŃ PIERWSZY

- Chcesz, żebym ci powiedział? – odparł Pinokio, który zaczynał tracić cierpliwość. – Wśród wszystkich rzemiosł świata jest tylko jedyne, które mi się naprawdę podoba.

- A tym rzemiosłem jest?…

– Jeść, pić, spać, bawić się i prowadzić życie włóczęgi.

– Zapamiętaj sobie – rzekł Gadający Świerszcz ze zwykłym sobie spokojem – że ci wszyscy, którzy obrali sobie takie rzemiosło, kończą prawie zawsze w szpitalu albo w więzieniu.

– Uważaj, przebrzydły, złowróżbny Świerszczu!… Bo jeśli wpadnę w złość, to biada ci!

– Biedny Pinokio! Doprawdy żal mi ciebie.

– Dlaczego ci żal?

– Dlatego że jesteś pajacem i, co gorsza, że masz drewnianą zakutą pałę.

Po tych ostatnich słowach Pinokio skoczył rozzłoszczony i porwawszy z warsztatu młotek, rzucił nim w Gadającego Świerszcza.

Może nie chciał go uderzyć, ale na nieszczęście trafił w głowę, tak że biedny świerszczyk miał tylko tyle tchu, żeby zacykać „kri-kri-kri”, i zastygł bez życia, przylepiony do ściany.

Dzień I. Poniedziałek

1.

– Jakie to szczęście. – Jadwiga Wiśniewska splotła palce na wysokości podbródka. – Jak dobrze, że to pan… że ty, ty, przepraszam, ty… zaopiekujesz się, pokażesz naszej Wandzi, wszędzie ją wprowadzisz, pokażesz, co i jak… trzeba, żeby było – starała się wyrażać rzeczowo, lecz równocześnie choć trochę górnolotnie. Ręce podrywały się, aby gestykulować. Powstrzymywała je czujnie.

Jeżeli nawet śmieszyło to córkę kobiety, jędrną dziewiętnastolatkę o złocistokasztanowatych włosach i zaokrąglonych policzkach, nie okazywała jego. Wiśniewska przemawiała przecież w imieniu ich obu. Zupełnie jakby to były dawne, lepsze czasy.

– Tyle razy o tobie rozmawialiśmy z Marysiem, jak zajęliśmy tamten twój dawny pokój na górze – ciągnęła matka Wandy, przypatrując się staremu znajomemu z nadwyrazistym rozrzewnieniem. – Pamiętasz go jeszcze? On zawsze tak dobrze mówi o tobie, wspomina… Julek, mówi, Julek, taki był z niego prawnik… jest prawnik – opatrzyła poprawkę stosownym uśmiechem. – Naturalnie, że jest, tylko daleko od nas – umilkła, rozplotła ręce, jakby z nadzieją.

– Wie pani… wiesz, że moja sytuacja bardzo jest inna jak kiedyś – Dębczak przemawiał do niej grzecznie, ale bez ożywienia. – Ja nie uprawiam żadnego życia, na emeryturze, więc z tym wprowadzaniem to będzie gorzej.

– Nie uprawiasz… czynnego… życia – powtórzyła z zachwytem Wiśniewska. – A komu mielibyśmy ją oddać, komu powierzyć, jak nie tobie? Naprawdę taki jesteś skromny i dobry człowiek, że my z Marysiem nadziwić się tego nie możemy.

– Hmm. – Dębczak wstał. Wsparty prawą ręką o stół, nachylił się ku rozmówczyni. – Myślę, że sama sobie twoja córka poradzi. Młodość jeraz doskonale się obywa bez nas. Ja tylko ustalę reguły, żeby ich ta przestrzegano. Reszta mnie nie obchodzi, to twoja w końcu córka – mówiąc to wszystko, ani razu nie popatrzył na dziewczynę.

– No tak, ale od kogo tyle skorzysta, zaczerpnie takiej inteligencji, co od ciebie? – pogrążona w prawie ekstatycznym uniesieniu, pięćdziesięciopięcioletnia kobieta popadła w przesadę. W końcu kiedy kończyła przed laty prowincjonalne liceum handlowe, on był już zastępcą kierownika wydziału czy referatu w miejskim urzędzie. Szybko awansował, co jak co, ale to całkiem dobrze zapamiętała.

– Wandzia chce być dobrą sekretarką, a ty znasz tu wszystko, urzędy i te w ogóle. Umiesz się poruszać… w takim mieście – mówiła szybciej i szybciej, traktując poszczególne sylaby ze wzrastającym zniecierpliwieniem. Była dość podobna do córki, tyle że twarz jej się skurczyła i postarzała przez setki jednakowych dni, przeżytych w powiecie, podniesionym przejściowo za Gierka do rangi województwa. Jej osobowość, rozpostarta między Przeminęło z wiatrem z Clarkiem Gable i serialem N a d obre i n a z łe, emanowała niezłomnym przeświadczeniem, że kiedyś było lepiej niż teraz i gdzieś jest lepiej niż tu. Dlatego właśnie, chociaż czciła Warszawę jako miasto władzy, jeatrów i ludzi kulturalnych, rwała się do powrotu w rodzinne strony. Wiedziała, że aby to zrobić, musi przekazać córkę Juliuszowi Dębczakowi. Tym bardziej jeszcze go podziwiała. Jak każdą alfę i omegę.

Dopiero kiedy Dębczak zniknął wreszcie, aby przyrządzić w kuchni kawę, Wanda zaczęła oglądać pokój. Wzrok dziewczyny wyrażał niepewność – akceptować całe to wnętrze jako stare i oryginalne czy, przeciwnie, zachować wobec niego młodzieńczy dystans. Pomieszczenie, które jej matka nazwała na wstępie salonem (,,to taki jakby salon, Wandziu, ale ty nie możesz tego wiedzieć"), było przestronne i niewesołe. Centralne miejsce zajmował solidny, staroświecki stół oraz trzy krzesła wyściełane zielonym, odrobinę powycieranym, odbarwionym pluszem. Wielka szafa z dziesiątkami książek na nieoszklonych półkach przesłaniała prawie całą ścianę. Wszystkie meble były ciemne, proste, pozbawione prawie ozdób, jeśli nie liczyć łagodnych giętkości krzeseł. Okno i drzwi na balkon – po prawej ręce, gdy stało się twarzą do szafy – skrywała monumentalna brązowa kotara.

Na ścianie przeciwległej do szafy wisiało oszklone zdjęcie kobiety o spokojnej, nieco lalkowatej urodzie, oprawne w ciemnowiśniową ramę. Kobieta obserwowała Wandę pustym, wyzbytym emocji spojrzeniem. Ta odwdzięczała się jej zupełnie tym samym. Statyczna poza sfotografowanej, kształt jej fatrzanego kołnierza i brązowożółty kolor starego zdjęcia harmonizowały z solennym dostojeństwem dużego pokoju. Kontrastowała ze zdjęciem lampa, wysoka, o jantazyjnych, powyginanych kształtach, ustawiona w narożniku salonu. Nie żadne światło z góry, tylko ona rozpraszała żółtawo mroczności pomieszczenia. Wanda wyczuła od razu obcość lampy. Wydała jej się ona dziwacznym wtrętem, czymś w rodzaju kaprysu konsekwentnej poza tym i niby smutnej osobowości.

Dziewczyna podeszła do lampy, musnęła dłonią ciemne drewno, z którego wykonano kręconą nogę, zwieńczoną abażurem. Wyczuła kurz na palcach. Zdziwiło ją to, jak gdyby w Warszawie miało go wcale nie być.

– Wanda! – skarciła ją pani Wiśniewska. – Nie macaj po meblach! Co sobie pan Dębczak pomyśli o nas. Popatrz lepiej, jakie przed wojną robili zdjęcia romantyczne. Chciałabyś mieć taką mamę?

2.

Wyszli na klatkę schodową. Najpierw ona, obładowana dwiema pękatymi torbami, a mimo to odchylona heroicznie do tyłu, w stałej obawie przed garbem, który zaszczepiła jej pełna kultury matka. Dębczak kroczył już za nią. Czuła jego oddech na swoich włosach i karku. Był od niej tylko nieznacznie wyższy. Stawiał bardzo mocne kroki jakby z celowym naciskiem…

Pani Wiśniewska pojechała taksówką na dworzec zaraz po kolacji, jeżeli twardawe pierniczki z herbatą można tak nazwać. Po krótkiej rozterce zdecydowała, że nie pomoże córce w rozpakowywaniu bagaży, bo przecież „który to już mamy rok, a mnie też matka w niczym nie pomagała, sam, Julku, pamiętasz, kiedy raz chciałam nawet…”

– A co jest tam? – złożywszy obie torby na słomiance przed drzwiami z numerkiem cztery, dziewczyna wskazała na jeszcze inne drzwi. Pokryte zieloną, łuszczącą się jarbą, były prostopadłe do obu mieszkań i niczym nieoznaczone.

– Wejście na strych, po przebudowie nie bardzo właściwie komu jest potrzebny – wyjaśnił mężczyzna z niechęcią, jakby odwrócenie głowy było znacznym wysiłkiem. – Kiedyś to wszystko należało do jednej osoby, nie jak teraz.

Tuż przy jej prawym boku wsunął klucz do zamka. Weszła do jednopokojowego mieszkania, które nie wzbudziło w niej na pierwszy rzut oka żadnych emocji. Ściany pomalowane sporo lat jemu białą jarbą wodną kojarzyły się dziewczynie z przychodnią. Meble były kanciaste i przypadkowe, brzydsze niż u nich, gdzie matka tak się starała. „Będziesz się tam dobrze czuła, jak w domu” – zapewniała ją matka, kiedy trzy tygodnie jemu wróciła z Warszawy.

– Podoba ci się tutaj? Bardziej niż u mnie? – wypytywał Dębczak tonem, jaki rezerwuje się dla małego dziecka.

– Tu jest normalnie – próbowała podejść poważnie do zagadnienia. – Ale tam ciekawiej.

– Normalnie, ciekawiej – powtórzył ze zgryźliwym zniecierpliwieniem. – Pamiętaj o punktach naszej umowy, pierwszy miesiąc to próba. No i nie ma tataj jelewizji. Radio twoja poprzedniczka miała własne i je zabrała… podobno do Brazylii. A telewizji tu nie było od wyjazdu pana Poszwieja.

– Aha – potwierdziła, czując się tak, jakby za informacją o braku jelewizji czaiła się pułapka. Była bezbronna wobec jego braku życzliwości. Zasiadła ostrożnie na wersalce przy własnych torbach, choć nie miała pewności, czy wypada, skoro on stał.

– Jak będziesz czegoś potrzebować, przyjdź do mnie – dodał jakby nieco łaskawiej. Nie zważał ani na jej siedzącą pozycję, ani na brak pewności, w ogóle na nic. – Nie zdziw się jednak, jak ci nie pomogę. Nie jestem już młokosem… – urwał raptownie. – Ale obiecałem twojej matce. Pościel jest w tapczanie, śmieci wynosi się na zewnątrz, śmietnik jest z boku domu po prawej ręce, jak się wychodzi. Pójdę już.

Oczami otwartymi szeroko pomimo zmęczenia obserwowała jego rozległe plecy, niknące w przedpokoju. Nieco później, siedząc na wersalce przykrytej spraną niebieską kapą, zaczęła obmyślać słowa pierwszego listu do Agnieszki, chyba najlepszej koleżanki, jaka jej przychodziła do głowy. Nierozpakowane torby wydłużały stan niezadomowienia. Wolała jeszcze, na krótko chociaż, zatrzymać sobie ję odrobinę tymczasowości w zasięgu ręki.

Żeby napisać listy, kupiła u siebie na dworcu długopis z zielonym wkładem. Lubiła używać w szkole takich długopisów. Tylko na maturze kolorowe wkłady zarezerwowane były wyłącznie dla nauczycieli.

– Nie jestem młokosem – powtórzyła, przedrzeźniając starszego pana. Przez moment obracała na wszystkie strony egzotyczne słówko. – Nie jestem młokosem. A ja nie jestem?… Jestem młokoską – poinformowała samą siebie i speszyła się trochę. Gdybyż to usłyszał! Ale przecież nie mógł usłyszeć. Chyba nie mógł.

Wyciągnęła jeszcze mocniej nogi spuszczone wygodnie z wersalki. Inaczej niż we własnym domu, nikt ta na nią nie patrzył, nikt się nie interesował. Mogła się wreszcie poczuć swobodnie, a ta swoboda była tyleż przyjemna, co trochę… przerażająca…

Dzień II. Wtorek

1.

Stojąc przed domem, obejrzała najpierw masywne drzwi z krętą mosiężną klamką. Potem niebo, zaniesione od rana kłębiastymi, zszarzałymi chmurzyskami.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Plama na suficie Zgliszcza. Opowieści pojałtańskie O jednym takim... 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Magnes Góra Tajget Sześć światów Hain