Orły i anioły

Orły i anioły

Autorzy: Juli Zeh

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 422

cena od: 34.90 zł

Najgłośniejszy debiut ostatnich lat w Niemczech. Mroczna i złożona opowieść o autodestrukcji, a zarazem przenikliwa diagnoza nowoczesnego społeczeństwa. Max, bohater książki, przeżywa załamanie po tym, jak jego przyjaciółka Jessie zastrzeliła się podczas ich rozmowy telefonicznej. Zaintrygowanej tym dziennikarce Max opowiada swoją historię - studenta odcinającego się od powszechnie lansowanego modelu yuppie, a potem cynicznego, zblazowanego karierowicza - i historię Jessie, córki narkotykowego bossa, która wciągnęła ich oboje w świat zbrodni i ciemnych interesów. Książka odznacza się doskonałą kompozycją i błyskotliwą narracją; jest mocna, a zarazem liryczna. Zawiera niepokojący i sugestywny obraz pokolenia - ludzi zewnętrznie dopasowanych do wymagań rzeczywistości, wzorujących się na podsuwanych im modelach i stylach życia, a wewnętrznie wyeksploatowanych, popękanych i zagubionych.

W serii ukazały się:

Antonio Lobo Antunes Karawele wracają

Antonio Lobo Antunes Podręcznik dla inkwizytorów

Majgull Axelsson Kwietniowa czarownica

Majgull Axelsson Daleko od Niflheimu

Aharon Appelfeld Badenheim 1939

Samuel Beckett Sen o kobietach pięknych i takich sobie

Robert Coover Miasto widmo

Jonathan Safran Foer Wszystko jest iluminacją

Michel Houellebecq Cząstki elementarne

Daniel Kehlmann Beerholm przedstawia

Imre Kertesz Los utracony

Imre Kertesz Kadysz za nienarodzone dziecko

Imre Kertesz Likwidacja

Imre Kertesz Fiasko

Laszló Krasznahorkai Szatańskie tango

Juan Jose Millas Porządek alfabetyczny

Harry Mulisch Procedura

Wiktor Pielewin Generation,P'

Wiktor Pielewin Mały palec Buddy

Michel Servin Deo gratias

Zeruya Shalev Zycie miłosne

Jachym Topol Siostra

Jachym Topol Nocna praca

Oksana Zabużko Badania terenowe nad ukraińskim seksem

Przełożyła Sława Lisiecka

Książka ukazała się dzięki pomocy finansowej Instytutu Goethego.

Tytuł oryginału: Adler und Engel Copyright © Schoffling & Co. Verlagsbuchhandlung GmbH, Frankfurt am Main 2001 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2004 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2004

Wydanie I Warszawa 2004

dla m.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

Lipsk

1. Wieloryb

Nawet przez drewniane drzwi rozpoznaję ten głos, którego na poły obrażony ton brzmi zawsze tak, jakby właśnie nie spełniono jej najgorętszego życzenia. Przykładam oko do judasza i patrzę wprost w szerokokątnie wykrzywioną źrenicę nadnaturalnej wielkości, przypominającą oko wieloryba, który pewnie zległ na klatce schodowej pod moimi drzwiami i usiłuje teraz zajrzeć do środka. Cofam się przerażony i naciskam klamkę.

Byłem przekonany, że jest brunetką. Ma jednak jasne włosy. Stoi na wycieraczce, lewe oko przymrużone, tułów lekko wychylony ku miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą, gdy drzwi były zamknięte, znajdowała się soczewka judasza. Dziewczyna prostuje się bez pośpiechu.

– O, kurde – mówię. – Wejdź. Co słychać?

– W porządku – odpowiada. – Masz może sok pomarańczowy?

Nie mam. Patrzy na mnie tak, jakby chciała, żebym natychmiast wybiegł i w supermarkecie na rogu kupił ze trzy butelki. Niewątpliwie wybrałbym sok niewłaściwej firmy, więc wysłałaby mnie ponownie. Widzę ją po raz pierwszy i o ile mogę się zorientować, kiedy spacerowym krokiem wchodzi do mojego mieszkania, nie ma na sobie przyczepionej żadnej instrukcji obsługi. Ona zadzwoniła, ja otworzyłem.

Trzy sekundy później siedzi przy kuchennym stole, czekając na jakiś gest z mojej strony. Paraliżuje mnie świadomość, że po pierwsze ta dziewczyna naprawdę istnieje, a po drugie, że faktycznie do mnie przyszła. Nie zadaje sobie trudu, by przedstawić się imieniem czy nazwiskiem. Najwyraźniej wychodzi z założenia, iż właścicielką takiego głosu nie może być nikt inny, tylko ona. Ma rację, co mnie trochę irytuje mimo jej długich jasnych włosów, które odrzuca do tyłu, by opadły poza oparcie krzesła. Już po pierwszych dwu minutach zapominam, jak ją sobie właściwie wyobrażałem, słuchając wcześniej tej głupkowatej audycji. Chyba trochę jak Matę Hari. Wygląda stanowczo zbyt młodo, sprawia wrażenie własnej młodszej siostry. Kiedy jednak zaczyna opowiadać o niedorzecznych historyjkach telefonicznych rozmówców, w jej głosie pojawia się ten jedyny w swoim rodzaju ton osoby wiecznie obrażonej na nieprawości tego świata. Dzwonią do niej przede wszystkim mężczyźni. Słucha ich uważnie, mrucząc od czasu do czasu hmhm-hmhm, takie samo głębokie hmhm, z jakim matki kołysały ich niegdyś w ramionach. Niektórzy się rozklejają. Ja nie beczałem. Za to od samego początku zachwyca mnie jej niewiarygodny chłód. W pół słowa potrafi przerwać szlochającym rozmówcom, gdy tylko przekroczą limit trzech minut, przeznaczonych na wypowiedź. Ta dziewczyna jest chyba bardziej bezlitosna niż sama Święta Inkwizycja. Już kilka miesięcy wcześniej, na długo przedtem, nim sam zdecydowałem się opowiedzieć swoją niedorzeczną historyjkę, weszło mi w nawyk słuchanie jej audycji w środowe i niedzielne noce.

Prawdopodobnie w radiu notują numery telefonów, z których ludzie dzwonią. Ja podałem imię, zresztą nieprawdziwe. Ale znając numer, można na upartego odnaleźć czyjś adres. No i mam teraz za swoje.

Za oknem przylgnął do nieba księżyc, czerwony, o wiele za duży, z poszarpanym brzegiem z jednego boku. Nie wygląda to na dobry znak, i naraz ogarnia mnie lęk. Już od tygodni się nie bałem, więc czemu nagle teraz. Zachowuję się śmiesznie. Pewnie powinienem coś podać.

– Sok pomarańczowy się skończył – mówię – ale może być jabłkowy.

– Nie – odpowiada – jeśli nie ma pomarańczowego, to dziękuję.

Patrzy na mnie z pogardą. Jestem Makspochłaniacz-soku-pomarańczowego i będę musiał się przyglądać, jak ona na moich oczach umiera z pragnienia. Wsypuję kawę do ekspresu, byle tylko czymś się zająć. Po chwili filiżanka stoi przed nią, dziewczyna wącha i krzywi się z odrazą, jakbym jej podał świńską krew.

– A propos krwi – mówi.

Nic nie mówiłem o krwi. Może jednak czytanie w myślach jest częścią jej zawodu.

– Gdzie to się stało?

Nikt nie ma prawa mnie o to pytać. Właściwie powinienem od razu chwycić ją za włosy i wywlec do przedpokoju, może nawet kopnąć porządnie w nogi, gdyby próbowała się podnieść. Albo wyrzucić za drzwi. Nie robię tego jednak. Zbyt długo z nikim nie gadałem, z wyjątkiem jakichś ludzi w supermarkecie i tej cioty, co to rozwozi pizzę. Zawsze przygląda się mojemu podbródkowi, by sprawdzić, czy już mi odrósł zarost, a kiedy szukając drobnych, wpuszczam faceta do kuchni, rozpływa się w zachwytach nad tym, iż zlewozmywak zwisa z sufitu na łańcuchach, a kuchenka jest wymurowana z piaskowca. Raz nawet, gdy na klatce schodowej usiłował mnie złapać za dupę, odepchnąłem go tak gwałtownie, że zleciał na łeb na szyję ze schodów. Mimo to wraca, codziennie prócz niedziel, nie zliczę już, ile razy tu był.

– Huhu – mówi dziewczyna – gdzie to się stało?

Uśmiecha się. Ten uśmiech pasuje jak wygodne ubranie do jej głosu, który niesie się po mieszkaniu i zatrzymując się przy mnie, poklepuje po plecach. Teraz i ja mam nieprzepartą ochotę rozbeczeć się. Tak samo jak ci inni faceci. Ale nie. Nigdy więcej. Przenigdy.

Oczywiście, że wyłem. Dwa dni i dwie noce bez przerwy, bez snu, nie podnosząc się z podłogi w pokoju. Co kilka godzin, gdy oczy miałem już tak suche, że przypominały nakłute bąble po oparzeniach, wypijałem łyk wody z napełnionej do połowy butelki, która walała się gdzieś tam i z której musiała pić Jessie, zanim to zrobiła. Wtedy, przez telefon, słyszałem nawet, jak przełyka, słyszałem, jak woda właśnie z tej butelki przeciska się jej przez krtań.

Każda odrobina płynu pomagała mi wydobywać z siebie nowe łzy, a kiedy wypiłem wszystko do dna, miałem absolutną pewność, że zaraz oślepnę. Cieszyła mnie ta myśl. I tak nie zamierzałem nigdy więcej otwierać oczu. Byłem już na pół głuchy, lewą rękę nieustannie przyciskałem do lewego ucha, wiedząc, że strzępki pękniętej błony bębenkowej powiewają w nim niczym firanki w otwartym oknie. Ten stan był na swój sposób przyjemny. Płakałem nadal bez śladu łez w oczach, moje ciało leżało na posadzce, najpierw skurczone i twarde jak kłoda drewna, później zwiotczałe i bezkształtne niczym rzucone na ziemię ubranie. Miałem nadzieję, że umrę sam, z własnej woli. Ale w jakimś momencie zasnąłem. Gdy się znowu, w jakimś momencie, obudziłem, powlokłem się po omacku do lodówki, by wyjąć z zamrażalnika działkę koki, a ponieważ mój nos sam w sobie był jedną stwardniałą grudą pozbawioną otworów, otworzyłem usta, wrzuciłem do nich koks i szybko połknąłem, nim gardło tak zdrętwiało, że nie mogłem już niczego przełknąć. Później wyszedłem z domu, zostawiwszy otwarte drzwi. Było to ze dwa miesiące temu. Od tej pory nie uroniłem ani jednej łzy, nie czułem nawet takiej potrzeby. Do teraz. Dziewczyna z radia ma niewątpliwie jakiś szczególny dar. Przez chwilę myślę, że wszystko będzie dobrze.

– W gabinecie – mówię.

Zerka ukosem przez otwarte drzwi kuchenne na przedpokój. Jedno z dwu skrzydeł drzwi wiodących do gabinetu jest zabite deskami. Jeszcze przez chwilę patrzy w tamtym kierunku i bezwiednie wypija pierwszy łyk kawy. Mija pół wieczności; tymczasem dziewczyna udowadnia, że ma wystarczająco drobne palce, by aż trzy przesunąć przez ucho filiżanki.

– Jak ją poznałeś? – pyta.

– Znalazłem ją w ruinach zniszczonego miasta – odpowiadam.

Kiedy ona nieoczekiwanie patrzy mi prosto w twarz, zaczynam rozumieć, co niepokoi mnie w jej oczach: są niebieskie, ale jedno jak woda, a drugie bardziej jak niebo.

– Jesteś trochę śmieszny – zauważa.

– Ty w ogóle nie masz pojęcia, co się wyprawia na tym świecie – mówię – a gdybym ci opowiedział, i tak byś nie uwierzyła.

– Nie – odpowiada ironicznie – w końcu żyję dopiero od dwudziestu trzech lat.

Teraz najwyraźniej poinformowała mnie o swoim wieku. Jest dziesięć lat młodsza ode mnie. Jeśli to w ogóle prawda.

– Ty żyjesz w innych sferach – stwierdzam. – Nie jesteś na bieżąco.

– Może powinieneś zacząć o tym mówić – zachęca.

A ciebie, myślę, ktoś chyba powinien rzucić na ławę dupą do góry i porządnie wydymać. Byle nie ja. Niech się tym zajmie kto inny.

– Wyjaśnię ci to – mówię.

Bawi się młynkiem do pieprzu. Prawdopodobnie wyobraża sobie, że jest to mikrofon, bo bez niego nie umie słuchać. Przychodzi mi jednak na myśl, iż przecież radiowcy pracują z mikrofonem przypiętym do słuchawek, który wcale nie przypomina młynka do pieprzu.

– Czy widzisz, że większa część Europy jest spustoszona – pytam – a ci, którzy ocaleli, to ludzie oszukani, zhańbieni i zapomniani?

– Nie – odpowiada.

Mija druga połowa wieczności. Równie dobrze moglibyśmy tak siedzieć osobno, każde we własnej kuchni, w zadumie bądź też z całkowitą pustką w głowie, i wiercić wzrokiem dziury w powietrzu, moglibyśmy siedzieć w dokładnie takich samych pozycjach, tyle że w różnych miejscach. Wtedy łączyłoby nas ze sobą równie mało co teraz. Dziewczyna stara się przesunąć jak najwięcej palców przez ucho filiżanki, ja natomiast na obrusie w kostkę kreślę łyżeczką plany ucieczki.

– Jak ona się w ogóle nazywała?

To pytanie mnie przeraża, chociaż cały czas na nie czekałem.

– Gówno cię to obchodzi – mówię.

– Pokaż mi pokój, w którym to się stało.

– Gówno ci pokażę.

– Proszę – nie ustępuje.

– Nigdy więcej nie przestąpię jego progu.

– Nigdy więcej nie zamierzasz wejść do pokoju w swoim własnym mieszkaniu? – pyta. – I to w trzypokojowym?

– Zamknij mordę! – wrzeszczę.

Otwartą dłonią uderzam w stół, aż łyżeczka podskakuje i spada na podłogę.

– Wobec tego zostaną ci tylko dwa – mówi.

– Jeden – szepczę – to się stało w pokoju przejściowym.

– Powinieneś się nad tym zastanowić.

Unoszę się na krześle, aby wziąć większy zamach, i wierzchem ręki uderzam ją w usta. Głowa dziewczyny odskakuje do tyłu, a warkocz, który właśnie przed chwilą luźno związała, rozplątuje się, włosy się rozwiewają, opadając bezładnie na twarz i ramiona. Świetnie by to wyglądało w zwolnionym tempie. Jak reklama szamponu. Wstaję i podchodzę do okna, dając dziewczynie czas na uporządkowanie fryzury. W prawym dolnym rogu tkwią uwięzione w tiulowej pajęczynie trzy zdechłe biedronki, wszystkie z jednakową liczbą kropeczek na chitynowych pancerzykach. Zadaję sobie pytanie, czy jakikolwiek pająk na świecie jest w stanie dotrzeć do ich miękkich jadalnych wnętrzności.

Przy kolejnej wymianie spojrzeń dostrzegam, że na twarzy dziewczyny z radia wystąpiły plamy w miejscach, w które wcale nie uderzyłem, a w prawym oku, w tym, co to jest jak woda, zmieszało się z błękitem nieco czerwieni. Wygląda ono teraz niczym jeziorko, na którym unosi się krwawiący człowiek. To mi przypomina o księżycu, spoglądam więc za okno. Wyleczył się tymczasem z krwotoku, jest jasnopomarańczowy, mniejszy i ma wyrazistsze kontury. Wspiął się wysoko, ku gwiazdom.

W następnym zdaniu, które wypowiada dziewczyna z radia, pojawia się określenie,,praca dyplomowa". Przez moment zastanawiam się, czyby jej znów nie przywalić, ale zupełnie mnie to nie rajcuje. Siadam z powrotem.

– Jeszcze trochę kawy? – pytam.

– Soku pomarańczowego – skamle.

Ton dziewczyny z radia zanadto przypomina mi Jessie, która też zawsze skamlała, kiedy ktoś nie spełniał jej zachcianek. Aby uwolnić się od tej myśli, koncentruję się na własnym gardle. Krtań ma w sobie coś z poczekalni w gabinecie internisty. Jest sterylna. Podniebienie, język, wargi zdrętwiały, przy następnych słowach zacznę bełkotać, mam nadzieję, że z ust nie pocieknie mi ślina. Wszystko to jest boskie. Wszystko staje się coraz bardziej boskie, wszystko i tak jest tylko grą, wszystko jest wszystkim. A wspomnienia są niczym migawki w telewizji.

Uśmiecham się do dziewczyny siedzącej przy moim stole kuchennym, jest to szczery uśmiech, więc kiedy z powodu napuchniętej wargi leciutko go odwzajemnia, zaczynam promienieć. Jak tysiącwatowa żarówka, jak halogen. Bosko. Jestem boski. Zastanawiam się, czyby nie nazywać dziewczyny z radia baby.

– Co powiedziałaś przed chwilą, baby? – pytam.

– Soku pomarańczowego – powtarza.

– Nie – mówię uprzejmie – jeszcze wcześniej.

– Ze stanowiłbyś dobry temat mojej pracy dyplomowej.

– O – zauważam – więc nie tylko pracujesz, zdobywasz też wykształcenie. Sądzę, że to boskie. Masz papierosy?

Staję się rozmowny. Przygląda mi się nieufnie.

– Kpisz sobie ze mnie?

– Nie – mówię – naprawdę uważam, że to rewelacyjne. Studiowanie jest super. Co studiujesz?

Z zainteresowaniem patrzę na baby.Warga nadal puchnie, do twarzy jej z tym, moje usta też chyba są nabrzmiałe, w każdym razie obwisły, co wymacuję koniuszkami palców.

Całkiem zdrętwiały. Kiedy mówię, dolna warga ciągle dostaje mi się między zęby; ma posmak kawałka gumki,,myszki" i muszę ją wypluwać. Dziewczyna i ja mierzymy się wzrokiem.

– Socjologię i psychologię – mówi.

– Jasne – odpowiadam – bosko. To pasuje do twojej pracy.

– Pójdę już.

Wstaje.

– Nie nie nie nie!

Łapię ją, usiłując z powrotem wcisnąć w krzesło. Wymyka mi się. Chcę mówić.

– Nie idź – proszę.

Tysiącwatowy uśmiech oślepia dziewczynę, ale ona mimo to cofa się coraz bardziej. Już z przedpokoju rzuca mi paczkę papierosów.

– Zapalmy razem – wołam.

– Nie palę – odpowiada. – Fajki należą do wyposażenia. Na wypadek takich wizyt jak ta.

Bierze żakiet, a ja słyszę swój głos, proszący, żeby została, strzępię sobie język, kłapię z zawrotną prędkością, mimo na pół sparaliżowanych narządów mowy. Muszę z kimś pogadać. Jest we mnie tyle cudownych, promiennych słów, potrzebują adresata. Czuję się jak naczynie, w którym chaotycznie wirują robaczki świętojańskie. Pragnę nimi kogoś obdarować. Wykończę się, jeśli dziewczyna z radia sobie pójdzie.

– Cześć – mówi – przyjdę jeszcze.

Drzwi zamykają się za nią z głośnym trzaskiem, a ja padam na zimną posadzkę i zaczynam śpiewać hymn narodowy. Nie przychodzi mi do głowy żadna inna piosenka.

2. „Tygrysy” (Jeden)

Ze snu wyrywa mnie dźwięk budzika. Palce mam zaciśnięte na najniższej z desek przybitych w poprzek do futryny drzwi. Narastający elektroniczny sygnał przenika przez ściany mieszkania, jakby były z papieru, powtarza się to każdego ranka i wieczora, regularnie o siódmej, w porze, o której obudził mnie i Jessie ostatniego dnia jej życia. Dźwięk dochodzi od strony kuchni, słychać go w pokoju, a najlepiej tutaj, w korytarzu. Dziękuję Bogu, że przypadkowo kupiłem wtedy Voice Control.

– Uspokój się! – wołam.

A ponieważ nie reaguje, chrząkam i podnosząc lekko wzrok, krzyczę znowu, możliwie najgłośniej.

– Stul pysk!

Milknie. Jeszcze czterokrotnie będę musiał wrzasnąć, czterokrotnie walnąć pięściami lub czołem w zabite deskami drzwi, i tak co trzy minuty. Jeżeli coś w ogóle mnie cieszy, to myśl o chwili, gdy jego bateria się wyczerpie.

Zaschnięty pot pozostawił mi na czole i górnej wardze szorstką skorupę soli. Kiedy pocieram palcem, spadają drobne białe płatki. Na podłodze, tuż przed moimi oczami, powstaje mikrokosmos, śnieżna kraina. Kłębek kurzu jest lasem, a mała kałużka śliny, która wyciekła z ust – jeziorem. Pada śnieg. Pocieram nadal, aż nic więcej się już nie złuszcza. Zdmuchuję resztki i wstaję.

Przedpokój jest pusty i długi jak wagon kolejowy; obok drzwi wejściowych znajduje się jedynie aluminiowa szafka pod telefon i wąski pęczkowany chodnik, który prosto jak strzała biegnie w ich kierunku, jakby bez jego pomocy można było zgubić drogę do wyjścia. Na szafce leży bezprzewodowy telefon i wstążka do włosów, którą zostawiła dziewczyna z radia. Te przedmioty w ogóle do siebie nie pasują. Biorę wstążkę ostrożnie w dwa palce i upuszczam za szafkę. Kiedy dotykam telefonu, jeżą mi się włoski na przedramionach. Pewnie lepił się od krwi i rozpryśniętego mózgu, spytała dziewczyna z radia, gdy do niej zadzwoniłem. Jej imię całkiem wyleciało mi z głowy, ale teraz je sobie przypomniałem: Clara.

W każdym razie tak się przedstawia w swojej audycji.

Słuchawkę oczyścił ktoś inny i nawet sam się zdziwiłem, z jaką łatwością znów zacząłem telefonować. Jakoś udało się temu przedmiotowi zachować neutralność. Stałem w pokoju, trzymając go w ręce i nie mogąc odwrócić wzroku. Dość często zdarza mi się zastygać w bezruchu. Wszystko rozmywa się wtedy przed oczami, a w głowie jawią się różne obrazy i odzywają głosy. To taki mój sposób na przywoływanie wspomnień. Tamtej nocy moje spojrzenie znieruchomiało w próżni, aż wreszcie wyłonił się z niej telefon. Numer audycji Clary znam na pamięć, podają go co dziesięć minut w charakterze przerywnika, wyśpiewywanego na łatwą do zapamiętania melodię. Zdawało mi się, że słyszę ją, wstukując poszczególne cyfry, przypominało to więc raczej współśpie-wanie niż wybieranie numeru. Przycisnąłem aparat do zdrowego ucha. Chociaż radio nie było włączone, miałem pewność, że Clara jest na fonii. Działo się to w środę między dwunastą a pierwszą w nocy. Nie do końca wiedziałem, co robię. Gdy ktoś odebrał, okropnie się przeraziłem. A mimo to wyjaśniłem telefoniście, z jakim problemem się zgłaszam, i natychmiast zostałem przełączony.

Clara zaczęła od powitalnych formułek, ale nie pozwoliłem jej skończyć. Powiedziałem, że chcę opowiedzieć o pewnej rozmowie telefonicznej, przeprowadzonej z aparatu, z którego właśnie dzwonię.

– Kiedy to było? – spytała.

– Dwa miesiące temu, a teraz przymknij się i daj mi mówić – powiedziałem.

– Okay – odparła.

Ponieważ jednak wypowiadanie imienia,,Jessie" wciąż sprawiało mi zbyt wielki ból, postanowiłem używać zwrotu,,moja dziewczyna". Przynajmniej jeśli o mnie chodzi, brzmiało to tak, jakbym opowiadał o kimś obcym.

Nie ja trzymałem wtedy ten aparat w ręce, tylko moja dziewczyna. Siedziałem w kancelarii, skąd zadzwoniłem do niej, by powiedzieć, że wrócę później niż zwykle. Moja dziewczyna nie mówiła wiele, raczej gruchała.

– Za godzinkę lub dwie, maleńka – powiedziałem.

– Hm-hm-hk-hk-hk – zagruchała.

– Daj spokój, nie dąsaj się – poprosiłem.

– Noo too kiieedyy wróóóciiisz?

Nienaturalnie przeciągała każdą samogłoskę.

– Wkrótce – odpowiedziałem – zaraz.

W poprzednich tygodniach było jeszcze gorzej, całymi dniami nie dało się zamienić z nią ani jednego rozsądnego słowa. Oczywiście, że była słodka. Ale także męcząca. Przede wszystkim jednak bardzo się o nią martwiłem.

– Cooper – powiedziała – zdaje mi się, że „Tygrysy” znowu wróciły.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Orły i anioły Instynkt gry Corpus delicti 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Magnes Góra Tajget Sześć światów Hain