Lód

Lód

Autorzy: Władimir Sorokin

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 366

cena od: 34.90 zł

Władimir Sorokin, autor nazywany ikoną rosyjskiego postmodernizmu, tym razem zaskoczył czytelników, rezygnując z eksperymentów formalnych na rzecz efektownej i błyskotliwie opowiedzianej fabuły. Tajemnicza sekta poluje w Moskwie na ludzi o jasnych włosach i niebieskich oczach, poddając ich tyleż dziwacznemu, co okrutnemu rytuałowi. Nieliczne ofiary, którym udało się ujść z życiem, dowiadują się, że należą do grona wybrańców; dwudziestu trzech tysięcy świetlistych bytów, które niegdyś, w wyniku fatalnej pomyłki, stworzyły Ziemię i na miliony lat popadły w niewolę, zapominając o swej prawdziwej naturze. Wreszcie, za sprawą szczęśliwego zrządzenia losu, pierwsza z nadistot odkryła prawdę o sobie i znalazła sposób, aby rozpoznać pogrążonych w nieświadomości towarzyszy. Sorokin odwołuje się do przetworzonych przez kulturę masową wątków gnostyckich oraz idei nietzscheańskiego nadczłowieka, wykorzystując je jako pretekst do rozważań nad względnością dobra i zła, prymatem rozumu nad uczuciami. Jego przenikliwa, pesymistyczna diagnoza kondycji dzisiejszego świata stawia Lód w jednym szeregu z powieściami Michela Houellebecqa i Breta Eastona Ellisa.

Od autora

Lód jest pierwszą moją powieścią, w której istotniejsza jest treść niż forma. Jest wynikiem rozczarowania współczesnym intelektualizmem. Cywilizacja rozpada się na kawałki, ludzie są coraz bardziej zagubieni i - czy chodzi o jedzenie, czy o miłość - stają się zwykłymi produktami technologii. Pojawia się tęsknota za czymś pierwotnym, nieskażonym. Moja powieść mówi o sekcie, która ma wiele cech organizacji totalitarnej, jednak Lód nie jest książką o totalitaryzmie, opowiada o poszukiwaniu raju utraconego.

Władimir Sorokin

Władimir Sorokin

W serii ukazały się:

Antonio Lobo Antunes Karawele wracają

Antonio Lobo Antunes Podręcznik dla inkwizytorów

Majgull Axelsson Kwietniowa czarownica

Majgull Axeisson Daleko od Nijlhcimu

Aharon Appelfeld Badenbeim 1939

John BanviLle Zaćmienie

Samuel Beckett Sen o kobietach pięknych i takich sobie

Robert Coover Miasto widmo

Jonathan Safran Foer Wszystko jest iluminacją

Michel Houellebccq Cząstki elementarne

Michel Houellebecq Platforma

Daniel Kehlmann Beerholm przedstawia

Imre Kertesz Los utracony

Imre Kertesz Kadysz za nienarodzone dziecko

Imre Kertesz Likwidacja

Imre Kertesz Fiasko

Imre Kertesz Ja, inny. Kronika przemiany

Imre Kertesz Angielska flaga

Laszló Krasznahorkai Szatańskie tango

Juan Jose Millas Porządek alfabetyczny

Harry Mulisch Procedura

Wiktor Pielewin Generation,P'

Wiktor Pielewin Mały palec Buddy

Wiktor Pielewin Życie owadów

Michel Servin Deo gratias

Zeruya Shalev Zycie miłosne

Zeruya Shalev Mąż i żona

Jachym Topol Siostra

Jachym Topol Nocna praca

Oksana Zabużko Badania terenowe nad ukraińskim seksem

Juli Zch Orły i anioły

Władimir Sorokin

Przełożyła Agnieszka Lubomira Piotrowska

Tytuł oryginału: Led Copyright © 2002 by Vladimir Sorokin Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2004 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2004

Wydanie I Warszawa 2004

Z czyjego łona lód wychodzi? A szron niebieski kto rozmnożył? Księga Hioba, 38,29

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

CZĘŚĆ PIERWSZA

Brat Ural

23.42

Okolice Moskwy. Mytiszcze. Ul. Silikatna 4, str. 2.

Gmach nowego magazynu Moskiewskiego Zjednoczenia Telekomunikacyjnego.

Ciemnoniebieski jeep lincoln navigator wjechał do budynku. Zatrzymał się. Reflektory samochodu oświetliły: betonową podłogę, ceglane ściany, skrzynki z transformatorami, szpule kabli, kompresor do diesla, worki z cementem, beczkę z bitumem, popsute nosze, trzy kartony po mleku, łom, niedopałki, zdechłego szczura, dwie kupy zaschłych ekskrementów.

Gorbowiec naparł na bramę. Szarpnął. Stalowe skrzydła zetknęły się. Szczęknęły. Zamknął je na zasuwę. Splunął. Poszedł do samochodu.

Uranow i Rutman wysiedli z szoferki. Otworzyli bagażnik. Na podłodze leżało w kajdankach dwóch mężczyzn. Z zaklejonymi ustami.

Podszedł do nich Gorbowiec.

– Gdzieś tu się przebija światło. – Uranow wyciągnął kłębek sznura.

– A tak nie widać? – Rutman ściągnęła rękawiczki.

– Nie bardzo. – Uranow zmrużył oczy.

– Kochaniutki, najważniejsze, coby było słychać! – uśmiechnął się Gorbowiec.

– Akustyka jest dobra. – Uranow znużony otarł twarz. – No to do roboty.

Wyciągnęli zakładników z samochodu. Podprowadzili ich do dwóch stalowych kolumn. Solidnie przywiązali sznurem. Przystanęli. Milcząc, utkwili wzrok w przywiązanych.

Stali w świetle reflektorów. Wszyscy pięcioro byli blondynami o niebieskich oczach.

Uranow : 30 lat, wysoki, wąskie ramiona, twarz szczupła, inteligentna, beżowy płaszcz.

Rutman: 21 lat, wzrost średni, chuda, płaskie piersi, wysportowana, twarz blada, nijaka, ciemnoniebieska kurtka, czarne skórzane spodnie.

Gorbowiea 54 lata, brodaty, niewysoki, krępy, żylaste chłopskie ręce, muskularna pierś, prostacka twarz, ciemnożółty kożuszek.

Przywiązani:

Pierwszy – koło pięćdziesiątki, tęgi, zadbany, rumiany, w drogim garniturze;

Drugi – młody, cherlawy, z garbatym nosem, pryszczaty, w czarnych dżinsach i skórzanej kurtce.

Obaj mieli usta zalepione półprzezroczystą taśmą klejącą.

– Zacznijmy od tego. – Uranow wskazał na grubego.

Rutman wyjęła z samochodu podłużną metalową walizę. Postawiła na betonowej podłodze przed Uranowem. Otworzyła metalowe zamki. Waliza była mini-lodówką.

Leżały w niej na waleta dwa lodowe młoty: lodowe bijaki o cylindrycznym kształcie, długie nierówne drewniane trzonki, przymocowane do bijaków skórzanymi rzemieniami. Trzonki pokrywał szron.

Uranow włożył rękawiczki. Chwycił młot. Podszedł do przywiązanego mężczyzny. Gorbowiec rozpiął marynarkę na piersi grubasa. Zdjął mu krawat. Szarpnął za poły koszuli. Posypały się guziki. Obnażył pulchną białą pierś z maleńkimi sutkami i złotym krzyżykiem na łańcuszku. Złapał krzyżyk i zerwał go zgrubiałymi palcami. Grubas zaryczał. Dawał jakieś znaki oczami. I kręcił głową.

– Odezwij się! – głośno przemówił Uranow.

Wziął zamach i uderzył go młotem w środek klatki piersiowej.

Grubas zaryczał z jeszcze większą mocą.

Wszyscy troje zamarli i zaczęli nasłuchiwać.

– Odezwij się! – powtórzył po chwili Uranow. Znów uderzył na odlew.

Grubas zawył zdławionym głosem. Wszyscy troje zamarli. Nasłuchiwali.

– Odezwij się! – Uranow uderzył mocniej.

Mężczyzna wył i ryczał. Drżał na całym ciele. Na jego piersi wystąpiły trzy okrągłe krwiaki.

– Daj no, sam przypierdolę. – Gorbowiec przejął młot. Popluł w dłonie. Wziął zamach.

– Odezwij no się! – Młot z głuchym dźwiękiem runął na pierś mężczyzny. Posypały się okruchy lodu.

I znów cała trójka zamarła. Nasłuchiwała z uwagą. Grubas ryczał i szamotał się. Twarz mu pobladła. Pierś pokryła się potem i poczerwieniała.

– Orsa? Orus? – Rutman niepewnie dotknęła swoich warg.

– To kałdun czka. – Gorbowiec pokręcił głową.

– Dół, dół – przytaknął Uranow. – Pusty.

– Odezwij no się! – zaryczał Gorbowiec i uderzył. Ciało mężczyzny szarpnęło się i bezsilnie zawisło na sznurach.

Przysunęli się zupełnie blisko. Nadstawili uszy w stronę poczerwieniałej piersi. Wsłuchiwali się uważnie.

– Kałdun burczy… – Gorbowiec z żalem wypuścił powietrze ustami. Zamachnął się.

– Odez-wijsie!

– Odez-wijsie!

– Odez-wijsie!

– Odez-wijsie!

Walił. Walił. Walił. Z młota poleciały kawałki lodu. Grubasowi chrupnęły kości. Z nosa zaczęła kapać krew.

– Pusty. – Uranow wyprostował plecy.

– Pusty… – Rutman zagryzła wargi.

– Pusty, sukinkot… – Gorbowiec oparł się o młot. Ciężko oddychał. – Ech… w mordę jeża… ale się tych pustaków napłodziło…

– Taka partia – westchnęła Rutman.

Gorbowiec z rozmachem walnął młotem w podłogę. Lodowy bijak się rozłupał. Lód rozprysnął się na wszystkie strony. Z trzonka zwisały rozerwane rzemyki. Gorbowiec wrzucił go do lodówki. Wziął drugi młot i podał Uranowowi.

Uranow starł szron z trzonka. Ponuro wbił wzrok w bezwładne ciało grubasa. Przeniósł ciężkie spojrzenie na drugiego przywiązanego mężczyznę. Spotkały się dwie pary niebieskich oczu. Przywiązany zaczął się miotać i zawodzić.

– Nie bój nic, kochaniutki. – Gorbowiec starł z policzka krople krwi. Ścisnął sobie nos. Pochylił się. Smarknął na podłogę. Wytarł rękę w kożuszek. – Ty, Ira, słuchaj no, szesnastego łomoczemy i znowu pusty! Co to, piramidon jakiś czy co? Szesnasty! I pustak.

– A choćby i sto szesnasty. – Uranow rozpiął kurtkę przywiązanemu chłopakowi.

Ten zaskomlał. Dygotały mu cherlawe kolana.

Rutman zaczęła pomagać Uranowowi. Rozerwali chłopakowi czarną koszulkę z czerwonym napisem WWW.FUCK.RU na piersi. Pod koszulką drżała biała koścista pierś usiana mnóstwem piegów.

Uranow pomyślał chwilę. Podał młot Gorbowcowi.

– Rom, spróbuj ty. Mnie już od dawna nie wychodzi.

– Aha… – Gorbowiec popluł na dłonie.

Ujął młot. Zamachnął się.

– Odezwij no się!

Lodowy walec ze świstem wbił się w wątłą pierś. Ciało przywiązanego szarpnęło się od uderzenia. Cała trójka zaczęła pilnie nasłuchiwać. Wąskie nozdrza chłopaka zadrgały. Wybuchnął zdławionym szlochem.

Gorbowiec ze smutkiem pokręcił kudłatą głową. Powoli uniósł młot.

– Odez-wijsie!

Świst przecinanego powietrza. Dźwięczne uderzenie. Bryzgi lodowych odłamków. Słabnące jęki.

– Ze co… Że co… – Rutman przyłożyła ucho do posiniałej piersi.

– Góra, po prostu góra… – Uranow przecząco kręcił głową.

– Kiego tam… nie wiem… może w gębie? – Gorbowiec drapał rudawą brodę.

– Rom, jeszcze raz, ale dokładniej – zakomenderował Uranow.

– Jakie znowu dokładniej… – Gorbowiec wziął zamach. – Odzywaj-no-się!

Pękł mostek. Lód posypał się na podłogę. Spod rozdartej skóry skąpo trysnęła krew. Chłopiec bezsilnie zwisł na sznurach. Niebieskie oczy zapadły się w głąb czaszki. Zatrzepotały czarne rzęsy.

Cała trójka słuchała. W piersi chłopaka rozległ się słaby przerywany warkot.

– Jest! – rzucił się Uranow.

– Dzięki ci, Boże! – Gorbowiec odrzucił młot.

– Tak też myślałam! – Rutman radośnie się zaśmiała. Chuchała w palce.

Wszyscy przylgnęli do piersi chłopaka.

– Mów sercem! Mów sercem! Mów sercem! – krzyczał Uranow.

– Mów, mów, mów, kochaniutki! – mruczał Gorbowiec

– Mów sercem, sercem mów, sercem… – radośnie szeptała Rutman.

W okrwawionej, posiniałej piersi pojawiał się i znikał dziwny słaby dźwięk.

– Podaj imię! Podaj imię! Podaj imię! – powtarzał Uranow.

– Imię, kochaniutki, imię powiedz, imię! – Gorbo-wiec gładził płowe włosy chłopaka.

– Swoje imię, imię podaj, podaj imię, imię, imię… – szeptała Rutman do bladoróżowego sutka.

Zamarli. Zdrętwieli. Nastawili uszu.

– Ural – powiedział Uranow.

– Ur… Ura… Ural! – Gorbowiec poskubał sobie brodę.

– Urrraaal… Uraaaal… – Uszczęśliwiona Rutman przymknęła powieki.

Zapanowało radosne ożywienie.

– Szybko, szybko! – Uranow wyjął kozik z drewnianą rączką.

Przecięli sznury. Zdarli mu plaster z ust. Położyli chłopaka na betonowej podłodze. Rutman przyniosła apteczkę. Wyjęła amoniak. Podsunęła chłopakowi pod nos. Uranow przyłożył mu mokry ręcznik do rozbitej piersi. Gorbowiec podparł chłopaka ramieniem. Ostrożnie potrząsnął.

– No, kochaniutki, no, malutki…

Chłopak drgnął całym wątłym ciałem. Buty na grubej podeszwie zaczęły ślizgać się po podłodze. Otworzył oczy. Odetchnął ciężko. Wypuścił gazy. Postękiwał.

– No i dobra. Popierdź sobie, kochaniutki, popierdź… – Gorbowiec gwałtownym szarpnięciem podniósł chłopaka z podłogi. Stawiając pewnie krzywe, mocne nogi, zaniósł go do samochodu.

Uranow wziął do ręki młot. Resztkę lodu roztrzaskał o podłogę. Trzonek wrzucił do lodówki. Zamknął ją i zaniósł do samochodu.

Gorbowiec i Rutman usiedli z tyłu. Między sobą posadzili chłopaka. Musieli go podtrzymywać. Uranow otworzył bramę. Wyjechał w wilgotną ciemność. Wysiadł. Zamknął bramę. Znowu siadł za kierownicą. Samochód pomknął wąską i nierówną drogą.

Reflektory oświetlały pobocze z resztkami brudnego śniegu. Świecący cyferblat pokazywał 00.20.

– Masz na imię Jurij? – Uranow spojrzał na chłopaka w górne lusterko.

– Ju… rij… Łapin… – stęknął z wysiłkiem.

– Zapamiętaj, że twoje prawdziwe imię brzmi Ural. Twoje serce podało to imię. Do dziś nie żyłeś, tylko wegetowałeś. Teraz zaczniesz żyć. Dostaniesz wszystko, co zechcesz. Będziesz miał wielki cel w życiu. Ile masz lat?

– Dwadzieścia…

– Spałeś przez te całe dwadzieścia lat… Teraz się obudziłeś. My, twoi bracia, obudziliśmy twoje serce. Jestem Ire.

– A ja Rom. – Gorbowiec głaskał chłopca po policzku.

– A ja Oham. – Rutman mrugnęła porozumiewawczo. Odsunęła kosmyk ze spoconego czoła Łapina.

– Odwieziemy cię do kliniki, gdzie ci pomogą dojść do siebie.

Chłopiec lękliwie spojrzał z ukosa na Rutman. Potem na brodatego Gorbowca.

– Ale… ja… kiedy ja… kiedy… ja muszę…

– Nie zadawaj pytań – przerwał Uranow. – Jesteś w szoku. Musisz się przyzwyczaić.

– Słabyś jeszcze. – Gorbowiec głaskał go po głowie. – Poleżysz sobie, potem pogadamy.

– Wtedy wszystkiego się dowiesz. Boli? – Rutman ostrożnie przykładała mokry ręcznik do okrągłych krwiaków.

– Bo…li… – Chłopiec zapłakał. Zamknął oczy.

– No i w końcu ręcznik się przydał. Moczyłam go i moczyłam przed każdym opukiwaniem. A tu – pustka. I trzeba wyżymać wodę! – roześmiała się Rutman. Ostrożnie objęła Łapina. – Słuchaj… to super, że jesteś nasz. Tak się cieszę…

Jeep zakołysał się na wyboistej drodze. Chłopiec krzyknął z bólu.

– Spokojnie, dzie tak gonisz… – Gorbowiec poskubywał brodę.

– Bardzo boli, Ural? – Rutman z przyjemnością wypowiedziała nowe imię.

– Bardzo… a-a-a-a! – Chłopiec jęczał i krzyczał.

– Już, już. Zaraz przestanie trząść. – Uranow prowadził teraz ostrożniej.

Samochód wytoczył się na Szosę Jarosławską. Skręcił. Ruszył w stronę Moskwy.

– Jesteś studentem – powiedziała Rutman – uniwerek moskiewski, dziennikarstwo.

Chłopiec w odpowiedzi tylko jęknął.

– Ja też studiowałam. Ekonomię na uczelni pedagogicznej.

– Chopie, ty się chyba, tego… – Gorbowiec uśmiechnął się. Pociągnął nosem. – Zestrachał się maleńki i sfajdał!

Od Łapina czuć było kałem.

– To całkiem normalne. – Uranow, mrużąc oczy, wpatrywał się w drogę.

– Kiedy mnie opukiwali, też zrobiłam brązowy twarożek. – Rutman wpatrywała się uważnie w chudą twarz chłopaka. – A i zlałam się też nieźle. A ty… – dotknęła go między nogami – z przodu masz sucho. Nie jesteś Ormianinem?

Chłopak pokręcił głową.

– Masz coś kaukaskiego w rysach. – Przesunęła palcem po garbatym nosie Łapina.

Ten znów potrząsnął głową. Twarz pobladła mu jeszcze bardziej. Pokryła się potem.

– A może z krajów nadbałtyckich, co? Masz ładny nos.

– Daj se spokój, akurat go tera nos najbardziej obchodzi – warknął Gorbowiec.

– Oham, przekręć do kliniki – polecił Uranow.

Rutman wyjęła komórkę, wybrała numer.

– To my. Mamy brata. Dwadzieścia. Tak. Tak. Ile? No, jakieś…

– Dwadzieścia pięć – podpowiedział Uranow.

– Będziemy za pół godziny. Tak.

Schowała komórkę.

Łapin oparł głowę na jej ramieniu. Zamknął oczy. Zapadł w półsen.

Podjechali do kliniki.

Prospekt Nowołużniecki 7.

Zatrzymali się przy portierni. Uranow pokazał przepustkę. Podjechali pod dwupiętrowy budynek. Za szklanymi drzwiami stali dwaj muskularni sanitariusze w niebieskich fartuchach.

Uranow otworzył drzwi samochodu. Podbiegli sanitariusze z łóżkiem na kółkach. Wyciągnęli Łapi-na. Ten ocknął się i krzyknął słabym głosem. Położyli go na łóżku. Przypięli rzemieniami. Powieźli do kliniki.

Rutman i Gorbowiec zostali przy samochodzie. Uranow ruszył za łóżkiem.

W izbie przyjęć czekał na nich lekarz : nalany, zgarbiony, gęste szpakowate włosy, złote okulary, starannie przystrzyżona bródka, niebieski fartuch.

Stał pod ścianą. Palił. W ręce trzymał popielniczkę.

Sanitariusze podjechali do niego z łóżkiem.

– Jak zwykle? – zapytał lekarz.

– Tak. – Uranow spojrzał na jego brodę.

– Jakieś komplikacje?

– Chyba mostek pęknięty.

– Jak dawno? – Lekarz zdjął z klatki piersiowej Łapi-na ręcznik.

– Ze… czterdzieści minut temu.

Wbiegła asystentka: wiek nieokreślony, średni wzrost, kasztanowe włosy, poważna twarz o wystających kościach policzkowych.

– Przepraszam.

– Tak… – Lekarz zgasił papierosa. Postawił popielniczkę na parapecie. Nachylił się nad Łapinem. Dotknął opuchniętego fioletowego mostka. – A więc tak: dać mu „głupiego Wańkę”. Potem na rentgen. I do mnie.

Odwrócił się gwałtownie i ruszył do drzwi.

– Mam zostać? – zapytał Uranow.

– Nie ma powodu. Rano.

Lekarz wyszedł. Asystentka rozpieczętowała strzykawkę i nasadziła igłę. Przełamała dwie ampułki i pobrała zawartość do strzykawki.

Uranow przesunął ręką po policzku Łapina. Ten otworzył oczy. Podniósł głowę i rozejrzał się. Odkaszlnął. Szarpnął się, usiłując wstać z łóżka.

Sanitariusze rzucili się na niego.

– Nie-e-e-e! Nie-e-e-e! Nie-e-e-e!! – wrzeszczał ochryple.

Przycisnęli go do łóżka i zaczęli rozbierać. Zapachniało świeżym kałem. Uranow wydmuchnął powietrze.

Łapin charczał i płakał.

Sanitariusz zacisnął mu opaskę na chudym przedramieniu. Asystentka nachyliła się, trzymając w dłoni strzykawkę.

– Nie warto cierpieć…

– Ja chcę zadzwonić do do-o-o-mu… – wyszlochał Łapin.

– Już jesteś w domu, bracie – uśmiechnął się do niego Uranow.

Igła weszła w żyłę.

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

Brat Ural

Mer

Ser szwajcarski

Diar

Kat

Półsłodkie

Moho

Brat i siostry

Szczurze gówno

Szczurze serce

Wdriebiezgi

Lubka

Górna warga

Piasek

Bosch

Blokada

Płacze dziewczyna

Karowi

Spokój

I'm a friend of Sarah Connor

Osiem dni później

CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ TRZECIA

CZĘŚĆ CZWARTA

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lód Dzień oprycznika Bro 23000 Cukrowy Kreml Zamieć 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona