Królowa Camilla

Królowa Camilla

Autorzy: Sue Townsend

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 418

cena od: 35.90 zł

W desperackiej próbie rozprawienia się z przestępczością i zwalczenia zamieszek Jack Barker, premier Wielkiej Brytanii, postanawia utworzyć Strefy Zamknięte dla wszelkiej maści wyrzutków społecznych, w tym kryminalistów, nieudaczników, głupców, chorobliwie otyłych i Rodziny Królewskiej. Książę Karol i miłość jego życia, Camilla, zamieszkują w Kwiatowej Strefie Zamkniętej wraz z resztą Rodziny i licznymi psami. Spokój zostaje zburzony, kiedy Królowa ogłasza decyzję o abdykacji, a Karol odmawia objęcia tronu. Jednak gdy tylko książę William proponuje swoją kandydaturę, pojawia się jeszcze jeden pretendent - nieślubny owoc związku Karola i Camilli. Z kart tej powieści wyziera najlepsze oblicze Sue Townsend - ostre, satyryczne i przezabawne. To inteligentna, świetnie napisana, choć niekiedy przerażająca fantazja na temat współczesnej Wielkiej Brytanii.

SUE TOWNSEND

PRZEŁOŻYŁA EWA ŚWIERŻEWSKA

Tytuł oryginału: Queen Camilla Copyright © Sue Townsend, 2006 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo WA.B., 2008 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo WA.B., 2008

Wydanie I Warszawa 2008

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Dedykacja

Colinowi Broadwayowi, z miłością A także

Brianowi Hallowi z Parliament Square

Wstęp

Nie istnieją naukowe dowody na to, że psy rozumieją ludzką mowę, ani że potrafią komunikować się z innymi psami.

Właściciele psów, upierający się, że psy „rozumieją każde moje słowo”, są w błędzie.

Jednakże, jak powiedział mi ostatnio stary seter irlandzki: „Psy doskonale rozumieją ludzką mowę i uważają, że większość z tego, co mamy do powiedzenia, jest banalne, nudne i protekcjonalne”.

(Camilla do Karola)

– Kochanie, czy sądzisz, że pies wie, iż jest psem? – spytała Camilla.

– To zależy, co rozumiesz przez wie – odparł Karol.

– Oczywiście, że wiem, iż jestem cholernym psem. Jem z miski na podłodze, sram na ulicy… – warknął Freddie.

Jeśli wrzucisz żywe żaby do garnka z wrzącą wodą, mądrze wyskoczą z niego, ratując życie. Jeśli włożysz je do garnka z zimną wodą i zaczniesz powoli doprowadzać wodę do wrzenia, będą leżały w naczyniu i ugotują się na śmierć.

Shami Chakrabarti, Liberty

Przypis autorki

Królowa Camilla jest utworem literackim. Imiona, postacie, miejsca i wydarzenia albo są wytworem wyobraźni autorki, albo zostały wykorzystane całkowicie fikcyjnie.

Podziękowania

Bez serdecznego wsparcia i praktycznej pomocy Colina Broadwaya ta książka nigdy by nie powstała.

Dziękuję Louise Moore, mojemu wydawcy, która wierzy we mnie bardziej niż ja sama.

Składam także podziękowania działom wydawniczym i produkcyjnym w wydawnictwie Penguin i Michael Joseph, którym znów dałam się we znaki.

Jestem wdzięczna za nieocenioną pomoc Shanowi Morleyowi Jonesowi, który przeczytał gotowy maszynopis i uchronił mnie przed wstydem.

1

Camilla, Księżna Kornwalii, stojąc na schodach przy tylnym wejściu domu numer szesnaście w Piekielnym Zaułku, paliła taniego papierosa. Było chłodne popołudnie późnego lata. Od czasu do czasu Camilla odwracała się, by spojrzeć na swego męża Karola, Księcia Walii, który z wielkim hałasem po lunchu zmywał naczynia w czerwonej misce, spontanicznie kupionej tego poranka w sklepie „Wszystko za funta”. Przyniósł miskę do domu i zademonstrował, tak jakby to był jakiś cenny przedmiot kultu, skradziony z plądrowanego miasta.

Obserwując męża szorującego sosjerkę Doulton, Camilla pomyślała, jak niewiele potrzeba mu do szczęścia, i zapytała:

– Szczęśliwy, kochanie? – Głos miała zachrypnięty po latach palenia i nocach spędzanych z sąsiadami, Beverley i Vince'em Threadgoldami, na żartach i pogaduszkach.

Vince, pięćdziesięciopięciolatek o wyglądzie Elvisa, zabawiał Camillę i Karola prześmiesznymi historyjkami o Wormwood Scrubs 1.

– Więzienie – orzekł Karol – wydaje się całkiem przyjemnym miejscem w porównaniu z Gordonstoun School 2, gdzie często budziłem się w nocy na stalowym łóżku, pod szorstkimi kocami, pokrytymi cieniutką warstwą śniegu, który wpadł przez uchylone okno sypialni.

– Byłeś cholernym szczęściarzem, że miałeś koc. Ja spałam pod wojskowym płaszczem mego ojca – odezwała się Beverley, grubokoścista kobieta o włosach kolorem i teksturą przypominających słomę.

Karol wyglądał tak smętnie, że śmiech ucichł, a Camilla powiedziała:

– Rozchmurz się, kochanie, i nalej nam jeszcze po kieliszku tego przepysznego pasternakowego wina.

Po kilku kolejkach Karol odzyskał humor i rozpoczął swój popisowy numer z audycji „The Goon”, w której wcielał się we Freda i zmuszał Camillę do bycia Gladys. Thread-goldowie obserwowali improwizowany występ swoich gości z kamiennymi twarzami i odetchnęli z ulgą, gdy ich królewscy sąsiedzi odtoczyli się do swoich łóżek za płotem.

– Jak się spisuje ta miska, kochanie? – spytała Camilla.

– Miska spisuje się absolutnie wspaniale – odparł Karol.

– Stary spryciarz z ciebie, że ją wypatrzyłeś.

– Stała na chodniku, wraz ze stosem innych. Kolory aż biły w oczy.

– Dobrze zrobiłeś, mój drogi. Czerwony jest strasznie wesoły.

– Tak, właśnie to sobie pomyślałem. Zastanawiałem się nad zieloną.

– Hmm, zielony jest dobry, ale strasznie zacny i przypomina mi nieco Jonathona Porritta. Wyobrażam sobie, że ma zieloną miskę do zmywania, kupioną w jakimś potwornym sklepie prowadzonym przez National Trust 3 w Cotswolds. – Jej śmiech szybko zmienił się w kaszel.

Gdyby była kimkolwiek innym, Karol wystąpiłby w obronie swego starego przyjaciela Jonathona Porritta, National Trust i Cotswolds, ale Camilla miała prawo mówić dokładnie to, co myśli.

Wciąż kaszlała; Karol spojrzał na nią z troską.

– Wszystko dobrze, kochanie?

Kiwnęła potakująco głową.

Fakt, że wybrał czerwoną miskę, wydawał mu się dziwnie znamienny. Może, do czego namawiał go Laurens Van der Post, w końcu zaczyna nawiązywać kontakt z „wewnętrznym poganinem”. Wraz z dawno nieżyjącym guru wędrowali przez Kalahari, siadywali przy obozowych ogniskach pod bezmiarem gwiaździstego nieba i rozmawiali o tym, czego potrzeba człowiekowi, by czuł się kompletny. Doszli do wniosku, że człowiek musi mieć pasję. Karol przypomniał sobie karmazynową kulę słońca, znikającą za wydmami. Może to metafizyczne doznanie wpłynęło na wybór miski do zmywania.

– Ile kosztowała twoja urocza miska, kochanie? – spytała Camilla.

Karol odpowiedział z lekkim zniecierpliwieniem:

– Mówiłem, że kupiłem ją w sklepie „Wszystko za funta”, kochanie. – Zaczerwienił się, przypominając sobie, co zaszło, gdy zadał to pytanie chorobliwie opasłemu właścicielowi sklepu, panu Anwarowi.

Pan Anwar, drażliwy po kłótni z żoną o papierki po kit katach, znalezione pod jego łóżkiem, odpowiedział z akcentem wyniesionym z prywatnej szkoły:

– Proszę mi powiedzieć, sir, jak nazywa się mój sklep?

Karol cofnął się o krok na chodniku i przeczytał na głos napis, składający się z trzydziestocentymetrowych liter:

– Wszystko za funta.

Pan Anwar wycedził:

– Nie jest potrzebny dyplom z semiotyki, by zinterpretować tę nazwę, panie Saxe-Coburg-Gotha. Wszystko w moim sklepie kosztuje dokładnie, precyzyjnie, bezspornie funta. Powtarzam, funta, to znaczy jednego funta.

Karol, urażony sarkazmem Anwara i użyciem przez niego niemieckiego nazwiska jego rodziny, wręczył mu monetę jednofuntową i w pośpiechu opuścił sklep.

Pies Karola, Leo, przypominający twór Frankensteina wielorasowiec, wyskoczył spod kuchennego stołu i stanął obok zlewu, skowycząc i wyciągając potężny, wilczy łeb w stronę swego pana. Wygląda na to, że pies jest z każdym dniem większy – pomyślał Karol. Mając zaledwie czternaście tygodni, sięgał mu już do kolan. Spiggy, mąż Księżniczki Anny, „hodowca”, zapewniał Karola, że Leo będzie „jednym z tych sięgających kostek kurdupelków, dobrych do łapania szczurów”.

– Jestem głodny – zaskowyczał Leo.

– Wiem, że jesteś gotów do jedzenia – odparł Karol – ale czy nie widzisz, że ja jestem zajęty?

Odezwał się dzwonek u drzwi. Karol, z dłońmi wciąż zanurzonymi w wodzie, zawołał:

– Otworzysz, kochanie?

– Palę, kochanie! – odkrzyknęła Camilla.

– Doskonale wiem, że palisz, kochanie – odparł Karol z wymuszonym uśmiechem – gdyż dym wlatuje do kuchni i wdziera mi się do płuc.

Kaszlnął delikatnie i pacnął ociekającą mydlinami dłonią w tytoniową chmurę, wiszącą nad jego głową.

Camilla, przekrzykując uporczywie dźwięczący dzwonek, rzuciła:

– Prawo ziemskie zabrania przechodzić z zapalonym papierosem przez budynek, nawet we własnym domu, więc może ty otworzysz. – Odwróciła się i dodała: – Kochanie.

Karol wrzucił mały dzbanek na mleko firmy Spode w mydliny i powiedział przez zaciśnięte zęby:

– Mam system zmywania i muszę się skoncentrować. Może byś tak zgasiła to cholerne obrzydlistwo, do którego się przysysasz, i otworzyła drzwi? Kochanie.

Dzwonek znów zadźwięczał.

Camilla odezwała się nieco płaczliwie:

– Karolu, czas na szluga jest dla mnie strasznie ważny. Zgodziłeś się przed ślubem, że będę mogła wypalić pięć fajek dziennie i nikt nie będzie mi w tym czasie przeszkadzał.

Karol z furią szorował doskonale czysty dzbanek szczotką do naczyń.

– Uzgodniliśmy też, że będziemy się dzielić pracami domowymi, a ty kompletnie lekceważysz tę umowę. – Dostrzegłszy ból na jej twarzy, dodał pojednawczo: – Jesteś okropnym leniem, kochanie.

Camilla poszła nierówno brukowaną ścieżką do kojca dla drobiu na końcu wąskiego, gęsto zarośniętego ogrodu. Przez siatkę przyglądała się kurom, Eccles i Moriarty, dziobiącym się nawzajem bezlitośnie, jak rodzeństwo upchane na tylnym siedzeniu rodzinnego samochodu.

Nie pałała sympatią do kur. Nie lubiła ich grubych szyj i imion z „The Goon”, zimnych oczu, ostrych dziobów i chwytnych pazurów. Żal jej było pieniędzy, które Karol wydawał na ich utrzymanie. Jej zdaniem były to niewdzięczne, pierzaste dranie. Miała już dość wyciągania Karola z zupełnie niewspółmiernego poczucia porażki, jakiego doznawał codziennie rano, wracając z kojca z pustym koszem na jajka, który uparcie ze sobą nosił.

Jej własne psy, Freddie i Tosca, które wspólnie wyprodukowały już dwa mioty, wybiegły z domu na krótkich, jackrussellowskich nóżkach. Przyłączyły się do swojej pani przy kurzym wybiegu.

Camilla powiedziała do kur:

– Jesteście cholernymi niewdzięcznikami. Poświęca wam całą uwagę, a wy nie dajecie mu nawet jednego nędznego jajka. To strasznie niesprawiedliwe, jesteśmy bardzo biedni.

Camilla ostatni raz zaciągnęła się papierosem i w roztargnieniu rzuciła tlący się wciąż niedopałek przez siatkę. Eccles podbiegła, chwyciła palącego się peta w dziób i machając skrzydłami, wskoczyła na dach kurnika. Camilla zaśmiała się, gdyż Eccles ze zwisającym z dzioba papierosem wyglądała jak ptasia Lauren Bacall.

Śmiech dobiegł do stojącego w kuchni Karola, który odetchnął z ulgą. Camilla nie żywiła urazy – w przeciwieństwie do jego pierwszej żony, która dąsała się całymi… cóż, latami. Ruszył ścieżką w jej stronę, wycierając dłonie w ściereczkę do naczyń. Był wobec niej zbyt surowy; jeszcze tak niedawno miała służbę, podczas gdy on od trzynastu lat na wygnaniu wszystko robił sam.

Na kilka sekund przed tym, nim Karol zauważył swojego cennego ptaka, wyraźnie rozkoszującego się poobiednią importowaną, chińską podróbką silk cut ultra low, Camilla pomyślała, że pewnego dnia stanie się to strasznie śmieszną anegdotą, ale bezpośrednie reperkusje będą dla niej biednej koszmarne. Karol już wyciągał ręce, by wziąć Camillę w ramiona, gdy nagle spostrzegł zdumiony, że Eccles wygląda, jakby paliła papierosa. Za rządkiem zimowej kapusty siedział lis, gapiąc się na niego zuchwale.

Freddie i Tosca przeczołgały się za nogi swojej pani; Camilla nigdy nie widziała lisa z tak bliska, w każdym razie żywego. Widziała wiele kawałków martwych lisów. Pomyślała, że jest niezwykle piękny. Lis podniósł się, uśmiechnął krzywo, potem odwrócił tyłem, poszedł w kąt ogrodu i zniknął.

Na schodkach przed drzwiami, u kresu cierpliwości, wciąż stała Królowa. Dokuczał jej ból zęba i zastanawiała się, czy Karol ma w swojej homeopatycznej apteczce olejek goździkowy. Towarzyszyły jej dwa psy, oba jargi (krzyżówka jamnika i corgi) – odziedziczona po matce Susan oraz Harris, jej własny pies, syn Harrisa I, który przed trzynastu laty przybył wraz z nią do Piekielnego Zaułka.

– To jest wkurzające – powiedziała Królowa do Harrisa. – Dlaczego nie otwierają? Przecież wiemy, że tam są, prawda, staruszku? Słyszymy, jak wrzeszczą, prawda?

Harris warknął:

– Wiedziałem, że to nie przetrwa.

– Wszystkie małżeństwa się kłócą – zaskowyczała Susan. – My też!

– Kłócimy się, bo mam cię dość – odparł Harris.

– Ty okrutniku! – zaskomlała Susan i podbiegła po pocieszenie do Królowej.

Królowa schyliła się i poklepała Susan po grzbiecie:

– O co chodzi, staruszko? O co chodzi?

Beverley Threadgold, wciąż w szlafroku, mimo iż była już druga po południu, wychyliła się z okna sypialni i krzyknęła w dół:

– Są w ogrodzie, Liz. Kłócą się strasznie o palenie Camilli. Chcesz, żebym im powiedziała, że to ty czekasz pod drzwiami?

Beverley uwielbiała dramaty, bez względu na to, jak małe. Notorycznie zmieniała dramat w kryzys, a kryzys w zajście wymagające interwencji policji, raz nawet policyjnego helikoptera.

– Nie, nie zawracaj sobie głowy – odparła Królowa i zaczęła się pospiesznie oddalać.

Beverley krzyknęła za nią:

– Schlaliśmy się wczoraj pasternakowym winem Karola. Karol opowiadał o swoim nieszczęśliwym dzieciństwie. O tym, jak miał śnieg na łóżku w szkole.

– Naprawdę bym chciała – powiedziała Królowa do Harrisa i Susan – żeby Karol przestał się wszystkim wyżalać na swoje dzieciństwo. Już niedługo stuknie mu sześćdziesiątka.

Gdy Królowa mijała dom Beverley, King, mieszaniec wilczura, rzucił się do furtki, z furią szczekając na psy Królowej. Był awanturnikiem, tak jak jego pani.

Dzięki wcześniejszej praktyce Królowa nauczyła się nie widzieć przykrych spraw, więc idąc Piekielnym Zaułkiem, nie zwracała uwagi na plugastwa nagryzmolone na murach, nie czuła fetoru wydobywającego się z niezabranych worków ze śmieciami, stojących na chodniku. Wrzaski i odgłosy domowych kłótni nie docierały do jej uszu. Nie mogła sobie pozwolić na przyznanie, iż mieszka w tak potwornych warunkach.

Gdy była małą księżniczką, jej niania, ukochana Crawfie, nauczyła ją, by w trudnych sytuacjach gwizdała sobie w myślach wesołe melodie.

Dotarłszy do domu numer dwanaście, Królowa usłyszała czyjś ryk; piosenkarza, jak się domyśliła, wykrzykującego nie tekst piosenki, ale groźby i apele do stosowania przemocy. Nie rozumiała uwielbienia Księcia Harry'ego dla czegoś, co, jak jej powiedział, nazywa się „gangsta rap”. To prawda, jego królewscy przodkowie byli gangsterami swoich czasów. Czy to tkwi w genach? Stojąc i patrząc na dom, Królowa czuła pod nogami wibrowanie muzyki. Zasłony były zaciągnięte, a okna nosiły ślady niedawnego ataku jajkami. Zwróciła się do Harrisa:

– Mówiłam Karolowi, że niewskazane jest pozwalanie chłopcom na życie bez nadzoru. Tylko popatrz na to miejsce, wygląda jak nowojorska czynszówka.

Z gwałtownie otwartych drzwi wejściowych buchnęła muzyka i wybiegła z nich z płaczem młoda dziewczyna, Chanel Toby, cycata piętnastolatka o tubalnym głosie, ze sztucznie rozprostowanymi i ufarbowanymi na biało włosami. Z nią podążał pies Księcia Harry'ego Carling, rudy kundel na patykowatych nogach, z małym łebkiem. Chanel minęła w biegu Królową i ruszyła do swojej babci, mieszkającej pod numerem dziesięć. Carling wspiął się na nogi Królowej. Był nieszkodliwym durniem, więc Susan i Harris pozwoliły mu na to.

Harris warknął:

– Gdyby to była wieś, Carling byłby wiejskim głupkiem.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Numer 10 Królowa Camilla Adrian Mole. Szczere wyznania Adrian Mole lat 13 i 3/4. Sekretny dziennik Adrian Mole. Czas cappuccino Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia