Empire V

Empire V

Autorzy: Wiktor Pielewin

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: PDF EPUB

Ilość stron: 442

cena od: 31.90 zł

Młody nieudacznik, Roma Szurkin, odpowiada na ogłoszenie prasowe, obiecujące mu sukces życiowy, i trafia do bractwa wampirów. Przechodzi szkolenie, podczas którego poznaje historię bractwa i dowiaduje się, kto rzeczywiście rządzi światem. Społeczność wampirów stworzyła wielka nietoperzyca Isztar. Jej poddani wyhodowali rasę ludzką, która dostarcza im pokarmu. Pomiędzy wampirami a ludźmi jest jeszcze grupa Chaldejczyków - to oni kryli się niegdyś w czołgach, a obecnie w limuzynach z zaciemnionymi szybami. Już niebawem na gruzach poprzednich epok, w następstwie całkowitego przeobrażenia rosyjskiego społeczeństwa, wyrośnie nowe, piąte imperium. Jakie ono będzie? W najnowszej powieści Pielewin drąży tematy podejmowane już w poprzednich utworach - w życiu wszystko jest względne, a ludzie podlegają nieustannej manipulacji. Autor pozostaje prorokiem i kronikarzem nowej ery. Sięga po charakterystyczne dla siebie środki: miesza rozmaite wierzenia - teozofię, okultyzm, buddyzm, mitologię babilońską - i znajduje dla nich niespodziewane zastosowanie we współczesności. Powstała powieść niezwykle pielewinowska, a jednocześnie ciągle zaskakująca szaleństwem pomysłów, wizją, kunsztem literackim i zaraźliwym humorem.

Z recenzji poprzednich powieści:

Pielewin miesza kulturę masową z wysoką, przerabia dawne dzieła na nowe, lekce sobie waży zasady copyrightu.

Michał Witkowski, "Gazeta Wyborcza"

Pielewin jest geniuszem nieoczekiwanych zestawień, a jego satyra dotyka zarówno tego, co indywidualne, jak i tego, co uniwersalne. Jego czułki wychwycą każdy absurd, o ile jest godny uwagi. Ma ludzkie serce, a do tego ma je we właściwym miejscu.

"The Boston Globe"

Pielewin łączy sentymentalizm z cynizmem, dzięki czemu świat jest w swojej potworności aż humorystyczny, ale groteska nie zabija szacunku dla prawdziwego dramatu człowieka.

Magdalena Miecznicka, "Dziennik"

Świetna literatura - mądra, przekorna, ciekawa - niebawiąca się w erudycyjny spektakl czy stylistyczne pustosłowie. Chciałbym taką czytać codziennie.

Zygmunt Miłoszewski, "Newsweek"

Pielewin obraca wszystko w żart, ale nie robi tego jedynie po to, by rozbawić czytelnika. Pokazuje raczej, jak wiele rzeczy, które traktujemy śmiertelnie poważnie, nie zasługuje na powagę.

Aleksander Kaczorowski, "Gazeta Wyborcza"

Tytuł oryginału: Amnup B

Copyright © Victor Pielevin, 2006

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2008

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2008

Wydanie I

Warszawa 2008

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Motto

Parowóz jest mądrze skonstruowany, ale sobie tego nie uświadamia; a zresztą jakiż sens miałoby konstruowanie parowozu, gdyby nie było w nim maszynisty?

o. Mitrofan Sriebriański

Brahma

Kiedy odzyskałem przytomność, znajdowałem się w dużym pokoju, zastawionym starymi meblami. Umeblowanie było chyba nawet zabytkowe – rzeźbiona w gwiazdy lustrzana szafa, dziwaczna sekretera, dwa płótna z aktami i mały obrazek z Napoleonem na koniu, spowitym bitewnym kurzem. Całą jedną ścianę zajmowała sięgająca sufitu, niezwykle ozdobna czeczotowa kartoteka. Na jej szufladkach znajdowały się tabliczki z różnokolorowymi napisami i znaczkami, a obok stała biblioteczna drabinka.

Zorientowałem się, że nie leżę, jak przystało komuś, kto wraca do przytomności, ale stoję. Nie osuwałem się na ziemię, bo ręce i nogi miałem mocno przywiązane do drabinki gimnastycznej. Domyśliłem się, że to drabinka gimnastyczna, wymacawszy palcami drewniany szczebel. Inne szczeble wpijały mi się w plecy.

Naprzeciw, pod ścianą, na czerwonej kanapce siedział mężczyzna w czerwonym szlafroku i czarnej masce. Maska przypominała kształtem ni to wciśnięty aż do ramion cylinder, ni to kartonowy hełm rycerza-psa z filmu Bitwa na Lodowym Polu. W okolicy nosa znajdował się ostry występ, w miejscu oczu dwa owalne otwory, a zamiast ust prostokątne wycięcie, zasłonięte czarną szmatką. Tak mniej więcej wyglądali średniowieczni lekarze na grawiurach przedstawiających epidemie dżumy w Europie.

Nawet się nie przestraszyłem.

– Dzień dobry – powiedział człowiek w masce.

– Dzień dobry – odrzekłem, z trudem poruszając wargami.

– Jak ci na imię?

– Roman – odparłem.

– Ile masz lat?

– Dziewiętnaście.

– Czemu nie jesteś w wojsku?

Na to pytanie nie odpowiedziałem, uznawszy, że to żart.

– Przepraszam za niejaką teatralność scenerii – ciągnął człowiek w masce. – Jeżeli boli cię głowa, to zaraz przejdzie. Uśpiłem cię specjalnym gazem.

– Jakim gazem?

– Używanym przeciwko terrorystom. To nic strasznego, już po wszystkim. I uprzedzam – nie krzycz. Nie ma sensu krzyczeć. To nic nie pomoże. Rezultat będzie tylko jeden – dostanę migreny i cała rozmowa na nic.

Nieznajomy miał pewny, niski głos. Zakrywająca usta szmatka kołysała się w rytm jego słów.

– Kim pan jest?

– Nazywają mnie Brahma.

– A dlaczego jest pan w masce?

– Z wielu powodów – powiedział Brahma. – Ale to dla twojego dobra. Jeżeli nie dojdziemy do porozumienia, będę cię mógł wypuścić bez obawy, że mnie kiedyś rozpoznasz.

Poczułem wielką ulgę, słysząc, że zamierza mnie wypuścić. Ale te słowa mogły być pułapką.

– Czego pan chce? – zapytałem.

– Chcę, żeby w pewnej bardzo ważnej części mego ciała i zarazem mego ducha obudziło się żywe zainteresowanie tobą. Ale to, mój drogi, może nastąpić tylko pod warunkiem, że jesteś szlachetnego arystokratycznego rodu…

„Psychopata – pomyślałem. – Grunt to się nie denerwować… Zająć go rozmową…”

– Czemu koniecznie szlachetnego arystokratycznego rodu?

– Jakość czerwonego płynu w twoich żyłach ma duże znaczenie. Szansa jest niewielka.

– A co to znaczy żywe zainteresowanie? – spytałem. – Ma pan na myśli: dopóki jeszcze żyję?

– To śmieszne – powiedział Brahma. – Wygląda na to, że rozmową niczego tu nie osiągnę. Konieczna jest demonstracja.

Wstał z kanapy, podszedł do mnie, odrzucił czarną szmatkę, zasłaniającą mu usta, i nachylił się do mojego prawego ucha. Skuliłem się, czując na twarzy jego oddech – lada chwila mogło się zdarzyć coś ohydnego.

„Sam tutaj przyszedłem – pomyślałem. – Że też mnie coś podkusiło!”

Ale nic się nie stało – Brahma pochuchał mi w ucho, odsunął się i wrócił na kanapę.

– Mogłem cię ukąsić w rękę – powiedział. – Ale, niestety, ręce masz związane i ścierpnięte. To nie byłby dobry efekt.

– Przecież sam mi pan związał ręce.

– Tak – westchnął Brahma. – Chyba powinienem cię przeprosić za moje postępowanie. Domyślam się, że to wygląda dziwnie i nieprzyjemnie. Ale zaraz wszystko stanie się dla ciebie jasne.

Rozsiadł się na kanapie, wpatrzył we mnie, jakbym był obrazem w telewizorze, i przez kilka sekund kontemplował, lekko cmokając językiem.

– Nie denerwuj się – powiedział wreszcie – nie jestem maniakiem seksualnym. Co do tego możesz być spokojny.

– No to kim pan jest?

– Jestem wampirem. A wampiry nie są zboczeńcami. Czasem się za takich podają, ale mają zupełnie inne zainteresowania i cele.

„Nie, to nie jest zboczeniec – pomyślałem. – To zboczony szaleniec. Muszę ciągle coś mówić, żeby odwrócić jego uwagę…”

– Wampir? Pije pan krew?

– No, może nie szklankami – odrzekł Brahma.

– I nie na tym opiera się moja samoidentyfikacja… Ale bywa i tak.

– A po co pan ją pije?

– Jest to najlepszy sposób poznania człowieka.

– Jak to?

Oczy w owalnych otworach kilka razy mrugnęły, a usta pod czarną szmatką powiedziały:

– Kiedyś dwa rosnące na murze drzewa, cytrynowe i pomarańczowe, były nie drzewami jako takimi, ale wrotami do czarodziejskiego i tajemniczego świata. A potem coś się stało. Wrota zniknęły i zamiast nich pozostały tylko dwa prostokątne kawałki materiału, wiszące na ścianie. Zniknęły nie tylko wrota, ale i świat, do którego prowadziły. I nawet straszliwy latający pies, który strzegł wejścia do tego świata, stał się po prostu plecionym wachlarzem z tropikalnego kurortu…

Powiedzieć, że byłem wstrząśnięty – to nie powiedzieć niczego. Czułem się ogłuszony. Te słowa, które każdemu normalnemu człowiekowi wydałyby się kompletną abrakadabrą, były tajemnym kodem mojego dzieciństwa. Najbardziej zaś wstrząsnęło mną to, że sformułować wszystko w ten sposób mógł tylko jeden człowiek na całym świecie – ja sam. Długo milczałem. Wreszcie nie wytrzymałem.

– Nie rozumiem – odezwałem się. – Przypuśćmy, że kiedy byłem nieprzytomny, opowiedziałem o obrazach. Ale o owym czarodziejskim świecie za bramą opowiedzieć nie mogłem. Bo nigdy go tak nie nazywałem. Chociaż kiedy teraz pan o tym wspomniał, widzę, że to wszystko najprawdziwsza prawda, tak. Tak właśnie było…

– A czy wiesz, dlaczego tak się stało? – zapytał Brahma.

– Dlaczego?

– Czarodziejski świat, w którym kiedyś żyłeś, wymyślał ukryty w trawie żuk kowal. A potem przyszła żaba, która go zjadła. I od razu zaczęło ci się lżej żyć, chociaż w twoim pokoju wszystko zostało po dawnemu.

– Tak – powiedziałem skonsternowany. – To też jest prawda… Było dokładnie tak.

– Przypomnij sobie jeszcze coś – zaproponował Brahma – o czym wiesz tylko ty. Cokolwiek. I zadaj mi pytanie – takie, na które odpowiedź także znasz tylko ty.

– Dobrze – odparłem i zamyśliłem się. – No więc, na przykład… W moim domu wisiał na ścianie wachlarz, dopiero co pan o nim wspomniał. W jaki sposób był przymocowany do ściany?

Brahma przymknął oczy w otworach maski.

– Był przyklejony. A klej tworzył literę X. I nie był to tylko krzyżyk, ale właśnie litera X. Oznaczała miejsce, w które chciałeś posłać mamę za to, że powiesiła wachlarz nad łóżkiem 1. – Jak…

Brahma podniósł rękę.

– Zaczekaj. A przykleiłeś go dlatego, że wachlarz zaczął ci się wydawać psem-wampirem, który kąsa cię po nocach. Oczywiście to kompletna bzdura. I wręcz obraźliwa w stosunku do prawdziwych wampirów.

– Jak się pan o tym dowiedział?

Brahma wstał z kanapy i podszedł do mnie. Uniósł palcem czarną szmatkę i otworzył usta. Zęby miał przebarwione od nikotyny, mocne i duże. Nie zauważyłem nic niezwykłego, tylko kły były chyba nieco bielsze niż reszta zębów. Brahma uniósł głowę, tak żebym zobaczył podniebienie. Znajdowała się tam jakaś dziwna falista membrana koloru pomarańczowego – jak przylepiony do dziąseł fragment mostka dentystycznego.

– Co to jest? – zapytałem.

– Język – powiedział Brahma, podkreślając to słowo intonacją.

– Język? – powtórzyłem.

– Nie jest to ludzki język. To dusza i istota wampira.

– I nim się pan wszystkiego dowiaduje?

– Tak.

– Jak można się dowiadywać językiem?

– Nie ma sensu tego wyjaśniać. Jeśli chcesz to zrozumieć, musisz sam zostać wampirem.

– Nie jestem pewien, czy chcę.

Brahma wrócił na swoją kanapę.

– Widzisz, Roma – powiedział – nami wszystkimi kieruje los. Przyszedłeś tutaj z własnej woli. A ja mam bardzo mało czasu.

– Zamierza pan mnie uczyć?

– Nie ja. Nauczycielem jest nie osobowość wampira, lecz jego natura. A nauczanie polega na tym, że wampir kąsa ucznia. Nie znaczy to jednak, że każdy człowiek, ukąszony przez wampira, staje się wampirem. Jak mawia się w złych filmach, he-he, coś takiego zdarza się tylko w złych filmach…

Roześmiał się z własnego dowcipu. Ja też spróbowałem się uśmiechnąć, ale marnie mi to wyszło.

– Istnieje specjalny rodzaj ukąszenia – podjął Brahma – do którego wampir jest zdolny tylko raz w życiu. I tylko wtedy, kiedy zechce tego język. Zgodnie z tradycją, zdarza się to w dniu letniego przesilenia. Ty się nadajesz. Mój język przejdzie w ciebie.

– Jak to przejdzie?

– Dosłownie. Fizycznie. Uprzedzam cię, że to będzie bolesne. I w trakcie, i potem. Będziesz się źle czuł. Jak po ukąszeniu jadowitej żmii. Ale stopniowo wszystko minie.

– A nie mógłby pan sobie znaleźć innego ucznia?

Nie zwrócił uwagi na te słowa.

– Możesz na jakiś czas stracić przytomność. Cały zdrętwiejesz. Niewykluczone są halucynacje. Chociaż mogą też nie wystąpić. Ale jedno wydarzy się na pewno.

– Co?

– Przypomnisz sobie całe swoje życie. Język będzie się zaznajamiać z twoją przeszłością – musi wiedzieć o tobie wszystko. Podobno coś podobnego dzieje się, kiedy człowiek tonie. Ale ty jesteś jeszcze bardzo młody i tonąć będziesz niezbyt długo.

– A co pan będzie robił w tym czasie?

Brahma jakoś dziwnie parsknął.

– Tym się nie przejmuj. Mam dokładnie przemyślany plan działania.

To mówiąc, zbliżył się, chwycił mnie ręką za włosy i przygiął mi głowę do ramienia. Spodziewałem się, że mnie ukąsi, ale on ukąsił sam siebie – w palec. Jego dłoń momentalnie zalała się krwią.

– Nie ruszaj się – powiedział – tak będzie dla ciebie lepiej.

Widok krwi przestraszył mnie i usłuchałem. Brahma przytknął zakrwawiony palec do mego czoła i coś na nim napisał. A potem bez żadnego ostrzeżenia wpił mi się zębami w szyję.

Krzyknąłem, a właściwie zamuczałem – trzymał moją głowę, tak że nie mogłem otworzyć ust. Ból w szyi był nie do zniesienia – jakby szalony dentysta wbił mi pod szczękę elektryczne wiertło. Była taka sekunda, kiedy pomyślałem, że nadeszła śmierć, i pogodziłem się z nią. I nagle wszystko się skończyło – puścił mnie i szarpnąłem się w tył. Na policzku i szyi czułem krew; krwią wymazana była jego maska i szmatka zasłaniająca usta.

Zrozumiałem, że to nie moja krew, tylko Brahmy – spływała mu z ust po szyi, po piersi, po czerwonym szlafroku i gęstymi kroplami skapywała na podłogę. Coś mu się stało – można by pomyśleć, że to on został pokąsany, a nie ja. Chwiejnym krokiem wrócił na swoją czerwoną kanapę i usiadł; jego nogi konwulsyjnie zaszurały po parkiecie.

Przypomniałem sobie film Tarkowskiego Andriej Rublow, w którym pokazano średniowieczną egzekucję: oprawcy wlewali mnichowi w usta płynny metal. Przez cały czas przed kaźnią mnich straszliwie wymyślał swoim katom, ale gdy wlali mu metal w gardło, nie powiedział już ani słowa, tylko drgał całym ciałem. I najstraszniejsze było to jego milczenie. Równie straszne wydało mi się milczenie mojego rozmówcy.

Nie przestając podrygiwać nogami, sięgnął do kieszeni szlafroka, wyjął mały niklowany pistolet i szybko strzelił sobie w głowę – w bok cylindrycznej maski, skrywającej jego twarz. Głowa szarpnęła się z boku na bok, ręka opadła na kanapę i Brahma znieruchomiał.

W tym momencie poczułem w szyi, pod szczęką, jakiś słaby ruch. Nic nie bolało – zupełnie jakbym dostał narkozę – ale było nieprzyjemnie. Już traciłem przytomność i to, co się działo, docierało do mnie coraz słabiej. Ogarnęła mnie niepowstrzymana senność.

Brahma mówił prawdę. Zaczęła mi się majaczyć przeszłość – jakby w mojej głowie utworzyła się mała, przytulna sala kinowa, w której rozpoczęto pokaz dokumentalnego filmu o moim dzieciństwie. Jakie to dziwne, myślałem, przecież od samego początku bałem się właśnie wampirów…

Miasto Słońca

Od urodzenia mieszkałem z matką w Moskwie, w domu stowarzyszenia dramaturgów niedaleko stacji metra Sokoł. Dom był zbudowany według najwyższych radzieckich standardów – z beżowej cegły, wielopiętrowy i jakby w zachodnim stylu. W takich budynkach mieszkała nomenklatura KC i wybrani przedstawiciele radzieckiej elity intelektualnej – dokoła zawsze było pełno czarnych wołg z kogutami na dachach, a na klatkach schodowych walały się w obfitości niedopałki najlepszych amerykańskich papierosów. Zajmowaliśmy z matką niewielkie dwupokojowe mieszkanko w rodzaju tych, które w krajach zachodnich określa się jako one bedroom. Właśnie w tym bedroomie dorastałem. Mój pokój pomyślany był przez architekta jako sypialnia – maleńki i podłużny, z niewielkim oknem, z którego rozpościerał się widok na parking. Nie mogłem go urządzić według własnego gustu: matka wybierała kolor tapet, decydowała, gdzie ma stać łóżko, a gdzie biurko, i ustalała nawet, co będzie wisiało na ścianach. Doprowadzało to do awantur – raz nazwałem ją „władzą radziecką w miniaturze”, po czym nie odzywaliśmy się do siebie przez cały tydzień.

Nie było dla niej nic bardziej obraźliwego niż te właśnie słowa. Moja matka, „wysoka, chuda kobieta

o zwiędłej twarzy”, jak opisał ją kiedyś dzielnicowemu nasz sąsiad dramaturg, kiedyś należała do kręgów dysydenckich. Dla przypomnienia tego epizodu często puszczała gościom taśmę, na której baryton jakiegoś przeciwnika systemu recytował demaskatorskie wiersze, a głos matki z drugiego planu podrzucał ostre repliki.

Baryton deklamował:

Jadę metrem – w dzień zwykły czy święta – Dwaj tajniacy mi depczą po piętach.

W monopolu kupuję pół litra – Dwaj tajniacy filują zza winkla…

– A teraz powiedz ten o chuju z brwiami i ten kawałek z Sołżenicyna! – wstawiała młodym głosem matka.

W ten sposób po raz pierwszy usłyszałem wulgarne słowo, które szczęśliwe dzieci okresu pierestrojki poznawały zazwyczaj od chichoczących kolegów w przedszkolnej sypialni. Za każdym razem przy słuchaniu tej taśmy mama tłumaczyła, że w tym kontekście wulgaryzm jest uzasadniony artystycznie. Słowo „kontekst” było dla mnie nawet bardziej zagadkowe niż „chuj” – za tym wszystkim wyczuwałem tajemniczy i groźny świat dorosłych, w którego kierunku dryfowałem, popychany dmącym z telewizora wichrem przemian.

Wywrotowa kaseta została nagrana na wiele lat przed moim urodzeniem; sugerowało to, że matka wycofała się z aktywnej walki z powodu zamążpójścia, które zaowocowało moim przyjściem na świat. Wydaje się jednak, że związków mojej matki z rewolucyjną demokracją, w których ponurym blasku upłynęło moje dzieciństwo, pogrążony w marazmie radziecki reżym jakoś nie dostrzegł.

Na prawo od mojego łóżka ścianę zdobiły dwa małe obrazki. Były jednakowych rozmiarów (czterdzieści centymetrów szerokości i pięćdziesiąt wysokości – pierwsze, co zmierzyłem linijką z kompletu „wyprawka pierwszoklasisty”). Jeden przedstawiał drzewko cytrynowe w donicy, drugi – takie samo drzewko pomarańczowe. Różny był tylko kształt i kolor owoców: wydłużone żółte i okrągłe pomarańczowe.

Nad łóżkiem zaś, nad moją głową, wisiał pleciony wachlarz w kształcie serca. Był zbyt duży, żeby się nim wachlować. We wgłębieniu między wypukłościami serca znajdowała się okrągła rączka, przez co wachlarz przypominał gigantycznego nietoperza z maleńkim łebkiem. Na środku pomalowany był czerwonym lakierem.

Wydawało mi się, że jest to pies latający – wampir (czytałem o nich w piśmie „Naokoło świata”), który ożywa nocami, a w dzień odpoczywa na ścianie. Wypita krew prześwitywała mu przez skórę jak przez brzuszek komara, i dlatego na środku wachlarza widniała czerwona plama.

Krew, jak się domyślałem, była moja.

Zdawałem sobie sprawę, że te lęki to echo historii, jakich się nasłuchałem na letnich obozach (powtarzały się bez zmian z turnusu na turnus). Regularnie jednak miewałem koszmary, z których budziłem się zlany zimnym potem. Wreszcie doszło do tego, że zacząłem się bać ciemności – wręcz fizycznie czułem obecność rozpostartego na ścianie psa-wampira i musiałem zapalać światło, by znów stał się wachlarzem z palmowych liści. Skarżyć się matce nie było sensu. Ograniczyłem się więc do tego, że w tajemnicy przed nią przylepiłem wachlarz do tapety klejem Minutka. I wtedy strach minął.

Swoje pierwsze wyobrażenie wszechświata także przywiozłem z obozu letniego. W jednym z nich zobaczyłem niesamowity fresk: płaski dysk ziemi spoczywał na trzech wielorybach pośród bladoniebieskiego oceanu. Z ziemi wyrastały drzewa, sterczały słupy telegraficzne i nawet pomiędzy nagromadzeniem jednakowych białych domów jechał wesoły czerwony tramwaj. Na boku ziemskiej tarczy napisane było: ZSRR. Wiedziałem, że urodziłem się w tym ZSRR, który później się rozpadł. To było trudne do zrozumienia. Wychodziło, że domy, drzewa i tramwaje pozostały na miejscu, a grunt, na którym się znajdowały, zniknął… Byłem jednak jeszcze mały, i mój umysł pogodził się z tym paradoksem tak samo, jak godził się z setkami innych. Zwłaszcza że podłoże ekonomiczne radzieckiej katastrofy zacząłem już rozumieć: kraj, który wysyłał dwóch oficerów w cywilu tam, gdzie w normalnych społeczeństwach wystarcza zasiłek dla bezrobotnych, nie mógł skończyć inaczej.

Ale to były niewyraźne cienie dzieciństwa.

Tak naprawdę zapamiętałem siebie w momencie, kiedy dzieciństwo się skończyło. Stało się to, gdy oglądałem w telewizji stary film rysunkowy: na ekranie maszerowała kolumna karzełków, szczęśliwych niziołków z radzieckiego komiksu. Karzełki wesoło wymachiwały rączkami i śpiewały:

Zjawiła się żabusia.

Co ma zielone brzusio, Co ma zielone brzusio – Żuka kowala chaps!

I ani myślał biedak, I ani się spodziewał, I ani się spodziewał, Że skończy właśnie tak…

Od razu zrozumiałem, o jakiego kowala chodzi: był to muskularny budowniczy nowego świata, który wymachiwał młotem na starych plakatach, kalendarzach ściennych i znaczkach pocztowych. Wesołe karzełki przesyłały Związkowi Radzieckiemu ostatni salut ze swego Słonecznego Miasta, do którego nie udało im się trafić.

Patrzyłem na kolumnę karzełków i płakałem. Nie chodziło jednak o nostalgię za ZSRR, którego nie pamiętałem. Karzełki maszerowały pośród olbrzymich, przewyższających je kwiatów – dzwoneczków. Te olbrzymie dzwonki nagle przypomniały mi o czymś prostym i bardzo istotnym, o czym już zapomniałem.

Zrozumiałem, że przyjazny dziecięcy świat, w którym wszystkie przedmioty wydawały się równie wielkie jak te kwiaty, a szczęśliwych dróg było tyle, ile w filmie, na zawsze pozostał w przeszłości. Zagubił się w trawie, w której siedział żuk kowal, i było jasne, że teraz trzeba będzie mieć do czynienia z żabusią – im dalej, tym bardziej konkretnie…

Rzeczywiście miała zielone brzusio, a grzbiet czarny, i na każdym rogu działało jej opancerzone przedstawicielstwo, tak zwany kantor. Dorośli wierzyli tylko jej, ale ja czułem, że kiedyś zawiedzie także żabusia – a kowala nie da się przywrócić…

Poza karzełkami z filmu nikt tak naprawdę nie pożegnał się z absurdalną krainą, w której się urodziłem. Nawet trzy wieloryby, na których spoczywała, udawały, że nie mają z tym nic wspólnego, i otworzyły sklep meblowy (reklamę sklepu puszczano w telewizji: „Trzy wieloryby, wieloryby – a cała reszta jest na niby…”).

O dziejach swojej rodziny nie wiedziałem nic. Niektóre jednak z otaczających mnie przedmiotów nosiły piętno jakiejś ponurej tajemnicy.

Po pierwsze, był to stary czarno-biały sztych, przedstawiający kobietę-lwicę z uwodzicielsko odrzuconą głową, obnażonymi piersiami i potężnymi szponiastymi łapami. Sztych wisiał w przedpokoju pod małą lampką, przypominającą wieczny kaganek. Lampka dawała skąpe światło i rycina w półmroku wydawała się magiczna i przerażająca.

Spis treści

Motto

Brahma

Miasto Słońca

Mitra

Enlil

Baldur

Jehowa

Kartoteka

Pierwsze ukąszenie

Loki

Pięć zasad miłości

Wielkie grzechowtajemniczenie

Umysł B

Hera

Chaldejczycy

Agregat M5

Drzewo

Achilles Strikes Back

Żołnierze imperium

Le Yeltsine Ivre

Ozyrys

Czerwona ceremonia

Willa z Misteriami

Szef śfiata

A 3, 14-Logue

Przypisy

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Święta księga wilkołaka Omon Ra i inne opowieści Generation "P" Empire V Batman Apollo Napój ananasowy dla pięknej damy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona