Dzień oprycznika

Dzień oprycznika

Autorzy: Władimir Sorokin

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 221

cena od: 23.90 zł

 

 

Jest rok 2027. Czasy zamętu odchodzą w niepamięć, nastaje era odbudowy. Po odzyskaniu należnej władzy monarchia oficjalnie deklaruje swoje cele: wierność religii i tradycji. Paszporty spalono uroczyście na placu Czerwonym, wydalono zagranicznych dyplomatów. Rosję od reszty świata odgradza teraz wielki mur, a gwarancją jakości życia mieszkańców jest eksport ropy i gazu. Przyjazne stosunki polityczne państwo utrzymuje tylko z Chinami, dostawcą niezbędnych produktów użytku prywatnego i przemysłowego: od samolotów typu Boeing po muszle klozetowe. Na tym tle toczy się opowieść o jednym dniu z życia Andrieja Daniłowicza Komiagi, tytułowego oprycznika. Literacki eksperyment Sorokina, anty utopijny futurystyczny utwór napisany językiem Puszkina, ukazuje Rosję nieuchronnie zmierzającą ku przeszłości, ku wiekom średnim, kiedy władza, za sprawą opryczników, przemawiała językiem terroru. Ledwie wydana w Rosji, powieść Sorokina rozpętała narodową debatę i podbiła tamtejsze listy bestsellerów. Dzień oprycznika uważa się za bezkompromisową satyrę polityczną na współczesną Rosję. Sam autor nazywa książkę "fantazją na motywach rosyjskich" i dodaje: "Tak odpowiadam na sytuację w moim państwie"

 

Z recenzji poprzednich powieści:

Sorokin stał się postacią kultową we współczesnej literaturze rosyjskiej. Szczególnie cenią go młodzi. Jego powieści, pełne śmierci, przemocy i seksu, budzą niepokój.

"The New York Review of Books"

 

Sorokin potrafi znakomicie bawić się literackimi stylami. Mówi się, że jest czołowym przedstawicielem rosyjskiego konceptualizmu, ale jego rola w literaturze jest znacznie większa. Zawdzięczamy mu renesans rosyjskiej powieści.

Wiktor Jerofiejew

 

Władimir Sorokin

DZIEŃ OPRYCZNIKA

Przełożyła Agnieszka Lubomira Piotrowska

Tytuł oryginału: Дeнь oпричника

Copyright © 2006 by Vladimir Sorokin

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2008

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2008

Wydanie I

Warszawa 2008

Spis treści

Sen jest wciąż ten sam...

Droga skręca w prawo...

Jadło dziś powszednie...

Kremlowska sala koncertowa...

Na placu...

Po drodze...

Och, jak otwierały się...

Przebudzenie...

Gwiazdy gasić...

Czułym dotykiem dłoni...

Z powrotem leciało się...

Nie zawsze...

Oczekuję naszej Monarchini...

Wieczór...

Zegar w sali...

To nie do opisania...

Stojący zegar wybił...

Wiezie mnie do domu...

Panie mój...

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Grigorijowi Łukjanowiczowi

Skuratowowi-Bielskiemu,

zwanemu Malutą1

Sen jest wciąż ten sam: idę polem bezkresnym, rosyjskim, za horyzont uchodzącym, widzę przed sobą białego konia, zmierzam ku niemu, wyczuwam, że koń ten jest szczególny, koń nad konie, urodziwy, ligawy, chyży; biegnę, wszelako dogonić go nie mogę, przyśpieszam kroku, krzyczę, przyzywam, nagle pojmuję, że w tym koniu jest całe życie, cały mój los, całe moje szczęście, że potrzebny mi on jak powietrze, biegnę, biegnę, biegnę za nim, a on wciąż tak samo nieśpiesznie oddala się, niczego i nikogo nie zauważając, odchodzi na zawsze, odchodzi ode mnie, odchodzi na wieki, odchodzi bezpowrotnie, odchodzi, odchodzi, odchodzi...

Moja komóra budzi mnie:

Świst bata – krzyk.

Znów świst – jęk.

Trzeci świst – rzężenie.

Pojarok nagrał to w Tajnym Urzędzie, kiedy torturowali dalekowschodniego wojewodę. Taka muzyka obudzi nawet umarłego.

– Komiaga, słucham. – Przykładam zimną komórkę do rozespanego ciepłego ucha.

– Kłaniam się uniżenie, Andrieju Daniłowiczu. Korostylow ośmiela się niepokoić – ożywa głos starego referendarza z Urzędu Poselskiego i od razu też koło komóry w powietrzu pojawia się jego wąsaty, zatroskany ryj.

– Czego chcesz?

– Pozwalam sobie panu przypomnieć: dziś pod wieczór przewidziana jest wizyta albańskiego ambasadora. Nieodzownym jest wystawienie reprezentacji tuzina opryczników.

– Wiem – mamroczę z niezadowoleniem, chociaż prawdę mówiąc, zapomniałem o tym.

– Proszę wybaczyć, że niepokoiłem. Taka służba.

Odkładam komórkę na szafkę nocną. Kiego diabła poselski referendarz przypomina mi o reprezentacji? Ach tak... teraz jego urząd kieruje obrządkiem ablucji rąk. Zapomniałem... Nie otwierając oczu, zwieszam nogi z łóżka, poruszam głową: ciężka po wczorajszym. Wymacawszy dzwoneczek, potrząsam nim. Słychać, jak za ścianą Fiedka zeskakuje z przypiecka, krząta się, brzęka garnkami. Siedzę, opuściwszy niegotową do przebudzenia głowę: wczoraj znów trzeba było zdrowo przegiąć, chociaż poprzysiągłem sobie pić i wciągać tylko ze swoimi; skruszony wielce, biłem niskie pokłony w soborze Uspieńskim, modliłem się do świętego Bonifacego. Wszystko psu pod ogon! Co robić, jeśli okolniczemu Kiriłłowi Iwanowiczowi nie mogę odmówić. Jest mądry. I ochotny do mądrych rad. A ja, w odróżnieniu od Pojarka i Siwołaja, cenię w ludziach pierwiastek mądrości. Słuchać arcymądrych słów Kiriłła Iwanowicza mogę w nieskończoność, a on bez kokochy jest nierozmowny...

Wchodzi Fiedka.

– Witajże, panie, witaj, Andrieju Daniłowiczu.

Otwieram oczy.

Fiedka stoi z tacą. Jego gęba, jak zawsze z rana, jest zmięta i bezmyślna. Na tacy stoją tradycyjne dla poranku kacowego: szklanka białego kwasu, kieliszek wódki, pół szklanki soku z kiszonej kapusty. Wypijam sok z kapusty. Kręci w nosie i powoduje skurcz policzków. Robię wydech i wychylam kieliszek wódki. Łzy napływają do oczu, rozmywając gębę Fiedki. Przypominam sobie prawie wszystko – kim jestem, gdzie i dlaczego. Chwilę zwlekam, ostrożnie wydycham powietrze. Wódkę popijam kwasem. Mija minuta Wielkiego Bezruchu. Bekam głośno, z jękiem trzewi. Ocieram łzy. I teraz przypominam sobie już wszystko.

Fiedka zabiera tacę, klęka na jedno kolano i podstawia rękę. Opieram się, wstaję. Fiedka śmierdzi rano gorzej niż o wieczorze. To jest prawda jego ciała i nic nie można na to poradzić. Rózgi tu nie pomagają. Przeciągając się i postękując, podchodzę do ikonostasu, zapalam lampkę oliwną, osuwam się na kolana. Czytam poranne pacierze, biję pokłony. Fiedka stoi z tyłu, co chwila ziewając i czyniąc znaki krzyża.

Pomodliwszy się, wstaję, wspierając się na Fiedce. Idę do pokoju łaziebnego. Obmywam twarz przygotowaną studzienną wodą z pływającymi bryłkami lodu. Spozieram w lustro. Twarz lekko opuchnięta, skrzydełka nosa pełne sinych żyłek, włosy rozczochrane. Na skroniach pierwsza siwizna. Trochę za wcześnie jak na mój wiek. Ale – taka jest służba nasza, nie ma rady. Ciężki trud na chwałę państwa...

Załatwiwszy małą i dużą potrzebę fizjologiczną, gramolę się do wanny z hydromasażem, włączam program, odchylam głowę na ciepły, wygodny podgłówek. Patrzę na sufit pokryty freskami: dziewki zbierające w sadzie wiśnie. To uspokaja. Patrzę na dziewczęce nogi, na kobiałki z dojrzałymi jagodami. Woda zapełnia wannę, tworzy bąbelki powietrzne, bulgocze wokół mojego ciała. Wódka w środku, a piana na zewnątrz stopniowo przywracają mnie do przytomności. Po trzech kwadransach bulgotanie ustaje. Leżę jeszcze przez chwilę. Naciskam przycisk. Wchodzi Fiedka z ręcznikiem kąpielowym i szlafrokiem. Pomaga mi wyjść z jacuzzi, owija mnie ręcznikiem, otula szlafrokiem. Przechodzę do jadalni. Tam Taniuszka już podaje śniadanie. Nieopodal na ścianie – bańka wieści. Rzucam głośno komendę:

– Nowości!

Rozbłyska bańka, przelewa się niebiesko-biało-czerwoną flagą Ojczyzny ze złotym orłem dwugłowym, rozbrzmiewa dzwonami Iwana Wielkiego. Upijam łyk herbaty z malinami, przeglądam wiadomości: na północno-kaukaskim odcinku Muru Południowego znów bezeceństwa skrybów i ziemskich2, dalekowschodnia Rura w końcu zostanie zamknięta do czasu pokornej supliki od Japończyków, Chińczycy osiedlają się coraz liczniej w Krasnojarsku i Nowosybirsku, sąd nad wymieniaczami pieniędzy i towarów z Uralskiego Urzędu Skarbowego trwa dalej, Tatarzy budują na jubileusz Monarchy wspaniały pałac, cherlaki z Akademii Lekarskiej kończą prace nad genem starzenia, Muromscy Gęślarze dadzą dwa koncerty w białokamiennej Moskwie, książę Trifon Bagrationowicz Golicyn pobił swoją młodą żonę, w styczniu w świętym mieście Piotrogrodzie na placu Siennym nie będzie publicznej chłosty, rubel w stosunku do jena wzmocnił się o pół kopiejki.

Taniuszka podaje placuszki serowe, gotowaną na parze rzepę w miodzie, kisiel. W odróżnieniu od Fiedki Taniuszka to pięknota i lubą woń roztacza. Jej spódnice przyjemnie szeleszczą.

Mocna herbata i kisiel żurawinowy ostatecznie przywracają mnie do życia. Zbawienny pot przenika ciało. Taniuszka podaje mi własnoręcznie wyszywany ręcznik. Ocieram twarz, wstaję od stołu, kreślę na sobie znak krzyża, dziękuję Panu za jadło.

Czas przystąpić do codziennych obowiązków.

Przybyły cyrulik już oczekuje w garderobie. Zmierzam tam. Krępy milczek Samson z pokłonem sadza mnie przed lustrami, masuje mi twarz, naciera szyję olejkiem lawendowym. Jego ręce, jak ręce wszystkich cyrulików, nie są zbyt przyjemne. Ale ja zasadniczo nie zgadzam się z cynikiem Mandelsztamem – władza wcale nie jest „ohydna jak ręce golibrody”3. Władza jest urzekająca i rodzi pożądanie jak łono niewinnej hafciarki złotogłowiem. A ręce golibrody... cóż poradzić – babom naszych bród golić nie przystoi. Samson wyciska na moje policzki pianę z pomarańczowego flakonika „Czyngis-chan”, starannie i dokładnie rozprowadza, nie dotykając mojej wąskiej i pięknej bródki, chwyta brzytwę, zamaszyście ostrzy ją na rzemieniu, przymierza się, przygryzając dolną wargę, i zaczyna równo i płynnie ściągać pianę z mojej twarzy. Patrzę na siebie. Policzki już są niezbyt świeże. Przez te dwa lata schudłem o pół puda. Sińce pod oczami stały się normą. Wszyscy chronicznie nie dosypiamy. Miniona noc nie jest wyjątkiem.

Zmieniwszy brzytwę na golarkę elektryczną, Samson zgrabnie wyrównuje siekieropodobną wysepkę mojej bródki.

Surowo mrugam do siebie: „Dobrego dnia, Komiaga!”

Mało przyjemne dłonie kładą na mojej twarzy gorący kompres, nasączony miętą. Potem Samson starannie wyciera mi i barwi rumieńcem policzki, zawija osełedec, lakieruje, szczodrze obsypuje złocistym pudrem, i wpina w prawe ucho solidny złoty kolczyk – dzwoneczek bez serca. Takie kolczyki noszą tylko nasi. I żadna ziemska, kancelaryjna, strzelecka, dumska4 ani szlachecka swołocz nie ośmieli się zawiesić sobie takiego dzwoneczka.

Samson spryskuje moją głowę „Dziką Jabłonią”, w milczeniu kłania się i wychodzi – wykonał swoją balwierską robotę. I zaraz zjawia się Fiedka. Mordę wciąż ma zmiętą, ale już zdążył zmienić koszulę, umyć zęby i wyszorować ręce. Gotów jest do ceremonii przyoblekania mnie. Przytykam dłoń do zamka szafy z przyodziewkiem. Zamek piszczy, pomruguje czerwonym światełkiem, dębowe drzwi odjeżdżają na bok. Każdego ranka widzę wszystkie swoje osiemnaście szat. Jestem z nich kontent. Dziś mamy zwykły dzień powszedni. A zatem – odzież robocza.

– Ubranie służbowe – mówię do Fiedki.

On wyjmuje z szafy szaty, zaczyna mnie przyodziewać: biała bielizna spodnia z haftem krzyżykowym, czerwona koszula ze stójką zapinaną z boku, kurtka ze złotogłowiu, lamowana kunim futrem, wyszywana złotymi i srebrnymi nićmi, aksamitne portki, safianowe czerwone buty z cholewami, podkute miedzią. Na kurtkę ze złotogłowiu Fiedka narzuca długopoły, watowany kaftan z grubego czarnego sukna.

Spozieram na siebie w lustro i zamykam szafę.

Idę do przedpokoju, spoglądam na zegar: ósma zero trzy. Czas nagli. W przedpokoju już czekają, żeby mnie pożegnać: niańka z ikoną Jerzego Zwycięzcy, wielkiego męczennika, Fiedka z czapką i pasem. Wkładam czapkę z czarnego aksamitu z sobolowym otokiem, daję się opasać szerokim skórzanym rzemieniem. Na rzemieniu – z lewej strony kindżał w miedzianej pochwie, z prawej rebroff w drewnianej kaburze. Niańka w tym czasie czyni nade mną znak krzyża i mówi:

– Andriuszeńka, niech cię ma w opiece Najświętsza Panienka, święty Nikoła i wszyscy starcy z Pustelni Optińskiej!

Jej ostry podbródek drży, niebieściuchne oczęta spozierają z rozrzewnieniem. Żegnam się znakiem krzyża, całuję ikonę świętego Jerzego. Niańka wsuwa mi do kieszeni modlitwę „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie”, wyhaftowaną przez mateczki z monasteru Nowodziewiczego złotem na czarnej szarfie. Bez tej modlitwy nie wyruszam do swych zajęć.

– Zwycięstwa nad nieprzyjacioły naszemi... – mamrocze Fiedka, żegnając się nabożnie.

Z kuchennej izby wyziera Anastasja: czerwono-biały sarafan5, płowy warkocz na prawym ramieniu, szmaragdowe oczy. Aliści po spąsowiałych jagodach widać: niepokoi się. Spuściła oczęta, pokłoniła się chybko, potrząsając wysoką piersią, i skryła się za dębową futryną. A mnie od razu ogarnia zachwyt serdeczny od pokłonu dziewczęcego: pozaprzeszła noc mrokiem parnym się otwarła, jękiem słodkim w uszach ożyła, ciepłym ciałem dzierlatki przycisnęła, zaszeptała gorąco, przebiegła żyłami jak krew.

Ale nasamprzód – sprawy.

Zasię spraw dziś – wiela. A jeszcze ten albański ambasador...

Wychodzę do sionki. Tam już cała czeladź się ustawiła: oborowi, kucharka, kucharczyk, stróż, psiarz, dozorca, klucznica:

– Witaj nam, panie, Andrieju Daniłowiczu!

Kłaniają się wszyscy w pas. Kiwam do nich głową, przechodząc. Skrzypią deski podłogi. Roztwierają się kute drzwi. Wychodzę na podwórze. Dzień nadarzył się słoneczny, lekko mroźny. Śniegu przez noc dopadało – leży na świerkach, na parkanie, na wieżyczce strażniczej. Dobrze, kiedy jest śnieg! On sromotę ziemską przykrywa. I dusza staje się od niego czystsza.

Mrużąc oczy w słońcu, rozglądam się po podwórzu: spichlerz, szopa na siano, chlew, stajnia – wszystko dostatnie, solidne. Wyrywa się pies kudłaty na łańcuchu, skomlą charty w psiarni za domem, pieje kogut w kurniku. Podwórze zamiecione do czysta, przeto zaspy zgrabne okalają je niczym drożdżowe baby wielkanocne. U bramy stoi mój merc – purpurowy jak moja koszula, krępy, czysty. Błyszczy w słońcu jego przezroczysta kabina. A koło niego koniuch Timocha z psią głową w ręce czeka, kłania się.

– Andrieju Daniłowiczu, zatwierdźcie, panie!

Pokazuje mi psią głowę na dzisiejszą robotę: kudłaty chart irlandzki, oczy uciekły w głąb czaszki, język zwarzony mrozem, zęby żółte, silne. Podchodzi.

– Niech będzie!

Timocha prędko przytracza głowę do zderzaka merca, miotłę do bagażnika. Przykładam dłoń do zamka samochodu, przezroczysty dach płynnie unosi się do góry. Siadam w fotelu z półopuszczonym oparciem, obciągniętym czarną skórą. Zapinam pasy. Zapalam silnik. Wrota tarcicowe rozwierają się przede mną. Wyjeżdżam, pędzę wąską, prostą drogą, po obu jej stronach mijam stary, zaśnieżony las świerkowy. Dalibóg, pięknie! Dobre miejsce. Widzę w lustrze swój oddalający się dwór. Dobry dom, z duszą. Dopiero siedem miesięcy w nim mieszkam, a mam takie poczucie, jakbym się tu urodził i wychował. Wcześniej majątek należał do przyjaciela wymieniacza pieniędzy z Urzędu Skarbowego, Stiepana Ignatjewicza Gorochowa. Kiedy ten w czasie wielkiej czystki skarbowej popadł w niełaskę i naonczas został goły, tośmy dwór zagarnęli w swoje ręce. W owo lato gorące wiele głów skarbniczych poleciało. Bobrowa z pięcioma poplecznikami w klatce żelaznej po Moskwie wozili, potem siekli go batogami i wreszcie skrócili o głowę na Miejscu Kaźni. Połowę skarbników zesłano z Moskwy za Ural. Roboty było dużo... Gorochowa wonczas, jak się godzi, nasampierw mordą po gnojówce wytarzali, potem pysk mu asygnatami zapchali, zaszyli, w dupę świecę wetknęli i na bramie dworu go powiesili. Rodziny tykać nie pozwalano. A majątek mnie został przekazany. Sprawiedliwy jest nasz Monarcha. I chwała Bogu.

Droga skręca w prawo.

Wyjeżdżam na Rublowski Trakt. Dobra droga, dwupoziomowa, dziesięciopasmowa. Wykręcam na lewy czerwony pas. To nasz pas. Państwowy. Pókim żyw i dopuszczonym do spraw państwowych – będę nim jeździć.

Rozstępują się samochody, dostrzegając oprycznikowego czerwonego merca z psią głową. Ze świstem pruję podmoskiewskie powietrze, naciskam pedał gazu. Wartownik spoziera z szacunkiem. Wydaję polecenie:

– Radio Ruś.

W kabinie samochodu ożywa miękki dziewczęcy głos:

– Witajże, panie, Andrieju Daniłowiczu. Czego sobie życzysz posłuchać?

Nowe wiadomości już znam. Na kacu dobrej pieśni dusza potrzebuje.

– Zaśpiewaj no mi o stepie szerokim i orle.

– Wedle życzenia.

Zaczynają płynnie gęślarze, rozbrzmiewają bębenki, srebrny dzwoneczek dzwoni i słyszę:

Oj, stepie ty bez granic,

Po niebiosów kres,

Jak kobierzec szeroki

Rozpostarłeś się.

Czy to orzeł stepowy

Krąży pośród chmur?

Nie, to Kozak nasz doński

Wichrem śmiga z gór.

Śpiewa odznaczony Orderem Czerwonego Sztandaru Chór Kremlowski. Potężnie śpiewa, godnie. Pieśń brzmi tak, że łza się kręci w oku. Pędzi merc ku białokamiennej Moskwie, za oknem przemykają wioski i dwory. Skrzy się słońce na zaśnieżonych świerkach. I ożywia się dusza moja, oczyszcza, pragnie wzniosłych uczuć...

Oj, nie lataj tak, orle,

Nie opadaj w step!

Oj, nie pędź tak Kozacze,

Bo za blisko brzeg!

Wjechałbym tak z pieśnią do Moskwy, ale ktoś mi przerywa. Dzwoni Posocha. Jego wypielęgnowany świński ryj pojawia się w tęczowej ramce.

– A żeby cię... – mamroczę, wyłączając radio.

– Komiaga!

– Czego chcesz?

– Słowo i dzieło6!

– No?

– Niewypał ze szlachciurą.

– Jak to?

– Nie daliśmy rady podrzucić mu nocą śmierdzącego jaja.

– Co ty gadasz?! Czegoś milczał, kurzy móżdżku?

– Do ostatniej chwili czekaliśmy, ale ma ochronę jak się patrzy, trzech chłopa.

– Ojczulek wie?

– Niee. Komiaga, powiedz sam Ojczulkowi, ja cykorzę. On jest na mnie zły za tych z podgrodzia. Lękam się. Zrób to, wiem, jak mam dziękować.

Wzywam Ojczulka. Szerokie rudobrode oblicze jego pojawia się na prawo od kierownicy.

– Witaj, Ojczulku.

– Czołem, Komiaga. Gotów?

– Ja zawsze jestem gotów, Ojczulku, ale nasi się zblamowali. Nie dali rady szlachciurze podrzucić, cośmy uradzili.

– No i wcale nie trzeba... – Ojczulek ziewa, ukazując zdrowe, mocne zęby. – Nim się można zająć i bez tego. Goły jest. Jeno ci rzeknę: Rodziny nie ruszać, zrozumiano?

– Zrozumiano. – Kiwam głową, odłączam Ojczulka, włączam Posochę. – Słyszałeś?

– Słyszałem! – Z ulgą szczerzy zęby. – Chwała ci, Boże...

– Bóg tu nie ma nic do rzeczy. Monarchę chwal.

– Słowo i dzieło!

– I nie spóźniaj się, hulako.

– No przecież.

Skręcam w Pierwszy Uspieński Trakt. Tutaj las jest jeszcze wyższy od naszego – stare, wiekowe świerki. Wiele one obaczyły przez te lata. Pamiętają i Czerwoną Smutę, pamiętają i Białą, pamiętają też Szarą Smutę, pamiętają i Odrodzenie Rusi. Pamiętają i Przemienienie. My się w proch obrócimy, w światy inne odlecimy, a słynne świerki podmoskiewskie będą stać i kołysać majestatycznie gałęziami...

Hm, no, no, jak to się rozprawia ze szlachtą rodową! Teraz już nawet nic nie trzeba podrzucać. W zeszłym tygodniu tak wyszło z Prozorowskim, teraz z tym... Dalibóg, ostro się wziął za szlachciurów nasz Monarcha. No i bardzo dobrze. Nie żal róż, gdy płoną lasy. Nie żal włosów, gdy głowa ścięta. Jak się wprzągłeś do wozu, to ciągnij dalej. A skoroś wziął zamach – siecz!

Widzę na przedzie dwóch naszych w czerwonych mercach. Doganiam, folguję prędkość. Jedziemy sznurem. Skręcamy. Suniemy jeszcze chwilę i zatrzymujemy się przed bramą dworu szlachciury Iwana Iwanowicza Kunicyna. U wrót stoi osiem naszych samochodów. Posocha tu jest, Chrul, Siwołaj, Pogoda, Ochłop, Ziabiel, Naguł i Kriepło. Ojczulek rdzennych, trzon opryczniny, posłał na robotę. Tak się godzi, Ojczulku. Snadź Kunicyn – twardy orzech. Żeby go rozłupać – potrzebna wprawa.

Parkuję, wysiadam z samochodu, otwieram bagażnik, wyjmuję swoją pałę tarcicową. Podchodzę do naszych. Stoją, czekają na rozkaz. Ojczulka nie ma, tedy ja dziś robię za starszego. Witamy się oficjalnie. Spoglądam na ogrodzenie: na zewnątrz niego, w lesie świerkowym – strzelcy z Tajnego Urzędu przyszli nam z odsieczą. Dwór otoczony ze wszystkich stron jeszcze nocą z rozkazu Monarchy. Żeby mysz wredna się nie przecisnęła, żeby komar podstępny nie przeleciał.

Aliści mocne ma wrota szlachciura. Pojarok dzwoni do furtki, powtarza:

– Iwanie Iwanowiczu, otwieraj. Otwieraj po dobroci, pókiś żyw!

– Bez dumskich referendarzy nie wejdziecie, psiawiary! – rozlega się z głośnika.

– Będzie gorzej, Iwanie Iwanowiczu!

– Gorzej mi już nie będzie, psie!

Co prawda, to prawda. Gorzej bywa tylko w Tajnym Urzędzie. Ale tam już Iwan Iwanowicz nie ma się po co wybierać. Sami sobie poradzimy. Nasi czekają. Czas zacząć!

Podchodzę do bramy. Oprycznicy nieruchomieją. Walę we wrota pałą pierwszy raz.

– Biada temu domowi!

Walę drugi raz.

– Biada temu domowi!

Walę trzeci raz.

– Biada temu domowi!

I zakrzątnęła się oprycznina.

– Słowo i dzieło! Hajda! Gorze!

– Gorze! Słowo i dzieło!

– Słowo i dzieło!

– Hajda! Gorze! Gorze!

Jest Pojarok. Klepię go po ramieniu.

– Rządź!

Zakrzątnął się Pojarok z Siwołajem, przylepili racę do wrót. Odsunęli się wszyscy, zatkali uszy. Gruchnęło, z dębowych odrzwi jeno szczapy wokół się ostały. My z pałami w rękach – przez wyłom. A tam ochrona szlachciury – ze swoimi drągami. Nakazane jest poniechać obrony bronią palną, alibo strzelcy z promieniostrzałów swoich zimnoognistych wszystkich by wykosili. A wedle dumskiego prawa – kto z czeladzi, z poddanych, wytrwa z drągiem naprzeciw zajazdu, ten nie popadnie w niełaskę.

Wdzieramy się. Aliści dwór Iwana Iwanowicza okazały jest, podwórzec zasię przestronny. Można się bić. Czeka nas kupa ochrony i czeladzi z drągami. Z nimi trzy psy łańcuchowe, wyrywają się na nas. Walczyć z taką chmarą – ciężka sprawa. Trzeba się będzie dogadywać. Należy przemyślnym sposobem sprawę państwową rozstrzygać. Podnoszę rękę.

– Słuchajcie no! Na waszego pana i tak przyszedł kres!

– Wiemy! – krzyczy ochrona. – I tak pewnikiem będziem się przed wami bronić!

– Zaraz, chwila! Chodźcie, wybierzemy pojedynkowiczów! Wasz zwycięży – odejdziecie bez uszczerbku ze swoim dobrem! Nasz go pokona – wszystko, co wasze, nam przypada!

Ochrona się zamyśliła. A Siwołaj do nich:

– Zgadzajcie się, pókiśmy dobrzy! I tak was wygarniemy stąd, kiedy przybędzie odsiecz! Nikt nie pokona opryczniny!

Tamci się naradzili, krzyczą:

– Dobra! A jak się bić będziemy?

– Na pięści! – odpowiadam.

Wychodzi od nich jeden na pojedynek: zdrowe chłopisko, oborowy, pysk jak dynia. Zrzuca baranicę, rękawice naciąga, smarki ociera. Ale my jesteśmy przygotowani na taki obrót sprawy – Pogoda zruca Siwołajowi na ręce swój czarny kaftan, czapkę z otokiem z kuniego futra strząsa, kurtkę ze złotogłowiu zsuwa, porusza ramieniem chwackim, jedwabiem purpurowym obciągniętym, mruga do mnie, występuje naprzód. Wobec Pogody w bitwie na pięści nawet Masło to szczeniak. Pogoda jest niewysoki, ale szeroki w barach, o krzepkich kościach, rzutki i chwytny. Trafić w jego gładki pysk bardzo trudno. Aliści od niego w bebech zarobić – rzecz najprostsza na świecie.

Pogoda łobuzersko spoziera na rywala, przymrużając oczy, bawi się jedwabnym paskiem.

– No co, nieokrzesańcu, gotowyś do bicia?

– Nie przechwalaj się, opryczniku, idąc na bój swój ostatni!

Pogoda i oborowy chodzą dookoła, przymierzają się. I odziani są różnie, i ich pozycja społeczna jest różna, i panom różnym służą, a jak się przypatrzyć – z jednej rosyjskiej gliny są ulepieni. Rosjanie, ludzie zdecydowani.

Stajemy w kręgu, zespalamy się z czeladzią. Na niwie walki na pięści – to nie pierwszyzna. Tutaj wszyscy są równi – i kmieć, i szlachciura, i oprycznik, i skryba. Pięść sama sobie jest panem.

Podśmiewa się Pogoda, mruga do oborowego, napina barki junackie. Chłop nie wytrzymuje, rzuca się z rozmachu ze swoją pudową pięścią. Pogoda przysiada, a sam trafia oborowego w dołek krótkim ciosem. Jęknął tamten, ale strzymał. Pogoda znów wokół tańczy, a ramionami, jako ona dziewka sprośna, kołysze, mruga, język różowy pokazuje. Oborowy tańców nie poważa, pochrząkuje i znów bierze zamach. Ale Pogoda zadaje wyprzedzający cios – z lewej strony w twarz, z prawej po żebrach – buch! Buch! Aż te pękły. A przed pięścią pudową znów się uchylił. Zaryczał oborowy jak niedźwiedź, zamachał pięściami, gubiąc rękawice. Ale wszystko na nic – znów w dołek, no i po kinolu dostaje – bęc! Potyka się chłopisko jak rozespany niedźwiedź. Sczepił obie pięści, ryczy, rozcina mroźne powietrze. Ale wszystko na próżno – łup! łup! łup! Wartko macha pięściami Pogoda: już i gębę ma oborowy we krwi, i oko podbite, i nos czerwoną juchą się zalał. Toczą się purpurowe krople, jak rubiny błyskają w zimowym słońcu, padają na udeptany śnieg.

Pochmurnieje czeladź. Nasi puszczają do siebie oko. Szarpie się oborowy, smarka rozbitym nosem, pluje okruchami zębów. Kolejny cios, jeszcze jeden. Cofa się chłopina, ogania łapskami jak misiek od pszczół. A Pogoda nie ustaje: jeszcze raz! i jeszcze! Celnie i mocno bije oprycznik. Nasi gwiżdżą, głośno urągają. Ostatni cios, druzgoczący. Oborowy pada na wznak. Pogoda staje mu na piersi szykownym butem, nóż z pochwy wyciąga i po gębie z rozmachem – ciach! A tak. Dla nauczki. Dalibóg, inaczej teraz się nie da.

Na krwi – wszystko pójdzie jak po maśle.

Przycichła czeladź. Kmieć złapał się za pochlastaną mordę, a przez palce – jucha mu bryzga strugami.

Pogoda skrywa nóż, spluwa na pokonanego, mruga do czeladzi.

– Tfu! Cała morda we krwi!

To – słowa znane. Nasi zawsze je powtarzają. Tak się złożyło.

Teraz przyszła pora postawić kropkę. Podnoszę pałkę.

– Na kolana, nieokrzesańce!

W takich chwilach od razu wszystko widać jak na dłoni. Oj, jak dobrze widać Rosjanina! Twarze, twarze osłupiałej czeladzi. Proste rosyjskie twarze. Lubię patrzeć na nie w takich chwilach, w momencie prawdy. Teraz one są lustrem. W którym my się przeglądamy. I zimowe słoneczko.

Chwała Bogu, nie zmąciło się owo zwierciadło, nie pociemniało z upływem czasu.

Pada czeladź na kolana.

Nasi się rozluźnili, odprężyli. I od razu – telefon od Ojczulka: obserwuje wszystko ze swojego teremu7 w Moskwie.

– Zuchy!

– Wierne syny Ojczyzny, Ojcze! Co z domem?

– Zrównać z ziemią.

Zrównać z ziemią? A to coś nowego... Zwykle zdobyty dwór zachowywano dla swoich. I ta sama czeladź służyła u nowego pana. Jak u mnie. Spoglądamy po sobie. Ojczulek uśmiecha się, pokazując białe zęby.

– Coście się tak zacukali? To rozkaz. Do gołej ziemi.

– Tak jest, Ojcze!

Aha. Do gołej ziemi. To znaczy – czerwony kur. Dawno już tego nie było. Ale rozkaz to rozkaz. Z rozkazem się nie dyskutuje. Wydaję polecenie czeladzi:

– Każdy może wziąć po worku maneli! Macie dwie minuty!

Ci już zrozumieli, że dom przepadł. Powstawali, pobiegli, rozpierzchli się po swoich zapieckach, żeby łapać, co tam uciułali, a wraz – co się nawinie pod rękę. Aliści nasi na dom spoglądają: kraty, drzwi kute, mury z czerwonej cegły. Solidna robota, jak się patrzy. Dobrze postawione ściany, gładkie. Zasłony w oknach zaciągnięte, ale niedokładnie: przez szczeliny spozierają bystre oczy. A za kratami – ciepło domowego ogniska, pożegnalne ciepło, przyczajone, drżące przedśmiertnymi drgawkami. Och, jakże lubo przenikać w ono ciepło domowe, lubo wyrywać stamtąd one drgawki pożegnalne!

Czeladź zebrała po worku klamotów. Pełznie pokornie, jak pielgrzymi. Przepuszczamy ich do wrót. A tam, przy wyłomie, stoją czujni strzelcy z promieniostrzałami. Opuszcza czeladź dwór, ogląda się za siebie. Oglądajcie się, kmieciuchy, nam nie żal. Teraz nadeszła nasza godzina. Obstępujemy dom, tłuczemy pałkami po kratach, po ścianach.

– Gorze!

– Gorze!

– Hajda!

Potem obchodzimy go trzykrotnie zgodnie z ruchem Słońca.

– Biada temu domowi!

– Biada temu domowi!

– Biada temu domowi!

Pojarok przylepia do kutych drzwi racę. Odchodzimy, uszy zakrywamy rękawicami. Grzmotnęła raca i drzwi już nie ma. Ale za pierwszymi drzwiami – są drugie, drewniane. Siwołaj wydostaje palnik laserowy. Zapiszczał błękitny promień, jaskrawy, cienka iglica przeszła przez drzwi – i już wyrwa w drzwiach zieje.

Wchodzimy do środka. Bez pośpiechu. Teraz już nie ma się do czego śpieszyć.

Cicho jest wewnątrz, spokojnie. Porządny szlachciura miał dom, przytulny. W jadalni wszystko na chińską modłę – ławy do leżenia, dywany, niskie stoliki, wazy wielkości człowieka, zwoje, smoki na jedwabiu i z zielonego nefrytu. Bańki wieści też chińskie, gięte, z drewna hebanowego. Unosi się aromat wschodnich wonności. Taka moda, nic tu człowiek nie poradzi. Wchodzimy na górę szerokimi schodami, wyściełanymi chińskim dywanem. Tu już czuć rodzime zapachy – zalatuje oliwą do lampek, drewnem solidnym, starymi księgami, walerianą. Domostwo dostatnie, z bali, solidnie uszczelnionych. Z haftowanymi ręcznikami, kiotami, czyli szafkami na ikony, kuframi, komodami, samowarami i piecami kaflowymi. Rozpierzchamy się po pokojach. Nikogo nie ma. Czyżby uciekł, psubrat? Chodzimy, wsuwamy pałki pod łóżka, przetrząsamy pościel, szafy na odzienie wybebeszamy. Ani widu, ani słychu gospodarza.

– Przez komin chyba nie wyleciał? – mamrocze Posocha.

– Jak nic w domu jest tajne przejście. – Kriepło grzebie pałką w komodzie.

– Ogrodzenie obstawione strzelcami, gdzie on się podział?! – zastanawiam się.

Wchodzimy na facjatę. Tutaj – zimowy ogród, kamienie, kaskada wodna, przyrządy do ćwiczeń, obserwatorium. Teraz wszyscy mają obserwatoria... O, tego w żaden sposób nie mogę zrozumieć: astronomia i astrologia to oczywiście wielkie nauki, ale co tu ma do rzeczy teleskop? Przecież to nie księga do wróżenia! Popyt na teleskopy w białokamiennej Moskwie jest po prostu oszałamiający, to się w głowie nie mieści. Nawet Ojczulek postawił sobie we dworze teleskop. Co prawda, nie ma kiedy patrzeć przez niego.

Posocha dosłownie jakby czytał w moich myślach.

– Uwidziało się szlachciurom i wymieniaczom wgapiać w gwiazdy. I co niby oni chcą tam wypatrzyć? Swoją śmierć?

– Może Boga? – uśmiechnął się Chrul, waląc pałą w palmę.

– Nie bluźnij! – osadza go głos Ojczulka.

– Wybacz, Ojcze – Chrul żegna się – diabeł podkusił...

– Co wy tak szukacie na starą modłę, szelmy! – denerwuje się Ojczulek. – Szperacz włączajcie!

Włączamy urządzenie. Piszczy, wskazuje na parter. Schodzimy na dół. Szperacz kieruje nas do dwóch chińskich waz. Wielkie wazy podłogowe, wyższe ode mnie. Spoglądamy po sobie. Mrugamy porozumiewawczo. Kiwam głową na Chrula i Siwołaja. Oni biorą zamach i – pałami po wazach! Rozlatuje się cienka porcelana niczym skorupka jajek ogromniastych, smoczych. A z tych jajek, niczym Kastory i Polluksy – wyskakują dzieci szlachciury! Rozsypały się po dywanie jak groch – i w ryk. Troje, czworo... sześcioro. Co rok, to prorok – i wszystkie płowowłose, jedno mniejsze od drugiego.

– To ci dopiero! – chichocze niewidzialny Ojczulek. – Patrzajcie go, co wykombinował, hultaj!

– Całkiem ze strachu mu rozum odjęło! – Siwołaj szczerzy zęby do dzieci.

Niedobrze jakoś szczerzy te zęby. Ale my nie ruszamy dzieciaków... Jasna sprawa, jeśli jest rozkaz przydusić gówniażerię – wtedy oczywiście. A tak nie potrzeba nam zbędnej krwi.

Wyłapują nasi kompanioni piszczące dzieciaki jak kuropatwy, wynoszą pod pachami. Tam, na zewnątrz, już czeka chromy wójt Awierjan Trofimycz z sierocińca ze swoim żółtym autobusem. On się już zajmie dzieciarnią, nie da malcom zginąć, wychowa ich na prawych obywateli wielkiego kraju.

Na dziecięce krzyki jak na błystkę łapią się żony szlachciurów: nie wytrzymała małżonka Kunicyna, zawyła w swojej kryjówce. Babskie serce – nie kamień. Idziemy na krzyk – droga prowadzi do kuchni. Wchodzimy nieśpiesznie. Rozglądamy się. Dobrą kuchnię ma Iwan Iwanowicz. Przestronną i rozumnie urządzoną. Tu masz i solidne blaty, i kuchenki, i oszklone metalowe szafki z naczyniami i przyprawami, i piecyki przemyślne z promieniami gorącymi i zimnymi, i zamorska high-tech, i okapy wymyślne, i podświetlane lodówki przezroczyste, i noże przeróżne, a pośrodku – rosyjski piec, szeroki, biały. Zuch, Iwan Iwanowicz. Jakaż biesiada prawosławna obejdzie się bez kapuśniaku lub kaszy z rosyjskiego pieca? Czy w piekarniku zamorskim upiecze się pieróg tak jak w naszym piecu? Czy mleko się tak upraży? A chleb nasz powszedni? Rosyjski chleb w rosyjskim piecu należy piec – to wam ostatni nędzarz powie.

Gardziel pieca przesłoną miedzianą zakryta. Stuka Pojarok w przesłonę zgiętym palcem.

– Zły wilk przyszedł, przyniósł pierożki. Stuk, stuk, kto się w piecu chowa? Może trzy małe świnki?

A zza przesłony – babskie zawodzenia i urągania męskie. Gniewa się Iwan Iwanowicz na żonę, że wydała ich krzykiem. Jasna sprawa, a jak inaczej. Uczuciowe są baby w sercu swoim, za to je przecie kochamy.

Pojarok zdejmuje przesłonę, nasi chłopcy biorą rogacze – widły do garnków, pogrzebacz i tym wyciągają z pieca na świat boży szlachciurę z małżonką. Obydwoje, umazani sadzą, zapierają się jak mogą. Szlachcicowi od razu ręce wiążemy, w usta wpychamy knebel. Pod łokcie go – i na podwórze. A żonę... żoną trzeba się będzie zająć na wesoło. Tak się godzi. Przywiązują ją sznurami do stołu do rozbierania mięsa. Niezłą ma żonkę Iwan Iwanowicz: gibka kibić, krasne lice, cycata, dupiata, krewka. Ale najpierw – szlachcic. Wszyscy wypadamy z domu na podwórze. Tam już czekają – stoją Ziabiel i Kriepło z miotłami, a Naguł ze sznurem namydlonym. Wloką oprycznicy szlachciurę za nogi od ganku do bramy w ostatnią drogę. Ziabiel z Kriepłą za nimi miotłami zamiatają, żeby żadne ślady po nieprzyjaciołach dzieła monarszego się nie ostały. Naguł już wszedł na wrota, sprytnie sznur zaczepia, nie pierwszyzna mu wrogów Rosji wieszać. Stajemy wszyscy pod wrotami, podnosimy szlachciurę na rękach.

– Słowo i dzieło!

Chwila – i zakołysał się Iwan Iwanowicz na stryczku, zadrgał, zacharczał, zasapał, zapierdział pożegnalnym pierdnięciem. Zdejmujemy czapki, czynimy znak krzyża. Wkładamy. Czekamy, kiedy szlachcic ducha wyzionie.

Trzecia część dzisiejszego dzieła wykonana. Teraz – żona. Wracamy do domu.

– Nie na śmierć! – jak zawsze uprzedza basowy głos Ojczulka.

– Jasna sprawa, Ojcze!

A sprawa ta jest pełna namiętności i wielce dla nas ważna. Ona dodaje sił do pokonania nieprzyjaciół państwa rosyjskiego. I w sprawie tej łakomej wymagany jest swoisty porządek. Podług starszeństwa należy zaczynać i kończyć. A tak wyszło, że jestem pierwszy. Już wdowa po Iwanie Iwanowiczu szarpie się na stole, krzyczy i jęczy. Zrywam z niej suknię, zrywam bieliznę spodnią koronkową, wymyślną. Pojarok i Siwołaj podginają jej nogi białe i gładkie, trzymają w powietrzu. Lubię nogi u bab, szczególnie uda i palce. Żona Iwana Iwanowicza ma uda blade, chłodne, a paluszki u stóp delikatne, zgrabne, z paznokietkami wypielęgnowanymi, pokrytymi różowym lakierem. Szarpią się jej bezsilne nogi w potężnych łapach opryczników, a paluszki, z napięcia i strachu w drobnych drgawkach, rozczapierzają się. Znają Pojarok i Siwołaj moje słabości: zadrżała wrażliwa stopa kobieca przy moich wargach, a ja już biorę do ust delikatne paluszki, aliści sam wpycham w jej łono mój łysy chwost.

Lubo!

Jak żywy różowy prosiak na rozżarzonym rożnie podryguje i pochrząkuje moja wdówka. Wpijam się zębami w jej stopę, a ona piszczy i wije się na stole. Ja zaś dogłębnie i bez ustanku dokonuję mego łakomego dzieła.

– Hajda! Hajda! – podbechtują oprycznicy, odwracając się.

Ważne dzieło.

Potrzebne dzieło.

Dobre dzieło.

Bez tego dzieła zajazd byłby tym samym, czym koń bez jeźdźca... bez uzdy... koń biały, koń... piękny... mądry... zaczarowany... koń... delikatny koń, ognisty koń... słodki... cukrowy koń bez jeźdźca... i bez uzdy... bies bez uzdy... z białym biesem... słodkim biesem... z biesem cukrowej uzdy... z biesem cukrowej uzdy... z biesem cukrowej uzdy... z biesem cukrowej uzdy... azali daleko jeszcze do pie-e-e-e-e-e-eeeeeeeezdy-y-y-y-y-y-y-y-y-y!

Dalibóg, słodko jest zostawiać nasienie swoje w łonie żony wroga państwa.

Słodziej niźli rąbać głowy samym wrogom.

Wypadają delikatne paluszki wdówki z moich ust.

Kolorowe tęcze płyną przed oczyma.

Ustępuję miejsca Pososze. Jego kuś z wszytą perłą rzeczną przypomina maczugę legendarnego mocarza Ilji Muromca.

Ucha-cha... gorąco, w piecach szlachciury aż trzeszczy. Wychodzę z domu na ganek, siadam na ławce. Pacholęta już wywieźli. Po oborowym pobitym, pochlastanym na śniegu tylko krwawe bryzgi zostały. Strzelcy przestępują z nogi na nogę, drepczą wokół bramy z wisielcem, przyglądają się. Wyjmuję paczkę papierosów „Ojczyzna”, zapalam jednego. Walczę z tym nałogiem bisurmańskim. Chociaż zmniejszyłem liczbę papierosów do siedmiu dziennie, to rzucić ostatecznie nie mam sił. Ojciec Paisij próbował wyjednywać moją wstrzemięźliwość modlitwą, polecał czytać kanoniczne księgi pokutne. Nie pomogło... Ściele się dymek w wietrzyku mroźnym. Słońce wciąż tak samo lśni, mrugając porozumiewawczo do śniegu. Lubię zimę. Mróz głowę oczyszcza, krew pokrzepia. Zimą w Rosji sprawy państwowe szybciej się dokonują, rozstrzygają.

Wychodzi Posocha na ganek: wargi rozmaglowane, omal mu ślina nie cieknie, oczy osowiałe, kusicy swej pąsowej, sforsowanej nijak nie może upchnąć w rozporku. Stoi na rozkraczonych nogach, łapie równowagę. Spod kaftana wypada książka. Podnoszę. Otwieram – Tajemne baśnie. Czytam początek:

W one starodawne czasy

Na świętej Rusi noży nie było.

Przeto chłopy wołu chujami rąbali.

A książeczka – wyczytana do dziur, zatłuszczona, smalec niemal ze stronic kapie.

– Cóż ty czytasz, bezwstydniku? – Klepię Posochę książką po czole. – Ojczulek zobaczy – wypędzi cię z opryczniny!

– Zmiłuj się, Komiaga, diabeł podkusił – mamrocze Posocha.

– Stąpasz po grząskim gruncie, szelmo! To przecież sprośności, to rokosz. Za takie książeczki czyściliśmy Urząd do spraw Publikacji. Tam ją chapnąłeś?

– Wtenczas jeszcze nie byłem w opryczninie. U tego właśnie wojewody w domu zawinąłem. Duch nieczysty podszepnął.

– Zrozum bałwanie, przecież służymy w ochronie. Musimy rozum utrzymać w ryzach, a serce w czystości.

– Rozumiem, rozumiem... – Posocha ze znudzeniem czochra pod czapką swoje czarniawe włosy.

– Monarcha przecież nieprzystojnych słów nie toleruje.

– Wiem.

– Jak wiesz, to spal książkę sprośną.

– Spalę, Komiaga, na krzyż przysięgam... – I żegna się z rozmachem, chowając książkę.

Wychodzą Naguł i Ochłop. Póki drzwi się za nimi nie zamkną, słyszę zawodzenia wdowy po szlachciurze.

– Niezła suka! – Ochłop spluwa, zsuwa krymkę na tył głowy.

– Nie zajeżdżą jej na śmierć? – pytam, gasząc niedopałek o ławkę.

– Nie, raczej nie... – Szerokolicy, wiecznie uśmiechnięty Naguł smarka w białą chustkę, wyhaftowaną przez kogoś z miłością.

Wkrótce zjawia się Ziabiel. Po zabawie w kółko graniaste zawsze jest pobudzony i gadatliwy. Ziabiel, tak jak ja, ma wyższe wykształcenie, uniwersyteckie.

– Mimo wszystko tak lubo niszczyć nieprzyjacioły Rosji! – mamrocze, wyjmując paczkę „Ojczyzny” bez filtra. – Czyngis-chan powiadał, że największa przyjemność na świecie to zwyciężać wrogów, plądrować ich majątek, jeździć na ich koniach i kochać ich żony. Mądry był z niego człowiek!

Do paczki „Ojczyzny” wpychają palce Naguł, Ochłop i Ziabiel. Wyciągam swoje szykowne krzesiwo z zimnym ogniem, daję im przypalić.

– Coś wy wszyscy na diabelskim zielu jedziecie. Wiecie, że tytoń na wieki wieków przeklętym jest na siedmiu świętych kamieniach?

– Wiemy, Komiaga. – Naguł uśmiecha się i zaciąga papierosem.

– Szatanowi kadzicie, oprycznicy. Diabeł nauczył ludzi palić tytoń, ażeby ludzie kadzenia czynili mu. Każdy papieros – to kadzidło na cześć ducha nieczystego.

– A mnie jeden kapłan pozbawion sukienki duchownej mówił: kto tytoń pali, Pana Boga chwali – oponuje Ochłop.

– A u nas w pułku setnik zawsze powtarzał: „Wędzone mięso dłużej się trzyma” – wzdycha Posocha i też bierze papierosa.

– Skończone jełopy jesteście! Monarcha nasz nie pali – powiadam im. – Ojczulek też rzucił. Powinniśmy i my czystości płuc przestrzegać. I ust.

W milczeniu palą, słuchając.

Drzwi się rozwierają, wypadają pozostali z żoną rodowego szlachciury. Wynoszą ją nagą, bez tchu, w baranicy. Dla naszych babę zajeździć – nie nowina.

– Żyje?

– Od tego rzadko kto pomarł! – uśmiecha się Pogoda. – Toć przecie nie łamanie kołem!

Biorę jej rękę bezwolną. Wyczuwam puls.

– Dobra, babę podrzucić krewniakom.

– Ma się rozumieć, wiemy.

Wynoszą ją. Pora kończyć sprawę. Spoglądają oprycznicy na dom: bogaty, dóbr pełen. Aliści, skoro dwór spisujemy na straty, obracamy w perzynę, wedle monarszego dekretu, grabić nie wolno. Takie prawo. Wszelkie dobro dostanie się monarszemu czerwonemu kurowi.

Kiwam głową do Ziabiela, on jest u nas od spraw ogniowych.

– Czyń swoją powinność!

On wyjmuje ze swej kabury rebroffa, nakłada na lufę nasadkę w kształcie butelki. Odchodzimy od domu. Ziabiel celuje w okno, strzela. Brzęknęło okienko. Jeszcze dalej odchodzimy od domu. Stajemy w półokręgu, wyjmujemy kindżały z pochew, podnosimy je do góry, opuszczamy, celujemy w dom wroga.

– Biada temu domowi!

– Biada temu domowi!

– Biada temu domowi!

Wybuch. Płomienie gęste, skłębione buchają z okien. Lecą odłamki, ramy i kraty, padają na śnieg. Zajęła się cała siedziba. No i tak przyszedł do niej w gościnę monarszy czerwony kur.

– Chwaty! – Ojczulkowe oblicze zjawia się na mroźnym powietrzu w ramie tęczowej. – Strzelców odesłać, a sami na nabożeństwo do soboru Uspieńskiego!

Koniec wieńczy dzieło. Po skończonej robocie należy się oddać modlitwie. Kto dobrze orze, i pomodlić się może.

Wychodzimy za wrota, uchylając się przed wisielcem. A za bramą strzelcy nowinarzy odpychają. Ci stoją ze swoimi aparatami, rwą się pożar fotografować. Teraz już wolno. Z Urzędem do spraw Informacji teraz, po pamiętnym listopadzie, żyjemy w harmonii. Macham do setnika ręką. Aparaty nakierowane na pożar, na wisielca. W każdym domu, w każdej bańce wieści wiedzą i widzą ludzie prawosławni siłę Monarchy i państwa. Rozumieją słowo i dzieło.

Jak powiadał nasz Monarcha:

„Prawo i porządek – oto na czym stoi i stać będzie święta Ruś, odrodzona z szarego popiołu”.

Święta prawda!

W soborze Uspieńskim, jak zawsze, ciemno, ciepło i podniośle. Płoną żyrandole, błyszczą złote sukienki ikon, dymi kadzielnica w ręce szczupłego ojca Juwenalija, rozbrzmiewa jego wysoki głos, grzmi basem czarnobrody gruby diakon przy klirosie8. Stoimy ciasnymi rzędami – cała moskiewska oprycznina. Jest tu i Ojczulek, i Jerocha, jego prawa ręka, i Mosoł, ręka lewa. I rdzenni oprycznicy, włączając mnie. I podstawowy trzon. I młódź. Tylko Monarchy nie ma. Zwykle w poniedziałki okazuje nam łaskę – przychodzi pomodlić się razem z nami. Ale dziś – dziś nie ma naszego słońca. Monarcha pogrążon jest całkowicie w sprawach państwowych. Albo w cerkwi swej domowej modli się za świętą Ruś. Wola monarsza – prawo i zagadka. I chwała Bogu.

Dziś dzień powszedni, poniedziałek. I nabożeństwo powszednie. Minęło Święto Chrztu Pańskiego9, pojeździliśmy saniami po rzece Moskwie, opuszczaliśmy krzyż w przerębel-jordan pod altanką srebrną, ze świerkowych łap uwitą, chrzcili dziateczki, sami zanurzaliśmy się w lodowatej wodzie, waliliśmy z armat, kłaniali się Monarsze i Monarchini, ucztowaliśmy w Sali Graniastej ze świtą kremlowską i Kręgiem Wewnętrznym. Teraz aż do Ofiarowania Pańskiego żadnych świąt, jeden ciąg dni powszednich. Dzieła nasze godzi się czynić.

„Powstanie Bóg, a będą rozproszeni nieprzyjaciele jego i pouciekają przed obliczem jego ci, którzy go mają w nienawiści...”10 – czyta ojciec Juwenalij.

Bijemy pokłony, kreślimy znak krzyża. Modlę się do ukochanej mej ikony – to Chrystus Gniewne Oko, drżę pod nieokiełznanym wzrokiem naszego Zbawiciela. Groźny Zbawiciel, niezłomny w swym sądzie. Od jego oczu surowych sił do walki nabieram, ducha swego krzepię, charakter wyrabiam. Mądrość, rozum wyostrzam.

I niechaj rozproszą się nieprzyjaciele Boga i Monarchy naszego.

„Daj nam zwycięstwo nad nieprzyjacioły naszemi...”

Nieprzyjaciół jest wielu, to prawda. Gdy tylko podniosła się Rosja z popiołu szarego, gdy tylko rozeznała się w sobie, gdy tylko szesnaście lat temu monarszy ojczulo Nikołaj Płatonowicz położył kamień węgielny pod fundamenty Zachodniego Muru, gdy tylko zaczęliśmy się odgradzać od obcego z zewnątrz, od diabelskiego od środka – wraz wyleźli nieprzyjacioły ze wszystkich szczelin jako ta skolopendra szkodliwa. Zaprawdę, wielka idea rodzi i wielki sprzeciw. Zawsze byli wrogowie państwa naszego, zewnętrzni i wewnętrzni, ale nigdy tak wściekle nie zaostrzała się walka z nimi, jak w okresie Odrodzenia świętej Rusi. Niejedna głowa spadła na Miejscu Kaźni przez te szesnaście lat, niejeden pociąg wywiózł za Ural nieprzyjacioły i ich rodziny, niejeden czerwony kur zapiał o świcie w szlacheckich dworach, niejeden wojewoda pierdział łamany kołem w Tajnym Urzędzie, niejeden podrzucony list wpadł do skrzynki słowa i dzieła na Łubiance, niejednemu wymieniaczowi zapychano usta zdobytymi w sposób przestępczy asygnatami, niejeden referendarz wykąpał się we wrzątku, niejednego wysłannika cudzoziemskiego odprawiano trzema żółtymi mercami sromoty z Moskwy, niejednego nowiniarza zrzucono z Wieży Ostankinowskiej z kaczymi skrzydłami w dupie, niejednego wichrzyciela pismaka utopiono w rzece Moskwie, niejedną wdówkę szlachecką podrzucono rodzicom w baranicy nagą i nieprzytomną...

Za każdym razem, stojąc w soborze Uspieńskim ze świecą w dłoni, snuję dumania tajemne, rokoszowe o jednym: A gdyby nas nie było? Czy Monarcha poradziłby sobie sam? Wystarczyliby mu strzelcy, Tajny Urząd i Pułk Kremlowski?

I szepczę sam do siebie cicho, przy wtórze chóru:

– Nie.

Redaktor prowadzący: Katarzyna Rudzka

Redakcja: Elżbieta Rawska

Korekta: Jadwiga Piller, Alicja Chylińska

Redakcja techniczna: Urszula Ziętek

Projekt okładki: Monika Klimowska

na podstawie koncepcji graficznej Zuzanny Lewandowskiej

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © Ilya Master

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Komputerowe Usługi Poligraficzne

Piaseczno, Żółkiewskiego 7A

ISBN 978-83-7747-481-5

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Wydawnictwo W.A.B.

i Magdalena Wojtas / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lód Dzień oprycznika Bro 23000 Cukrowy Kreml Zamieć 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona