Dobre miejsce do umierania

Dobre miejsce do umierania

Autorzy: Wojciech Jagielski

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 439

cena od: 34.90 zł

Dobre miejsce do umierania jest zapisem reporterskich wypraw Wojciecha Jagielskiego na Kaukaz i Zakaukazie w czasach, gdy na ruinach radzieckiego imperium powstawały tam nowe, niepodległe państwa, budził się nacjonalizm i odżywały odwieczne konflikty. Narody zamieszkujące te ziemie - Czeczeni, Ormianie, Gruzini, Azerowie i dziesiątki innych - na początku ubiegłej dekady kolejny raz chwyciły za broń, by mścić się na sąsiadach za winy pradziadów i bronić niedawno odzyskanej wolności przed otaczającymi je mocarstwami - Rosją, Iranem i Turcją.

W tej skomplikowanej mozaice narodów i kultur, wśród niezliczonych linii frontu Jagielski poszukuje źródeł wzajemnych pretensji oraz tego, co dzieli i co łączy zwaśnionych sąsiadów. Wplata w swą relację historie kontrowersyjnych przywódców - choćby Zwiada Gamsachurdii czy Eduarda Szewardnadze - oraz zwykłych ludzi, spotkanych przypadkiem na szlaku swych podróży, składające się na opowieść fascynującą i tragiczną zarazem.

WOJ­CIECH JA­GIEL­SKI

do­bre miej­sce do umie­ra­nia

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2005

Co­py­ri­ght © by Ry­szard Ka­pu­ściń­ski, 2005

Wy­da­nie II, po­pra­wio­ne i uzu­peł­nio­ne

War­sza­wa 2007

spis treści

Dedykacja

wędrówka po kaukazie

prolog święte wojny wolnych niewolników

tbilisi

korespondencja z alei rustawelego

zwiad

król eduard

uciec jak najdalej

diabelski młyn w oczamczirze

dobre miejsce do umierania

szukać nowego domu

bóg się pogniewał

dżaba

upadek króla eduarda

tak nas mało

dom obłąkanych

biurko z widokiem

miejsce spotkań

układanka rubika

mord w parlamencie

bulwar nafciarzy

wojna coraz większa

kalendarium

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Gra­ży­nie

wędrówka po kaukazie

Z

na­ko­mi­ta książ­ka. Do­brze, że wzię­li­ście ją do ręki. Czy­ta się ją jed­nym tchem.

Re­por­ter „Ga­ze­ty Wy­bor­czej” – Woj­ciech Ja­giel­ski – zdo­był już so­bie na­zwi­sko, po­dró­żu­jąc do naj­bar­dziej za­pal­nych punk­tów na­sze­go glo­bu. Jego Do­bre miej­sce do umie­ra­nia utwier­dza tyl­ko tę re­pu­ta­cję. W cza­sie kie­dy zde­cy­do­wa­na więk­szość re­por­te­rów z ca­łe­go świa­ta spo­ty­ka­ła się na fron­cie woj­ny w by­łej Ju­go­sła­wii, Ja­giel­ski nie­mal sa­mot­nie, nie­mal na wła­sną rękę od­by­wał ry­zy­kow­ną wę­drów­kę po in­nym pie­kle roz­sza­la­łe­go na­cjo­na­li­zmu – po ob­sza­rach Kau­ka­zu, a więc tam, gdzie sto ma­łych na­ro­dów, wci­śnię­tych mię­dzy dwa mo­rza i mię­dzy trzy ry­wa­li­zu­ją­ce ze sobą za­chłan­ne po­tę­gi Ro­sji, Tur­cji i Ira­nu, to­czy ze sobą nie­ubła­ga­ne i okrut­ne woj­ny. Te woj­ny roz­pa­li­ły nie­na­wiść i po­dzie­li­ły lu­dzi, rzu­ci­ły ich prze­ciw so­bie: „Kie­dyś cho­dzi­li­śmy do sie­bie na we­se­la i po­grze­by. Te­raz tyl­ko do sie­bie strze­la­my” – mówi je­den z bo­ha­te­rów re­por­ta­ży Ja­giel­skie­go.

Peł­no tu nie­zwy­kłych opi­sów, przej­mu­ją­cych ob­ra­zów, zdu­mie­wa­ją­cych da­nych (jak na przy­kład fakt, że na jed­ne­go za­bi­te­go czło­wie­ka wy­pa­dło 13 500 wy­strze­lo­nych po­ci­sków! Albo że za jed­ne­go jeń­ca-ofi­ce­ra stro­na prze­ciw­na da­wa­ła dwie­ście li­trów ben­zy­ny lub pięć ko­biet-za­kład­ni­czek!).

Ja­giel­ski po­ka­zu­je wszyst­kie kon­tra­sty, ab­sur­dy i dra­ma­ty współ­cze­snej hi­sto­rii – pi­sze o tym, jak ma­leń­ka spo­łecz­ność In­gu­szów ogło­si­ła nie­pod­le­głość, nie ma­jąc wła­sne­go pań­stwa, o tym, jak pa­cjen­ci domu obłą­ka­nych w Czer­me­nie wła­śnie dzię­ki woj­nie za­czę­li żyć nor­mal­nym ży­ciem.

Je­den z lu­dzi spo­tka­nych przez au­to­ra mówi mu, że wła­śnie tam, na Za­kau­ka­ziu, doj­dzie do osta­tecz­nej woj­ny mię­dzy cy­wi­li­za­cją eu­ro­pej­ską a azja­tyc­ką, mię­dzy chrze­ści­jań­stwem a is­la­mem. Bę­dzie to, jego zda­niem, woj­na ostat­nia.

Ry­szard Ka­pu­ściń­ski

prolog

święte wojny wolnych niewolników

N

ie każ­da spra­wa jest świę­ta tyl­ko dla­te­go, że ktoś go­tów jest za nią od­dać ży­cie” – po­wie­dział Oscar Wil­de. „Na­cjo­na­lizm jest for­mą nie­wol­nic­twa. Nie­wol­ni­ka nikt nie pyta, czy chce gi­nąć” – twier­dził Ni­ko­łaj Bier­dia­jew. Ża­den z nich nie zna­la­zł­by na Za­kau­ka­ziu zro­zu­mie­nia.

Nie­wie­le jest na świe­cie miejsc, gdzie do­szło do tylu wo­jen. Moż­na by po­my­śleć, że ma­low­ni­cze góry i wą­wo­zy Kau­ka­zu oraz wy­brze­ża mórz Czar­ne­go i Ka­spij­skie­go są od wie­ków ulu­bio­ny­mi dro­ga­mi Woj­ny. Ktoś po­wie­dział kie­dyś, że na Kau­ka­zie na­wet za­miast po­łu­dni­ków i rów­no­leż­ni­ków bie­gną li­nie fron­tu.

Wę­dro­wa­ły tędy hor­dy mon­gol­skie, rzym­skie le­gio­ny, woj­ska per­skie i bi­zan­tyj­skie, puł­ki tu­rec­kie i ro­syj­skie. Każ­de­mu prze­mar­szo­wi ob­cych ar­mii to­wa­rzy­szy­ły rze­zie, po­gro­my i znisz­cze­nia, któ­rych ofia­rą pa­da­ły miesz­ka­ją­ce tu małe na­ro­dy. Hi­sto­ria kau­ka­skich kra­jów to cią­głe na­jaz­dy ob­cych ar­mii i od­bu­do­wa ze znisz­czeń. Rzad­ko zda­rza­ją się okre­sy wzlo­tu, roz­kwi­tu. Nie pod­bój ob­cych ziem, nie po­sze­rza­nie wła­sne­go te­ry­to­rium czy na­rzu­ca­nie in­nym wła­snej kul­tu­ry i re­li­gii za­przą­ta­ły gło­wę kau­ka­skim ksią­żę­tom, szej­kom, cha­nom i kró­lom. My­śle­li, jak pod­nieść się z upad­ku, prze­trwać, oca­leć od za­gła­dy.

Zna­la­zł­szy się na li­nii fron­tu mię­dzy roz­ma­ity­mi im­pe­ria­mi, Kau­kaz był przez wie­ki je­dy­nie wiel­kim po­lem bi­tew­nym, na któ­rym nie po­wsta­wa­ło nic poza for­ty­fi­ka­cja­mi. Więk­szość dzi­siej­szych kau­ka­skich sto­lic to daw­ne ro­syj­skie wa­row­nie. Krwa­wy­mi żoł­nie­rza­mi sta­wa­li się na Kau­ka­zie na­wet ar­ty­ści, po­eci, pi­sa­rze. Ro­sja­nie Gri­bo­je­dow, Ler­mon­tow, Be­stu­żew, Toł­stoj… Trud­no zna­leźć na świe­cie inne miej­sce, gdzie dzie­ło de­struk­cji i do­ko­ny­wa­ne zbrod­nie by­ły­by rów­nie strasz­li­we i dłu­go­trwa­łe. Nig­dzie też chy­ba na świe­cie nie wal­czo­no o wol­ność tak za­żar­cie. I nig­dzie chy­ba wol­ność i pra­wo wy­bo­ru nie zo­sta­ły tak bru­tal­nie spro­wa­dzo­ne do moż­li­wo­ści wy­bo­ru, od kogo chce się być za­leż­nym.

Wci­śnię­ty mię­dzy dwa mo­rza Kau­kaz przy­po­mi­na kład­kę, po któ­rej w sta­ro­żyt­no­ści ze ste­pów Ro­sji i Azji Środ­ko­wej od­by­wa­ła się wiel­ka wę­drów­ka lu­dów. W po­szu­ki­wa­niu no­wych pa­stwisk, skar­bów i nie­wol­ni­ków ar­mie ko­czow­ni­ków z głę­bo­kiej Azji par­ły na po­łu­dnie, wy­pie­ra­jąc ple­mio­na, któ­re zna­la­zły się na ich dro­dze. Ucie­ki­nie­rzy co­fa­li się z ży­cio­daj­nych rów­nin i mor­skich wy­brze­ży w nie­do­stęp­ne i su­ro­we wą­wo­zy. Nie­zdo­by­te góry strze­gły ich przed ob­cy­mi, ale ska­zy­wa­ły jed­no­cze­śnie na wiecz­ny za­ścia­nek, w któ­rym po­zo­sta­wa­li ode­rwa­ni od groź­ne­go świa­ta i wca­le go nie­cie­ka­wi.

Więk­szość na­jeźdź­czych ar­mii po pro­stu prze­wa­la­ła się przez Kau­kaz, gra­biąc i mor­du­jąc tam­tej­sze ludy. Nie­któ­re jed­nak zo­sta­wa­ły na dłu­żej i jako ar­mie oku­pa­cyj­ne za­pro­wa­dza­ły wła­sne po­rząd­ki.

W wy­ni­ku pod­bo­jów, wo­jen i mi­gra­cji na Kau­ka­zie miesz­ka dziś sto na­ro­dów, mó­wią­cych róż­ny­mi ję­zy­ka­mi, ma­ją­cych róż­ne oby­cza­je i wy­zna­ją­cych róż­ne re­li­gie.

Na­ro­dy te wie­le dzie­li. Jest jed­nak kil­ka cech, któ­re je łą­czą.

Pierw­sza to wła­śnie swe­go ro­dza­ju kom­pleks za­ścian­ka.

Bo Kau­kaz jest za­ścian­kiem, koń­cem świa­ta. Tu koń­czy się Eu­ro­pa i Azja, Wschód i Za­chód, Pół­noc i Po­łu­dnie. Dla Eu­ro­py pra­wo­sław­ne Ar­me­nia i Gru­zja są pe­ry­fe­ria­mi chrze­ści­jań­skie­go świa­ta. Ta­ki­mi sa­my­mi, jak Azer­bej­dżan i mu­zuł­mań­skie kau­ka­skie re­pu­bli­ki dla Azji i is­la­mu. W do­dat­ku jest to za­ścia­nek od­gro­dzo­ny od resz­ty świa­ta dwo­ma mo­rza­mi (na wscho­dzie i za­cho­dzie) i po­tęż­ny­mi łań­cu­cha­mi gór­ski­mi (na pół­no­cy i po­łu­dniu). Za­kau­ka­zie wci­śnię­te jest nie tyl­ko mię­dzy góry i mo­rza, ale tak­że mię­dzy trzy re­gio­nal­ne mo­car­stwa: Ro­sję, Tur­cję i Iran (Per­sję), za­zdro­śnie strze­gą­ce tego za­kąt­ka świa­ta przed za­ku­sa­mi An­gli­ków, Ame­ry­ka­nów, Fran­cu­zów, Ara­bów.

Kom­pleks za­ścian­ka jest przy­czy­ną po­wszech­nej wśród kau­ka­skich na­ro­dów nie­uf­no­ści wo­bec ob­cych oraz prze­ko­na­nia o wła­snej ab­so­lut­nej wy­jąt­ko­wo­ści i – co z tego wy­ni­ka – mniej lub bar­dziej życz­li­wie lek­ce­wa­żą­ce­go sto­sun­ku do są­sia­dów. To mię­dzy in­ny­mi dla­te­go nie po­wio­dły się pró­by stwo­rze­nia jed­ne­go kau­ka­skie­go pań­stwa. Ża­den z tam­tej­szych na­ro­dów nie tyl­ko nig­dy nie zgo­dzi się uznać pierw­szeń­stwa in­nych, ale na­wet nie do­pusz­cza my­śli, że ktoś może być mu rów­ny.

Od­gra­dza­jąc się od świa­ta – z przy­mu­su, a nie z wy­bo­ru – sto kau­ka­skich na­ro­dów żyło przez wie­ki we wła­snym, za­mknię­tym śro­do­wi­sku, nie sty­ka­jąc się na­wet z są­sia­da­mi ani ich nie po­zna­jąc. Utwier­dza­ne przez wie­ki ste­reo­ty­py po­wo­do­wa­ły cia­sno­tę po­glą­dów, ka­te­go­rycz­ność są­dów i nie­cier­pli­wość wo­bec wszel­kiej od­mien­no­ści.

Cią­gła ko­niecz­ność wal­ki o prze­trwa­nie i za­cho­wa­nie wła­snej toż­sa­mo­ści spra­wi­ła, że czas hi­sto­rycz­ny ma tu zu­peł­nie inne zna­cze­nie niż gdzie in­dziej. Na Za­kau­ka­ziu prze­szłość i te­raź­niej­szość spla­ta­ją się na każ­dym kro­ku, a przy­czy­ną są­siedz­kich wo­jen mo­gła się stać nie znie­wa­ga sprzed ty­go­dnia, ale in­cy­dent sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat. Kie­dy Gru­zi­ni za­czy­na­ją się bić z Ose­tyj­czy­ka­mi, to cho­dzi im nie tyl­ko o wy­da­rze­nia wczo­raj­sze, ale tak­że o spo­ry z po­cząt­ku wie­ku. Dla Or­mian ma­sa­kra w Tur­cji w 1915 roku wy­da­rzy­ła się nie sto lat temu, ale jak­by w ze­szły wto­rek. Tu wszyst­ko się pa­mię­ta, ni­cze­go nie za­po­mi­na, nie da się ukryć żad­nych ta­jem­nic. Wszy­scy o wszyst­kich wszyst­ko wie­dzą. Wie­dzą, kto upo­mi­na się o swo­je, a kto chce się tyl­ko kosz­tem in­nych wy­wyż­szyć.

Dla kau­ka­skich na­ro­dów prze­szłość wciąż na­le­ży do te­raź­niej­szo­ści, po­nie­waż ich hi­sto­rii nig­dy nie po­zwo­lo­no się do­peł­nić. Cią­gle była prze­ry­wa­na na­jaz­da­mi i oku­pa­cja­mi, ob­cy­mi po­rząd­ka­mi, któ­rym jako słab­sze mu­sia­ły się pod­po­rząd­ko­wać. Ile razy sła­bła tu­rec­ka, per­ska czy ro­syj­ska wła­dza oku­pa­cyj­na, miesz­kań­cy Kau­ka­zu na­tych­miast wra­ca­li do prze­rwa­nych przed laty spo­rów i wo­jen. Nig­dy jed­nak nie było im dane ich do­koń­czyć. Po­ja­wiał się nowy na­jeźdź­ca. Kau­ka­ska hi­sto­ria znów za­mie­ra­ła jak film za­trzy­ma­ny w ka­drze.

Zmu­sza­ne do cią­głej wal­ki o prze­trwa­nie, na­ro­dy kau­ka­skie sta­ły się nie­uf­ne i po­dejrz­li­we wo­bec ob­cych. Czu­jąc się nie­ustan­nie za­gro­żo­ne, naj­lep­szy spo­sób na umoc­nie­nie wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa wi­dzia­ły w osła­bie­niu, pod­bi­ciu są­sia­da. Za sła­be, by wal­czyć o wol­ność, spi­sko­wa­ły prze­ciw­ko so­bie i szu­ka­ły so­jusz­ni­ków, któ­rym go­to­we były od­dać się w pod­dań­stwo, li­cząc na zno­śniej­sze wa­run­ki nie­wo­li. „Je­ste­śmy jak więź­nio­wie, któ­rzy za­miast wspól­ny­mi si­ła­mi spró­bo­wać uciecz­ki na wol­ność, wal­czą mię­dzy sobą o lep­sze miej­sce w celi” – tłu­ma­czył mi w Baku Abul­faz El­czi­bej. Było to jesz­cze przed tym, jak zo­stał pre­zy­den­tem Azer­bej­dża­nu i obie­cał swo­im ro­da­kom, że przy po­mo­cy Tur­cji w trzy mie­sią­ce uto­pi we krwi or­miań­skie po­wsta­nie w Gór­nym Ka­ra­ba­chu.

Każ­dy kal­ku­lo­wał po swo­je­mu. W ob­li­czu śmier­tel­ne­go tu­rec­kie­go za­gro­że­nia Or­mia­nie szu­ka­li po­mo­cy w Ro­sji. Spo­krew­nie­ni z Tur­cją Aze­ro­wie wi­dzie­li swo­ją przy­szłość w so­ju­szu ze Stam­bu­łem. Gru­zi­ni z na­dzie­ją spo­glą­da­li na Niem­cy, An­glię, Ame­ry­kę. Za­gra­nicz­ni przy­ja­cie­le, któ­rzy nig­dy nie speł­nia­li obiet­nic, a pra­wie za­wsze oka­zy­wa­li się wy­ra­cho­wa­ny­mi zdraj­ca­mi, jesz­cze bar­dziej dzie­li­li miesz­kań­ców Kau­ka­zu.

Nie­uf­ność wo­bec ob­cych, nie tyl­ko z in­nych państw, ale na­wet z in­nych wio­sek, ka­za­ła trzy­mać ze swo­imi i tyl­ko im wie­rzyć. Swo­imi była ro­dzi­na. W ten spo­sób umac­nia­ły się wię­zi kla­no­we i re­gio­nal­ne, co po­ma­ga­ło prze­trwać, ale utrud­nia­ło po­wsta­wa­nie na­ro­du, bu­do­wa­nie sil­nych państw. Zdra­dziec­ki re­gio­na­lizm był ba­rie­rą, któ­rej nig­dy nie po­tra­fi­li po­ko­nać przy­wód­cy kau­ka­skich państw w tych krót­kich okre­sach hi­sto­rii, kie­dy mo­gły się one cie­szyć nie­pod­le­gło­ścią i same de­cy­do­wać o wła­snym lo­sie.

Inną trud­ną do prze­zwy­cię­że­nia prze­szko­dą była gra­ni­czą­ca z anar­chią po­gar­da miesz­kań­ców Kau­ka­zu dla wszel­kich rzą­dów. Na­uczy­ła ich tego hi­sto­ria. Tu nie­mal za­wsze rzą­dzi­li obcy, wła­dza cen­tral­na oka­zy­wa­ła się prze­waż­nie wła­dzą obcą i za­bor­czą. Ten, kto jej nie słu­chał, uwa­ża­ny był nie za war­cho­ła, lecz pa­trio­tę, bo­ha­te­ra. Oni nie pa­mię­ta­li już, co to zna­czy mieć wła­sne pań­stwa. Tak daw­no je utra­ci­li. Zbyt dłu­go byli po­wstań­ca­mi, by stać się szyb­ko oby­wa­te­la­mi. Wy­ją­tek sta­no­wią Or­mia­nie, któ­rzy sto­jąc w ob­li­czu osta­tecz­nej za­gła­dy, jak rzad­ko kto za­wsze po­tra­fi­li jed­no­czyć się wo­kół idei wła­sne­go pań­stwa.

Ostat­nim ra­zem kau­ka­ski film za­trzy­mał się pod ko­niec dru­giej de­ka­dy ubie­głe­go stu­le­cia. Po krót­kiej za­pa­ści, wy­wo­ła­nej oba­le­niem ca­ra­tu i re­wo­lu­cją bol­sze­wic­ką, Ro­sja z po­wro­tem pod­bi­ła Za­kau­ka­zie.

Kie­dy roz­pa­dło się im­pe­rium Związ­ku Ra­dziec­kie­go, film ru­szył zno­wu i cały re­gion sta­nął w ogniu.

Za­czę­li Or­mia­nie, któ­rzy wy­wo­ła­li po­wsta­nie w Gór­nym Ka­ra­ba­chu. Or­mia­nie od daw­na sta­no­wi­li tu więk­szość i uwa­ża­li ten gó­rzy­sty kraj za swo­je hi­sto­rycz­ne zie­mie. W 1923 roku Mo­skwa od­da­ła jed­nak ten re­gion Aze­rom, ku­zy­nom Tur­ków, śmier­tel­nym wro­gom Or­mian. Poza Ar­me­nią Ka­ra­bach jest ostat­nim skraw­kiem hi­sto­rycz­ne­go te­ry­to­rium or­miań­skie­go, gdzie żyją jesz­cze Or­mia­nie. Z po­zo­sta­łych swo­ich ziem: Ara­ra­tu, Wanu, Kar­su i Na­chi­cze­wa­nu, Or­mia­nie już daw­no zo­sta­li wy­pę­dze­ni. Te­raz taki sam los cze­kał ich w Ka­ra­ba­chu. Na se­ce­sję Ka­ra­ba­chu Aze­ro­wie od­po­wie­dzie­li oczy­wi­ście woj­ną.

Po broń się­gnę­li rów­nież Ab­cha­zi i Ose­tyj­czy­cy, oni z ko­lei, by ode­rwać się od Gru­zji.

Ose­tyj­czy­cy oba­wia­li się, że w pań­stwie gru­ziń­skim sta­ną się oby­wa­te­la­mi dru­giej ka­te­go­rii. Przez ostat­nich dwie­ście lat uczy­li się ję­zy­ka ro­syj­skie­go, któ­ry obo­wią­zy­wał na te­ry­to­rium ca­łe­go im­pe­rium. A tu masz! Gru­zi­ni ogła­sza­ją nie­pod­le­głość i za­po­wia­da­ją, że w ich pań­stwie ję­zy­kiem ofi­cjal­nym bę­dzie gru­ziń­ski. Tyl­ko co dzie­sią­ty Ose­tyj­czyk po­tra­fił mó­wić po gru­ziń­sku, a i to nie na tyle płyn­nie, by wy­ko­ny­wać za­wód praw­ni­ka, eko­no­mi­sty czy na­ukow­ca. Od­ży­ły też sta­re ani­mo­zje, pa­mięć o gru­ziń­skich pa­cy­fi­ka­cjach ose­tyj­skich wsi w 1918 roku, po­par­ciu Ose­tyj­czy­ków dla ro­syj­skich bol­sze­wi­ków, któ­rzy pod­bi­li po­now­nie Gru­zję. Pa­trio­tyzm gru­ziń­ski zde­rzył się z ose­tyj­skim i wy­bu­chła woj­na.

Ab­cha­zi bali się, że zdo­mi­no­wa­ni na­wet u sie­bie przez Gru­zi­nów, znik­ną jako na­ród. I tak sta­no­wi­li już za­le­d­wie jed­ną pią­tą lud­no­ści wła­snej re­pu­bli­ki. Uzna­li więc, że naj­lep­szym spo­so­bem na unik­nię­cie za­gła­dy bę­dzie se­ce­sja i utwo­rze­nie wła­sne­go, nie­pod­le­głe­go pań­stwa. Znów wy­bu­chła woj­na. Ro­sja po­par­ła oba po­wsta­nia: ose­tyj­skie i ab­cha­skie, by pod­ło­żyć nogę Gru­zji, któ­ra ze wszyst­kich im­pe­rial­nych pro­win­cji naj­bar­dziej rwa­ła się ku wol­no­ści, szar­pa­ła, pró­bo­wa­ła uciecz­ki, da­jąc przy­kład in­nym.

Na Kau­ka­zie wal­ka o wol­ność i nie­za­leż­ność od Ro­sji szyb­ko prze­kształ­ca­ła się w wal­kę o wol­ność dla każ­de­go na­ro­du z osob­na. Z opo­zy­cyj­nych wie­ców zni­ka­ły ha­sła o de­mo­kra­cji, rów­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści. Wy­pie­rał je krzy­kli­wy na­cjo­na­lizm. Peł­ni wąt­pli­wo­ści in­te­lek­tu­ali­ści, li­be­ra­ło­wie, we­te­ra­ni-dy­sy­den­ci, ka­torż­ni­cy byli spy­cha­ni z wie­co­wych mów­nic przez pew­nych sie­bie, nie­zna­ją­cych stra­chu ani ży­cia mło­ko­sów. W na­ro­do­we sza­ty prze­bie­ra­li się też nie­daw­ni ko­mu­ni­ści, urzęd­ni­cy ko­lo­nial­ni, któ­rzy uzna­li, że zmia­na barw po­zwo­li im za­cho­wać wła­dzę i przy­wi­le­je.

Roz­kład ro­syj­skie­go im­pe­rium przy­po­mi­nał roz­bie­ra­nie ro­syj­skiej ma­triosz­ki. Z im­pe­rium-gi­gan­ta – Związ­ku Ra­dziec­kie­go – wy­sko­czy­ły: Gru­zja i Azer­bej­dżan. Rów­nież one na­tych­miast roz­pa­dły się na mniej­sze: Ab­cha­zję, Ose­tię Po­łu­dnio­wą, Ka­ra­bach. Na Kau­ka­zie Pół­noc­nym nie­pod­le­głość za­czę­ły ogła­szać po­szcze­gól­ne po­wia­ty, a na­wet wio­ski. Za­czę­ła się li­cy­ta­cja wol­no­ści.

Każ­da ze stron w każ­dej chwi­li jest w sta­nie przy­to­czyć ty­sią­ce ar­gu­men­tów, tomy hi­sto­rycz­nych do­wo­dów prze­ma­wia­ją­cych na jej ko­rzyść. Wdać się w dys­ku­sję hi­sto­rycz­ną z Gru­zi­nem, Ab­cha­zem, Ose­tyj­czy­kiem czy Aze­rem jest rze­czą strasz­ną. Ale praw­dzi­wą ka­ta­stro­fą jest naj­mniej­sza choć­by pró­ba pod­wa­że­nia jego ar­gu­men­tów.

Pod­sta­wo­wy spór po­le­ga na zna­le­zie­niu od­po­wie­dzi, kto jest pra­wo­wi­tym wła­ści­cie­lem zie­mi, o któ­rą to­czy się woj­na, kto po­ja­wił się tu pierw­szy. A pa­mię­taj­my, że po­zo­sta­je­my w za­kąt­ku sta­rym jak sam świat, gdzie za­czę­ła się hi­sto­ria.

Pe­wien uczo­ny z Ere­wa­nu prze­ko­ny­wał mnie, że bi­blij­ny Noe był Or­mia­ni­nem i wo­bec tego wszel­kie dys­ku­sje o tym, kto był pierw­szy, nie tyl­ko w Ka­ra­ba­chu, lecz w ogó­le, nie mają naj­mniej­sze­go sen­su. A pe­wien gru­ziń­ski po­seł, za­kli­na­jąc się na ży­cie swo­ich dzie­ci, po­sta­wił od­waż­ną tezę, że ani Mat­ka Bo­ska, ani Je­zus Chry­stus nie wy­wo­dzi­li się z ludu Izra­ela, tyl­ko z Gru­zji. Sko­ro bo­wiem – twier­dził po­seł gru­ziń­ski – Ma­ry­ja Pan­na po­cho­dzi­ła z Ka­pa­do­cji, bę­dą­cej wte­dy pro­win­cją gru­ziń­skie­go pań­stwa, to za­rów­no ją samą, jak też jej Syna po­win­no się uzna­wać za Gru­zi­nów. W XIX wie­ku po­waż­ni ucze­ni w Tbi­li­si utrzy­my­wa­li, że mowa, jaką w Raju po­słu­gi­wa­li się Adam i Ewa, była w isto­cie ar­che­ty­pem ję­zy­ka gru­ziń­skie­go.

Z ko­lei zna­jo­my hi­sto­ryk z Azer­bej­dża­nu twier­dził, że cze­goś ta­kie­go jak na­ród or­miań­ski w ogó­le nie ma i nig­dy nie było. Or­mia­nie – do­wo­dził – są Aze­ra­mi, tyl­ko albo o tym nie wie­dzą, albo nie chcą się do tego przy­znać. Inny Azer, rów­nież hi­sto­ryk, py­tał mnie kie­dyś, czy wiem, dla­cze­go za­cho­wa­ły się sta­ro­żyt­ne or­miań­skie rę­ko­pi­sy, a azer­skich nie ma w ogó­le. Nie wie­dzia­łem. Sko­ro nie zna­le­zio­no żad­nych azer­skich rę­ko­pi­sów - mó­wił – a nie ma żad­nej wąt­pli­wo­ści, że ist­nia­ły, to zna­czy po pro­stu, że Or­mia­nie prze­pi­sa­li je po or­miań­sku, a ory­gi­na­ły znisz­czy­li.

Gru­zi­ni przy­zna­ją, że Ose­tyj­czy­cy miesz­ka­ją w Ose­tii Po­łu­dnio­wej co naj­mniej trzy­sta lat. Ale cóż to zna­czy – po­wia­da­ją - w po­rów­na­niu z ty­sią­ca­mi lat na­szych dzie­jów.

W każ­dym z kau­ka­skich kra­jów dzia­ła ja­kaś par­tia, któ­ra za cel sta­wia so­bie przy­wró­ce­nie hi­sto­rycz­nych gra­nic pań­stwa. A więc Wiel­ka Gru­zja od mo­rza do mo­rza, jesz­cze więk­sza, bo się­ga­ją­ca trzech mórz Ar­me­nia, Wiel­ki Azer­bej­dżan, Wiel­ki Le­zgi­stan, Wiel­ka Ady­ga. Nie są to gra­ni­ce wzię­te z po­wie­trza. Rze­czy­wi­ście, w róż­nych okre­sach hi­sto­rycz­nych Gru­zi­ni, Or­mia­nie i Aze­ro­wie zaj­mo­wa­li te zie­mie. A że było to ty­siąc, pięć­set czy trzy­sta lat temu, nie ma dla nich żad­ne­go zna­cze­nia.

Przy­wo­ły­wa­nie hi­sto­rycz­nych dat przy roz­strzy­ga­niu spo­rów od­pa­da więc choć­by dla­te­go, że każ­da ze stron może przy­to­czyć tyle samo nie­pod­wa­żal­nych ar­gu­men­tów.

A gdy­by tak prze­pro­wa­dzić ple­bi­scyt i po­pro­sić miesz­kań­ców Kau­ka­zu, by sami wy­po­wie­dzie­li się, w ja­kim pań­stwie chcą żyć? Tak, tyl­ko kto ma gło­so­wać? Je­śli dziś prze­pro­wa­dzić ple­bi­scyt w Ab­cha­zji, z któ­rej wy­pę­dzo­no wszyst­kich Gru­zi­nów, to oczy­wi­ste jest, że gło­su­ją­cy wy­bio­rą nie­pod­le­głość. Gdy­by z ko­lei do gło­so­wa­nia do­pu­ścić ab­cha­skich Gru­zi­nów, to wy­nik był­by prze­ciw­ny. Ale za­kwe­stio­nu­ją go Ab­cha­zi, któ­rzy będą się wów­czas upie­rać, by w ple­bi­scy­cie mo­gli uczest­ni­czyć też po­tom­ko­wie tych Ab­cha­zów, któ­rzy zo­sta­li przez ro­syj­skie woj­ska wy­gna­ni z Su­chu­mi, Ga­gry i Afo­nu w XIX wie­ku. Do­pie­ro do ich opusz­czo­nych na za­wsze wsi wpro­wa­dzi­li się gru­ziń­scy osad­ni­cy.

Po­dob­nie w Na­chi­cze­wa­nie, Ose­tii Po­łu­dnio­wej, Dża­wa­che­tii, In­gu­sze­tii, Awa­rii, La­cji. Zresz­tą taki et­nicz­ny ple­bi­scyt jest in­stru­men­tem zdra­dli­wym i za­wod­nym.

Czyż­by więc Kau­kaz był ska­za­ny na woj­nę? Czyż­by był zbyt mały, by zgod­nie po­mie­ścić sto na­ro­dów? Gru­zi­ni, Or­mia­nie, Aze­ro­wie, Cze­cze­ni, Ab­cha­zi, Ose­tyj­czy­cy są prze­ko­na­ni, że ich spra­wa jest świę­ta, i go­to­wi są za nią umrzeć.

I gi­nę­li ty­sią­ca­mi. Za­czy­na­li woj­ny, ma­jąc w rę­kach kin­dża­ły i my­śliw­skie flin­ty. W mgnie­niu oka prze­sie­dli się jed­nak z koni na czoł­gi, sa­mo­lo­ty i wozy pan­cer­ne. Jed­na po dru­giej zni­ka­ły z kau­ka­skiej mapy ko­lej­ne wio­ski i mia­sta, rów­na­ne z zie­mią przez bom­by, ra­kie­ty i po­ci­ski. Set­ki ty­się­cy lu­dzi wciąż tuła się bez da­chu nad gło­wą. Po­li­ty­cy ogła­sza­ją mo­bi­li­za­cję i kłó­cą się mię­dzy sobą, któ­ry szyb­ciej wy­gra nie­po­koń­czo­ną woj­nę. Ge­ne­ra­ło­wie szy­ku­ją ko­lej­ne na­tar­cia.

– To sza­leń­stwo – tłu­ma­czą Eu­ro­pej­czy­cy. – Czy war­to za­bi­jać się o górę, pole czy mar­ną wio­skę?

– Dla was to tyl­ko ka­wa­łek ka­mie­ni­stej zie­mi – od­po­wia­da­ją miesz­kań­cy Kau­ka­zu. – Dla nas to kwe­stia ży­cia lub śmier­ci.

– Ja­kie ma­cie pra­wo, by nas osą­dzać? Wy, za­chod­ni li­be­ra­ło­wie! – ma­wiał z po­gar­dą i wyż­szo­ścią cze­czeń­ski pre­zy­dent Dżo­char Du­da­jew. A od­po­wia­da­jąc Osca­ro­wi Wil­de'owi, za­cy­to­wał­by pew­nie Wol­te­ra: „Wol­ny czło­wiek idzie do nie­ba taką dro­gą, jaka mu się po­do­ba”.

tbilisi

N

a lot­ni­sku w Tbi­li­si zwy­kle cze­kał na mnie Gogi. Po­zna­li­śmy się kie­dyś na mo­skiew­skim Wnu­ko­wie i od tego cza­su Gru­zin był moim prze­wod­ni­kiem, go­spo­da­rzem, tłu­ma­czem i do­rad­cą fi­nan­so­wym. Na­wet je­śli nie uprze­dza­łem go o przy­jeź­dzie, to i tak w koń­cu wpa­da­li­śmy na sie­bie na po­czcie, w ho­te­lu czy w alei Ru­sta­we­le­go. Kie­dyś Gogi był dzien­ni­ka­rzem. Te­raz mó­wił o so­bie, że jest przed­się­bior­cą. „Czym się zaj­mu­jesz?” – py­ta­łem go nie­raz. „A, tak się krę­cę” – od­po­wia­dał. Han­dlo­wał do­la­ra­mi, sprze­da­wał Ame­ry­ka­nom ka­wior, spro­wa­dzał dżin­sy z Tur­cji. A kie­dyś pró­bo­wał na­wet za­kła­dać wła­sne li­nie lot­ni­cze i chciał, że­bym po­mógł mu za­ła­twić w Pol­sce parę sa­mo­lo­tów.

Stę­ka­ją­cym z wy­sił­ku sa­mo­cho­dem żi­gu­li je­cha­li­śmy z lot­ni­ska na ale­ję Ru­sta­we­le­go. Po dro­dze Gru­zin za­da­wał sa­kra­men­tal­ne py­ta­nia: „Po­do­ba ci się Gru­zja, co? Wi­dzia­łeś gdzieś ta­kie mia­sto?” „Nie, Gogi – przy­się­ga­łem. – Nig­dzie nie wi­dzia­łem ni­cze­go po­dob­ne­go”.

Gru­zi­ni są prze­ko­na­ni, że ich kraj jest czymś wy­jąt­ko­wym. Przy bie­siad­nym sto­le opo­wia­da­ją, jak to Pan Bóg two­rzył świat. Wszyst­kie na­ro­dy kłó­ci­ły się, prze­py­cha­ły, wal­czy­ły ze sobą o lep­sze miej­sce w ko­lej­ce po wy­zna­czo­ne miej­sce na zie­mi. Gru­zi­ni zaś, znu­dze­ni cze­ka­niem, roz­ło­ży­li na zie­mi ko­bier­ce, wy­ję­li z ko­szy sery, mię­si­wa i wino i za­czę­li bie­sia­dę. Na­wet nie za­uwa­ży­li, że za­padł zmrok. Stru­dzo­ny Bóg szy­ko­wał się wła­śnie na spo­czy­nek, kie­dy doj­rzał roz­śpie­wa­nych Gru­zi­nów. „A ci? Co to za jed­ni?” – spy­tał Stwór­ca jed­ne­go z anio­łów. „To Gru­zi­ni”. „Za­wo­łaj mi tu ich!” Kie­dy roz­ba­wie­ni Gru­zi­ni po­de­szli, Stwór­ca ode­zwał się do nich w te sło­wa: „Kie­dy inni kłó­ci­li się i wal­czy­li ze sobą o zie­mię, wy­ście ba­wi­li się i pili wino. Po­dzie­li­łem już cały świat. Zo­stał mi tyl­ko mały, ale naj­pięk­niej­szy za­ką­tek. Chcia­łem go zo­sta­wić dla sie­bie, ale spodo­ba­li­ście mi się i wam go daję”.

Gru­zi­nów moż­na spo­tkać tyl­ko w Gru­zji. Coś ta­kie­go jak gru­ziń­ska emi­gra­cja prak­tycz­nie nie ist­nie­je. Na­wet w po­dró­że Gru­zi­ni wy­jeż­dża­ją rzad­ko i nie­chęt­nie. „Sie­dzi­cie w tych gó­rach i nie wie­cie na­wet, co się dzie­je na świe­cie” – dro­czy­łem się cza­sa­mi z Go­gim. „A po co mamy jeź­dzić? Co tam ta­kie­go cie­ka­we­go? – śmiał się. – Gdzie znaj­dziesz ta­kie góry? Gdzie znaj­dziesz ta­kie lasy, ta­kie mo­rze? Gdzie spo­tkasz ta­kie dziew­czy­ny?”

Naj­lep­sza her­ba­ta, naj­czyst­sza woda, naj­moc­niej­sze wina, naj­słod­sze man­da­ryn­ki, naj­pięk­niej­sze pie­śni – to mia­ło za­pew­nić Gru­zi­nom do­sta­tek i tym chcie­li rzu­cić świat na ko­la­na. Po­zo­sta­wa­ło tyl­ko ogło­sić nie­pod­le­głość i za­cząć han­dlo­wać z Eu­ro­pą i Ame­ry­ką za do­la­ry, a nie jak do­tąd – z Ro­sją za bez­war­to­ścio­we ru­ble.

Ra­dzi­li, pla­no­wa­li, jak to bę­dzie w nie­pod­le­głej Gru­zji. W Tbi­li­si będą się zbie­rać jed­na po dru­giej mię­dzy­na­ro­do­we kon­fe­ren­cje. Gru­zi­ni będą go­dzić Ży­dów z Ara­ba­mi, Irań­czy­ków z Ame­ry­ka­na­mi, Tur­ków z Or­mia­na­mi. „To bę­dzie dru­ga Ge­ne­wa, dru­gi Nowy Jork!” – krzy­cze­li je­den przez dru­gie­go.

Kie­dyś w cza­sie ta­kiej dys­ku­sji wziął mnie na stro­nę Ira­kli Ce­re­te­li, dwu­dzie­sto­pa­ro­let­ni po­eta, przy­wód­ca Par­tii Nie­pod­le­gło­ści Na­ro­do­wej. „Coś ci po­wiem – szep­nął mi do ucha. – Ale obie­caj, że na ra­zie nie na­pi­szesz o tym do swo­jej ga­ze­ty”. Wy­szli­śmy na ko­ry­tarz. „Po­słu­chaj, o tym się jesz­cze gło­śno nie mówi, ale mamy sy­gna­ły, że Ame­ry­ka­nie, Niem­cy i Izra­el są za­in­te­re­so­wa­ni współ­pra­cą z nami. Wiesz, co mam na my­śli – spoj­rzał zna­czą­co. – Chcą, że­by­śmy utwo­rzy­li z nimi stra­te­gicz­ny kwa­drat w re­jo­nie Mo­rza Czar­ne­go. Ro­zu­miesz? Oni nie ufa­ją Ro­sji ani mu­zuł­ma­nom, Tur­cji i Ara­bom. Bez nas taki czwo­ro­bok nie był­by moż­li­wy. My nie mamy wro­gów, wszy­scy nas lu­bią, je­ste­śmy stra­te­gicz­nie po­ło­że­ni. Nie wie­my jesz­cze, co od­po­wie­dzieć Ame­ry­ka­nom. Bo­imy się, jak za­re­ago­wał­by na to świat – zmar­twił się Ira­kli. – Czy Pol­ska nie bę­dzie ura­żo­na na­szym so­ju­szem z Niem­ca­mi?”

W jego to­nie wy­czu­wa­ło się jed­nak, że pyta o Pol­skę przez grzecz­ność, i na­wet gdy­bym po­wie­dział mu, iż fak­tycz­nie czu­ję się za­gro­żo­ny gru­ziń­sko-nie­miec­kim zbli­że­niem, to i tak nie­wie­le mógł­bym wskó­rać. Tu cho­dzi­ło wszak o spra­wy glo­bal­ne!

Gru­zi­ni…

Ich ma­rze­nia, my­śli, a na­wet emo­cje mo­gły być wy­łącz­nie wiel­kie, strze­li­ste jak góry, wśród któ­rych żyli. Nikt nie do­rów­nał­by im w po­cząt­ko­wym za­pa­le i nikt chy­ba rów­nie szyb­ko nie znie­chę­cał się przy pierw­szym nie­po­wo­dze­niu, nie po­pa­dał w roz­cza­ro­wa­nie. Zda­wa­li się nie zno­sić zwy­czaj­no­ści.

Wy­bu­cha­li, wpa­da­li w krzyk, rzu­ca­li się so­bie w ra­mio­na, pła­ka­li, ko­cha­li, nie­na­wi­dzi­li, czci­li, prze­kli­na­li. Sta­ny po­śred­nie były im nie tyl­ko obce, ale chy­ba w ogó­le nie­zna­ne. Po­tra­fi­li żyć tyl­ko w skraj­no­ściach. Na­wet swo­je je­zio­ra na­zy­wa­li mo­rza­mi.

Mia­ło być pięk­nie. A nie było. Do nie­pod­le­głej Gru­zji nie zje­cha­li ani za­gra­nicz­ni tu­ry­ści, ani han­dlow­cy, ani dy­plo­ma­ci. Cze­mu nie przy­jeż­dża­ją? – za­sta­na­wia­li się Gru­zi­ni. – Prze­cież wy­wal­czy­li­śmy wol­ność, po­ko­na­li­śmy ko­mu­ni­stów. Na­sze pla­że, góry i man­da­ryn­ki tyl­ko na nich cze­ka­ją. Co też ich za­trzy­mu­je?

Jak to, co?! – krzyk­nął w koń­cu któ­ryś. – Ro­sja! Im­pe­rium! To ono nie po­zwa­la nam roz­kwit­nąć, roz­wi­nąć skrzy­deł. To Ro­sja jest wszyst­kie­mu win­na!

Gogi zmie­niał po­glą­dy po­li­tycz­ne w za­leż­no­ści od tego, czym się aku­rat zaj­mo­wał. Kie­dy prze­my­cał dżin­sy z Tur­cji, twier­dził, że Gru­zja po­win­na szu­kać part­ne­rów w Stam­bu­le, a nie śnić o so­ju­szach z Ame­ry­ką czy Niem­ca­mi. Wy­star­czy­ło jed­nak, że do­ga­dał się z ja­kimś kup­cem i sprze­dał mu kil­ka­set sło­ików ka­wio­ru, a już prze­ko­ny­wał mnie, że Gru­zi­nom nie wol­no ogra­ni­czać się do pół­środ­ków, spraw tyl­ko bie­żą­cych. „Ame­ry­ka! – krzy­czał. – To jest przy­szłość! To jest kraj moż­li­wo­ści! Tur­cja nie obro­ni nas przed Ro­sją! Mu­si­my zde­cy­do­wa­nie po­sta­wić na Ame­ry­kę!”

Kie­dy ka­wio­ro­wy in­te­res nie wy­pa­lił i Gogi za­czął han­dlo­wać man­da­ryn­ka­mi z Ro­sją, uznał, że Tur­cja, Ame­ry­ka, Eu­ro­pa to mrzon­ki. Tak na­praw­dę waż­na jest tyl­ko Ro­sja. „Po co mamy szu­kać przy­ja­ciół wśród mu­zuł­ma­nów, sko­ro mamy pod bo­kiem pra­wo­sław­ną Ro­sję? My, chrze­ści­ja­nie, mu­si­my trzy­mać się ra­zem!”

Drzwi drew­nia­ne­go domu Go­gie­go nig­dy się nie za­my­ka­ły. No­co­wa­li u nie­go ja­cyś wuj­ko­wie, cio­tecz­ni bra­cia, szwa­gro­wie, przy­ja­cie­le, przy­ja­cie­le przy­ja­ciół, ku­zy­ni i ku­zy­ni ku­zy­nów. Wpa­da­li są­sie­dzi, part­ne­rzy w in­te­re­sach. Nig­dy nie po­tra­fi­łem spa­mię­tać, kto jest kim i skąd przy­je­chał.

Wy­star­czy­ło spę­dzić je­den wie­czór w domu Go­gie­go, by do­wie­dzieć się, co się dzie­je nie tyl­ko w Tbi­li­si, ale w ca­łym kra­ju. „Wczo­raj w nocy w mo­jej wio­sce Ose­tyj­czy­cy za­bi­li dwóch na­szych” – mó­wi­ła ciot­ka z Ose­tii Po­łu­dnio­wej, do któ­rej za­dzwo­nił wła­śnie jej ku­zyn z Ta­ma­ra­sze­ni. O straj­ku w Ru­sta­wi mó­wił stry­jecz­ny brat żony Go­gie­go, któ­ry wła­śnie stam­tąd przy­je­chał. „W Ab­cha­zji bę­dzie woj­na” – pro­ro­ko­wał ko­le­ga szkol­ny, któ­ry za­cią­gnął się do gru­ziń­skiej ar­mii i przy­je­chał na prze­pust­kę z Su­chu­mi. „W Ba­tu­mi ba­ra­ni­na jest o po­ło­wę tań­sza niż u was” – do­no­sił wu­jek z Adża­rii. „Gogi, w ta­kim ra­zie może by­śmy ku­pi­li parę ton” – za­sta­na­wiał się jego wspól­nik.

Wiek dwu­dzie­sty roz­bił ro­dzi­nę w bo­ga­tej Eu­ro­pie i Ame­ry­ce. Na­ka­zał lu­dziom trosz­czyć się tyl­ko o sie­bie, na­rzu­cił im ego­izm. W Gru­zji, tak samo jak w Taj­lan­dii, Afga­ni­sta­nie czy Ni­ge­rii, czło­wiek nie może ist­nieć bez ro­dzi­ny. Ro­dzi­na jest tu swe­go ro­dza­ju po­li­są ubez­pie­cze­nio­wą, bez któ­rej nie moż­na funk­cjo­no­wać. Kie­dy ciot­ka z Ose­tii Po­łu­dnio­wej stra­ci na woj­nie dom, wie, że może przy­je­chać do Tbi­li­si, bo tu miesz­ka jej krew­niak Gogi. Tak samo wu­jek z Adża­rii, je­śli za­brak­nie mu pie­nię­dzy na spła­tę za­cią­gnię­te­go kre­dy­tu, może li­czyć na po­moc Go­gie­go. Dziś Gogi jest na wo­zie, za­ra­bia wor­ki pie­nię­dzy. Nie krzy­wi się jed­nak, kie­dy przy­cho­dzi mu wy­da­wać ty­sią­ce na ku­zy­nów, któ­rych czę­sto do­tąd na oczy nie wi­dział. Wie bo­wiem, że je­śli – nie daj Bóg – jemu sa­me­mu przy­da­rzy się ja­kieś nie­szczę­ście, to za­wsze po­mo­gą mu ciot­ka z Ta­ma­ra­sze­ni, wu­jek z Ba­tu­mi czy cio­tecz­ny brat z Ku­ta­isi.

Nie ma ta­kie­go miej­sca w Gru­zji, gdzie Gru­zin nie miał­by krew­nych. Kie­dy wy­bie­ra­łem się z Tbi­li­si do Ba­tu­mi czy Gori, Gogi wrę­czał mi kart­kę z ad­re­sem lub nu­me­rem te­le­fo­nu. „To mój ku­zyn. Za­dzwoń do nie­go, za­raz jak przy­je­dziesz, po­mo­że ci”. Po­tem w Ba­tu­mi, Gori, Ku­ta­isi do­sta­wa­łem ko­lej­ne kart­ki z ad­re­sa­mi i te­le­fo­na­mi.

Ile razy wy­cho­dzi­li­śmy z Go­gim do mia­sta, od­no­si­łem wra­że­nie, że Gru­zi­ni po pro­stu wszy­scy się zna­ją. Co parę kro­ków przy­sta­wa­li­śmy, by Gogi mógł się wy­ści­skać z ko­lej­nym zna­jo­mym lub krew­nym. „Gogi, czy jest w Gru­zji ktoś, kogo nie znasz?” – py­ta­łem go cza­sa­mi. „Nie znam Sze­ward­na­dze­go – śmiał się. – Ale, ale – do­da­wał szyb­ko – znam jed­ne­go fa­ce­ta, któ­ry go do­brze znał, jesz­cze jak był na­szym pierw­szym se­kre­ta­rzem”.

Kie­dyś Gogi umoż­li­wił mi roz­mo­wę z pre­mie­rem Ten­gi­zem Si­guą. To było za­raz po woj­nie ulicz­nej w Tbi­li­si i oba­le­niu pre­zy­den­ta Gam­sa­chur­dii. Nowy rząd pra­co­wał bez prze­rwy, dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Si­gua nie wy­cho­dził z ga­bi­ne­tu. Tam pra­co­wał, jadł, spał. Żona do­no­si­ła mu tyl­ko świe­że ko­szu­le. Kil­ka razy pró­bo­wa­łem do­stać się do nie­go, ale se­kre­tar­ka była nie­ubła­ga­na – do­pó­ki do ak­cji nie wkro­czył Gogi. Naj­pierw wy­ca­ło­wał ob­wie­szo­ne­go ka­ra­bi­na­mi war­tow­ni­ka przed ga­bi­ne­tem pre­mie­ra (straż­nik oka­zał się sy­nem ko­le­gi ze stu­diów), po­tem wdał się w dłu­gą roz­mo­wę z se­kre­tar­ką, aż w koń­cu wy­biegł na ko­ry­tarz i krzyk­nął, że Si­gua na mnie cze­ka. Po­tem, kie­dy ja roz­ma­wia­łem z pre­mie­rem, Gogi za­wzię­cie dys­ku­to­wał o czymś z sie­dzą­cy­mi w ga­bi­ne­cie mi­ni­stra­mi. Kie­dy wra­ca­li­śmy do domu, był tak za­do­wo­lo­ny, że śpie­wał w sa­mo­cho­dzie. „Ty ga­da­łeś z Si­guą, a ja za­ła­twia­łem sa­mo­lot dla mo­ich man­da­ry­nek do Staw­ro­po­la” – za­cie­rał ręce.

W ja­kimś sen­sie Gogi jest dla mnie sym­bo­lem Gru­zji. Ma w so­bie wszyst­kie za­le­ty i wady Gru­zi­nów. Bez­tro­ski, po­god­ny, a z dru­giej stro­ny kłó­tli­wy i po­twor­nie upar­ty. Do­bro­dusz­ny i za­wzię­ty. Mą­dry jak sta­rzec i ka­pry­śny jak dziec­ko. Jego fa­na­tycz­na go­ścin­ność ra­to­wa­ła mnie z kło­po­tów, ale cza­sa­mi przy­pra­wia­ła o ból gło­wy albo do­pro­wa­dza­ła do pa­sji.

Gogi kal­ku­lo­wał jak li­chwiarz, kie­dy in­dziej po­no­si­ła go kau­ka­ska fan­ta­zja. Tak jak wte­dy, gdy w Ab­cha­zji wy­bu­chła woj­na, a wła­dze gru­ziń­skie ogło­si­ły po­spo­li­te ru­sze­nie. Gogi za­pa­ko­wał do swo­je­go żi­gu­li my­śliw­ską strzel­bę dziad­ka, ko­sze z se­rem, kieł­ba­są, chle­bem, wiel­ki gą­sior wina i po­je­chał na front wła­snym sa­mo­cho­dem. Wró­cił po ty­go­dniu, kie­dy wo­jacz­ka go znu­dzi­ła.

Szyb­ko wpa­dał w eu­fo­rię, a jesz­cze szyb­ciej w czar­ną roz­pacz. Kie­dyś przy­je­cha­łem do Tbi­li­si za­raz po let­niej olim­pia­dzie w Bar­ce­lo­nie. Wie­czo­rem, w go­ścin­nym domu Go­gie­go, za suto za­sta­wio­nym sto­łem roz­ma­wia­li­śmy nie o po­li­ty­ce, ale o spo­rcie. Gogi pu­szył się, bo Gru­zi­ni zdo­by­li w Hisz­pa­nii trzy zło­te me­da­le w za­pa­sach, pod­no­sze­niu cię­ża­rów i dżu­do.

– Ro­zu­miesz, w spor­tach wal­ki. Wal­ka to nasz ży­wioł – po­wta­rzał. Za chwi­lę jed­nak za­my­ślił się: – Ale po­patrz, w strze­lec­twie nie zdo­by­li­śmy żad­ne­go me­da­lu. Cały na­ród od po­nad roku nic tyl­ko strze­la, a jed­nak w strze­lec­twie nas po­bi­li.

Kie­dy Gru­zja ogło­si­ła nie­pod­le­głość i świę­to­wa­li­śmy to przy jego sto­le, był tak szczę­śli­wy, że o pół­no­cy wy­sko­czył na bal­kon i za­czął strze­lać w po­wie­trze ze strzel­by dziad­ka.

Gdy Ab­cha­zi za­ję­li Su­chu­mi, Gogi po­wta­rzał w kół­ko: „To już ko­niec. Już po Gru­zji. Sze­ward­na­dze po­wi­nien pal­nąć so­bie w łeb”. Ran­kiem na­stęp­ne­go dnia gdzieś znik­nął. Wró­cił do­pie­ro wie­czo­rem, ale jak­że od­mie­nio­ny. „Za przy­szłe zwy­cię­stwo! – wzniósł to­ast. – Jesz­cze im po­ka­że­my! My­śle­li, że z nami tak ła­two! Jak nie my, to nasi sy­no­wie od­bi­ją Su­chu­mi!”

W dro­dze do ho­te­lu wy­znał, że prze­pro­wa­dził ra­chu­nek su­mie­nia i po­sta­no­wił, iż od­tąd bę­dzie ro­bił pie­nią­dze nie tyl­ko dla sie­bie, ale i dla Gru­zji. „Bo wi­dzisz, bo­gac­two to pod­sta­wa. Jak Gru­zja bę­dzie bo­ga­ta, to każ­dy bę­dzie się z nami li­czył. My­śle­li­śmy, że wszyst­ko samo przyj­dzie, że wy­star­czy ogło­sić nie­pod­le­głość. A tu trze­ba się ostro za­brać do ro­bo­ty! Jesz­cze nie wiem, co będę ro­bił. Może ku­pię zie­mię i będę sa­dzić ku­ku­ry­dzę. A może otwo­rzę fa­bry­kę trak­to­rów. Mój wu­jek w Achał­cy­che tro­chę się na tym zna. Był tam w koł­cho­zie dy­rek­to­rem od me­cha­ni­za­cji. Tak, trak­to­ry to jest to, cze­go dziś po­trze­bu­je Gru­zja”.

Po­stę­ku­jąc i rzę­żąc, żi­gu­li wy­to­czy­ło się w cen­tral­ną ale­ję Ru­sta­we­le­go. „Mu­szę so­bie wresz­cie ku­pić po­rząd­ny sa­mo­chód, nie­miec­ki ja­kiś – prze­kli­nał Gogi. – Ile u was kosz­tu­je trzy-, czte­ro­let­ni mer­ce­des?”

Za­wsze lu­bi­łem przy­jeż­dżać do Tbi­li­si. Je­śli tra­sa po­dró­ży wio­dła przez inne mia­sta i kra­je po­łu­dnio­we­go Kau­ka­zu, sta­ra­łem się ukła­dać ją tak, by ostat­nim eta­pem była Gru­zja. Po­byt w gru­ziń­skiej sto­li­cy był zwień­cze­niem wy­pra­wy, wy­tchnie­niem, na­gro­dą za pod­ję­te tru­dy.

Jest w tym mie­ście coś szcze­gól­ne­go, co wy­róż­nia je spo­śród in­nych na Kau­ka­zie. Trud­no to na­zwać, pre­cy­zyj­nie okre­ślić, ale wy­czu­wa się to wy­raź­nie po po­dró­ży do Baku, Gian­dży czy Ere­wa­nu.

Baku robi wra­że­nie roz­ma­chem, moż­li­wo­ścia­mi, uro­dą, wie­lo­ra­ko­ścią. Ere­wan, choć nig­dy mi się nie po­do­bał, za­wsze po­dzi­wia­łem jak sa­mych Or­mian, nie­złom­nych, twar­dych, nie­znisz­czal­nych. Szcze­gól­nie od­kąd któ­ryś z przy­god­nych to­wa­rzy­szy po­dró­ży po­wie­dział mi, że bo­ha­ter­stwem jest już samo ży­cie w Ar­me­nii, su­ro­wej, ska­li­stej, roz­pa­lo­nej la­tem przez mor­der­cze słoń­ce i sku­wa­nej zimą bez­li­to­sny­mi mro­za­mi.

Tbi­li­si zaś było mi po pro­stu bli­skie. Od pierw­sze­go wej­rze­nia, pierw­szej po­dró­ży. Bez wzglę­du na tra­ge­die, ja­kie się tu roz­gry­wa­ły, mia­sto za­wsze wy­wo­ły­wa­ło wra­że­nie przy­ja­zne­go, cie­płe­go, przy­tul­ne­go, za­cisz­ne­go, ta­kie­go, za któ­rym się tę­sk­ni i do któ­re­go chce się wra­cać.

Być może spra­wia­ło to samo jego po­ło­że­nie w krę­tym, wy­grza­nym słoń­cem i otu­lo­nym zie­lo­ny­mi la­sa­mi wą­wo­zie rze­ki Kury. Roz­pię­te w do­li­nie mia­sto zda­wa­ło się za­sty­głe w nie­mym za­chwy­cie nad swo­im pięk­nem.

Nad rze­ką drew­nia­ne domy na wy­so­kich pod­mu­rów­kach z ka­mie­nia sta­ły rów­no i sze­ro­ko, nie dba­jąc o miej­sce. Za to te po­ło­żo­ne na stro­mych zbo­czach prze­py­cha­ły się, wcho­dzi­ły so­bie na gło­wy. Ob­wie­szo­ne rzeź­bio­ny­mi okien­ni­ca­mi, bal­ko­na­mi, we­ran­da­mi, przy­bu­dów­ka­mi, wcze­pia­ły się w ska­łę jak wy­traw­ny wspi­nacz, za­wi­ja­sa­mi i usko­ka­mi, w za­leż­no­ści od spad­ku góry, szu­ka­jąc naj­do­god­niej­szej, naj­krót­szej dro­gi.

Wą­skie, krę­te, bru­ko­wa­ne uli­ce na zbo­czach przy­po­mi­na­ły gór­skie szla­ki i wbi­ja­ły się pro­sto­pa­dle w bie­gną­ce wzdłuż rze­ki sze­ro­kie ale­je, to­ną­ce w cie­niu wie­ko­wych jo­deł, kasz­ta­now­ców i pla­ta­nów.

Po Tbi­li­si, przy­najm­niej po jego nad­rzecz­nej, śród­miej­skiej czę­ści, po­ru­sza­łem się nie­mal wy­łącz­nie pie­szo. Wszę­dzie było tu bli­sko. Nikt zresz­tą w mie­ście nie przy­wią­zy­wał spe­cjal­nej wagi do cza­su ani punk­tu­al­no­ści. „Ten, kto się spie­szy, za­zwy­czaj się spóź­nia” – mówi jed­no z gru­ziń­skich po­rze­ka­deł.

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, poza spa­ce­ra­mi nie było też nic do ro­bo­ty. Trwał czas re­wo­lu­cji i cała co­dzien­ność spro­wa­dza­ła się do po­li­ty­ki. Ta zaś roz­gry­wa­ła się w alei Ru­sta­we­le­go, głów­nej uli­cy mia­sta, prze­ci­na­ją­cej je wzdłuż rze­ki z za­cho­du na wschód.

Prze­mie­rza­ły ale­ję po­cho­dy de­mon­stran­tów z róż­no­barw­ny­mi sztan­da­ra­mi, wy­ra­ża­ją­cych pro­test lub wy­stę­pu­ją­cych z żą­da­nia­mi, trwa­ły na niej wie­ce i gło­dów­ki. Tu tak­że wy­bu­cha­ły za­miesz­ki, a po­li­cja roz­pę­dza­ła wzbu­rzo­ne tłu­my, do­ma­ga­ją­ce się głów przy­wód­ców.

Za­zwy­czaj za­trzy­my­wa­łem się w ho­te­lu „Tbi­li­si”, na­prze­ciw­ko par­la­men­tu, przed któ­rym od­by­wa­ła się więk­szość wie­ców. Wy­star­czy­ło wyjść na bal­kon czy choć­by otwo­rzyć okno, by po­li­ty­ka z alei wtar­gnę­ła do ho­te­lo­we­go po­ko­ju. Z cza­sem zaś nie uda­wa­ło się już przed nią scho­wać. Na ulicz­nych la­tar­niach przy­mo­co­wa­no gło­śni­ki, któ­re me­ta­licz­nym dźwię­kiem świ­dro­wa­ły czasz­ki na­wet nocą. Bo na­wet nocą to­czy­ły się po­li­tycz­ne spek­ta­kle w alei Ru­sta­we­le­go. Kie­dy wie­co­wy ja­zgot sta­wał się nie do znie­sie­nia, z ho­te­lu „Tbi­li­si” ucie­ka­łem do po­bli­skiej „Iwe­rii”, brzyd­szej, lecz da­ją­cej wy­tchnie­nie.

Po­li­ty­ka sta­ła się dla Gru­zi­nów ob­se­sją. Bez koń­ca mó­wi­li o wła­dzy, wal­ce o nią, in­try­gach, so­ju­szach, spi­skach, kto z kim, kto kogo, kto jest kim, kto kim był. Gru­zi­ni, jak Or­mia­nie i Aze­ro­wie, z dzie­wi­czą uf­no­ścią za­bie­ra­li się na­raz za bu­do­wę swo­ich państw, de­mo­kra­cji i go­spo­dar­ki opar­tej na pra­wach ryn­ku. Jesz­cze nie wie­dzie­li, że nic im się nie uda, a efek­tem sta­rań i wy­rze­czeń będą two­ry, któ­re tyl­ko przy ogrom­nej do­zie przy­chyl­no­ści moż­na by przy­rów­nać do za­mie­rzo­nych re­zul­ta­tów.

Wszę­dzie sły­sza­ło się dwa sło­wa-za­klę­cia. Dyk­ta­tu­ra i de­mo­kra­cja. Pod dyk­ta­tu­rą ro­zu­mia­no całe zło, któ­re te­raz mia­ło odejść na za­wsze. De­mo­kra­cja była zaś ucie­le­śnie­niem wszel­kie­go do­bra i cnót oraz świe­tla­nej przy­szło­ści, któ­rej wszy­scy wy­glą­da­li. Zda­wa­ło się, że samo sło­wo „de­mo­kra­cja”, wy­star­cza­ją­co gło­śno i czę­sto po­wta­rza­ne, mia­ło oka­zać się cza­ro­dziej­ską for­muł­ką, któ­ra cu­dow­nie od­mie­ni rze­czy­wi­stość.

Dyk­ta­tu­ra była toż­sa­ma ze zbrod­nią. Na­zwa­nie ko­goś dyk­ta­to­rem to naj­gor­sze prze­kleń­stwo, po­twor­na znie­wa­ga. Usły­szeć, że jest się za­li­cza­nym do de­mo­kra­tów, było naj­więk­szym kom­ple­men­tem. W tam­tych dniach być de­mo­kra­tą zna­czy­ło tyle co być do­brym, po­czci­wym, god­nym za­ufa­nia czło­wie­kiem. „Może i wy­da­je się łaj­da­kiem, ale w głę­bi du­szy jest szcze­rym de­mo­kra­tą” – tłu­ma­czy­li wie­cu­ją­cy wsty­dli­we, mrocz­ne epi­zo­dy z ży­cio­ry­sów swo­ich przy­wód­ców i prze­wod­ni­ków.

Wie­czo­ra­mi, jesz­cze przed za­pad­nię­ciem zmro­ku, ru­sza­łem w miej­skie stro­mi­zny, na uli­cę Bra­ci Zu­ba­łasz­wi­lich, do pew­nej go­spo­dy, urzą­dzo­nej w su­te­re­nie sta­rej ka­mie­ni­cy. Nie mia­ła szyl­du za­pra­sza­ją­ce­go do środ­ka ani na­wet na­zwy. Tra­fi­łem do niej przy­pad­kiem.

To była ma­leń­ka, ro­dzin­na go­spo­da, wszyst­kie­go trzy-czte­ry sto­li­ki. Wła­ści­ciel­ka go­to­wa­ła chin­ka­li, pie­ro­gi z mię­sem, jej mąż zaj­mo­wał się trun­ka­mi. Kie­dy go­ście byli za­ję­ci bie­sia­dą, wła­ści­cie­le sia­da­li z przy­ja­ciół­mi do sto­li­ka pod oknem. Pili ka­che­tyj­skie wino i bez naj­mniej­sze­go skrę­po­wa­nia śpie­wa­li przy akom­pa­nia­men­cie gi­ta­ry. Śpie­wa­li gru­ziń­skie pie­śni, na kil­ka gło­sów, któ­re mnie wy­da­ły się smut­ne, jak­by wiesz­czą­ce nie­szczę­ście.

Któ­re­goś wie­czo­ru by­łem ich je­dy­nym go­ściem. Czy to li­tu­jąc się nad moją sa­mot­no­ścią, czy też może chcąc oszczę­dzić so­bie pra­cy, za­pro­si­li mnie do swo­je­go sto­li­ka. Go­spo­darz peł­nił obo­wiąz­ki ta­ma­dy, pil­nu­ją­ce­go pro­to­ko­łu i do­brej za­ba­wy przy sto­le. To od nie­go usły­sza­łem to­ast o orle, ba­ran­ku i my­śli­wym.

„Na gór­skiej łące pasł się kie­dyś ba­ran. Do­strzegł go z nie­ba orzeł, któ­ry wra­cał do gniaz­da z nie­uda­ne­go po­lo­wa­nia. Rzu­cił się w dół jak po­cisk, po­chwy­cił szpo­na­mi ba­ra­na i za­do­wo­lo­ny wzbił się w po­wie­trze. Po­chło­nię­ty my­śla­mi o cze­ka­ją­cej go wie­cze­rzy, nie za­uwa­żył, że ce­lu­je do nie­go ze strzel­by my­śli­wy. Bach! – strze­lił my­śli­wy i tra­fił orła pro­sto w ser­ce. Orzeł ru­nął na zie­mię, a ba­ran… po­le­ciał da­lej. Bra­cia! Wy­pij­my za to, by do or­łów nig­dy nie strze­la­no, a ba­ra­ny – żeby nie la­ta­ły!”

korespondencja z alei rustawelego

C

odzien­nie o ósmej rano Zu­rab Gu­ri­dze zmy­wał chod­nik przed wej­ściem do swo­jej lo­dziar­ni w alei Ru­sta­we­le­go. Nie spie­szył się. Kie­dy już upo­rał się z po­rząd­ka­mi, wy­cho­dził na uli­cę, za­pa­lał pa­pie­ro­sa i przy­glą­dał się prze­chod­niom.

Ale­ja Ru­sta­we­le­go była gru­ziń­ską mi­nia­tur­ką Hyde Par­ku, Pól Eli­zej­skich, Wall Stre­et i Broad­wayu ra­zem wzię­tych. Były tu kina, te­atry, ope­ra, fil­har­mo­nia, ban­ki, naj­więk­sze skle­py i mnó­stwo re­stau­ra­cji i ka­fe­jek.

Rano ruch był nie­wiel­ki. Ale już w po­łu­dnie uli­ca ki­pia­ła ży­ciem. Do póź­ne­go wie­czo­ra Zu­rab sprze­da­wał pi­sta­cjo­we i ka­wo­we lody set­kom Gru­zi­nów, któ­rzy za­wę­dro­wa­li tu, żeby coś za­ła­twić albo po pro­stu od­po­cząć w cie­niu po­tęż­nych pla­ta­nów, two­rzą­cych zie­lo­ny dach.

Kie­dy o dzie­sią­tej w nocy Zu­rab za­my­kał lo­dziar­nię, by­wał tak zmę­czo­ny, że na­wet mó­wić mu się nie chcia­ło. Ma­chał tyl­ko ręką, gdy w domu żona wy­dzi­wia­ła, że zno­wu nie zre­pe­ro­wał ciek­ną­ce­go zle­wu.

– Ju­tro! Ju­tro! Sły­szę to już od roku! – ję­cza­ła Ma­na­na.

Ale­ja Ru­sta­we­le­go dzie­li­ła się na stro­nę rzą­do­wą i opo­zy­cyj­ną. Tak się zło­ży­ło, że po jed­nej stro­nie uli­cy mie­ści­ły się rząd, par­la­ment i mi­ni­ster­stwa, a po dru­giej – biu­ra pra­wie wszyst­kich par­tii opo­zy­cyj­nych. Lo­dziar­nia Zu­ra­ba znaj­do­wa­ła się po stro­nie rzą­do­wej, w ma­leń­kim za­uł­ku tuż przy po­nu­rym, pię­cio­pię­tro­wym gma­szy­sku, sie­dzi­bie rzą­do­wych ga­zet i agen­cji in­for­ma­cyj­nej.

Zu­ra­ba spo­ty­ka­łem rano, bo wła­śnie od wi­zy­ty w re­dak­cjach „Sa­kin­for­mu” i „Wol­nej Gru­zji” za­czy­na­łem co­dzien­ny ob­chód alei Ru­sta­we­le­go. Tam słu­cha­łem naj­now­szych plo­tek.

Dża­ba­jo­se­lia­ni za­czął gło­dów­kę w wię­zie­niu. Pre­zy­dent ka­zał aresz­to­wać Czan­tu­rię i miał wie­czo­rem wy­stą­pić na wie­cu przed par­la­men­tem. Gwar­dzi­ści Ki­to­wa­nie­go szy­ku­ją za­mach sta­nu. Zno­wu po­dro­ża­ła ben­zy­na.

Tyl­ko Zu­rab nig­dy nie miał nic cie­ka­we­go do po­wie­dze­nia.

– Dzień do­bry, Zu­rab – wi­ta­łem go co rano, wy­cho­dząc z re­dak­cji. – Co sły­chać?

– Eee – krzy­wił się Gru­zin. – A co może być sły­chać? Sta­ra bie­da.

Wy­po­sa­żo­ny w taki ba­gaż in­for­ma­cji, ru­sza­łem w dal­szą wę­drów­kę po rzą­do­wej stro­nie alei Ru­sta­we­le­go.

W Mi­ni­ster­stwie Trans­por­tu po­twier­dzi­li in­for­ma­cję o pod­wyż­ce cen ben­zy­ny.

– Ro­sja nie daje nam ben­zy­ny, bo ogło­si­li­śmy nie­pod­le­głość. Może pan śmia­ło na­pi­sać, że to jest blo­ka­da go­spo­dar­cza. Mu­si­my ku­po­wać ropę za do­la­ry, więc mu­si­my pod­nieść ceny. Zresz­tą ta pod­wyż­ka nie bę­dzie od­czu­wal­na, bo na sta­cjach ben­zy­no­wych pa­li­wa i tak od daw­na nie ma – tłu­ma­czył je­den z wi­ce­mi­ni­strów.

W Mi­ni­ster­stwie Obro­ny pa­no­wa­ło za­mie­sza­nie. La­tem mi­ni­ster Ki­to­wa­ni zbun­to­wał pod­le­głą mu gwar­dię prze­ciw­ko pre­zy­den­to­wi i prze­szedł na stro­nę opo­zy­cji. No­we­go mi­ni­stra jesz­cze nie wy­zna­czo­no. W daw­nym ga­bi­ne­cie Ki­to­wa­nie­go jego se­kre­tar­ka roz­ma­wia­ła przez te­le­fon, pi­łu­jąc pa­znok­cie.

– Ja tam nic nie wiem – burk­nę­ła. – Nikt mi nic nie po­wie­dział, to przy­cho­dzę do pra­cy jak daw­niej.

– Do­sko­na­le pan tra­fił! – cie­szył się dy­rek­tor w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych. – Wła­śnie do­sta­li­śmy in­for­ma­cję, że Moł­da­wia i Uz­be­ki­stan uzna­ły nie­pod­le­głość Gru­zji! To jest ko­lej­ny krok do prze­ła­ma­nia blo­ka­dy, jaką sto­su­ją wo­bec nas Mo­skwa i Sze­ward­na­dze!

Edu­ard Sze­ward­na­dze rzą­dził Gru­zją jako ro­syj­ski na­miest­nik, za­nim zo­stał we­zwa­ny do Mo­skwy i wy­nie­sio­ny na sta­no­wi­sko mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych im­pe­rium. Znie­na­wi­dzo­ny na Krem­lu przez im­pe­rial­nych urzęd­ni­ków i wro­gów ja­kich­kol­wiek re­form, po­dał się jed­nak w koń­cu do dy­mi­sji i mar­no­tra­wił bez­czyn­nie czas w ro­syj­skiej sto­li­cy. W Gru­zji zaś mó­wio­no, że spi­sku­je prze­ciw­ko pre­zy­den­to­wi Gam­sa­chur­dii i chce ode­brać mu wła­dzę.

Gru­ziń­ski par­la­ment na­zy­wa­no w Tbi­li­si Żół­tym Do­mem. To od pia­sko­we­go ko­lo­ru mu­rów po­tęż­ne­go gma­szy­ska. Tu, a przede wszyst­kim na ma­łym pla­cy­ku i scho­dach przed par­la­men­tem, roz­gry­wa­ła się hi­sto­ria Gru­zji.

Na scho­dach przed par­la­men­tem pro­wa­dzi­li swo­je gło­dów­ki i wie­ce stu­den­ci i li­de­rzy par­tii nie­pod­le­gło­ścio­wych. Na pla­cu przed Żół­tym Do­mem ro­syj­skie woj­ska krwa­wo roz­pę­dzi­ły kil­ku­dnio­wy an­ty­ko­mu­ni­stycz­ny wiec w kwiet­niu 1989 roku. Zgi­nę­ło wte­dy oko­ło dwu­dzie­stu osób, a set­ki zo­sta­ło ran­nych i po­tur­bo­wa­nych. Gru­zi­ni po­sta­wi­li w tym miej­scu wiel­ki krzyż.

Te­raz w Żół­tym Domu zbie­ra­li się de­pu­to­wa­ni do par­la­men­tu nie­pod­le­głej Gru­zji. Urzę­do­wał tu rów­nież pre­zy­dent Zwiad Gam­sa­chur­dia. Z okien swo­je­go ga­bi­ne­tu mógł po­pa­trzeć na scho­dy, na któ­rych jesz­cze nie­daw­no sam pro­wa­dził gło­dów­ki. Te­raz prze­ma­wiał z nich do swo­ich wiel­bi­cie­li, na­zy­wa­nych w Tbi­li­si „zwia­dow­ca­mi”. Zwia­dow­cy dzień i noc ma­ni­fe­sto­wa­li przed par­la­men­tem uwiel­bie­nie dla pre­zy­den­ta. Zjeż­dża­li do mia­sta z ca­łe­go kra­ju au­to­ka­ra­mi, wy­naj­mo­wa­ny­mi przez gu­ber­na­to­rów. Cią­gnę­li do Tbi­li­si, bo pro­sił ich o to sam pre­zy­dent, któ­ry w wie­czor­nych wia­do­mo­ściach ra­dio­wych skar­żył się, że sto­li­ca od­no­si się do nie­go wro­go, a opo­zy­cja spi­sku­je, by go oba­lić. Pro­sił o po­moc. Wie­śnia­cy rzu­ca­li więc pra­cę przy żni­wach i je­cha­li pod par­la­ment, by strzec swe­go pre­zy­den­ta przed za­ma­chow­ca­mi.

W mie­ście nie czu­ło się jed­nak ja­kie­goś iskrzą­ce­go na­pię­cia, nie­po­ko­ju, za­gro­że­nia. Gdzie in­dziej na świe­cie pod okna­mi pre­zy­den­tów i pre­mie­rów zbie­ra­li się ich wro­go­wie, zło­rze­cząc i do­ma­ga­jąc się ustą­pie­nia. Na­to­miast w gru­ziń­skiej sto­li­cy de­mon­stro­wa­li zwo­len­ni­cy władz.

Wy­star­czy­ło, że Gam­sa­chur­dia zbli­żył się do okna, by po­pa­trzeć na mia­sto albo po pro­stu ode­tchnąć rześ­kim, wrze­śnio­wym po­wie­trzem, a na pla­cu przed Żół­tym Do­mem roz­le­gał się wrzask: „Zwi-ja-di!!! Zwi-ja-di!!!” Pre­zy­dent uśmie­chał się, cza­sa­mi po­ki­wał ręką i wra­cał do rzą­dze­nia kra­jem.

W biu­rze pra­so­wym pre­zy­den­ta jego rzecz­nik, Di­cha­min­dżi­ja, przy­zna­wał, że Ki­to­wa­ni ra­zem z by­łym pre­mie­rem Si­guą za­ba­ry­ka­do­wa­li się w domu wcza­so­wym pod Tbi­li­si i knu­li spi­sek. Ale nie mo­gło się to udać, bo na­ród i więk­sza część gwar­dii po­pie­ra­ła pre­zy­den­ta. Na­wet te od­dzia­ły, któ­re w sierp­niu zbun­to­wał Ki­to­wa­ni, te­raz bun­to­wa­ły się prze­ciw­ko nie­mu sa­me­mu.

– Ki­to­wa­ni ma naj­wy­żej dwu­stu-trzy­stu żoł­nie­rzy – za­pew­niał Di­cha­min­dżi­ja. – A pre­zy­dent? Wy­star­cza­ją­co wie­lu, by za­pro­wa­dzić po­rzą­dek – uśmie­chał się ta­jem­ni­czo. – Ale my nie chce­my roz­le­wu krwi.

Wy­ja­śniał też, że ża­den kry­mi­na­li­sta nie był trak­to­wa­ny w wię­zie­niu tak do­brze jak Dża­ba Jo­se­lia­ni, a Gior­gi Czan­tu­ria zo­stał aresz­to­wa­ny nie dla­te­go, że chciał po­le­cieć do Mo­skwy na spo­tka­nie z Sze­ward­na­dzem, ale że pró­bo­wał prze­my­cić broń do sa­mo­lo­tu.

Dal­sza wę­drów­ka rzą­do­wą stro­ną alei Ru­sta­we­le­go nie mia­ła sen­su. Za Żół­tym Do­mem były już tyl­ko mi­ni­ster­stwa Na­uki i Kul­tu­ry oraz Bank Na­ro­do­wy przy pla­cu Wol­no­ści.

Le­piej było przejść na dru­gą, opo­zy­cyj­ną stro­nę uli­cy. Na­prze­ciw­ko par­la­men­tu, przed cer­kwią, sta­ły pi­kie­ty bro­da­tych bo­jow­ni­ków z mi­li­cji „Mche­drio­ni” – jeźdź­cy. Trzy­ma­li na pier­siach fo­to­gra­fie swo­je­go przy­wód­cy, Dża­by­jo­se­lia­nie­go.

Kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej w se­ce­syj­nej ka­mie­ni­cy mie­ści­ła się kwa­te­ra głów­na Par­tii Na­ro­do­wo-De­mo­kra­tycz­nej. Jej przy­wód­ca, Gior­gi Czan­tu­ria, zo­stał wła­śnie aresz­to­wa­ny. Szef na­ro­do­wych de­mo­kra­tów miał trzy­dzie­ści je­den lat, ale po­li­ty­ką zaj­mo­wał się od pięt­na­ste­go roku ży­cia. Po­dob­nie jak jego żona, Iri­na Sa­arisz­wi­li. Po­bra­li się zresz­tą w wię­zie­niu, a ich świad­ka­mi byli ofi­ce­ro­wie śled­czy.

– Aresz­to­wa­nie Czan­tu­rii to ko­lej­na pro­wo­ka­cja Gam­sa­chur­dii. Gia nie miał żad­ne­go pi­sto­le­tu, a do Mo­skwy je­chał spo­tkać się nie z Sze­ward­na­dzem, tyl­ko z za­gra­nicz­ny­mi dzien­ni­ka­rza­mi – tłu­ma­czył Zu­rab, za­stęp­ca Czan­tu­rii. – Ja­kich jesz­cze do­wo­dów trze­ba na to, że Gam­sa­chur­dia jest dyk­ta­to­rem?

Zu­rab był zde­ner­wo­wa­ny, pa­lił jed­ne­go pa­pie­ro­sa za dru­gim. Nie­spo­koj­nie wy­glą­dał przez okno, z któ­re­go do­sko­na­le wi­dać było Żół­ty Dom. Nig­dy nie za­stę­po­wał Czan­tu­rii i nie bar­dzo wie­dział, co ma ro­bić.

Spo­koj­ny był za to Ira­kli Ce­re­te­li, przy­wód­ca Par­tii Nie­pod­le­gło­ści Na­ro­do­wej, któ­ra mia­ła sie­dzi­bę w gma­chu, gdzie jesz­cze nie­daw­no mie­ścił się In­sty­tut Mark­si­zmu i Le­ni­ni­zmu oraz ko­mu­ni­stycz­na or­ga­ni­za­cja mło­dzie­żo­wa Kom­so­moł. Ce­re­te­li, ró­wie­śnik Czan­tu­rii, też miał na swo­im kon­cie wię­zie­nie i obóz pra­cy. Wy­glą­dał jak za­pa­śnik naj­cięż­szej z wag, któ­ry skoń­czył ka­rie­rę i prze­stał dbać o kon­dy­cję fi­zycz­ną. Za­nim pod­jął wal­kę z ko­mu­ni­zmem, pi­sał wier­sze mi­ło­sne.

– A czym mamy się de­ner­wo­wać? – dzi­wił się. – Jesz­cze ty­dzień, dwa i bę­dzie ko­niec Gam­sa­chur­dii. Nikt go nie po­pie­ra.

– A lu­dzie przed par­la­men­tem?

– Co­dzien­nie przy­wo­żą ich au­to­bu­sa­mi ze wsi, pła­cą im za to.

– A gwar­dia?

– Gwar­dia jest z nami. Gam­sa­chur­dia ma naj­wy­żej dwu­stu-trzy­stu żoł­nie­rzy, a i ci się bun­tu­ją.

– A wy?

– Wy­star­cza­ją­co wie­lu, żeby za­pro­wa­dzić po­rzą­dek. Ale my nie chce­my roz­le­wu krwi.

Obie stro­ny uli­cy nie roz­ma­wia­ły ze sobą, choć dzie­li­ło je nie wię­cej niż sto me­trów.

Po wi­zy­cie u opo­zy­cji wra­ca­łem do Żół­te­go Domu.

– Dla­cze­go wła­dze nie pró­bu­ją dia­lo­gu z opo­zy­cją? – py­ta­łem rzecz­ni­ka Di­cha­min­dżi­ję.

– To nie jest opo­zy­cja, tyl­ko kry­mi­na­li­ści, chu­li­ga­ni i agen­ci Krem­la. Nie dają nam rzą­dzić, chcą do­pro­wa­dzić do ta­kie­go cha­osu w Gru­zji, że póź­niej Ro­sja z ła­two­ścią nas zno­wu pod­bi­je.

Prze­cho­dzi­łem na stro­nę opo­zy­cyj­ną.

– My agen­ta­mi Krem­la? – obu­rzał się Zu­rab. – To Gam­sa­chur­dia jest agen­tem. Chce wpro­wa­dzić dyk­ta­tu­rę, a po­tem przy­łą­czyć Gru­zję do Ro­sji.

(W Tbi­li­si opo­wia­da­no aneg­do­tę, jak to Sze­ward­na­dze spo­ty­ka się z Gam­sa­chur­dią.

– Je­steś agen­tem KGB! – krzy­czy Zwiad.

– Nie­praw­da – od­po­wia­da spo­koj­nie Sze­ward­na­dze. – Ja je­stem sze­fem KGB, a ty agen­tem).

Jesz­cze raz wra­ca­łem do Żół­te­go Domu, wy­ja­śnić, jak to było z wie­śnia­ka­mi zwo­żo­ny­mi do Tbi­li­si na rzą­do­we wie­ce.

– Kłam­stwo! To Ce­re­te­li pła­ci lu­dziom, żeby przy­cho­dzi­li na jego de­mon­stra­cje – prze­ko­ny­wał Di­cha­min­dżi­ja.

– Łże jak pies – to­czył ko­re­spon­den­cyj­ny spór Ce­re­te­li. – Wi­dzisz? – po­ka­zy­wał pal­cem na uli­cę, gdzie kil­ka ubra­nych na czar­no ko­biet okła­da­ło to­reb­ka­mi jed­ne­go z jego lu­dzi. – Szły pod par­la­ment, bo tak im ka­zał ich dy­rek­tor.

– Ode­bra­li­śmy im trans­pa­rent – Ira­kli pa­trzył pod nogi. Na tek­tu­rze pod jego bu­ta­mi czer­wo­ny na­pis krzy­czał: „Gru­zja – zna­czy Zwiad. Fa­bry­ka per­fum i ko­sme­ty­ków Iwe­ria po­pie­ra pre­zy­den­ta”.

– Sam pan wi­dzi, z ja­ki­mi ban­dy­ta­mi mamy do czy­nie­nia – z Di­cha­min­dżi­ją spo­ty­ka­łem się tego przed­po­łu­dnia już po raz czwar­ty. – Przed chwi­lą w alei Ru­sta­we­le­go bo­jów­ka­rze Cer­te­le­go po­bi­li i sko­pa­li dzie­sięć ko­biet, któ­re chcia­ły przyjść na nasz wiec. Trzy z nich były w cią­ży. Jed­na zmar­ła w szpi­ta­lu.

Na­stęp­ne­go dnia w alei Ru­sta­we­le­go przed sie­dzi­bą nie­pod­le­gło­ściow­ców sta­nę­ła ba­ry­ka­da. Po­rząd­na ba­ry­ka­da, z par­ko­wych ła­wek, be­to­no­wych blo­ków, zła­ma­nej la­tar­ni.

W po­łu­dnie dru­ga ba­ry­ka­da, dużo mniej­sza, po­ja­wi­ła się przed biu­rem na­ro­do­wych de­mo­kra­tów. Trze­cią, z cię­ża­ró­wek i au­to­bu­sów, zbu­do­wa­li wie­czo­rem przed Żół­tym Do­mem zwo­len­ni­cy pre­zy­den­ta.

Zwy­kle ba­ry­ka­dy bu­du­je się z my­ślą o obro­nie przed ata­kiem. Ale nie w Tbi­li­si. Tu ba­ry­ka­dy peł­nią funk­cję słu­pów gra­nicz­nych. Dzię­ki nim spór o po­li­ty­kę zo­stał wy­pro­wa­dzo­ny z za­dy­mio­nych par­tyj­nych lo­ka­li­ków na głów­ną uli­cę mia­sta.

No bo ile osób prze­czy­ta ode­zwę wy­wie­szo­ną na mu­rze? A na­wet je­śli prze­czy­ta, to jaki z tego po­ży­tek? Prze­czy­ta i pój­dzie do domu. A ile osób przy­sta­nie, żeby za­py­tać bro­da­tych „Mche­drio­nich”, w ja­kim celu tkwią pod par­la­men­tem? A czy kto­kol­wiek wstą­pi do biu­ra na­ro­do­wych de­mo­kra­tów lub nie­pod­le­gło­ściow­ców, żeby spy­tać, co są­dzą o sy­tu­acji po­li­tycz­nej kra­ju? Skąd!

A jak by to wy­glą­da­ło, gdy­by, daj­my na to, Ce­re­te­li po­sta­no­wił prze­mó­wić do Gru­zi­nów i przed­sta­wić im swój punkt wi­dze­nia? Miał­by sta­nąć na chod­ni­ku i tak po pro­stu prze­ma­wiać? A gdy­by lu­dzie go nie za­uwa­ży­li? Ce­re­te­li stoi na scho­dach i prze­ma­wia, a lu­dzie spa­ce­ru­ją jak­by nig­dy nic. Nie, nie. To by­ło­by nie­po­waż­ne.

Co in­ne­go ba­ry­ka­da, któ­ra za­sta­wi ale­ję Ru­sta­we­le­go. Nie moż­na jej nie za­uwa­żyć, nie za­in­te­re­so­wać się, skąd się wzię­ła i dla­cze­go. Lu­dzie po­dej­dą, za­py­ta­ją, chwi­lę po­sto­ją. Po­tem w domu i w pra­cy opo­wie­dzą zna­jo­mym, co wi­dzie­li i sły­sze­li. Pod ba­ry­ka­dę przyj­dą na­stęp­ni. Jak się zbie­rze więk­sza grup­ka, to na­wet bę­dzie moż­na prze­mó­wić.

Zresz­tą, jak dłu­go moż­na dys­ku­to­wać we wła­snym lo­ka­lu par­tyj­nym? Cią­gle z tymi sa­my­mi ludź­mi. Po co na par­tyj­nych ze­bra­niach ukła­dać li­sty żą­dań do władz, sko­ro i tak wia­do­mo, że wła­dze na­wet ich nie wy­słu­cha­ją. A lu­dzie się w ogó­le o ni­czym nie do­wie­dzą, bo rzą­do­we ga­ze­ty i te­le­wi­zja nie wspo­mną o opo­zy­cji ani sło­wa.

Co in­ne­go, gdy te same li­sty po­stu­la­tów, te same oskar­że­nia przed­sta­wi się na ba­ry­ka­dzie na głów­nej uli­cy mia­sta! Na­bio­rą wagi, wy­mo­wy!

W Tbi­li­si bły­ska­wicz­nie zro­zu­mia­no po­tę­gę ba­ry­ka­dy. W cią­gu dnia wro­gie obo­zy zbie­ra­ły się wo­kół wła­snych umoc­nień. No­ca­mi zaś usi­ło­wa­ły roz­bie­rać for­te­ce prze­ciw­ni­ków.

Woj­na ba­ry­kad cią­gnę­ła się całe ty­go­dnie. Miesz­ka­łem w ho­te­lu „Tbi­li­si”, le­żą­cym w pół dro­gi mię­dzy ba­ry­ka­dą rzą­do­wą i ba­ry­ka­dą na­ro­do­wych de­mo­kra­tów. Któ­rejś nocy obu­dził mnie por­tier.

– Wsta­waj pan! Na uli­cy się tłu­ką! – po­ga­niał.

Cała ale­ja Ru­sta­we­le­go za­sy­pa­na była ka­mie­nia­mi i ka­wał­ka­mi szkła z po­wy­bi­ja­nych wi­tryn i okien. Głów­na bi­twa prze­nio­sła się już w re­jon ba­ry­ka­dy nie­pod­le­gło­ściow­ców. W ja­snym świe­tle la­tar­ni wi­dać było, jak uzbro­je­ni w pał­ki i łomy zwia­dow­cy wdra­pu­ją się na prze­wró­co­ną la­tar­nię. Inni gna­li za obroń­ca­mi ba­ry­ka­dy, pry­ska­ją­cy­mi te­raz bez­ład­nie w za­uł­ki i bra­my do­mów.

Ba­ry­ka­da na­ro­do­wych de­mo­kra­tów była wła­śnie roz­bie­ra­na i za­ła­do­wy­wa­na na cię­ża­rów­ki. Zo­sta­ła zdo­by­ta prak­tycz­nie bez wal­ki. Jej obroń­cy le­że­li po­bi­ci na ka­na­pach w hal­lu ho­te­lu, a zwo­len­ni­cy Gam­sa­chur­dii de­mo­lo­wa­li biu­ro ich par­tii. Przez po­wy­bi­ja­ne okna na pierw­szym pię­trze wy­rzu­ca­no na uli­cę te­le­fo­ny, krze­sła, se­gre­ga­to­ry z ja­ki­miś pa­pie­ra­mi.

Za­nim do­bie­głem do ba­ry­ka­dy nie­pod­le­gło­ściow­ców, rów­nież zo­sta­ła zdo­by­ta, a jej obroń­cy ucie­ka­li wła­śnie bocz­ny­mi ulicz­ka­mi, po­ga­nia­ni kop­nia­ka­mi i gra­dem ka­mie­ni. Na chod­ni­ku zwia­dow­cy ko­pa­li zwi­nię­te­go w kłę­bek chło­pa­ka. Obok, na scho­dach, w ka­łu­ży krwi le­żał męż­czy­zna. Szturm trwał nie dłu­żej niż kwa­drans.

Prze­pę­dzo­na z alei Ru­sta­we­le­go opo­zy­cja zbu­do­wa­ła nowe ba­ry­ka­dy przy bu­dyn­ku te­le­wi­zji. Od­tąd już co noc do­cho­dzi­ło w Tbi­li­si do ulicz­nych bi­ja­tyk, co­raz czę­ściej roz­le­ga­ły się strza­ły.

Kil­ka dni póź­niej, wie­czo­rem, w alei Ru­sta­we­le­go przed fil­har­mo­nią ob­lał się ben­zy­ną trzy­dzie­sto­sied­mio­let­ni le­karz kar­dio­log, Giwi Abe­sa­dze. Prze­chod­nie zdu­si­li pło­mień, ale Abe­sa­dze umarł w szpi­ta­lu. W wie­czor­nym dzien­ni­ku po­da­li, że zo­sta­wił w domu po­że­gnal­ny list. Na­pi­sał w nim, że swo­ją śmier­cią chciał po­wstrzy­mać ro­da­ków przed bra­to­bój­czą woj­ną. Na po­grzeb przy­szło całe mia­sto.

Na­za­jutrz o świ­cie żoł­nie­rze ze zbun­to­wa­nej prze­ciw­ko pre­zy­den­to­wi gwar­dii usta­wi­li przed fil­har­mo­nią hau­bi­cę. Dwie stu­mi­li­me­tro­we ar­mat­ki do roz­pra­sza­nia chmur gra­do­wych sta­nę­ły przed bu­dyn­kiem te­le­wi­zji.

Zimą w alei Ru­sta­we­le­go wy­bu­chła woj­na ulicz­na. Wy­li­czo­no po­tem, że to­czy­ła się na ob­sza­rze jed­ne­go hek­ta­ra i że w cią­gu czter­na­stu dni wy­strze­lo­no po­nad dwa mi­lio­ny po­ci­sków. Zgi­nę­ło stu pięć­dzie­się­ciu lu­dzi. Na jed­ne­go za­bi­te­go wy­pa­dło więc trzy­na­ście i pół ty­sią­ca po­ci­sków.

Kie­dy tyl­ko umil­kły strza­ły, uko­cha­na ale­ja Gru­zi­nów znów wy­peł­ni­ła się tłu­ma­mi spa­ce­ro­wi­czów. Tym ra­zem jed­nak nie był to zwy­kły spa­cer, ale ra­czej od­wie­dzi­ny u ko­goś bar­dzo bli­skie­go i bar­dzo cho­re­go, u ko­goś, kto prze­szedł cięż­ką ope­ra­cję i jesz­cze nie wia­do­mo, czy wró­ci do zdro­wia.

Ale­ja przy­po­mi­na­ła po­bo­jo­wi­sko. Naj­bar­dziej ucier­pia­ła rzą­do­wa część uli­cy. Tam to­czy­ły się naj­cięż­sze wal­ki. Wro­gów dzie­li­ła od­le­głość naj­wy­żej stu me­trów.

Rzą­do­we gma­chy spło­nę­ły. Po­ci­ski ar­mat­nie roz­bi­ły kil­ka ogrom­nych ko­lumn przed głów­nym wej­ściem do par­la­men­tu. Na scho­dach wa­la­ły się szcząt­ki krzy­ża-po­mni­ka i ga­łę­zie. Jo­dły i pla­ta­ny przed bu­dyn­kiem zo­sta­ły roz­trza­ska­ne przez po­ci­ski.

Spło­nę­ły nie­mal wszyst­kie bu­dyn­ki z naj­bliż­sze­go są­siedz­twa par­la­men­tu – Mi­ni­ster­stwo Łącz­no­ści, bu­dy­nek naj­lep­sze­go w mie­ście gim­na­zjum i li­ceum, ga­le­ria na­ro­do­wa i Dom Ar­ty­sty. Kule po­dziu­ra­wi­ły ścia­ny ma­leń­kiej cer­kwi, gdzie sta­no­wi­ska strze­lec­kie urzą­dzi­li so­bie snaj­pe­rzy opo­zy­cji. Po gma­chu Mi­ni­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa zo­sta­ły tyl­ko gru­zy. Ale za­nim ru­nął, sztur­mow­cy opo­zy­cji zdą­ży­li uwol­nić z pod­ziem­nych cel swo­ich przy­wód­ców wtrą­co­nych do lo­chu przez pre­zy­den­ta.

Wy­ko­na­na ze szkła i me­ta­lu mi­ster­na kon­struk­cja da­chu par­la­men­tu za­wa­li­ła się, za­sy­pu­jąc salę ob­rad. Par­kie­ty rzą­do­wych i pre­zy­denc­kich ga­bi­ne­tów za­sła­ne były ka­ra­bi­no­wy­mi łu­ska­mi, szcząt­ka­mi po­ła­ma­nych me­bli, bu­tel­ka­mi po szam­pa­nie. Na ko­ry­ta­rzach po­nie­wie­ra­ły się po­tęż­ne kasy pan­cer­ne. Nig­dy nie usta­lo­no, czy ich za­war­tość tra­fi­ła w ręce zdo­byw­ców, czy obroń­ców par­la­men­tu. Tyl­ko sta­ry sejf, pa­mię­ta­ją­cy jesz­cze cza­sy ro­syj­skie­go cara Mi­ko­ła­ja II, oparł się i jed­nym, i dru­gim.

Se­ria z ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go po­dziu­ra­wi­ła pla­stycz­ną mapę Gru­zji w ga­bi­ne­cie Zwia­da Gam­sa­chur­dii. W po­ko­ju obok ktoś po­rzu­cił otwar­tą ka­set­kę z pie­czę­cia­mi pro­ku­ra­tu­ry, Mi­ni­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści i Ban­ku Na­ro­do­we­go. W sto­ją­cej na pod­ło­dze pu­stej bu­tel­ce po wi­nie tkwi­ła wi­zy­tów­ka prze­wod­ni­czą­ce­go par­la­men­tu, Aka­kie­go Asa­tia­nie­go, któ­re­go Gam­sa­chur­dia bez­sku­tecz­nie za­pra­szał do ob­le­ga­ne­go bu­dyn­ku. Asa­tia­ni wy­ma­wiał się cięż­ką cho­ro­bą. Wy­zdro­wiał na­tych­miast, gdy po Tbi­li­si gruch­nę­ła wieść, że po pra­wie dwóch ty­go­dniach ob­lę­że­nia w pło­ną­cym par­la­men­cie pre­zy­dent uciekł z mia­sta do Ar­me­nii.

W sza­fach i sej­fach sta­ły w ide­al­nych sze­re­gach tecz­ki i se­gre­ga­to­ry z ofi­cjal­ny­mi do­ku­men­ta­mi. Przez wie­le lat sta­no­wi­ły one o ży­ciu Gru­zi­nów. Kie­dy w alei Ru­sta­we­le­go pa­dły pierw­sze strza­ły, prze­sta­ły być ko­mu­kol­wiek po­trzeb­ne.

W wal­kach nie ucier­piał bun­kier, w któ­rym pre­zy­dent bro­nił się i w któ­rym ob­cho­dził Nowy Rok. Był szam­pan, chó­ral­ne śpie­wy, a ru­do­bro­dy Nemo Bur­dżu­ła­dze, pra­wa ręka Gam­sa­chur­dii, pod­szczy­py­wał są­siad­ki przy sto­le. Całą bie­sia­dę sfil­mo­wa­no, a po za­ma­chu ka­se­tę po­ka­zy­wa­ła co wie­czór te­le­wi­zja na do­wód mo­ral­ne­go upad­ku oba­lo­ne­go re­żi­mu.

Sala, w któ­rej Gam­sa­chur­dia or­ga­ni­zo­wał w cza­sie woj­ny ostat­nie kon­fe­ren­cje pra­so­we, wy­glą­da­ła tak, jak­by przed chwi­lą opu­ści­li ją dzien­ni­ka­rze. Nie zga­szo­no na­wet świa­tła. Na dzie­dziń­cu obok wra­ków spa­lo­nych sa­mo­cho­dów grza­li się przy ogni­sku po­li­cjan­ci, bro­nią­cy te­raz znisz­czo­ne­go par­la­men­tu przed tłu­mem cie­kaw­skich.

Sztab opo­zy­cji mie­ścił się w moim ho­te­lu „Tbi­li­si”, za­le­d­wie dwie­ście me­trów od par­la­men­tu. Sa­lon pięk­no­ści prze­ro­bio­no na szpi­tal, a ho­te­lo­we re­stau­ra­cje, bary i skle­py wa­lu­to­we na kuch­nię po­lo­wą. Kie­dy ho­tel się spa­lił, opo­zy­cja prze­nio­sła się za dzien­ni­ka­rza­mi do sto­ją­cej nie­opo­dal na wznie­sie­niu „Iwe­rii”, a tam­tej­sze re­stau­ra­cje i skle­py spo­tkał po­dob­ny los, co lo­ka­le w „Tbi­li­si”. Sam ho­tel jed­nak oca­lał. Z jego okien i bal­ko­nów moż­na było przy­glą­dać się strze­la­ni­nie i po­ża­rom wo­kół par­la­men­tu.

Spa­lił się mię­dzy in­ny­mi są­sia­du­ją­cy z „Tbi­li­si” bank oszczęd­no­ścio­wy. Na chod­ni­ku jesz­cze przez wie­le dni po­nie­wie­ra­ły się ban­ko­we ban­de­ro­le. Ta­jem­ni­cą po­zo­sta­ło, komu do­sta­ły się zgro­ma­dzo­ne tam oszczęd­no­ści. Pro­ku­ra­tu­ra gru­ziń­ska nie usta­li­ła też, co sta­ło się z pie­niędz­mi z Ban­ku Na­ro­do­we­go. Mimo że za­sad­ni­cze wal­ki to­czy­ły się pół ki­lo­me­tra da­lej, bank zo­stał pod­pa­lo­ny. Tak­ty­kę po­ża­ro­wą sto­so­wa­li za­rów­no żoł­nie­rze Gam­sa­chur­dii, jak i opo­zy­cja. Co się sta­ło z pie­niędz­mi? Pre­zes ban­ku bez­rad­nie roz­kła­dał ręce. Nowe wła­dze Gru­zji oskar­ży­ły Gam­sa­chur­dię o przy­własz­cze­nie kasy pań­stwa. Nikt jed­nak nie le­gi­ty­mo­wał bo­jów­ka­rzy, któ­rzy splą­dro­wa­li bank.

W ulicz­nej woj­nie w Tbi­li­si strze­la­no dużo, ale bar­dzo nie­cel­nie, i z tego, co aku­rat było pod ręką: hau­bic, czoł­gów, moź­dzie­rzy – bro­ni, któ­rą rzad­ko wy­ko­rzy­stu­je się w wal­kach w mie­ście. Kule, gra­na­ty i po­ci­ski ar­mat­nie prze­la­ty­wa­ły prze­waż­nie nad ce­lem i wy­bu­cha­ły w oko­licz­nych do­mach. Roz­trza­ska­na la­tar­nia przy zglisz­czach ho­te­lu „Tbi­li­si” była tego smęt­nym świa­dec­twem.

Bo­jów­ka­rze z opo­zy­cji pró­bo­wa­li zbu­do­wać tam sta­no­wi­sko ognio­we dla moź­dzie­rza. Jego mi­ni­mal­ny za­sięg wy­no­sił ja­kieś pięć­set me­trów, a spod la­tar­ni do par­la­men­tu było nie wię­cej niż trzy­sta. W re­zul­ta­cie wy­strze­li­wa­ne gra­na­ty prze­la­ty­wa­ły nad ce­lem i wy­bu­cha­ły na oko­licz­nych da­chach i po­dwór­kach. Strzel­cy nie chcie­li prze­nieść sta­no­wi­ska ognio­we­go da­lej, bo utra­ci­li­by z oczu cel. Usta­wia­li więc moź­dzierz co­raz bar­dziej pio­no­wo. W koń­cu tra­fi­li w sto­ją­cą nad nimi la­tar­nię i po­ra­nie­ni odłam­ka­mi zna­leź­li się w szpi­ta­lu.

W cza­sie kie­dy w alei Ru­sta­we­le­go gi­nę­li lu­dzie, w in­nych czę­ściach mia­sta ży­cie to­czy­ło się nie­mal nor­mal­nie, je­że­li nie li­czyć mil­czą­cych te­le­fo­nów, zim­nych ka­lo­ry­fe­rów i bra­ku prą­du. Po woj­nie miesz­kań­cy z tych in­nych ulic przy­cho­dzi­li na spa­cer w ale­ję i zbie­ra­li na pa­miąt­kę ka­ra­bi­no­we łu­ski.

Po­nie­waż obie stro­ny alei, i ta rzą­do­wa, i opo­zy­cyj­na, zo­sta­ły spa­lo­ne i zbu­rzo­ne, po woj­nie po­li­ty­cy prze­nie­śli się do kina na są­sied­ni plac Re­pu­bli­ki. Tu urzą­dzo­no kwa­te­rę Rady Woj­sko­wej, któ­ra prze­ję­ła wła­dzę.

Chy­ba nig­dy za po­ko­jo­wych cza­sów kino nie wi­dzia­ło tylu go­ści. Po ko­ry­ta­rzach, po­ko­jach i scho­dach od rana do nocy bie­ga­li lu­dzie z ka­ra­bi­na­mi, prze­ko­na­ni, że spra­wy, któ­re za­ła­twia­ją lub któ­rych za­ła­twie­nia się do­ma­ga­ją, są naj­waż­niej­sze i że nikt tak jak oni nie ma rów­nie oczy­wi­ste­go pra­wa do prze­by­wa­nia w sie­dzi­bie no­wych władz.

Rada Woj­sko­wa ob­ra­do­wa­ła w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra kina. Tam drzwi nig­dy się nie za­my­ka­ły. Na ka­na­pach, krze­słach i fo­te­lach go­dzi­na­mi prze­sia­dy­wa­li mi­ni­stro­wie, par­ty­zan­ci, ja­cyś urzęd­ni­cy, de­le­ga­ci z pro­win­cji. Ci, dla któ­rych za­bra­kło sie­dzeń, sta­li pod ścia­na­mi.

Pre­mier Si­gua w śnież­no­bia­łej ko­szu­li i od­pra­so­wa­nym gar­ni­tu­rze przy­pa­lał jed­ne­go pa­pie­ro­sa od dru­gie­go. Szpa­ko­wa­ty, gład­ko ogo­lo­ny, w ro­go­wych oku­la­rach, przy­po­mi­nał ra­czej dy­plo­ma­tę wra­ca­ją­ce­go z uda­nej mi­sji za­gra­nicz­nej niż sze­fa rzą­du tym­cza­so­we­go, któ­ry prze­jął wła­dzę w wy­ni­ku zbroj­ne­go prze­wro­tu.

Opo­zy­cja przez wie­le mie­się­cy uwa­ża­ła go za jed­ne­go z pre­zy­denc­kich lo­ka­jów, ja­ki­mi za­zdro­sny o wła­dzę i sła­wę Gam­sa­chur­dia ob­sa­dzał urzę­dy. Si­gua przy­się­gał, że nie­raz skła­dał dy­mi­sję, ale za­wsze ule­gał per­swa­zjom pre­zy­den­ta, któ­ry prze­ko­ny­wał go, by po­świę­cił się dla do­bra kra­ju. W koń­cu jed­nak nie wy­trzy­mał. Trza­snął drzwia­mi i nie­spo­dzie­wa­nie tak­że dla sie­bie za­uwa­żył, że wszyst­kie opo­zy­cyj­ne par­tie wi­dzą w nim swo­je­go przy­wód­cę.

Wy­glą­du re­wo­lu­cjo­ni­sty nie miał też do­wód­ca gwar­dii, Ten­giz Ki­to­wa­ni, któ­ry zbun­to­wał swo­ich żoł­nie­rzy prze­ciw­ko pre­zy­den­to­wi. Jo­wial­ny, ły­sa­wy, w czap­ce z pom­po­nem, or­ta­lio­no­wej kurt­ce i przy­dłu­gich dżin­sach, nie wy­glą­dał ani na zbun­to­wa­ne­go żoł­nie­rza, ani na rzeź­bia­rza, któ­rym był, za­nim po­rzu­cił sztu­kę dla po­li­ty­ki. Nie wy­glą­dał też na afe­rzy­stę, któ­ry do­brze po­znał wię­zien­ne cele. A taką rolę rów­nież przy­szło mu grać we wcze­śniej­szym ży­ciu. Lu­bił ma­wiać, że był kiep­skim ar­ty­stą, ale jesz­cze gor­szym oka­zał się żoł­nie­rzem i naj­chęt­niej wstą­pił­by do ja­kie­goś klasz­to­ru w gó­rach, by od­po­ku­to­wać za sta­re grze­chy.

Z trój­ki no­wych przy­wód­ców Gru­zji tyl­ko bro­da­ty chu­dzie­lec Dża­ba Jo­se­lia­ni w woj­sko­wej kurt­ce mógł­by zo­stać uzna­ny za ty­po­we­go re­wo­lu­cjo­ni­stę.

Przed ga­bi­ne­tem dy­rek­to­ra kina stał nie­odmien­nie tłum ob­wie­szo­nych ka­ra­bi­na­mi bro­da­czy. Dźwi­ga­li na so­bie tyle cięż­kie­go i do ni­cze­go nie­po­trzeb­ne­go mi­li­tar­ne­go że­la­stwa, że mia­łem wra­że­nie, iż wy­star­czy­ło­by któ­re­goś z nich lek­ko trą­cić, by stra­ciw­szy rów­no­wa­gę, zwa­lił się na pod­ło­gę przy­wa­lo­ny górą ka­ra­bi­nów, szty­le­tów, gra­na­tów, ła­dow­nic, wy­cio­rów, pa­sków, ka­bur.

Tak czy in­a­czej, kłę­bią­cy się pod ga­bi­ne­tem dy­rek­to­ra zbroj­ny, rzu­ca­ją­cy groź­ne spoj­rze­nia tłum był nie­omyl­nym zna­kiem, że w środ­ku trwa­ła waż­na na­ra­da.

Co da­lej? Jak rzą­dzić? Jak wy­ko­rzy­stać zdo­by­tą wła­dzę? Co ro­bić, by zwy­cię­stwo nie prze­ro­dzi­ło się w nową, nie re­wo­lu­cyj­ną, ale już zwy­czaj­ną woj­nę o po­dział łu­pów?

– Sy­tu­acja w kra­ju jest nie­pew­na. Na za­cho­dzie bun­tu­ją się sym­pa­ty­cy Gam­sa­chur­dii. Nie uzna­ją na­sze­go rzą­du – mó­wił Si­gua.

– Tam trze­ba po­słać woj­sko. Jak po­le­ci parę łbów, to się uspo­ko­ją – prze­ko­ny­wał Jo­se­lia­ni.

– Jed­na woj­na star­czy – nie zga­dzał się ko­men­dant gru­ziń­skich par­ty­zan­tów z Ose­tii Po­łu­dnio­wej, Waża Ada­mia.

– Już mó­wią na nas: jun­ta! Te­raz trze­ba po­ko­jo­wo! – krzy­czał No­dar Gior­ga­dze, wódz gru­ziń­skich we­te­ra­nów im­pe­rial­nej wy­pra­wy wo­jen­nej Krem­la w Afga­ni­sta­nie.

– Przez to wa­sze po­ko­jo­we dzia­ła­nie da­li­ście Gam­sa­chur­dii uciec! Albo ryb­ka, albo pip­ka! In­a­czej się nie da! – pie­klił się Jo­se­lia­ni.

– Tak, tak, trze­ba dzia­łać zde­cy­do­wa­nie – mru­czał Ki­to­wa­ni.

Ale od cze­go za­cząć? Gior­ga­dze pro­po­no­wał na­ka­zać par­la­men­to­wi, by się sam roz­wią­zał i for­mal­nie od­dał wła­dzę Ra­dzie Woj­sko­wej. Wte­dy już nie bę­dzie moż­na na­zwać no­wych władz jun­tą. Ale jak ze­brać de­pu­to­wa­nych, któ­rzy roz­pierz­chli się po kra­ju? Trze­ba by po­my­śleć o no­wych wy­bo­rach – dra­pał się po gło­wie Si­gua.

– A może by tak za­dzwo­nić do Sze­ward­na­dze­go? Po­ra­dzić się? Ten na pew­no by wie­dział, co zro­bić – gło­śno za­sta­na­wiał się Be­sik Ku­ta­te­ła­dze, woj­sko­wy ko­mi­sarz Tbi­li­si.

– Tak, tak, te­raz grunt to zde­cy­do­wa­nie – ki­wał gło­wą Ki­to­wa­ni.

Wie­czo­rem ale­ja Ru­sta­we­le­go pu­sto­sza­ła. Lu­dzie cho­wa­li się w do­mach przed prze­ni­kli­wym zim­nem, roz­bie­ga­ły się sto­ją­ce od rana ki­lo­me­tro­we ko­lej­ki po chleb. Po dwu­dzie­stej trze­ciej, kie­dy za­czy­na­ła się go­dzi­na po­li­cyj­na, po uli­cach spa­ce­ro­wa­li już tyl­ko ob­wie­sze­ni ka­ra­bi­na­mi bo­jów­ka­rze „Mche­drio­ni”, któ­rzy fak­tycz­nie prze­ję­li wła­dzę w mie­ście.

Ale mimo go­dzi­ny po­li­cyj­nej i pa­tro­li ktoś wła­mał się do Te­atru im. Gri­bo­je­do­wa przy alei Ru­sta­we­le­go. Na­past­ni­cy po­bi­li sta­re­go do­zor­cę i zra­bo­wa­li re­kwi­zy­ty te­atral­ne – sta­re strzel­by, sza­ble i kin­dża­ły.

W alei Ru­sta­we­le­go Zu­rab Gu­ri­dze jak daw­niej zmy­wał chod­nik przed swo­ją lo­dziar­nią. Po­tem wy­cho­dził na uli­cę, za­pa­lał pa­pie­ro­sa i przy­glą­dał się prze­chod­niom.

– Dzień do­bry, Zu­rab! Co do­bre­go? – wo­ła­łem jak co rano, zbie­ga­jąc po scho­dach z re­dak­cji „Wol­nej Gru­zji”.

– Eee… A co może być do­bre­go? Sta­ra bie­da – od­po­wia­dał Gru­zin.

Zi­mo­wa woj­na wpro­wa­dzi­ła wie­le zmian w to­po­gra­fii alei. Ob­chód uli­cy nadal za­czy­na­łem od wi­zy­ty w bu­dyn­ku, gdzie mie­ści­ły się re­dak­cje ga­zet i agen­cji in­for­ma­cyj­nych. Ale po­tem tra­sa się kom­pli­ko­wa­ła. Znik­nął kla­row­ny i bar­dzo wy­god­ny po­dział na stro­nę rzą­do­wą i opo­zy­cyj­ną.

Przed za­ma­chem wy­star­czy­ło się prze­spa­ce­ro­wać rzą­do­wą stro­ną uli­cy, po­tem wró­cić opo­zy­cyj­ną, kil­ka razy przejść z jed­nej stro­ny na dru­gą, by w koń­cu, ma­jąc pe­łen ogląd sy­tu­acji, spo­koj­nie pójść na głów­ną pocz­tę (oczy­wi­ście w alei Ru­sta­we­le­go). Znaj­do­wał się tam je­dy­ny w mie­ście te­le­graf i je­dy­ne w mie­ście ka­bi­ny te­le­fo­nicz­ne, z któ­rych da­wa­ło się do­kąd­kol­wiek do­dzwo­nić. Kie­dyś tra­sa mar­szu wy­glą­da­ła mniej wię­cej jak elip­sa. Te­raz zaś przy­po­mi­na­ła zwa­rio­wa­ny zyg­zak.

Po za­ma­chu opo­zy­cja prze­ję­ła wła­dzę, ale nie mo­gła prze­nieść się na rzą­do­wą stro­nę uli­cy, bo, wy­da­jąc woj­nę, nie po­my­śla­ła o prze­pro­wadz­ce i znisz­czy­ła nie tyl­ko par­la­ment, ale i więk­szość mi­ni­sterstw. Nowy rząd prze­niósł się więc na stro­nę opo­zy­cyj­ną, do sie­dzi­by Kom­so­mo­łu, In­sty­tu­tu Mark­si­zmu i Le­ni­ni­zmu oraz biur Par­tii Nie­pod­le­gło­ścio­wej Ira­kle­go Ce­re­te­le­go. Po sta­rej stro­nie rzą­do­wej zo­sta­ło tyl­ko kil­ka mi­ni­sterstw. Zo­sta­ła też lo­dziar­nia Zu­ra­ba.

W Mi­ni­ster­stwie Trans­por­tu po­twier­dza­li in­for­ma­cję o pod­wyż­ce cen ben­zy­ny.

– Mu­si­my pod­nieść ceny. Ale pod­wyż­ka nie bę­dzie od­czu­wal­na, bo ben­zy­ny i tak nie uświad­czysz – tłu­ma­czył wi­ce­mi­ni­ster.

Tbi­li­si hu­cza­ło od plo­tek, że były mi­ni­ster Ki­to­wa­ni bun­tu­je gwar­dzi­stów i bę­dzie chciał oba­lić Edu­ar­da Sze­ward­na­dze­go, któ­re­go w koń­cu przy­wód­cy pu­czu po­sta­no­wi­li ścią­gnąć z Mo­skwy do po­mo­cy w rzą­dze­niu.,Ja go tu spro­wa­dzi­łem i ja go stąd wy­wio­zę, jak bę­dzie trze­ba” – gro­zi Ki­to­wa­ni, któ­re­go Sze­ward­na­dze zwol­ni wkrót­ce z pra­cy.

W daw­nym ga­bi­ne­cie mi­ni­stra jego se­kre­tar­ka czy­ta­ła ga­ze­tę.

– Ja tam nic nie wiem – bur­cza­ła ob­ra­żo­na.

W biu­rze pra­so­wym Sze­ward­na­dze­go jego rzecz­nik za­pew­niał, że po­gło­ski o rze­ko­mym za­ma­chu nie mia­ły żad­nych pod­staw, a wła­dze cie­szą się peł­nym po­par­ciem na­ro­du i woj­ska.

– Nie chce­my roz­le­wu krwi. Ape­lu­je­my do na­szych prze­ciw­ni­ków, by się opa­mię­ta­li, pro­po­nu­je­my im roz­mo­wy. Ale oni nie dają nam rzą­dzić. To zwy­kły sa­bo­taż.

Przed ru­ina­mi ho­te­lu „Tbi­li­si” na wra­ku czoł­gu ba­wi­ła się gro­mad­ka dzie­ci. Ich ro­dzi­ce sta­li obok, dzie­ląc się naj­now­szy­mi plot­ka­mi.

– Sły­sze­li­ście? Po­dob­no Gam­sa­chur­dia wró­cił i chce ogło­sić w za­chod­niej Gru­zji nie­za­leż­ną re­pu­bli­kę Kol­chi­dy!

– Le­piej, żeby zdechł!

– Ci nowi wca­le nie lep­si. Le­d­wie wzię­li wła­dzę, a już strze­la­ją do lu­dzi!

– Jesz­cze tro­chę, a i ci odej­dą. Po sta­re­mu zo­sta­nie Sze­ward­na­dze.

– Niech bę­dzie byle kto, żeby tyl­ko był spo­kój. Do cze­go to do­szło, żeby Gru­zin strze­lał do Gru­zi­na!

Nie chcia­ło się wra­cać do domu. Zim­no, ciem­no. Prą­du zno­wu pew­nie nie włą­czą.

Do wie­czo­ra ale­ja Ru­sta­we­le­go tęt­ni­ła ży­ciem. Ale pu­sto­sza­ła po za­cho­dzie słoń­ca. Wła­ści­cie­le skle­pów z trza­skiem za­su­wa­li że­la­zne kra­ty na wi­try­nach i za­my­ka­li drzwi na wiel­kie kłód­ki. W ki­nie przy fil­har­mo­nii ze wzglę­du na ni­ską fre­kwen­cję od­wo­ła­no noc­ne se­an­se.

W nocy w mie­ście kró­lo­wa­li uzbro­je­ni ra­bu­sie. Na­pa­da­li na spóź­nio­nych prze­chod­niów, kra­dli za­par­ko­wa­ne na uli­cach sa­mo­cho­dy, wła­my­wa­li się do skle­pów. Po­li­cja wo­la­ła się w to nie mie­szać. Nie­raz zda­rza­ło się, że za­trzy­ma­ni na go­rą­cym uczyn­ku wła­my­wa­cze oka­zy­wa­li się żoł­nie­rza­mi, któ­rzy przy­je­cha­li do mia­sta na prze­pust­ki z wo­jen w Ab­cha­zji, Me­gre­lii czy Ose­tii Po­łu­dnio­wej. Z ta­ki­mi le­piej było nie za­dzie­rać.

Dla­te­go Zu­rab za­my­kał lo­dziar­nię jesz­cze przed zmro­kiem, a po­tem od­pro­wa­dzał sa­mo­chód do ga­ra­żu ojca, pra­wie na dru­gi ko­niec mia­sta. Przy­cho­dził do domu na ostat­nich no­gach.

Re­dak­cja: Bo­że­na Dud­ko

Kon­sul­ta­cja: Woj­ciech Gó­rec­ki

Ko­rek­ta: Ma­ciej Kor­ba­siń­ski

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ur­szu­la Zię­tek

Pro­jekt gra­ficz­ny se­rii: mamastu­dio

Fo­to­gra­fie au­to­ra, na I stro­nie okład­ki i we wnę­trzu:

© Krzysz­tof Mil­ler/Agen­cja Ga­ze­ta

Mapa Kau­ka­zu: Ar­ka­diusz Gra­bek

Wy­daw­nic­two W.A.B.

02-502 War­sza­wa, Ło­wic­ka 31

tel/fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i ła­ma­nie: Kom­pu­te­ro­we Usłu­gi Po­li­gra­ficz­ne

Pia­secz­no, Żół­kiew­skie­go 7

ISBN 978-83-7414-114-7

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mag­da­le­na Woj­tas / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wieże z kamienia Dobre miejsce do umierania Modlitwa o deszcz Wszystkie wojny Lary Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli Dobre miejsce do umierania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran