Człowiek, który gapił się na kozy

Człowiek, który gapił się na kozy

Autorzy: Jon Ronson

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 288

cena od: 39.90 zł

 

Wojna w Wietnamie. Podpułkownik Jim Channon wpada na pomysł stworzenia nowego modelu żołnierza - superwojownika wyposażonego w nadnaturalne zdolności, które pozwolą odmienić okrutne oblicze wojny. Nie zdaje sobie sprawy, jakie owoce wydadzą jego odjazdowe pacyfistyczne koncepcje...

Rok 1983, Arlington w Wirginii. Człowiek w mundurze zafrasowany chowa głowę w dłoniach. Znów nie udało mu się przejść przez ścianę. To generał Albert Stubblebine, szef amerykańskiego wywiadu. Ma jeden cel - urzeczywistnić wizje Channona. Czy uda mu się przekonać do tego zwierzchników?

Fort Bragg w Karolinie Północnej. W niepozornym budynku stoi stado supertajnych kóz, pozbawionych zdolności meczenia. Co właściwie trenuje na nich grupa starannie wyselekcjonowanych komandosów?

Fort Meade w stanie Maryland. Nędzny barak w głębi bazy wojskowej. Czy pracujący tam zespół szpiegów o zdolnościach parapsychicznych naprawdę potrafi zdalnie przeniknąć tajemnice wroga?

Jon Ronson, dziennikarz i dokumentalista, postanowił rzucić światło na historię niekonwencjonalnych broni stosowanych przez amerykańską armię. Przed dwa i pół roku zbierał materiały i przemierzył setki kilometrów, docierając do zaangażowanych w projekt ludzi. Efekt tej pracy zapiera dech: niewiarygodne historie, postacie jak z filmu sf, pomysły, które wydawały się bardzo zabawne, dopóki nie wprowadzono ich w życie... Po atakach z 11 września 2001 roku przypominano sobie o ekscentrycznych koncepcjach Channona i wykorzystano je do walki z terroryzmem. Z przerażającym skutkiem.

Ronson po mistrzowsku żongluje historiami, które składają się na zaskakujący obraz współczesnej Ameryki i absurdów nowoczesnej wojny, ukazując też cienką granicę między technokratyczną racjonalnością a szaleństwem. Książkę, pełną czarnego humoru, czyta się jak świetnie napisaną powieść.

 

Ronson żywo opisuje jednego pomyleńca za drugim. W świetny sposób łączy wątki, nie tracąc z oczu tematu przewodniego - obłędu.

"The New York Times"

 

Koszmarnie śmieszne.

"Publishing News"

 

Szalona podróż przez najciemniejsze strony wojen ery Busha. A także okrucieństw, które popełniono w imię wojny z terroryzmem.

"The Observer"

 

Ronson podchodzi do zgromadzonego materiału bez uprzedzeń, z otwartym umysłem i rozkosznie złośliwym poczuciem humoru.

"Publishers Weekly"

 

Często zajmujący i zabawny, częściej niewygodny i prowokujący - Ronson potrafi zbliżyć się do swoich rozmówców.

"The New York Times"

Jon Ron­son

CZŁO­WIEK, KTÓ­RY GA­PIŁ SIĘ NA KOZY

Prze­ło­żył Krzysz­tof Ma­zu­rek

Tytuł oryginału: The Men Who Sta­re at Go­ats

Co­py­ri­ght © 2004 by Jon Ron­son Ltd

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2010

Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1 Ge­ne­rał

Rozdział 2 Ko­zie La­bo­ra­to­rium

Rozdział 3 Pierw­szy Ba­ta­lion Mat­ki Zie­mi

Rozdział 4 Pro­sto w ser­ce kozy

Rozdział 5 Bez­pie­czeń­stwo we­wnętrz­ne

Rozdział 6 Pry­wa­ty­za­cja

Rozdział 7 Pur­pu­ro­wy Di­no­zaur

Rozdział 8 Dra­pież­nik

Rozdział 9 Stre­fa mro­ku

Rozdział 10 Bu­rza mó­zgów

Rozdział 11 Na­wie­dzo­ny ho­tel

Rozdział 12 Czę­sto­tli­wo­ści

Rozdział 13 Kil­ka ilu­stra­cji

Rozdział 14 Dom z roku 1953

Rozdział 15 Klub Ha­rol­da albo plaj­ta!

Rozdział 16 Wyj­ście

Podziękowania i bibliografia

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Joh­na Ser­ge­an­ta oraz dla ge­ne­ra­ła Stub­ble­bi­ne’a

Rozdział 1

Ge­ne­rał

To jest praw­dzi­wa hi­sto­ria. Mamy lato 1983 roku. Ge­ne­rał ma­jor Al­bert Stub­ble­bi­ne III sie­dzi za biur­kiem w Ar­ling­ton w sta­nie Wir­gi­nia i gapi się w ścia­nę, na któ­rej wi­szą je­gào licz­ne od­zna­cze­nia woj­sko­we i dy­plo­my za osią­gnię­cia. Dy­plo­my szcze­gó­ło­wo ilu­stru­ją dłu­gą ka­rie­rę tego wy­bit­ne­go stra­te­ga. Jest on sze­fem wy­wia­du ar­mii ame­ry­kań­skiej i ma pod sobą 16 000 żoł­nie­rzy. Do­wo­dzi wy­wia­dem łącz­no­ści, wy­wia­dem fo­to­gra­ficz­nym i za­ple­czem tech­nicz­nym, wie­lo­ma taj­ny­mi od­dzia­ła­mi kontr­wy­wia­dow­czy­mi i ich roz­rzu­co­ny­mi po ca­łym świe­cie taj­ny­mi jed­nost­ka­mi szpie­gow­ski­mi. Bę­dzie od­po­wie­dzial­ny rów­nież za prze­słu­chi­wa­nie jeń­ców wo­jen­nych, ale mamy do­pie­ro rok 1983 – woj­na jest jesz­cze zim­na, nie go­rą­ca.

Spo­glą­da poza wi­szą­ce na gwoź­dziach dy­plo­my, na samą ścia­nę. Czu­je, że musi coś zro­bić, choć sama myśl o tym go prze­ra­ża. Roz­my­śla nad wy­bo­rem, któ­re­go ma do­ko­nać. Może zo­stać w swo­im ga­bi­ne­cie albo przejść do po­ko­ju obok. Taki ma wy­bór. I już go do­ko­nał.

Przej­dzie do po­ko­ju obok.

Ge­ne­rał Stub­ble­bi­ne jest bar­dzo po­dob­ny do Lee Ma­rvi­na. W krę­gach wy­wia­du woj­sko­we­go krą­ży plot­ka, że w rze­czy­wi­sto­ści jest bra­tem bliź­nia­kiem ak­to­ra. Ma po­bruż­dżo­ną i nie­zwy­kle spo­koj­ną twarz, przy­po­mi­na­ją­cą lot­ni­cze zdję­cie te­re­nu gór­skie­go, zro­bio­ne przez któ­ryś z jego sa­mo­lo­tów szpie­gow­skich. Za to oczy, strze­la­ją­ce spoj­rze­nia­mi to tu, to tam, są peł­ne cie­pła i współ­czu­cia i wy­da­je się, że to one wy­ko­nu­ją całą ro­bo­tę za resz­tę twa­rzy.

W rze­czy­wi­sto­ści ge­ne­rał w ogó­le nie jest spo­krew­nio­ny z Lee Ma­rvi­nem. A plot­kom nie za­prze­cza, bo w ka­rie­rze w wy­wia­dzie woj­sko­wym przy­da­je się ele­ment ta­jem­ni­czo­ści. Jego za­da­nie po­le­ga na oce­nia­niu in­for­ma­cji wy­wia­dow­czych ze­bra­nych przez pod­wład­nych, a na­stęp­nie prze­ka­zy­wa­niu wnio­sków za­stęp­cy dy­rek­to­ra CIA i sze­fo­wi szta­bu ar­mii ame­ry­kań­skiej, któ­ry z ko­lei prze­ka­zu­je je jesz­cze wy­żej, do Bia­łe­go Domu. Ge­ne­rał ma pod swo­ją ko­men­dą żoł­nie­rzy w Pa­na­mie, Ja­po­nii, na Ha­wa­jach i w Eu­ro­pie. Zda­jąc so­bie spra­wę z za­kre­su swo­jej od­po­wie­dzial­no­ści, wie tak­że, że po­wi­nien mieć u boku swo­je­go czło­wie­ka, gdy­by coś po­szło nie tak, aku­rat gdy bę­dzie się uda­wał do po­ko­ju obok.

Mimo to nie wzy­wa swo­je­go asy­sten­ta, sier­żan­ta szta­bo­we­go Geo­r­ge’a Ho­wel­la. Czu­je bo­wiem, że to jest wy­zwa­nie, któ­re musi pod­jąć sam.

Czy je­stem go­to­wy? – zastanawia się. – Tak, je­stem go­to­wy.

Wsta­je, wy­cho­dzi zza biur­ka i ru­sza.

Bo w za­sa­dzie – przemawia do siebie w myślach – z cze­go przede wszyst­kim skła­da­ją się ato­my? Z pu­stej prze­strze­ni.

Przy­spie­sza kro­ku.

A z cze­go ja się przede wszyst­kim skła­dam? – dywaguje. – Z ato­mów!

Te­raz prze­cho­dzi nie­mal­że w trucht.

Z cze­go przede wszyst­kim skła­da się ścia­na? – myśli. – Z ato­mów! Moje za­da­nie po­le­ga tyl­ko na tym, żeby prze­nik­nę­ły przez sie­bie dwie prze­strze­nie. Ta ścia­na jest ilu­zją. Czym jest prze­zna­cze­nie? Czy moim prze­zna­cze­niem jest po­zo­stać w tym ga­bi­ne­cie? Na pew­no nie!

I wte­dy ge­ne­rał Stub­ble­bi­ne wali gło­wą w ścia­nę swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Cho­le­ra! – wyrywa mu się w myślach.

Nie może pojąć nieustannych porażek, których doznaje przy próbach przejścia przez ścianę. Co z nim jest nie tak, że mu się nie udaje? Może po prostu ma za dużo papierów do przejrzenia i nie potrafi się wystarczająco skoncentrować? W głębi duszy nie ma wątpliwości, że umiejętność przechodzenia przez przedmioty będzie pewnego dnia najzwyczajniejszą częścią wyposażenia wywiadu. A kiedy do tego dojdzie, no cóż, czy rzeczywiście naiwnością jest wierzyć, że to przedświt nowego świata bez wojny? Bo kto chciałby zadzierać z armią, która jest zdolna do ta­kich rze­czy? Podobnie jak wielu jego rówieśników, również generała Stubblebine’a we wspomnieniach wciąż dręczą niezagojone rany z Wietnamu.

Taka moc jest dostępna, pozostaje jedynie pytanie: dla kogo? Kto w wojsku jest już przygotowany do tego typu rzeczy? Która część armii jest wyszkolona tak, by wykorzystywać do maksimum umiejętności fizyczne i psychiczne?

A wte­dy skądś przy­cho­dzi od­po­wiedź.

Siły spe­cjal­ne!

I wła­śnie dla­te­go pod ko­niec lata 1983 roku ge­ne­rał Stub­ble­bi­ne wsia­da do sa­mo­lo­tu i leci do Fort Bragg w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej.

Fort Bragg jest ol­brzy­mie – to mia­sto strze­żo­ne przez uzbro­jo­nych żoł­nie­rzy, ma­ją­ce wła­sne cen­trum han­dlo­we, kino, re­stau­ra­cje, pola gol­fo­we, ho­te­le, ba­se­ny i ośro­dek jeź­dziec­ki. Fort Bragg może po­mie­ścić 45 000 woj­sko­wych oraz ich ro­dzi­ny. Ge­ne­rał prze­jeż­dża obok tych wszyst­kich miejsc, zmie­rza­jąc do cen­trum do­wo­dze­nia sił spe­cjal­nych. Z taką spra­wą nie moż­na przyjść do mesy ofi­cer­skiej. To jest coś wy­łącz­nie dla sił spe­cjal­nych i dla ni­ko­go in­ne­go. A jed­nak ge­ne­rał ma oba­wy. Czy nie otwie­ra przy­pad­kiem wła­sny­mi rę­ka­mi pusz­ki Pan­do­ry?

W cen­trum do­wo­dze­nia sił spe­cjal­nych po­sta­na­wia roz­po­cząć ła­god­nie.

– Przy­jeż­dżam tu z pew­nym po­my­słem – za­czy­na.

Do­wód­cy sił spe­cjal­nych ki­wa­ją gło­wa­mi.

– Je­śli ma­cie od­dział, któ­ry pro­wa­dzi ope­ra­cje poza stre­fą ochron­ną re­gu­lar­nych od­dzia­łów fron­to­wych, co się dzie­je, gdy ktoś zo­sta­je ran­ny? – pyta. – Co się wte­dy dzie­je? Jak so­bie z tym ra­dzi­cie?

Spo­glą­da na nie­ru­cho­me twa­rze męż­czyzn sie­dzą­cych wo­kół sto­łu kon­fe­ren­cyj­ne­go.

– Le­cze­nie si­ła­mi umy­słu! – mówi.

Przy sto­le ci­sza jak ma­kiem za­siał.

– O tym te­raz roz­ma­wia­my – mówi ge­ne­rał, wska­zu­jąc pal­cem na swo­ją gło­wę. – Je­śli za­przę­gnąć siły umy­słu do le­cze­nia ran, naj­praw­do­po­dob­niej cały ze­spół wyj­dzie z tego żywy. Nie­tknię­ty. Nie trze­ba bę­dzie ni­ko­go zo­sta­wiać za li­nią fron­tu – prze­ry­wa i po chwi­li do­da­je: – Jed­nost­ka prze­trwa w ca­ło­ści dzię­ki le­cze­niu si­ła­mi du­cha. Te­ra­pię uru­cha­mia­my, kie­dy tyl­ko chce­my!

Do­wód­cy sił spe­cjal­nych nie wy­glą­da­ją na szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wa­nych le­cze­niem si­ła­mi umy­słu.

– No dobrze – mówi generał Stubblebine. Jego słowa odbierane są – łagodnie mówiąc – dość chłodno. – A czy nie byłoby świetnie, gdybyście mogli kogoś nauczyć, jak zrobić coś ta­kie­go?

Ge­ne­rał grze­bie w swo­jej tor­bie i z uśmie­chem na ustach wy­cią­ga po­gię­te noże i wi­del­ce.

– A gdy­by­ście po­tra­fi­li coś ta­kie­go? – pyta try­um­fal­nie. – In­te­re­su­je was to?

Nadal ci­sza.

Generał Stubblebine łapie się na tym, że zaczyna się trochę jąkać. Pa­trzą na mnie jak na świ­ra – myśli. – Może spró­bu­ję in­a­czej.

Nie­spo­koj­nie spo­glą­da na ze­gar.

– Zastanówmy się nad naturą czasu! – rozpoczyna. – A co by było, gdyby czas nie był tylko chwilą? Co by było, gdyby miał oś X, oś Y i oś Z? Co byście powiedzieli na to, że czas nie jest punktem, ale przestrzenią? I w każdym momencie możemy być wszę­dzie w tej przestrzeni? Czy przestrzeń ogranicza tylko sufit tej sali konferencyjnej, czy przestrzeń to 20 milionów mil? – Generał śmieje się sam do siebie. – Fizycy wa­riu­ją, kiedy im to mówię!

Ci­sza. Pró­bu­je raz jesz­cze.

– Zwie­rzę­ta! – mówi.

Do­wód­cy sił spe­cjal­nych zer­ka­ją na sie­bie.

– Zatrzymywanie serc zwierząt – mówi dalej. – Serca zwierząt pę­ka­ją. To jest dopiero pomysł. Macie dostęp do zwierząt, tak?

– Za­sad­ni­czo... po­bież­nie – od­po­wia­da­ją na to do­wód­cy sił spe­cjal­nych – wła­ści­wie nie...

Wy­pra­wa ge­ne­ra­ła Stub­ble­bi­ne’a do Fort Bragg to zu­peł­na klę­ska. Wciąż się ru­mie­ni, kie­dy ją so­bie przy­po­mi­na. Ko­niec koń­ców mu­siał w 1984 roku przejść na wcze­śniej­szą eme­ry­tu­rę. Te­raz ofi­cjal­na hi­sto­ria wy­wia­du ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, tak jak ją przed­sta­wia biu­ro pra­so­we, w za­sa­dzie po­mi­ja erę Stub­ble­bi­ne’a, czy­li lata 1981–1984, jak­by ich w ogó­le nie było.

Praw­dę mó­wiąc wszyst­ko, co jak do­tąd tu prze­czy­ta­łeś, Czy­tel­ni­ku, przez dwie ostat­nie de­ka­dy było ta­jem­ni­cą woj­sko­wą. Ska­za­ne na klę­skę pró­by ge­ne­ra­ła Stub­ble­bi­ne’a, usi­łu­ją­ce­go przejść przez ścia­nę swo­je­go ga­bi­ne­tu, i jego po­zor­nie za­koń­czo­na fia­skiem po­dróż do Fort Bragg to fak­ty nie­ujaw­nio­ne aż do mo­men­tu, w któ­rym on sam opo­wie­dział mi o nich w po­ko­ju 403 w ho­te­lu Hil­ton w Tar­ry­town na obrze­żach sta­nu Nowy Jork pew­ne­go chłod­ne­go zi­mo­we­go dnia, dwa lata po roz­po­czę­ciu woj­ny z ter­ro­ry­zmem.

– Praw­dę mó­wiąc, nie pa­mię­tam resz­ty roz­mo­wy z si­ła­mi spe­cjal­ny­mi. Tak. Wy­ru­go­wa­łem ją z pa­mię­ci, wy­czy­ści­łem tę roz­mo­wę szczot­ką ry­żo­wą! Od­sze­dłem ze zwie­szo­ną gło­wą. Ucie­kłem z pod­ku­lo­nym ogo­nem.

Za­milkł i spoj­rzał na ścia­nę.

– Wie pan – po­wie­dział. – Na­praw­dę są­dzi­łem, że to były wspa­nia­łe po­my­sły. Wciąż tak uwa­żam. Po pro­stu nie uda­ło mi się dojść do tego, jak moja prze­strzeń ma się prze­bić przez tam­tą prze­strzeń. Wciąż, raz za ra­zem, wa­li­łem gło­wą w ścia­nę. Nie po­tra­fi­łem... Nie. „Nie po­tra­fi­łem” to złe sfor­mu­ło­wa­nie. Nig­dy nie osią­gną­łem wła­ści­we­go sta­nu umy­słu. – Wes­tchnął cięż­ko. – Je­śli na­praw­dę chce pan wie­dzieć, spo­ty­ka­ły mnie same roz­cza­ro­wa­nia. Po­dob­nie było z le­wi­ta­cją.

W Ar­ling­ton w Wir­gi­nii, póź­no w nocy, kie­dy pierw­sza żona ge­ne­ra­ła, Ge­ral­di­ne, już moc­no spa­ła, ge­ne­rał kładł się nie­kie­dy na dy­wa­nie w sa­lo­nie i pró­bo­wał le­wi­to­wać.

– I tu znów po­nio­słem klę­skę na ca­łej li­nii. Nie po­tra­fi­łem ode­rwać swo­je­go gru­be­go tył­ka od zie­mi, prze­pra­szam za wy­ra­że­nie. Wciąż jed­nak uwa­żam, że te po­my­sły były wspa­nia­łe. Wie pan dla­cze­go?

– Dla­cze­go? – spy­ta­łem.

– Bo w świe­cie wy­wia­du nie moż­na zo­sta­wać w tyle – po­wie­dział. – Nie moż­na po­zwo­lić so­bie na to, żeby coś prze­ga­pić. Nie wie­rzy pan? To niech pan zo­ba­czy, co się sta­ło 11 wrze­śnia, kie­dy ter­ro­ry­ści cho­dzi­li do szko­ły pi­lo­ta­żu, żeby się na­uczyć, jak star­to­wać, ale nie, jak lą­do­wać. I gdzie ta in­for­ma­cja się za­gu­bi­ła? Nie mo­że­my so­bie po­zwo­lić na prze­ga­pie­nie pew­nych rze­czy, je­śli mowa o świe­cie wy­wia­du.

Pod­czas tej wy­pra­wy ge­ne­ra­ła do Fort Bragg wy­da­rzy­ło się coś, o czym ża­den z nas nie wie­dział, kie­dy się spo­tka­li­śmy. Cho­dzi­ło o in­for­ma­cję, któ­ra wkrót­ce do­pro­wa­dzi­ła mnie do od­kry­cia tego, co skry­wa się w naj­mrocz­niej­szych za­ka­mar­kach woj­ny z ter­ro­ry­zmem, któ­rą pro­wa­dził Geo­r­ge W. Bush.

Ge­ne­rał nie wie­dział – bo siły spe­cjal­ne trzy­ma­ły to przed nim w ści­słej ta­jem­ni­cy – że w rze­czy­wi­sto­ści uwa­ża­ły jego po­my­sły za wy­śmie­ni­te. Po­nad­to, kie­dy pro­po­no­wał taj­ny pro­gram roz­wa­la­nia zwie­rzę­cych serc i po­wie­dzia­no mu, że siły spe­cjal­ne nie mają do­stę­pu do zwie­rząt, do­wód­cy ukry­wa­li, że w obór­ce, za­le­d­wie kil­ka­na­ście me­trów da­lej, jest sto kóz.

O ist­nie­niu tych stu kóz wie­dzia­ło tyl­ko kil­ka wy­bra­nych osób. Było to tym la­twiej­sze, że kozy po­zba­wio­no umie­jęt­no­ści me­cze­nia. Sta­ły so­bie w obór­ce, py­ski im się otwie­ra­ły i za­my­ka­ły, ale nie wy­do­by­wał się z nich ża­den dźwięk. Wie­le kóz mia­ło rów­nież nogi w gip­sie.

A oto hi­sto­ria kóz.

Rozdział 2

Ko­zie La­bo­ra­to­rium

Czło­wie­kiem, któ­ry na­pro­wa­dził mnie na ślad kóz, był Uri Gel­ler. Spo­tka­łem się z nim na po­cząt­ku paź­dzier­ni­ka 2001 roku na ta­ra­sie re­stau­ra­cji znaj­du­ją­cej się na szczy­cie jed­ne­go z bu­dyn­ków w cen­trum Lon­dy­nu. Od nie­speł­na mie­sią­ca trwa­ła woj­na z ter­ro­ry­zmem. Od daw­na krą­ży­ły plot­ki (któ­re roz­sie­wał – to trze­ba po­wie­dzieć wprost – sam Uri Gel­ler), że w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych był szpie­giem psy­cho­tro­nicz­nym pra­cu­ją­cym dla służb wy­wia­du ame­ry­kań­skie­go. Wie­lu nie wie­rzy­ło w tę hi­sto­rię – „Sun­day Ti­mes” pi­sał kie­dyś, że jest to „dzi­wacz­ne stwier­dze­nie” i do­wo­dził, że Uri Gel­ler to świr, pod­czas gdy służ­by wy­wia­du są naj­zu­peł­niej zdro­we na umy­śle. Moim zda­niem praw­dzi­wy jest je­den z po­niż­szych czte­rech sce­na­riu­szy:

1. Nie było to praw­dą.

2. Kil­ku sza­lo­nych re­ne­ga­tów z wyż­szych szcze­bli wy­wia­du ame­ry­kań­skie­go wpro­wa­dzi­ło Urie­go Gel­le­ra do służb.

3. Wy­wiad ar­mii ame­ry­kań­skiej to skarb­ni­ca nie­wia­ry­god­nych ta­jem­nic, do któ­rych się nas nie do­pusz­cza dla na­sze­go wła­sne­go do­bra; jed­ną z ta­kich ta­jem­nic jest fakt, że Uri Gel­ler ma nie­zwy­kłe zdol­no­ści pa­rap­sy­chicz­ne, któ­re wy­ko­rzy­sta­no pod­czas zim­nej woj­ny. Wy­wiad ame­ry­kań­ski miał na­dzie­ję, że Uri Gel­ler nie bę­dzie tego wszę­dzie roz­po­wia­dał.

4. Służ­by wy­wia­du ar­mii ame­ry­kań­skiej skła­da­ły się wte­dy za­sad­ni­czo z sa­mych świ­rów.

Pod­czas spo­tka­nia w re­stau­ra­cji Uri nie­wie­le mó­wił. Miał na so­bie duże, za­sła­nia­ją­ce pół twa­rzy lu­strza­ne oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Jego szwa­gier, Shi­pi, był rów­nie za­mknię­ty w so­bie, i w ogó­le czu­łem się tro­chę nie­swo­jo. Spo­tka­łem ich już kie­dyś i za każ­dym ra­zem ema­no­wa­li za­raź­li­wym en­tu­zja­zmem. Dzi­siaj nie było w nich ani krzty­ny en­tu­zja­zmu.

– No więc – po­wie­dzia­łem. – Za­czy­naj­my. Jak pana zwer­bo­wa­no do wy­wia­du ar­mii ame­ry­kań­skiej i jak zo­stał pan szpie­giem psy­cho­tro­nicz­nym?

Uri mil­czał dłuż­szą chwi­lę.

– Nie chcę o tym roz­ma­wiać – po­wie­dział wresz­cie.

Wy­pił łyk wody mi­ne­ral­nej i spoj­rzał na Shi­pie­go.

– Uri, co się dzieje? – zapytałem. - Przecież czę­sto pan o tym rozmawia.

– Nie, wca­le nie – od­parł.

– A właśnie, że tak! – powiedziałem wzburzony.

Ba­da­łem tę spra­wę od dwóch ty­go­dni i uda­ło mi się zgro­ma­dzić gru­bą tecz­kę jego wspo­mnień o tym, jak był ame­ry­kań­skim szpie­giem psy­cho­tro­nicz­nym, któ­re to wspo­mnie­nia dyk­to­wał dzien­ni­ka­rzom przez całe lata osiem­dzie­sią­te i dzie­więć­dzie­sią­te, a oni do­da­wa­li od sie­bie sar­ka­stycz­ne ko­men­ta­rze. W nie­mal każ­dym ar­ty­ku­le wnio­ski były ta­kie same – służ­by wy­wia­dow­cze nie do­tknę­ły­by tego te­ma­tu na­wet przez je­dwab­ną chu­s­tecz­kę. Wy­czu­wa­ło się nie­mal cho­ro­bli­wą nie­chęć do sa­mej my­śli, że sło­wa Urie­go mo­gły­by być praw­dą, nikt na­wet nie za­dał so­bie tru­du, żeby je zwe­ry­fi­ko­wać. Choć je­ste­śmy cy­nicz­ni, chy­ba jed­nak cią­gle wie­rzy­my, że pra­cę służb wy­wia­du ce­chu­je od­po­wied­ni ry­gor i me­to­do­lo­gia na­uko­wa. Nie­licz­ni dzien­ni­ka­rze, któ­rzy uwie­rzy­li Urie­mu, gło­śno wy­ra­ża­li ulgę, że to wszyst­ko dzia­ło się daw­no, daw­no temu, jesz­cze w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych.

– Nig­dy o tym nie roz­ma­wiam – rzekł Uri.

– Roz­ma­wiał pan z dzien­ni­ka­rzem „Fi­nan­cial Ti­me­sa” – stwier­dzi­łem. – Po­wie­dział pan, że pra­co­wał pan dużo dla CIA w Mek­sy­ku, wy­ko­rzy­stu­jąc swo­je zdol­no­ści pa­rap­sy­chicz­ne.

Uri wzru­szył ra­mio­na­mi.

Ponad naszymi głowami nisko przeleciał samolot. Wszyscy na tarasie na chwilę przestali jeść i podnieśli oczy ku niebu. Od 11 września prokurator generalny Stanów Zjednoczonych John Ashcroft ostrzegał o możliwości kolejnych ataków terrorystycznych – wymierzonych w banki, budynki mieszkalne, hotele, restauracje i sklepy w Stanach Zjednoczonych. Któregoś razu prezydent Bush oświadczył, że nie jest w stanie nic powiedzieć na temat konkretnego kataklizmu, który miał jakoby nadejść. Podobnie w Londynie wprowadzono podwyższony stopień bezpieczeństwa, choć nie wiadomo było, co właściwie nam grozi. Nagle Uri zdjął okulary przeciwsłoneczne i popatrzył mi prosto w oczy.

– Je­śli po­wtó­rzy pan ko­muś to, co za chwi­lę panu po­wiem – rzekł – wszyst­kie­mu za­prze­czę.

– Do­brze – od­par­łem.

– Pana sło­wo prze­ciw­ko mo­je­mu – po­wie­dział Uri.

– Do­brze – po­wtó­rzy­łem.

Uri przy­su­nął się bli­żej z krze­słem. Ro­zej­rzał się ukrad­kiem po re­stau­ra­cji.

– To – rzekł – już nie jest hi­sto­ria.

– To zna­czy?

– Zo­sta­łem re­ak­ty­wo­wa­ny – po­wie­dział Uri.

– Co ta­kie­go?

Spoj­rza­łem na Shi­pie­go. Po­nu­ro ski­nął gło­wą.

– To chy­ba nie pan po­wie­dział Joh­no­wi Ash­cro­fto­wi o ho­te­lach, ban­kach i apar­ta­men­tow­cach? – pró­bo­wa­łem się do­wie­dzieć.

– Obie­ca­łem, że nie pi­snę ani sło­wa wię­cej.

– Uri – po­wie­dzia­łem bła­gal­nie. – Niech pan mi coś jesz­cze da, co­kol­wiek. Cho­ciaż jed­ną rzecz.

Uri wes­tchnął cięż­ko.

– Do­bra – zgo­dził się. – Coś panu po­wiem. Czło­wiek, któ­ry mnie re­ak­ty­wo­wał, na­zy­wa się... – Uri za­wie­sił głos, a póź­niej po­wie­dział: – ma na imię Ron.

I to wszyst­ko. Od tam­te­go cza­su ani razu nie roz­ma­wia­łem z Urim Gel­le­rem. Nie od­po­wia­dał na moje te­le­fo­ny. Od­ma­wiał po­da­nia ja­kich­kol­wiek dal­szych in­for­ma­cji o Ro­nie. Czy Ron był z FBI? Z CIA? Z wy­wia­du woj­sko­we­go? Ze służb bez­pie­czeń­stwa? Czy Ron był z MI5? A może z MI6? Jaką rolę gra Uri Gel­ler w woj­nie z ter­ro­ry­zmem?

Świa­teł­ko w tu­ne­lu zo­ba­czy­łem mniej wię­cej rok póź­niej, kie­dy w ho­te­lu w Las Ve­gas prze­pro­wa­dza­łem wy­wiad z jed­nym ze szpie­gów woj­sko­wych ge­ne­ra­ła Stub­ble­bi­ne’a, sier­żan­tem Ly­nem Bu­cha­na­nem.

– Uri Gel­ler – po­wie­dzia­łem – twier­dzi, że czło­wiek, któ­ry go re­ak­ty­wo­wał, to Ron.

Sier­żant Bu­cha­nan za­milkł, po chwi­li enig­ma­tycz­nie ski­nął gło­wą i rzu­cił:

– Aha, Ron. Tak. Znam Rona.

Ale nie chciał do­dać nic wię­cej.

Ge­ne­rał Stub­ble­bi­ne też nie chciał mó­wić o Ro­nie.

– Ci cho­ler­ni szpie­dzy psy­cho­tro­nicz­ni po­win­ni za­mknąć ja­dacz­kę – rzekł – za­miast pa­plać po ca­łym mie­ście o tym, co ro­bią.

Ge­ne­rał, jak od­kry­łem kil­ka ty­go­dni po spo­tka­niu z Urim, był w la­tach 1981–1984 do­wód­cą taj­nej pa­rap­sy­chicz­nej jed­nost­ki szpie­gow­skiej. Jed­nost­ka nie była tak god­na po­dzi­wu, jak mógł­by to su­ge­ro­wać ten opis. Za­sad­ni­czo skła­da­ła się z kil­ku żoł­nie­rzy za­mknię­tych w sil­nie strze­żo­nym bu­dyn­ku w Fort Me­ade w sta­nie Ma­ry­land, któ­rzy pró­bo­wa­li obu­dzić w so­bie szcze­gól­ne moce umy­słu. Ofi­cjal­nie jed­nost­ka nie ist­nia­ła. W woj­sko­wym żar­go­nie no­si­ła na­zwę: Ciem­ne Ope­ra­cje. W związ­ku z tym, że „jed­nost­ka nie ist­nia­ła”, żoł­nie­rzom nie wol­no było ko­rzy­stać z bu­dże­tu so­cjal­ne­go, do­stęp­ne­go w ar­mii ame­ry­kań­skiej. Mu­sie­li przy­no­sić do pra­cy wła­sną kawę i her­ba­tę. Strasz­nie im się to nie po­do­ba­ło. Nie­któ­rzy tkwi­li w tym drew­nia­nym bu­dyn­ku od 1978 do 1995 roku. Od cza­su do cza­su ktoś z nich umie­rał albo ko­goś od­sy­ła­no do czub­ków, a ofia­rę za­stę­po­wał nowy re­krut. Kie­dy któ­ryś z nich miał wi­zję – ja­kie­goś ro­syj­skie­go stat­ku wo­jen­ne­go albo wy­da­rze­nia z przy­szło­ści – szki­co­wał ją, a te szki­ce szły co­raz wy­żej i wy­żej przez ko­lej­ne szcze­ble do­wo­dze­nia.

Na­stęp­nie, w 1995 roku, CIA roz­wią­za­ło jed­nost­kę.

Wielu z żołnierzy, którzy przez lata próbowali obudzić w sobie nadludzkie zdolności, opublikowało autobiografie jak np. Lyn Buchanan, zatytułowaną Siód­my zmysł – se­kre­ty ja­sno­wi­dze­nia, zdra­dza „szpieg psy­cho­tro­nicz­ny” z ar­mii ame­ry­kań­skiej.

– Każ­dy z nich ma nie­sa­mo­wi­te par­cie na szkło – stwier­dził ge­ne­rał Stub­ble­bi­ne. – Z chę­cią po­ukrę­cał­bym im te dur­ne łby.

I to w za­sa­dzie wszyst­ko, co miał do po­wie­dze­nia na te­mat szpie­gów psy­cho­tro­nicz­nych.

– Przy­ję­li ich z po­wro­tem do ro­bo­ty? – spy­ta­łem.

– Taką mam na­dzie­ję – od­parł.

– Czy Uri Gel­ler z wami pra­co­wał? – spy­ta­łem.

– Nie – od­rzekł. – Ale ża­łu­ję tego jak cho­le­ra. Je­stem jego wiel­kim fa­nem.

Moja kru­cja­ta w po­szu­ki­wa­niu Rona za­pro­wa­dzi­ła mnie na Ha­wa­je, do domu sto­ją­ce­go przy dro­dze z Ho­no­lu­lu do Pe­arl Har­bor, gdzie miesz­kał eme­ry­to­wa­ny sier­żant szta­bo­wy – a kie­dyś szpieg psy­cho­tro­nicz­ny sił spe­cjal­nych – Glenn Whe­aton. Glenn był po­tęż­nym męż­czy­zną o krót­ko, po woj­sko­we­mu przy­strzy­żo­nych ru­dych wło­sach i no­sił im­po­nu­ją­ce­go wąsa w sty­lu we­te­ra­nów wiet­nam­skich, któ­ry wy­glą­dał, jak­by był przy­kle­jo­ny. Mia­łem chy­try plan, żeby wy­py­tać go o okres, kie­dy był szpie­giem psy­cho­tro­nicz­nym, a póź­niej spró­bo­wać tak po­kie­ro­wać roz­mo­wą, żeby za­ha­czy­ła o Rona, ale od sa­me­go po­cząt­ku na­sze spo­tka­nie ob­ra­ło zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­ny kie­ru­nek.

Glenn po­chy­lił się ku mnie ze swo­je­go fo­te­la.

– Prze­szedł pan od drzwi wej­ścio­wych do tyl­nych drzwi domu. Ile jest w moim domu krze­seł i fo­te­li?

Za­pa­dła ci­sza.

– Przy­pusz­czam, że nie po­tra­fi pan po­wie­dzieć, ile jest tu­taj krze­seł i fo­te­li.

Za­czą­łem się roz­glą­dać.

– Superżołnierz nie musiałby się rozglądać – rzucił. – Po prostu by wie­dział.

– Su­per­żoł­nierz? – spy­ta­łem.

– Su­per­żoł­nierz – od­parł Glenn. – Ry­cerz Jedi. Wie­dział­by, gdzie są wszyst­kie lam­py. Wie­dział­by, gdzie są gniazd­ka. Więk­szość lu­dzi ma sła­bo wy­kształ­co­ny zmysł ob­ser­wa­cji. Nie mają po­ję­cia, co się wo­kół nich dzie­je.

– A kto to jest Ry­cerz Jedi? – spy­ta­łem.

– Wła­śnie pan na nie­go pa­trzy – po­wie­dział Glenn.

W po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych – opo­wia­dał po­tem – siły spe­cjal­ne stwo­rzy­ły taj­ny plan pod kryp­to­ni­mem Pro­jekt Jedi, któ­ry miał na celu stwo­rze­nie wy­jąt­ko­wych żoł­nie­rzy – żoł­nie­rzy ob­da­rzo­nych zdol­no­ścia­mi nad­na­tu­ral­ny­mi. Jed­ną z nich była zdol­ność uświa­da­mia­nia so­bie każ­de­go szcze­gó­łu na­tych­miast po wej­ściu do po­miesz­cze­nia; to był po­ziom pierw­szy.

– A po­ziom dru­gi? – spy­ta­łem.

– In­tu­icja – od­rzekł. – Taki spo­sób wy­szko­le­nia czło­wie­ka, żeby po­dej­mo­wał wła­ści­we de­cy­zje? Ktoś przy­bie­ga i mówi: „Dro­ga się roz­wi­dla. Skrę­ca­my w lewo czy w pra­wo?”, a ty na to – Glenn strze­lił pal­ca­mi – „Ru­sza­my w pra­wo!”.

– A na­stęp­ny po­ziom? – spy­ta­łem.

– Nie­wi­dzial­ność – od­parł Glenn.

– Praw­dzi­wa nie­wi­dzial­ność?

– Początkowo pracowaliśmy nad prawdziwą – powiedział Glenn. – Po jakimś czasie jednak zaadaptowaliśmy to trochę i znaleźliśmy sposób, żeby nas nie za­uwa­ża­no.

– A co to za spo­sób? – spy­ta­łem.

– Trze­ba zro­zu­mieć po­wią­za­nia mię­dzy ob­ser­wa­cją a rze­czy­wi­sto­ścią i wte­dy uczysz się, jak wy­ko­rzy­sty­wać nie­wi­dzial­ność – od­rzekł Glenn. – Je­śli nikt cię nie do­strze­ga – je­steś nie­wi­dzial­ny. Ist­nie­jesz tyl­ko dla ko­goś, kto cię wi­dzi.

– Więc to jest coś w ro­dza­ju ka­mu­fla­żu? – spy­ta­łem.

– Nie – wes­tchnął Glenn.

– A pan jest do­bry w tej nie­wi­dzial­no­ści? – spy­ta­łem.

– Jak by to po­wie­dzieć – za­sta­na­wiał się Glenn. – Mam rude wło­sy i nie­bie­skie oczy, więc lu­dzie ra­czej mnie za­pa­mię­tu­ją. Ale ja­koś daję so­bie radę. Jesz­cze żyję.

– A po­ziom po­wy­żej nie­wi­dzial­no­ści? – za­py­ta­łem.

– Hmm – mruk­nął Glenn. Na chwi­lę urwał, nad czymś się za­sta­na­wia­jąc, po czym rzekł: – Mie­li­śmy ta­kie­go sier­żan­ta, któ­ry po­tra­fił za­trzy­my­wać ser­ca kóz.

Nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. Glenn uniósł brwi.

– Jak to? Tyl­ko sa­mym... – za­czą­łem.

– Tylko siłą woli. Pra­gnie­niem, żeby serce kozy się zatrzymało – powiedział.

– To spo­ry skok – za­uwa­ży­łem.

– Zga­dza się – zgo­dził się Glenn.

– I uda­ło mu się za­trzy­mać ser­ce kozy? – spy­ta­łem.

– Co naj­mniej raz – od­parł.

– No, no – po­wie­dzia­łem. Na­praw­dę nie wie­dzia­łem, co o tym my­śleć.

– Ale to nie jest te­mat, w któ­ry chcie­li­by­śmy...

– Się wgłę­biać – do­koń­czy­łem.

– No wła­śnie – przy­tak­nął Glenn. – To nie jest te­mat, w któ­ry chcie­li­by­śmy się wgłę­biać, bo, jak się póź­niej oka­za­ło, sam so­bie też coś uszko­dził.

– No, no – po­wtó­rzy­łem.

– Uszko­dze­nie przez współ­od­czu­wa­nie – po­wie­dział Glenn.

– Czy­li nie cho­dzi o to, że koza sta­wia­ła psy­chicz­ny opór? – spy­ta­łem.

– Koza nie mia­ła szans – po­wie­dział Glenn.

– A gdzie to było? – spy­ta­łem.

– W Fort Bragg – od­parł. – W miej­scu, któ­re na­zy­wa­li­śmy ko­zim la­bo­ra­to­rium.

– Glenn – po­wie­dzia­łem – po­wie mi pan wszyst­ko o Ko­zim La­bo­ra­to­rium?

I tak Glenn za­czął swo­ją opo­wieść.

Ko­zie La­bo­ra­to­rium – któ­re ist­nie­je do dziś – jest utaj­nio­ne. Więk­szość żoł­nie­rzy, któ­rzy miesz­ka­ją i pra­cu­ją w Fort Bragg, na­wet nie wie, że ta­kie la­bo­ra­to­rium ist­nie­je. Nie­wta­jem­ni­cze­ni są­dzą – opo­wia­dał da­lej – że roz­wa­la­ją­ce się drew­nia­ne bu­dyn­ki szpi­ta­la jesz­cze z cza­sów dru­giej woj­ny świa­to­wej, sto­ją­ce przy grun­to­wej dro­dze wśród chasz­czy, są opusz­czo­ne. A tak na­praw­dę, w tych bu­dyn­kach jest ze sto kóz po­zba­wio­nych moż­li­wo­ści wy­da­wa­nia gło­su.

Kóz nie spę­dzo­no tam po­ta­jem­nie tyl­ko po to, żeby Ry­ce­rze Jedi mo­gli się na nie ga­pić. Ko­zie La­bo­ra­to­rium stwo­rzo­no po­cząt­ko­wo jako miej­sce, w któ­rym mia­ło się od­by­wać szko­le­nie żoł­nie­rzy sił spe­cjal­nych z za­bie­gów chi­rur­gicz­nych na polu wal­ki. Pod­czas bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ne­go eta­pu ży­cia kóz, jed­ną po dru­giej za­my­ka­no w bun­krze za cięż­ki­mi, sta­lo­wy­mi, dźwię­kosz­czel­ny­mi drzwia­mi, a na­stęp­nie strze­la­no im w nogi apa­ra­tem bol­co­wym trzpie­nio­wym. Póź­niej szko­lą­cy się żoł­nie­rze za­wo­zi­li zwie­rzę na salę ope­ra­cyj­ną, znie­czu­la­li je, opa­try­wa­li ranę i dba­li, żeby się do­brze go­iła. Kie­dyś Ko­zie La­bo­ra­to­rium było Psim La­bo­ra­to­rium, ale oka­za­ło się, że nikt nie chce wy­rzą­dzać krzyw­dy psom, więc zmie­nio­no je na kozy. Po­dob­no siły spe­cjal­ne usta­li­ły, że stwo­rze­nie wię­zi emo­cjo­nal­nej z kozą gra­ni­czy z cu­dem. Zgod­nie z tym, co mó­wią człon­ko­wie ru­chu Lu­dzie na rzecz Etycz­ne­go Trak­to­wa­nia Zwie­rząt, w hi­sto­rii ar­mii ame­ry­kań­skiej kozy sta­no­wią za­dzi­wia­ją­co duży od­se­tek z mniej wię­cej mi­lio­na zwie­rząt, na któ­rych prze­pro­wa­dza­no eks­pe­ry­men­ty me­dycz­ne. Więk­szość dzia­łań woj­sko­wych zwią­za­nych z ko­za­mi opa­trzo­na jest klau­zu­lą „ści­śle taj­ne”, ale od cza­su do cza­su prze­cie­ka­ją pew­ne szcze­gó­ły. Na przy­kład, kie­dy w roku 1946 zde­to­no­wa­no bom­bę ato­mo­wą na ato­lu Bi­ki­ni na po­łu­dnio­wym Pa­cy­fi­ku, więk­szość z czte­rech ty­się­cy zwie­rząt, któ­re woj­sko wy­pu­ści­ło na te wody na bar­ce de­san­to­wej zwa­nej Ato­mo­wą Arką, żeby pły­wa­ły tam po wy­bu­chu bom­by, sta­no­wi­ły kozy. Woj­sko­wi chcie­li się prze­ko­nać, jak zwie­rzę­ta po­ra­dzą so­bie z opa­dem pro­mie­nio­twór­czym. Po­ra­dzi­ły so­bie kiep­sko. Po­nad­to wie­le ty­się­cy kóz prze­kształ­ca się obec­nie w pew­nej ba­zie lot­nic­twa ar­mii ame­ry­kań­skiej w dzi­wacz­ną hy­bry­dę kozy i pa­ją­ka. „Sieć pa­ję­cza to wy­so­ko ce­nio­ny ma­te­riał bio­lo­gicz­ny, do któ­re­go ludz­kość nie ma do­stę­pu, bo, jak do­tąd, po­tra­fią ją wy­twa­rzać tyl­ko pa­ją­ki” – wy­ja­śniał rzecz­nik pra­so­wy sił po­wietrz­nych w roz­mo­wie z dzien­ni­kar­ką CBC News w Ka­na­dzie. „Kie­dy gen po­zy­ska­ny z ko­mór­ki pa­ją­ka sta­nie się czę­ścią wy­po­sa­że­nia ge­ne­tycz­ne­go kozy, bę­dzie ona mo­gła ta­nim kosz­tem pro­du­ko­wać w du­żych ilo­ściach sieć pa­ję­czą. Se­kret tkwi w ko­zim mle­ku. Z jed­ne­go gra­ma ta­kie­go ko­zie­go mle­ka bę­dzie moż­na wy­pro­du­ko­wać ty­sią­ce me­trów ko­ziej pa­ję­czy­ny, któ­rą bę­dzie moż­na wpleść w ka­mi­zel­ki ku­lo­od­por­ne, prze­zna­czo­ne dla żoł­nie­rzy przy­szło­ści”.

A te­raz po­dej­mu­je się róż­ne ba­da­nia w Ko­zim La­bo­ra­to­rium – po­zba­wia się kozy moż­li­wo­ści wy­da­wa­nia dźwię­ków, strze­la się do nich z apa­ra­tów bol­co­wych i tak da­lej. Czy to wszyst­ko – za­sta­na­wia­łem się – może wy­ja­śnić, w jaki spo­sób sier­żan­to­wi szta­bo­we­mu uda­ło się za­bić kozę wzro­kiem? Może, za­nim do­tarł do tej kon­kret­nej kozy, już była sła­be­go zdro­wia – nie­któ­re z nich do­cho­dzi­ły do sie­bie po am­pu­ta­cjach, in­nym otwar­to klat­kę pier­sio­wą i jamę brzusz­ną, zba­da­no ich ser­ca i ner­ki, a na­stęp­nie za­szy­to z po­wro­tem. Na­wet te kozy, któ­re mają wię­cej szczę­ścia – te, któ­re tyl­ko po­strze­lo­no – za­pew­ne kuś­ty­ka­ły po Ko­zim La­bo­ra­to­rium w dzi­wacz­nej ci­szy, z no­ga­mi w gip­sie. Może ten sier­żant ga­pił się na szcze­gól­nie cho­ro­wi­tą kozę? Jed­nak Glenn Whe­aton po­wie­dział, że nie pa­mię­ta żad­nych szcze­gó­łów do­ty­czą­cych zdro­wia tej kon­kret­nej kozy.

– Dla­cze­go więc wła­ści­wie ten sier­żant za­cho­ro­wał w efek­cie za­trzy­ma­nia ser­ca kozy? – spy­ta­łem.

– Aby wy­ge­ne­ro­wać od­po­wied­nią moc – od­parł Glenn – aby wy­ge­ne­ro­wać do­sta­tecz­nie sil­ną in­ten­cję uszko­dze­nia kozy, mu­siał sam sie­bie uszko­dzić. Wszyst­ko kosz­tu­je, są tyl­ko róż­ne for­my płat­no­ści, ro­zu­mie pan?

– A jaką część cia­ła so­bie uszko­dził? – spy­ta­łem.

– Wła­sne serce.

– Ojej – po­wie­dzia­łem.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła ci­sza.

– A czy pan potrafi zatrzymać serce kozy? – spytałem Glenna.

– Nie! – odparł Glenn zdziwiony. – Nie! Nie, nie, nie!

Ro­zej­rzał się wo­kół sie­bie, jak gdy­by samo py­ta­nie mo­gło za­mie­szać go w całą tę afe­rę z za­trzy­my­wa­niem ko­zich serc i wpi­sać na kar­ty ja­kiejś czar­nej księ­gi ciem­nej stro­ny mocy.

– Czy po prostu pan nie chce? – spytałem. – Ma pan w sobie moc zatrzymania serca kozy?

– Nie – odrzekł Glenn. – Chyba nie mam takiej mocy, żeby zatrzymać serce kozy. Sądzę, że gdyby ktoś był na tyle wyszkolony, żeby dojść do tego poziomu, musiałby powiedzieć sobie tak: „A co ta koza mi zrobiła? Dla­cze­go aku­rat ta koza?”.

– No, to kto osią­gnął taki po­ziom? – spy­ta­łem. – Jak się na­zy­wał ten sier­żant szta­bo­wy?

– Na­zy­wał się – po­wie­dział Glenn – Mi­cha­el Echa­nis. I to wszyst­ko – do­dał – co wiem o Ko­zim La­bo­ra­to­rium.

– Glenn – py­ta­łem da­lej – czy pań­skim zda­niem te­raz, po 11 wrze­śnia, znów ktoś się wpa­tru­je w kozy?

Wes­tchnął cięż­ko.

– Już nie słu­żę w woj­sku – od­parł. – Zsze­dłem z tej ka­ru­ze­li. Wiem tyle, ile pan. Gdy­bym za­dzwo­nił do sił spe­cjal­nych i za­py­tał o to, do­stał­bym tę samą od­po­wiedź, co wszy­scy.

– To zna­czy?

– Ani by nie za­prze­czy­li, ani nie po­twier­dzi­li. Samo ist­nie­nie tych kóz jest ta­jem­ni­cą woj­sko­wą. Siły spe­cjal­ne nie chcą się przy­znać na­wet do tego, że mają kozy.

I wła­śnie z tego po­wo­du, jak się póź­niej do­wie­dzia­łem, od­bie­ra­no im zdol­ność wy­da­wa­nia dźwię­ków. To nie dla­te­go, że wy­ma­ga­no od żoł­nie­rzy sił spe­cjal­nych zdol­no­ści wy­ci­na­nia strun gło­so­wych wro­ga, ale dla­te­go, że siły spe­cjal­ne nie­po­ko­iły się, że set­ka me­czą­cych kóz w ba­zie ścią­gnie uwa­gę miej­sco­wej or­ga­ni­za­cji ochro­ny praw zwie­rząt.

Glenn wy­glą­dał na nie­co spa­ni­ko­wa­ne­go.

– Ta hi­sto­ria to Ciem­ne Ope­ra­cje – po­wie­dział.

– I gdzie mam z tym wszyst­kim pójść? – spy­ta­łem.

– Nig­dzie – rzu­cił Glenn. – Niech pan o tym za­po­mni.

– Nie po­tra­fię o tym za­po­mnieć – od­par­łem. – Ten ob­raz bę­dzie mnie prze­śla­do­wał.

– Pro­szę o tym za­po­mnieć! – po­wie­dział Glenn. – Niech pan za­po­mni, że w ogó­le wspo­mi­na­łem o ja­kichś ko­zach.

Ja jed­nak nie po­tra­fi­łem. Mia­łem tyle py­tań. Na przy­kład: jak to się wszyst­ko za­czę­ło? Czy siły spe­cjal­ne po pro­stu wy­kra­dły po­mysł ge­ne­ra­ła Stub­ble­bi­ne’a? Cał­kiem moż­li­we, zwa­żyw­szy na ciąg wy­da­rzeń. Być może siły spe­cjal­ne uda­wa­ły obo­jęt­ność wo­bec po­my­słu ge­ne­ra­ła, by za­bi­jać wzro­kiem zwie­rzę­ta, a póź­niej ka­za­ły Mi­cha­elo­wi Echa­ni­so­wi, kim­kol­wiek on był, żeby za­czął się w nie wpa­try­wać. Być może do­wód­cy chcie­li sami wy­pi­nać pier­si do or­de­rów, gdy­by za­bi­ja­nie prze­ciw­ni­ka wzro­kiem we­szło do ar­se­na­łu ar­mii ame­ry­kań­skiej i zmie­ni­ło raz na za­wsze nasz świat.

A może to był przy­pa­dek? Być może siły specjalne, o czym generał Stubblebine nie miał zielonego pojęcia, od dawna pracowały nad wykorzystaniem kóz? Czułem, że odpowiedź na to pytanie może pomóc mi zrozumieć, jak działa umysł amerykańskiego wojskowego. Czy właśnie tego rodzaju pomysły pojawiają się często w tych kręgach?

Po­że­gna­łem się z Glen­nem Whe­ato­nem i po­sta­no­wi­łem do­wie­dzieć się wszyst­kie­go, co się da, o Mi­cha­elu Echa­ni­sie. Uro­dził się w roku 1950 w mia­stecz­ku Na­mpa w sta­nie Ida­ho. Jego ko­le­ga z dzie­ciń­stwa mó­wił, że star­sza pani miesz­ka­ją­ca po dru­giej stro­nie uli­cy była „praw­dzi­wą ję­dzą”, więc Mi­cha­el wy­sa­dził w po­wie­trze jej al­tan­kę.

Wal­czył w Wiet­na­mie przez dwa mie­sią­ce w roku 1970 i w tym cza­sie za­bił dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lu­dzi. Były to tzw. po­twier­dzo­ne zgo­ny, ale póź­niej po­cisk nie­przy­ja­cie­la od­strze­lił Mi­cha­elo­wi ka­wa­łek łyd­ki i część sto­py, więc od­wie­zio­no go z po­wro­tem do San Fran­ci­sco, gdzie le­ka­rze woj­sko­wi oznaj­mi­li mu, że już nig­dy nie bę­dzie cho­dził. Za­dzi­wił ich jed­nak, bo w 1975 roku zo­stał jed­nym z naj­lep­szych ame­ry­kań­skich za­wod­ni­ków ko­re­ań­skiej sztu­ki wal­ki hwa rang do i uczył tech­nik ta­kich jak nie­wi­dzial­ność żoł­nie­rzy sił spe­cjal­nych w Fort Bragg.

„Je­śli się znaj­dziesz przy mu­rze z po­zio­mo uło­żo­nych ce­gieł, nie stój pio­no­wo” – mó­wił zgro­ma­dzo­nym wo­kół sie­bie re­kru­tom Zie­lo­nych Be­re­tów. „Kie­dy je­steś na drze­wie, sta­raj się wy­glą­dać jak drze­wo. Na otwar­tych prze­strze­niach zwiń się i uda­waj ka­mień. Mię­dzy bu­dyn­ka­mi wy­glą­daj jak ka­wa­łek ru­ro­cią­gu. Je­śli masz przejść wzdłuż bia­łej ścia­ny, przy­kryj się prze­ście­ra­dłem. Trzy­maj przed sobą ka­wa­łek bia­łe­go ma­te­ria­łu i wte­dy idź. Wy­obra­żaj so­bie czerń. To jest wła­śnie ni­cość”.

Ta ni­cość była dla Echa­ni­sa czymś bar­dzo waż­nym. Oka­za­ło się, że w tej ni­co­ści po­tra­fi za­bi­jać. Były ko­le­ga z klu­bu spor­to­we­go, rów­nież mistrz sztuk wal­ki, na­zwi­skiem Bob Dug­gan, po­wie­dział kie­dyś w wy­wia­dzie dla mie­sięcz­ni­ka „Black Belt”, że jego zda­niem Echa­nis jest wła­ści­wie psy­cho­pa­tą. Po­wie­dział tak­że, że Echa­nis za­wsze dzia­łał na skra­ju sza­leń­stwa, że co chwi­lę wo­kół nie­go roz­pę­ty­wa­ła się ja­kaś bu­rza, że nie­ustan­nie my­ślał o śmier­ci i umie­ra­niu, a ten rys cha­rak­te­ru utrwa­lił się mniej wię­cej w tym cza­sie, gdy za­bił dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu Wiet­nam­czy­ków, a na­stęp­nie ktoś od­strze­lił mu pół sto­py.

„Pa­trz­cie na ra­mio­na lub nogi obiek­tu – mó­wił Echa­nis, szko­ląc Zie­lo­ne Be­re­ty. – Aż do ostat­niej chwi­li nie pa­trz­cie mu w oczy. Moż­na za­mro­zić czło­wie­ka na uła­mek se­kun­dy, spo­glą­da­jąc mu na­gle w oczy i nie spusz­cza­jąc wzro­ku. Pod­cho­dzę do ko­goś, nie pa­trzę na nie­go i na­gle wbi­jam w nie­go spoj­rze­nie. W tym mo­men­cie on pa­trzy na mnie. W ułam­ku se­kun­dy całe jego cia­ło spi­na się i wte­dy ja ude­rzam. Moż­na prze­ma­wiać ła­god­nie, jak­by się od­ma­wia­ło mo­dli­twę: «Nie, nie ude­rzę cię no­żem, ani nie za­ata­ku­ję». I wte­dy ude­rzasz. Je­że­li two­je cia­ło, głos i spoj­rze­nie są cał­ko­wi­cie roz­luź­nio­ne, nie przyj­dzie mu do gło­wy, że je­steś w każ­dej chwi­li go­to­wy do ata­ku”.

W połowie lat siedemdziesiątych Echanis wydał książkę pod tytułem Sa­mo­obro­na w wal­ce na noże, która propagowała kontrowersyjną technikę hałaśliwych wyskoków w powietrze i obrotów wokół własnej osi. Takie podejście zyskało uznanie niektórych specjalistów od nożownictwa, lecz inni je skrytykowali, bo w ich przekonaniu podskakując i robiąc piruety w powietrzu, można niechcący dźgnąć się samemu, a kiedy jest się uzbrojonym w nóż, praca nóg powinna być oszczędna i prosta.

Tak czy in­a­czej, nad­ludz­kie moce Echa­ni­sa sta­ły się le­gen­dą. Je­den z by­łych żoł­nie­rzy Zie­lo­nych Be­re­tów tak wspo­mi­nał go na blo­gu:

Szcze­na mi opa­dła, on leży na łóż­ku na­bi­ja­nym gwoź­dzia­mi, a gość, któ­re­go szko­lił, ol­brzy­mim mło­tem roz­wa­la mu na brzu­chu be­to­no­wy blo­czek. Wi­dzia­łem, jak prze­bi­ja so­bie skó­rę na kar­ku i przed­ra­mio­nach sta­lo­wy­mi ha­czy­ka­mi i pod­no­si wia­dra peł­ne pia­sku, póź­niej wy­cią­ga ha­czy­ki i nie wi­dać na­wet kro­pli krwi, żad­ne­go ura­zu; jak prze­cią­ga linę, sto­jąc sam prze­ciw­ko dwu­na­stu go­ściom, a oni nie dają rady po­ru­szyć go na­wet o mi­li­metr; uda­ło mu się na­wet przy oka­zji za­hip­no­ty­zo­wać kil­ka osób z wi­dow­ni. W wal­ce z nim Zie­lo­ne Be­re­ty la­ta­ły w po­wie­trzu jak szma­cia­ne lal­ki. Ból, któ­ry po­tra­fił za­dać, był nie­wia­ry­god­ny. Umiał po­wa­lić czło­wie­ka jed­nym pal­cem. Mike, nie za­po­mni­my cię. Nóż, któ­ry mi po­da­ro­wa­łeś, leży tuż obok mo­je­go zie­lo­ne­go be­re­tu. Ukształ­to­wa­łeś mi du­szę na całe ży­cie. Niech Bóg ma w opie­ce Mike’a Echa­ni­sa!

Echa­nis przez ja­kiś czas był re­dak­to­rem od­po­wie­dzial­nym za dział sztuk wal­ki ma­ga­zy­nu „Sol­dier of For­tu­ne”, któ­ry re­kla­mo­wał się jako „ma­ga­zyn za­wo­do­wych łow­ców przy­gód”. Stał się kimś w ro­dza­ju iko­ny ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy na­jem­nych, i to zu­peł­nie do­słow­nie, bo czę­sto po­ja­wiał się na okład­ce „Sol­dier of For­tu­ne”, i „Black Belt”. Je­że­li ko­muś przy­pad­ko­wo wpad­nie w ręce zdję­cie z lat sie­dem­dzie­sią­tych, przed­sta­wia­ją­ce przy­stoj­ne­go, ży­la­ste­go ame­ry­kań­skie­go na­jem­ni­ka z su­mia­stym wą­sem, w mun­du­rze kha­ki i z ban­dan­ką na czo­le, któ­ry uzbro­jo­ny po zęby leży przy­cza­jo­ny w ja­kimś tro­pi­kal­nym le­sie, ści­ska­jąc w dło­ni nóż z groź­nym, zę­ba­tym ostrzem, to praw­do­po­dob­nie bę­dzie Mike Echa­nis. To wszyst­ko jesz­cze przy­spo­rzy­ło mu sła­wy, ale sła­wa to zła rzecz dla na­jem­ni­ka. Praw­do­po­dob­nie wła­śnie ona do­pro­wa­dzi­ła do jego ta­jem­ni­czej śmier­ci w wie­ku dwu­dzie­stu ośmiu lat.

Ist­nie­je wie­le wer­sji tego, jak Echa­ni­sa do­pa­dła śmierć. Pew­ne jest tyl­ko, że było to w Ni­ka­ra­gui; za­trud­nił się tam jako na­jem­nik u ów­cze­sne­go dyk­ta­to­ra, Ana­sta­sia So­mo­zy. Nie­któ­rzy mó­wią, że CIA było po­śred­ni­kiem w ich spo­tka­niu i że Echa­nis do­stał od agen­cji pięć mi­lio­nów na wy­szko­le­nie gwar­dii pre­zy­denc­kiej So­mo­zy i zwal­cza­ją­cych san­di­ni­stów ko­man­do­sów w swo­ich ezo­te­rycz­nych sztu­kach wal­ki.

Echa­nis po­wie­dział kie­dyś do ko­goś z oto­cze­nia So­mo­zy, że uwiel­bia być w Ni­ka­ra­gui, bo w Sta­nach bar­dzo trud­no jest iść ot tak so­bie uli­cą i wdać się w bój­kę. A w Ni­ka­ra­gui – po­wie­dział – po­rząd­ne mor­do­bi­cie tra­fia­ło się pra­wie co­dzien­nie.

Moż­na by uznać, że do­sta­wać kasę za po­moc w zdła­wie­niu chłop­skie­go po­wsta­nia to ża­den he­ro­izm, ale fani Echa­ni­sa po­wie­dzie­li mi, kie­dy sta­ra­łem się to de­li­kat­nie po­ru­szyć w roz­mo­wie, że dzię­ki temu jego od­wa­ga jest tym bar­dziej god­na po­dzi­wu, bo Ame­ry­ka­nie nie ko­cha­li So­mo­zy, a dzien­ni­ka­rze „zro­bi­li z san­di­ni­stów świę­tych”.

Jed­na z wer­sji wy­ja­śnia­ją­cych śmierć Echa­ni­sa jest na­stę­pu­ją­ca: Echa­nis, wraz z kil­ko­ma in­ny­mi na­jem­ni­ka­mi, le­ciał he­li­kop­te­rem na ja­kąś ak­cję, by na roz­kaz So­mo­zy roz­pę­tać pie­kło w dżun­gli. He­li­kop­ter eks­plo­do­wał albo w wy­ni­ku pod­ło­że­nia bom­by przez re­be­lian­tów, albo dla­te­go, że jego pa­sa­że­ro­wie ba­wi­li się gra­na­ta­mi i któ­ryś wy­buchł – i wszy­scy na po­kła­dzie zgi­nę­li.

Inna wer­sja, któ­rą opo­wie­dział mi mistrz sztuk wal­ki Pete Brus­so, któ­ry tre­nu­je żoł­nie­rzy pie­cho­ty mor­skiej w ba­zie szko­le­nio­wej Pen­dle­ton nie­da­le­ko San Die­go, za­kła­da, że Echa­nis wca­le nie le­ciał he­li­kop­te­rem. Był na zie­mi i za­nad­to za­ufał swo­im nad­ludz­kim zdol­no­ściom.

– Prze­chwa­lał się, że jeep może po nim prze­je­chać i nic mu się nie sta­nie – wy­ja­śniał Pete Brus­so. – Żoł­nie­rze sił spe­cjal­nych wsia­da­li do je­epa, Echa­nis kładł się na zie­mi, a sa­mo­chód po­wo­lut­ku po nim prze­jeż­dżał. To wca­le nie jest ta­kie trud­ne. Jeep waży tonę dwie­ście, po­dzie­lić to na czte­ry koła, poza tym, je­że­li prze­jeż­dża po czło­wie­ku po­wo­lut­ku, cia­ło ja­koś to znie­sie. Ale je­że­li przy­wa­lisz je­epem w czło­wie­ka le­żą­ce­go na zie­mi, ale po­jazd je­dzie szyb­ko, do­da­je się do tego ener­gia ki­ne­tycz­na.

Pete po­wie­dział, że Echa­nis za­ło­żył się z ja­ki­miś kum­pla­mi na­jem­ni­ka­mi, że nic mu się nie sta­nie, jak po nim prze­ja­dą, bo chciał do­wieść, że ni­cze­go się nie boi.

– No więc ten, co je­chał je­epem, nie wie­dział, że po­wi­nien zwol­nić – po­wie­dział Pete Brus­so. – I po her­ba­cie! – Za­śmiał się. – Zmarł od ura­zów we­wnętrz­nych. Tak sły­sza­łem.

– Uwa­ża pan, że ktoś póź­niej wy­my­ślił tę hi­sto­rię z he­li­kop­te­rem, żeby nie trze­ba było się za Echa­ni­sa wsty­dzić, a z dru­giej stro­ny, żeby nikt nie mu­siał od­po­wia­dać przed są­dem za jego śmierć? – spy­ta­łem.

– Cał­kiem moż­li­we – od­parł Pete Brus­so.

A jed­nak w żad­nej z tych hi­sto­rii o Mi­cha­elu Echa­ni­sie, któ­re czy­ta­łem lub któ­re mi opo­wie­dzia­no, nie zna­la­złem na­wet wzmian­ki o tym, że po­tra­fił uśmier­cić kozę wzro­kiem, więc je­śli cho­dzi o Ko­zie La­bo­ra­to­rium, by­łem w śle­pym za­uł­ku.

A co dziw­ne, kie­dy po­ru­sza­łem te­mat pa­trze­nia na kozy w mej­lach do by­łych to­wa­rzy­szy bro­ni i współ­pra­cow­ni­ków Echa­ni­sa, na­tych­miast i bez wy­jąt­ku prze­sta­wa­li mi od­pi­sy­wać. Za­czą­łem po­dej­rze­wać, że zwa­rio­wa­łem. Po ja­kimś cza­sie po­sta­no­wi­łem uni­kać ta­kich wa­riac­ko brzmią­cych słów, jak „za­bi­ja­nie wzro­kiem”, i za­miast tego za­da­wa­łem py­ta­nia brzmią­ce mniej wię­cej tak: „Czy wia­do­mo panu przy­pad­kiem coś na te­mat tego, że Mi­cha­el kie­dyś pró­bo­wał od­dzia­ły­wać na żywy in­wen­tarz na od­le­głość?”.

Na­wet wte­dy jed­nak prze­sta­wa­li od­po­wia­dać na moje mej­le. Kto wie, może rze­czy­wi­ście wpa­dłem przy­pad­kiem na ta­jem­ni­cę tak wiel­ką, że nikt nie chciał przy­znać, że co­kol­wiek o tym wie. Po­sta­no­wi­łem za­tem raz jesz­cze od­wie­dzić Glen­na Whe­ato­na.

– Pro­szę mi tyl­ko po­wie­dzieć, czyj to był po­mysł, to wpa­try­wa­nie się w kozy – tyl­ko to chciał­bym wie­dzieć.

Glenn wes­tchnął. I po­dał mi na­zwi­sko.

W cią­gu kil­ku na­stęp­nych mie­się­cy wszy­scy inni byli Ry­ce­rze Jedi po­da­wa­li mi to samo na­zwi­sko. Wciąż się po­ja­wia­ło. Poza ar­mią mało kto o nim sły­szał. A jed­nak ten wła­śnie czło­wiek za­in­spi­ro­wał Ry­ce­rzy Jedi do tego, co ro­bi­li. W isto­cie je­den czło­wiek, uzbro­jo­ny je­dy­nie w pa­sję do spraw nad­przy­ro­dzo­nych i wia­rę w nad­ludz­kie zdol­no­ści, wy­warł głę­bo­ki i jak do­tąd jesz­cze nig­dzie nie­opi­sa­ny wpływ na nie­mal każ­dy prze­jaw funk­cjo­no­wa­nia ar­mii ame­ry­kań­skiej. Z góry ska­za­ne na nie­po­wo­dze­nie pró­by przej­ścia przez ścia­nę ge­ne­rał Stub­ble­bi­ne po­dej­mo­wał wła­śnie z jego in­spi­ra­cji. Za jego rów­nież spra­wą – już bez klau­zu­li taj­no­ści – po­wstał słyn­ny dzię­ki te­le­wi­zji slo­gan za­chę­ca­ją­cy do wstę­po­wa­nia do ar­mii ame­ry­kań­skiej: „Bądź wszyst­kim, czym mo­żesz się stać”.

Się­gasz głę­bo­ko we­wnątrz sie­bie

Szu­ka­jąc rze­czy, któ­rych nig­dy przed­tem nie zna­łeś

Bądź wszyst­kim, czym mo­żesz się stać

Uda ci się

W ame­ry­kań­skiej ar­mii

Ten tekst re­kla­mo­wy zo­stał uzna­ny przez spe­cja­li­stycz­ny ma­ga­zyn „Ad­ver­ti­sing Age” za dru­gi w ko­lej­no­ści naj­sku­tecz­niej­szy dżin­giel w hi­sto­rii ame­ry­kań­skich re­klam te­le­wi­zyj­nych (zwy­cięz­cą zo­stał tekst: „Za­słu­gu­jesz na prze­rwę, więc wstań i ru­szaj do McDo­nal­da”). Ten slo­gan tra­fiał pro­sto w ser­ce po­ko­le­nia ab­sol­wen­tów uczel­ni w re­aga­now­skich la­tach osiem­dzie­sią­tych. Kto by uwie­rzył, że żoł­nierz, któ­ry przy­czy­nił się do po­wsta­nia tego tek­stu, miał tak nie­ziem­skie wy­obra­że­nie o tym, co może ozna­czać „wszyst­ko, czym mo­żesz się stać”?

Cho­ciaż czło­wiek ten był pe­łen naj­lep­szych in­ten­cji i kłę­bi­ły mu się w gło­wie my­śli o świa­to­wym po­ko­ju, był rów­nież, jak mia­łem póź­niej od­kryć, in­spi­ra­to­rem na­praw­dę dzi­wacz­nych form tor­tur, któ­re sto­so­wa­ły siły ame­ry­kań­skie w Ira­ku w maju 2003. Nie sto­so­wa­no ich w wię­zie­niu Abu Ghra­ib, w któ­rym nadzy irac­cy więź­nio­wie byli zmu­sza­ni do ma­stur­ba­cji i sy­mu­lo­wa­nia sek­su oral­ne­go z in­ny­mi więź­nia­mi. Od­by­wa­ły się one w prze­my­sło­wym kon­te­ne­rze, sto­ją­cym za nie­uży­wa­ną sta­cją ko­le­jo­wą w ma­łym mia­stecz­ku Al Kaim na gra­ni­cy sy­ryj­skiej. Tor­tu­ry te były na swój spo­sób rów­nie prze­ra­ża­ją­ce, jak okru­cień­stwa w Abu Ghra­ib, ale dla­te­go że nikt nie ro­bił zdjęć i dla­te­go, że pew­ną rolę od­gry­wał tu­taj Pur­pu­ro­wy Di­no­zaur Bar­ney, nie pi­sa­no o nich tak wie­le w pra­sie ani nie wzbu­dza­ły ta­kiej od­ra­zy na ca­łym świe­cie.

Wszyst­kie te rze­czy, jak rów­nież wpa­try­wa­nie się w kozę i wie­le, wie­le in­nych wy­da­rzeń, na­ro­dzi­ły się z in­spi­ra­cji po­my­sła­mi puł­kow­ni­ka na­zwi­skiem Jim Chan­non.

Prze­kład: Krzysz­tof Ma­zu­rek

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Na­ta­lia Si­ko­ra

Re­dak­cja: Do­mi­ni­ka Cie­śla

Ko­rek­ta: Ja­dwi­ga Pil­ler, Elż­bie­ta Ja­ro­szuk

Re­dak­cja tech­nicz­na: Iza­be­la Go­ła­szew­ska

Na I stro­nie okład­ki wy­ko­rzy­sta­no pla­kat fil­mo­wy. © Fo­rum Film

Wy­daw­nic­two W.A.B.

02-386 War­sza­wa, ul. Usy­pi­sko­wa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i ła­ma­nie: Kom­pu­te­ro­we Usłu­gi Po­li­gra­ficz­ne, Pia­secz­no, Żół­kiew­skie­go 7a

ISBN 978-83-7747-417-4

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Wydawnictwo W.A.B

i Michał Nakoneczny / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Człowiek, który gapił się na kozy #WstydźSię! Czy jesteś psychopatą? 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran