Czarna Księga Sekretów

Czarna Księga Sekretów

Autorzy: Fiona Higgins

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 229

cena od: 31.90 zł

Słyszeliście kiedyś o Czarnej Księdze Sekretów? Lepiej byłoby dla Was nic o niej nie wiedzieć...

Kiedy Ludlow Fitch dociera do położonej w górach wioski Pagus Parvus, jest posiniaczony i poobijany. Okrucieństwo jego rodziców przeszło wszelkie granice i chłopcu nie pozostało nic innego jak ucieczka. Trafia pod opiekę Joe Zabbidou - właściciela lombardu, w którym można zastawić nie tylko biżuterię, zegarki czy buty. Głównym towarem interesującym Zabbidou są ludzkie tajemnice. Czy Ludlow nadaje się na asystenta swojego opiekuna? Do tej pory korzystał w życiu głównie z talentu do opróżniania cudzych kieszeni. Szczęśliwie posiadł jednak także umiejętność pisania. Zabbidou powierza mu Czarną Księgę Sekretów, w której mają znaleźć się wszystkie ciemne sprawki. A tych nie brak w życiu mieszkańców wioski... Fiona E. Higgins połączyła elementy gotyckiej baśni, horroru i fantastyki w najlepszym wydaniu, dzięki czemu powstała niezwykle tajemnicza, ale też pouczająca opowieść o tym, jak trudne dla ludzi potrafią być niektóre wybory i doświadczenia.

Nominacja: Waterstone's Children's Book Prize

 

Na Czarną Księgę Sekretów Joego Zabbidou oraz pamiętniki Ludlowa Fitcha natknęłam się w dość niezwykły sposób. Były one ciasno zrolowan e i ukryte w zagłębieniu pewnej drewnianej nogi. W jaki sposób noga ta dostała się w moje ręce, jest w tej chwili sprawą drugorzędną. Liczy się historia, którą opowiadają owe dokumenty.

Niestety ani Czarna Księga Joego, ani pamiętniki Ludlowa nie zachowały się w nietkniętym stanie - kiedy je rozwinęłam, zobaczyłam, że doznały poważnych uszkodzeń. Stronice były kruche i poplamione wilgocią, a duża część tego, co przetrwało, stała się nieczytelna. Zachowane fragmenty i urywki przedstawiłam tu dokładnie w taki sposób, w jaki zostały napisane. Poprawiłam jedynie ortografię Ludlowa, która była doprawdy straszna. Co do brakujących części - mogłam jedynie uciec się do swojej wyobraźni, by wypełnić luki.

Odtworzyłam historię w sposób, jaki wydał mi się najlepszy. Lubię myśleć, że trzymałam się tak blisko prawdy, jak to tylko możliwe, biorąc pod uwagę nieliczne fakty, którymi dysponowałam. Nie roszczę sobie praw do autorstwa tej opowieści - jestem tylko kimś, kto spróbował przedstawić ją innym.

Fiona E. Higgins

 

"Czarna Księga Sekretów" pochwyci cię w swoje szpony.

Eoin Colfer

 

Napięcie nie pozwala czytelnikom usiedzieć spokojnie.

Scripps Howard News Service

 

Wyśmienita atmosfera w stylu powieści Dickensa. Książka dla tych, którzy mają dość naśladowców Harry'ego Pottera.

Booklist

 

"Czarna Księga Sekretów" mówi o sprawach tak ważnych, jak wolność i prawda.

Publishers Weekly

 

Ci, którzy uwielbiają fantastykę ze szczyptą historii, uznają "Czarną Księgę Sekretów" za książkę absolutnie doskonałą.

The Washington Post

F. E. Higgins

CZARNA KSIĘGA SEKRETÓW

przełożyła Agnieszka Walulik

Tytuł oryginału: The Black Book of Secrets

Copyright © F. E. Higgins 2007

The Black Book of Secrets was originally published by Macmillan Children’s Books, London

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2009

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2009

Wydanie I

Warszawa 2009

Spis treści

Dedykacja

Notka od F. E. Higgins

1 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

2 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

3 Przybycie

4 Poezja i zastawy

5 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

6 Wielkie otwarcie

7 Następnego ranka

8 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

9 Obadiasz Strang

10 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

11 Gość o północy

12 Fragment z Czarnej Księgi Sekretów

13 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

14 O żabach i nogach

15 Na językach

16 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

17 Horatio Cleaver

18 Fragment z Czarnej Księgi Sekretów

19 Niespokojna noc

20 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

21 Stirling Oliphaunt

22 Stirling zajmuje stanowisko

23 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

24 Jeremiasz ma plan

25 Kiedy kota nie ma

26 Fragment z Czarnej Księgi Sekretów

27 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

28 Perigoe Leafbinder

29 Fragment z Czarnej Księgi Sekretów

30 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

31 Niechętny posłaniec

32 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

33 Wymiana

34 Zgon

35 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

36 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

37 Resztki

38 Diagnoza

39 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

40 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

41 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

42 Fragment z Czarnej Księgi Sekretów

43 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

44 Strona wydarta z „Płazów półkuli południowej”

45 Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

46 Luźne wątki

Notka od F. E. Higgins

Dodatek

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Beatrix

Non mihi, non tibi, sed nobis

Notka od F. E. Higgins

Na Czarną Księgę Sekretów Joego Zabbidou oraz pamiętniki Ludlowa Fitcha natknęłam się w dość niezwykły sposób. Były one ciasno zrolowane i ukryte w zagłębieniu pewnej drewnianej nogi. W jaki sposób noga ta dostała się w moje ręce, jest w tej chwili sprawą drugorzędną. Liczy się historia, którą opowiadają owe dokumenty.

Niestety ani Czarna Księga Joego, ani pamiętniki Ludlowa nie zachowały się w nietkniętym stanie – kiedy je rozwinęłam, zobaczyłam, że doznały poważnych uszkodzeń. Stronice były kruche i poplamione wilgocią, a duża część tego, co przetrwało, stała się nieczytelna. Zachowane fragmenty i urywki przedstawiłam tu dokładnie w taki sposób, w jaki zostały napisane. Poprawiłam jedynie ortografię Ludlowa, która była doprawdy straszna. Co do brakujących części – mogłam jedynie uciec się do swojej wyobraźni, by wypełnić luki.

Odtworzyłam historię w sposób, jaki wydał mi się najlepszy. Lubię myśleć, że trzymałam się tak blisko prawdy, jak to tylko możliwe, jeśli wziąć pod uwagę nieliczne fakty, którymi dysponowałam. Nie roszczę sobie praw do autorstwa tej opowieści – jestem tylko kimś, kto spróbował przedstawić ją innym.

F. E. Higgins

Anglia

Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

Gdy tylko otworzyłem oczy, zrozumiałem, że nic w moim żałosnym, dotychczasowym życiu nie mogło się równać z tym, co czekało mnie teraz. Leżałem na zimnym klepisku w piwnicy oświetlonej przez pojedynczą świecę, którą od wypalenia dzieliła nie więcej niż godzina. Na krokwiach wisiały narzędzia medyczne. Ciemne plamy na podłodze przywodziły na myśl krew. Lecz tym, co do końca utwierdziło mnie w podejrzeniach, było krzesło znajdujące się pod przeciwną ścianą. Grube skórzane paski, umocowane do nóg i podłokietników, miały tylko jedną funkcję: przytrzymać opornego pacjenta. Nade mną stali Mamcia i Tatko.

– Obudził się – zapiała z radością Mamcia.

Tatko szarpnięciem podciągnął mnie na nogi. Trzymał mnie w żelaznym uścisku, z ręką wykręconą za plecami. Mamcia złapała mnie za włosy. Powiodłem wzrokiem po wyszczerzonych twarzach, które znajdowały się ledwie kilka centymetrów ode mnie. Wiedziałem, że nie znajdę ratunku u rodziców.

Jakiś człowiek, skryty do tej pory w mroku, wystąpił naprzód i wziął mnie pod brodę. Zmusił mnie do otwarcia ust i przesunął po dziąsłach czarniawym paluchem o obrzydliwym posmaku.

– Ile? – spytał Tatko, śliniąc się z niecierpliwości.

– Niezłe – powiedział mężczyzna. – Trzy pensy od sztuki. W sumie może ze dwanaście.

– Umowa stoi – odparł Tatko. – W końcu na co komu zęby?

– Mam nadzieję, że komuś się jednak przydają – stwierdził sucho mężczyzna. – Żyję z ich sprzedaży.

I cała trójka się roześmiała: Mamcia, Tatko i Barton Gumbroot, osławiony dentysta z Alejki Starokoźlej.

Gdy tylko ustalono z Bartonem cenę za moje zęby, wszyscy wzięli się do roboty. Wspólnymi siłami zaciągnęli mnie na fotel zabiegowy. Kopałem, wrzeszczałem, plułem i gryzłem – nie zamierzałem im niczego ułatwiać. Wiedziałem dobrze, z czego utrzymywał się Gumbroot: żerował na biedakach, którym wyrywał zęby, płacąc za nie grosze i odsprzedawał je potem za dziesięciokrotnie wyższą cenę. Umierałem ze strachu. Nic nie uchroni mnie przed bólem. Będę czuł wszystko. Każde przeszywające szarpnięcie.

Niewiele brakowało, by ich niecne zamiary się powiodły. Mamcia szarpała się ze sprzączką przy mojej kostce. Ręce trzęsły się jej po wczorajszym piciu. Tatko tymczasem próbował przytrzymać mnie na miejscu. Barton Gumbroot, ów odrażający potwór, czekał tuż obok ze swymi lśniącymi szczypcami, które na przemian rozwierał i zatrzaskiwał, śliniąc się przy tym i chichocząc. Uważam, że jego największą życiową przyjemnością było zadawanie innym bólu. Kochał to tak bardzo, że nie był w stanie dłużej czekać, i zanim się obejrzałem, poczułem zimny metal jego narzędzia tortur zaciskający się na przednim zębie. Barton zaparł się nogą o moje piersi i zaczął ciągnąć. Nie potrafię opisać bólu, jaki przeszył mi czaszkę, mózg i każde zakończenie nerwowe mojego ciała. Czułem się tak, jakby odrywano mi całą głowę. Ząb drgnął lekko w szczęce i w głowie eksplodowała mi kolejna, rozgrzana do białości fala bólu. Przez cały ten czas Mamcia i Tatko śmiali się jak szaleni.

Wściekłość wezbrała we mnie jak wzburzona fala. Usłyszałem ryk godny dzikiej bestii i wypełniła mnie nieokiełznana furia. Wolną nogą wymierzyłem Tatce mocnego kopniaka w brzuch, po którym zwalił się na podłogę. Zaskoczony Barton wypuścił szczypce. Złapałem je i walnąłem go w czaszkę. Odwiązałem sobie drugą nogę i zeskoczyłem z krzesła. Tatko jęczał na podłodze. Oparty o ścianę Barton trzymał się za głowę. Mamcia skuliła się w kącie.

– Nie bij mnie – jęknęła. – Nie bij mnie.

Nie będę zaprzeczał, że bardzo mnie kusiło, lecz miałem teraz jedną jedyną szansę na ucieczkę. Tatko niemal już się podniósł. Rzuciłem szczypce i w kilka sekund znalazłem się za drzwiami, wybiegłem po schodach i ruszyłem pędem alejką. Słyszałem wrzaski Mamci oraz krzyki i przekleństwa Tatki. Ilekroć się oglądałem, widziałem tylko jego wykrzywioną z wściekłości twarz i wygięte szczypce Bartona, połyskujące w żółtym świetle gazowych lamp.

W biegu zastanawiałem się, dokąd uciekać. Znali tak wiele moich kryjówek. Postanowiłem spróbować u pana Jellico, lecz gdy dotarłem do jego sklepu, wszystko było pogrążone w ciemnościach, a żaluzje spuszczone. Zacząłem walić w szybę i nawoływać, ale nie było odzewu. Przekląłem swój zły los. Wiedziałem, że jeśli pana Jellico nie ma w domu o tak późnej porze, to równie dobrze może wrócić dopiero za kilka dni. Lecz w obecnej sytuacji wiedza ta była mi niewielką pomocą.

Zatem dokąd teraz? Do mostu nad rzeką Smrodnicą i do Gospody pod Zręcznym Palcem. Może poratuje mnie Betty Peggotty, karczmarka. Wybiegłem z alejki na ulicę, lecz już tam na mnie czekali.

– Jest! – wrzasnęła Mamcia i znów ruszył pościg.

Zaskoczyli mnie, zwłaszcza Tatko, swoją wytrzymałością. Nie spodziewałem się, że dadzą radę biec tak długo. Gonili mnie co najmniej pół mili, wzdłuż niebrukowanych alejek i brudnych ulic. Gnałem nad rzekę, potykając się o ludzi i umykając wyciągniętym dłoniom. Ilekroć spoglądałem do tyłu, wydawali się bliżej. Wiedziałem, co mnie spotka, jeśli znowu mnie złapią. Ból w krwawiącej szczęce nie pozostawiał co do tego żadnych złudzeń.

Kiedy wreszcie dotarłem nad rzekę, ledwo mogłem utrzymać się na nogach. W połowie mostu dostrzegłem nagle jakiś powóz stojący pod Zręcznym Palcem. Dokładnie w chwili gdy jego koła zaczęły się obracać, wskoczyłem na tył i złapałem z całej siły. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, zanim powóz odjechał, był widok opadającej na kolana Mamci. Wrzeszczała na mnie znad rzeki, a ten potwór, Barton Gumbroot, zapamiętale wygrażał mi pięścią.

*

Nazywam się Ludlow Fitch. Podobnie jak niezliczone mrowie innych osób, miałem wielkie nieszczęście urodzić się w Mieście – cuchnącym miejscu, które nie zasługuje nawet na nazwę. I umarłbym tam, gdyby nie Mamcia i Tatko. Choć nie było to ich zamiarem, wydając mnie w ręce Bartona Gumbroota, ocalili swego jedynego syna. Ten ich diaboliczny plan był prawdopodobnie najlepszą rzeczą, jaka kiedykolwiek mi się przytrafiła. Doprowadził do zakończenia mojej dawnej egzystencji i rozpoczęcia nowej: życia u boku Joego Zabbidou.

Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, lecz załapałem się na podróż powozem należącym do pana Jeremiasza Ratcheta, który właśnie nim jechał. Telepaliśmy się tak przez wiele godzin. On chrapał w środku głośno jak miech, tak że słyszałem go ponad terkotem kół w koleinach – ja zaś wisiałem na zewnątrz niczym małpka kataryniarza. Pogoda się popsuła i zaczął padać śnieg. Droga stała się węższa, wyboje natomiast większe, głębsze i częstsze. Woźnica nie troszczył się zupełnie o komfort pasażera. Gdyby nie to, że zaciśnięte dłonie zesztywniały mi z zimna, równie dobrze mógłbym zlecieć. Pomimo tych niewygód oraz przewracających się w brzuchu wnętrzności (cierpię na straszliwą chorobę lokomocyjną) pod koniec podróży zacząłem przysypiać. Powóz zaś wspinał się na strome wzgórze i w końcu dotarliśmy do miejsca, które tymczasowo miało stać się mym domem – była to górska wioska o nazwie Pagus Parvus.

W żadnych innych okolicznościach nie zdecydowałbym się na przyjazd do tej mieściny, lecz tamtej nocy cel podróży nie zależał ode mnie. W końcu powóz stanął pod jakimś dużym domem i woźnica zszedł z kozła. Usłyszałem, jak stuka w drzwiczki pojazdu.

– Panie Ratchet – zawołał. – Panie Ratchet!

Nie było odpowiedzi, więc wszedł do domu i zadzwonił po służącą. Na zewnątrz wyszła młoda dziewczyna z niezbyt zadowoloną miną. Woźnica nazywał ją Polly. Wspólnymi siłami wciągnęli Ratcheta po schodach przy wtórze chrapania (jego) i posapywania (ich), po czym zaciągnęli go do środka. Korzystając z okazji, zeskoczyłem na ziemię i zajrzałem ukradkiem do powozu, gdzie znalazłem skórzaną sakiewkę, wzorzysty jedwabny szal z frędzlą oraz parę rękawiczek. Szal owinąłem sobie wokół szyi, zaś rękawiczki wsunąłem na zdrętwiałe palce. W sakiewce było jedynie kilka miedziaków, lecz zawsze to coś. Wyszedłem z powrotem i ujrzałem stojącą w progu służącą, która patrzyła wprost na mnie. Na twarzy miała lekki uśmiech, przez długą chwilę patrzyła mi prosto w oczy. Usłyszałem powracającego woźnicę i wiedziałem, że pora się zbierać. Miałem do wyboru dwa kierunki – albo w górę zbocza, albo w dół. Z jakiegoś powodu wybrałem to pierwsze.

Wzgórze było zdradziecko śliskie. Wspinając się na nie, usłyszałem, jak dzwon na wieży kościoła wybija czwartą nad ranem. Śnieg przestał padać, lecz wiatr ciął ostro jak nóż i wiedziałem, że muszę znaleźć schronienie. Pomimo późnej godziny i braku ulicznych lamp widoczność była na tyle dobra, że szedłem w miarę swobodnie. Drogę rozjaśniał mi nie księżyc – on bowiem wyglądał tej nocy zaledwie jak cieniutki okrawek – lecz światła palące się w oknach domów. Wyglądało na to, że nie tylko ja byłem jeszcze na nogach.

Przystanąłem przed pustym budynkiem na szczycie wzgórza. Stał samotnie w cieniu kościoła, opuszczony i oddzielony od innych zabudowań przez wąską uliczkę. Rozglądałem się właśnie za jakimś wejściem, gdy nagle usłyszałem dźwięk zbliżających się po śniegu kroków. Czmychnąłem za róg i przyczaiłem się. Z góry nadchodził ostrożnie jakiś przygarbiony mężczyzna. Na ramieniu niósł sporą drewnianą łopatę i mruczał coś pod nosem. Przeszedł, prawie ocierając się o mnie, lecz nie patrzył ani na prawo, ani na lewo, i w końcu zniknął po drugiej stronie ulicy.

Gdy tylko wtopił się w noc, pojawił się jakiś inny człowiek. Po dziś dzień pamiętam, że wyłonił się z mroku jakby za sprawą magii. Patrzyłem, jak miarowo wspina się w moim kierunku. Stawiał długie kroki i szybko przemierzył dzielącą nas odległość. Kulał. Prawą nogę stawiał ciężej od lewej, a odciski jednej stopy były głębsze niż drugiej.

Zdaje się, że byłem pierwszą osobą w miasteczku, która ujrzała Joego Zabbidou – a już na pewno ostatnią. Czy to przypadek sprawił, że obaj przybyliśmy tam w tym samym czasie? Podejrzewam, że było to dziełem jakiejś innej mocy. W przeciwieństwie do mnie Joe przed niczym nie uciekał. Miał swój cel, jednak dobrze go ukrywał.

Przybycie

Niełatwo dokładnie opisać Joego Zabbidou. Jego wieku nie dało się określić. Nie był ani tęgi, ani chudy – chyba raczej wąski. Był też wysoki, co w Pagus Parvus działało zdecydowanie na niekorzyść. Początki wioski datowały się od czasów, gdy ludzie byli o dobre piętnaście centymetrów niżsi i wznosili dla siebie odpowiednio mniejsze siedziby. Ponadto powstała w latach „Wielkiego Braku Drewna”. Król wydał wtedy dekret nakazujący za wszelką cenę oszczędzać ów budulec – skutkiem tego drzwi i okna robiono mniejsze niż zazwyczaj, sufity zaś były wyjątkowo niskie.

Joe miał odzienie stosowne do miejscowej pogody, choć niezgodne z obowiązującą modą na płaszcze z wysokim kołnierzem. Zamiast tego nosił opończę w kolorze przygaszonej zieleni, zapinaną na srebrne pętelki, która sięgała mu aż po kostki. Była zrobiona z najlepszej wełny jocastara. Jocastary – zwierzęta podobne do owiec, lecz o dłuższych, delikatniejszych nogach i subtelniejszym wyglądzie – żyły niegdyś wysoko w górach półkuli północnej. Liniały raz do roku, w okolicach września, i jedynie najzręczniejsi wspinacze odważali się wtedy zapuszczać na wysokości, gdzie powietrze staje się rzadsze, by zbierać ich wełnę. Wracając do opończy: podszyta była najbardziej miękkim futrem świata – szynszylą.

Na nogach nosił Joe czarne skórzane boty, wyglansowane na wysoki połysk i częściowo zasłonięte zaprasowanymi mankietami fioletowych spodni. Wokół szyi miał zamotany jedwabny szalik, na uszy zaś nasunięta była futrzana czapa w kształcie przypominającym rondel. Nie mogła ona zakryć wszystkich włosów i spod spodu wysuwało się parę srebrzystych pasemek.

Z każdym krokiem Joego pobrzękiwał dźwięcznie pęk przymocowanych do pasa kluczy, które obijały mu się o udo. Na prawym ramieniu nosił steraną, pękającą w szwach skórzaną torbę, w lewej ręce zaś – wilgotną, ściąganą sznurkami sakwę, z której nieustannie dobiegało rechotanie.

Szybko i cicho wspinał się Joe wzdłuż stromej ulicy, póki nie dotarł do ostatniego budynku po lewej stronie. Był to opuszczony sklep. Za nim znajdował się otoczony murem cmentarzyk, wyznaczający granicę wioski, na terenie którego stał kościół. Dalej droga ciągnęła się w szarą pustkę. Na progu sklepiku i w kątach sfatygowanych okien zebrał się śnieg. Ze ścian obłaziła farba, nad wejściem zaś skrzypiał na ostrym wietrze stary szyld w kształcie kapelusza. Joe obrzucił przelotnym spojrzeniem ulicę ciągnącą się do stóp wzgórza. Do świtu było jeszcze dość daleko, lecz zza wielu zasłon i okiennic przebłyskiwało żółte światło lampek olejnych i świec, a kilka razy Joe dostrzegł zarysy przechodzących pod oknami postaci. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– Oto odpowiednie miejsce – stwierdził, po czym wkroczył do środka.

Sam sklepik był doprawdy maleńki. Odległość między witryną a kontuarem wynosiła nie więcej niż trzy kroki. Joe wszedł za ladę i otworzył solidne drzwi, które prowadziły do pokoju na zapleczu. Przez malutkie okienko w przeciwległej ścianie wpadała mleczna poświata księżyca, która rozjaśniała nieco mrok. Meble były nieliczne i zużyte: dwa drewniane krzesła i stół, mała kuchenka oraz wąskie łóżko przysunięte do ściany. Kominek z kolei był ogromny. Mierzył ze dwa metry wszerz i prawie metr w głąb, zajmując tym samym niemal całą szerokość pokoju. Po obu stronach stały wyblakłe fotele. Nie było to wiele, ale wystarczało.

Nie zważając, że jest środek nocy, Joe zaczął się urządzać. Odkręcił knot i zapalił stojącą na stole lampę. Odwinął szalik, zdjął czapkę, rozpiął opończę i położył wszystko na łóżku. Następnie otworzył swoją torbę i wysypał jej zawartość na stół, obserwowany przez stojącą za oknem milczącą postać. Obserwator nawet nie drgnął, choć jego i tak już duże, ciemne oczy rozszerzały się do granic możliwości, w miarę jak Joe wyciągał swoje ubrania, buty, kolekcję błyskotek i świecidełek, trochę całkiem dobrej biżuterii, dwa bochenki chleba, flaszkę porteru, jeszcze jedną butelkę, tym razem z ciemnego szkła i nieoznakowaną, cztery zegarki (ze złotymi łańcuszkami), mosiężną lampę sztormową, prostokątny szklany pojemnik z dziurkowanym wieczkiem, dużą czarną książkę, pióro i buteleczkę inkaustu oraz wypolerowaną drewnianą nogę z mahoniu. Torba była zaskakująco pojemna.

Joe zręcznie złożył szklany pojemnik, po czym wziął sakwę i poluzował sznurki. Położył ją delikatnie na stole, a sekundę później spośród fałd wyłoniła się nieśmiało żaba – wyjątkowy okaz o wielu barwach i inteligentnym wyrazie oczu. Joe z niezwykłą ostrożnością podniósł ją i umieścił w pojemniku, gdzie stworzenie zamrugało leniwie, po czym zaczęło w zamyśleniu posilać się suszonymi owadami.

Nagle, gdy Joe wrzucał do środka kolejnego insekta, jego ciało niemal niedostrzegalnie zesztywniało. Nie oglądając się nawet za siebie, wyszedł z pokoju, podczas gdy obserwujące go oczy podążyły za nim ciekawie. Nie widziały jednak, jak Joe wymyka się na ulicę. Żadne ludzkie ucho nie słyszało, jak podkradał się na tyły sklepu, gdzie nagle rzucił się na stojącą przy oknie postać i przyciągnął ją do światła, trzymając za wychudły karczek.

– Czemu mnie szpiegujesz? – spytał głosem, który domagał się bezzwłocznej odpowiedzi.

Trzymał chłopca w tak mocnym uścisku, że ten niemal dusił się własnym kołnierzem, jego stopy zaś ledwo dotykały ziemi. Dzieciak próbował coś powiedzieć, lecz strach i zaskoczenie odebrały mu mowę. Mógł tylko na przemian otwierać i zamykać usta, jak wyciągnięta z wody ryba. Joe potrząsnął nim i powtórzył pytanie, choć mniej szorstkim tonem. Gdy znów nie otrzymał odpowiedzi, puścił chłopaka, który wylądował na śniegu niczym kupka nieszczęścia.

– Hm – Joe wbił w chłopca długie, twarde spojrzenie.

Była to doprawdy bledziutka i żałosna postać: niewyrośnięta, niedożywiona i drżąca tak bardzo, że można było niemal usłyszeć grzechot kości. Za to oczy miała uderzające: ciemnozielone z plamkami żółtego, otoczone ciemnymi obwódkami. Skóra chłopca dorównywała śniegowi pod względem barwy i temperatury. Joe westchnął i podciągnął go na nogi.

– Jak się nazywasz? – spytał.

– Fitch – odparł chłopak. – Ludlow Fitch.

Poezja i zastawy

Ludlow siedział w milczeniu przy stole, trzęsąc się nieustannie, podczas gdy Joe rozniecał ogień. Po chwili nad płomieniami zawisnął czarny od sadzy garnek. Joe co chwila mieszał jego zawartość.

– Masz ochotę na zupę?

Ludlow skinął głową, a wtedy Joe przelał zawiesistą mieszaninę do dwóch misek, po czym postawił je na stole. Chłopiec zaczął hałaśliwie pochłaniać swoją porcję, ładując do ust przelewającą się łyżkę.

– Skąd jesteś?

Ludlow otarł zupę z brody.

– Z Miasta – zdołał wyszeptać.

– Rozumiem. Chcesz tam wrócić?

Chłopiec gwałtownie potrząsnął głową.

– Nie winię cię. Z mojego doświadczenia wynika, że Miasto to miejsce zgnilizny i chorób, pełne najgorszych szumowin ludzkości. Tych, co upadli najniżej, jak się da.

Ludlow znowu skinął głową; chłeptał jednocześnie resztki z miski, przez co zupa pociekła mu na kołnierz szarej koszuli. Bez wahania przyłożył splamiony materiał do ust i wyssał płyn. Joe przyglądał mu się bez uśmiechu, lecz w jego oczach widać było rozbawienie.

– Więc czym się zajmowałeś w Mieście?

Ludlow odstawił naczynie. Pokrzepiająca zupa przywróciła życie jego przemarzniętym członkom.

– Wszystkim po trochu – odparł wymijająco, lecz pod intensywnym spojrzeniem Joego dokończył: – ale głównie złodziejstwem.

– Twoja szczerość jest bardzo krzepiąca, Ludlow, ale wątpię, byś znalazł tu pole do popisu – stwierdził Joe sucho. – To mała wioska. Niewiele można stąd zabrać.

– Zawsze potrafię coś znaleźć – odparł Ludlow z dumą.

– Pewnie tak. – Joe roześmiał się, patrząc na chłopca z namysłem. – Powiedz mi, czy masz jakieś inne umiejętności?

– Szybko biegam i potrafię skulić się tak bardzo, że wejdę nawet w najmniejszą szparę.

Trudno było określić, czy wywarło to na Joem jakiekolwiek wrażenie.

– Nie wątpię, że to bardzo przydatne – przyznał – ale co z wykształceniem? Czy potrafisz pisać i czytać?

– Oczywiście – odparł Ludlow, jakby głupotą było sugerowanie czegoś innego.

Jeśli nawet Joe był zaskoczony, to tego nie okazał.

– Zobaczmy, jak sobie radzisz.

Pogrzebał w stosiku na stole, po czym wręczył chłopcu pióro, kałamarz oraz skrawek papieru.

Ludlow zastanawiał się przez chwilę, po czym zaczął powoli stawiać nieładne, pająkowate litery, wysuwając przy tym koniuszek języka:

Wjersz

Krulik łagodne to jest stfożonko

Co mięłkie ma fótro i maha ogonkiem

Za dnia trafki na zomb złapie

Nocom w noże smacznie hrapie.

Joe pogładził się po brodzie, by ukryć uśmiech.

– Kto cię uczył pisać? Rodzice?

Ludlow prychnął na samą myśl.

– Moi rodzice nie dbali ani o słowo pisane, ani o mnie. Nauczył mnie pan Lembart Jellico, właściciel lombardu w Mieście.

– Lembart Jellico? – powtórzył Joe. – To niezmiernie ciekawe.

– Zna go pan? – spytał Ludlow, lecz Joe zajęty był właśnie szukaniem kolejnej kartki papieru.

– Napisz to – polecił, po czym podyktował kilka zdań, które Ludlow uważnie zanotował i oddał do sprawdzenia.

– Zabbidou pisze się przez dwa b – stwierdził Joe – no ale skąd miałeś to wiedzieć.

Odsunął się o krok i wbił w Ludlowa przeciągłe, twarde spojrzenie. Chłopak wyglądał jak tyle innych dzieciaków z Miasta – był chudy i brudny. Zapachem też zdecydowanie się od nich nie różnił. Jego odzież ledwo nadawała się do użytku (z wyjątkiem szalika i rękawiczek, które były o wiele lepszej jakości), na jego twarzy zaś malowała się nieufność, zdradzająca nieszczęśliwą przeszłość. Był posiniaczony i miał spuchniętą wargę, lecz w jego ciemnych oczach kryła się iskra inteligencji – i coś jeszcze.

– Mam dla ciebie pracę, jeśli chcesz.

Oczy Ludlowa zwęziły się.

– Opłacalną?

Joe ziewnął.

– Pomówimy o tym jutro. Teraz czas na sen.

Rzucił Ludlowowi swój płaszcz i chłopiec ułożył się przy kominku. Nigdy jeszcze nie dotykał tak miękkiego futra – otulało mu nogi niemal samo z siebie. Ludlow patrzył przez półprzymknięte powieki, jak Joe wyciąga się na łóżku po przeciwnej stronie pokoju, z lekko ugiętymi nogami, i zaczyna pochrapywać. Kiedy zyskał pewność, że mężczyzna zasnął, wyciągnął sakiewkę, którą ukradł z powozu, i ukrył ją za obluzowaną cegłą w ścianie. Potem sięgnął po kartkę papieru i przeczytał ją jeszcze raz.

Nazywam się Joe Zabidou

i biore w zastaw tajemnice.

Jestem Nabywcą Tajemnic.

„Tajemnice pod zastaw?” – zastanowił się Ludlow. Co to niby ma znaczyć? Lecz nie rozmyślał nad tym zbyt długo, gdyż wkrótce odpłynął w sen pełen szalonych widziadeł, od których serce waliło mu w piersiach.

Fragment pamiętników Ludlowa Fitcha

Nie zamierzałem zdradzać Joemu, że byłem kieszonkowcem, i nie wiem, dlaczego powiedziałem mu prawdę. Co do zastawów, znałem się na nich doskonale. Dość się nachodziłem po lombardach, kiedy mieszkałem w Mieście. Gdy tylko Mamcia i Tatko zwinęli coś, z czego nie mieli pożytku, natychmiast to zastawiali. Albo posyłali mnie, żebym to zrobił. Miasto roiło się od lombardów, można je było znaleźć praktycznie na każdym rogu. Działały przez całą dobę. Największy tłok panował w nich po niedzieli, kiedy wszyscy przepili już swoje zarobki albo przegrali je w karty. Możecie mi wierzyć, w poniedziałkowe przedpołudnia w witrynie lombardu było na co popatrzeć. Ludzie przynosili wszystko: koszule, stare buty, fajki, sztućce – cokolwiek, za co mogli dostać choć pół pensa.

Jednak właściciele lombardów nie przyjmowali wszystkiego jak leci. I wcale nie dawali korzystnych cen. Ale gdy ludzie skarżyli się na oszustwo, słyszeli w odpowiedzi: „Nie jestem instytucją dobroczynną. Bierz albo zabieraj się stąd”.

I ludzie zazwyczaj brali, co im oferowano, bo nie mieli wyboru. Oczywiście zawsze można było wykupić to, co się zastawiło, ale wtedy trzeba było zapłacić więcej. Na tym właśnie zarabiali właściciele lombardów – bogacili się kosztem ubogich.

Jednak Lembart Jellico różnił się od pozostałych. Przede wszystkim jego sklepik krył się w głębi wąskiej alejki, a nie przy samej Ulicy Zastawnej. Można go było znaleźć dopiero wtedy, kiedy się już wiedziało, że tam jest, jeśli mnie rozumiecie. Ja trafiłem do niego tylko dlatego, że szukałem jakiejś kryjówki przed Mamcią i Tatkiem. Wejście do alejki było tak nieduże, że musiałem przełazić przez nie bokiem. Kiedy spojrzałem w górę, zobaczyłem jedynie cienki skrawek zadymionego miejskiego nieba. Sklepik pana Jellico znajdował się na samym końcu uliczki i z początku myślałem, że jest zamknięty, ale kiedy przycisnąłem nos do przeszklonych drzwi, otworzyły się do środka. Właściciel stał za ladą, lecz mnie nie zauważył. Wyglądał, jakby śnił na jawie.

Odkaszlnąłem.

– Przepraszam. – Mężczyzna ocknął się, mrugając. – W czym mogę ci pomóc, mój chłopcze? – spytał. Były to pierwsze uprzejme słowa, jakie usłyszałem tego dnia.

Dałem mu to, co ze sobą miałem – pierścień zsunięty z palca jakiejś pani (był to mój szczególny talent: potrafiłem oczarować pechowego przechodnia swym żałosnym spojrzeniem i w tym samym czasie wyzwolić go z ciężaru kosztowności). Brwi pana Jellico wygięły się do góry, gdy go zobaczył.

– Pewnie należy do twojej matki? – zapytał, lecz nie nalegał na odpowiedź.

Pan Jellico wyglądał na równie ubogiego, jak jego klienci. Nosił ubrania, po które nie wrócili właściciele (i których nie dał rady sprzedać). Miał białą skórę, nieprzyzwyczajoną do słońca i lekko połyskującą, jak wilgotne surowe ciasto. Jego długie paznokcie były zazwyczaj czarne, zaś pomarszczoną twarz pokrywała szara szczecina. Z koniuszka nosa zawsze zwisała mu mała kropelka, którą od czasu do czasu wycierał czerwoną chusteczką, trzymaną w kieszeni kamizelki. Tamtego dnia dał mi za pierścień szylinga, więc wróciłem dzień później z innymi łupami i dostałem kolejnego. Od tamtej pory chodziłem do niego, gdy tylko mogłem.

Nie wiem, czy pan Jellico cokolwiek zarabiał. W jego sklepie rzadko pojawiało się więcej niż kilku klientów, okno było brudne, a wystawa zazwyczaj dość pusta. Raz widziałem na półce bochenek chleba.

– Młoda dziewczyna – powiedział pan Jellico, kiedy go o to spytałem – wymieniła chleb na garnek, żeby ugotować szynkę. Wróci jutro z garnkiem i zabierze chleb. Może będzie trochę twardszy, ale zmięknie w wodzie.

Takie dziwne układy panowały między właścicielem lombardu a jego klientami!

Nie wiem, dlaczego pan Jellico okazywał mi taką dobroć, dlaczego spośród setek kręcących się po ulicach chłopców to właśnie mnie okazał współczucie. Niezależnie od przyczyn, nie zamierzałem się skarżyć. Opowiadałem mu o Mamci i Tatce, o tym, jak mnie traktowali, jak mało im na mnie zależało. Wiele razy, gdy było zbyt zimno, żeby przebywać na dworze, a ja bałem się wracać do domu, pozwalał mi się ogrzać przy kominku i częstował chlebem i herbatą. Nauczył mnie alfabetu oraz liczenia i pozwalał mi ćwiczyć na odwrocie starych kwitów. Pokazywał mi książki i kazał kopiować je strona po stronie, dopóki nie był zadowolony z mojego pisma. Zwracano mi uwagę, że mam nieco sztywny styl. Winą za to obarczam teksty, na których się uczyłem. Ich autorami byli ludzie poważni, piszący o wojnach, historii i wielkich myślicielach. Nie pozostawało tam wiele miejsca na humor.

W zamian za wykształcenie wykonywałem dla pana Jellico pewne zadania. Na początku wypisywałem metki z cenami towarów na wystawę, lecz w miarę jak moje pismo stawało się lepsze, pozwalał mi zapisywać oddane w zastaw przedmioty oraz przychody w księdze rachunkowej. Od czasu do czasu drzwi się otwierały i wchodził jakiś klient. Pan Jellico był rozmowny i lubił pogawędzić sobie dłuższą chwilę, zanim brał zastaw i wypłacał pieniądze.

Wiele godzin spędziłem na zapleczu sklepu, zaabsorbowany swoimi zadaniami. Mamcia i Tatko nigdy się o tym nie dowiedzieli. Nie widziałem żadnego powodu, by mówić im o panu Jellico: zażądaliby tylko, żebym coś mu ukradł. Miałem taką możliwość, i to wiele razy, lecz choć nie zawahałbym się przed zwinięciem kilku szylingów rodzicom, to pana Jellico nie mógłbym oszukać.

Chodziłbym do niego codziennie, gdybym mógł, ale nie zawsze był u siebie. Kiedy pierwszy raz zastałem sklep zamknięty, myślałem, że pan Jellico spakował się i wyjechał. Zaskoczyło mnie, że się nie pożegnał, chociaż przywykłem nie oczekiwać tego od ludzi. Ale wrócił po kilku dniach. Nie mówił, gdzie był, a ja nie pytałem. Po prostu cieszyłem się, że go widzę.

Trwało to niemal pięć miesięcy – aż do tego wieczora, kiedy uciekłem z Miasta. Tamtej pierwszej nocy, gdy leżałem przy kominku u Joego Zabbidou, żałowałem tylko jednego – że odszedłem, nie pożegnawszy się z Lembartem Jellico. Nie miałem wielkich nadziei na to, że jeszcze go zobaczę.

Gdy zatem Joe powiedział, że bierze pod zastaw sekrety – że jest „Nabywcą Sekretów” – ucieszyłem się. Wydawał się zupełnie inny niż pan Jellico i wiedziałem, że Pagus Parvus w niczym nie przypominało Miasta, ale nagle poczułem się bezpiecznie. Myślałem, że wiem, czego się spodziewać. Lecz oczywiście nie miałem jeszcze pojęcia, kim jest Nabywca Sekretów.

Redaktor prowadzący: Natalia Sikora

Redakcja: Katarzyna Leżeńska

Korekta: Agnieszka Jezierska, Alicja Chylińska

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Opracowanie okładki polskiej na podstawie wersji oryginalnej: Marek Goebel

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-457-0

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Wydawnictwo W.A.B.

i Magdalena Wojtas / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czarna Księga Sekretów Magia kości 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów