Bro

Bro

Autorzy: Władimir Sorokin

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 366

cena od: 34.90 zł

Bro, druga część trylogii Władimira Sorokina, zapoczątkowanej głośnym Lodem, obejmuje czasy poprzedzające akcję części pierwszej.

Rosja, pierwsza połowa dwudziestego wieku. Bohater powieści, Aleksander Sniegiriow, przychodzi na świat w momencie upadku na ziemię meteorytu tunguskiego. Dalsze losy Aleksandra są nieodmiennie związane z wydarzeniami historycznymi. Rewolucja, wojna, czasy stalinowskie nabierają u Sorokina fantastycznego, nieprawdopodobnego charakteru. Uciekając przed bolszewikami, bohater odnajduje lód, odkrywa prawdę o swej prawdziwej naturze, staje się pierwszym wybrańcem. Przybiera imię Bro i rozpoczyna poszukiwania pogrążonych w nieświadomości towarzyszy.

Autor zestawia autentyczne wydarzenia, mity i klisze, mające swe źródło zarówno w kulturze masowej, jak i literaturze pięknej, z fantasmagoryczną fabułą. Wartka akcja i płynnie prowadzona opowieść, przywodzące na myśl baśń czy powieść fantasy, zawierają przenikliwą, pesymistyczną diagnozę kultury rosyjskiej.

W serii ukazały się:

David Adams Richards Grzech miłosierdzia

Majgull Axelsson Kwietniowa czarownica

Majgull Axelsson Daleko od Niflheimu

Aharon Appelfeld Badenheim 1939

Aharon Appelfeld Droga żelazna

John Banville Zaćmienie

Attila Bartis Spokój

Samuel Beckett Sen o kobietach pięknych i takich sobie

Thomas Bernhard Wymazywanie

Javier Cercas Żołnierze spod Salaminy

Michel Faber Pod skórą

Michel Faber Szkarłatny płatek i biały

Jonathan Safran Foer Wszystko jest iluminacją

Laurent Gaudę Słońce Scortów

Julia Glass Trzy czerwce

Juan Goytisolo Makbara

Jan Guillou Zło

Michel Houellebecq Cząstki elementarne

Michel Houellebecq Platforma

Michel Houellebecq Poszerzenie pola walki

Michel Houellebecq Możliwość wyspy

Daniel Kehlmann Beerholm przedstawia

Imre Kertesz Los utracony

Imre Kertesz Kadysz za nienarodzone dziecko

Imre Kertęsz Likwidacja

Imre Kertesz Fiasko

Imre Kertesz Ja, inny. Kronika przemiany

Imre Kertesz Angielska flaga

Michaił Kononow Goła pionierka

Laszló Krasznahorkai Szatańskie tango

Karel van Loon Ojciec i ojciec

Harry Mulisch Procedura

Harry Mulisch Odkrycie nieba

Wiktor Pielewin Generation,P'

Wiktor Pielewin Mały palec Buddy

Wiktor Pielewin Życie owadów

Wiktor Pielewin Swifta księga wilkołaka

W.G. Sebald Wyjechali

Zeruya Shalev Życie miłosne

Zeruya Shalev Mąż i żona

Władimir Sorokin Lód

Jachym Topol Siostra

Jachym Topol Nocna praca

Mo Yan Kraina wódki

Oksana Zabużko Badania terenowe nad ukraińskim seksem

Juli Zeh Orły i anioły

Przełożyła Agnieszka Lubomira Piotrowska

Tytuł oryginału: Путь Бро Copyright © 2004 by Vladimir Sorokin Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B.& 2006 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2006 Wydanie I Warszawa 2006

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Dzieciństwo

Urodziłem się w roku tysiąc dziewięćset ósmym na południu guberni charkowskiej, w majątku mojego ojca Dmitrija Sniegiriowa. Ojciec podówczas był już najpotężniejszym rosyjskim właścicielem cukrowni i posiadał dwa majątki – w Waskiełowie pod Sankt Petersburgiem, gdzie się urodziłem, i w Basancach, na Ukrainie, gdzie sądzone mi było spędzić dzieciństwo. Prócz tego moja rodzina posiadała niewielki, ale przytulny drewniany dom w Moskwie na Ostożence i ogromne mieszkanie na Millionnej w Sankt Petersburgu.

Majątek w Basancach ojciec pobudował sam w „jaskiniowej epoce przemysłu cukrowniczego”, kiedy to kupił dwa tysiące dziesięcin urodzajnej ukraińskiej ziemi pod buraki cukrowe. Był pierwszym rosyjskim właścicielem cukrowni, który postanowił założyć własne plantacje, a nie dawnym zwyczajem skupować buraki od chłopów. I wraz z dziadkiem zbudowali w Basancach cukrownię. Rodzina nie odczuwała raczej potrzeby posiadania kolejnego majątku, bo mieszkała już w stolicy. Ale zapobiegliwy dziadek nalegał, powtarzając, że „gospodarz w naszych niepewnych czasach winien być bliżej buraków i cukrowni”.

Ojciec nie darzył zbytnią sympatią Basanc.

– Kraj chochłackich much! – powtarzał często.

– Muchy lecą na twój cukier! – żartowała mateczka.

Po prawdzie much tam było aż nadto. Upał panował całe lato. Ale zima była cudowna – łagodna i śnieżna.

Majątek w Waskiełowie ojciec nabył później, kiedy został już prawdziwie bogatym człowiekiem. Był to surowy stary dwór z kolumnami i dwiema oficynami. Właśnie w nim sądzone mi było przyjść na świat. Poród okazał się przedwczesny o całe dwa tygodnie. Podług słów mateczki, przyczyną była zadziwiająca pogoda, panująca owego dnia – trzydziestego czerwca. Pomimo bezchmurnego nieba i bezwietrznej aury nagle rozległ się łoskot dalekiego gromu. Piorun był niezwykły: mama nie tylko posłyszała go, ale też poczuła płodem, to znaczy mną.

– Grom dosłownie cię wypchnął – opowiadała. -Urodziłeś się lekko i ważyłeś tyle, ile donoszone dziecko.

Tejże nocy, z trzydziestego czerwca na pierwszego lipca, północną część nieba rozjaśniło niezwykłe i mocne światło, dlatego właściwie nocy jako takiej w ogóle nie było: wieczorną zorzę zamieniła od razu poranna. Bardzo dziwne zjawisko, bo białe noce zanikają już pod koniec czerwca. Mateczka żartowała:

– Niebo świeciło na twoją cześć.

Urodziła mnie na twardej i zawsze zimnej kanapie w gabinecie ojca: skurcze chwyciły ją w trakcie „błahej rozmowy o starym klombie i nowym ogrodniku”. Naprzeciwko kanapy, wzdłuż całej ściany, ciągnęły się dębowe półki z głowami cukru. Każda, formowana z dorocznego urodzaju, ważyła pud. Na każdej też odciśnięto rok plonu. Masywne białe stożki z najlepszej rafinady z pewnością były pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem na tym świecie. W każdym razie weszły do mojej dziecięcej pamięci na równych prawach z obrazami matki i ojca.

Na chrzcie otrzymałem imię Aleksander na cześć rosyjskiego świętego i dowódcy Aleksandra Newskiego oraz na pamiątkę mojego pradziadka Aleksandra Sawwicza, protoplasty kupieckiego rodu Sniegiriowów. Różnie mnie nazywano: ojciec – Aleksandrem, mama – Szurą, cioteczki – Saszeńką, siostry – Szureńką, starszy brat Wasilij – Aleksem, brat Wania – Sanią, guwernantka, madame Panaget – Sasza, strażnik Froł – Laksandrem Dmitryczem, koniuszy Gawriła – małym paniczem.

W rodzinie było siedmioro dzieci: czterech synów i trzy córki, z których jedna, Nastia, urodziła się garbuską. Jeszcze jeden chłopiec umarł na paraliż dziecięcy w wieku pięciu lat.

Byłem późnym dzieckiem – od najstarszego z braci, Wasilija, dzieliło mnie siedemnaście lat.

Ojciec był wysokim, łysawym i ponurym człowiekiem o długich i silnych rękach. W jego charakterze splatały się energia, rzetelność, posępna refleksyjność, gburowatość i żądza władzy. Czasem przypominał mi maszynę, która regularnie się psuła, sama się naprawiała i znów sprawnie działała. Ojciec wielbił postęp i wysyłał zarządców swoich czterech fabryk na naukę do Anglii. Ale sam zagranicy nie lubił, powtarzając, że,,u nich tam trzeba chodzić po linie". Był całkowicie pozbawiony zdolności językowych i po francusku znał może trzydzieści wyuczonych na pamięć zdań. Mama opowiadała, że za granicą czuł się zagubiony i nieswój. Ojciec pochodził ze starego kupieckiego rodu saratowskich handlarzy ziarnem, którzy stopniowo stali się fabrykantami. Do wielkiej rodziny Sniegiriowów należały cztery cukrownie, fabryka wyrobów cukierniczych i przedsiębiorstwo transportu wodnego. W młodości ojciec studiował na Uniwersytecie Saratowskim na wydziale politechnicznym, ale z niezrozumiałych przyczyn zrezygnował z nauki na trzecim roku. I od razu wprzągł się w rodzinny interes. Raz na dwa miesiące wpadał w ponury ciąg alkoholowy (trwający na szczęście nie dłużej niż trzy doby), nierzadko rozbijał meble i wymyślał matce od ostatnich, ale ani razu nie podniósł na nią ręki. Kiedy wytrzeźwiał, zawsze prosił ją o wybaczenie, jechał do łaźni, potem kajać się w cerkwi. Ale nie był głęboko wierzący.

Dziećmi nie zajmował się w ogóle. Chowaliśmy się pod opieką mateczki, nianiek, guwernantek i niezliczonych krewnych, od których roiły się oba majątki.

Moja matka była ucieleśnieniem ofiarnej rosyjskiej kobiety, która zapominała o sobie w imię dzieci i szczęścia rodzinnego. Obdarzona niezwykłą urodą (w połowie Osetyjka, w połowie Kozaczka znad Tereku), gorącym sercem i szeroką duszą oddała swoją bezinteresowną miłość najpierw ojcu, który zakochał się w niej do nieprzytomności na targach w Niżnym Nowogrodzie, potem nam, dzieciom. Ponadto matka była do szaleństwa gościnna: gość, który przypadkowo do nas zajrzał, zdecydowanie nie miał już szansy wyjechać.

Chociaż dorastałem jako najmłodszy w rodzinie, nie należałem do ulubieńców: ojciec okazywał życzliwość roztropnemu i posłusznemu Ilji, widząc w nim spadkobiercę, mama uwielbiała ładnego i delikatnego Wanię, wielbiciela książek o królach i pierogów z wiśniami. Siłacz i żartowniś Wasilij dla ojca był wisusem, któremu,,w głowie czarci groch tłuką", a ja – szałaputem. Moje trzy siostry praktycznie nie różniły się charakterem: energiczne, kochające życie, w miarę egocentryczne i w miarę wrażliwe, równie łatwo i długo potrafiły rozpaczać, jak i się śmiać. Wszystkie trzy namiętnie muzykowały; garbata Nastieńka osiągała największe sukcesy, poważnie szykując się do kariery pianistki. Siostry różniły się tylko stosunkiem do ojca. Starsza, Arisza, ubóstwiała go, średnia, Wasylisa, bała się, Nastia nienawidziła.

Rodzina mieszkała w czterech miejscach: Wasilij w Moskwie, gdzie z wielkimi bólami i w nieskończoność kształcił się na adwokata, Wasylisa i Arisza – w Petersburgu, Wania i Ilja – w Waskiełowie, a ja i Nastia – w Basancach.

Do dziewiątego roku życia mieszkałem i odbierałem wykształcenie w naszym dworze. Prócz guwernantki Francuzki, która uczyła mnie języków obcych i muzyki, miałem domowego nauczyciela nazwiskiem Didienko – młodzieńca o niepokaźnej powierzchowności i prowincjonalnych manierach, który cichym i przymilnym głosem przekazywał mi wszystko, co sam wiedział. Najbardziej lubił opowiadać o wielkich zdobywcach i ciałach niebieskich. Mówiąc o wyprawach Hannibala i zaćmieniu słońca, przeobrażał się, w jego mętnych oczach zaś pojawiał się blask. Jeszcze przed rozpoczęciem nauki w gimnazjum wiedziałem, czym różni się Attyla od Aleksandra Macedońskiego, ajupiter od Saturna. Najgorzej rzecz się miała z językiem rosyjskim i arytmetyką.

Przedgimnazjalne dzieciństwo było w pełni szczęśliwe. Ciepła i dobroczynna przyroda Ukrainy kołysała mnie jak kołyska: razem z synami rządcy łapałem ptaki i ryby, z ojcem pływałem po Dnieprze angielskim kutrem, z Francuzką zbierałem rośliny do zielnika, wygłupiałem się i muzykowałem z Nastią, jeździłem na pola buraczane i na kośbę ze strażnikiem, chodziłem do cerkwi z mateczką i ciotkami, z koniuchem uczyłem się jeździć wierzchem, a z Didienką wieczorami obserwowałem przez teleskop gwiazdy.

W sierpniu cała rodzina spotykała się w Waskiełowie.

Południowa ukraińska przyroda ustępowała miejsca rosyjskiej północy – miast kasztanów i topoli nasz biały dom z kolumnami otaczały groźne i mroczne jodły, a pomiędzy ich wiekowymi pniami przebłyskiwało jezioro. Od niego do domu prowadziły długie kamienne schody. Siedząc na ich omszałym granitowym stopniu i zwieszając nogi nad wodą, lubiłem rzucać kamienie do jeziora i patrzeć, jak powstaje na wodzie krąg, po czym szybko się rozszerza i mknie po tafli jeziora ku kamienistym brzegom.

Jezioro zawsze było zimne i spokojne, a nasza wieloosobowa rodzina – hałaśliwa i wielogłosa jak chmara wiosennego ptactwa. Tylko ponury i małomówny ojciec wydawał się w tym stadzie groźnym krukiem. Dobrze mi było pośród bliskich; ich krąg, jak kręgi na wodzie, rozszerzał się z każdym dniem, zapełniając oba majątki nowo przygarniętymi krewnymi i krewnymi tych krewnych. Bogactwo ojca, gościnność i serdeczność matki, domowa przytulność i dostatek przyciągały ludzi niby świeży miód. Rezydenci i rezydentki, pielgrzymujący mnisi i zapici aktorzy, wdowy po kupcach i zgrani do ostatniego grosza majorzy brzęczeli w salonach i oficynach niczym rój pszczół. W dni powszednie stół nakrywano do obiadu na około dwadzieścia osób. W dni świąteczne czy jakieś imieniny w jadalni północnego majątku zsuwano trzy stoły, a w Basancach wynoszono je do ogrodu, pod jabłonie.

Ojciec się temu nie sprzeciwiał. Zapewne lubił taki styl życia. Ale szczególnego zachwytu na jego twarzy w czasie owego rodzinnego ucztowania nie zauważyłem. Śmiał się i płakał, tylko kiedy był mocno pijany. Nigdy też nie słyszałem z ust ojca słowa „szczęście”. Czy był szczęśliwy? Nie wiem.

Mama bez wątpienia była szczęśliwa. Jej jasny duch, pełen umiłowania życia i sztuki, unosił się i szybował nad nami, chociaż często powtarzała, że „szczęście jest wtedy, kiedy kłopotów w bród i nie ma czasu na próżną zadumę”.

W tym ludzkim ulu rosłem zdrowo i szczęśliwie.

Zgodnie ze słowami mateczki, nie zamyślałem wiele, zeskakując w lipcowe południe z zakurzonej dwukółki stróża i pędząc przez amfiladę chłodnych pokoi ku dźwiękom Barkaroli,z bukiecikiem poziomek zebranych na dalekich łąkach i przewiązanych trawką, żeby wręczyć go grającej Nastieńce, jednocześnie zaś położyć na jej garbie żabę albo żuka, co powodowało wrzask, chlustanie we mnie niedopitym mlekiem, bicie nutami Pór roku, a wreszcie pojednanie i wspólne jedzenie poziomek na nagrzanym słońcem parapecie.

Tylko jedna dziwna rzecz w dzieciństwie napawała mnie lękiem i zarazem pociągała.

Często śnił mi się ten sam sen: widziałem siebie u podnóża potężnej góry, tak wysokiej i bezkresnej, że nogi się pode mną uginały. Góra była potwornie duża. Tak duża, że zaczynałem rozmiękać i kruszyć się jak chleb. Szczyt skrywał się w błękitnym niebie, bardzo wysoko. Tak wysoko, że cały się rozpadałem i niknąłem niczym bułka w mleku. Nic nie mogłem na to poradzić. A góra stała. I czekała, żebym popatrzył na jej szczyt. To wszystko, czego oczekiwała ode mnie. A ja za nic nie mogłem podnieść głowy. Jak miałem to zrobić, jeśli cały się rozpadałem i kruszyłem? Ale góra bardzo chciała, żebym popatrzył. Rozumiałem, że jeśli tego nie zrobię, to się rozsypię. I na zawsze zostanę taką chlebową breją. Ujmowałem głowę w ręce i zaczynałem ją podnosić. Podnosiła się, podnosiła, podnosiła. A ja patrzyłem, patrzyłem i patrzyłem na górę. Ale wciąż nie widziałem, nie widziałem i nie widziałem szczytu. Bo był wysoko, wysoko, wysoko. I przerażająco uciekał przede mną. Zaczynałem szlochać i dusić się. I wciąż podnosiłem i podnosiłem ciężką głowę. Nagle moje plecy się rozłamywały, cały rozpadałem się na mokre kawałki i padałem na wznak. Wtedy widziałem szczyt. Jaśniał ŚWIATŁOŚCIĄ. Taką, że w niej znikałem. I wtedy było mi tak straszliwie dobrze, że się budziłem.

Rano pamiętałem ten sen ze szczegółami i przy śniadaniu opowiadałem go rodzinie, ale nie robiło to na nich odpowiedniego wrażenia.

Ojciec z charakterystyczną dlań szorstką szczerością radził „mniej fantazjować, zażywać więcej świeżego powietrza”. Matka po prostu czyniła nade mną znak krzyża przed snem, kropiła mnie święconą wodą i kładła mi pod poduszkę obrazek Pantelejmona Uzdrowiciela. Siostry nie znajdowały w moim śnie niczego nadzwyczajnego. Bracia po prostu mnie nie słuchali.

Czasem w ciągu dnia zagadkowa góra to tu, to tam ukazywała się mnie jednemu: w postaci zaspy koło ganku, kawałka tortu na talerzu siostry, krzaku jałowca, przycinanego przez ogrodnika w kształt piramidy, metronomu Nastieńki, góry miałkiego cukru w cukrowni ojca, rogu mojej poduszki.

Niemniej jednak wobec zwykłych gór pozostawałem obojętny. Piękny atlas, zatytułowany Lesplusgrands fleuves et montagnes du monde,który pokazał mi Didienko, nie poraził mnie nagłym olśnieniem: pośród Mount Everestu, Jungfrau i Araratu nie było mojej góry. Tu widziałem po prostu jakieś zwykłe góry. A mnie się śniła Góra.

Stopniowo na moim rajskim dzieciństwie zaczęły pojawiać się pęknięcia. A przez nie przesączało się rosyjskie życie. Najpierw w postaci słowa „wojna”. Miałem sześć lat, kiedy usłyszałem je na tarasie naszego ukraińskiego dworu. Niecierpliwie wyczekiwaliśmy powrotu taty z cukrowni na obiad i na polecenie mateczki przystąpiliśmy już do posiłku, kiedy nagle zadudnił powóz i ojciec wszedł na taras jakoś wolniej niż zwykle. Poważny, zatrważająco uroczysty, w trzyczęściowym garniturze z nankinu, z białym kapeluszem i gazetą w rękach.

Rzucił gazetę na stół.

– Wojna!

Wyjął z kieszeni chustkę, otarł nią mocną, długą szyję.

– Najpierw austriacka swołocz, potem Prusacy. Chcieliby połknąć Serbię.

Siedzący przy stole mężczyźni powstawali z miejsc, obstąpili ojca i zaczął się rwetes. Nastia i Arisza zmieszane popatrzyły na matkę. Wyglądała na przestraszoną. Ja zaś, przeżuwając zbyt duży kęs kulebiaka z jajkiem, wbiłem wzrok w gazetę. Leżała tuż koło mnie, między karafką z napojem malinowym i półmiskiem z mięsem. Duże czarne słowo WOJNA było złożone na pół. Pod nim widniało mniejsze słowo SERBIA.Ono kazało mi przypomnieć sobie sierp, którym baby żęły pszenicę i grykę na naszych dworskich polach. Prusakami nazywano u nas rude karaluchy. Wyobrażając sobie, jak brunatną chmarą zaatakują żelazny SIERP i – ku przerażeniu żniwiarki – połkną go, wzdrygnąłem się i głośno wyplułem na gazetę nieprzeżuty kęs.

Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Mężczyźni półgłosem deliberowali, zebrani wokół ojca, który stał, jak zwykle, zbyt prosto, wysuwając silnie zarysowany podbródek, i mówił coś o ultimatum Austro-Węgier. Kobiety przycichły.

Ja zaś patrzyłem na nieprzeżuty kęs kulebiaka, leżący na czarnym słowie WOJNA. Nie wiem czemu, ale na całe życie stało się to dla mnie jej symbolem.

Potem wojna spowszedniała.

Przy śniadaniu czytano na głos wieści z frontu. Nazwiska generałów stały się bliskie jak rodzina. Mnie, nie wiadomo dlaczego, najbardziej podobał się generał Kuropatkin. Wyobrażałem go sobie jako wujaszka

Czernomora z Rusłana i LudmiłyPuszkina. Podobało mi się też słowo „kontratak”. Przedostaliśmy się do Waskiełowa, jeździliśmy na dworzec żegnać naszych żołnierzy, mama i siostry szyły bieliznę dla rannych, cięły bandaże, robiły tampony z waty, odwiedzały lazarety, a nawet sfotografowały się razem z monarchinią i rannymi. Mimo protestów ojca i łez matki Wasilij zgłosił się jako ochotnik.

Wkrótce po wybuchu wojny poznałem jeszcze dwie wierne towarzyszki ludzkości – przemoc i miłość.

Wiosną ojciec wyjechał do Basanc, zabierając mnie i Nastię ze sobą. Była Niedziela Palmowa i trzema bryczkami wraz z ciotkami i rezydentami wybraliśmy się do cerkwi. Piękna, biało-niebieska, odnowiona przez ojca, stała na skraju wioski Koczanowo, sąsiadującej z Basancami. W cerkwi zawsze czułem się bezpiecznie i spokojnie. Podobało mi się, że wszyscy się żegnają, biją pokłony i śpiewają. Było w tym coś tajemniczego. Podczas nabożeństwa starałem się wszystko robić tak, jak dorośli. Kiedy pop zaczął bryzgać święconą wodą na gałązki wierzby i krople spadły mi na twarz, nie roześmiałem się, tylko stałem spokojnie, jak wszyscy. W końcu zawsze jednak zaczynałem się nudzić i nie rozumiałem, czemu to wszystko musi trwać tak długo.

Po nabożeństwie wraz z tłumem ludzi ruszyliśmy do wyjścia. Za nami raptem podniósł się harmider. Kilka głosów wszczęło spór:

– Chochły zawsze pierwsze lezą!

– Popriihały Moskali towkatysja!

Pogoda była wiosenna, świeciło słońce, resztki śniegu chrzęściły pod nogami. Ojciec i ciotki zaczęli rozdawać żebrakom jałmużnę, a ja i Nastia usiedliśmy w bryczce i patrzyliśmy na plac przed cerkwią. Na placu zgromadził się tłum ludzi. Niektórzy byli już pijani. Wałęsali się tutaj ukraińscy wieśniacy i fabryczni, zatrudnieni w cukrowni ojca. Cukrownia znajdowała się wiorstę od wioski, a zaraz za szerokim parowem zaczynała się osada fabryczna, pobudowana jeszcze przez mojego dziadka. Ukraińcy łuskali pestki dyni i hałasowali, fabryczni śmiali się i palili papierosy. Nagle ktoś w tłumie krzyknął, rozległ się odgłos policzkowania, poleciał z głowy czyjś kaszkiet, wszczął się rwetes i mężczyźni hurmą pobiegli w stronę parowu. Kobiety zapiszczały i ruszyły za nimi. Plac w mig opustoszał, pozostali na nim tylko żebracy, kaleki, dwóch uriadnikówR z dużymi szablami i moja rodzina.

– A ci dokąd? – zapytałem Nastię, która była ode mnie starsza o cztery lata.

Żując prosforę, Nastia klepnęła dłonią po waciaku woźnicy.

– Mikoła, dokąd oni pobiegli?

Śniady Ukrainiec z obwisłymi wąsami odwrócił się i odparł z uśmiechem:

– Toć, panienko, pobiegły biesowy syny mordy bity.

– Komu? – zaniepokoiła się Nastia.

– A sami sobi.

R uriadnik – podoficer kozacki (przyp. tłum.).

– Za co?

– Ta ne znaju…

Wstaliśmy z ławki. W parowie mężczyźni ustawili się w dwóch szeregach – w jednym fabryczni, głównie przyjezdni Rosjanie, w drugim – miejscowi ukraińscy wieśniacy. Kobiety, starcy i dzieci stali na skraju parowu i patrzyli z góry. Znów ktoś machnął czapką i zaczęła się bitka. Towarzyszyły jej piski kobiet i dodające mężczyznom animuszu krzyki. Po raz pierwszy w życiu widziałem, jak ludzie z rozmysłem biją się między sobą. W naszej rodzinie oprócz ojcowskich szturchańców, maminych klapsów i stawiania małego winowajcy do kąta innych kar nie stosowano. Ojciec często wrzeszczał na mamę, aż siniał, tupał nogami na służbę, groził pięścią rządcy, ale nigdy nikogo nie bił.

Patrzyłem na bijatykę jak zaczarowany, nie rozumiejąc sensu całego zajścia. Ludzie w parowie dokonywali czegoś niezwykle ważnego. Przychodziło im to z trudem. Ale bardzo się starali. Tak się starali, że omal nie płakali. Stękali, klęli i pokrzykiwali. Jakby sobie nawzajem za coś odpłacali pięściami. Było to dla mnie ciekawe i straszne zarazem. Zacząłem drżeć. Nastia to zauważyła i objęła mnie.

– Nie bój się, Szuroczka. To przecież chłopy. Tata mówi, że oni tylko piją i się tłuką.

Wziąłem Nastię za rękę. Patrzyła na bijatykę jakoś niezrozumiale. Jakby przestała nagle być moją siostrą. I stała się daleka i dorosła. A ja zostałem sam. Bójka trwała. Ktoś padał w śnieg, kogoś ciągnięto za włosy, ktoś się wycofywał, plując krwią. Ręka Nastii była gorąca i obca.

W końcu zagwizdali uriadnicy, zakrzyczeli starcy i kobiety.

Koniec bijatyki. Zawadiacy, wyklinając, żwawo pomknęli każdy w swoją stronę – Ukraińcy do Koczanowa, fabryczni – do wsi. Moja litościwa mama nie wytrzymała i krzyknęła za nimi:

– Bezwstydnicy! Prawosławni z Niemcami walczą, a wy w dzień święty gęby sobie obijacie!

Ojciec uśmiechał się kącikiem wąskich ust.

– Nic się nie stało, niech się wyszumią. Będą spokojniejsi.

Obawiał się strajków i protestów, które wstrząsnęły rosyjskim przemysłem w tysiąc dziewięćset piątym roku. Ale mimo wszystko był zadowolony: mobilizacja nie dotknęła jego robotników, bo wyrób cukru w czasie wojny uznano za produkcję strategiczną. Wojna wróżyła ojcu duży zysk.

Mama dosiadła się do nas, stangret szarpnął lejce, cmoknął, powóz ruszył. Puściłem rękę Nastii. Obok szło dwóch fabrycznych chłopaków w rozpiętych siermięgach. Jeden miał podbite oko, ale łypał nim radośnie. Drugi dotykał rozbitego nosa. Mateczka odwróciła się z oburzeniem.

– Patrzajcie, paniczu, jakeśmy Ukraińców moresu nauczyli! – Chłopak z podbitym okiem wyciągnął coś z lewego nadgarstka, pokazał mi, mrugnął i zaśmiał się. – Ukraiński ząb wbił się w kułak!

Jego przyjaciel szybko się nachylił i mocno wysmarkał. Czerwone bryzgi zabarwiły śnieg. Chłopaki byli szczęśliwi. Jakby obaj dostali jakiś niewidzialny podarunek. Dostali go w bijatyce. I wracali z nim do domu.

W końcu nie zrozumiałem, c o to za podarunek. A Nastia i pozostali dorośli – rozumieli. Ale nie powiedzieli. W ogóle o wielu rzeczach mi nie mówili.

Tajemnice świata odkrywałem sam.

Pod koniec lipca przenieśliśmy się do Waskiełowa. W południe po dwóch godzinach lekcji z madame Panaget piłem prażone mleko z dzikimi borówkami i wychodziłem do ogrodu pobawić się przed obiadem. Ogród, zagospodarowany półtora wieku temu, dziś zachował już tylko szczątki dawnego luksusu – poprzedni właściciel zupełnie o niego nie dbał. Lubiłem puszczać papierowe statki na stawie, łazić po przygiętej do ziemi wierzbie albo, chowając się za krzewami jałowca, rzucać jodłowymi szyszkami w starego marmurowego fauna. Ale tego dnia nic mi się nie chciało. Nastia ćwiczyła w domu, mama i niania smażyły konfitury, ojciec zabrał Ilję i Iwana i pojechał do Wyborgu kupować jakąś maszynę, Arisza i Wasylisa drzemały z książkami na szezlongach. Włóczyłem się po ogrodzie, dotarłem do jego najbardziej zarośniętego zakątka i nagle zobaczyłem naszą pokojówkę Marfuszę. Przecisnęła się między dwoma rozsuniętymi żelaznymi prętami w ogrodzeniu i skryła w lesie, który zaczynał się tuż za ogrodem.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lód Dzień oprycznika Bro 23000 Cukrowy Kreml Zamieć 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów