Antymatrix

Antymatrix

Autorzy: Edwin Bendyk

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 346

cena od: 23.90 zł

Nagrody:

Ksiażka Lata 2004 Poznańskiego Przeglądu Nowości Wydawniczych

Jak opisać i zrozumieć nową, dynamiczną rzeczywistość, która skutecznie wymyka się najnowszym teoriom poznawczym? Odpowiedzią może być sieciowy paradygmat opisu zjawisk otaczającego nas świata - od mód, poprzez funkcjonowanie rynków finansowych, aż po działanie genomu. Sieciowy paradygmat nie jest teorią lokalną, ale metodą opisu globalnych zjawisk społecznych i naturalnych nowego społeczeństwa sieciowego, nowej rzeczywistości technicznej. Publikacje podejmujące tę tematykę powstają na świecie od niedawna i jest ich ciągle bardzo niewiele. Historia naturalna i społeczna sieci ma więc charakter pionierski nie tylko na gruncie polskim. Edwin Bendyk jest publicystą od lat zajmującym się problematyką cywilizacyjną i wpływem technologii na życie społeczne. Łączy on w swoich tekstach naukową wiedzę, pasję odkrywcy i bezpośredni, nieskomplikowany, skierowany wprost do czytelnika język wypowiedzi.

EDWIN BENDYK

CZŁOWIEK W LABIRYNCIE SIECI

Wydawnictwo dziękuje firmie Sun Microsystems za pomoc w wydaniu tej książki.

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2004 Wydanie I Warszawa 2004

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Dedykacja

Luizie

Wprowadzenie

Na pierwszy rzut oka układanie puzzli wydaje się prostą, niewymyślną sztuką, mieszczącą się bez reszty w ubogich naukach Gestalttheorie: rozpatrywany przedmiot

– obojętne, czy jest nim akt postrzegania, proces uczenia się, system filozoficzny czy też, jak w interesującym nas przypadku, wykonana z drewna układanka – nie jest sumą poszczególnych elementów, które należy najpierw wyodrębnić i z osobna przeanalizować: stanowi on całość, to znaczy pewną formę, pewną strukturę; element nie istnieje przed zaistnieniem całości, nie jest od niej ani późniejszy, ani wcześniejszy; to nie elementy warunkują całość

– to całość określa elementy; nie sposób odgadnąć postaci całości ani rządzących nią praw, nie sposób poznać zbioru ani jego struktury, jeżeli zna się jedynie z osobna składające się nań fragmenty…

Georges Perec, Życie, i nstrukcja obsług i, przei. Wawrzyniec Brzozowski

Krótka instrukcja obsługi

Książkę otwiera obszerny prolog zatytułowany Homo irretitus.Stanowi on wprowadzenie do lektury siedemnastu esejów – węzłów ukazujących różne aspekty sieciowej rzeczywistości, od sieciowej doktryny wojennej Stanów Zjednoczonych, przez rewolucję pokolenia 386 w Korei Południowej, po prezentację państwa kontroli, szpiegującego wszystkich swoich obywateli. Poszczególne eseje można czytać w dowolnej kolejności, każdy z nich jest bowiem zamkniętą całością. Najlepiej jednak zapoznawać się z ich treścią po kolei, gdyż pojęcia wprowadzone we wcześniejszych tekstach mogą się okazać przydatne w zrozumieniu dalszych partii książki.

Całość wieńczy epilog zatytułowany Otwarte społeczeństwo sieciowe i jego wrogowie, w którym – w ślad za Karlem R. Popperem – podejmuję pytanie, czy społeczeństwo sieciowe może być społeczeństwem otwartym.

Dodatkowym ułatwieniem w poruszaniu się po książce są indeksy.

***

Czytelnicy, którzy czasami zaglądają do tygodnika „Polityka” czy takich periodyków, jak,,Res Publica Nowa", „Przegląd Polityczny”, „Krytyka Polityczna”, „Transformacje”, magazyn,,WWW", „Zeszyty Artystyczne”, dostrzegą zapewne wątki i tematy, które już omawiałem na tych właśnie łamach. Nie są to jednak proste powtórzenia lub recykling starych pomysłów. Zdecydowałem się natomiast na włączenie do tej książki refleksji, którymi dzieliłem się już z czytelnikami, a które nadal są aktualne. W nowym miejscu i w nowym kontekście nabierają one nowego życia.

Prolog

Homo irretitus 1

Wielką salę wypełnia tłum postaci wpatrzonych w filmowy ekran. W bezmyślnym transie, z półotwartymi ustami słuchają słów Wielkiego Brata. Nagle wbiega energiczna atletka i ciska w kierunku mówiącego młot. Ekran rozpryskuje się, zaczyna się nowe życie. Jest rok 1984. Film-reklama autorstwa Ridleya Scotta zapowiada nowy, rewolucyjny produkt - computer for the rest of us(komputer dla reszty z nas) – Apple Macintosh. Komputer ze znakiem nadgryzionego jabłuszka, dzieło Steve'a Wozniaka i Steve'a Jobsa, odnosi niebywały sukces, otwiera nową epokę relacji człowieka z techniką i staje się pierwszym wytworem zaawansowanej technologii, który zyskał miano kultowego.

Piętnaście lat później na ekrany kin weszła pierwsza część filmu Matrix. Nie trzeba było długo czekać, by Matrix stał się megahitem i zyskał status produkcji kultowej, która przyniosła braciom Wachowskim i wytwórni 700 mln dolarów zysku. Kolejne części filmu nie wniosły nic nowego. Jak więc wytłumaczyć sukces, przyznajmy szczerze, nudnego i banalnego filmu?

Odpowiedź najprostsza: Matrix to film o nas i naszych marzeniach. O odkładających się w podświadomości lękach, czy świat, w którym żyjemy, nie jest tylko projekcją iluzji, na jakiej piętnaście lat wcześniej ufundowany został sukces

Jobsa i Wozniaka. Szkodliwej iluzji wolności i możliwości buntu przeciwko systemowi, który akty buntu tylko w rzeczywistości wzmacniają.

Twórcy macintosha określili swój cel jasno: ich produkt miał się stać przedmiotem kultu, służącym nie tylko do realizacji praktycznych potrzeb jego właścicieli, ale także zaspokajającym ukryte pragnienie buntu przeciwko systemowi. Ludzi odpowiedzialnych za promocję nowego komputera nazwano oficjalnie „ewangelizatorami”. Posłano ich w świat, by głosili dobrą nowinę: zbawienie jest w twoich rękach, chcesz się wyzwolić – kup macintosha. W podtekście zaś kryła się wiadomość najbardziej rewolucyjna: wolność to produkt zaawansowanej technologii i można ją kupić. Nie trzeba już o nią walczyć.

Interfejs i rewolucja

Tekstowy, symbolizujący inżynierską, męską dominację sposób komunikacji z maszyną zastąpiono formą miękką, przyjaźniejszą – interfejsem graficznym. By porozumieć się z urządzeniem, nie trzeba już brutalnie walić w klawiaturę, wystarczy za pomocą myszki wskazać odpowiednią ikonkę i,,kliknąć". Praca z makiem miała bardziej przypominać dialog i pieszczotę niż wydawanie twardych rozkazów, stąd też w reklamie Ridleya Scotta to właśnie kobieta niszczy ekran Wielkiego Brata. Ma to zwiastować nadejście nowej epoki miękkich, łagodnych technologii, które jednak uzbroją the rest of us, czyli wszystkich, którzy nie należą do establishmentu, w oręż o niespotykanej sile.

Ten szalony zdawałoby się komunikat trafił na niezwykle podatny grunt, wykorzystał rewolucyjne impulsy napływające z dwóch odległych od siebie sfer: świata techniki i świata kultury. Pod koniec lat siedemdziesiątych w kręgach amerykańskich firm komputerowych zaczęła kiełkować idea komputera osobistego, urządzenia, które mogłoby złamać obowiązujący ówcześnie paradygmat, sprowadzający komputer do roli maszyny obliczeniowej. Zgodnie z tym paradygmatem nieliczne, bardzo drogie maszyny miały pozostawać na wyposażeniu tylko tych instytucji, które było na to stać: wojska, laboratoriów naukowych, banków, linii lotniczych, instytucji państwowych. Dostęp do procesorów podlegał ścisłej kontroli, a pomysł upowszechnienia go wydawał się jeśli nie herezją, to przynajmniej dziwactwem. W 1977 roku Ken Olson, założyciel i prezes wielkiej niegdyś, nieistniejącej już korporacji Digital Equipment, oświadczył, że nie widzi powodu, dla którego ktoś chciałby mieć komputer w swoim domu.

Innego zdania byli fanatycy elektroniki i jednocześnie uczestnicy hippisowskiej kalifornijskiej kontrkultury. Steve Jobs i Steve Wozniak to dwaj jej przedstawiciele, którzy odnieśli najbardziej spektakularny sukces. Najpierw, pod koniec lat siedemdziesiątych, wyprodukowali w swoim garażu (tak, wszystko odbywało się zgodnie z amerykańską mitologią) komputer osobisty o nazwie Apple. Potem powstał kolejny model, Apple II, który przyniósł młodej firmie pierwsze setki milionów dolarów. Jego powodzenie było tak duże, że sprowokowało do działania nieruchawego molocha, IBM. Koncern ten w 1981 roku wprowadził na rynek, bez specjalnego zresztą przekonania, urządzenie o skromnej nazwie PC (personal computer – komputer osobisty). Przypominało ono raczej pomniejszoną kopię dużych maszyn obliczeniowych niż obecne,,pecety". Komendy trzeba było wprowadzać tekstem za pomocą klawiatury, co wymagało znajomości systemu operacyjnego DOS – wiedzy tajemnej dla większości normalnych ludzi. Jej posiadaczom okazywano szacunek należny kapłanom. To właśnie tę kastowość postanowili zaatakować w 1984 roku szefowie firmy Apple.

Banalność codzienności

Kampania marketingowa, a właściwie „ewangelizacyjna”, komputerów Macintosh nie odniosłaby sukcesu, gdyby nie rewolucyjne odkrycie, że kupowanie służy nie tylko zaspokajaniu podstawowych potrzeb fizjologicznych i grzesznych skłonności do materialistycznych ekscesów. Odtąd kupowanie oraz konsumpcja stały się również, a może przede wszystkim, czynnością duchową, służącą wyzwoleniu, ekspresji,,ja", konstrukcji tożsamości. Genezy tej rewolucji trzeba szukać kilkadziesiąt lat wcześniej.

Wiele napisano o psychologicznych, społecznych i religijnych źródłach sukcesu kapitalizmu. Max Weber, wielki socjolog przełomu XIX i XX wieku, zasłynął z tezy, że gospodarka kapitalistyczna rozwijała się najlepiej w krajach protestanckich, że duch protestantyzmu promujący osobistą wolność i odpowiedzialność, umiar, oszczędność i pracowitość prowadził do powstania kultury sprzyjającej gospodarczemu rozkwitowi. Historycy, na czele z Fernandem Braudelem, jednym z twórców francuskiej szkoły historycznej,,Annales", odrzucili tezę Webera, pokazując wiele przypadków kapitalistycznego sukcesu w krajach katolickich. Ale rdzeń myśli niemieckiego socjologa pozostał nienaruszony: gospodarczy sukces wymaga odpowiedniego kontekstu kulturowego.

Myśl tę podjął kanadyjski filozof Charles Taylor w monumentalnych Źródłach podmiotowości 2.Pisze tam, że jedną z najważniejszych przyczyn sukcesu kapitalizmu była apoteoza,,zwyczajnego życia" (czy też, jak to określa francuski filozof Pascal Bruckner, uświęcenie banalności życia) przez nowożytne społeczeństwo europejskie, odnalezienie źródeł godności w sumiennej pracy, umiarze, oszczędnym, zwyczajnym życiu bez ekscesów.

Druga wojna światowa pokazała, że zwyczajność jest co najmniej dwuznaczna moralnie, że gdy się zdegeneruje do postaci drobnomieszczańskiej, bezmyślnej rutyny, może być źródłem apokaliptycznego zła, co tak wymownie komentowała Hannah Arendt, relacjonując proces Eichmanna. Okres powojenny to także początek epoki nadprodukcji, najpierw w Stanach Zjednoczonych, a nieco później, gdy tylko uprzątnięto zniszczenia, w Europie. Okazało się, że umiarkowanie i przywiązanie do „zwykłego życia bez ekscesów” są już cnotami cennymi jedynie w odniesieniu do pracowników. Czego innego oczekuje się od konsumenta. Umiar to najgorsza cecha, to zachowanie antyspołeczne w sytuacji, gdy na półkach tłoczą się wszelkiego rodzaju dobra w beznadziejnym oczekiwaniu na nabywcę. Jak zatem uczynić z konsumpcji cnotę, jak uwznioślić akt kupowania?

Paradoksalnie, w wielkim stopniu przyczynili się do tego ci, którzy z konsumpcyjnym wymiarem życia nowoczesnego społeczeństwa walczyli. Zwyczajne, banalne życie, dla wielu tożsame z drobnomieszczańskim kołtuństwem, stało się obiektem ataków awangardy artystycznej w końcu dziewiętnastego wieku. Ta elitarna krytyka nie miała jednak nigdy większego zasięgu. Zmiany nastąpiły dopiero wówczas, gdy atak, który stał się jednym z impulsów dla wielkiej rewolty Maja '68, przypuścili sytuacjoniści, prowadzeni przez swego lidera, Guy Deborda, autora słynnego Społeczeństwa spektaklu.Czerpiąc obficie z myśli Marksowskiej, sytuacjoniści przekonywali, że zwykłe życie prowadzi do alienacji. Wzywali więc, by każdy wziął swój los we własne ręce, by z biernego widza stał się aktywnym uczestnikiem życia. Zycie może być dziełem sztuki. Urzeczowione stosunki wymiany i fetysz pieniądza, prowadzące do alienacji, należy zastąpić powrotem do kultury podarunku. Sytuacjoniści odkryli i spopularyzowali dzieło francuskiego antropologa Marcela Maussa Szkic o darze. Pierwszy periodyk wydawany w latach pięćdziesiątych przez Deborda nosił znamienny tytuł,,Potlach".

Porewolucyjna pustka

Proponowana przez sytuacjonistów wymiana darów nie wyparła tradycyjnej gospodarki, ale kultura daru ma istotne znaczenie dla rozwoju internetu i zrozumienia takich fenomenów współczesnej kultury, jak niezwykła popularność SMS-ów. Choć sytuacjoniści atakowali awangardę za jej elitarność, to jednak sami […] nie mogli uciec od elitystycznej tradycji awangardy. Mimo swych inwokacji do Hegla i Marksa, sytuacjo-niści pozostali pod wpływem Nietzschego i Lenina. Jak w poprzednich pokoleniach, retoryka masowego udziału została wzbogacona usprawiedliwieniem przewodniej roli elity intelektualnej 3.

Sytuacjoniści nie zdołali przekonać mas do przyjęcia swoich idei, ale skutecznie zburzyli wiarę w wystarczalność zwyczajnego życia. Maj '68 roku pokazał, że do starych cnót mieszczańskich nie ma już powrotu. Tyle tylko, że gdy uprzątnięto barykady, a intelektualiści pochowali się po kawiarniach, na ulicy został zwyczajny człowiek pozbawiony filozofii życia.

Wówczas na scenie pojawił się Andy Warhol, o którym Bohumil Hrabal napisał: święty, który urodził się w Pitts-burghu, ale rodzice pochodzą z Mikowej koło Medzilaborec… Gdzieś tam żyją Rusini, tam też mógłby urodzić się Jezus Chrystus, który rozdawałby wiernym coca-colę i święte obrazki powielane techniką sitodruku. Warhol to święty, który zakwestionował elitarność, odwrócił hierarchię i pokazał, że ci najbogatsi w Ameryce mogą konsumować to, co najbiedniejsi. Możesz oglądać telewizję i pić coca-colę, widzisz, że prezydent pije coca-colę, Liz Taylor również pije coca-colę i ty też możesz ją pić 4.

Twórca rewolucji pop-kulturalnej prowadził wyrafinowaną grę z rzeczywistością. Swoimi dziełami, na których multiplikował obrazy krzeseł elektrycznych, trupich główek, dramatycznych wypadków, idoli polityki i filmu czy winiet produktów, krzyczał do publiczności: macie to, czego chcecie – śmierć, nieszczęście, zło, seks – produkowane zgodnie z logiką wytwarzania masowego (wielka pracownia Warhola nosiła znamienną nazwę,,Factory"), ale opatrzone pieczątką,,dzieło sztuki". A sam Warhol mawiał prowokacyjnie, że nie ma różnicy między sztuką i biznesem, że największą sztuką jest biznes. Produkował techniką sitodruku obrazy ze zwielokrotnionymi wizerunkami banknotów dolarowych, za które zgodnie ze wskazaną logiką multiplikacji otrzymywał na rynku bajońskie sumy.

Nawet jeśli Warhol swoją twórczością krytykował rzeczywistość, to jednak podnosząc produkty masowej konsumpcji do rangi tematu dzieła sztuki, wyrywał je ze sfery ordynarnej użyteczności i wprowadzał na wyższy pułap. W efekcie musiało to prowadzić do uświęcenia samej konsumpcji, do uproszczenia zbyt subtelnego komunikatu artysty i przetłumaczenia go na praktyczny sylogizm: skoro dziełem sztuki mogą być produkty konsumpcyjne (pudełka na proszek do prania czy puszki zupy), to kupowanie tych produktów nie jest już tylko czynnością materialną, aktem kapitalistycznej urzeczowionej wymiany, ale czynem o wymiarze duchowym.

Nurty rewolucyjne zapoczątkowane przez Deborda i Warhola domknęły się w orwellowskim 1984 roku. Kupno macintosha równało się wyznaniu wiary, a sam zakup stał się aktem dialektycznej perwersji: kupując, walczysz z systemem, jednocześnie umacniając go. Perwersja ta osiągnęła szczyt w latach dziewięćdziesiątych, wraz z eksplozją internetu i telefonii komórkowej.

Sieć, której wcieleniami są zarówno internet, jak i telefony komórkowe, jest w nowoczesnym świecie czymś równie oczywistym jak powietrze i woda. Przeprowadzone we Włoszech badania socjologiczne pokazały to w dobitny sposób. Trzysta osób korzystających często z „komórki” poproszono, aby na tydzień odstawiły telefony do lamusa. Co się okazało? Siedemdziesiąt procent badanych stwierdziło, że bez „komórki” nie potrafi żyć, około 20 procent straciło apetyt i zaczęło popadać w depresję, a 25 procent narzekało na pojawienie się kłopotów z popędem płciowym 5. W Korei Południowej 40 procent młodzieży uzależnione jest od internetu.

Jeszcze nie tak dawno mało kto wierzył w internet, traktując go jak niezbyt użyteczną zabawkę. W istocie stał się on środkiem łączności, który rozwija się najszybciej w dziejach (jeszcze szybciej upowszechnia się tylko telefonia komórkowa). Radio potrzebowało 35 lat, zanim zdobyło 50 milionów słuchaczy; telewizji zabrało 13 lat, żeby osiągnąć tę samą liczbę. Internetowi zajęło to tylko 4 lata 6.

Moda? Epidemia? Styl życia? Obłęd? A może Matrix, entuzjazm zaś, z jakim nowe technologie teleinformatyczne zostały przyjęte i nadal się rozwijają, wynika stąd, że zaspokajają one nie tylko potrzeby praktyczne, ale docierają również do najgłębszych pokładów duszy człowieka ponowoczesnego? Ze są dopełnieniem procesu, jaki zapoczątkował w 1984 roku komputer Macintosh?

Dematerializacja Zachodu

Matrix pojawił się w kinach w 1999 roku, w okresie największych triumfów Nowej Cyfrowej Gospodarki. Wydawało się, że Ameryka znalazła receptę na trwały sukces i niepowstrzymany gospodarczy wzrost. Trwająca od kilkudziesięciu lat dematerializacja amerykańskiej gospodarki weszła w fazę kulminacyjną. Produkcja przemysłowa stała się, podobnie jak rolnictwo, drobnym jej fragmentem (razem dając zaledwie 20 procent dochodu narodowego). Kołem zamachowym rozwoju i siłą Ameryki w miejsce samolotów, samochodów, chemikaliów stały się symbole, produkcja i usługi w sferze intelektualnej. Eksport praw autorskich i licencji patentowych, o wartości przekraczającej 100 mld dolarów rocznie, to największa pozycja w handlu zagranicznym USA; tylko w tej dziedzinie kraj ten nie notuje deficytu w obrocie międzynarodowym.

Dematerializacja to fakt nie tylko gospodarczy, ale przede wszystkim społeczny. Produkcja symboli i obrót nimi (oprogramowanie komputerowe, multimedia, gry, filmy, elektroniczne transakcje itp.) przenosi życie do innej przestrzeni, zwanej cyberprzestrzenią. Oto człowiek nowoczesny dokonuje kolejnej swoistej rewolucji na miarę kopernikańskiej, podstaw materialnej egzystencji dostarcza mu aktywność prowadzona w rzeczywistości wirtualnej, która – choć fizycznie nie istnieje – wywiera jednak jak najbardziej realny wpływ na rzeczywistość.

Przyjmujemy te fakty za oczywiste, ale okazuje się, że ciągle brakuje języka do opisu zawiłych zależności między obiema, wirtualną i realną, przestrzeniami społecznymi. Slavoj Zizek, słoweński filozof i mistrz psychoanalizy szkoły lacanowskiej, radzi sięgnąć po klasykę filozofii. Otóż, jego zdaniem, za twórcę autonomicznej wirtualnej przestrzeni uznać należy Kartezjusza. To on oddzielił ciało od duszy, dowodząc, że świat materii i świat ducha są odrębnymi rzeczywistościami.

W konsekwencji zabiegu Kartezjusza wyłonił się poważny problem: skoro materia i dusza to oddzielne światy, to w jaki sposób niematerialne akty myśli zamieniają się w jak najbardziej rzeczywiste zachowania? Jak to się dzieje, że myśl o zgięciu ręki powoduje rzeczywiste zgięcie ręki? Francuski filozof zaproponował rozwiązanie zgoła absurdalne: łącznikiem między dwoma światami miała być szyszynka. W sukurs przyszedł uczeń Kartezjusza, Nicolas Malebranche, nazwany przez Zizka pierwszym filozofem cyberprzestrzeni 7. Otóż zaproponował on bardziej eleganckie rozwiązanie: pośrednikiem między myślą a działaniem jest sam Bóg.

Intelektualne zabiegi filozofów sprzed ponad trzystu lat mogą wydawać się współcześnie nieco zabawne, ale zyskują nowy sens w dobie cywilizacji informatycznej. Tyle tylko, że pośrednikiem między niematerialną sferą symboliczną a rzeczywistością nie jest ani szyszynka, ani Bóg, tylko interfejs. To właśnie interfejs zamienia ludzką wolę w realne działania. Wystarczy, że giełdowy makler siedzący przed wpiętym w Sieć komputerem wystuka kilka cyfr i kliknie enter, a już miliony dolarów zmieniają miejsce przeznaczenia. Wystarczy, że żołnierz siedzący wygodnie w bunkrze wpisze na swym komputerze kilka współrzędnych, by rakieta Tomahawk ruszyła na poszukiwanie realnego celu.

Interfejs oddzielił świat ludzkich myśli i decyzji od ich realnych skutków. Podejmujący decyzję w zaciszu gabinetu lub w bezpiecznym schronieniu bunkra nie widzi bezpośrednich skutków ataku finansowego lub rakietowego. Jeśli w ogóle je zobaczy, to tylko za pośrednictwem mediów. Nagle jednak zaczynają się pojawiać niewygodne pytania. Czy zwizualizowany na ekranie cel istnieje naprawdę? Czy aby technicznego pojęcia interfejsu jako neutralnego tłumacza między światem wirtualnym i realnym nie należy odrzucić, podobnie jak kartezjańskiego pomysłu z szyszynką? Czy pomiędzy tymi światami nie stoi pośrednik znacznie silniejszy, ba, wszechmocny jak Bóg u Malebranche'a? System? A może Matrix.

Ponowoczesne rozdarcie

Człowiek ponowoczesny jest skazany na stały dyskomfort: oto społeczeństwo (czy może system) oczekuje po nim równoczesnego wyznawania dwóch wykluczających się filozofii. W pracy musi wyznawać filozofię zwyczajnego życia: ubrany w schludny garnitur zgodnie z korporacyjnym dress code,jest wydajny i sumienny. Po pracy zmienia się w libertyńskiego konsumenta. Sytuacja to co najmniej schizofreniczna, rosnące napięcie wynikające z przeciwstawności ról musi gdzieś znaleźć ujście. Dla części osób będzie to ucieczka w prawdziwą kontrkulturę, lansowaną dziś na przykład przez wspólnoty religijne zwalczające konsumpcyjny styl życia. Takie rozwiązanie zadowolić jednak może tylko nielicznych. Większość musi pracować i kupować, ktoś musi spełniać patriotyczny obowiązek.

Nie wszyscy wytrzymują, szukają więc pomocy w antropo-technologiach – oferowanych przez rynek technicznych (zaliczam tu również techniki farmakologiczne) rozwiązaniach wszelkich problemów ciała i duszy. Dziesiąta część Amerykanów zażywa prozac, lek antydepresyjny. Pomaga on ludziom konfrontowanym z codziennym stresem utrzymywać postawę zgodną z wezwaniem keep smiling.Tyle że zadowolenie nie jest już wynikiem wysiłku, a chemicznej manipulacji pracą mózgu. Inny, nawet lepszy od chemii azyl stanowi cyberprzestrzeń.

Cyberprzestrzeń rozumiem tu jako sieciową przestrzeń komunikacyjną, w której trwa wymiana symboliczna między jej uczestnikami, tj. ludźmi korzystającymi z internetu i telefonu komórkowego (w tym momencie „komórkę” chciałbym jednak potraktować przede wszystkim jako narzędzie do przesyłania komunikatów, tzw. SMS-ów). Obserwatorów cyberprzestrzeni uderza na przykład to, że znaczna część SMS-ów jest pusta znaczeniowo. SMS-y służą bowiem nie tyle do wymiany informacji, ile do budowy więzi.

W języku marketingowym pojawiło się pojęcie electronic gift-giving(elektroniczne obdarowywanie). SMS pełni funkcję daru, ale w jego pierwotnym znaczeniu – daru pozbawionego wartości użytkowej i materialnej, który trzeba jednak odwzajemnić. Wracamy więc do Maussa, a także do sytuacjonistów. W epoce „końca społeczeństwa” zaczyna się ono odtwarzać przez powrót do archaicznych form budowania więzi. Renesans przeżywa kultura daru, potlaczu (obdarowywania do granicy zatracenia) – widać to najlepiej w wieczory sylwestrowe, kiedy sieci operatorów telefonii komórkowej zatykają się od wysyłanych komunikatów.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Antymatrix Miłość, wojna, rewolucja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI