Adrian Mole. Szczere wyznania

Adrian Mole. Szczere wyznania

Autorzy: Sue Townsend

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 170

cena od: 17.90 zł

I pomyśleć, że jeszcze niedawno Adrian pisał wiersze o tuńczykach! Teraz wydoroślał i wszystko się zmieniło: nie jest już nieopierzonym, lekceważonym poetą - jest dorosłym, lekceważonym poetą. Nie porzucił mimo to życia intelektualisty; wciąż patrzy z pogardą na ludzi o niskich czołach, mówi o sobie "nihilistyczny egzystencjalista" i nosi jedną skarpetkę białą - na znak swej wewnętrznej czystości, drugą zaś czarną - jako symbol zła, które w nim drzemie. Praca nie zaspokaja jego ambicji, a rodzina tradycyjnie przyprawia o depresję: matka romansuje z podejrzanym młodzieńcem i odgraża się, że ucieknie za nim do Amazonii, siostrzyczka kocha psa bardziej niż brata. Do tego wszystkiego Pandora ponownie wystawia jego miłość na próbę. To nie tak Adrian wyobrażał sobie dorosłość, ale teraz przynajmniej może otwarcie mówić o tym, co go najbardziej interesuje, czyli rzecz jasna, o seksie. Trzecia część dziennika Adriana Mole'a nie traci nic z brawury i dosadności poprzednich, zyskuje za to na ostrości satyry i głębi obserwacji społecznych.

w przygotowaniu: Adrian Mole i broń masowego rażenia

SUE TOWNSEND

Przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska

Tytuł oryginału: True Confessions of Adrian Albert Mole

Copyright © 1989 by Sue Townsend

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2005

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2005

Wydanie I Warszawa 2005

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Dedykacja

Lin Hardcastle, przyjaciółce z dzieciństwa

Od autorki

Najmilszy Czytelniku,

od czasu skandalu, jaki wybuchł w związku ze sprawą „pięciu krasnali w jednym łóżku” (choć wciąż utrzymuję, że było ich tylko cztery), rzadko nawiedzam świat cywilizowany; co drugi wtorek posłaniec na osiołku dostarcza mi skromne zakupy, w piecu palę torfem, zebranym na wrzosowisku, wodę ciągnę ze studni, odległej zaledwie o trzy mile od mej chatki, i to całkowicie zaspokaja moje potrzeby.

Cóż mnie obchodzi blichtr sukcesu? Czy używając perfum Joy, kiedykolwiek zaznałam joie de vivre? Nigdy – tylko za granicą częściej kąsały mnie komary.

Od czasu do czasu jakiś rzadki gość przynosi mi wieści z tętniącego życiem literackiego światka Londynu. Czasem przynosi także zamówienie; w ten sposób zarabiam na swe skromne życie. Niniejsza książka jest zbiorem artykułów i esejów, które napisałam przez te ostatnie lata. Znajdują się w niej teksty dotąd niepublikowane, na przykład listy z więzienia, czyli korespondencja między A. Mole'em i Barrym Kentem, oraz kilka wierszy pióra A. Mole'a (zamieszczonych wyłącznie dlatego, że zagroził, iż w przeciwnym razie zagłodzi się na śmierć).

Zastosowana przez Mole'a metoda szantażu okazała się tak skuteczna, że poświęciłam mu lwią część książki, choć muszę podkreślić, że nie jest to typowy tom cyklu o Mole'u; Margaret Hilda Roberts i ja również mamy w nim swój udział.

Chatka Starej Wiedźmy Na Górce Black Moor Buxton kwiecień 1989

Noty o współautorach

Adrian Albert Mole

Były redaktor i główny autor „Głosu Młodości”, gazetki szkolnej Liceum Ogólnokształcącego im. Neila Armstronga. Drukował wiersze w „Leicester Mercury” oraz w „Skegness Herald”. W 1987 roku wydawnictwo Vanity Publishers Ltd. wydało tomik jego poezji, zatytułowany Niespokojna kijanka. Obecnie pracuje nad powieścią o środkowo-wschodniej Anglii pt. O! Płaskie wzgórza mej ojczyzny!…

Adrian Mole mieszka w Leicester ze swoim psem. W 1986 uzyskał rekordowej wysokości odszkodowanie od niespełnionej pisarki Sue Townsend, która opublikowała jego dziennik jako własny utwór literacki.

Margaret Hilda Roberts

Fragmenty dziennika zostały odkryte między stronicami Książki kucharskiej dla dziewcząt Be-Ro, nabytej na wyprzedaży w Grantham pewnego świątecznego dnia 1988 roku.

Niestety, nie wiadomo, kim była Margaret Hilda Roberts, ani co się z nią stało. Odnalezione dzienniki najprawdopodobniej pochodzą z lat trzydziestych ubiegłego stulecia.

Susan Lilian Townsend

Cieszyła się pewnym rozgłosem, lecz w 1988 roku zniknęła ze sceny literackiej w następstwie skandalu „pięciu krasnali w jednym łóżku”, kiedy to została skazana na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Prasa brukowa szeroko komentowała wówczas wypowiedź sędziego: „I pomyśleć, że kobieta w pani wieku mogła upaść tak nisko!”

Mieszka samotnie w chatce na ponurym wrzosowisku w pobliżu Buxton, mając za jedyne towarzystwo rodzinę biegusów krzywodziobych oraz duży grzyb, rosnący w kącie pokoju. Ma czterdzieści trzy lata.

Adrian Albert Mole

Boże Narodzenie Adriana Mole'a grudzień 1984

poniedziałek 24 grudnia, Wigilia

Coś strasznego stało się z Bożym Narodzeniem. Po prostu nie jest już takie jak za mojego dzieciństwa. Prawdę mówiąc, do tej pory nie ochłonąłem po wstrząsie, jakim było odkrycie, że w kwestii istnienia Świętego Mikołaja rodzice rokrocznie mnie oszukiwali!

Dla mnie, chłopca wówczas jedenastoletniego, Święty Mikołaj był kimś wszechwidzącym i wszechwiedzącym, jakby mniejszym Bogiem, jednak bez tych wszystkich paskudztw, na które Bóg pozwala: trzęsień ziemi, głodu, wypadków na drogach. Leżałem w łóżku okryty kocem (jakże prostacko brzmi słowo „koc” dzisiaj, gdy doskonale znamy przepuszczalność cieplną kontynentalnych kołder), z bijącym sercem i spoconymi dłońmi, czekając na spodziewany prezent w postaci dziewiczego rocznika czasopisma „Beano”. Wyobrażałem sobie, jak duży, roześmiany Święty Mikołaj spogląda z niebiańskich sań na nasz zaułek i mówi do elfów: „W tym roku dajcie Adrianowi Mole'owi coś porządnego. To dobry chłopak, nigdy nie zapomina opuścić deski klozetowej”. Ach… naiwności dziecięca!

Niestety! Teraz, u progu dojrzałości (szesnaście lat, osiem miesięcy, dwadzieścia dwa dni, pięć godzin i sześć minut), wiem, że moi rodzice właśnie krążą po śródmieściu, owładnięci szałem zakupów, i powtarzają rozpaczliwie: „Co kupić Adrianowi?” Czy można więc się dziwić, że Boże Narodzenie straciło dla mnie całą magię i moc?

2.15

Właśnie wróciłem z pasterki. Jak zwykle, trwała o wiele za długo. Już po pierwszej godzinie kolęd w wykonaniu klubu młodych kumoszek matka zaczęła się niespokojnie wiercić. Wciąż powtarzała szeptem: „Muszę zaraz wracać do domu, inaczej ten cholerny indyk nie rozmrozi się do rana”.

Po raz kolejny świąteczna miniszopka została zepsuta wskutek wprowadzenia do kościoła żywego osła. Nigdy nie zachowuje się jak należy i zawsze staje się przyczyną zamieszania, dlaczego więc pleban każe nam go znosić? Rozumiem, brat plebana prowadzi schronisko dla osłów, ale co z tego?

Muszę jednak przyznać, że msza o północy była niesamowicie poruszająca. Nawet dla tak zdeklarowanego egzystencjalnego nihilisty jak ja.

wtorek 25 grudnia, Boże Narodzenie

Niezła kolekcja prezentów, zważywszy, że tato został zredukowany. Dostałem szary sweter na suwak, o który prosiłem. Matka powiedziała: „Skoro chcesz wyglądać jak szesnastoletni Frank Bough, to proszę, noś go sobie!”

Słownik oksfordzki przyda się, by zwiększyć siłę moich wypowiedzi. Ale najlepszy prezent to golarka elektryczna – ogoliłem się już trzykrotnie i mój podbródek jest gładki jak kula bilardowa. Ktoś powinien kupić coś takiego Leonowi Brittanowi. Wizerunek Wielkiej Brytanii doznaje szwanku, kiedy minister rządu wygląda jak gangster, który spędził noc w areszcie nowojorskiego posterunku policji.

O wpół do dwunastej zjawili się krewni mojej matki, parszywi Sugdenowie, ofiary chowu wsobnego. Wyciągnąłem rodziców z łóżka, a sam oddaliłem się do swego pokoju, aby poczytać rocznik „Beano”. Być może ostatnio stałem się aż nadto światowy i kulturalny, niemniej dziecinny poziom humoru w tym czasopiśmie bardzo mnie rozczarował.

Wyłoniłem się z pokoju na świąteczny obiad i chcąc nie chcąc musiałem wdać się w konwersację z Sugdenami. Z najdrobniejszymi, ogłupiającymi szczegółami zreferowali mi cykl życiowy ziemniaka odmiany King Edward od kłącza do frytkownicy, nie przejawili najmniejszego natomiast zainteresowania rozmową o norweskim przemyśle garbarskim – prawdę mówiąc, robili wrażenie znudzonych. Co za pech, że moi krewni to filistrzy. Obiad jak zwykle się spóźnił. Matka nie posiadła sekretu koordynacji składników posiłku: sos zawsze jest gotowy, zanim pieczone ziemniaki się zrumienią. Poszedłem do kuchni udzielić jej rady, ale ujrzawszy mnie przez obłok pary, wrzasnęła tylko: „Zjeżdżaj stąd!” Obiad, gdy wreszcie go podano, był nawet dość miły, ale zabrakło mi błyskotliwych rozmów przy stole, nie usłyszałem też ani jednej przezabawnej anegdoty. Szkoda, że nie mogę zjeść świątecznego obiadu z komikiem Nedem Sherrinem! Krewni Sherrina to dopiero mają szczęście, na pewno zrywają boki w jego towarzystwie!

Sugdenowie nie aprobują picia – za każdym razem, gdy moi rodzice choćby spojrzeli na flaszkę, zaciskali usta i ostentacyjnie sączyli herbatę (owszem, można robić naraz jedno i drugie, widziałem to na własne oczy). Wieczorem zasiedliśmy do smętnej gry karcianej i dziadek Sugden wygrał cztery tysiące funtów od mojego ojca. Zewsząd rozległy się żarty, że dziadkowi należy się weksel, lecz ojciec wyszedł ze mną do kuchni i oświadczył: „Nie ma mowy, żebym dał mu cokolwiek na piśmie, stary kutwa zaciągnąłby mnie do sądu, zanim zdążyłbym powiedzieć King Edward!”

Sugdenowie wcześnie ułożyli się do snu na naszych zardzewiałych łóżkach polowych. O świcie wyruszają do Norfolk – martwią się, że ktoś im skłusuje ziemniaki. Teraz rozumiem, dlaczego matka wyrosła na jednostkę krnąbrną ze skłonnością do nadużywania alkoholu. To reakcja na parszywą, kretyńską młodość pośród kartoflisk Norfolk.

środa 26 grudnia, drugi dzień świąt Bożego Narodzenia

O świcie obudziło mnie rzężenie zardzewiałego forda escorta, który bezskutecznie usiłował uruchomić dziadek Sugden. Wiem, że powinienem był zejść na dół i pomóc mu pchać auto, uznałem jednak, że babcia Sugden jakoś sobie poradzi. Ma wprawę, w końcu przez całe lata przerzucała worki z kartoflami. Rodzice rozumnie udawali, że śpią, ale poznałem, że się obudzili, bo z ich pokoju dobiegał grubiański śmiech, a gdy silnik Sugdenów wreszcie zapalił i samochód zniknął za rogiem naszego zaułka, wyraźnie usłyszałem strzał korka od szampana i brzęk kieliszków, a potem głośny okrzyk: „Zdrówko!”

Znów zasnąłem, ale o 9.30 pies zaczął mnie lizać, więc wstałem i zabrałem go na spacer wokół domu Pandory. Volvo jej ojca nie stało na podjeździe, z czego wywnioskowałem, że pewnie Braithwaite'owie nadal przebywają u swoich bogatych znajomych. Wracając, napotkałem Barry'ego Kenta, który kopał piłkę w ścianę domu starców. Choć raz, przy święcie, miał życzliwą minę, przystanąłem zatem, by z nim porozmawiać. Zapytał, co dostałem na gwiazdkę; odpowiedziałem, po czym spytałem go o to samo. Z zażenowaniem odparł: „W tym roku było trochę cienko, bo tatę wywalili z roboty”. Zapytałem, jak to się stało. „Nie wiem – odpowiedział. – Ojciec mówi, że pani Thatcher zabrała mu pracę”. „Jak to, osobiście?” – zdziwiłem się. „No, tak to sobie stary kombinuje”.

Zgodziłem się pójść do niego na herbatę, by okazać, że nie żywię doń urazy za dawne czasy, kiedy to wymuszał ode mnie pieniądze za pomocą gróźb karalnych. Kwaterunkowy domek Kentów z zewnątrz wyglądał dość ponuro (Barry wyjaśnił, że gmina od lat obiecuje naprawić płoty, drzwi i okna), ale w środku sprawiał wrażenie wręcz czarodziejskie. Wszędzie wisiały papierowe łańcuchy, prawie całkowicie zakrywające pęknięcia w ścianach i sufitach. Pan Kent poszedł na osiedle, przyniósł dużą gałąź, pomalował ją białym lakierem i wstawił do pustej puszki po farbie. Moim zdaniem z powodzeniem zastępowała choinkę, ale pani Kent smutno westchnęła: „To jednak nie to samo. Trudno, musi nam wystarczyć, skoro nie stać nas na prawdziwe plastikowe drzewko”. Miałem zamiar powiedzieć, że zaimprowizowana choinka jest bardzo nowoczesna i hi-tech, lecz ugryzłem się w język.

Zagadnąłem dzieci Kentów, co dostały w prezencie. „Buty” – odpowiedziały. Zacząłem udawać, że je podziwiam; nie miałem wyjścia, bo wciąż podtykano mi je pod nos. Pani Kent oznajmiła ze śmiechem: „Amy z panem Kentem daliśmy sobie po paczce fajek!” Wiesz, drogi dzienniczku, że nie pochwalam palenia, zrozumiałem jednak, że w święta chcieli sobie zrobić choć trochę przyjemności, toteż powstrzymałem się od antynikotynowego wykładu.

Straciłem ochotę na dalsze pytania i uprzejmie odmówiłem zaproponowanego pasztecika… Z miejsca, w którym siedziałem, wyraźnie widziałem pustki w ich spiżarce.

Wracając do domu, zastanawiałem się, jakim sposobem rodzice zdołali mi kupić przyzwoite prezenty gwiazdkowe. W końcu zarówno mój ojciec, jak i pan Kent są niewinnymi ofiarami kultury robotów, w której maszyny przedkłada się nad ludzi.

Odpowiedź poznałem, wchodząc tylnymi drzwiami. Ojciec krzyczał: „Do licha, Pauline, jak ja mam spłacić następny rachunek za kartę Access?” „Trzeba będzie coś sprzedać, George – odrzekła matka. – Za wszelką cenę musimy zachować choć jedną kartę kredytową, bo z zasiłku i opieki społecznej nie da się wyżyć!”

A więc dobrobyt naszej rodziny to tylko pozór. Zdobyliśmy go na kredyt.

Po południu poszliśmy do babci na świąteczny podwieczorek. Babcia rzucała na talerzyki porcje rozmiękłego biszkoptu ze śmietaną i owocami, każdym chlapnięciem podkreślając rozżalenie, że pierwszy dzień świąt musiała spędzić w klubie seniora „Wiecznie Zieloni”. „Czułam, że nie powinnam tam iść – powtarzała z rozgoryczeniem. – Ten wstrętny komunista Bert Baxter nażarł się czekoladek z likierem, obrzydliwie się upił i śpiewał kolędy z wulgarnymi wyrazami!”

„Ależ mogłaś przyjść do nas, mamo! – zaprotestował ojciec. – Przecież cię zapraszaliśmy!”

„Ale tylko raz, a poza tym byli u was ci Sugdenowie!”

Ostatnia uwaga uraziła moją matkę; sama bez przerwy krytykuje swoją rodzinę, ale nie znosi, kiedy robi to ktoś inny. Ostateczna katastrofa nastąpiła, gdy stłukłem talerzyk z wierzbowym wzorem, który babcia miała od lat. Wiem, że babcia mnie kocha, jednak gwoli ścisłości muszę odnotować, że tym razem spojrzała na mnie z mordem w oczach. „Nikt się nigdy nie dowie, ile ten talerzyk dla mnie znaczył!” – powiedziała. Zaproponowałem, że pozbieram kawałki, lecz odepchnęła mnie trzonkiem szczotki, więc poszedłem do łazienki ochłonąć. Po dwudziestu minutach matka walnęła pięścią w drzwi: „Adrianie, idziemy do domu! – zawołała. – Babcia właśnie powiedziała ojcu, że sam jest sobie winien, że go zwolnili!” Kiedy przechodziłem przez bawialnię, między babcią i ojcem panowało milczenie, namacalne niczym podwójna szyba.

Jadąc samochodem obok domu Pandory, zauważyłem, że palą się lampki na świerku w ogrodzie, poprosiłem zatem rodziców, by mnie wysadzili. Na mój widok Pandora wpadła w ekstazę, zachwycona prezentem, który jej kupiłem (bransoletka z litego złota z Tesco za £2.49), lecz po chwili ochłonęła i zaczęła opowiadać o znajomych, u których byli z wizytą. Wielokrotnie wspominała o jakimś chłopaku nazwiskiem Crispin Wartog-Lowndes; zdaniem Pandory świetnie wiosłuje i w pierwszy dzień świąt przewiózł ją łodzią przez jezioro, recytując przy tym utwory Percy'ego Bysshe Shelleya. Podobno nad jeziorem zalegała mgła. Ogarnęła mnie cicha furia zazdrości; wyobraziłem sobie, że wpycham pod wodę arystokratyczną mordę Crispina Wartog-Lowndesa i trzymam, aż zapomni o Pandorze, świętach i Shelleyu. Do łóżka poszedłem o pierwszej w nocy, całkowicie wyczerpany emocjonalnie. Przyznaję, że kiedy leżałem w ciemnościach, łzy napłynęły mi do oczu na wspomnienie pustej spiżarki Kentów.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Numer 10 Królowa Camilla Adrian Mole. Szczere wyznania Adrian Mole lat 13 i 3/4. Sekretny dziennik Adrian Mole. Czas cappuccino Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę