23000

23000

Autorzy: Władimir Sorokin

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 338

cena od: 34.90 zł

Powieść 23 000 stanowi ostatnią część trylogii Władimira Sorokina, rozpoczętej kontrowersyjnym Lodem. Po Bro, obejmującym czasy poprzedzające akcję części pierwszej, autor wraca do swojej zasadniczej opowieści. Bracia i siostry, uśpieni od wieków w ludzkich ciałach, wkrótce się odnajdą, by we wspólnym kręgu każdy mógł odzyskać swą pierwotną postać świetlistego bytu. Kosmiczny błąd zostanie tym samym naprawiony, a ziemia - to podporządkowane potrzebom ciała piekło - zwróci się ku światłości i wieczności. Na drodze do sukcesu wybrańcom stoją jedynie ludzie - a właściwie puste skorupy ludzkie - którzy przetrwali uderzenie lodowym młotem i zaczynają się organizować przeciw bractwu. Bracia zastawiają na nich pułapkę - zwabiają do chińskiego miasta i w specjalnym obozie każą z pozostałości meteorytu tunguskiego wyrabiać młoty. Wśród więźniów znajdują się główni bohaterowie powieści, Olga i Björn. Sorokin po raz kolejny sięga po mesjanistyczne i nietzscheańskie wątki, by zakończyć swą wizjonerską opowieść o dziejach świata. W mistrzowski sposób tworzy język napromieniowanego mutanta, imituje wywód mordercy rodem z filmu noir, wplata w swoją historię fascynację światem maszyn, kojarzącą się natychmiast z literaturą lat 20. Oprócz niewątpliwych smaczków stylistycznych, Sorokin nasycił powieść szybką, niemal sensacyjną akcją, rozgrywaną w różnych rejonach świata - Rosji, Chinach, Izraelu, Szwajcarii oraz Stanach Zjednoczonych.

Sorokin szydzi z historii europejskich totalitaryzmów, łącząc je z wizjami rodem z science fiction. Mordercy wydają się posłańcami miłości, a zbrodnicze systemy - drogą do świetlistej utopii. Gazeta Wyborcza

Sorokin stał się postacią kultową we współczesnej literaturze rosyjskiej. Szczególnie cenią go młodzi. Jego powieści, pełne śmierci, przemocy i seksu, budzą niepokój. The New York Review of Books

W serii ukazały się:

David Adams Richards Grzech miłosierdzia

Majgull Axelsson Daleko od Niflheimu •

Kwietniowa czarownica Aharon Appelfeld Badenheim 1939 • Droga żelazna

John Banville Zaćmienie Attila Bartis Spokój

Samuel Beckett Sen o kobietach pięknych i takich sobie

Thomas Bernhard Wymazywanie

Javier Cercas Żołnierze spod Salaminy

Michel Faber Jabłko • Pod skórą • Szkarłatny płatek i biały

Jonathan Safran Foer Strasznie głośno, niesamowicie blisko •

Wszystko jest iluminacją

Laurent Gaudę Słońce Scortów

David Gilbert Normalsi

Julia Glass Trzy czerwce

Juan Goytisolo Makbara

Jan Guillou Zło

Michel Houellebecq Cząstki elementarne • Możliwość wyspy •Platforma • Poszerzenie pola walki

Daniel Kehlmann Beerholm przedstawia

Imre Kertesz Angielska flaga • Fiasko • Ja, inny. Kronika przemiany • Kadysz za nienarodzone dziecko • Likwidacja • Los utracony Michaił Kononow Goła pionierka

Laszló Krasznahorkai Melancholia sprzeciwu • Szatańskie tango

Karel van Loon Ojciec i ojciec

James Meek Ludowy akt miłości

Harry Mulisch Odkrycie nieba • Procedura

Wiktor Pielewin Generation,P' • Mały palec Buddy • Omon Ra i inne opowieści • Święta księga wilkołaka • Życie owadów

W.G. Sebald Wyjechali

Zeruya Shalev Mąż i żona • Życie miłosne

Władimir Sorokin Bro • Lód

Jachym Topol Nocna praca • Siostra

Mo Yan Kraina wódki • Obfite piersi, pełne biodra

Oksana Zabużko Badania terenowe nad ukraińskim seksem

Juli Zeh Instynkt gry • Orły i anioły

Przełożyła Agnieszka Lubomira Piotrowska

Tytuł oryginału: 23000 Copyright © 2005 by Vladimir Sorokin Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2007 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2007 Wydanie I Warszawa 2007

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Cytat

Z czyjego łona lód wychodzi? A szron niebieski kto rozmnożył?

Księga Hioba, 38. 29

Mięso się kłębi

Pomarańcza wciąż leżała pod kredensem.

Chłopiec położył się na podłodze, wsunął rękę pod mebel i wyciągnął się w stronę pomarańczy. Ale nie dosięgał jej. Palcami wymacał kurz i podeschniętą pestkę z wiśni.

– Kotipies! – gniewnie wymamrotał chłopiec w kierunku ciemności pod kredensem.

Odrzucił pestkę i pogroził pomarańczy pięścią. Uniósł się na kolankach. Chwilę klęczał, dłubiąc w nosie. Wstał, rozejrzał się. Na blacie kredensu między cukiernicą, butelką keczupu i puszką kawy rozpuszczalnej leżała zapomniana przez mamę różowo-srebrna puderniczka. Chłopiec wziął ją, poobracał w rękach, otworzył. Z okrągłego lustereczka spojrzał na niego jasnowłosy chłopiec z dużymi, nieco wyłupiastymi jasnoniebieskimi oczami, wielkimi odstającymi uszami, malutkim spłaszczonym nosem i małą, zawsze mokrą i pytająco otwartą buzią imbecyla.

– Witam, witam, Mickeyu Rourke – rzekł chłopiec, zamknął puderniczkę i odłożył ją. Wysunął szufladę z kredensu. W szufladzie leżały sztućce. Chłopiec wziął łyżkę, położył się na podłodze i spróbował łyżką sięgnąć po pomarańczę. Nie udało się.

– Ja cię, Czeczeńcu jeden, przyskrzynię! – ryknął chłopiec w stronę zakurzonego linoleum i zastukał łyżką pod kredensem. - Come on! Come on! Come on!

Nieosiągalna pomarańcza leżała w półmroku.

Chłopiec usiadł. Popatrzył na łyżkę. Stuknął nią w kredens. Wstał i lekko zaczepił głową o wysuniętą szufladę.

– M-m-m! Kotipies… – Z niezadowoleniem rozmasował głowę, rzucił łyżkę do szuflady.

Wziął nóż stołowy. Obrócił go w rękach. Porównał z łyżką.

– Taki sam kotipies.

Wrzucił nóż do szuflady. Wsunął szufladę. Podszedł do kuchenki elektrycznej. Nad nią na ścianie wisiały: durszlak, dwuzębny widelec, łyżka cedzakowa, chochla, wałek do ciasta. Chłopiec zatrzymał wzrok na wałku:

– O!

Stanął na palcach, wyciągnął rękę po wałek. I z trudem dotknął palcami jego chropowatej drewnianej końcówki. Wałek się zakołysał. Chłopiec spojrzał na niego. Potem podsunął krzesło do kuchenki, wszedł na nie. Wyprostował się. Chwycił ręką wałek. Ale do jego rączki z dziurką i sznureczkiem wciąż było daleko.

– Ech, kotipies… – Nie wypuszczając wałka, chłopiec podniósł lewą bosą stopę i postawił ją na palniku.

Poszarpał wałek. Ale krótka sznurkowa pętelka nie chciała się ześliznąć z drewnianego zaczepu. Sapiąc, chłopiec zaczął podciągać prawą nogę. To było niewygodne. Chwycił za wałek mocniej, pomagając prawej nodze:

- Up grade, grubasie…

Odbił się nogą od krzesła, gwałtowniej stanął na płycie, zachwiał się, balansując, i obiema rękami chwycił za wałek. Sznurkowa pętelka się naciągnęła. I zeskoczyła z haczyka. Chłopiec pierdnął. I z wałkiem w rękach zaczął upadać na wznak.

– Hopla… – Czyjeś silne ręce z lekkością go pochwyciły.

I od razu postawiły na krześle.

Chłopiec odwrócił głowę. Stał za nim nieznajomy mężczyzna.

– Misza, Misza… – Tamten z wyrzutem pokręcił głową. – No, jak tak można?

Mężczyzna był wysoki, miał szerokie ramiona i opaloną dobrotliwą twarz. Jego szmaragdowoniebieskie oczy patrzyły przyjaźnie. Silnymi rękoma ostrożnie podtrzymywał chłopca. Jego ręce przyjemnie pachniały.

– Co, postanowiłeś zostać kaskaderem? – zapytał i uśmiechnął się szeroko, odsłaniając mocne białe zęby.

– Nie-e… – odburknął zaniepokojony chłopiec, ściskając w rękach wałek.

Mężczyzna zdjął go z krzesła i postawił na podłodze. Przykucnął obok. Jego uśmiechnięta twarz znalazła się naprzeciw twarzy chłopca. Na policzku mężczyzna miał niewielką szramę. Krótko ostrzyżone na jeża rudawe włosy sterczały.

– Jak chcesz wydostać spod kredensu pomarańczę, to lepiej będzie to zrobić nie wałkiem, tylko mopem. Wiesz dlaczego?

– Nie-e. – Chłopiec patrzył na nieznajomego spode łba swoimi wielkimi, przezroczystymi, niebieskimi oczyma.

– Bo wałkiem twoja babcia wałkuje ciasto na drożdżowe bułeczki. A mopem mama przeciera podłogę. A przecież lubisz bułeczki z nadzieniem jajecznym?

– Aha. I pulpety lubię.

– No więc, niech wałek służy do wałkowania bułeczek.

Mężczyzna wyjął wałek z rąk chłopca i odwiesił go na miejsce.

– A twoją pomarańczę zaraz wydostaniemy.

Nieznajomy pewnym krokiem wyszedł z kuchni, otworzył drzwi do toalety, wziął mopa i wrócił z nim do chłopca. Nachylił się do samej podłogi i z łatwością wyturlał pomarańczę spod kredensu. Opłukał ją pod kranem, wytarł ręcznikiem kuchennym i podał chłopcu.

– Jedz, Misza. I ubieraj się. Mama na ciebie czeka.

– A gdzie ona jest? – zapytał chłopiec.

– U cioci Wiery. Na Piatnickiej. Pamiętasz ciocię Wierę? Tę, która ci dała dinozaura?

– Tak.

– Tego dinozaura to ja kupiłem. W Świecie Dziecka.

– A pan… to kto?

– Jestem mężem cioci Wiery. Michaił. – Mężczyzna wyciągnął wielką dłoń. – Miło mi poznać mojego imiennika!

Chłopiec podał mu rękę. Silne opalone palce ostrożnie oplotły się wokół dłoni chłopca.

Na dworze zaszczekały psy. Mężczyzna podszedł do okna, spojrzał za firankę.

Chłopiec zaczął obierać pomarańczę.

– Sam się ubierasz czy mama ci pomaga? – zapytał mężczyzna, patrząc przez okno.

– Sam.

– Świetnie. – Mężczyzna zasunął firankę. – Jak miałem sześć lat, też już sam się ubierałem. I umiałem jeździć na rowerze. A ty masz rower?

– Yhy. Na daczy, u babci. Ale Tolik wykrzywił przednie koło. Pluje. – Chłopiec dłubał w pomarańczy.

– Tolik? – zapytał mężczyzna.

– Rower. A Tolik nie pluje. Włazi przez płot do Mochnacza. I wszystko im kradnie.

Mężczyzna wziął wdech i wydech.

– Wiesz co, Misza, chodź, ja ci obiorę pomarańczę. A ty się w tym czasie ubieraj.

– A co, pojedziemy na daczę do cioci Wiery?

– Właśnie tak. – Mężczyzna zabrał chłopcu pomarańczę. – Lepiej nie traćmy już czasu. Trzeba się wykąpać. Skwar przecież taki… Zresztą nie mam ochoty stać w korkach. No już, już, Miszka!

Chłopiec pobiegł do sypialni. W przedpokoju koło drzwi wejściowych stała wielka niebieska walizka.

– A to pana walizka? – krzyknął chłopiec.

– Moja – odpowiedział mężczyzna.

– A co tam jest?

– Nic! – zaśmiał się mężczyzna. – Ubieraj się, kaskaderze!

Chłopiec wszedł do sypialni.

Zdjął z oparcia krzesła szorty i zaczął je wkładać. Ale zobaczył leżącego na poduszce i częściowo przykrytego kołdrą pluszowego dinozaura. Obok dinozaura leżała bryłka lodu. Od topniejącego lodu na poduszce rozpływała się plama.

– Ach ty, grubasie jeden! – Plącząc się w szortach, chłopiec podbiegł do łóżka i zrzucił lód na podłogę. – Zsikałeś się! Up grade, up grade!

Chłopiec wciągnął szorty, włożył koszulkę i sandały. Potem podniósł bryłkę lodu i pobiegł z nią do kuchni.

– Lód się zsikał!

W kuchni mężczyzna siedział na krześle i z uśmiechem patrzył na wbiegającego chłopca. Obok na stole leżała nieobrana pomarańcza. Chłopiec wrzucił lód do zlewu. Mężczyzna wstał z krzesła.

– Ubrałeś się? Świetnie.

Wyjął telefon komórkowy, wybrał numer:

– Tak.

Schował komórkę w kieszeni.

– Misza, czas na nas.

– A pomarańcza? – Chłopiec zadarł głowę i spojrzał na nią.

– Potem. Wszystko potem… – Mężczyzna wyjął z kieszeni niewielki spray z gazem, dokładnie zakrył sobie dłonią nos i prysnął sprayem na chłopca.

Chłopiec potrząsnął głową, zmrużył oczy. Odwrócił się, zakrywając twarz rękami. Zachrypiał. I wybiegł z kuchni. W korytarzu nogi się pod nim ugięły i zaczął się osuwać. Na ręce wchodzącego do mieszkania drugiego mężczyzny. Który pochwycił chłopca i od razu zaniósł do sypialni. Z kuchni, nadal jeszcze zatykając nos, wybiegł mężczyzna, który przyszedł wcześniej. Obaj pochylili się nad chłopcem. Pierwszy mężczyzna był wyższy. Bracia Światłości nazywali go Dor. Drugiego, o bujnej blond czuprynie, z małą jasną bródką, zwali Jasto. Obaj mieli silne, opalone i muskularne ręce. Te ręce zaczęły teraz zwinnie pracować: wydostały małą strzykawkę z brązowawą cieczą, zrobiły chłopcu szybki zastrzyk w ramię, rozebrały go do naga, założyły mu pampersa.

Dor przyniósł niebieską walizkę, otworzył. W walizce leżał koc z wielbłądziej wełny. Mężczyźni ostrożnie zawinęli chłopca w koc, zostawiając odsłoniętą tylko twarz. Niebieskie, przezroczyste po bokach nieruchome oko patrzyło na nich w zamyśleniu.

– Śpi – mruknął Jasto.

– Ci dwaj są na dole? – wyszeptał Dor.

– Tak.

– Winda?

– Wciąż nie działa.

– No to ty niesiesz.

– Ja.

Pochwycili bezwolne, pobladłe ręce chłopca i na minutę zamarli, zamykając oczy. Następnie ocknęli się, zamknęli walizkę. Jasto bez wysiłku podniósł ją i doniósł do drzwi. Postawił. Uchylił drzwi, obaj zamarli, wsłuchali się. Na klatce schodowej panowała cisza. Dor i Jasto spojrzeli sobie w szmaragdowoniebieskie i szarawoszafirowe oczy. I gwałtownie się objęli, w jakimś dzikim szale, z wielką siłą przylgnęli do siebie klatkami piersiowymi. Z ich ust wyrwały się s łabe, głuche dźwięki, silne ręce się zacisnęły, napięły, zamarły. Głowy im zadrżały. Serca przemówiły.

– Dor… – wychrypiał Jasto.

– Jasto… – Dor wypuścił powietrze z płuc.

Obaj jęknęli i gwałtownie się odepchnęli, odsunęli.

Natychmiast doszli do siebie. Uspokoili się. Nabrali powietrza do płuc. I płynnie je wypuścili.

Dor wyszedł za drzwi. I zaczął schodzić po schodach: winda nie działała. Jasto chwilę poczekał, po czym z walizką ruszył za nim. Dor ostrożnie zbiegał w dół po schodkach, lekko niosąc swoje silne, wysportowane ciało.

Między parterem a pierwszym piętrem tego piętnastopiętrowego bloku z wielkiej płyty od czasu do czasu nocował bezdomny Walera Sopleuch. Ostatnią noc spędził na klatce schodowej ze swoją przyjaciółką Zulfiją. Przed chwilą go obudziła, żądając piwa. Klęcząc i ochryple klnąc, Sopleuch szperał po brudnych kieszeniach, wydłubując drobniaki, jakie mu zostały z poprzedniego dnia. Słysząc, że ktoś schodzi z góry, podniósł głowę i zaintonował z przyzwyczajenia:

– Rodacy, dajcie byłemu nurkowi na ugaszenie pragnienia!

Schodząc do nich po schodach, Dor wsunął rękę do kieszeni. Bezdomni dostrzegli go.

– Człowieku, nie bądź łachem, ja przecież też… – zaczął mówić Sopleuch, ale nie dokończył zdania. Dor zdecydowanie i z potworną siłą uderzył go w głowę kastetem.

Rozległ się słaby trzask pękającej czaszki. Zulfija cofnęła się, otwierając bezzębne usta. Dor doskoczył do niej i grzmotnął ją w nos. Z całą siłą stuknęła głową w wymazaną graffiti ścianę. Sopleuch bezdźwięcznie padł na podłogę. Dor przeszedł nad nim, owinął kastet chusteczką do nosa, schował do kieszeni, ruszył w dół. Jasto schodził wolniej, ostrożnie niosąc walizkę. Przechodząc między leżącymi na posadzce bezdomnymi i zezując na drgające i przesiąkające moczem nogi Zulfii, instynktownie uniósł walizkę wyżej, zszedł na parter, minął windę z tablicą ogłoszeniową i wyszedł na podwórze, zahaczając lewą ręką za stalowy zadzior na futrynie drzwi wejściowych.

Na dworze było gorąco i słonecznie. Przed klatką schodową stało zakurzone żiguli. Za kierownicą siedział łysawy niebieskooki blondyn w szarej koszulce i patrzył na trzy zaniepokojone bezpańskie psy, ujadające na niego. Jak tylko psy zobaczyłyJasto, zaczęły ujadać jeszcze zacieklej i odbiegły nieco od samochodu. Jasto położył walizkę na tylnym siedzeniu i usadowił się koło kierowcy. Żiguli ruszyło, wyjechało z podwórza.

– To już? – zapytał kierowca.

– Już – odpowiedział Jasto.

– Psy… – wymamrotał kierowca.

– Wyczuwają nas, co? – Jasto uśmiechnął się nerwowo.

– Nie wiedziałem o tym wcześniej.

– Masz młode serce, Moho. – Jasto zbliżył do ust zadrapaną rękę i wyssał kapiącą kroplę krwi.

Żiguli wjechało na ulicę Ostrowitianowa. I od razu ruszył za nim masywny ciemnogranatowy jeep lincoln navigator. Za kierownicą siedział chudy Ire, obok niego – Dor.

– Dokąd? – zapytał Ire.

– Sami zdecydują. – Dor, całkowicie wyczerpany, skrył w dłoniach swoją męską twarz.

Żiguli skręciło na ulicę Profsojuzną, przejechało jeszcze kawałek i stanęło. Lincoln zatrzymał się obok. Dor wyskoczył, otworzył tylne drzwi. Jasto wysiadł z żiguli i podał mu walizkę. Dor położył walizkę na tylnym siedzeniu, usiadł obok, Jasto od zewnątrz zatrzasnął drzwi jeepa. Lincoln navigator od razu ruszył, gwałtownie wyjechał zza żiguli. W ślad za nim ruszył czarny mercedes S 500 z przyciemnionymi szybami i z niebieskimi numerami milicyjnymi. W środku siedzieli Obu, Tryw i Merog w mundurach oficerów milicji. Obu przyłożył do ucha komórkę.

– To ja.

– Idę – odpowiedział przez swoją komórkę Ire, przepuszczając mercedesa naprzód.

Dor otworzył solidny zamek niebieskiej walizki, uniósł wieko. Chłopiec spał w kocu. Jego twarz lekko się zaróżowiła. Dor wziął rękę chłopca. Była zimna i bezwolna. Pochylił się nad chłopcem, przyłożył jego dłoń do swojej piersi i na chwilę zamknął oczy.

Nieoczekiwanie na prawym pasie zderzyły się dwa samochody i jeden z nich zahaczył o jeepa. Lincolnem wstrząsnęło, wpadł w wir. Dor objął rękami walizkę, przytrzymując ją na siedzeniu.

– A-a-a! – Ire zaczął wrzeszczeć, upuszczając komórkę, ale panując nad kierownicą.

– Nie zatrzymuj się! – Dor spojrzał do tyłu.

– Kim oni są?

– Mięso, mięso… – uspokoił go Dor, patrząc na zatrzymujące się samochody. – Zwykły wypadek.

Lincoln mknął naprzód. Uszkodzony tylny błotnik sterczał. Na światłach zatrzymali się obok mercedesa. Dor otworzył drzwi i przekazał walizkę Merog, który ułożył ją obok siebie na tylnym siedzeniu. Mercedes ruszył gwałtownie z miejsca na czerwonym świetle. Merog otworzył walizkę, spojrzał na śpiącego chłopca. Zamknął swoje kasztanowo-niebieskie oczy. Jego twarz natychmiast jakby skamieniała.

Skręcili na moskiewską obwodnicę MKAD.

Nieoczekiwanie mercedesem szarpnęło. I słabo zastukała przebita opona.

Obu zaczął wykręcać na prawo i stanął na poboczu. Mercedes przechylił się na prawy bok.

Siedzący w samochodzie w napięciu spojrzeli po sobie. Merog zamknął walizkę, wyjął z torby sportowej pistolet z tłumikiem. Tryw wyciągnął spod siedzenia karabin maszynowy krótkolufowy, odbezpieczył.

Obu wyjrzał przez okno.

– Oba koła z prawej. To nie przypadek.

– Są dwa zapasowe? – zapytał Merog.

– Są, chwała Światłości – odparł Obu i zabrał Tryw automat. – Zmieniaj opony.

I od razu połączył się z Dor.

– Stoimy. Złapaliśmy dwie gumy. To nie przypadek. Potrzebni są bracia.

– Idę – odpowiedział Dor.

– Nie! To niebezpieczne. Sterczy ci zderzak.

– To nic strasznego.

– Przyciągniesz mięso.

– Wierzę sercu, Obu. Idę do was.

– Dor, potrzebujemy braci! Mięso się k łębi. Znam to.

– Wzywam Osłonę.

– To niebezpieczne! Mięso ich czuje. Potrzebujemy po prostu braci!

– Wzywam ich.

Tryw wyszedł, zaczął zmieniać pierwszą oponę. Jeep z odstającym zderzakiem minął ich i zatrzymał się dziesięć metrów dalej. Obu opuścił przyciemnianą szybę. Do mercedesa podjechała biała toyota patrolu drogówki z migającym kogutem. Wysiadł z niej tęgi podporucznik z nabrzmiałą, niezadowoloną twarzą, niezapalonym papierosem w pulchnej dłoni, zasalutował.

– Cześć i czołem!

Dalej kręcąc podnośnik, Tryw podniósł głowę.

– Cze.

– Oba naraz? No nieźle! Jak to mówią, i koń się potknie, i merc zawiedzie. Pomóc?

– Pomóż, jeśli się nie śpieszysz – odpowiedział Merog zamiast Tryw, opuszczając przyciemnianą szybę i trzymając w pogotowiu pistolet. – Bo ja żem wczoraj rękę oparzył, a porucznik Warennikow (kiwnął na Obu) nabawił się przepukliny lewego jądra po wysiłku seksualnym!

Obu, Merog i Tryw roześmiali się.

– I takie rzeczy się zdarzają w naszej ciężkiej robocie… – Podporucznik uśmiechnął się i ziewnął nerwowo, poklepał się po kieszeniach. – Zaraz, panowie, pomożemy. Pomóc swoim – to rzecz święta… Kurde, gdzie ja ją… jak zawsze w samochodzie…

Odwrócił się.

– Alosza, podrzuć ognia!

Drzwi toyoty się otworzyły i z samochodu wyskoczył sierżant drogówki z kałasznikowem. W ręce podporucznika szczęknął otwierający się wąski nóż.

– Masz! – Poczerwieniały ze zdenerwowania podporucznik w mgnieniu oka wycelował w szyję, ale ostrze utkwiło w ramieniu uchylającego się przed ciosem Tryw; w tym momencie celna kula, którą wystrzelił Merog przez okno mercedesa, przeszyła głowę tęgiego podporucznika. Sierżant otworzył ogień. Kule drasnęły Tryw, rykoszetem odbijając się od opancerzonego mercedesa. Dor otworzył drzwi bagażnika jeepa i wystrzelił d ługą serię w toyotę. Rozprysnęła się przednia szyba, przeszyty kulami podporucznik padł. Ze skręcającego srebrnego jeepa wysunął się kałasznikow z załadowanym granatnikiem podlufowym. Granatnik wystrzelił w niebieskiego jeepa. Wybuch rozniósł samochód, odrzucając odbiegającego Dor. Obu opuścił szybę w tylnych drzwiach i wystrzelił długą serię w jeepa. Jeep wbił się w dostawczą gazelę, z jego rozpryskujących się okien ktoś zaczął strzelać. Kilka samochodów na lewym pasie autostrady zderzyło się, jeden zapłonął. Obu, Merog z okien mercedesa i podnoszący się z drogi Dor otworzyli ogień w kierunku jeepa. Rozpędzona cysterna na mleko zaczęła hamować, wymijając płonące samochody, ale zabłąkana kula trafiła kierowcę w gardło. Cysterna skręciła w prawo i wbiła się w czarnego mercedesa. Żółta cysterna z niebieskim napisem „Mleko” zaczęła się zgniatać i przełamała się na pół. Mleko chlusnęło do wnętrza mercedesa przez otwarte okna. Krztusząc się mlekiem, Obu i Merog zaczęli wyciągać z samochodu walizkę z chłopcem. Obu był ranny w szyję i stopniowo tracił siły. Mleko momentalnie wypełniło samochód, Merog wymacał klamkę tylnych drzwi, otworzył je i razem z walizką wypłynął na drogę. Obu zakrztusił się mlekiem i został w maszynie. Mleko chlustało na asfalt z otwartych tylnych drzwi mercedesa.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lód Dzień oprycznika Bro 23000 Cukrowy Kreml Zamieć 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów