Nie zatrzymasz mnie

Nie zatrzymasz mnie

Autorzy: Jeremy Clarkson

Wydawnictwo: Insignis

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

Ilość stron: 412

cena od: 30.00 zł

Jeremy Clarkson - człowiek, którego jedynym ćwiczeniem fizycznym jest mruganie powiekami - dobrze wie, że życie to nie tylko samochody. Książka, którą trzymacie w rękach, jest koronnym dowodem tej tezy.

Dowiecie się z niej: dlaczego wszyscy powinniśmy mieć prawo wyboru prezydenta Stanów Zjednoczonych, które ze wszystkich boskich stworzeń jest najgłupsze, czy warto sprawdzać swoje biorytmy i dlaczego nie wynaleziono jeszcze środka przeciwko łysieniu. Nie martwcie się, w końcu Clarkson przechodzi do samochodów, pisząc o nich tak, jak nikt inny na świecie. Niektóre dostąpią najwyższych zaszczytów. Inne zetrze w pył. Jego wyroki są nieodgadnione, nieoczywiste i nieprzewidywalne. Są tu przejmujące metafory. Są zwroty akcji. Są zaskakujące puenty. Ale przede wszystkim - mnóstwo śmiechu i dobrej zabawy.

Tytuł oryginału

Don’t Stop Me Now

Published by the Penguin Group

Penguin Books Ltd, 80 Strand, London WC2R ORL, England

Published in 2007

www.penguin.com

Copyright © JEREMY CLARCKSON, 2007

All rights reserved

The moral law of the author has been asserted

Redakcja

MARIA BRZOZOWSKA

Redakcja i korekta Piotr Mocniak Małgorzata Ibek-Mocniak

Skład

TOMASZ BRZOZOWSKI

Copyright © for the translation by Tomasz M. Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2008 Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN-13: 978-83-61428-05-3

Insignis Media

ul. Sereno Fenna 6/10

31-143 Kraków tel./fax +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl

www.insignis.pl

Druk i oprawa:

www.opolgraf.com.pl

Wyłączna dystrybucja:

fk Olesiejuk www.olesiejuk.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Książkę tę dedykuję wszystkim

oprócz Johna Prescotta

Peugeot 206 GTi

Chyba najwyższa pora, żeby coś sobie wyjaśnić. Wasz sklep mięsny wcale nie jest lepszy od mojego. Wasz najbliższy Carrefour wcale nie jest lepszy od Tesco w mojej okolicy. Wasza ulubiona miejscowość we Francji wcale nie jest lepsza od mojego ulubionego francuskiego miasteczka. Dziś bardzo trudno o produkt, który byłby w sposób oczywisty lepszy od produktów konkurencji. Mamy Pepsi i Coca Colę, sieci O2 i Vodaphone, perfumy Miyake i Armani, szkoły Eton i Harrow, Partię Konserwatywną i Partię Pracy.

A jeśli uda się wam znaleźć jakąś rzecz, która ma wyraźną przewagę nad konkurencją, założę się, że ma również jakąś ukrytą wadę. Wypad na narty do Stanów jest tutaj klasycznym już przykładem.

Zgadza się, trasy są tam mniej zatłoczone i bardziej urozmaicone od tych w Europie. Kolejki też są tam krótsze. Nie myślcie jednak, że przekłada się to na krótszy czas oczekiwania.

Nie, nie chodzi o to, że Amerykanie nie mieszczą się w bramkach obrotowych – tamtejsi narciarze są szczupli jak wierzbowe witki; to wszystko przez ich uprzejmość.

– Ja za panem…

– Nie, przyjacielu, pan był pierwszy.

– Jestem pewny, że to pan.

– Ale mnie się nigdzie nie spieszy.

– Pan na wakacjach?

– No pewnie. Chciałem pobyć trochę na słońcu.

– No to proszę.

– Nie, pan pierwszy.

I tak dalej, i tak dalej.

Czas potrzebny dwóm Amerykanom, by ustalić, który z nich jako pierwszy ma wsiąść na wyciąg, wystarczyłby, żeby na Matterhorn wdrapała się połowa populacji Niemiec.

Kolejnym przykładem jest życie w południowo-wschodniej Anglii. Pod każdym względem jest lepsze od życia w innym miejscu.

Tylko że na północy wszystko jest tańsze. W dodatku krajobraz jest tam bardziej malowniczy.

Sami więc widzicie, że nie wszystko jest tak jednoznaczne, jakby się mogło wydawać.

Nie dotyczy to tylko nowego Mini. Na początku ten samochód podoba się każdemu. To Michael Palin i David Attenborough w zgrabnym i dopieszczonym opakowaniu. Nawet ci, których w ogóle nie interesują samochody, nie przechodzą obok niego obojętnie. To tak, jakby wegetarianina zainteresowała kanapka z boczkiem.

Już sam wygląd i rozbrajająca radość emanująca z samochodu wystarczą, by Mini zjednał sobie naprawdę wielu przyjaciół. Ale jest jeszcze coś: jazda nim to niewiarygodna frajda. Podstawowa wersja, One, to salwa śmiechu. Cooper to śmiech histeryczny Cooper S to śmiech prowadzący do obłędu. A dziś produkują już nawet 200-konną wersję Works. To motoryzacyjny odpowiednik smażonej ryby z frytkami w londyńskiej restauracji Ivy – przemawia pod każdym możliwym do wyobrażenia względem.

No dobrze, jeśli już mam być hiperkrytyczny, to może faktycznie Mini jest z tyłu odrobinę ciasne i może rzeczywiście wizerunek tego samochodu doznał uszczerbku przez to, że pewna londyńska agencja handlu nieruchomościami kupiła tysiące egzemplarzy tego wozu. Ale jeśli nie mieszkacie w stolicy, a wasze dzieci nie mają więcej niż 4,5 metra wzrostu, nie widzę nawet najmniejszego powodu, abyście choć przez chwilę zastanawiali się nad zakupem czegoś innego. Pomyślcie o tym samochodzie jak o Parku Narodowym Yorkshire Dales z cenami domów z Liverpoolu i na dodatek położonym w Chelsea. Albo jak o amerykańskim ośrodku narciarskim Vail prowadzonym przez Szwajcarów.

Pomyślałem dokładnie w ten sposób, gdy w poniedziałkowy poranek wyjrzałem przez okno, by popatrzeć na 180-konnego Peugeota 206 GTi, którego właśnie podstawili mi do przetestowania. Jego istnienie wydało mi się zupełnie bezcelowe. Naprawdę. Kogo mógłby zainteresować taki samochód, skoro za niewiele więcej można mieć Mini Coopera S? Zanim dopiłem kawę i byłem gotów, by wyjechać na tydzień do Londynu, postanowiłem, że zamiast Peugeotem pojadę Mercedesem. Pogoda była naprawdę wspaniała i nie widziałem żadnego powodu, dla którego miałbym odbyć podróż w nagrzanym blaszanym pudełku.

Nie wiem co spowodowało, że zmieniłem zdanie. Poczucie winy? Przekonanie, że powinienem spróbować jazdy wszystkim, niezależnie od tego, jak bardzo głupie czy bezsensowne by to nie było? A może to, że na desce rozdzielczej Peugeota spostrzegłem przycisk włączający klimatyzację i pomyślałem: „może wcale nie będzie aż tak źle…”?

Tak czy siak, wpakowałem swoje walizki do bagażnika i przy temperaturze sięgającej 24 stopni Celsjusza wyruszyłem Peugeotem do Londynu.

Po przejechaniu połowy mili stałem się podejrzliwy. Po całej mili byłem już zły. Może i Peugeot ma przycisk klimatyzacji, ale klimatyzacji na pewno już nie. W Rollsie klimatyzacja działa z mocą odpowiadającą trzydziestu olbrzymim lodówkom. Moc klimatyzacji Peugeota można zaś porównać do astmatyka z Bangladeszu, który dmucha na was przez słomkę.

Są i inne mankamenty Na przykład obszyta ręcznie konsola z zegarami. Wyobraźcie sobie jednego z tych 14-latków z prowincjonalnego miasteczka, którzy o drugiej nad ranem włóczą się po przystankach autobusowych. Tak wygląda wnętrze Peugeota. A teraz wyobraźcie go sobie w skórzanych, eleganckich butach. Tak wygląda konsola z zegarami w Peugeocie. Jakby została skądś buchnięta.

I jeszcze coś: natura obdarowała mnie śmiesznie małymi stopami. To absurd, żeby ktoś mojego wzrostu musiał utrzymywać równowagę przemieszczając się w parze czterdziestek trójek. A mimo to moje buty i tak były za duże, by można było wygodnie oprzeć stopę na pedale sprzęgła. No i do diaska, cholernie tu gorąco! I głośno! Musiałem opuścić cholerne okna, a przecież pruję po cholernej autostradzie! Dlaczego do diabła nie wziąłem Mercedesa?! To wszystko było na swój szczególny sposób dość przygnębiające. Kiedyś przepadałem za podrasowanymi hatchbackami, bo spełniały dwie funkcje w cenie jednej. Można je było kupić za niewygórowane pieniądze, były tanie w utrzymaniu i tak samo praktyczne, jak wózki na zakupy, na których się wzorowały. Ale na odpowiedniej drodze i w odpowiednim czasie mogły rozniecić ogień w lasach, przez które śmigały.

Problem w tym, że się starzeję. Nie potrzebuję praktycznego wózka na zakupy i nie pociąga mnie rozniecanie ognia w lasach, przez które przejeżdżam. Z drugiej strony, tych, którzy są wystarczająco młodzi, by pragnąć obydwu tych rzeczy, pewnie nie będzie stać na ubezpieczenie tego wozu.

Poza tym, któż chciałby to robić, skoro można mieć lepiej wykonanego, lepiej wyposażonego, szybszego, tańszego i bardziej zawadiacko prezentującego się Mini. I to w dodatku z klimacholernatyzacją!

Nazajutrz Peugeot rozzłościł mnie jeszcze bardziej. Próbowaliście jeździć po Londynie samochodem z manualną skrzynią biegów i jednocześnie rozmawiać przez komórkę? To tak, jakby drapiąc się po głowie i klepiąc po brzuchu rozbrajać bombę.

W środę pojechałem „dwieście szóstką” do siedziby Top Gear i muszę przyznać, że na pustej wiejskiej drodze zapewnia całkiem niezłą zabawę. Nie śpiewa co prawda sopranem, jak czyniły to hatchbacki minionej epoki – jest raczej jak mocny tenor. Nie przeszkadza ci to, jeśli masz 43 lata na karku – znaczy to tyle, że nie będziesz musiał nazbyt często sięgać do dźwigni zmiany biegów.

Jednak to nie prędkość wywarła na mnie największe wrażenie, lecz to, jak samochód trzyma się drogi. Zakręty pokonywał przy prędkościach, które w innych, kosztujących nierzadko o wiele więcej niż 14 995 funtów wozach, uznałbyś za nierozsądne, a nawet samobójcze.

Muszę się w tym miejscu przyznać, że śmigając tą „kieszonkową rakietą”, przyłapywałem się na jeździe z prędkościami, które w ogóle nie należały do rozsądnych. I bardzo mi się to podobało. Zanim dotarłem na miejsce, poczułem się, jakbym znów miał 18 lat.

Przez cały dzień kręcenia kolejnego odcinka programu podchodziłem do „dwieście szóstki” i myślałem sobie: „To przecież całkiem ładny mały samochodzik!”. Bo tak jest. Może jest mniej uroczy od Mini, ale na pewno jest od niego ładniejszy, a z wielkimi obręczami kół i grubymi oponami wygląda groźniej.

W czwartek jeździłem nim po torze Top Gear i był po prostu zdumiewający. Nie cierpię używać słowa „perfekcyjny”, ale efekt wynikający z połączenia zależnego od prędkości elektrycznego wspomagania kierownicy, podwójnych sprężyn, twardych amortyzatorów i wspaniałych – bez dwóch zdań – przednich foteli, które mocno trzymają cię na miejscu, sprawia, że możesz po prostu fruwać.

Mini jest dobry, ale Peugeot prezentuje zupełnie inną klasę. To tak, jakby porównywać Iron Maiden do Led Zeppów.

Za część tej różnicy faktycznie odpowiada waga. Mini to faktycznie „żelazna dziewica”, a Peugeot tak naprawdę jest wypełnionym gorącym powietrzem balonem.

Niestety, w czwartkowy wieczór wybrałem się na imprezę, na której wlałem w siebie tyle szampana, że zapomniałem, jak mam na imię. To zaś oznacza, że gdy dziś obudzę się w Chipping Norton, za żadne skarby nie będę mógł sobie przypomnieć, co się stało z moim Peugeotem. A bardzo za nim tęsknię.

Niedziela, 15 czerwca 2003 r.

Volvo S60 R

Czy zastanawialiście się kiedyś, co stało się ze wszystkimi inżynierami? Dwieście lat temu na całym świecie na pewno aż roiło się od facetów w surdutach, którzy wynajdywali nowe sposoby robienia praktycznie wszystkiego.

Dziś rozmowy w pubie są niesłychanie wręcz nudne:

– Co tam dzisiaj w pracy?

– A, nic takiego… Próbowałem zajrzeć sekretarce pod spódnicę, a potem porządkowałem jakieś papiery.

Wyobraźcie sobie jednak, jak podobna rozmowa musiała wyglądać w roku 1750:

– Co tam dzisiaj w pracy?

– A, wynalazłem właśnie maszynę parową, a po południu opracowałem nową metodę odmierzania czasu. A u ciebie?

– Po staremu, po staremu… Wymyśliłem nowy sposób drążenia tuneli i zaprojektowałem szybkowar.

W różnych zakątkach świata żyli ludzie, którzy mówili:

– Zobacz, jak wróbel wije sobie gniazdo. Patrz, jak przeplata dziobem ździebełka… To nasuwa mi ideę maszyny, którą nazwę pralką.

Od jakiegoś czasu oglądam na kanale BBC2 nowy serial dokumentalny Adama Harta-Davisa, zatytułowany Co zawdzięczamy ludziom epoki Tudorów i Stuartów. Ciągnie się on już od kilku dobrych tygodni – zupełnie niepotrzebnie. Bo wydaje się, że odpowiedzi na tytułowe pytanie można udzielić w dwie sekundy: wszystko.

Pokrótce dzieje człowieka przedstawiają się tak: wyewoluowaliśmy od gatunków odżywiających się błotem do rozwiniętej cywilizacji, korzystającej z wielkich pieców, maszyn parowych i nowych sposobów konstruowania dachów, dzięki którym nie spadają nam one na głowy.

Gdy ludzie epoki wiktoriańskiej spojrzeli na to, co zastali, mogli z łatwością skonstatować:

– No cóż, nie ma już niczego, co moglibyśmy wynaleźć.

Zdumiewające jest jednak to, że nie poddali się – dzięki nim pojawiły się lokomotywy, żelazne statki i elektryczność.

Nawet gdy nastał wiek dwudziesty, trudno było zrobić sobie spacer po klifach i nie wpaść przy tym na kogoś, kto nie mruczałby do siebie pod nosem i nie robił jakichś notatek. W Johna Logiego Bairda, na ten przykład, który zaczął od wynalezienia samoogrzewających skarpetek, potem rozwinął koncepcję dżemu, a następnie, podczas jednego ze spacerów po Hastings, postanowił stworzyć radiowizję, albo – jak to obecnie nazywamy – telewizję.

Nam wydaje się to wprost niewyobrażalne. No bo tak: wybrałem się dziś rano na spacer i postanowiłem zaprojektować maszynę do podróży w czasie. Nie miałem jednak zielonego pojęcia, jak się do tego zabrać. Tymczasem Baird po prostu wszedł do sklepu, kupił pudło na kapelusz, dwa druty do dziergania i… trzask, prask! – następną rzeczą, którą pamiętamy jest talk-show Roberta Kilroya-Silka.

To dopiero były ekscytujące czasy. Ludzie żyjący w epoce wiktoriańskiej urządzili Wielką Wystawę światową, by zaprezentować swoje produkty i przemawiający przez nie geniusz. Budowę maszyn postrzegali jako przyszłość świata, jedną jedyną rzecz, jaka odróżnia nas od dzikich zwierząt i much.

Teraz mamy zaś elektronikę, która nie tylko jest niebotycznie wręcz nudna, ale w dodatku napawa nas lękiem i przerażeniem. Od chwili, gdy w 1968 roku komputer Hal postradał zmysły i pożarł załogę statku „Discovery One”, jesteśmy wychowywani w strachu przed technologią.

Komputery, jak uzmysławia nam filmem Terminator James Cameron, pewnego dnia skończą z rasą ludzką. Zgadza się z nim książę Karol. Twierdzi, że nadejdzie czas, gdy nanoroboty nauczą się naciskać przyciski i zagrożą nam nuklearną zagładą.

Wcale nie jestem tego pewny W ogóle nie obawiam się robota o rozmiarach ludzkiego włosa, który wspina się na stół – niby jak? – i wciska klawisz z napisem „kasuj”. Gwarantuję, że albo robot, albo komputer zepsują się na długo przed faktyczną detonacją bomby.

Tylko pomyślcie. Stacja Paddington jest wciąż tak samo piękna i funkcjonalna, jak w czasach, gdy budował ją Brunel, czyli prawie 150 lat temu.

Porównajcie ją teraz do komórki, którą kupiliście we wrześniu zeszłego roku. Ohydna, prawda? A używacie wbudowanego w nią aparatu, notatnika czy opcji połączeń wideo? A nawet gdybyście chcieli – ta ostatnia funkcja rozpoczęła swoją zawrotną karierę nie działając w Fulham, a teraz nie działa już nigdzie.

Czy macie jeszcze magnetowid, który kupiliście w 1985 roku, albo kamerę wideo z tamtych czasów? Oczywiście, że nie. Popsuły się lata temu. To samo dotyczy odtwarzaczy DVD. Kupiłem jedno z tych pierwszych przenośnych urządzeń za monstrualną kwotę 850 funtów, a teraz nadaje się już tylko do wyrzucenia.

To kieruje moje myśli ku nowemu Volvo S60 R. Najwyraźniej stanowi ono napędzaną na cztery koła, czterodrzwiową odpowiedź tej firmy na BMW M3. Hm. To ciut optymistyczne aspiracje, zważywszy na to, co znajdziecie pod maską: 2,5-litrowy silnik z turbosprężarką, rozwijający moc 300 koni. Tak, to sporo, ale jeśli M3 to Dworzec Północny w Paryżu, to 300 koni jest połową drogi przez Eurotunel.

Przykro mi, ale turbodoładowanie to po prostu James Watt.

Niezrażone niczym Volvo ciągnie dalej, twierdząc, że S60 R ma – cytuję – „najbardziej zaawansowane zawieszenie ze wszystkich samochodów jeżdżących obecnie po drogach”. Nazywa się „Skyhook” – to dlatego, że w trybach „komfort” i „sport” odnosi się ponoć wrażenie, iż samochód zawieszony jest „od góry”, a nie podparty takimi prymitywnymi rozwiązaniami technicznymi, jak koła i elementy podwozia.

Jest tego jeszcze więcej. Mamy układ aktywnej kontroli poślizgu w zakręcie, dwa układy kontroli trakcji i tryb „zaawansowany”, w którym – jak twierdzi producent – samochód staje się prawdziwą wyścigówką.

To wszystko jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.

I rzeczywiście tak jest. Wypożyczyłem ten samochód, pojechałem nim na tor testowy Top Gear i wybrałem tryb „zaawansowany”, który odłącza wóz od nieba. Zanim jednak mogłem ocenić, czy podoba mi się, czy nie, a tak naprawdę – zanim wziąłem nim pierwszy zakręt, samochód się popsuł. Na desce rozdzielczej wyświetlił się napis: „nastawy zawieszenia: serwis”.

Jak należało się tego spodziewać, zapewniono mi drugi egzemplarz, w którym cały dzień upłynął mi na naciskaniu przełączników. Dzięki temu mogę teraz podzielić się z wami moim werdyktem. Tryb „komfort” sprawia, że samochód staje się komfortowy Tryb „sport” sprawia, że samochód jest mniej komfortowy. A „zaawansowany” sprawia, że jest zupełnie niekomfortowy.

Jeśli zaś chodzi o prowadzenie, to najwyraźniej wybór trybu pracy zawieszenia nie robi tu żadnej różnicy. Tak więc po długim i starannym namyśle (trzy sekundy), przełączyłem wóz w tryb „komfort” i pojechałem do domu.

To powiedziawszy, muszę jednak stwierdzić, że Volvo całkiem przypadło mi do gustu. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego ludzie kupują S60. To tak, jakby chcieli przespać się z pospolitą, nudną dziewczyną, zamiast z jej pełną wigoru, piękną niemiecką przyjaciółką. Teraz jednak wersja R z nowym przodem i wielkimi alufelgami też jest piękna.

Co dziwne, samochód nie wydaje się zbyt szybki. Tak, oczywiście, zapoznałem się z jego danymi technicznymi i nie wątpię, że pokrywają się z rzeczywistością, ale Volvo nie jest typem węszącego nieustannie teriera, który wyrywa się ku zakrętom szybciej, niż byś tego chciał.

Każdy samochód ma swoją własną autostradową prędkość, która ustala się, gdy przestajecie się koncentrować na jej utrzymywaniu. Zazwyczaj jest to mniej więcej 130 km/h, chyba że macie Mercedesa S 600 – wtedy bardziej prawdopodobną wartością jest 180 km/h. Tymczasem w Volvo przyłapywałem się na tym, że jadę niecałą setką.

Na wiejskich drogach przypominałem sobie, że siedzę za kierownicą turbodoładowanego sportowego sedana z napędem na cztery koła i wyprzedzałem każdy samochód, który jechał przede mną. To zaś – trzeba o tym wspomnieć – przychodziło mi z łatwością. Później jednak, po przejechaniu około mili, wyprzedzony samochód pojawiał się za mną, a jego kierowca zastanawiał się, dlaczego tak szybko zwolniłem.

Przez to wszystko prowadzenie Volvo S60 R jest bardzo odprężające. Na pewno nie zagraża wam fotoradar. Albo jesteście skoncentrowani i wtedy go zauważacie, albo się nie koncentrujecie, i w takim przypadku wasza prędkość spada do 5 km/h.

W Volvo podobało mi się też wnętrze. Fotele są niesłychanie wygodne, zestaw audio nie gorszy od innych spotykanych w podobnych samochodach i nigdy nie znudzi mi się widok wysuwającego się z deski rozdzielczej ekranu nawigacji satelitarnej. Wygląda, jakby zainstalował go sam Q. Oczywiście, że się popsuje, ale póki działa – wygląda wspaniale.

Reasumując, mamy zatem do czynienia z wygodnym, bezpiecznym, dobrze wyposażonym i rozsądnie wycenionym samochodem, który – jeśli w ogóle chcecie zawracać sobie tym głowę – potrafi być również szybki.

Jeśli zaś chodzi o dreszczyk emocji podczas jazdy, daleko mu do BMW. Z kolei, z punktu widzenia właściciela samochodu, bez wahania wybrałbym Volvo. W porównaniu z BMW jest o wiele mniej – jakby to delikatnie ująć? – efekciarskie.

Ważniejsze jest jednak to, że Volvo nie dorównuje Audi S4. Podobnie jak Volvo, Audi ma silnik turbo, czworo drzwi i napęd na cztery koła. Podobnie jak Volvo, Audi jest ciche, wygodne i bezpretensjonalne, gdy po prostu chcesz wrócić nim do domu. Jednak w przeciwieństwie do Volvo, Audi w sprzyjających warunkach przywdziewa swoje niemieckie, skórzane spodnie i po prostu frunie.

I mimo że jest o kilka kawałków droższe niż Volvo, ja kupiłbym Audi – jest na swój sposób bardziej „mechaniczne”. Ale jeśli chcecie mieć Volvo à la Bill Gates – nie przejmujcie się. Ten samochód nie jest zły.

Niedziela, 29 czerwca 2003 r.

Koenigsegg CC

Jeremy Paxman. Idealne ucieleśnienie człowieka dwudziestego pierwszego wieku. Kulturalny, z nienagannymi manierami, oczytany i błyskotliwy. A mimo to pod warstwą lśniącego perfekcją wyrafinowania kryje się tętniący wigorem mózg ryjówki nadrzewnej. Tak. Pod fryzurą, która kosztowała Paxmana 50 funtów, ukrywa się ktoś, kto wcale nie różni się od gitarzysty basowego zespołu AC/DC, twojego psa czy nawet brontozaura.

W zeszłym tygodniu pojawił się na wyścigach gokartów Top Gear, przywdziewając na twarz ten lekceważący, szyderczy uśmieszek, któremu zawdzięcza sławę budzącego postrach adwersarza programu Newsnight.

– Nigdy przedtem nie widziałem gokarta na oczy – wycedził przed wyścigiem.

Właściwie to powinien z obrzydzeniem wspominać każdą chwilę spędzoną na torze. Przecież w końcu jest jedną z najbardziej cenionych osobowości telewizyjnych, a tu został wystrojony w idiotycznie wyglądający kombinezon wyścigowy, a potem wciśnięty w hałaśliwy, bezsensowny wózek.

Ależ skąd, podobało mu się, i to bardzo. Wyścigi gokartów to zimny, niewygodny i odrobinę niebezpieczny sport. Prymitywne, prostackie i bezceremonialne przeciwieństwo prowadzonego przez niego teleturnieju Pojedynek uniwersytetów. A jednak gokarty potrafią sprawić, że nawet najbardziej akademicki z romantyków czuje wspinający się po jego rdzeniu kręgowym dreszcz emocji. Bo dopiero siedząc tak nisko, tak blisko ziemi, można naprawdę poczuć, czym jest prędkość.

Prędkość – jak wciska się nam od wieków – zabija. Zwolnij! – nakazują spoty reklamowe w telewizji i elektroniczne tablice na autostradach. Błysk! Błysk! – robią zdjęcia fotoradary. Przesłanie jest klarowne i niezmienne, ale obawiam się, że równie dobrze można próbować uczyć latarnię uliczną wiązania sznurówek.

Potrzebujemy prędkości tak samo jak powietrza, pożywienia i wody.

Nie chcę tu mówić o korzyściach wynikających z szybkiego poruszania się. Bo, oczywiście, im szybciej podróżujesz, tym wcześniej docierasz do celu podróży. Możesz w takim razie zobaczyć o wiele więcej, zrobić o wiele więcej i o wiele więcej się nauczyć. Szybkość, jak to powtarzałem już wiele razy, czyni cię mądrzejszym.

Nie chcę też być nieodpowiedzialny. Tak, wiem, że dzięki prędkości możesz wybrać się w odwiedziny do teściowej. Ale to również dzięki niej nie będziesz musiał u teściowej nocować.

Spis treści

Dedykacja

Peugeot 206 GTi

Volvo S60 R

Koenigsegg CC

Caterham Seven Roadsport SV

Lamborghini Gallardo

Mazda RX-8

Noble M12 GTO-3R

TVR T350C

Porsche Carrera GT

Honda Accord Tourer Type S

Bentley Continental GT

Porsche Cayenne Turbo

Porsche 911 GT3

BMW 530d SE

MG SV

Fiat Panda

Kia Rio

BMW 645Ci

Mazda3

Lotus Exige S2

Aston Martin DB9

Autodelta 147 GTA

Subaru Legacy Outback

Mercedes-Benz CL65 AMG

Mitsubishi Warrior

Ford Sportka

Toyota Corolla Verso

Mitsubishi Evo VIII

Land Rover Discovery

Corvette C6

MG ZT 260

Ariel Atom

Dodge Viper

Audi S4 Cabriolet

Mercedes-Benz SLK350

BMW serii 1

Bentley

Hyundai Accent

Subaru Forester

Citroën

Maserati Quattroporte

Renault Vel Satis

Maserati MC12

Porsche 911

Mercedes-Benz CLS 55 AMG

Fiat Multipla 1.9JTD

Peugeot 1007

Lexus GS430

Nissan 350Z Roadster

BMW M5

Vauxhall Monaro VXR

Rolls-Royce Phantom kontra Maybach

Aston Martin V8 Vantage

Ford Mustang

Volkswagen Golf R32

Bugatti Veyron

Mini Cooper S Convertible

Volkswagen Jetta

Jaguar XK Convertible

Alfa Romeo 159

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wściekły od urodzenia Świat według Clarksona Nie zatrzymasz mnie Motoświat Co może pójść nie tak? Świat według Clarksona. Część 5 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia