Motoświat

Motoświat

Autorzy: Jeremy Clarkson

Wydawnictwo: Insignis

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: PDF EPUB

Ilość stron: 252

cena od: 25.00 zł

 

Jedenaście krajów, dwanaście niesamowitych reportaży, niezliczona ilość wyjątkowych przygód, spotkań i obserwacji - to obfite żniwo podróży Jeremy'ego Clarksona, podczas których ten sławny brytyjski dziennikarz gromadził materiały do programu Motoświat.

Dwa lata wypraw do najbardziej egzotycznych, z punktu widzenia motoryzacji, miejsc na świecie i wtykanie nosa tam, gdzie inni nie mieliby odwagi, zaowocowało doświadczeniami, których na próżno szukać w innych książkach podróżniczych. Islandia, Kuba, Wietnam, Dubaj - to tylko niektóre z miejsc opisywanych przez Clarksona.

Z jego wypełnionych po brzegi ciekawostkami i okraszonych niecodzienną dawką humoru reportaży dowiemy się między innymi, z kim prowadzi wojnę neutralna skądinąd Szwajcaria, w jakim samochodzie mieszczą się cztery sypialnie, salon i łazienka, i co może skłócić każdą włoską rodzinę. W którym mieście ludzie chlubią się tym, że nigdy nie byli w jego centrum? Jak pracuje się na australijskiej farmie o powierzchni województwa świętokrzyskiego? W jakim kraju samoloty tankują bezpośrednio na stacjach benzynowych?

Świat jest w nieustannym ruchu. Motoświat Jeremy'ego Clarksona tym bardziej.

 

MOTOŚWIAT

Jeremy Clarkson zyskał rozgłos jako prezenter jedynego w swoim rodzaju programu motoryzacyjnego Top Gear. Porzucił ten program, by spróbować szczęścia w innych dziedzinach życia. Niestety, wszystko spaprał i znów prowadzi Top Gear.Mieszka ze swoją żoną Francie i trójką dzieci w hrabstwie Oksford. Mimo to, nie ma na swoim koncie kierowcy żadnych images/1-1.jpg" />

Jeremy Clarkson

MOTOŚWIAT

Tytuł oryginału

Motorworld

Published by the Penguin Group

Penguin Books Ltd, 80 Strand, London WC2R ORL, England

First published by BBC Books (to accompany the BBC television series) 1996

Published in Penguin Books 2004

www.penguin.com

Copyright © 1996, 2004, Jeremy Clarkson. All rights reserved.

Redakcja i korekta

Piotr Mocniak

Skład

Tomasz M. Brzozowski

Copyright © for the translation

by Maria Brzozowska and Tomasz M. Brzozowski

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2008

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN-13: 978-83-61428-02-2

Insignis Media

ul. Sereno Fenna 6/10

31-143 Kraków

telefon / fax +48 (12) 6333746

biuro@insignis.pl

www.insignis.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

Dedykacja

Dla Francie

Włochy

Przez lata miewałem przyjemność zatrzymywać się w wielu naprawdę wyjątkowych hotelach, w których usłużni kelnerzy walczą o uwagę gości z pięknym widokiem – co jest trudne w przypadku portu w Hongkongu, Zatoki San Francisco czy Bazyliki św. Marka. Jednak moim ulubionym hotelem jest Locanda del Sant'Uffizio-Da Beppe w Asti, gdzie mieszkałem, gdy filmowaliśmy Fiata Coupe dla Top Gear.

Hotel mieści się w pięknym budynku, jedzenie jest takie samo, jak gdzie indziej, a właściciel redefiniuje pojęcie bycia przyjaznym. To facet, który najprawdopodobniej wepchałby ci swój język do gardła, gdybyś przypadkiem zechciał poprosić o dokładkę.

Jednak pobyt w tym miejscu podobał mi się najbardziej dlatego, bo drugiego dnia podczas obiadu dzieliliśmy salę z pewną włoską rodziną.

I nie mówię tu o jakimś brodatym ojcu w szarych butach, kobiecie o imieniu Janet w najlepszych ciuchach z „Marksa i Spencera” i dwójce ich dzieci, ani o prawie absolutnej ciszy, jaka towarzyszy wyjściom większości brytyjskich rodzin.

Nie, tu mieliśmy dziadka i babcię, jej matkę, szóstkę ich dzieci, różnych zięciów, synowe i nieokreśloną liczbę maluchów. Nie dało się dokładnie stwierdzić, ile ich było, ponieważ nigdy nie siedziały wszystkie naraz przy stole – kiedy jedno dziecko usiadło, inne właśnie biegało wokół wózka z deserami, wydając odgłosy pisku samochodowych opon.

Była to wielka uczta. Gdy jednak posprzątano talerze po ósmym daniu, atmosfera się zepsuła. Dwóch synów rozpoczęło kłótnię tak głośną, że bardzo szybko zostali w nią wciągnięci wszyscy w promieniu czterech metrów. Po paru minutach sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Ręce i nogi młóciły powietrze od jednej strony sali do drugiej. Babcia podniosła się zza stołu i wskazywała na jedną ze swych córek, która wyglądała, jakby miała pęknąć ze złości. Niemowlęta wrzeszczały: Była to jedna wielka rodzinna awantura.

Okazało się, że chodzi o Fiata Tipo – a dokładnie o to, jak bardzo jest ekonomiczny. We Włoszech jeden rodzinny hatchback może rozbić całą rodzinę.

Jeśli Włosi aż tak angażują się w dyskusję o Fiacie Tipo, to czy w takim razie możecie spróbować wyobrazić sobie, jak się tam jeździ samochodem? No dobrze, powiem wam. Jak na rollercoasterze bez żadnych reguł.

Droga łącząca Turyn z włoską Riwierą jest jedną z najpiękniejszych w Europie, ale z tego właśnie powodu jeździ się nią beznadziejnie. I nie chodzi o to, że stary Fiat Ritmo przede mną jechał powoli – o, co to, to nie! – ale ja miałem Alfę Romeo z silnikiem V8 3.0 i chciałem jechać jeszcze szybciej. Chciałem usłyszeć ten cudowny śpiew silnika, bo gdy tkwiłem za Fiatem, silnik zaledwie nucił.

Wreszcie droga zrobiła się prosta i przejeżdżając obok Fiata spostrzegłem, że jego kierowcą jest bezzębny chłop, liczący co najmniej 80 wiosen. Jego twarz była pomarszczona jak orzech włoski i miała mniej więcej taki sam kolor. Właściwie to równie dobrze mogłaby być orzechem włoskim.

Wtedy wreszcie przeszedłem do dzieła – oddałem się zabawie wspaniałym samochodem, na wspaniałej drodze, we wspaniałym kraju i wymazałem Orzechową Twarz z mej pamięci.

To był błąd – 25 kilometrów później ta twarz pojawiła się znowu. Przejechałem na przeciwną stronę drogi, żeby łatwiej wziąć zakręt 180 stopni, a on śmignął od wewnętrznej strony, z zablokowanymi kołami i uśmiechem szaleńca. Był tak samo zwariowany jak pomarszczony

Przez 25 kilometrów wysilałem się, by rozeznać drogę przede mną, nie zdając sobie sprawy, że prawdziwe niebezpieczeństwo pojawi się znienacka w moim wstecznym lusterku. Orzechowa Twarz został wyprzedzony i zamierzał z powrotem wyjść na prowadzenie, nawet gdyby miał to przepłacić swoim cholernym życiem. Witajcie we Włoszech, kraju, który najwyraźniej jest jednym wielkim torem wyścigowym.

Chcecie dowodów?

Proszę, oto one. Dwa lata później jechałem z maksymalną prędkością po autostradzie, ale to nie wystarczało wozowi za mną, który desperacko, i to w bardzo wyraźny sposób, chciał mnie wyprzedzić. Jechał tak blisko, że mimo oślepiającego światła jego reflektorów mogłem zauważyć siedzące w środku cztery zakonnice.

Niedługo potem testowałem na Sycylii Sierrę Coswortha i chciałem sprawdzić, czy Ford prawidłowo podaje prędkość maksymalną 240 km/h. Droga była prosta, więc spróbowałem.

Ale kiedy z trudem wyciskałem resztki mocy z silnika, zasuwając mniej więcej 236 km/h, natknąłem się na policyjnego vana, toczącego się po skrajnym prawym pasie. Byłem zmuszony przyhamować, powiedzmy, dosyć gwałtownie. Drzwi vana otworzyły się i wysiadł z niego mężczyzna w mundurze.

Wróżyłoby to początek wielkich problemów… gdyby nie pewien szczegół. Byliśmy we Włoszech, a mężczyzna dawał mi ręką znak, że mam jechać szybciej. Ci faceci też chcieli wiedzieć, jak szybko może jechać Sierra Cosworth, by – wymachując widelcami – pogadać o tym głośno przy kolacji tego samego wieczoru.

Profesor Franco Ferrarotti z Uniwersytetu Rzymskiego ujął to następująco:

– Oczywiście, że mamy we Włoszech ograniczenie prędkości. Jest nim maksymalna prędkość twojego samochodu.

Giovanni Agnelli, najpotężniejszy człowiek w kraju i właściciel między innymi Fiata, w swoim stwierdzeniu posunął się jeszcze dalej:

– Powiedzmy, że Włosi są wyjątkowo trudni do zdyscyplinowania, a szczególnie, gdy w grę wchodzi coś, czego nie lubią.

Jeśli ktoś wprowadza prawo, które nie podoba się ludziom, Włosi nie organizują marszy protestacyjnych, ale po prostu je ignorują. A ponieważ policjanci to też ludzie, oni również nie troszczą się, by dany przepis był przestrzegany

Jazda z dużą prędkością jest ważną kwestią. Dopiero niedawno pewien socjaldemokratyczny minister zajął stanowisko w tej sprawie, co wieczór występując w którejś z 1200 krajowych stacji telewizyjnych i mówiąc o niebezpieczeństwach związanych ze zbyt szybką jazdą. Wprowadził nowe prawa, umotywował policję do ich egzekwowania i w nagrodę stracił stołek.

We Włoszech ma się czasem wrażenie, że ludzie woleliby raczej stracić papieża, niż prawo do wariackiej jazdy samochodem.

Pytanie, które natychmiast rodzi się w głowie, brzmi: dlaczego? Przecież mówimy o kraju, w którym uważa się, że pracownik pogotowia hydraulicznego to ktoś, kto jest w stanie dotrzeć na miejsce w ciągu siedmiu tygodni.

Sześć tygodni zajmuje przygotowanie zamówienia, sześć dni – zamówienie części, a 23 godziny i 59 minut – kłótnie z dostawcami.

Sam dojazd z warsztatu do domu klienta oddalonego o 30 kilometrów, zajmuje 30 sekund. W takim razie, dlaczego tak się dzieje we Włoszech? Dlaczego Włosi są tak zdecydowanie szybsi i bardziej agresywni na drodze niż – powiedzmy – Niemcy, Brytyjczycy czy Hiszpanie?

Eksperci zwracają uwagę na fakt, że na przestrzeni dziejów przez Włochy przewinęła się niezliczona liczba rządzących. Ledwo ludzie przyzwyczaili się do jednego zestawu idei i jednego zestawu reguł, pojawiał się jakiś kolejny gość i wszystko zmieniał. Zwróćcie uwagę, że od czasu wojny, we Włoszech było 50 różnych rządów.

Właśnie dlatego indywidualizm jest tu bardzo istotny. We Włoszech najważniejsza jest radość z życia, a jeśli nawet oznacza to, że trzeba złamać kilka reguł, to co z tego? Reguły i tak szybko się zmienią. Włosi mówią, że stopa jest ważniejsza od buta.

Do tego dochodzi najważniejszy fakt – Włochy są uprzemysłowionym, konsumpcyjnym krajem dopiero od jednego pokolenia. Włosi wciąż nie mogą uwierzyć, że naprawdę mogą pójść do miasta i kupić sobie samochód.

Nie było tam długiego okresu czasu, w którym tylko bogaci mogli jeździć samochodami, co oznaczało, że zarobili na nie za granicą. Do pewnego momentu w ogóle nie było tam samochodów i… bum! – nagle każdy mógł zamienić swojego konia czy rower na auto.

Profesor Ferrarotti twierdzi, że we Włoszech samochód nie jest symbolem statusu:

– Włosi uwielbiają to, w jaki sposób samochód jest zrobiony Są zafascynowani maszynami, a prowadzenie samochodu łączy się z naszymi skłonnościami anarchistycznymi. Wie pan, rządzenie Włochami nie jest trudne, tylko w ogóle niepotrzebne. Można wprowadzić szereg przeróżnych praw, pod warunkiem, że nie wymaga się ich przestrzegania.

Wystarczy rozejrzeć się po Rzymie, by zrozumieć, co ma na myśli profesor Ferrarotti. Zgodnie z przepisami każdy ma obowiązek zapinać pasy bezpieczeństwa. Ale nikt tego nie robi.

Profesor uważa, że zna przyczynę tego stanu rzeczy.

– Oczywiście pasy bezpieczeństwa są bardzo ważne i Włosi z chęcią to przyznają^ teoretycznie. Ale gdybyś miał zapinać te przeklęte pasy za każdym razem, gdy wsiadasz do swojego małego Punto czy do Ferrari - o ile w ogóle Ferrari jest wyposażone w coś takiego – cóż, byłoby to jak podważanie zaufania do siebie samego. Mogłoby to wywołać katastrofę. Włosi są bardzo przesądni, a zapinanie pasów oznacza brak pewności siebie. Pasy bezpieczeństwa są prawdziwym zagrożeniem bezpieczeństwa publicznego. Powinni tego zabronić. Jeśli zapinasz pas zanim nawet włączysz silnik, oznacza to co najmniej tyle, że jesteś kiepskim kierowcą. Nie powinieneś siadać za kółkiem. Powinieneś mieć odebrane prawo jazdy

Tak więc mamy tu do czynienia z krajem, w którym ludzie nie przestrzegają przepisów, czego zresztą i tak się od nich nie wymaga, z krajem zakochanym w maszynach i – przede wszystkim – z krajem, który dopiero niedawno poznał samochody. Tu miłość do samochodów wciąż jest wielka.

W jakimkolwiek innym miejscu w uprzemysłowionym świecie, za wyjątkiem Szwajcarii, pierwszy urok tego związku z samochodem już przeminął, kochanka stała się żoną i każdy jest bardziej zainteresowany jej zdolnościami kulinarnymi, umiejętnością szycia i poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje: „Wiem, że moja Mercedes jest gruba, ale przyrządza doskonały sos holenderski”. Natomiast Włochom wcale nie robi różnicy, że włącznik wycieraczek zahacza o kierownicę, pod warunkiem, że ładnie wygląda. Włosi pragną, by samochód był jak kapryśna nastolatka, świetna w łóżku i o nogach długich na 40 kilometrów.

Mogą jeździć Fiatem Punto, ale tak naprawdę to marzą o Ferrari Testarossa. I dopóki go sobie nie kupią, będą udawać, że ich Punto ma pięciolitrowy silnik V12 z czerwoną pokrywą wałka rozrządu.

Na świecie jest pięciu poważnych producentów super-samochodów, i nie powinno być niespodzianką, że trzech z nich działa we Włoszech: Ferrari, Lamborghini i Bugatti. To, co jest dziwne, to fakt, że te trzy fabryki ulokowały są w promieniu 24 kilometrów od jednego miasta – Modeny.

Byłem tam. To zwykła, rządzona przez komunistów, wiejska miejscowość, którą można by nawet nazwać trochę nędzną. Jej mieszkańcy mają typowo śródziemnomorski wygląd: źle dopasowane spodnie, paski wyplecione ze sznurka do snopowiązałki, złe kapelusze i jeszcze gorsze zęby. Przesiadują na średniowiecznych placykach, gawędząc i paląc papierosy: Podnoszą głowę tylko po to, by przyjrzeć się przejeżdżającym samochodom. I właśnie na tym polega różnica.

Zapytałem Giovanniego Agnelliego, na co zwracają uwagę ludzie z Modeny i odpowiedział:

– To maniacy motoryzacji. Kiedy obok przejeżdża motor, są w stanie powiedzieć ci, jaki ma silnik. Działa tam Ferrari. Działa tam fabryka traktorów.

To okrutny dowcip, bo Lamborghini zaczynał jako wytwórca traktorów i pozostaje jedną z zaledwie dwóch włoskich firm samochodowych, których właścicielem nie jest pan Agnelli. Agnelli ma już Fiata, Ferrari, Lancię, Alfę Romeo, Maserati i Piaggio. Do tego kontroluje również około 25 procent wszystkich przedsiębiorstw notowanych na włoskiej giełdzie, klub piłkarski Juventus, dziennik „La Stampa”, ośrodek narciarski Sestriere i kilka małych koncernów poza granicami Włoch – takich jak NASA.

Z powodów biznesowych signore Agnelli korzysta z Fiata Cromy – czyli praktycznie z roweru – ale wiem, że dla przyjemności jeździ Ferrari 456.

A to sprawia, że we Włoszech jest kimś wyjątkowym. Kiedy prowadzisz tam taki samochód, jesteś czczony jak skrzyżowanie Maryi Dziewicy, Gillesa Villeneuve'a i Roberta Baggia.

Kiedy kręciliśmy tam Motoświatdla BBC, przejeżdżaliśmy przez wybrane miejscowości leżące na szczytach wzgórz wyjątkowym konwojem. Ja jechałem na czele w Ferrari 355, za mną podążał reżyser w swoim Bugatti EB110, a na końcu – producent w fioletowej mgiełce otaczającej piorun kulisty zwany Lamborghini Diablo.

Zobaczyć tylko jeden z tych wozów w życiu jest czymś wyjątkowym, ale natknąć się na wszystkie trzy w swojej wiosce to tak, jakby wrócić z pracy i znaleźć kometę Halleya siedzącą przy kominku. Moje Ferrari sprawiło, że ludzie opuścili domy. Gdy zobaczyli Bugatti, zaczęli wiwatować, a z powodu Lamborghini więcej niż kilka osób straciło przytomność.

W Anglii, gdyby przez tamtejszą wioskę przejechał taki konwój, radni z rady gminy udaliby się do miejscowej izby skautów, gdzie sporządziliby plany wybudowania obwodnicy i zainstalowania wysokich na 2 metry progów zwalniających na głównej ulicy.

Ja jednak zabiorę ze sobą do grobu widok małego włoskiego chłopca.

Na pewno nie miał więcej niż 6 lat, ale nie mógł wytrzymać z podniecenia – nie wiedział, czy pokazywać palcem samochody, czy ciągnąć mamę za spódnicę, a jeśli jednak pokazywać, to który?

Zatrzymaliśmy się tam, by się czegoś napić, i życie w miasteczku dosłownie zamarło. Mieszkańcy wyszli ze szkół, ze sklepów i z domów, by obejrzeć silniki, wnętrza i zawieszenia samochodów. A kiedy odjeżdżaliśmy poprosili, by na głównej drodze pozostawić im sześć czarnych linii.

Niestety, ponieważ Bugatti miał napęd na cztery koła, dostali tylko cztery.

A jednak Bugatti pierwszy zniknął im z oczu. To ciekawy wóz, głównie dlatego, że ktoś gdzieś usiadł na chwilę i powiedział:

– Wiem. Dajmy mu dwanaście cylindrów, sześćdziesiąt zaworów, cztery wałki rozrządu i dwie turbosprężarki.

Wtedy ktoś inny odparł:

– Nie zachowujmy się jak pedzie. Dajmy mu cztery turbosprężarki.

Bugatti jest najszybszym włoskim samochodem, ale nie najgłośniejszym – ten zaszczyt przypada Diablo, która jest w rzeczy samej 5,7-litrowym wibratorem, ciężarówką i kredensem z silnikiem rakietowym w jednym. Jeśli pragniesz dzikiej przejażdżki, już wiesz, gdzie trzeba uderzyć.

Ale jeśli chcesz najlepszego samochodu na świecie, musisz mieć Ferrari, który jest zdecydowanie najfajniejszym wozem, jaki kiedykolwiek prowadziłem i będę prowadził. Kocham jego wygląd, kocham jego silnik i kocham – najbardziej ze wszystkiego – to, co sobą reprezentuje. Według mnie Ferrari jest pogańskim bóstwem, stalową boginią, seksem na kołach. A model 355 to istna samochodowa doskonałość.

Zwykle kiedy tył samochodu zaczyna wpadać w poślizg, rozpinam pasy i przesiadam się do tyłu, ale w 355 po prostu lekko odbijasz kierownicą w przeciwną stronę i wpadasz w zachwyt widząc, jak wóz sam sobie radzi.

W jednej chwili odzyskujesz całą moc, która pcha do przodu tę 40-zaworową, 3,5-litrową V-szóstkę. Przerzucasz dźwignię zmiany biegów w jej chromowanej prowadnicy, od czasu do czasu spoglądając na prostą, czarną tarczę obrotomierza z białymi cyframi. Ten samochód jest tak subtelny, jak przepiórcze jajka oprószone solą selerową i tak mocny, jak smak kurczaka jalfrezi z chili.

Ale to tylko część całej historii. Taką samą przyjemność, jak codzienna jazda tym wozem, sprawiłoby mi wstawienie go do mojego salonu i po prostu patrzenie na niego. I mniejsza już o to, że brzmi lepiej niż Puccini i jest w stanie prześcignąć odrzutowiec Tornado.

Nie o to chodzi. To samochód stworzony przez ludzi, którzy kochają samochody, i to widać.

W Niemczech, Japonii czy nawet w Ameryce nie kocha się samochodów. Tamtejsi producenci robią wszystko, by każdy z komponentów był odpowiedni i by produkt spełniał słownikową definicję wyrazu „samochód” tak dobrze, jak to tylko możliwe. Jednak w ich równaniu na samochód nie występuje p a s j a.

Prawdopodobnie na torze wyścigowym mógłbyś szybciej zrobić okrążenie dużym BMW niż Ferrari 355, co sprawiłoby przyjemność inżynierom z BMW:

– Nasz samochód jest szybszy niż ich samochód — powiedzieliby, zakładając swoje marynarki w kratę i gładząc się po spiczastych bródkach.

Byliby tak zajęci składaniem sobie nawzajem gratulacji, że przegapiliby najważniejsze. Kierowca beemki czułby się tak, jakby po prostu wziął kąpiel, natomiast kierowca Ferrari – jakby właśnie przeżył seks z Claudią Schiffer i Elle Macpherson. Z obiema naraz.

To dlatego, że Ferrari ma duszę, a BMW – nie. BMW jest arcydziełem inżynierii, ale Ferrari to coś o wiele więcej.

Popatrzcie na korek wlewu. Nie jest to jedynie przyrząd służący do utrzymywania paliwa w baku, ale coś, co rzeczywiście zostało zaprojektowane. Dalej mamy dźwignię zmiany biegów. To dzieło sztuki. Każdy element w Ferrari ma do zrobienia coś więcej, niż tylko wypełnienie swojego podstawowego zadania.

Dotyczy to nie tylko Ferrari. Spójrzcie na 3-litrowy silnik Alfy Romeo. Napędza on włoski odpowiednik Forda Mondeo. Gdyby nie jakieś tamtejsze bzdurne przepisy podatkowe, ten silnik zawiózłby pana Sprzedawcę Nawozów na następne spotkanie.

Otóż wszędzie indziej na świecie silnik jest po prostu zbiorem różnych części, połączonych ze sobą w niezbyt elegancki sposób. Kocham samochody, ale silniki zawsze nudziły mnie bardziej, niż dwie lekcje chemii pod rząd w sobotni poranek. Silniki istnieją po prostu po to, by wprawiać samochody w ruch. Koniec, kropka.

Hm… nie całkiem. Nie mam pojęcia, co takiego zawiera V6 Alfy, ale ta jednostka napędowa to istna opera. Podczas gdy wszystkie inne silniki brzmią jak podśpiewywanie przy goleniu, ten jest jak prawdziwy Pavarotti.

Kiedy wskazówka obrotomierza przekracza 5500 obrotów na minutę, rozmowy w kabinie po prostu ustają. Nawet ci, którzy woleliby dać sobie amputować nogi, niż rozmawiać o samochodach pytają, co u licha znajduje się pod maską – Londyńska Orkiestra Symfoniczna czy może Filharmonicy Berlińscy?

Jest też kwestia stylizacji. Pod koniec lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku wszystkie samochody zaczynały nie tyle wyglądać podobnie, co wręcz zupełnie identycznie. Firmy samochodowe w swoich centrach stylizacji zatrudniały projektantów z całego świata, a tożsamość narodową diabli brali. Do komputerów na całym świecie wprowadzano ten sam zestaw parametrów, otrzymując te same wyniki.

A koszty inwestycji były tak wysokie, że producenci samochodów zaczęli prosić o opinię zwykłych ludzi. Jeśli masz zamiar wydać miliard dolarów na skonstruowanie nowego samochodu, chcesz być absolutnie pewny, że dobrze się sprzeda, przywlekasz więc ludzi z ulicy i pokazujesz im do wyboru różne projekty.

I w dziesięciu przypadkach na dziesięć, ci okropni ludzie w sandałach i rozpinanych swetrach wybiorą rozwiązanie najnudniejsze z możliwych.

Włochy uratowały sytuację. Najpierw było Punto, które prezentowało tak radykalnie nowy styl, że początkowo wyglądało tak, jakby pochodziło z Islandii. Ale teraz, po paru latach, możemy zobaczyć w nim to, czym jest rzeczywiście: to naprawdę ładny projekt. Później był Fiat Coupe, a ostatnio wspaniale dzika Alfa Romeo 145.

Właśnie takie samochody z powrotem wprowadziły na mapę włoskie firmy projektowe, i całe szczęście, bo nikt nie potrafi robić takich samochodów jak Włosi.

Może wynika to z tego, że Włochy mają monopol na styl. Nieważne, ile razy Jeff Blanks 1 powie mi, że w tym roku to Londyn, Nowy Jork czy nawet Paryż przejmuje pałeczkę i niesie pochodnię mody, ja i tak wiem, że światową stolicą mody jest Mediolan.

W Anglii w ciepły dzień kobiety chętnie spacerują z wystającymi spod ubrania ramiączkami od staników. W Paryżu nie golą się pod pachami. I nie da się napisać „Niemcy” i „styl” w tej samej książce, a co dopiero w tym samym zdaniu.

To samo dotyczy Ameryki, gdzie fryzura w stylu Farrah Fawcett z roku 1975 wciąż święci triumfy.

We Włoszech nawet policjanci wyglądają tak, jakby świeżo zeszli z wybiegu. Widziałem jednego z nich, jak kierował ruchem stojąc na podwyższeniu na środku rzymskiego placu – wyglądał jak spod igły i zachowywał się nienagannie. Każdy ruch dłonią, każde dmuchnięcie w gwizdek i każdy skręt ciała były tak doskonałe, jak te w wykonaniu grupy tanecznej Pans People. Nie ma znaczenia, że ruch samochodowy zupełnie nie zwracał na niego uwagi – dobrze się prezentował i właśnie to liczyło się najbardziej. We Włoszech to, jak cię widzą, jest ważniejsze niż to, czy sam dobrze widzisz.

Dlatego właśnie dołożyłem wszelkich starań, by podczas wizyty w Turynie mój lniany garnitur był wyjątkowo wymięty. Może i supersamochody pochodzą z Modeny, a Alfa produkowana jest w Mediolanie, ale historycznie włoscy projektanci nadwozi zgromadzili się wokół starszego brata – firmy Fiat: Fabrica Italiana di Automobili Torino.

I gdy tam siedzieli, czekając aż Agnelli zamówi u nich to czy tamto, albo aż jakiś klient będzie chciał kupić coś trochę innego niż zwykle, otoczeni byli najlepszą sztuką na świecie.

Pokażcie mi kogoś, kto twierdzi, że jest gdzieś więcej pięknych budynków, piękniejszych dzieł sztuki lub ubrań, niż we Włoszech, a ja wam udowodnię, że ten ktoś nigdy tam nie był.

Kiedy jest się otoczonym taką wspaniałością, człowiek nią przesiąka. I właśnie dlatego, kiedy producent samochodów chce czegoś naprawdę wyjątkowego, chwyta za słuchawkę i dzwoni do jednego z trzech ludzi: Georgia Giugiara, Sergia Pininfariny albo Nuccia Bertonego.

Pozwólcie, że wymienię – żebyście mieli wyczucie sytuacji – kilka spośród ich zasług. VW Golf Mark One i jego brat coupe – Scirocco. Lexus Coupe. Wszystkie co do jednego Ferrari. Isuzu Piazza. Peugot 205. Peugeot 504 z opuszczanym dachem. Alfa 164. Peugeot 605. Wszystkie ostatnie Maserati, Fiat Coupe, Opel Manta… i dokąd doczytaliście?

A jakby tego było mało, ci goście od czasu do czasu pojawiają się na różnych wystawach motoryzacyjnych z prototypami samochodów, które wytyczają kierunki wszystkim innym światowym projektantom. Nie jest przesadą stwierdzenie, że dziś 80 procent wszystkich samochodów na drogach całego świata zostało zaprojektowanych w Turynie lub powstało pod wpływem tamtejszych projektów.

Turyn jest dla projektowania samochodów tym, czym Melton Mowbray 2 dla zapiekanek wieprzowych. Powiedziałem to panu Guigiaro. Odpowiedział:

– Hm… Ja myślę, że Turyn jest dla samochodów tym, czym Krzemowa Dolina dla komputerów.

Nie dotarło do mnie to, co powiedział pan Pininfarina, bo nie da się słuchać przebywając w towarzystwie prawdziwej wielkości, a wierzcie mi, że on jest wielki. Zaprojektował 355. Przez to uchodzi w moich oczach za boga.

W Maranello mieszka ksiądz, który chyba mógłby się zgodzić z tym poglądem. Don Erio Belloi jest duchowym przewodnikiem w miejscowości, w której produkowane są Ferrari i gdzie swoją siedzibę ma drużyna wyścigowa tej firmy.

W te niedziele, gdy szkarłatne samochody wyjeżdżają by stoczyć gdzieś walkę, miejsce to wygląda jak scena z filmu Człowiek Omega, tyle że Charlton Heston też siedzi w domu i ogląda Grand Prix.

Bardzo zależało mi na tym, by przeprowadzić wywiad z Erio na temat obsesji mieszkańców miasteczka na punkcie Ferrari, bo myślałem, że będzie trochę biadolił, jak to kalendarz wyścigów Formuły 1 koliduje z jego nabożeństwami.

Pierwszy sygnał, że mogę się mylić, dostałem, gdy powiedział, że możemy spotkać się o dowolniej porze w niedzielę, oprócz terminu Grand Prix. Drugi odebrałem wtedy, gdy zaprosił mnie do swojego gabinetu. Zamiast pod ciężarem Biblii, półki uginały się od pamiątek związanych z Ferrari, a ściany pokrywały rysunki techniczne 456 oraz zdjęcia Enzo – któremu udzielił ostatniego sakramentu – i Gillesa Villeneuve'a, jego ulubionego kierowcy.

Kiedy wyścig się skończył, zapytałem go, czy kiedykolwiek miał niechrześcijańskie myśli o innych drużynach biorących udział w Grand Prix.

– Tak — odpowiedział, trochę zbyt szybko. — Źle jest myśleć, że jeśli komuś innemu się nie powiedzie, to wygra Ferrari, ale czasem to robię.

Właśnie z czymś takim ma się do czynienia we Włoszech, gdy chodzi o Ferrari. Włosi nie mają królowej ani księżnej Diany. Nie mają krykieta. Nie mieli imperium przez 2500 lat. Ale nie zależy im na tym wszystkim, bo mają Ferrari.

To jedyna taka drużyna, która w jednym roku wygrała wyścig Le Mans i Mistrzostwa Świata Formuły 1. I to nie raz, lecz trzy razy. To jedyna taka drużyna na świecie, która sama produkuje własne silniki i podwozia. To drużyna, która ma na swoim koncie najwięcej zwycięstw w wyścigach Formuły 1.

Włochy zawsze były liderem w sporcie, nawet zanim w 1947 roku pojawił się Ferrari. Było już wtedy Maserati i aż do późnych lat 1950. również Alfa Romeo. Pewnego roku Alfa miała tak dużą przewagę, że podczas ostatniego okrążenia ich kierowca zjechał do boksu, by wyczyszczono mu samochód. Chciał dobrze wyglądać, gdy przekraczał linię mety.

Jeśli dziś Michael Schumacher zrobiłby coś takiego, Murray Walker3 wpadłby w histerię.

Ale czy wiecie, że tych wszystkich dawnych wozów wyścigowych już nie ma? Przynajmniej na pewno nie we Włoszech. Jeśli chcesz znaleźć najlepsze wyścigowe Alfy z zeszłego sezonu, albo wspaniałe Ferrari GT z lat 1960., musisz ich szukać w Szwajcarii, Wielkiej Brytanii albo w Japonii.

To dlatego, że te samochody są dzisiaj warte tyle, że nikt nigdy nie odważyłby się wybrać nimi w drogę. W większości zgromadzone są w hermetycznie zamkniętych muzeach, chronione barierkami i otulone klimatyzowanym powietrzem. Koła wielu z nich już na zawsze pozostaną nieruchome.

A dla Włocha coś takiego jest nie do pomyślenia.

1 Znany walijski projektant odzieży, biżuterii i wyposażenia wnętrz.

2 Siedziba produkującej żywność firmy Petfoods, obecnie Masterfoods.

Kuba

Karaiby: diamentowy łuk w morzu wysadzanym klejnotami. Drzewa palmowe, śnieżnobiałe plaże, rozgrzane do białości słońce i łagodne dźwięki Boba Marleya towarzyszące wielokolorowemu, wielokulturowemu, wczesno-wieczornemu drinkowi. Od Trynidadu na południu do Cancun na północy, historia przedstawia się podobnie, jedynie jej twórcy są inni. Życie na niektórych wyspach zostało ukształtowane przez Brytyjczyków, na innych przez Duńczyków, na jeszcze inne przez Hiszpanów i Francuzów.

Ale oto Kuba, której najnowsza historia została napisana przez Lenina. Jej kolonialny blask już przeminął albo rozproszył się w dymie płonących samolotów pasażerskich, zestrzelonych przez kubańskie siły powietrzne. Kuba mogłaby być jednym z najbardziej ulubionych celów wakacyjnych wyjazdów na świecie, ale dzięki Castro plasuje się na 184. miejscu, za brytyjskim miasteczkiem Filey.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wściekły od urodzenia Świat według Clarksona Nie zatrzymasz mnie Motoświat Co może pójść nie tak? Świat według Clarksona. Część 5 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia