Rock War 1. Mad and Bad

Rock War 1. Mad and Bad

Autorzy: Robert Muchamore

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 2.90 zł

Autor bestselerowego Cheruba powraca w znakomitej formie z nową niegrzeczną serią o młodych muzykach rockowych.

Konkurs talentów z Londynie, jak każda tego rodzaju impreza, przyciąga tysiące młodych ludzi pełnych pasji, ale też desperacko próbujących odnieść sukces.

Po setkach godzin ćwiczeń w małych i większych miasteczkach, przyjeżdżają by wykorzystać swoją być może jedyną szansę. Dla jednych to szansa na nowe życie gwiazdy, dla innych jedynie niebezpieczna przygoda.

Książka dla czytelników prawie dorosłych.

Tytuł oryginału: Rock War

Redakcja: Marta Chmarzyńska

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Alinea

Projekt okładki: Joanna Wasilewska

Zdjęcia na okładce:

Copyright © avemario

Copyright © Photocreo

Copyright © 2014 Robert Muchamore

Copyright for the Polish edition © 2018

by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-683-3 (e-book)

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Skład wersji elektroniczna:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

1. Drobinki sera

2. Laska flejtuch

3. Nie będąc niemiłym

4. Narybek

5. Dramat przy kuchennym zlewie

6. Dziwny pomysł Jaya

7. Cytryna z posypką

8. Leniwe zimowe popołudnie

9. Rzeźnia na skalę przemysłową

10. Na wypasie

11. Te same fale

12. Haniebne zachowanie

13. Wei i Wei

14. Wypadek z widelcem

15. Pies parówka

16. Talerz indyjskiej szamy z mikrofali

17. Piątek na żywo

18. Jak z popiołów

19. Pysk lwa

20. Martwy kot

21. Zimne poty

22. W poszukiwaniu pocieszenia

23. Zdrajca wśród ludzi

24. Time for Bed

25. Moja kochana rodzinka

26. Latająca kanapka z jajkiem

27. Chrzanieni budowlańcy

28. Old Beaumont

29. Porośnięty trawą nasyp

30. Wagon ze strefą ciszy

31. Wielka mucha plujka

32. Późny przyjazd

33. Mała Tina

34. Wielka mosiężna żołądź

35. Ściśnięci jak sardynki

36. Summer zostaje zabita

37. Wojownicy rocka

38. Końcowe odliczanie

39. Czy ISS jest lepsze?

40. Szalona jazda Theo

41. Ciężko pracujące dziewczyny

42. Dziwka z baru rybnego

43. Tajskie na najwyższym poziomie

44. Hindustan Ambassador

Bohater Jay

A zwycięzcą jest...

W następnej, równie ekscytującej części...

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Prolog

Scena niczym szeroki ołtarz mieni się w blasku teksańskiego księżyca. Ekrany wielkości bloku mieszkalnego reklamują rage colę. Na boisku, w pobliżu linii oznaczającej pięćdziesiąt jardów, długonoga trzynastolatka niepewnie balansuje na ramionach swojego brata. Jest szalenie podekscytowana.

– JAY! – krzyczy i zaczyna się kołysać. – JAAAAAAY! KOCHAM CIĘ!

Nikt jej nie słyszy, bo wokół kłębi się siedemdziesiąt tysięcy ludzi. Jest tak głośno, że aż uszy bolą. Chłopaki i dziewczyny, nastolatki i studenci. Nagle na scenie pojawia się jakiś cień i przez tłum przetacza się lawina podniecenia. Jednak to tylko człowiek z obsługi z podestem pod jeden z talerzy perkusji. Zanim zniknie, ukłoni się nisko zebranym.

– JET! – krzyczą zebrani. – JET… JET… JET…

Za sceną wszystko wydaje się wygłuszone niczym fale rozbijające się o morską toń. Widać jedynie zieleń lampek znad wyjść awaryjnych.

Jay trzyma się za żołądek. Czuje mdłości. Szczupły i całkiem przystojny, ma na sobie conversy serii All Stars i porwane dżinsy. Czarną kredką podkreślił oczy.

Publiczność wydaje z siebie głośny ryk, kiedy na ekranach pojawia się filmik z trzydziestosekundowym odliczaniem, sponsorowany przez producenta telefonów komórkowych. Kiedy wzrok Jaya przyzwyczaja się do ciemności, chłopak dostrzega dwudziestometrowego siebie, sunącego na deskorolce w dół wzgórza i ściganego przez rozwrzeszczane koreańskie uczennice.

– TRZYNAŚCIE! – krzyczy tłum, odmierzając tupnięciami upływające sekundy. – DWANAŚCIE! JEDENAŚCIE…

Na ekranie dziewczyny ściągają Jaya z deskorolki. Kiedy się przewraca, komórka wypada mu z kieszeni. Uczennice zauważają ją i momentalnie tracą zainteresowanie chłopakiem. Stają w półkolu i podziwiają urządzenie.

– TRZY… DWA… JEDEN…

Czterech członków zespołu Jet pojawia się na scenie i unosi pięści w górę. Słychać tylko wrzask, widać migające flesze.

Wiwatujący tłum jak zawsze uspokaja Jaya. Tysiące ludzi zaczynają bujać się w świetle księżyca. Okrzyki i wrzaski łączą się w niski ryk. Chłopak kładzie palec na gryfie i cieszy się świadomością, że jednym ruchem palca wydobędzie pół miliona watów z głośników wielkości ciężarówek.

Fani zawsze szaleją, kiedy najlepszy zespół na świecie rozpoczyna swoje show.

1. Drobinki sera

Camden, północny Londyn

Jest coś niepokojącego w przebudzeniu się. W tym kłopotliwym ułamku sekundy, w którym opuszczasz sen i nie wiesz jeszcze, gdzie się znajdujesz. Potem z reguły dociera do ciebie, że leżysz we własnym łóżku, więc wtulasz się w poduszkę i kimasz kolejną godzinę.

Ale Jay Thomas nie leżał w łóżku. Trzynastolatek obudził się na plastikowym krześle stojącym w szkolnej stołówce cuchnącej burgerami i hotdogami. Krzesła stały co prawda rzędami, ale mniej niż co czwarte miało właśnie kontakt z pośladkami. Naburmuszona kucharka wyciskała pomarańczowy płyn czyszczący na metalową ladę znajdującą się z boku pomieszczenia. Z przodu, wysoko nad sceną, wisiał transparent z napisem:

Konkurs Muzyki Współczesnej, rok 2014

Szkoły z rejonu Camden

Kiedy Jay się poruszył, coś posypało się na podłogę. Drobne kawałki pszenicznego sucharka oprószonego pomarańczowymi drobinkami sera. Wstał i strząsnął je z ciuchów. Drugie pół torebki okruszków wciąż przyozdabiało jego sterczące, ciemnokasztanowe włosy.

Jay grał na gitarze w zespole Brontobyte i to właśnie jego trzech kumpli z kapeli wybuchło śmiechem, kiedy zaczął wytrzepywać pomarańczowy pył z włosów. Następnie pochylił się, by odsucharzyć koszulkę Ramonesów i naddarte czarne dżinsy.

– Jesteście strasznie niedojrzali – rzucił.

Nie miał tego jednak chłopakom za złe. Przyjaźnił się z nimi od wieków i sam dołączyłby do zabawy, gdyby któryś z nich zasnął.

– Słodko się spało? – zapytał Salman, pucułowaty wokalista Brontobyte.

Jay ziewnął i wydłubał pomarańczową papkę z ucha.

– Prawie nie spałem zeszłej nocy – odpowiedział. – Kai grał na Xboksie do pierwszej, a kiedy wreszcie udało mi się zasnąć, ten mały drań wdrapał się na moje łóżko i puścił mi bąka prosto w twarz.

Salman mu współczuł, lecz Tristan i Alfie znów zaczęli się śmiać.

Tristan był perkusistą Brontobyte, wielkim kolesiem, który uważał się za przystojniaka. Jego młodszy brat Alfie dopiero za trzy miesiące miał ukończyć dwanaście lat. Grał na basie i uchodził za najbardziej utalentowanego instrumentalistę w zespole. Pozostała trójka nieraz dawała mu popalić, gdyż wciąż nie przeszedł mutacji i nic nie zapowiadało, by miał wejść w okres dojrzewania.

– Nie wierzę, że Jayem pomiata jego młodszy brat! – parsknął Tristan.

– Kai to najtwardszy dzieciak z mojego rocznika – wtrącił Alfie. – Ale Jay to rzeczywiście mięczak.

Jay cmoknął z niezadowoleniem.

– Czy możemy zmienić temat? – zapytał wyraźnie podenerwowany.

Tristan zignorował jego prośbę.

– Ile dzieci ma właściwie twoja mama? – zapytał. – Jakoś tak czterdzieścioro siedmioro, nie?

Salman i Alfie zarechotali, lecz widząc minę Jaya, szybko zdusili śmiech.

– Tristan, odpuść mu – rzucił ten pierwszy.

– Przecież wszyscy drzemy łacha z siebie nawzajem – odpowiedział Tristan. – Jay zachowuje się jak dziecko.

– Nie, po prostu nigdy nie wiesz, kiedy odpuścić – warknął Salman.

Alfie postanowił rozładować napięcie.

– Idę się czegoś napić – powiedział. – Macie jakieś zamówienia?

– Szkocką z lodem – rzucił Salman.

– Butelkę buda i działkę heroiny – dołączył do żartu Jay. Brzmiał nieco radośniej.

– Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedział Alfie i ruszył w stronę stolika, na którym stały dzbanki z sokiem pomarańczowym i talerze z byle jakimi herbatnikami.

Kolejny zespół właśnie wchodził na scenę. Przed nią przy szkolnych ławkach zajęła miejsce trójka sędziowska: łysol z dziwnym strupem na głowie, długonoga Nigeryjka w czapeczce gele, wreszcie facet o wątłej siwej bródce, w skórzanych spodniach, który obrócił sobie krzesło i objął nogami oparcie. Próbował w ten sposób pokazać, jak bardzo jest młodzieżowy.

Kiedy Alfie wrócił z czterema cylindrycznymi szklaneczkami soku pomarańczowego i kilkoma ciasteczkami z galaretką upchniętymi w policzkach, na scenie stało już pięciu chłopaków. Mieli po piętnaście lub szesnaście lat. Wyglądali nieźle – czterech czarnych, jeden Azjata, wszyscy w T-shirtach w paski, spodniach chino i wsuwanych butach.

Salman uśmiechnął się kpiąco.

– Wyglądają, jakby wykupili całego Gapa.

– Leszcze! – żachnął się Jay.

– Hej, ludzie! – zawołał olbrzymi koleś stojący pośrodku sceny. Próbował zachowywać spokój, ale jego oczy zdradzały, że się denerwuje. – Startujemy w konkursie z numerem siódmym. Przyjechaliśmy tu z Akademii George’a Orwella i nazywamy się Womb 101.

Rozległo się kilka oklasków, po których nastąpiło parę dziwnych sekund. Oto bowiem nauczycielka o szerokim tyłku pochyliła się nad odtwarzaczem CD i zaczęła w nim gmerać. To właśnie z niego miał polecieć ich podkład dźwiękowy.

– Być może znacie tę piosenkę – dodał olbrzymi koleś. – Oryginał śpiewali One Direction. Nazywa się What Makes You Beautiful!

Czterej członkowie zespołu Brontobyte spojrzeli na siebie i jęknęli.

– Szczerze mówiąc, wolałbym zarobić kopa w jaja – podsumował Alfie.

W końcu rozległa się muzyka i Womb 101 rozpoczęli atletyczny układ taneczny. Czterech chłopaków cofnęło się, a środkowy, ten olbrzymi, podszedł do mikrofonu. Poruszali się elegancko, ale wszyscy w sali obudzili się dopiero wtedy, kiedy dał popis swoich umiejętności. Śpiewał wyżej, niż można było się spodziewać po tak wielkim, czarnym kolesiu, ale efektownie oddał tęsknotę za dziewczyną, o której mówiły słowa piosenki. Kiedy kumple dołączyli do chórku, skutecznie zagłuszyli podkład. Nie dało się jednak ukryć, że byli zdolnymi wokalistami i mieli przećwiczony cały układ.

Kiedy Womb 101 rozkręcili się wreszcie, nauczyciel muzyki Jaya, pan Currie, pojawił się za Brontobyte. Uczył dopiero od kilku lat, a i tak połowa dziewczyn ze szkoły przy Carleton Road była zakochana w jego kwadratowej szczęce i wyćwiczonym ciele. Postukiwał w rytm dobiegającego ze sceny śpiewu i pstrykania palcami.

– Nawet dają radę, nie?

Czterech chłopców spojrzało na niego z niesmakiem.

– Boysbandy powinni rozstrzeliwać – stwierdził Alfie. – Ci goście śpiewają do podkładu. Czy to w ogóle jest jeszcze muzyka?

– Założę się, że wygrają – dodał pełnym pogardy głosem Tristan. – Widziałem, jak ich nauczyciel paplał z sędziami przez całą przerwę obiadową.

– Jeśli Womb 101 wygra, to tylko dlatego, że ci chłopcy mają talent – powiedział stanowczym głosem pan Currie. – Masz pojęcie, ile pracy wymaga taki układ taneczny? I taka piosenka?

Na scenie Womb 101 śpiewało właśnie chórem na-na-nana kończące What Makes You Beautiful. Kiedy muzyka ucichła, wokalista cofnął się, a potem wykonał salto. Wylądował na ziemi z szeroko rozłożonymi rękami, zaś po obu stronach przyklękło dwóch jego kumpli z zespołu.

– Dziękujemy! – zawołał olbrzym, a reflektory uchwyciły krople potu spływające mu po czole.

W sali nie było aż tylu widzów, by dało się mówić o erupcji entuzjazmu, ale rozległy się głośne oklaski, a kilkoro rodziców wstało i zaczęło wiwatować.

– Niezła praca nogami, Andre! – krzyknęła jakaś kobieta.

Kiedy pan Currie odszedł, Alfie i Tristan zaczęli wydawać z siebie odgłosy wymiotne.

– Currie miał trochę racji – stwierdził Jay. – Boysbandy są gówniane, ale ci goście mają niezłe głosy. Pewnie pracowali nad tym układem tanecznym od wielu tygodni.

Tristan pokręcił głową i westchnął.

– Jay, ty zawsze musisz zgadzać się z panem Currie. Połowa dziewczyn z naszej klasy ma na jego punkcie świra i zaczynam nabierać przekonania, że ty również.

Kiedy Womb 101 zeskoczyli ze sceny i ruszyli na koniec sali po napoje, Alfie zerwał się na równe nogi.

– Do bani jesteście! – zaczął wrzeszczeć.

Jay cofnął się, kiedy dwóch wokalistów ruszyło w ich stronę, przewracając puste, plastikowe krzesełka. Na scenie – podskakując i śpiewając, jak pięknie wyglądały włosy jakiejś dziewczyny – nie wyglądali na twardzieli, ale w brutalnej rzeczywistości okazali się szesnastoletnimi bysiorami z jednej z najgorszych szkół w Londynie.

Ten, który patrzył z góry na Alfiego, był Azjatą o korpusie łamignata.

– Co powiedziałeś? – zapytał, napinając mięśnie klatki piersiowej. – Jeśli zobaczę któregoś z was na moim osiedlu, to powinien wziąć nogi za pas.

Potem uderzył pięścią w swoją dłoń. Jego kumpel wskazał Alfiego palcem, a potem przeciągnął nim po gardle i cofnął się. Basista Brontobyte wyglądał, jakby właśnie narobił w slipy. Zaczął oddychać, dopiero kiedy bysie się oddalili.

– Chory jesteś? – syknął Tristan, po czym z całych sił uderzył brata w ramię. – To goście z Melon Lane! Tam wszyscy są porąbani!

Pan Currie nie słyszał okrzyków Alfiego, ale widział, jak Tristan mu przywalił. Właśnie wracał z polistyrenowym kubeczkiem kawy w ręku.

– Nie wolno się bić – powiedział. – Jestem zmęczony tym waszym negatywnym stosunkiem do świata. Wchodzicie na scenę po następnym zespole, więc lepiej idźcie na backstage i przygotujcie sprzęt.

Jako kolejne występowały trzy dziewczyny. Nosiły się po punkowemu, ale zdołały zamordować piosenkę Paramore, która w ich wykonaniu brzmiała jak kiepska Madonna. Zainstalowanie na scenie perkusji Tristana zajęło całe wieki, w dodatku sędzina jeszcze mocniej zdenerwowała Jaya, gdyż spojrzała na zegarek i pokręciła głową ukrytą pod wielką czapką.

Kolejną minutę stracili, próbując uporać się z pękniętym paskiem od gitary basowej Alfiego. W końcu jednak czterej członkowie Brontobyte kiwnęli do siebie głowami. Mogli już występować. Podczas prób Salman zazwyczaj śpiewał i grał na basie, ale ponieważ Alfie był lepszym muzykiem, to na ten jeden występ przejął jego gitarę. Salman miał ograniczyć się do śpiewu.

– Cześć wszystkim! – powiedział. – Mamy numer dziewięć i jesteśmy ze szkoły przy Carleton Road. Nazywamy się Brontobyte i zaśpiewamy piosenkę, którą napisaliśmy sami. Ma tytuł Christine.

Piosenkę ja napisałem, pomyślał Jay, po czym wziął głęboki oddech i ułożył palce na gryfie gitary.

W tej sali siedzieli od dziesiątej rano.

I wszystko zależało od najbliższych trzech minut.

2. Laska flejtuch

Dudley, hrabstwo West Midlands

Summer Smith miała niemal czternaście lat. Nosiła plastikowe spinki, dzięki którym blond włosy nie opadały jej na twarz, białą szkolną koszulkę polo usmarowaną węglem podczas lekcji plastyki oraz czarne niemarkowe buty typu pumpy z pęknięciem, przez które widać było jej najmniejszy palec. Większość dziewiątoklasistów uważało, że Summer to niezła laska, choć też i flejtuch. Chłopaków jednak spławiała, a podczas zajęć zawsze siadała w najdalszym rogu sali i do nikogo się nie odzywała. Prace domowe odrabiała w bibliotece w czasie porannej przerwy, a w trakcie obiadów wracała do domu, by sprawdzić, jak się ma jej babcia.

Pomiędzy nią a Michelle Wei stało puste krzesło. Michelle nosiła czarne buty sportowe Prady oraz miękką, skórzaną torbę sugerującą, że jej rodzice są nadziani. Na fotografii wyglądała na uczennicę, która zalałaby się łzami, gdyby dostała ciut gorszą ocenę, ale kiedy tylko się poruszyła, wiedziało się, że jest inaczej.

Dziewczyna była nerwowa. Miała hipnotyzujące oczy, które wciągały patrzącego w nie człowieka do umysłu, gdzie geniusz i szaleństwo walczyły o prymat. Podczas gdy Summer notowała w zeszycie wiadomości o Tudorach, Michelle żuła gumę, bujała się na krześle i owijała włosy wokół swoich palców.

Pan Wilson udawał, że tego nie widzi, ponieważ nie potrafił zmusić jej do pracy. Miał jedynie nadzieję, że nie będzie przeszkadzać reszcie uczniów.

Summer zerknęła w bok w momencie, kiedy Michelle zwinęła piłkę do rugby z sąsiedniego biurka. Należała do tępaka imieniem Kevin, który wpatrywał się głupawo, jak dziewczyna wpycha eliptyczny przedmiot pod swoją białą koszulkę.

– Panie Wilson! – krzyknęła nagle i poderwała się na równe nogi. – Muszę iść do łazienki.

Choć właściwie nie powiedziała Wilson. Wymówiła nazwisko nauczyciela tak, by zabrzmiało śmiesznie. Coś jak łiiii-zooon!

Łysiejącego nauczyciela od emerytury dzieliły trzy lata. Wiele już widział, dlatego nawet nie podniósł wzroku.

– Usiądź, Michelle. Nie mam dziś ochoty na twoje gierki.

Dziewczyna wypięła swój brzuch-piłkę do przodu i ruszyła alejką pomiędzy ławkami w stronę drzwi na korytarz. Nogi stawiała szeroko.

– Spodziewam się dziecka – krzyknęła i potarła się po plecach. – Jego głowa wystaje już z mojej waginy!

Wagina rozśmieszyła kilkoro dzieciaków, ale większości uczniów Michelle działała na nerwy. Pan Wilson podniósł się z krzesła i zablokował jej drogę do drzwi.

– Wracaj na miejsce i przestań się wygłupiać.

Michelle nie była dość silna, by odepchnąć starzejącego się nauczyciela, więc skrzywiła się i zaatakowała go słownie.

– Ty paskudny staruchu! – warknęła, spojrzała na mężczyznę, a potem odwróciła się w stronę klasy. – Jesteś jego ojcem. Nie możesz ciągle temu zaprzeczać!

– Siadaj! – zażądał Wilson. – Nikogo nie interesują twoje popisy!

– O mój Boże! – jęknęła Michelle. – Dziecko! Ono wychodzi!

Klapnęła na ziemi i zaczęła powoli wysuwać piłkę spod koszulki.

– To chłopak! – zawołała, po czym uniosła ubłoconą piłkę do góry. – Nazwę go Jajcuś!

Oskarżenia pod adresem nauczyciela zwiększyły zainteresowanie jej błazenadą. Rozległy się kolejne śmiechy, a kilkoro dzieciaków zaczęło klaskać podczas cudu narodzin. W sali panował coraz większy hałas i pan Wilson musiał zareagować, zanim wszystkim uczniom odbije. Sięgnął po stojący na podłodze metalowy kosz i postawił go z hukiem na biurku.

– CISZA! – wrzasnął. – Jeśli się nie uspokoicie, wszyscy zostaniecie po lekcjach!

Większość dzieciaków się uspokoiła, nie licząc może kilku chichotów. Michelle wracała na paluszkach na swoje miejsce. Palec trzymała przy ustach, uciszając uczniów.

– Jesteśmy niegrzeczni! – szepnęła. – Ale nie chcemy zostać po lekcjach, prawda?

Pan Wilson wiedział, że Michelle tak łatwo się nie podda, więc sięgnął po niewielką, zieloną kartkę leżącą na jego biurku i zapisał na niej jej imię. Kiedy dostawało się taką kartkę, trzeba było siedzieć w milczeniu w specjalnej sali i czekać, aż zabrzmi dzwonek wzywający na kolejną lekcję. Trzy zielone kartki w semestrze oznaczały wysłanie listu do rodziców.

– Proszę bardzo – oświadczył nauczyciel i zamachał papierem w powietrzu. – Jeśli potrzebujesz skorzystać z łazienki, to możesz tam zajrzeć po drodze do kozy.

Michelle pocałowała piłkę do rugby, po czym odłożyła ją na biurko Kevina i ruszyła w stronę wyjścia.

– Mogę udowodnić, że mnie uwiódł – oświadczyła, wskazując palcem pana Wilsona, kiedy zatrzymała się w drzwiach. – Jego genitalia są dziwnie zmutowane. Szczegóły podam w jutrzejszych gazetach.

Pan Wilson zamknął za nią drzwi.

– Teatr skończony, bierzcie się do pracy – powiedział autorytarnym tonem.

Wszyscy zamilkli. Jedynie Summer wciąż chichotała. Połowa klasy spojrzała w jej stronę. Dziewczyna desperacko próbowała się uspokoić, co było dziwne, ponieważ zazwyczaj się nie odzywała.

– Zamknij ryj! – szepnął siedzący przed nią chłopak. – Przez ciebie wszystkich nas ukarze!

Kiedy pan Wilson podszedł do niej, wyglądał na wytrąconego z równowagi. Mówił jednak spokojnym głosem.

– Summer, tego typu atak na mnie uważam za wyjątkowo obraźliwy. Może mi wyjaśnisz, co widzisz w tym śmiesznego?

Summer rozbawił pomysł nazwania dziecka Jajcusiem, ale na łopatki rozłożyła ją mina malująca się na twarzy nauczyciela. Próbował zachować spokój, jednak jego policzki, brwi i górna warga lekko drgały i z niewyjaśnionych powodów te odruchy bezwarunkowe wydały jej się śmieszne.

Dziewczynka wiedziała, że nie może przyznać się do tego panu Wilsonowi, dlatego wzruszyła ramionami i wzięła głęboki oddech.

– Przepraszam pana! – powiedziała, zasłaniając ręką czerwieniejące policzki. – Nic na to nie poradzę. Po prostu chce mi się śmiać.

Nauczyciel zabębnił palcami w jej zeszyt ćwiczeń.

– Skoncentruj się!

– Dobrze, proszę pana! – przytaknęła, ale kiedy pan Wilson odwracał się, jego dolna szczęka drgnęła, a prawa brew wystrzeliła do góry, przez co gałka oczna wysunęła się trochę do przodu.

Summer zasłoniła dłonią usta, ale zanim mężczyzna przeszedł trzy kroki, zaczęła rechotać. Nauczyciel nie wrócił do niej. Podbiegł do biurka i wyrwał kolejną zieloną kartkę.

– Mam tego dość! – wrzasnął, tracąc w końcu cierpliwość. – Pakuj się, Summer. Dołączysz do Michelle w kozie!

3. Nie będąc niemiłym

Bas zawył, a perkusja eksplodowała. Jay rzucił pierwszy riff na gitarze. Wreszcie Salman chwycił za mikrofon i zaczął wypluwać słowa niczym karabinowe kule.

Christine, Christine, nie chcę być niemiły,

Lepsze ciała niż twoje zazwyczaj mi się śniły.

Ale jestem napalony, a laski mnie nie odwiedzają.

I twoje nogi, dziewczyno, po prostu urzekają!

Christine, Christine, chcę ciebie mieć!

Christine, Christine, w pryszczach masz lica,

Włosy jak druty, rozmiar piersi nie zachwyca,

Ale lepszej nie zdobędę, przyznaję z żalem,

Jesteś jedyną, którą wyrwę swym wokalem.

Christine, Christine, chcę ciebie mieć!

W pubie

W klubie

Na czyimś ślubie

Christine, Christine,

Chcę ciebie mieć!

Chcę ciebie mieć!

Christine, Christine, oblazły mnie twoje wszy,

Masz ojca pijaka, a matka ma niezłe kły,

Ale ogrzewasz mnie nocami swym ciałem,

Gdy gasną światła, udaję, że cię zaakceptowałem.

Christine, Christine, chcę ciebie mieć!

Potem Jay znów zagrał swój riff i powtórzyli pierwszą zwrotkę oraz refren. Salman z całą pewnością nie miał szans na karierę w operze, ale dysponował niezłym głosem. Jego pakistańskie korzenie nadawały tekstowi Jaya lekko egzotyczny charakter. Obaj gitarzyści znali swoje rzemiosło, ale każdy zespół rockowy bazował na perkusji. Tristan walił zaś bez ładu i składu.

Jay stał tak blisko niego, że nie słyszał głosu Salmana. Pan Currie nieraz jednak powtarzał im złotą zasadę: zespół musi kontynuować występ niezależnie od tego, co się dzieje na scenie. W efekcie pod koniec piosenki trzej członkowie Brontobyte grali zupełnie inne fragmenty piosenki, podczas gdy Tristan niestrudzenie walił w perkusję, zupełnie nieświadomy tego, co się dzieje.

– Dziękuję wam wszystkim! – zawołał Salman, kiedy wreszcie skończyli.

Mama Alfiego i Tristana, pani Jopling, siedziała ze starszym bratem Salmana na widowni. Jednak nawet oni nie wiwatowali – w efekcie wyraźnie słychać było parę kpin oraz kilka ironicznych okrzyków. Chłopaki z Womb 101 udawali, że się onanizują.

Pan Currie przyszedł pomóc im zdjąć instrumenty z estrady, gdyż po nich miała wystąpić jeszcze jedna grupa. Jay odłączył gitarę i ruszył w stronę Tristana.

– Co ty, do cholery, odstawiałeś?

Jego kumpel zakręcił pałeczką od perkusji.

– Moim zdaniem brzmiało to cholernie dobrze.

Jay aż jęknął.

– Oszalałeś? Zagłuszyłeś nas!

Tristan walnął w snare’a, a potem wyskoczył do przodu. Jay był tak wściekły, że nie rozważył konsekwencji zrugania perkusisty, gościa znacznie od niego większego i na dodatek ćwiczącego judo.

– Chcesz porozmawiać na zewnątrz? – ryknął Tristan. – W każdej chwili, fagasie!

Pan Currie wepchnął się pomiędzy nich.

– Hej, hej! Zdobyliście dziś cenne doświadczenie. Nie z takich opresji się wychodzi!

– On zawsze będzie słabym perkusistą – warknął Jay, który pod ochroną dorosłego odzyskał odwagę.

Posłał smutne spojrzenie sędziom, a potem fuknął i zeskoczył z estrady, pozostawiając reszcie chłopaków przykry obowiązek zapakowania perkusji do samochodu. Kątem oka zauważył notatki jednego z sędziów: kiepski perkusista, gitary i wokal w porządku, 4/10.

Kiedy dotarł na przeciwległą stronę sali, by się czegoś napić, gitara wciąż wisiała mu na szyi.

– Podobno mieliście być dobrzy! – rzucił jeden chłopak z Womb 101.

– Graliście epicko! – zakpił drugi. – Epp-iiii-cko!

Jay zignorował szydercze komentarze kolesiów z boysbandu, sięgnął po kubek z sokiem pomarańczowym i opróżnił go w dwóch łykach.

– Przepraszam za wcześniej – powiedział. – Alfie ma tylko jedenaście lat, wiecie? Często gada głupoty.

Chłopak ze złotym zębem zarechotał.

– To, że teraz płaszczysz się przed nami, nie pomoże ci. Jednak oberwiesz.

– Dokładnie – zgodził się jego kumpel, po czym strzelił kostkami palców. – Do zobaczenia na Melon Lane, koleś. Wrócisz do mamusi w baaaardzo kiepskiej formie.

– Wolałbym nie nosić noża w plecach – stwierdził Jay, próbując obrócić sytuację w żart. – Czerwień zbyt mocno odbija się na tle mojej bladej skóry.

– A co właściwie oznacza to Brontobyte?

– To terminologia komputerowa – wyjaśnił Jay. – Słyszeliście pewnie o megabajtach i gigabajtach? Brontobyte to milion milionów gigabajtów albo nawet więcej. Nasz perkusista to wymyślił.

Kolesie pokręcili głowami.

– Geekowska nazwa – podsumował Złoty Ząb. – A myślałem, że to nasza jest kijowa. Pochodzi z jakiejś książki.

Jay sięgnął po herbatnika z kremem. W tym samym momencie tłusta nauczycielka muzyki z akademii George’a Orwella zawołała swoich uczniów, a ostatnia kapela weszła już na estradę. Salman i Alfie zaopatrzyli się w szklanki i podeszli do Jaya.

– Dzięki za pomoc z perkusją, chłopie – wkurzył się ten pierwszy.

– Chrzanię ją. – Jay wzruszył ramionami. – Tristan nie ogarnia. Sam waliłbym w bęben lepiej od niego. Alfie, ty byłbyś dziesięć razy lepszy!

– Mnie do tego nie mieszaj! – zaprotestował Alfie. – Obaj spieprzycie do własnych domów, a ja będę miał wściekłego brata na głowie.

– Jako zespół niczego nie osiągniemy, jeśli nie znajdziemy perkusisty, który potrafi utrzymać rytm – podsumował Jay.

Nie usłyszał odpowiedzi, gdyż podeszła do nich mama Tristana i Alfiego.

– Zagraliście cholernie dobrze – podsumowała występ.

Była dość seksowną kobietą, taką w typie żony piłkarza: sztuczna opalenizna, plastikowe paznokcie, kosztowne okulary przeciwsłoneczne na głowie oraz kozaczki marki UGG. Pocałowała Alfiego w policzki, czym strasznie go zawstydziła, po czym spojrzała na Jaya.

– Czego właściwie chciałeś od mojego Tristanka?

– Niczego – odpowiedział Jay i wzruszył ramionami.

– Sądziłam, że jesteście przyjaciółmi – dodała.

Chłopak nie odpowiedział. Mówienie pani Jopling, że jej ukochany synek jest fatalnym perkusistą, nie miało najmniejszego sensu.

Salman pobiegł poinformować pana Curriego, że zbiera się razem ze swoim starszym bratem. Ostatni zespół skończył tymczasem grać i zaczął znosić sprzęt z podium. Wysoka kobieta w gele stanęła tuż obok nich i sięgnęła po mikrofon. Usta przysunęła jednak zbyt blisko, wskutek czego system nagłośnieniowy huknął jak z armaty.

– Mieliśmy kilka obsuw i jesteśmy spóźnieni – powiedziała głosem tak radosnym, jakby zapowiadała program telewizyjny dla pięciolatków. – Poziom był wysoki, ale niestety może być tylko jeden zwycięzca. Mam zaszczyt poinformować was, że voucher na sprzęt muzyczny o wartości dwustu pięćdziesięciu funtów oraz miejsce w finale Konkursu Muzyki Współczesnej szkół z rejonu Camden przypada zespołowi… Womb 101!

Salman i jego brat szli już w stronę drzwi, kiedy Womb 101 odtańczyli z fanami taniec radości tuż przy estradzie. Tristan po zapakowaniu perkusji do szkolnego vana dołączył do kumpli z zespołu. Starał się trzymać z dala od mamy, by nie zostać przez nią pocałowanym. Pan Currie stał kilka rzędów za nimi i notował oceny sędziów na post-itach.

Sędziowie przyznawali oceny w dziesięciopunktowej skali za muzykalność, prezentację oraz sam występ, mogli też dać nawet pięć dodatkowych punktów zespołom, które wystąpiły z własną kompozycją.

– Przynajmniej spodobała im się moja piosenka – stwierdził Jay, zerkając nad ramieniem nauczyciela. Zauważył, że w tej ostatniej kategorii otrzymali cztery punkty.

– A jak łącznie wypadliśmy? – zapytał Alfie.

– Miejsce czwarte na dziewięć – odpowiedział Jay i oparł się pokusie dodania, że bez punktów za kompozycję spadliby na siódme.

– Sądziłem, że możemy wygrać – mruknął ponuro chłopak. – Na próbach w zeszłym tygodniu rządziliśmy.

– Zespoły są jak drużyny piłki nożnej grające na wyjeździe – wyjaśnił pan Currie i postukał się w skroń. – Muzykowanie z kumplami to jedno, a danie czadu na oczach publiczności to zupełnie coś innego.

Pani Jopling miała jednak własną teorię, którą wygłosiła z rękami splecionymi na piersiach i pełnym oburzenia tupaniem włochatym butem o podłogę.

– Nawet jeśli zagralibyście lepiej niż Jimi Hendrix, i tak byście przegrali. Z tymi sędziami? Wszystko było ustawione! – stwierdziła.

Wiem już, po kim Tristan tak ma, pomyślał nauczyciel.

– Nie da się jednak zaprzeczyć, że Womb 101 byli od nas lepsi – powiedział Jay.

Kobieta posłała mu karcące spojrzenie, a potem odwróciła się w stronę pana Currie.

– Mogę już zabrać moich chłopców?

Mężczyzna pokiwał głową.

– Oczywiście. Bardzo dziękuję, że pani przyjechała i nas wspierała. Zabiorę Jaya ze sobą do szkoły. Pomoże mi rozpakować sprzęt, a potem podrzucę go do domu.

Tristan pokiwał głową.

– I dobrze. W końcu strzelił focha i nie pomógł nam się pakować.

Jay nie wytrzymał.

– Wal się na ryj, maminsynku – warknął.

– Przynajmniej moja mama nie rodzi co pięć sekund kolejnego dzieciaka – odbił piłeczkę Tristan, a pani Jopling uśmiechnęła się z aprobatą.

– Uspokójcie się. To był długi i męczący dzień! – interweniował nauczyciel.

– Co chcecie na podwieczorek? – zapytała kobieta i wyprowadziła synów z sali. – Maca czy KFC?

4. Narybek

Summer wyszła na korytarz. Kręciło jej się w głowie. Nigdy dotąd nie dostała zielonej kartki i nie czuła się z tym komfortowo, choć oczywiście dopiero trzy w semestrze oznaczały kłopoty. Spojrzała w lewo, a potem w prawo, gdyż nagle uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, dokąd powinna iść.

Zamierzała wrócić do sali i zapytać o to pana Wilsona, kiedy usłyszała czyjś głos. Michelle stała dziesięć metrów od niej. Wychylała się znad metalowej poręczy schodów, trzymając w dłoni swojego samsunga.

– Ty w kozie? Nie wierzę! Słodki Jezu… No dobrze, do zobaczenia na miejscu!

Ledwie zdążyła schować telefon do kieszeni, Summer była już przy niej.

– Co? – warknęła.

Dziewczynka instynktownie cofnęła się, nie wiedząc, czy Michelle pocałuje ją, podrapie czy może stłucze do nieprzytomności. Ponieważ nic się nie wydarzyło, zamachała zieloną karteczką.

– Za co ją dostałaś? – usłyszała zdziwiony głos. – Chodzę z tobą na te zajęcia od trzech lat i nigdy nie słyszałam, byś powiedziała choć dwa słowa.

– Mówię, kiedy warto coś powiedzieć. – Wzruszyła ramionami.

Michelle zmrużyła oczy.

– Chcesz powiedzieć, że paplam bez sensu? – zapytała oskarżycielskim tonem.

– Nie mówiłam o tobie – wyjaśniła zlękniona Summer.

Była wyższa i lepiej zbudowana, ale nie miała najmniejszej ochoty tarzać się po podłodze z klasową wariatką.

– Chociaż w sumie możesz mieć rację – wyszczerzyła się Michelle. – Niektórzy chłopcy z naszej klasy tylko mówią, mówią i mówią. Nawijają zupełnie bez sensu.

– Tylko niektórzy? – zapytała Summer i uśmiechnęła się lekko.

– Chłopcy z naszej klasy… – stwierdziła Michelle, cmoknęła z pogardą i ruszyła w dół schodów. – Obślizgłe dranie.

– Nie wiem, dokąd powinnam teraz pójść – przyznała Summer i ruszyła za nią.

– Ach, narybek! – westchnęła jej koleżanka. – Powiem strażnikom, by nie traktowali cię zbyt ostro.

Zeszły dwa piętra i wylądowały na parterze. Recepcja znajdowała się po lewej, po prawej zaś długi korytarz z salami przyrodniczymi i ekonomicznymi.

Ruszyły w ich stronę, wyraźnie czując w powietrzu zapach chemikaliów i kuchni. Michelle zatrzymała się przy pierwszych drzwiach. Summer wiedziała, że to nie jest koza. Miała tu zajęcia w ósmej klasie.

Jej towarzyszka załomotała w drzwi, a potem rzuciła się do ucieczki.

– Łoś! Łoś! – krzyczała na cały regulator. Wina za ten występek spadłaby na Summer, gdyby i ona nie wzięła nóg za pas. Biegnąc, zobaczyła, jak Michelle otwiera kolejne drzwi i wrzeszczy: „Nauka to kłamstwa! Niech żyje Jezus!”.

Na samym końcu korytarza znajdowało się wyjście awaryjne.

– Na co czekasz? – zapytała Michelle i zerknęła na kumpelę, która poczuła nieprzyjemne ukłucie gdzieś z boku brzucha.

Michelle otworzyła drzwi przeciwpożarowe i zbiegła do piwnicy. Dla Summer były to dziewicze tereny, jednak Michelle przefrunęła nad dolną częścią schodów i wbiła się w wysmarowane sprayem drzwi prowadzące do męskiej szatni, zupełnie jakby robiła to już setki razy.

Wewnątrz powietrze śmierdziało szczynami, potem i parą wodną unoszącą się spod pryszniców. Michelle ominęła porozrzucane torby i buty, kierując się w stronę wyjścia na boisko.

Na zewnątrz powietrze było rześkie. W miejscu, gdzie chłopcy otrząsali korki, chodnik pokrywały bryłki wilgotnego błota. Dwadzieścia metrów dalej ósmoklasiści o brudnych nogach ganiali za piłką po grząskiej murawie.

Dziewczyny minęły szkolną bibliotekę i pomaszerowały w stronę niedawno otwartego budynku przeznaczonego na zajęcia teatralne i muzyczne. Summer pocierała przemarznięte ramiona i raz po raz dygotała, Michelle wymachiwała zaś beztrosko swoją skórzaną torebką. Wyglądała, jakby nic się nie stało.

Gdzieś nad nimi otworzyło się okno i wyjrzał przez nie ciemnoskóry nauczyciel przyrody.

– Michelle Wei, narobiłaś sobie kłopotów! – wrzasnął.

Kiedy Summer próbowała się ukryć, chowając się w pobliżu krzaków, Michelle odwróciła się i zasalutowała wykładowcy.

– Pańska żona to też łoś, panie Gubta! – zawołała.

Summer zaczęła biec. Dopadła najbliższego rogu i przylgnęła do ściany tuż obok wejścia do budynku. Dopiero wówczas znów zaczęła oddychać.

– Oszalałaś? – syknęła wściekłym tonem.

– Najwyraźniej! – zaśmiała się Michelle.

– Przez ciebie będziemy mieć problemy! – podsumowała Summer, po czym schowała twarz w dłoniach. – Po co to zrobiłaś?

– Bo to miodzio zabawa – odpowiedziała dziewczyna, po czym zabrzęczała jak pszczółka i zaczęła wymachiwać palcem w powietrzu. Na koniec jej wymalowany paznokieć wylądował na koniuszku nosa Summer. – Ot, odrobina rozrywki, która pomoże mi przetrwać ten okropny dzień.

– Moje życie i bez tego jest skomplikowane – poskarżyła się jej nowa koleżanka. – Nie idziemy do kozy, prawda?

– Dedukcja godna samego Sherlocka Holmesa! – odpowiedziała Michelle i złapała ją za ramię. – Ruszaj się! Mam plany co do ciebie!

Wbiły się przez główne wejście do budynku. Znajdująca się z boku duża aula była pusta, ale z sal przeznaczonych do ćwiczeń muzycznych dobiegły brzdęki i pohukiwania. Michelle otworzyła drzwi z numerem piątym, gdzie siedziały dwie dziewczyny z jedenastej klasy.

– Co tam, psie mordy? – zapytała z ziomalskim akcentem i zakręciła dłonią na powitanie. – Jak moje dziewczynki sobie radzą?

Pokój miał rozmiary jednej trzeciej normalnej sali. Dzięki lakierowanej, drewnianej podłodze, białym ścianom i wielu gniazdkom elektrycznym służącym do podłączania sprzętu wydawał się nieskazitelnie czysty. Znajdował się tam również stół, biała tablica z pięciolinią oraz poobijane pianino.

Summer stała w milczeniu przy drzwiach, podczas gdy Michelle przedstawiła jej dziewczyny.

– To moja starsza siostra Lucy – powiedziała i wskazała na Azjatkę siedzącą za perkusją, po czym spojrzała na chudą czarnoskórą dziewczynę z potężnym afro, zajmującą miejsce na pianinie. – A to Coco, nasza basistka.

Lucy wyciągnęła pałeczkę w stronę gościa.

– Czemu ta rzecz sterczy w mojej sali prób i wygląda, jakby zapomniała zdjąć się z wieszaka?

– Ta rzecz nazywa się Summer – wyjaśniła Michelle. – Ale kojarzycie ją jako Evitę z mojego niesamowitego musicalu z siódmej klasy.

Summer złapała za klamkę.

– Posłuchajcie… – zaczęła. – Miło mi was poznać, dziewczyny, ale nie chcę żadnych problemów. Nie obraźcie się, ale wrócę teraz do głównego budynku i postaram się odszukać tę kozę.

Nacisnęła klamkę, ale Michelle uderzyła barkiem w drzwi, skutecznie je zatrzaskując.

– Co robisz? – zawołała Summer, jednak kumpela posłała jej obłąkany uśmiech.

– Masz wspaniały głos! – powiedziała Lucy nieco przyjaźniejszym tonem. – W całym tym musicalu byłaś zdecydowanie najlepsza.

– Zapominasz o moich kocich ruchach z marakasami – zaprotestowała Michelle. – Poza tym połączyło nas przeznaczenie. Summer nigdy dotąd nie wyleciała z zajęć. Przy niej wzór wszelkich cnót wygląda jak ćpun okradający groby. Zgadnijcie jednak, jaka mała księżniczka wyłoniła się z sali, kiedy sięgnęłam po telefon, by zadzwonić do was i powiedzieć, że za chwilę wpadnę i trochę pogramy?

Lucy wygramoliła się zza perkusji i podeszła do Summer. Miała szesnaście lat i była znacznie lepiej zbudowana niż jej siostra. Pod pachami jej męskiej koszulki od WF-u widniały plamy potu – widać nieźle przed chwilą bębniła. Summer zrobiło się niedobrze.

– Wypuśćcie mnie – poprosiła i z frustracji zacisnęła pięści. – Nie chcę śpiewać!

Lucy stanęła tuż przed nią.

– Szukamy wokalistki do naszego zespołu – powiedziała miękkim głosem. – Ale każda kandydatka okazuje się do bani. Nie mogłabyś zaśpiewać dla nas choć jednej piosenki?

Summer rozważyła odepchnięcie Michelle oraz wezwanie pomocy, jednak doszła do wniosku, że Lucy z pewnością rzuciłaby się siostrze na ratunek. Poza tym sala prób była dźwiękoszczelna. Po namyśle postanowiła zaśpiewać. Podeszła do perkusji i chrząknęła.

Z niejasnych powodów do głowy przyszła jej Wichita Lineman, piosenka country Glena Campbella, którą śpiewał jeden z chłopaków jej mamy, kiedy była jeszcze mała. Zaśpiewała a capella, bez entuzjazmu, za to imponująco głębokim i bogatym jak na trzynastolatkę głosem.

– Niezłe masz te miechy! – stwierdziła entuzjastycznie Lucy. – Dawaj dalej.

Summer poczuła, że się czerwieni, zaszurała swoimi brudnymi tenisówkami, a potem wlepiła wzrok w podłogę.

– Znam tylko początek – przyznała się.

– Dołącz do nas – zaczęła błagać ją Lucy. – Masz talent i powinnaś go wykorzystywać!

Summer pokręciła głową.

– Owszem, mam, ale za dużo na łbie.

Lucy wciąż ją prosiła, jednak jej młodsza siostra się zirytowała.

– Co masz niby na łbie? – zawołała oskarżycielskim tonem. – Nigdy z nikim nie rozmawiasz. I nigdy nic nie robisz. Równie dobrze mogłabyś nie żyć!

Twarz Summer wykrzywiła się boleśnie. Lucy domyśliła się, że dziewczyna za chwilę się rozpłacze, dlatego odciągnęła Michelle.

– W taki sposób jej nie przekonasz – wyjaśniła. – Nawet jeśli świetnie śpiewa, nie możemy jej zmusić do występów w naszym zespole.

– Ty nigdy mnie nie wspierasz! – wydarła się jej siostra i uderzyła pięścią w tablicę. – Auuu!

– Nie wspieram cię, bo nie myślisz – odpowiedziała Lucy, po czym otworzyła drzwi, by wypuścić Summer.

Ta się uśmiechnęła, lecz jej ulga nie trwała długo. Na korytarzu stał wkurzony pan Gubta i rozmawiał z nauczycielem muzyki.

– Acha! – zawołał triumfalnie na jej widok. – Czy twoja wspólniczka też tam jest?

Summer poczuła się, jakby dziesięciotonowy walec przejechał jej po plecach. Michelle wyłoniła się zza niej z obojętnym wyrazem twarzy.

– Jak tam miewa się twoja gruba, paskudna zdzira? Ta krowa, świnia i łoś, którą masz za żonę? – krzyknęła i zamachała do pana Gubty. – Uczepił się mnie, odkąd włożyłam sobie jego fluorescencyjny mazak między pośladki i wypięłam się w jego stronę.

5. Dramat przy kuchennym zlewie

Pan Gubta wygłosił Summer wykład jeszcze w budynku muzycznym, a potem pan Obernackle kazał jej usiąść w swoim zatłoczonym gabinecie wychowawcy roku i wyraził swoje niezadowolenie.

Była dobrym dzieckiem, inteligentną dziewczyną oraz ostatnią osobą, po której spodziewał się, że trafi po zajęciach do jego gabinetu. Nie miał wątpliwości, że to wpływ toksycznej Michelle, ale był zawiedziony, że Summer źle ją oceniła i spędzała z nią czas. Zazwyczaj pierwszy występek kończył się ostrzeżeniem. Ale to był bardzo poważny incydent. Obernackle rozważał rozmowę z jej rodzicami. Chciał zniszczyć w zarodku tego typu zachowania.

Summer czuła się pusta. Patrzyła na błyszczące spodnie od jego garnituru i zastanawiała się, dlaczego w biurze pachnie kwaśnym mlekiem. Kiwała głową i mówiła: „Tak jest, proszę pana”, kiedy uważała za stosowne, i nawet nie próbowała się tłumaczyć. Nauczyciele zawsze sądzą, że są inteligentniejsi od ciebie, więc niewiarygodna historia mająca potwierdzić jej niewinność na niewiele by się zdała.

Autobus wiozący ją do domu zatrzymał się przy rzędzie sklepów kilkaset metrów od bloku przy Carr Road, w którym mieszkała. Głowa rozbolała ją z nerwów, zaś stopy wskutek stania przez dziesięć minut w autobusie. Chciała iść prosto do domu, ale wiedziała, że w lodówce nie znajdzie niczego nadającego się na obiad, więc weszła przez automatyczne drzwi do supermarketu sieci Spar.

Tuż przy wejściu piętrzyły się gotowe posiłki. Dziewczynie marzył się kurczak korma prosto z mikrofalówki albo ciepłe tacosy, tyle że paczka dla niej i dla babci kosztowałaby sześć funtów. Dlatego zdecydowała się na makaron z serem w promocji za 1,29 funta, siatkę mandarynek, dużą puszkę gotowanej fasoli oraz bochenek jasnego chleba. Stanęła za mężczyzną kupującym losy na loterię i przeliczyła monety. Okazało się, że ma dość pieniędzy, by kupić paczkę czekoladowych drażetek Minstrels. Wtrząchnęła je, maszerując nieśpiesznie w stronę bloku.

Przed sklepem monopolowym siedział okrakiem na swoim BMX-ie Kevin z jej klasy. Kiedy ją zobaczył, porzucił kilku młodszych kumpli i powoli dotoczył się do niej. Był wysokim chłopakiem o szerokich barkach. Summer nacieszyła się ich widokiem w dzień sportu, kiedy położył się z boku boiska w samych szortach i sportowych butach. Jadł serowe rollsy, a pot spływał mu po muskularnej klatce piersiowej. Tyle że Kevin nie należał do bystrzaków i miał szokująco wysoki głos.

– Jak leci? – zaszczebiotał. – Wpieniłaś starego Obernackle’a?

Summer uniosła brew.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rock War 1. Mad and Bad 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę