Złoto Spartan

Złoto Spartan

Autorzy: Clive Cussler Grant Blackwood

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Kryminał / sensacja Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 355

cena od: 28.80 zł

 

Tysiące lat temu dwa antyczne mocarstwa wszczęły wojnę. Zwycięzca zagarnął bezcenny skarb, który wkrótce zaginął w mroku dziejów.

W 1800 roku podczas przeprawy przez Alpy Napoleon Bonaparte dokonał zdumiewającego odkrycia i oznaczył jego miejsce na zaszyfrowanej mapie. Lecz mapa Napoleona zniknęła, a pamięć o niej przeminęła jak triumfy Wielkiej Armii...

Aż do dziś.

Małżeństwo Sam i Remi Fargo, miłośnicy historii i poszukiwacze skarbów, znajdują na mokradłach w Maryland... niemieckiego U-Boota z czasów wojny. I coś, co może być kluczem do zaginionej mapy Napoleona. Co wciągnie ich w pojedynek z ogarniętym obsesją szaleńcem, dla którego starożytny skarb jest cenniejszy niż ludzkie życie...

Redakcja stylistyczna

Joanna Złotnicka

Korekta

Jolanta Gomółka

Jolanta Kucharska

Zdjęcie na okładce

© Tom Hallman

Zdjęcie autora

Zbiory Clive’a Cusslera

Tytuł oryginału

Spartan Gold

Copyright © 2009 by Sandecker, RLLLP

All rights reserved.

By arrangement with

Peter Lampack Agency, Inc.

551 Fifth Avenue, Suite 1613

New York, NY 10176-0187 USA

For the Polish edition

Copyright © 2010 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4315-3

Warszawa 2012. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Prolog

Wielka Przełęcz Świętego Bernarda, Alpy Pennińskie,

maj 1800

Podmuch wiatru sypnął śniegiem w nogi konia imieniem Styrie. Zwierzę parsknęło nerwowo i zboczyło ze szlaku, zanim jeździec cmoknął kilka razy i je uspokoił. Napoleon Bonaparte, cesarz Francuzów, postawił kołnierz szynela i zmrużył oczy. Na wschodzie dostrzegł poszarpany zarys Mont Blanc o wysokości ponad czterech tysięcy ośmiuset metrów.

Pochylił się w siodle i pogłaskał wierzchowca po szyi.

– Widziałeś już gorsze rzeczy, stary druhu.

Arab Styrie, którego Napoleon zdobył podczas kampanii egipskiej dwa lata wcześniej, doskonale spisywał się na polu bitwy, ale zimno i śnieg wyraźnie mu nie służyły. Urodzony i wyhodowany na pustyni, przywykł do tego, że wiatr ciska w niego piaskiem, nie lodem.

Napoleon odwrócił się i przywołał gestem swojego ordynansa Constanta, który stał trzy metry dalej i trzymał muły. Za nim, wzdłuż krętego szlaku, ciągnęła się kilometrami kolumna złożona z czterdziestu tysięcy żołnierzy z końmi, mułami i jaszczami.

Constant odwiązał pierwszego muła i pośpieszył naprzód. Napoleon podał mu wodze Styrie, po czym zsiadł z konia w sięgający kolan śnieg.

– Niech odpocznie – powiedział. – Chyba podkowa znów go uwiera.

– Zajmę się tym, generale.

W kraju Napoleon wolał tytuł pierwszego konsula, a podczas kampanii – generała. Nabrał powietrza do płuc, naciągnął mocniej kapelusz w kształcie pieroga i popatrzył w górę na granitowe szczyty wokół nich.

– Piękny dzień, czyż nie, Constant?

– Skoro pan tak mówi, generale – mruknął ordynans.

Napoleon uśmiechnął się pod nosem. Constant był z nim od wielu lat i należał do wąskiego grona jego podwładnych, którym pozwalał na trochę sarkazmu. No cóż, pomyślał, Constant jest już stary i zimno przenika go do szpiku kości.

Napoleon Bonaparte, mężczyzna średniego wzrostu, barczysty, o mocnej szyi, miał orli nos, wyraziste usta i szare oczy o przenikliwym spojrzeniu.

– Laurent dał znać? – zapytał Constanta.

– Nie, generale.

Général de division, czyli generał dywizji Arnaud Laurent, jeden z najbardziej zaufanych dowódców i najbliższych przyjaciół Napoleona, poprowadził dzień wcześniej oddział żołnierzy w głąb przełęczy na zwiady. Wprawdzie nie spodziewali się napotkać tu nieprzyjaciela, ale Napoleon już dawno nauczył się być przygotowany na pozornie niemożliwe. Zbyt wielu wybitnych dowódców zawiodły ich przypuszczenia. Choć tutaj największym wrogiem jego armii była pogoda i teren.

Położona na wysokości ponad dwóch tysięcy czterystu metrów Wielka Przełęcz Świętego Bernarda od wieków stanowiła główną drogę przez góry. Tędy, przez Alpy Pennińskie na granicy Szwajcarii, Włoch i Francji, przeprawiały się armie: Galowie w 390 roku p.n.e. ciągnęli na podbój Rzymu; w roku 217 p.n.e. Hannibal dokonał słynnego przejścia na słoniach; Karol Wielki w roku 800 wracał z Rzymu po koronacji na cesarza.

Zacne towarzystwo, pomyślał Napoleon. Nawet jeden z jego poprzedników, król Francji Pepin Krótki, szedł w 753 roku przez Alpy Pennińskie na spotkanie z papieżem Stefanem II.

Bonaparte obiecał sobie, że dowiedzie swej wielkości właśnie tu, w miejscu, gdzie inni władcy nie zdołali tego dokonać. Ogrom jego imperium przejdzie najśmielsze marzenia tamtych. Nic nie stanie mu na przeszkodzie. Ani potężne armie, ani nieprzyjazna pogoda, ani groźne góry, a już z pewnością nie jacyś austriaccy parweniusze.

Rok wcześniej, gdy jego armia podbijała Egipt, Austriacy ponownie zajęli włoskie terytorium należące do Francji na mocy pokoju w Campo Formio. Ich panowanie nie potrwa długo. Nie spodziewają się ataku o tak wczesnej porze roku, bo nawet nie przejdzie im przez myśl, że jakaś armia mogłaby pokonać Alpy Pennińskie zimą. Nie bez powodu.

Strome skalne ściany i kręte wąwozy były istnym koszmarem nawet dla pojedynczych podróżników, a cóż dopiero dla czterdziestotysięcznej armii. Od września na przełęczy leżało kilka metrów śniegu, a temperatura nie przekraczała zera. Zaspy wysokie na dziesięciu mężczyzn wyłaniały się zza każdego zakrętu i groziły pogrzebaniem ludzi i koni. Nawet w słoneczne dni mgła spowijała ziemię aż do późnego popołudnia. Wichury często zrywały się znienacka i powodowały takie zamiecie, że widoczność spadała do metra. A najbardziej przerażające były lawiny – ściany śniegu, nierzadko o szerokości prawie kilometra, które pędziły z hukiem w dół górskich zboczy i stawały się grobem każdego, kto znalazł się na ich drodze. Jak dotąd, dzięki Bogu, niegościnne Alpy zabrały tylko dwustu żołnierzy Napoleona.

Bonaparte odwrócił się do Constanta.

– Meldunek kwatermistrza.

– Oto on, generale. – Ordynans wyciągnął plik kartek z wewnętrznej kieszeni płaszcza i podał Napoleonowi.

Ten przebiegł wzrokiem liczby. To prawda, że żołnierze przede wszystkim muszą mieć prowiant, pomyślał. Jego ludzie wypili dotychczas dziewiętnaście tysięcy osiemset siedemnaście butelek wina oraz zjedli tonę sera i siedemset siedemdziesiąt jeden kilogramów mięsa.

Od strony przełęczy na wprost dobiegły okrzyki:

– Laurent! Laurent!…

– Nareszcie – rzekł Napoleon.

Z zadymki wyłoniła się grupa dwunastu jeźdźców. Byli znakomitymi żołnierzami, najlepszymi, jakich miał, takimi jak ich dowódca. Mimo silnego wiatru wszyscy prosto trzymali się w siodłach, żaden nawet nie pochylił głowy. Generał Laurent osadził konia na miejscu tuż przed Napoleonem, zasalutował i zeskoczył z wierzchowca. Bonaparte uściskał go serdecznie, po czym cofnął się i skinął na Constanta. Ordynans podbiegł do Laurenta i podał mu butelkę brandy. Generał wypił solidny łyk, potem drugi i oddał butelkę.

– Melduj, stary druhu – powiedział Napoleon.

– Pokonaliśmy około trzynastu kilometrów. Ani śladu sił nieprzyjaciela. Pogoda się poprawia na mniejszych wysokościach, głębokość śniegu też maleje. Stąd będzie już tylko łatwiej.

– To dobrze… bardzo dobrze.

– Jest jedna rzecz godna uwagi. – Laurent ujął Napoleona za łokieć i odprowadził kawałek na bok. – Coś znaleźliśmy, generale.

– Zechciałbyś to opisać?

– Lepiej, żeby pan sam to zobaczył.

Napoleon przyjrzał się uważnie twarzy starego i dostrzegł w jego oczach ledwo powstrzymywane zniecierpliwienie. Znał Laurenta od czasu, gdy obaj mieli po szesnaście lat i byli porucznikami w pułku artylerii La Fere, wiedział więc, że nie ma on skłonności do przesady. Musiał znaleźć coś naprawdę ważnego.

– Czy to daleko? – zapytał.

– Cztery godziny jazdy.

Napoleon popatrzył na niebo. Było już późne popołudnie. Nad szczytami zbierały się ciemne chmury. Nadciągała burza.

– Doskonale – rzekł i klepnął Laurenta w ramię. – Wyruszymy o brzasku.

Zgodnie ze swoim zwyczajem Napoleon spał pięć godzin i wstał o szóstej, na długo przed świtem. Zjadł śniadanie, a potem czytał nocne meldunki dowódców swoich półbrygad przy dzbanku mocnej gorzkiej herbaty. Laurent przybył ze swoim oddziałem tuż przed siódmą i wyruszyli w dolinę szklakiem przetartym przez niego dzień wcześniej.

W nocy prawie nie padało, ale porywisty wiatr uformował nowe zaspy, które tworzyły śnieżny kanion wokół Napoleona i jego jeźdźców. Konie wypuszczały obłoki pary, a przy każdym ich kroku biały puch wirował w powietrzu. Napoleon zdał się na Styrie, ufając, że arab będzie się trzymał ścieżki, a sam przyglądał się zaspom, na których wiatr wyżłobił rozmaite zawijasy i spirale.

– Upiornie tu, prawda, generale? – zagadnął Laurent.

– Po prostu cicho – odparł Napoleon. – Jeszcze nigdy nie słyszałem takiej ciszy.

– Jest cudownie – zgodził się Laurent. – I niebezpiecznie.

Jak na polu bitwy, pomyślał Napoleon. Poza łożem, które dzielił z Józefiną, nigdzie nie czuł się tak dobrze jak na polu bitwy. Huk armat, trzaski muszkietów, ostry zapach prochu… Kochał to wszystko. Już niedługo, gdy tylko pokonamy te przeklęte góry… Uśmiechnął się do własnych myśli.

Jeździec na czele uniósł pięść, dając sygnał do postoju. Napoleon patrzył, jak mężczyzna zsiada z konia i brnie przez głęboki śnieg, przyglądając się uważnie zaspom. Wkrótce zniknął za zakrętem.

– Czego on szuka? – zapytał Bonaparte.

– Świt to jedna z najgorszych pór, jeśli chodzi o lawiny – wyjaśnił Laurent. – W nocy wiatr utwardza wierzchnią warstwę śniegu, tak że powstaje skorupa, ale puch pod spodem pozostaje miękki. A kiedy wzejdzie słońce, skorupa zaczyna tajać. Często jedynym ostrzeżeniem jest odgłos, jakby sam Bóg grzmiał z niebios.

Niebawem prowadzący jeździec pojawił się z powrotem na szlaku. Pokazawszy gestem Laurentowi, że wszystko jest w porządku, dosiadł konia i ruszył dalej.

Jechali krętą doliną opadającą do podnóży gór. Po dwóch godzinach znaleźli się w wąskim kanionie, gdzie poszarpany szary granit przeplatał się z lodem. Jeździec na czele znów zasygnalizował postój i zsiadł z konia. Laurent zrobił to samo, a Napoleon poszedł w jego ślady. Rozejrzał się i zapytał:

– To tu?

Laurent uśmiechnął się tajemniczo.

– Tu, generale. – Odczepił dwie lampy olejne od siodła. – Proszę za mną.

Ruszyli wzdłuż szlaku. Minęli sześć koni, których jeźdźcy stali wyprężeni na baczność, a Napoleon każdemu kiwał głową. Gdy dotarł do czoła kolumny, on i Laurent przystanęli. Po kilku minutach prowadzący jeździec wyłonił się zza wypiętrzenia skalnego po lewej stronie i dobrnął do nich przez śnieg.

– Pamięta pan sierżanta Pelletiera, generale? – spytał Laurent.

– Oczywiście – rzekł Napoleon. – Jestem do waszej dyspozycji, Pelletier. Prowadźcie.

Sierżant zasalutował, chwycił zwój liny ze swojego siodła i zszedł ze szlaku na ścieżkę, którą właśnie wydrążył w zaspach. Poprowadził ich w górę zbocza do podnóża granitowej ściany, gdzie skręcił pod kątem prostym, pokonał jeszcze pięćdziesiąt metrów i zatrzymał się przy niszy w skale.

– Piękne miejsce – stwierdził Napoleon. – Co to jest?

Laurent skinął na Pelletiera, a sierżant uniósł muszkiet wysoko nad głowę i uderzył kolbą w skałę. Zamiast trzasku drewna o kamień Napoleon usłyszał odgłos pękającego lodu. Pelletier uderzył jeszcze cztery razy i pojawiła się pionowa szczelina. Miała ponad pół metra szerokości i prawie dwa wysokości.

Napoleon zajrzał do środka, ale zobaczył tylko ciemność.

– Latem – powiedział Laurent – wejście zasłaniają krzaki i pnącza, a zimą śnieg. Zapewne w środku jest jakieś źródło wilgoci i stąd ta warstwa lodu.

– Interesujące. Kto to odkrył?

– Ja, generale – odparł Pelletier. – Zatrzymaliśmy się, żeby konie odpoczęły, i musiałem… no… poczułem potrzebę…

– Rozumiem, sierżancie, mówcie dalej.

– Odszedłem trochę za daleko, generale, a kiedy skończyłem, oparłem się o skałę, żeby odetchnąć, i lód ustąpił za mną. Wszedłem kawałek w głąb i nie zastanawiałem się nad tym, dopóki… Powinien pan zobaczyć to na własne oczy, generale.

Napoleon zwrócił się do Laurenta.

– Byłeś w środku?

– Tak, generale. Ja i sierżant Pelletier. Nikt więcej.

– Doskonale, Laurent, pójdę za tobą.

Korytarz, który ciągnął się przez sześć, siedem metrów i był tak niski, że musieli iść zgarbieni, prowadził do skalnej groty. Idący przed Napoleonem Laurent i Pelletier odsunęli się na bok, by go przepuścić, po czym unieśli lampy i oświetlili jaskinię chybotliwym żółtym blaskiem.

Miała wymiary mniej więcej piętnaście na osiemnaście metrów i była istnym lodowym pałacem. Lód pokrywający podłogę i ściany w niektórych miejscach był gruby na kilkadziesiąt centymetrów, w innych zaś tak cienki, że widać było cień szarej skały pod spodem. Lśniące stalaktyty zwisały tak nisko, że stapiały się ze stalagmitami, tworząc lodowe rzeźby w kształcie klepsydry, a sklepienie, gdzie lód był nierówny, wyglądało jak rozgwieżdżone niebo. Z głębi jaskini dochodził odgłos kapiącej wody, a z jeszcze dalszej odległości słaby świst wiatru.

– Coś wspaniałego – szepnął zachwycony Napoleon.

– Oto, co znalazł Pelletier. – Laurent oświetlił lampą jakiś przedmiot na podłodze pod ścianą.

Napoleon podszedł bliżej i rozpoznał tarczę. Miała mniej więcej półtora metra wysokości, jakieś pół metra szerokości i kształt ósemki. Była zrobiona z wikliny i pokryta spłowiałą czerwoną skórą, na której widniały zachodzące na siebie czarne kwadraty.

– Stara – ocenił Napoleon.

– Co najmniej sprzed dwóch tysięcy lat – rzekł Laurent. – O ile pamiętam, to gerron, tarcza, jakich używali żołnierze lekkiej piechoty perskiej.

– Mon dieu…

– To nie wszystko, generale. Tędy.

Lawirując między stalaktytami, poprowadził Napoleona przez jaskinię do wejścia do następnego tunelu o owalnym przekroju i wysokości nieco ponad metra.

Pelletier zdjął z ramienia zwój liny i zawiązał jej koniec wokół podstawy stalagmitu.

– Schodzimy w dół, do czeluści piekła? – zapytał Napoleon.

– Nie, generale – odparł Laurent. – Na drugą stronę.

Oświetlił owalny tunel. Kilka kroków w głąb był lodowy most, który ciągnął się nad rozpadliną i znikał w następnym korytarzu.

– Byłeś po drugiej stronie? – spytał Bonaparte.

– Tak, most jest całkiem mocny. To oblodzona skała. Ale lepiej być ostrożnym.

Laurent zawiązał linę wokół pasa Napoleona, a potem własnego. Pelletier szarpnął przymocowany do stalagmitu drugi koniec i skinął głową.

– Proszę patrzeć pod nogi, generale – powiedział Laurent, wchodząc do tunelu. Napoleon odczekał chwilę i ruszył za nim.

Posuwali się ostrożnie nad rozpadliną. W połowie drogi Napoleon spojrzał w dół, zobaczył tylko ciemność. Półprzezroczyste lodowe ściany opadały w mroczną otchłań.

Wreszcie dotarli na drugą stronę i pokonali następny tunel, który prowadził do drugiej lodowej jaskini, mniejszej niż pierwsza, ale z wysokim łukowym sklepieniem. Trzymając lampę przed sobą, Laurent wszedł do groty i przystanął obok dwóch kolumn o wyglądzie oblodzonych stalagmitów. Każda miała ponad trzy metry wysokości i ścięty wierzchołek.

Napoleon podszedł do jednej z nich, zatrzymał się i zmrużył oczy. Zauważył, że to nie stalagmit, lecz słup litego lodu. Położył na nim dłoń i przyjrzał się dokładniej.

Spod lotu patrzyło na niego złote oblicze kobiety.

1

Mokradła Great Pocomoke, Maryland,

czasy współczesne

Sam Fargo podniósł się z przysiadu i spojrzał na swoją żonę, która stała po pas w rzadkim czarnym błocie. Jaskrawożółte wodery podkreślały kasztanowy kolor jej lśniących włosów. Poczuła na sobie jego wzrok, odwróciła się i, zdmuchnąwszy kosmyk włosów z policzka, spytała:

– Co się tak uśmiechasz, Fargo?

Kiedy pierwszy raz włożyła buty wędkarskie, popełnił błąd, mówiąc, że wygląda zabawnie. Zmiażdżyła go wzrokiem, więc szybko dodał, że również seksownie, ale to nie uratowało sytuacji.

– Do ciebie – odparł teraz. – Wyglądasz pięknie, Longstreet.

Gdy Remi była zła na męża, zwracała się do niego po nazwisku, a on odwzajemniał się tym samym.

Uniosła ręce ubrudzone do łokci szlamem i powiedziała, z trudem tłumiąc śmiech:

– Chyba oszalałeś. Twarz mam pokąsaną przez komary, a włosy lepią mi się do głowy.

Podrapała się w brodę, zostawiając na niej czarny ślad.

– To tylko dodaje ci uroku.

– Kłamca.

Sam wiedział, że wbrew zniesmaczonej minie Remi jest starą wygą, niemającą sobie równych. Kiedy nastawi się na osiągnięcie celu, nic jej nie zrazi.

– No cóż – powiedziała. – Muszę przyznać, że ty też wyglądasz całkiem nieźle.

Sam uchylił w jej kierunku sfatygowanej panamy i wrócił do pracy, czyli usuwania błota z zanurzonego kawałka drewna, w nadziei, że to część kufra.

Od trzech dni przeczesywali mokradła w poszukiwaniu choćby jednej wskazówki, że są na właściwym tropie. Żadne z nich nie miało nic przeciwko szukaniu wiatru w polu – to normalne przy poszukiwaniu skarbów – ale zawsze lepiej w końcu znaleźć ten wiatr.

Tym razem podążali śladem mrocznej legendy. Wprawdzie o pobliskich zatokach Chesapeake i Delaware mówiono, że są cmentarzyskiem prawie czterech tysięcy wraków, lecz skarb poszukiwany przez Sama i Remi znajdował się na lądzie. Miesiąc wcześniej Ted Frobisher, zaprzyjaźniony poszukiwacz skarbów, który niedawno wycofał się z branży i skupił na prowadzeniu antykwariatu w Princess Anne, przysłał im broszę o intrygującym pochodzeniu.

Wykonana ze złota i jadeitu, należała podobno do niejakiej Henrietty Bronson, jednej z pierwszych ofiar znanej zabójczyni Marthy „Patty” (alias Lucretia) Cannon.

Według legendy Martha Cannon była twardą, bezwzględną kobietą, która w latach dwudziestych XIX wieku grasowała ze swoją bandą na dzikich obszarach wzdłuż granicy Delaware-Maryland, gdzie grabiła i mordowała bogatych i biednych, a równocześnie prowadziła zajazd w ówczesnym Johnson’s Corners, czyli dzisiejszym Reliance.

Cannon zwabiała podróżnych do swojej oberży, karmiła, zabawiała, kładła do łóżek i uśmiercała w środku nocy. Zwłoki zaciągała do piwnicy i, zabrawszy wszystkie wartościowe rzeczy, układała w rogu niczym drewno na opał. Kiedy nagromadziła dość ciał, zawoziła je do pobliskiego lasu i grzebała w zbiorowej mogile. Było to przerażające, ale późniejsze zbrodnie Cannon wielu uważało za jeszcze ohydniejsze.

Cannon zorganizowała coś, co lokalni historycy nazwali „odwrotnością kolei podziemnej” [1]. Porywała zbiegłych Murzynów, przetrzymywała ich związanych i zakneblowanych w wielu sekretnych pomieszczeniach oraz w prowizorycznym lochu zajazdu, po czym pod osłoną nocy przemycała do osady Cannon’s Ferry, gdzie byli sprzedawani, ładowani na statki i transportowani rzeką Nanticoke do Georgii na targi niewolników.

Gdy w roku 1829 robotnik orzący pole na jednej z farm Cannon odkrył szczątki ciał w stanie posuniętego rozkładu, oskarżono ją o cztery zabójstwa, uznano za winną i skazano na wieloletnie więzienie. Cztery lata później zmarła w celi, prawdopodobnie wskutek zażycia arszeniku.

W następnych latach jej zbrodnie obrosły legendą. Mówiono, że uciekła z więzienia, by mordować i rabować jeszcze w wieku ponad dziewięćdziesięciu lat. Krążyły też opowieści, że jej duch wciąż włóczy się po półwyspie Delmarva i napada na niczego niepodejrzewających turystów. Pochodzącego z rozbojów majątku Cannon – którego ponoć wydała zaledwie ułamek – nigdy nie odnaleziono. Szacowano, że jej łupy byłyby dzisiaj warte od stu do czterystu tysięcy dolarów.

Sam i Remi znali legendę o skarbie Patty Cannon, ale z braku konkretnych śladów odkładali to na przyszłość. Kiedy pojawiła się brosza Henrietty Bronson i dokładne dane, z którymi mogli rozpocząć poszukiwania, postanowili wyjaśnić tajemnicę.

Po przestudiowaniu dawnej topografii Pocomoke, naniesieniu na mapę przypuszczalnych kryjówek Cannon i porównaniu ich lokalizacji z miejscem znalezienia broszy zawęzili obszar poszukiwań do pięciu kilometrów kwadratowych. Większość tego terenu leżała w głębi bagien, labiryncie porośniętych mchem cyprysów i zakrzewionych trzęsawisk. Ustalili, że w tym rejonie, gdzie w latach dwudziestych XIX wieku było sucho, znajdowała się jedna z kryjówek Cannon.

Ich zainteresowanie skarbem Cannon nie miało nic wspólnego z pieniędzmi – przynajmniej nie dla własnej korzyści. Uzgodnili, że jeśli dopisze im szczęście i znajdą skarb, większość przekażą National Underground Railroad Freedom Center w Cincinnati w Ohio – co z pewnością rozsierdziłoby Patty, gdyby żyła, a przynajmniej jej ducha.

– Jak szedł ten wiersz o Cannon? – zapytał Sam.

Remi miała fotograficzną pamięć do szczegółów, zarówno istotnych, jak i nieistotnych dla sprawy, więc niemal bez namysłu wyrecytowała:

Ucisz się

I idź spać

Stara Patty da o sobie znać

Siedmiu w swojej bandzie ma

Niewolników porywa, wolnych też bierze

Galopuje dzień i noc

Na czarnym ogierze.

– Zgadza się – odrzekł Sam.

Wokół nich odsłonięte korzenie cyprysów wystawały z wody niczym bezcielesne szpony jakiegoś skrzydlatego dinozaura. Po burzy, która tydzień wcześniej przeszła nad półwyspem, pozostały stosy połamanych gałęzi, przypominające zbudowane naprędce tamy bobrów. W górze rozlegały się głosy ptaków i trzepot skrzydeł. Sam, sporadycznie obserwujący ptaki, rozpoznawał czasem śpiew któregoś z nich i podawał jego nazwę Remi. Uśmiechała się w odpowiedzi i mówiła, że i śpiew, i nazwa brzmią bardzo ładnie.

Sam przekonał się, że to ćwiczenie pomaga mu w grze ze słuchu na pianinie, czego nauczyła go matka. Remi była dobrą skrzypaczką i w wolnych chwilach lubili wspólnie muzykować.

Mimo technicznego wykształcenia Sam kierował się intuicją, podczas gdy Remi, absolwentka Boston College z dyplomami antropologa i historyka, rozumowała logicznie. Ta dychotomia nie przeszkadzała im być zgraną, kochającą się parą, ale prowadziła również do zażartych sporów. Potrafili całymi godzinami dyskutować, od czego zaczęła się angielska reformacja, który aktor był najlepszy w roli Jamesa Bonda i jak należy wykonywać Cztery pory roku Vivaldiego. Spory najczęściej kończyły się śmiechem, ale każde pozostawało przy swoim zdaniu.

Sam pochylił się i przesuwał dłońmi po drewnie, aż trafił na coś metalowego. Wyczuł pod palcami kabłąk w kształcie litery U i kwadratowy korpus.

Kłódka, pomyślał, i zobaczył w wyobraźni stary pokryty pąklami skobel.

– Coś mam – oznajmił.

Remi odwróciła się w jego kierunku, ciekawa znaleziska.

– Ha! – Sam wyciągnął kłódkę na powierzchnię. Kiedy błotnista breja obciekła, zobaczył błysk rdzy i srebra, a potem wypukłe litery…

„Masterlock”.

– Co to? – zapytała sceptycznie Remi. Przywykła do niekiedy przedwczesnego entuzjazmu męża.

– Znalazłem, moja droga, zabytkową kłódkę firmy Master z roku mniej więcej tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego – odparł i wydobył z wody przyczepiony do kłódki kawałek drewna. – Razem z czymś, co wygląda na słupek od furtki. – Rzucił znalezisko z powrotem do wody i wyprostował się ze stęknięciem.

Remi uśmiechnęła się do niego.

– Mój dzielny poszukiwacz skarbów. No cóż, to i tak więcej niż ja znalazłam.

Sam spojrzał na zegarek Timex Expedition, który nosił tylko podczas wypraw.

– Szósta – oznajmił. – Kończymy?

Remi uśmiechnęła się szerzej.

– Już myślałam, że nigdy nie zapytasz.

Założyli plecaki i wrócili do skifu, którego zostawili kilometr dalej przy wyrzuconym na brzeg pniu cyprysa. Sam odcumował łódź i zepchnął ją na głębszą wodę, brodząc po pas, a Remi szarpnęła linkę rozruchową silnika. Kiedy zaskoczył, Sam wdrapał się na pokład.

Remi wycelowała dziób w farwater i zwiększyła obroty. Najbliższym miastem i zarazem ich bazą wypadową było Snow Hill, niecałe pięć kilometrów w górę rzeki Pocomoke. Pensjonat, który wybrali, miał zaskakująco porządną piwnicę win i podawano w nim taką zupę z krabów, że podczas wczorajszej kolacji Remi znalazła się w kulinarnym siódmym niebie.

Płynęli w milczeniu, usypiani przez cichy warkot silnika, i patrzyli na sklepienie z gałęzi drzew nad ich głowami. Nagle Sam odwrócił się w prawo.

– Remi, zwolnij.

Cofnęła przepustnicę.

– Co jest?

Wyjął z plecaka lornetkę i podniósł do oczu. Na oddalonym o pięćdziesiąt metrów brzegu między roślinnością była wolna przestrzeń – kolejny ukryty dopływ, jakich widzieli już tuziny. Ujście częściowo blokowały gałęzie połamane przez burzę.

– Co tam widzisz? – zapytała Remi.

– Coś… sam nie wiem – mruknął. – Zdawało mi się, że zobaczyłem jakąś linię… krzywiznę czy coś takiego. Nie wyglądała naturalnie. Możesz tam podpłynąć?

Przestawiła ster i skierowała skif w stronę ujścia dopływu.

– Czyżbyś miał halucynacje? Wypiłeś dziś za mało wody?

Sam pokręcił głową, nie przestając wpatrywać się w dopływ.

– Aż za dużo.

Dziób łodzi uderzył w stos gałęzi. Dopływ okazał się szerszy, niż wyglądał, miał prawie piętnaście metrów. Sam okręcił cumę dziobową wokół jednego z grubszych konarów, przerzucił nogi przez burtę i opuścił się do wody.

– Co ty robisz? – spytała Remi.

– Zaraz wrócę. Zostań tu.

– Jeszcze czego.

Zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, Sam nabrał powietrza do płuc, zanurkował i zniknął. Dwadzieścia sekund później Remi usłyszała plusk po drugiej stronie gałęzi, a potem głęboki wdech męża.

– Sam, wszystko w porządku? – zawołała.

– Tak. Za minutę będę z powrotem.

Minuta zamieniła się w dwie, potem w trzy. W końcu Sam krzyknął przez roślinność:

– Remi, mogłabyś do mnie dołączyć?

Usłyszała znajomą nutę w jego głosie i pomyślała: „O rany”. Uwielbiała zamiłowanie Sama do przygód, ale już zaczęła sobie wyobrażać, jak dobrze się poczuje pod gorącym prysznicem.

– Po co? – zapytała.

– Coś ci pokażę.

– Właśnie zaczęłam wysychać. Nie możesz…

– Musisz to zobaczyć. Zaufaj mi.

Remi westchnęła i zsunęła się z burty do wody. Dziesięć sekund później pływała w miejscu obok Sama. Drzewa na obu brzegach dopływu tworzyły jednolite sklepienie, zamykając ich w tunelu zieleni. Tylko gdzieniegdzie promienie słońca oświetlały cienką warstwę alg na powierzchni.

– Cześć, miło z twojej strony, że się zjawiłaś – powitał ją Sam z szerokim uśmiechem i cmoknął w policzek.

– Dobra, mądralo, co…

Stuknął knykciami w kłodę, którą opasywał ramieniem, ale zamiast głuchego odgłosu, rozległ się metaliczny dźwięk.

– Co to jest?

– Jeszcze nie wiem… nie dowiem się, dopóki nie wejdę do środka.

– Do środka czego?

– Tędy, chodź.

Wziął ją za rękę i popłynął w głąb dopływu, którego szerokość za zakrętem zmalała do pięciu, sześciu metrów. Zatrzymał się i wskazał porośnięty pnączami pień cyprysa przy brzegu.

– Tam. Widzisz to?

Remi zmrużyła oczy i przechyliła głowę w lewo, potem w prawo.

– Nie – odparła. – Czego mam szukać?

– Wystającej z wody gałęzi, której koniec ma kształt litery T…

– Okej, widzę ją.

– Przyjrzyj się dobrze. Zmruż oczy. To pomaga.

Posłuchała go i powoli dotarło do niej, na co patrzy. Wciągnęła gwałtownie powietrze.

– Dobry Boże, czy to… Niemożliwe.

Sam uśmiechnął się od ucha do ucha i skinął głową.

– Zgadza się. To, moja droga, jest peryskop okrętu podwodnego.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Złoto Spartan Zabójcze wibracje Królestwo Diabelskie wrota Świt półksiężyca Zaginione imperium 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer