Polisa śmierci

Polisa śmierci

Autorzy: Robin Cook

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.32 zł

Kolejny thriller medyczny mistrza gatunku.

Studentka medycyny współpracuje z najwybitniejszym naukowcem Centrum Medycznego Uniwersytetu Columbia nad badaniami, które mogą zrewolucjonizować opiekę medyczną, zapewniając tanie narządy do przeszczepu dla śmiertelnie chorych pacjentów. Liczy, że praca pod okiem genialnego genetyka da jej szansę uczestniczenia w odkryciach, które pomogą milionom ludzi na całym świecie.

Kiedy w pracowni dochodzi do tragedii, dziewczyna próbuje wyjaśnić, co się wydarzyło w rzekomo bezpiecznym biolaboratorium.

Tymczasem dwaj byli bankowcy z Wall Street skupują polisy osób starych i schorowanych…

Krok po kroku prawda wychodzi na jaw. Jedno pytanie pozostaje jednak bez odpowiedzi: Czy ktoś żeruje na śmierci innych?

Wszystkim dzieciom

pokrzywdzonym przez los

Podziękowania

Pisarz potrzebuje wielu przyjaciół. Przynajmniej ten pisarz. Takich, którzy bez mrugnięcia okiem odbiorą telefon czy przyjmą wizytę, często niespodziewaną, i cierpliwie odpowiedzą na pytania o to, jak jest, lub co wolą, albo chętnie przeczytają szkic czy studium postaci i wydadzą opinię. Oni wiedzą, o kim mówię, i serdecznie im dziękuję. Oczywiście jak zawsze jest jeszcze Joe Cox, który wie więcej o prawie i biznesie, niż ja kiedykolwiek będę wiedział, i Mark Flowenbaum, prawdziwy medyk sądowy. No i Jean Reeds Cook, wspaniała czytelniczka, która nie pozwala mi się lenić. Wielkie dzięki wam wszystkim.

Prolog

Krasnojarsk, Rosja

14 marca 2011, 04.22

Prek Vllasi dotknął palcem wskazującym prawej ręki blizny na górnej wardze, której rozszczep zoperowano byle jak, kiedy był niemowlęciem. Wykonywał ten gest bezwiednie i bardzo często, częściej, kiedy się czymś stresował. Teraz stał w obskurnym pokoju na dziesiątym piętrze opuszczonego, pamiętającego czasy ZSRR wieżowca w rosyjskim mieście Krasnojarsk i zdenerwowanie narastało w nim z każdą chwilą.

Jeszcze raz zerknął na zegarek, potem popatrzył na Gentiego Hajdiniego, który opierał się o rozkładany stół i grzebał sobie scyzorykiem pod paznokciem, od czasu do czasu ziewając. Ilekroć widział haczykowaty nos towarzysza, zdumiewały go jego proste linie. Pod tym kątem przypominał bardziej ostry koniec topora. Tak, Czeczeni zjawią się na bank, Genti właśnie zapewnił go o tym po raz dziesiąty. Dobrzy ludzie z ojczystej Albanii ręczyli za tę ekipę. Wprawdzie czuł jego dotyk, ale i tak sprawdził pistolet Makarowa wsadzony za pasek z tyłu spodni. Torba Pumy z pół milionem euro leżała na podłodze. I pieniądze, i broń w głąb Rosji przeszmuglował w ciężarówce pełnej tureckich owoców Genti. Nic dziwnego, że padał z nóg.

Teraz mogli już tylko czekać.

Było potwornie zimno – słupek rtęci spadł poniżej minus dwudziestu, a od zachodu słońca dzieliło ich półtorej godziny. Niebo na zewnątrz miało ten sam brudny odcień co budynki i ziemia. Prek zaczął chodzić od ściany do ściany dużego pomieszczenia. Był skrupulatnym człowiekiem: poczytał sobie wcześniej o Krasnojarsku. Sześćdziesiąt kilometrów od Jeniseju leżał Żeleznogorsk, lepiej znany pod dawną radziecką nazwą Krasnojarsk-26: miasto zamknięte, w którym mieścił się kompleks fabryk przetwarzających Bóg jeden wie jak egzotyczne i niebezpieczne materiały do produkcji Bóg jeden wie jakich środków zagłady. Swego czasu pluton do celów militarnych wytwarzały tu trzy reaktory jądrowe, ostatni zamknięto dopiero niedawno. Przez lata Rosjanie wrzucali radioaktywne odpady z fabryk nuklearnych prosto do rzeki, dopóki nie poszli po rozum do głowy i nie wywiercili setek szybów, którymi wpompowywali śmiercionośny szlam pod ziemię. Prek wiedział, że natężenie promieniowania odpowiada tam stu Czarnobylom, i to był kolejny powód, dla którego nie mógł się doczekać, by opuścić to miejsce.

Do środka weszło cicho dwóch mężczyzn. Żylaści i o surowych twarzach, mieli na sobie identyczne czarne płaszcze.

– Artur? Nikołaj?

Jeden z nich podszedł na odległość trzech metrów od Preka.

– Artur to ja. – Wskazał na swojego towarzysza. – A to jest Nikołaj.

Prek obejrzał się na Gentiego, który skinął głową. Takie dane mu podano: Artur Zakojew i Nikołaj Dudajew.

– Dużo sobie śpiewacie – rzucił Prek po rosyjsku.

– Trudno skołować ten towar – powiedział Artur. – Inaczej byście nas nie potrzebowali. A w ogóle to na co to wam? Planujecie gdzieś jakieś wielkie bum? – Wyszczerzył się i Prek się wzdrygnął. Widywał muły z lepszym uzębieniem.

– Nic wam do tego – uciął. – A w ogóle jaką mamy pewność, że towar jest oryginalny? Musi być dobry, autentyk, nie jakieś stare gówno, które się poniewierało po magazynie.

– Musicie nam zaufać. Za to nam płacicie. Kasa się zgadza?

Prek kopnął torbę w kierunku rozmówcy. Potem zerknął na Nikołaja, który stał z tyłu na prawo od niego. Drugi raz popatrzył na zegarek, zauważył Prek w myślach. Artur zrobił krok do przodu i kucnął z rękoma przed sobą. Wszyscy znali zasady: trzymać ręce w dole i na widoku. Rozsunął zamek, wyciągnął plik setek i przerzucił go kciukiem. Nikołaj po raz kolejny sprawdził czas. Czekają na kogoś, pomyślał Prek. Popatrzył na Gentiego, który obserwował liczącego pieniądze Czeczeńca. Czekają na kogoś, kto się spóźnia.

– Teraz wy musicie zaufać nam – powiedział. Spieszył się. – Kasa się zgadza, więc bierzemy towar.

Artur wstał, podniósł ręce do góry.

– W porzo, w porzo.

Trzymając prawą rękę wysoko w górze, jak do przysięgi, drugą sięgnął do prawej kieszeni płaszcza i wyciągnął mały przedmiot. Prek kiwał się na piętach w przód i tył – sam nie zdążyłby zareagować, ale wiedział, że Genti bez problemu w ułamku sekundy strzeli obu Czeczeńcom w głowę. Jednak to nie był pistolet, a mała aluminiowa fiolka, długa na osiem centymetrów, szeroka na dwa i pół. Prek podszedł, wziął ją i schował w spodniach. Nikołaj powiedział coś, czego Prek nie zrozumiał, i Artur podniósł torbę z pieniędzmi, po czym obaj Czeczeńcy odwrócili się i wyszli bez słowa.

– Chodź – rzucił Prek po albańsku.

Kiedy dotarł do drzwi, skręcił w lewo, w przeciwnym kierunku niż ten, z którego przyszli.

– Wóz stoi tam – powiedział Genti, ale Prek już biegł w stronę schodów na drugim końcu budynku. Słyszał głosy dochodzące z drugiej klatki schodowej i tupot podkutych butów na cemencie. To właśnie na to czekali obaj Czeczeńcy, i z pewnością nie była to delegacja izby handlowej z podziękowaniami dla Albańczyków za udaną transakcję. Na szczęście rosyjska punktualność nie poprawiła się ani trochę od upadku komunizmu.

Z odbezpieczoną bronią zbiegli na łeb na szyję po schodach. Prek zobaczył radiowozy i czarne furgonetki z pootwieranymi drzwiami. Skręcił i pobiegł za róg budynku, Genti deptał mu po piętach. Czeczeńcy sadzili przed nimi w kierunku samochodu zaparkowanego w rogu otoczonego murem podwórza. Pieprzeni amatorzy, pomyślał, momentalnie zwietrzywszy szansę.

Czeczeńcy wskoczyli do wozu, Artur wrzucił wsteczny, wycofał samochód i zawrócił, ale zanim miał czas wrzucić jedynkę, Prek i Genti już siedzieli na masce. Każdy strzelił trzy razy w przednią szybę. Kierowca opadł na oparcie, ale stopa naciskała gaz i silnik wył na luzie. Otworzyli drzwiczki i wyciągnęli Czeczeńców z auta. Artur nie żył, pocisk roztrzaskał mu głowę. Nikołaj dostał dwa razy w szyję, spieniona krew uchodziła mu z żyły razem z życiem. Prek wrzucił bieg i ruszył, szukając innego wyjazdu z osiedla. Serce mało nie rozerwało mu żeber i głośno zaklął. Siedział na odłamkach szkła i musiał pochylić się do przodu, żeby nie dotykać głową kawałków mózgu rozbryzganych na zagłówku.

– Co jest, do cholery?! – wrzasnął.

– Sprzedali nas – wyjaśnił Genti. – Tam… – Pokazał przed siebie, na biegnącą obok drogę gruntową, która odchodziła od kompleksu mieszkalnego. Wiedział, że na głównej wylotówce w pięć minut zostaną zauważeni w samochodzie bez przedniej szyby.

– Ej… – powiedział Genti, kiedy Prek zwolnił na wertepach.

Prek popatrzył na niego i idąc wzrokiem za jego spojrzeniem, przeniósł oczy na tylne siedzenie. Leżała tam torba, wprawdzie poplamiona krwią, ale cała i nienaruszona. Prek walnął dłonią w kierownicę, odwrócił się do Gentiego i obaj zanieśli się długim, głośnym śmiechem.

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Centrum Medyczne Uniwersytetu Columbia

Nowy Jork

28 lutego 2011, 7.23

Dwunastolatka budzi się nagle ze snu. Leży na cienkim materacu na niskim, wąskim łóżku, a dokoła niej krąży grupka dziewcząt. Są starsze – o cztery, pięć lat – i patrzą na nią z ewidentnie złymi zamiarami. Niektóre tłumią chichot, inne się uśmiechają, nie z radości, tylko na myśl o tym, co się stanie. Jest noc. W długim pokoju stoją też inne prycze i dziewczynka wie, że zajmujące je koleżanki nie śpią, ale nie ruszą się, żeby jej pomóc, bo wiedzą, czym to grozi.

Sparaliżowana ze strachu nie jest w stanie zareagować, kiedy rzuca się na nią chmara prześladowczyń. Ściągają ją z łóżka i widzi swoją główną dręczycielkę z twarzą wykrzywioną maniakalnym grymasem. Ale wie, że nie ma sensu wzywać pomocy. Rozlega się odgłos głośnego uderzenia. Potem kolejnego.

Pia Grazdani, lat dwadzieścia sześć, obudziła się przerażona, zlana potem i przez chwilę niepewna, gdzie się znajduje. Odetchnęła z ulgą, kiedy dotarło do niej, że nic jej nie grozi i jest w swoim pokoju w akademiku Centrum Medycznego Uniwersytetu Columbia. Ktoś się dobijał do drzwi.

Wzięła kolejny głęboki oddech i wyskoczyła z łóżka we flanelowej piżamie, trzema susami pokonała odległość do drzwi, odsunęła zasuwę i je otworzyła. Tak jak się spodziewała, na korytarzu stał George, kolega z czwartego roku.

– Pia, wiesz, która godzina? To nie jest dzień, w którym można się spóźnić. – Jego ton nie był tak ostry, jak sugerowałyby słowa. Przy swoim metr osiemdziesiąt dwa był wyższy od Pii o prawie dwadzieścia centymetrów, ale nie wiedzieć czemu zawsze czuł się w jej obecności malutki. Tłumaczył sobie, że to za sprawą jej charakteru: była silna, zadziorna, czasami wybuchowa.

Otworzyła szerzej drzwi, wpuściła go do środka, potem przeszła pośpiesznie obok niego, ściągając przez głowę górę od piżamy. Gapił się na jej nagie plecy, ostrą linię łopatek, nieskazitelną oliwkową skórę. Stanęła przed niską komodą i zaczęła wyciągać z szuflad czyste ubranie. Zauważyła w lustrze jego spojrzenie.

– Przepraszam, George. Nie mogłam usnąć, a gdy w końcu się udało, miałam potworny sen. Idź sam, złapię cię jakoś w ciągu dnia.

Co oświadczywszy, Afrodita Pia Grazdani skupiła się na ubieraniu. Kiedy ściągnęła spodnie od piżamy, George odwrócił głowę i przeniósł wzrok na okno. Osobiście wolałby patrzeć na nią, ale się bał. Skoncentrował się więc na spektakularnym widoku roztaczającym się za szybą, na który podobnie jak inni studenci medycyny rzadko już zwracał uwagę. Gigantyczny most Waszyngtona łączący Manhattan z New Jersey był w chwili obecnej dokumentnie zakorkowany w obie strony, jak zawsze w godzinach szczytu.

– Nie ma sprawy, Pia – powiedział. – Zaczekam. – Potem, zastanawiając się, co by tu jeszcze rzec, dodał: – Pewnie jeszcze nie rozgryzłaś obsługi budzika, który ci kupiłem. Nie mogę zrywać cię z łóżka co rano, musisz coś zrobić z tym zasypianiem. Możesz używać budzika w komórce, jeśli wolisz.

Urwał, przeniósł z powrotem wzrok na pokój i momentalnie wbił go w ziemię na widok Pii szczotkującej czarne jak smoła włosy. Ogarnął go przytłaczający smutek. Podczas tych kilku razy, kiedy się ze sobą kochali, czterech dokładnie, za każdym razem prosiła, by sobie poszedł, zanim zasnęła. I zawsze stała wtedy tyłem do niego przy tej samej komodzie i szczotkowała włosy, tak jak teraz. Z czasem dotarła do niego bolesna świadomość, że ani razu się nie kochali, uprawiali po prostu seks, rachu-ciachu, dzięki, mała, tylko w odwrotnych rolach.

George był wysportowany i przystojny na trochę stereotypową, gogusiowatą modłę: miał niesforną czuprynę blond włosów i szczery uśmiech. W college'u obiło mu się o uszy, że wiele koleżanek uważa go za „niezłego towara”. Nigdy nie uskarżał się na brak chętnych panienek, ale nie chciał się z nikim wiązać przed ukończeniem studiów. W konsekwencji jego życie osobiste w tamtym okresie było pasmem przelotnych przygód i jednorazowych randek z niewielkim zaangażowaniem emocjonalnym z jego strony. Zdarzało mu się wtedy krzywdzić dziewczęta, miał tego świadomość, zwłaszcza odkąd pojawiła się Pia, role się odwróciły i jemu przypadła rola krzywdzonego, a nie krzywdziciela. Wyglądało na to, że jej naprawdę zupełnie na nim nie zależy, a to doprowadzało go do szaleństwa. Bóg jeden wie, ile już razy powtarzał sobie, że musi o niej zapomnieć, że to dziewczyna nie dla niego, ale nie mógł. Od ponad trzech lat rozpaczliwie pragnął stworzyć z nią prawdziwy związek, jednak nie miał pojęcia, czego ona chce i dlaczego mu się to nie udaje.

– No chodź, na co czekasz? – warknęła, kiedy wychynęła z maciupkiej łazienki, nakładając w biegu pomadkę, bardziej dla ochrony ust niż ich ozdoby. Chwyciła biały kitel, w jakich chodzili studenci medycyny, wsunęła go i zawiesiła na szyi identyfikator Centrum Medycznego. Otworzyła drzwi i trzymała je otwarte przed George'em zniecierpliwiona, jakby to ona czekała.

Skołowany emocjonalnie George otrząsnął się ze stuporu i ruszył za Pią. Musiał zdrowo wyciągać nogi, żeby dotrzymać jej kroku, gdy maszerowała do windy.

Opuścili akademik i skręcili w prawo w kierunku budynków uczelni w Washington Heights na północnym Broadwayu. Nawet tak wcześnie rano dokoła kłębiły się tłumy ludzi. Lekarze, studenci i pracownicy ośrodków badawczych w kitlach różnej długości kroczyli zdecydowanie Sto Sześćdziesiątą Ósmą Ulicą. Pacjenci i ich bliscy zachowywali się mniej pewnie, usiłując ustalić, dokąd powinni skierować kroki, wyraźnie roztrzęsieni tym, że w ogóle muszą tu być i co może przynieść ten dzień.

George podniósł kołnierz kurtki w ochronie przed ostrym wiatrem znad Hudsonu i łukiem Haven Avenue skręcił w Sto Sześćdziesiątą Ósmą Ulicę. Następnego dnia miał się zacząć marzec, miesiąc, w którym temperatura jednego dnia oscylowała w granicach piętnastu, dwudziestu stopni, a następnego z nieba sypał śnieg. W chwili obecnej było nawet względnie ciepło, ale przenikliwy wiatr przypominał, że zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Kierowali się z Pią do różnych budynków. Czwarty rok medycyny składał się z rotacyjnych trzydziestodniowych zajęć praktycznych na różnych specjalizacjach, z których jedną każdy ze studentów mógł sobie wybrać zgodnie ze swoimi zainteresowaniami. Pia miała uczestniczyć w badaniach naukowych, tak jak to robiła na praktykach na trzecim roku, a George pracować na radiologii. Nie był to przypadkowy wybór. Trzy tygodnie wcześniej razem z resztą studentów z ostatniego roku poznali wyniki konkursu o rezydenturę. Dzięki doskonałym wynikom w nauce i opinii wykładowców oboje zdobyli miejsca na oddziałach klinicznych Centrum Medycznego Uniwersytetu Columbia: Pia na internie, a George na radiologii. Drogą specjalnego przydziału Pia miała jednocześnie zacząć studia doktoranckie w zakresie genetyki molekularnej, co pozwoliłoby jej łączyć pracę w laboratorium z obowiązkami rezydenta.

W Ośrodku Badawczym im. Williama Blacka czekał na nią sławny genetyk molekularny, doktor Tobias Rothman, laureat Nagrody Nobla i Nagrody Laskera. Słynął nie tylko ze swoich dokonań, ale także nieumiejętności współpracy z innymi, którą zawdzięczał całkowitemu brakowi ogłady towarzyskiej. Nie tolerował głupców. Po prawdzie w ogóle mało kogo tolerował, może z wyjątkiem swojego wieloletniego asystenta naukowego, doktora Junichiego Yamamoto. Z powodu tej ponurej reputacji Rothmana George z początku bał się o Pię, kiedy zaczynała zajęcia w jego pracowni, ale niepokój ów trochę powściągała świadomość, że ona sama też potrafi być nieznośna. Na własnej skórze nieraz się przekonał, że nie da sobie w kaszę dmuchać i potrafi zadbać o siebie w niemal każdej sytuacji. I rzeczywiście, ku zaskoczeniu wszystkich, samej Pii nie wyłączając, bardzo szybko się okazało, że świetnie się dogaduje ze sławnym i siejącym postrach naukowcem. To Rothman zaproponował, by pod jego okiem robiła doktorat z genetyki. Była pierwszą osobą, której opiekunem naukowym zgodził się zostać, co wywołało lawinę plotek. Pracownicy Centrum snuli najdziksze domysły na temat tego, co łączy atrakcyjną studentkę medycyny o egzotycznej urodzie i powszechnie nielubianego noblistę.

– Pia! Poczekaj! – zawołał George.

Jak zwykle pochłonięta sobą Pia wysunęła się przed niego w tłumie. Lawirując między grupkami studentów w białych kitlach, przedarł się do przodu i złapał dziewczynę tuż przed wejściem do budynku. Odciągnął ją na bok. Popatrzyła na niego wielkimi, ciemnymi oczyma, zaskoczona jego widokiem, choć niby mieli iść razem.

– Umawiamy się na lunch? Dziś pierwszy dzień praktyk, więc możemy chyba jeszcze liczyć na taryfę ulgową. Od jutra pewnie będę miał straszny zapieprz.

– Sama nie wiem, George. Rothman jest… No wiesz, jest…

– Aspołecznym dupkiem. Wiem.

– Nie kłóćmy się. Doskonale wiem, co sobie wszyscy myślicie, ale wobec mnie gość jest w porządku. Tyle że nie mam pojęcia, jakie ma wobec mnie plany na dzisiaj ani w ogóle na cały miesiąc. Nie mogę się umawiać na lunch, dopóki tego nie ustalę.

– Mogę ci powiedzieć, jakie zdaniem większości ludzi ma wobec ciebie plany.

– Błagam! – warknęła. – Nie wałkujmy tego znowu. W kółko ci powtarzam, że ani razu nie próbował się do mnie dostawiać i nigdy nie pozwolił sobie na żaden nieprzyzwoity czy choćby dwuznaczny tekst pod moim adresem. Ten gość to geniusz, który uważa, że otacza go zgraja kretynów, i bardzo możliwe, że ma rację. Jedyne, co go interesuje, to praca badawcza, która, tak się składa, mnie też ciekawi. Mam szczęście, że jakoś mnie toleruje, i nie mogę się już doczekać tych zajęć. Jeśli będę miała wolną chwilę, dryndnę do ciebie na komórkę.

Na ułamek sekundy George'a zalała krew, a razem z nią niedorzeczna zazdrość o tego kutasa Rothmana. Wszyscy nie cierpieli typa. Wszyscy z wyjątkiem kobiety, w której George się durzył, a która właśnie ni mniej, ni więcej tylko kazała mu spływać i wyrywała się na rendez-vous z tym podstarzałym sierściuchem, zamiast myśleć, jak by tu się spotkać na lunchu, być może ostatnim, jaki mieli szanse zjeść razem przed końcem praktyk. Wziął głęboki oddech, rejestrując jednocześnie jej ewidentnie pogardliwe spojrzenie. Po raz enty zachodził w głowę, po kiego licha ugania się za tą dziewczyną, skoro ona najwyraźniej z trudem toleruje jego towarzystwo.

Podświadomie wiedział, że nie powinien przywiązywać takiej wagi do tego, czy Pia zgodzi się łaskawie umówić z nim na lunch, ale było to silniejsze od niego. To był tylko kolejny epizod z długiej listy bardzo wielu innych. Kiedy ostatni raz się kochali, jak lubił myśleć o tym, co ona nazywała „doładowaniem akumulatorów”, próbował jej powiedzieć, jak go dotyka jej lekceważenie. Podobnie jak teraz, tylko się zirytowała. On natomiast, gdy już wyszedł z pokoju, zamiast czuć zadowolenie i ulgę, że wreszcie dał wyraz swoim uczuciom, zaczął odchodzić od zmysłów, że na dobre ją do siebie zraził. Okazało się jednak, że nie. Kilka dni później dostał od niej niespodziewanie e-mail z sugestią: Może powinieneś zadzwonić do Sheili Brown. Niżej figurował numer komórki. Wybrał go i odbył jedną z najdziwniejszych rozmów telefonicznych w swoim życiu. Dowiedział się z niej więcej o przeszłości Pii, niż ona sama kiedykolwiek mu powiedziała.

– Witam, nazywam się George Wilson. Pia Grazdani prosiła, żebym się z tobą skontaktował.

– Cześć, George. Mówiła, że będziesz dzwonił. Byłam jej kuratorem i terapeutką przez jakiś czas. Zapewniła mnie, że mogę z tobą otwarcie porozmawiać.

– Ee, yyy, zgoda. – Kurator? Nie to George spodziewał się usłyszeć.

– Normalnie żaden terapeuta nie rozmawia z osobami postronnymi o swoich podopiecznych, ale Pia prosiła, żebym z tobą pomówiła.

Terapeuta? Zapowiadało się coraz ciekawiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Dedykacja

Podziękowania

Prolog

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

CZĘŚĆ II

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

CZĘŚĆ III

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Epilog

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Death Benefit

Copyright © 2011 by Robin Cook

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2012, 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Elżbieta Bandel

Konsultant: lek. med. Maciej Karczewski

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce © Alamy/MJS

Wydanie II e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Polisa śmierci, wyd. I, Poznań 2012)

ISBN 978-83-7818-056-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szarlatani Polisa śmierci Ciało obce Kryzys Znieczulenie Dewiacja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer