Ciało obce

Ciało obce

Autorzy: Robin Cook

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 2.99 zł

Powieść niezrównanego mistrza thrillera medycznego - Robina Cooka.

Jennifer Hernandez, studentka medycyny, ma właśnie rozpocząć praktykę na oddziale chirurgii, gdy jej świat rozpada się na kawałki. Dziewczyna dowiaduje się z telewizji, że jej ukochana babcia właśnie zmarła w szpitalu w Nowym Delhi po nieskomplikowanej operacji wymiany stawu biodrowego. Jennifer jest zaszokowana faktem, iż babcia w tajemnicy zdecydowała się na podróż do Indii. Aby zbadać sprawę osobiście, Jennifer wyrusza do Indii. Tymczasem pojawiają się doniesienia o kolejnych niewyjaśnionych zgonach. Jennifer prosi o pomoc doktor Laurie Montgomery i jej męża, Jacka Stapletona. Przybywa ofiar i pytań bez odpowiedzi, lecz trójka Amerykanów uparcie dąży do odkrycia złowrogiego, wielowarstwowego spisku na skalę światową...

Podziękowania

Pragnę podziękować kilku indyjskim lekarzom, którzy okazali mi nadzwyczajną gościnność podczas mego pobytu w Indiach, a zwłaszcza doktorowi Gaganowi Gautamowi, który w swym napiętym terminarzu zajęć znalazł dla mnie cały dzień, by pokazać mi prywatne i publiczne szpitale. Dziękuję też doktorowi Ajitowi Saxenie, który nie tylko oprowadził mnie po swoim prywatnym szpitalu, ale także zaprosił do domu, przedstawił rodzinie i ugościł wspaniałą domową kolacją złożoną z potraw kuchni indyjskiej. Wspomnieć należy wreszcie o doktorze Sudhaku Krishnamurtcie, który poznał mnie z wyżej wymienionymi.

Dziękując im, pragnę jednocześnie rozgrzeszyć ich z odpowiedzialności za fabułę Ciała obcego, zawarte w powieści opisy oraz przypadki lekkiego wyolbrzymienia faktów – to ja biorę za nie pełną odpowiedzialność. Czytając rękopis, doktor Gautam stwierdził na przykład: „Nie widziałem w Delhi ludzi jeżdżących na dachu autobusu. Uwieszonych – tak (…) ale nie jeżdżących na dachu”. Po namyśle doszedłem do wniosku, że to słuszne spostrzeżenie: istotnie, ja zaobserwowałem to zjawisko poza rogatkami miasta.

Pragnę wreszcie podziękować samym Indiom. Przekonałem się, że to niezwykle fascynujący kraj, pełen kontrastów: bogaty, a jednak biedny; pełen spokojnego piękna, choć tylko na pozór; nowoczesny, a zarazem tkwiący w średniowieczu. Jest to kraj, który egzystuje w trzech stuleciach jednocześnie, o fascynującej historii, której prawie nie znałem, zamieszkany przez twórczych, inteligentnych, pięknych i gościnnych ludzi. Krótko mówiąc, nie mogę się doczekać, kiedy odwiedzę go ponownie.

Książkę tę dedykuję Samarthowi Gautamowi,

w nadziei, że jego pokolenie

oraz te wcześniejsze żyć będą w harmonii

i wzajemnym szacunku.

Wspaniałego życia, mały!

Kto myśli o sobie, że jest wolny, ten jest wolny,

kto zaś myśli o sobie, że jest spętany, ten jest spętany.

Bo prawdą jest powiedzenie: „Myślenie sprawia”.

Aśtawakragita, 1,11

Na podstawie angielskiego tłumaczenia Johna Richardsa

Prolog

15 października 2007

poniedziałek, 19.00

Delhi, Indie

Tylko stali mieszkańcy Delhi, nadzwyczaj wyczuleni na zmiany w rytmie życia miasta, potrafili stwierdzić, że godziny szczytu minęły i ruch zaczyna się zmniejszać. Kakofonia klaksonów, syren i pisku opon wydawała się bowiem niezmienna dla umęczonych, niewprawnych uszu; brutalny atak na nie nie ustawał. Ulicami sunęły krzykliwie pomalowane ciężarówki; autobusy, na których ścianach i dachach gnieździło się drugie tyle pasażerów, ile w środku; samochody osobowe – od wielkich mercedesów po malutkie maruti; czarno-żółte taksówki; riksze motorowe; przeróżne motocykle i skutery (niektóre przewoziły całe rodziny) oraz roje starych, czarnych rowerów. Tysiące pieszych przecinały raz po raz strumienie przystających pojazdów, a hordy umorusanych dzieciaków odzianych w łachmany wyciągały brudne ręce ku otwartym oknom, prosząc o drobne. Krowy, psy i stada dzikich małp włóczyły się ulicami. Nad wszystkim zaś unosił się gęsty całun pyłu, smogu i mgły.

Dla Basanta Chandry był to typowy, frustrujący, wieczorny powrót do domu ulicami miasta, w którym spędził czterdzieści siedem lat życia. Trudno uniknąć korków w czternastomilionowej aglomeracji; Basant, jak wszyscy inni mieszkańcy Delhi, nauczył się jakoś je znosić. A tego wieczoru miał dla nich jeszcze więcej zrozumienia niż zwykle: był zrelaksowany i zadowolony z siebie po wizycie u swej ulubionej call girl, Kaumudi.

Na co dzień Basant był leniwym, porywczym i brutalnym człowiekiem, a na dodatek czuł się oszukany przez życie. Należał do wyższej kasty kszatrijów i uważał, że rodzice zmusili go do mezaliansu, aranżując mu ślub z kobietą z kasty waiśjów – nawet jeśli jego ojciec dostał dzięki temu kierownicze stanowisko w firmie farmaceutycznej teściów, on sam zaś zyskał intratną posadę sprzedawcy ciężarówek marki Tata. Ostatecznym ciosem w jego nadwerężone poczucie własnej wartości było przyjście na świat dzieci. Najstarsze z nich miało już dwadzieścia dwa lata, a kolejne szesnaście, dwanaście, dziewięć i sześć – były to same dziewczynki. Raz omal nie doczekał się syna, ale jego żona poroniła w piątym miesiącu, za co Basant otwarcie ją winił. Jego zdaniem straciła dziecko umyślnie, przepracowując się jako lekarz na oddziale wewnętrznym szpitala publicznego. Pamiętał ten dzień, jakby to było wczoraj: był gotów ją zabić.

Pogrążony w takich rozmyślaniach Basant huknął pięścią w kierownicę, by rozładować frustrację, po czym skręcił na zarezerwowane miejsce parkingowe przed domem rodziców, w którym mieszkał wraz z rodziną. Był to brudny dwupiętrowy budynek z betonu, pomalowany na biało w bliżej nieokreślonej, raczej odległej przeszłości, z płaskim dachem i metalowymi ramami okien. Na parterze znajdował się mały gabinet, w którym żona Basanta, Meeta, od czasu do czasu przyjmowała swych nielicznych prywatnych pacjentów. Pozostałą część kondygnacji zajmowali jego starzejący się rodzice. Basant z rodziną mieszkał na pierwszym piętrze, jego zaś młodszy brat, Tapasbrati, zajmował drugie piętro.

Spoglądając krytycznie na budynek, który nijak nie pasował do jego wymarzonego stylu życia, usłyszał nagle, że tuż za jego wozem parkuje inny samochód, blokując mu wyjazd. Spojrzał w lusterko i zmrużył oczy, oślepiony reflektorami. W jaskrawej plamie światła dostrzegł jedynie emblemat Mercedesa.

– Co, u diabła? – warknął. Nikt nie miał prawa parkować w tym miejscu.

Otworzył drzwi i wysiadł, gotów podzielić się z kierowcą mercedesa wiązanką bardzo szczerych myśli, ale nie musiał się fatygować. Kierowca i dwaj pasażerowie już szli w jego stronę, z dość posępnymi minami.

– Basant Chandra? – spytał mężczyzna idący na czele. Nie był zbyt rosły, ale roztaczał wokół siebie aurę niekwestionowanej władczości: miał ciemną cerę i kolczastą fryzurę, a pod czarną motocyklową kurtką ze skóry nosił biały, bardzo obcisły T-shirt podkreślający rozwiniętą muskulaturę. Niemal równie imponująco prezentował się potężny kierowca.

Basant odruchowo cofnął się o krok, a w jego głowie odezwał się sygnał alarmowy. Spotkanie nie było przypadkowe.

– To jest teren prywatny – powiedział, siląc się na pewność siebie, której mu zdecydowanie brakowało.

– Nie o to pytałem – odparł mężczyzna w kurtce motocyklisty: – Pytałem, czy jesteś tym oślim klocem zwanym Basantem Chandrą.

Basant z wysiłkiem przełknął ślinę. Wewnętrzny alarm dzwonił teraz w jego głowie z maksymalną natarczywością. Może nie powinien był uderzyć tej dziwki aż tak mocno? Przeniósł wzrok z Sikha-kierowcy na drugiego pasażera, który właśnie wyjął pistolet z kieszeni marynarki.

– Jestem Basant Chandra – wybąkał Basant głosem tak piskliwym, że sam z trudem go rozpoznał. – W czym problem?

– Ty jesteś problemem – odrzekł mężczyzna w kurtce motocyklisty, po czym wskazał kciukiem ponad swoim ramieniem. – Wsiadaj do samochodu. Wynajęto nas, żebyśmy przemówili ci do rozumu. Wybierzemy się na przejażdżkę.

– Ale ja… ja… ja nie mogę jechać. Rodzina czeka.

– Jasne! – parsknął przywódca grupy i zaśmiał się cynicznie. – Właśnie o tym musimy pogadać. Wsiadaj do wozu, zanim Subrata straci panowanie nad sobą i zastrzeli cię, na co, jak wiem, ma wielką ochotę.

Basant trząsł się ze strachu. Spoglądał rozpaczliwie po groźnych twarzach, aż wreszcie skierował wzrok na pistolet w dłoni Subraty.

– Zastrzelić go, Sachin? – spytał Subrata, unosząc nieco wyżej pistolet automatyczny z tłumikiem.

– Sam widzisz – rzucił Sachin do Chandry, rozkładając bezradnie ręce. – Wsiadasz do samochodu czy nie?

Basant bardzo chciał uciec i zniknąć w ciemności, ale bał się, że skończy z kulą w plecach. Zmusił się do uczynienia pierwszego kroku naprzód. Zastanawiał się, czy nie warto wybiec na środek zakorkowanej ulicy, ale nie umiał podjąć decyzji; jego mózg był jak sparaliżowany. Po chwili stał już przy czarnym mercedesie. Subrata wolną ręką otworzył tylne drzwi, siłą pochylił głowę Basanta i wepchnął go do wozu, po czym obszedł maskę i wsiadł z drugiej strony. Starał się przy tym, by Basant ani na chwilę nie stracił z oczu pistoletu.

Sachin i kierowca bez słowa usiedli z przodu. Samochód odbił od krawężnika, gdy tylko pojawiła się przerwa w nieskończonym strumieniu pojazdów.

– Na wysypisko? – spytał kierowca.

– Na wysypisko, Suresh – zgodził się Sachin.

Boleśnie świadom bliskości broni Basant był z początku zbyt przerażony, by się odezwać, ale po dziesięciu minutach przeważył strach na myśl o tym, że być może za długo milczy.

– O co właściwie chodzi? – spytał. Jego głos, z początku drżący, nabierał niepewnej jeszcze mocy. – Dokąd mnie wieziecie i po co?

– Wieziemy cię na wysypisko – odparł Sachin, odwracając się ku niemu. – Zgodnie uznaliśmy, że właśnie tam jest twoje miejsce.

– Nic nie rozumiem! – wybuchnął Basant. – Przecież ja was nie znam.

– Od dziś będzie inaczej.

Basant dostrzegł cień nadziei. Perspektywy nie były zachwycające, ale skoro Sachin sugerował dłuższą znajomość, to być może nie zamierzał go zastrzelić. Przyszło mu do głowy, że skoro zajmuje się sprzedażą leków, właśnie one mogą interesować napastników. Problem polegał jednak na tym, że miał dostęp wyłącznie do preparatów produkowanych przez firmę teścia – w większości antybiotyków – a akcja, której padł ofiarą, wydawała się nieco zbyt ostra, by mogła być dziełem miłośników antybiotyków.

– Czy mógłbym wam jakoś pomóc? – zapytał z nadzieją.

– Ależ tak! Jasne! – odpowiedział Sachin i umilkł.

Przez chwilę jechali w ciszy. Wreszcie Basant odważył się ponownie przemówić:

– Gdybyście mi powiedzieli, o co chodzi, z radością bym wam pomógł.

Sachin odwrócił się i przez chwilę spoglądał na niego spode łba, ale nie odezwał się. Cień nadziei, który dodał Basantowi otuchy, znikł bez śladu. Drżenie rąk powróciło ze zdwojoną siłą. Intuicja podpowiadała mu, że ta sprawa nie skończy się dobrze. Gdy kierowca zwolnił prawie do zera, czekając, aż wyminą się dwa auta zaprzężone w woły, Basant pomyślał, że może udałoby się otworzyć drzwi auta, wyskoczyć i oddalić się sprintem w mglistą ciemność. Ukradkowe spojrzenie na pistolet leżący na kolanach Subraty wywołało natychmiastową ripostę.

– Nawet o tym nie myśl – powiedział Subrata, jakby czytał w jego myślach.

Piętnaście minut później zjechali z drogi głównej na ogromne wysypisko. Za oknami mercedesa widać było małe ogniska, których blask wyławiał z mroku sterty śmieci spowite spiralami dymu. Pośród odpadków uwijały się dzieci, poszukujące jedzenia i czegokolwiek, co miało – choćby i wątpliwą – wartość. Szczury wielkości sporych królików pierzchały spod kół samochodu, spłoszone światłem reflektorów.

Kierowca zatrzymał wóz między dwiema górami śmieci, wysokimi jak parterowy dom, i nawrócił trzema manewrami, kierując go w tę stronę, z której przybyli. Nie wyłączył silnika. Wszyscy trzej napastnicy wysiedli; kierowca otworzył drzwi Basantowi. Wobec braku reakcji pochwycił go za kurtę i wywlókł z samochodu, w duszący smród i dym wysypiska. Zaciągnął go w plamę światła z reflektorów i tam dopiero puścił bez ceregieli. Basant omal nie upadł.

Sachin, który właśnie wkładał na prawą dłoń ciężką rękawicę, zbliżył się nagle i zanim porwany zdążył zareagować, wymierzył mu potężny cios w twarz. Basant zachwiał się, cofnął i straciwszy równowagę, runął wprost w stertę cuchnących odpadów. Dzwoniło mu w uszach i krwawił z nosa, gdy z wysiłkiem przewracał się na brzuch. Spróbował się podeprzeć i wstać, ale jego ręce zagłębiły się w luźnych śmieciach. Poczuł, że odłamek szkła rozcina skórę na jego lewym ramieniu. Ktoś szarpnął go za kostkę i wyciągnął na drogę utwardzoną kołami ciężarówek. Zaraz potem kopniak w brzuch na nowo pozbawił go tchu.

Minęło kilka minut, zanim Basant złapał oddech, a gdy mu się to udało, Sachin pochylił się nad nim, chwycił za kurtę i szarpnięciem podniósł do pozycji siedzącej. Basant uniósł ręce, by osłonić twarz przed kolejnym ciosem, ale nie doczekał się nowego ataku. Z wahaniem uchylił powieki, by spojrzeć na okrutną twarz napastnika.

– Teraz, kiedy wiem, że słuchasz bardzo uważnie – wycedził Sachin – powiem ci o paru sprawach. Wiadomo nam doskonale, jakim jesteś zasrańcem. Wiemy, co robiłeś ze swoją najstarszą córką Veeną, odkąd skończyła sześć lat. Wiemy, że trzymasz ją w szachu, grożąc, że zrobisz to samo z jej czterema młodszymi siostrami. Wiemy też, co robiłeś z ich matką.

– Ja nigdy… – zaczął Basant, ale urwał, gdy Sachin wymierzył mu siarczysty policzek.

– Nawet nie próbuj zaprzeczać, draniu, bo stłukę cię na miazgę i zostawię tutaj, żeby zżarły cię szczury i zdziczałe psy. – Sachin umilkł na moment, mierząc Basanta wściekłym spojrzeniem. – Niech ci się nie wydaje, że stoisz przed sądem. My po prostu wiemy, że wszystko to prawda, obleśny sukinsynu. I powiem ci coś jeszcze: to jest ostrzeżenie! Jeżeli kiedykolwiek ważysz się tknąć którąś ze swoich córek albo żonę, zabijemy cię. Prosta sprawa. Wynajęto nas, żebyśmy to zrobili, a ponieważ znam całą prawdę na twój temat, mam wielką ochotę z tobą skończyć. Przyznaję, mam wręcz nadzieję, że dasz mi jakiś pretekst. Tak czy owak, usłyszałeś, co miałeś usłyszeć. Jakieś pytania? Bo chcę mieć pewność, że dobrze zrozumiałeś.

Basant skinął głową, a w jego przerażonym umyśle znowu pojawił się cień nadziei. Ten koszmar był tylko ostrzeżeniem.

Sachin wymierzył mu znienacka kolejny policzek. Basant upadł na plecy; dzwonienie w uszach wróciło, a z nosa popłynął nowy strumień krwi.

Sachin bez słowa zdjął skórzaną rękawicę, jeszcze przez chwilę wpatrywał się nienawistnie w swą ofiarę, a potem skinął na towarzyszy i razem wrócili do czarnego mercedesa.

Czując niezmierzoną ulgę na myśl o tym, że jednak zostawili go przy życiu, Basant usiadł z wysiłkiem, a potem spróbował wstać. Zaraz potem znowu zanurkował w stertę śmieci, gdy wóz ostro ruszył w jego stronę, mijając go o centymetry. Przez chwilę spoglądał na czerwone tylne światła mercedesa, z wolna gasnące w smugach dymu i mgły. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak głęboka ciemność go otacza i jak odrażający jest fetor odpadów, to, że jego nos i ramię wciąż krwawią, że całej scenie przyglądała się publiczność złożona z milczących urwisów, mieszkańców wysypiska, a także to, że szczury zaczynają podchodzić coraz bliżej. W nagłym napadzie strachu i obrzydzenia zerwał się niezgrabnie na równe nogi i brnąc w luźnych śmieciach, wrócił na ubity trakt, nie przestając krzywić się z bólu po kopniaku w brzuch. Noc była bezksiężycowa i niewiele widział, lecz mimo to puścił się biegiem, wyciągając ręce przed siebie niczym ślepiec. Czekała go długa i nieprzyjemna droga do miejsca, w którym mógł złapać jakąś okazję. Bał się, ale przynajmniej żył.

W tym samym czasie w Nowym Delhi

Przy ruchliwej ulicy, między typowymi trzykondygnacyjnymi budynkami z betonu, o fasadach niemal w całości pokrytych napisami w językach hindi i angielskim, mieścił się zdumiewająco nowoczesny, pięciopiętrowy Queen Victoria Hospital. Wyłożony lustrzanymi taflami bursztynowego szkła oraz zielonym marmurem, ostro kontrastował z otoczeniem. Imię kochanej przez lud dziewiętnastowiecznej monarchini brytyjskiej miało być magnesem nie tylko dla miłośników turystyki medycznej zza granicy, ale i dla członków szybko rozrastającej się indyjskiej wyższej klasy średniej. Elegancki szpital był samotną latarnią nowoczesności rzuconą w sam środek bezczasu miejscowych realiów. Odróżniało go od sąsiadujących z nim niezliczonych firm – w większości jeszcze czynnych i rzucających z okien na ulicę błękitnawy blask świetlówek – także i to, że wydawał się pogrążony we śnie. Przez barwione szkło wydostawało się na zewnątrz bardzo niewiele z łagodnego światła jego sal i korytarzy.

Gdyby nie dwóch portierów w tradycyjnych sikhijskich strojach, można by uznać, że szpital jest zamknięty. W jego salach dzień pracy istotnie dobiegał końca. Queen Victoria Hospital był placówką wysokiej klasy, ale jako że nie posiadał oddziału ratunkowego, przeprowadzano tu wyłącznie zaplanowane operacje. Dawno już zebrano, umyto i schowano w kredensach talerze po kolacji, a większość odwiedzających zdążyła wrócić do domów. Pielęgniarki roznosiły wieczorne porcje leków, sprawdzały dreny i opatrunki po wykonanych w ciągu dnia zabiegach albo, siedząc w stożkach jaskrawego światła okalających ich stanowiska, wypełniały komputerowe karty pacjentów.

Po nerwowym dniu, wypełnionym między innymi trzydziestoma siedmioma poważnymi operacjami, była to chwila odprężenia i wyciszenia dla wszystkich, w tym dla stu siedemnastu pacjentów. Dla wszystkich, z wyjątkiem Veeny Chandry. Podczas gdy jej ojciec brnął przez cuchnące wysypisko, Veena toczyła swoją walkę w półmroku pokoju anestezjologicznego należącego do pustego już bloku operacyjnego, gdzie docierało jedynie przytłumione światło z głównego korytarza. Drżącymi palcami usiłowała wprowadzić igłę dziesięciomilimetrowej strzykawki w gumową zatyczkę fiolki z chlorkiem suksametonium1, silnym środkiem o działaniu podobnym do kurary – słynnej trucizny, w której amazońscy Indianie maczają strzałki do swoich dmuchawek. W normalnych okolicznościach napełniłaby strzykawkę z łatwością. Była pielęgniarką; prawie trzy miesiące wcześniej ukończyła All India Institute of Health Sciences, przy którym działa słynny szpital publiczny. Zaraz potem została zatrudniona przez amerykańską firmę zwaną Nurses International, która z kolei – po dodatkowym szkoleniu specjalistycznym – skierowała ją do Queen Victoria Hospital.

Nie chcąc się skaleczyć igłą, co mogłoby się skończyć nawet śmiercią, Veena opuściła na chwilę ręce, by się odprężyć. Była kłębkiem nerwów. Naprawdę nie wiedziała, czy będzie w stanie zrobić to, o co ją poproszono i na co się zgodziła. Nie mogła uwierzyć, że dała się namówić. Miała napełnić strzykawkę, zanieść ją do pokoju Marii Hernandez, która spała właśnie po znieczuleniu ogólnym wykonanym rano na czas operacji wszczepienia protezy biodra, wstrzyknąć preparat do kroplówki i wycofać się czym prędzej – a wszystko to w całkowitej tajemnicy. Veena miała świadomość, że uniknięcie spotkania z kimś na szpitalnym oddziale pełnym pacjentów i personelu graniczyło z cudem, i dlatego nie zdjęła tradycyjnego białego stroju pielęgniarki, który nosiła przez cały dzień. Miała nadzieję, że nawet jeśli ktoś ją zobaczy, nie nabierze żadnych podejrzeń, choć pracowała na dzienną, nie nocną zmianę.

Próbując się opanować, Veena przymknęła powieki, a gdy tylko to uczyniła, natychmiast wróciło wspomnienie o tym, co zdarzyło się cztery miesiące wcześniej: o ostatnich groźbach ojca. Byli wtedy w domu, jego rodzice w salonie, matka w szpitalu, a siostry bawiły się gdzieś z koleżankami, jak to zwykle w sobotnie popołudnie. Całkiem niespodziewanie dopadł ją w łazience. Telewizor ryczał w sąsiednim pokoju, a on zaczął krzyczeć i kląć. Zawsze bił ją inteligentnie: w twarz, a jednak nie pozostawiając śladów. Veena potrzebowała wszystkich sił, by nie zareagować krzykiem na kolejną erupcję jego gniewu. Od ponad roku nic się nie działo i sądziła, że jest już po wszystkim. Teraz jednak nabrała pewności, że to się nigdy nie skończy; jeśli miała wyrwać się spod władzy ojca, to tylko w jeden sposób: opuszczając Indie. Tyle że bała się o swoje siostry. Wiedziała, że on nie potrafi nad sobą zapanować, że bez wątpienia wybierze jedną z nich i wszystko zacznie się od nowa, a tego by nie zniosła.

Nagły huk metalu o podłogę wyrwał ją z zamyślenia i przyspieszył bicie serca. W panice wrzuciła fiolkę i strzykawkę do szuflady pełnej venflonów. Mocne światła zapaliły się niespodziewanie tuż obok, w głównym korytarzu przy sali operacyjnej. Czując wyraźnie własny puls, Veena zbliżyła się do małego okienka ze zbrojoną szybą i wyjrzała. Wiedziała, że póki pozostaje w ciemnym pokoju, nikt jej nie zauważy. Kątem oka dostrzegła, że po prawej stronie otwierają się drzwi. Sekundę później zjawili się dwaj salowi w szpitalnych uniformach, z mopami w dłoniach. Podnieśli puste wiadra, które chwilę wcześniej z hukiem zostawili na podłodze, i ruszyli w głąb korytarza, przechodząc może o metr od miejsca, w którym stała Veena.

Świadomość, że to tylko salowi, przyniosła jej pewną ulgę. Wróciła w głąb pokoju i wyjęła z szuflady fiolkę oraz strzykawkę. Teraz denerwowała się jeszcze bardziej niż przed chwilą. Niespodziewane pojawienie się salowych przypomniało jej, jak łatwo może zostać przyłapana na bloku operacyjnym i – gdyby tak się stało – jak trudno byłoby wyjaśnić, co tu robi. Mimo narastającego drżenia rąk wreszcie zdołała wprowadzić igłę do fiolki. Pociągnęła tłok, by napełnić strzykawkę wcześniej ustaloną ilością płynu. Potrzebowała właściwej dawki, ale nie za dużej.

Jedna krótka i nieprzyjemna chwila uświadomiła jej też z bolesną jasnością, że naprawdę musi zrobić to, o co ją poproszono. Zgodziła się uśpić pewną Amerykankę, chorą na serce, w zamian za gwarancję swego pracodawcy, iż jej matka i siostry będą odtąd chronione przed ojcem tyranem. Nie był to łatwy wybór, ale nie widziała innego wyjścia: jedynie w ten sposób mogła zyskać coś w rodzaju wolności, nie tylko dla siebie, ale także dla koleżanek, które wstąpiły do Nurses International mniej więcej w tym samym czasie.

Veena odłożyła fiolkę, wyrzuciła opakowanie od strzykawki i podeszła do drzwi. Jeżeli miała zrealizować plan, musiała się skoncentrować i zachować ostrożność. Przede wszystkim zaś musiała unikać nieoczekiwanych spotkań, zwłaszcza w sąsiedztwie pokoju ofiary. Gdyby ktoś ją wypatrzył w innej części budynku, wyjaśniłaby, że przyszła do archiwum, żeby przejrzeć historię choroby jednego z byłych pacjentów.

Uchyliła drzwi i ostrożnie wyjrzała na korytarz. Dostrzegła kilka osób, zajętych sprzątaniem i rozmową. Zaczęli od końca korytarza i posuwali się w kierunku drzwi; na szczęście byli zwróceni plecami do Veeny. Wyszedłszy z pokoju, przytrzymała drzwi i domknęła je delikatnie, po czym ruszyła w stronę wyjścia z bloku operacyjnego. Zanim zamknęły się za nią główne drzwi, raz jeszcze zerknęła na sprzątających. Poczuła ulgę, widząc, że nikt jej nie widział.

Nie chciała, żeby ktoś ją zauważył albo, co gorsza, zaczepił, więc minęła windę i zeszła schodami na czwarte piętro. I tu najpierw uchyliła drzwi, by rozejrzeć się w półmroku korytarza. Nie zobaczyła nikogo, nawet przy stanowisku pielęgniarek, które było jedyną oazą jasnego światła na całym piętrze. Jej koleżanki najwyraźniej rozeszły się po salach, wykonując swoje obowiązki. Veena miała nadzieję, że nie zastanie żadnej z nich w pokoju Marii Hernandez, położonym daleko od stanowiska: za trzecimi drzwiami po prawej stronie, licząc od klatki schodowej. Słyszała tylko stłumiony pomruk telewizorów i dalekie popiskiwanie aparatury medycznej.

Veena postanowiła dać sobie chwilę na zebranie odwagi; przymknęła drzwi, opuściła powieki i oparła głowę o betonową ścianę klatki schodowej. Krok za krokiem prześledziła w myśli cały plan działania, by uniknąć błędów, a potem zaczęła się zastanawiać, jak to się stało, że znalazła się w tak niepojętej sytuacji. Wszystkie wątki jej skomplikowanego życia zbiegły się w jednym punkcie tego popołudnia, gdy wróciła po pracy do bungalowu. Podobnie jak pozostałych jedenaście osób zatrudnionych w Nurses International, musiała mieszkać właśnie tam: choć nazwa sugerowała, że jest to skromny domek, w rzeczywistości ulokowano ich w ogromnej rezydencji z czasów kolonialnych. Zaoferowano im równie luksusowe warunki jak zarządowi Nurses International. Mimo to, przekraczając próg rezydencji, jak zawsze czuła przyspieszony puls i napięcie mięśni. Veena musiała się mieć na baczności.

Wychowana w hinduskiej kulturze nie umiała się wyzbyć uległości wobec dominacji mężczyzn. Gdy zatrudniła się w Nurses International – skuszona przede wszystkim obietnicą pomocy w wyemigrowaniu do Ameryki – w naturalny sposób zaczęła traktować Cala Morgana, szefa firmy, z szacunkiem należnym ojcu. Niestety, ów odruch przysporzył jej problemów. Cal, typowy młody Amerykanin, zinterpretował kulturowo umotywowaną postawę Veeny, pełną troski i respektu, jako zachętę. Wynikło z tego sporo nieporozumień. Sytuacja stała się trudna dla obojga i nie zmieniała się, brakowało między nimi bowiem właściwej komunikacji. Veena obawiała się, że Nurses International nie pomoże jej w zdobyciu upragnionej wolności na emigracji, Cal zaś lękał się, że ją straci – była najlepszą z pracownic i przewodziła całej grupie pielęgniarek.

Tego popołudnia, jak zawsze w dni powszednie, wróciła do rezydencji i mimo wyczuwalnego napięcia sama odszukała Cala w wyłożonej drewnem bibliotece, gdzie urządził swój gabinet. Po każdej zmianie pielęgniarki miały obowiązek zgłaszać się do któregoś z czworga pryncypałów – prezesa Cala Morgana, wiceprezes Petry Danderoff, informatyka Durella Williamsa albo psycholog Santany Ramos – w zależności od tego, które z nich zwerbowało ją do pracy. Veena meldowała się u Morgana, to on bowiem zatrudnił ją dwa miesiące wcześniej, gdy powstawała firma. Wszystkie pielęgniarki, poza normalną służbą, miały obowiązek dyskretnie gromadzić dane pacjentów z centralnych komputerów sześciu prywatnych szpitali, w których pracowały, a następnie dostarczać je odpowiedniemu członkowi zarządu i składać meldunek. Podczas miesięcznego szkolenia w Stanach pouczono je bardzo szczegółowo, jak mają wykonywać to zadanie. Wyjaśniono, że jedną z najważniejszych funkcji Nurses International jest gromadzenie danych z dziedziny chirurgii. Nie było jasne, po co firmie takie informacje, ale też nikogo to specjalnie nie obchodziło. Realizowanie skomplikowanej i tajnej procedury zbierania danych wydawało się niską ceną za wynagrodzenie według amerykańskiej stawki, dziesięciokrotnie wyższej od indyjskiej oraz – co ważniejsze – za obietnicę przeniesienia do Stanów po sześciu miesiącach pracy.

Napięcie, do którego Veena już przywykła, spotęgowało się jeszcze, gdy Cal polecił jej zamknąć za sobą drzwi gabinetu i usiąść na kanapie. Obawiała się kolejnej próby uwiedzenia, ale uczyniła to, czego sobie życzył. On jednak zaszokował ją w zupełnie nowy sposób: powiedział, że tego dnia dowiedział się o tym, jak była terroryzowana przez ojca. Veena była nie tylko oszołomiona i upokorzona, ale także wściekła na swą najlepszą przyjaciółkę, Samirę Patel; to ona musiała ujawnić najmroczniejszy sekret Veeny. Podobnie jak Veena, Samira była pielęgniarką – razem przeszły szkolenie i razem wstąpiły do Nurses International. I ona pragnęła wyemigrować do Stanów Zjednoczonych, ale z bardziej typowych powodów. Dzięki Internetowi posmakowała wolności Zachodu i nauczyła się gardzić ograniczeniami, które narzucało jej życie w Indiach. Lubiła określać się mianem „swobodnego ducha”.

Gdy Cal ujawnił, co wie, Veena zerwała się, gotowa uciec wszystko jedno dokąd, lecz on chwycił ją za ramię i z powrotem posadził na kanapie. Ku swemu zdumieniu, zamiast oskarżeń i potępień, których się spodziewała, usłyszała przekonująco brzmiące słowa współczucia. Cal był wręcz zirytowany tym, że w głębi duszy uważała się za winną, przynajmniej w części, zachowania ojca. Zaczął przekonywać, że może jej pomóc, jeśli tylko ona zechce pomóc jemu. Gwarantował, że ojciec nie tknie nigdy więcej ani jej, ani jej sióstr, ani matki, a jeśli się ośmieli – zniknie na zawsze.

Przekonana, że Cal mówi poważnie, Veena zapytała go wreszcie, co takiego miałaby dla niego zrobić. Wyjaśnił, że dane, które zbierają w szpitalach, wydają się rozczarowujące: są zbyt dobre. Należało więc wykreować własne dane, mniej korzystne, a jego zdaniem najlepszym sposobem było użycie chlorku suksametonium. W pierwszej chwili Veena była zszokowana – zwłaszcza że nie miała pojęcia, po co komu „złe dane” – ale im dłużej słuchała Cala, który zapewniał, że musiałaby to zrobić tylko raz, a w zamian uwolniłaby się od ojca i mogła wyemigrować bez poczucia winy na myśl o tym, że zostawia w kraju bezbronne siostry i matkę, tym bardziej była przekonana. Wreszcie nie tylko zgodziła się wykonać plan, ale także uczynić to natychmiast, tej nocy, by nie zastanawiać się zbyt długo nad tym, co ma zrobić.

Na nowo umocniona w swej determinacji i doskonale świadoma sekwencji czynności, które musi wykonać, Veena odetchnęła głęboko. Oderwała się od ściany, otworzyła oczy i raz jeszcze upewniła się, czy korytarz jest pusty. Wciąż czuła w skroniach przyspieszony puls, gdy energicznym krokiem zmierzała do pokoju pani Hernandez. Zdążyła jednak zrobić ledwie kilka kroków, gdy otworzyły się przeciwległe drzwi i z sali wyszła pielęgniarka. Veena zatrzymała się gwałtownie. Miała szczęście: pielęgniarka jej nie zauważyła i w skupieniu niosąc tacę z lekarstwami, oddaliła się w głąb korytarza. Zniknęła równie nagle, jak się pojawiła, zamykając za sobą drzwi pokoju innego pacjenta.

Veena bezgłośnie odetchnęła z ulgą i spojrzała na stanowisko pielęgniarek. Panowała niczym niezmącona cisza. Ruszyła, by po paru sekundach stanąć przy lekko uchylonych drzwiach od pokoju pani Hernandez. Weszła do środka i przymknęła je za sobą, ale nie do końca. Włączony telewizor był prawie zupełnie wyciszony. Światła były przygaszone, tak że kąty tonęły w zupełnej ciemności. Mimo półmroku Veena bez trudu dostrzegła panią Hernandez. Kobieta była pogrążona w głębokim śnie. Połowa jej łóżka była uniesiona pod kątem mniej więcej czterdziestu pięciu stopni. Poświata z telewizora wyławiała z ciemności rysy jej twarzy, lecz oczodoły były tylko głębokimi cieniami. Wyglądała upiornie, jakby już była martwa.

Dziękując losowi za to, że pacjentka śpi – a także pragnąc jak najszybciej zakończyć tę nerwową misję – Veena podeszła do łóżka i wyjęła z kieszeni strzykawkę. Sięgając do kroplówki, uważała, by nie trącić ruchomej metalowej barierki okalającej posłanie. Starała się też nie poruszyć niczym innym, aby nie obudzić śpiącej. Zębami ściągnęła osłonkę z igły, a potem, wstrzymując oddech, wprowadziła igłę w port do wstrzykiwań. Gdy tylko zobaczyła jej koniec we wnętrzu pojemnika, była gotowa niespiesznie nacisnąć tłok… lecz w tym momencie omal nie wyskoczyła z butów: pani Hernandez, bez żadnego powodu, nagle odwróciła głowę i spojrzała jej w oczy, a potem uśmiechnęła się lekko.

– Dziękuję, skarbie – powiedziała.

Veena poczuła, że krew tężeje jej w żyłach. Wiedziała, że musi działać natychmiast albo nigdy nie wykona planu. Z mocą docisnęła tłok, pompując dużą dawkę leku wprost do krwiobiegu pacjentki. Tym, co zmusiło ją do czynu, był niespodziewany i co najmniej niestosowny atak złości: ta niedelikatna kobieta miała czelność nie tylko ocknąć się nie w porę, ale jeszcze podziękować za podanie czegoś, co, jak sądziła, było potrzebnym jej lekiem.

Do tej pory Veena nie zastanawiała się zbyt głęboko nad tym, co zobaczy, gdy poda ofierze zwiotczający specyfik. Scena, która teraz rozgrywała się na jej oczach, była przerażająca. To nie było ciche, spokojne odejście, jakie widuje się w filmach i na jakie przygotował ją Cal. Już po paru sekundach ciało pani Hernandez zareagowało na dużą dawkę chlorku suksametonium drżeniem pęczkowym mięśni. Zaczęło się od mięśni twarzy, których skurcze wykrzywiły oblicze chorej w serii groteskowych grymasów. W jej oczach pojawił się paniczny strach. Ręka, którą uniosła, daremnie i bezgłośnie prosząc Veenę o pomoc, także zaczęła drżeć w niekontrolowany sposób. Zaraz potem pojawiło się złowrogie zsinienie, które stopniowo ogarnęło całą jej twarz niczym mrok przesłaniający tarczę księżyca podczas zaćmienia. Pani Hernandez nie mogła oddychać, ale była w pełni świadoma. Dusiła się.

Przerażona tym, co zrobiła, Veena pragnęła uciec stąd dokądkolwiek, ale poczucie winy kazało jej pozostać i patrzeć na agonię pacjentki. Na szczęście dla nich obu, wkrótce było już po wszystkim i oczy pani Hernandez zaszły mgłą, wpatrzone nieruchomo w wieczność.

– Co ja narobiłam? – szepnęła Veena. – Dlaczego ona musiała się obudzić?

Wyrwawszy się wreszcie z psychicznego paraliżu, Veena obróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, pomknęła korytarzem, mimochodem zauważając, że w dyżurce pielęgniarek wciąż jest pusto. Za dnia dyżurowała tu co najmniej jedna osoba, ale wieczorami i nocą było inaczej.

Jadąc windą w dół, Veena była tylko po części świadoma tego, że jest sama w kabinie. Przed oczami wciąż miała koszmarnie wykrzywioną twarz pani Hernandez. W holu szpitala zastała kilka osób, w tym paru pacjentów ambulatoryjnych i ich krewnych, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. Wiedziała, co musi zrobić: jak najszybciej wydostać się ze szpitala.

Widząc, że nadchodzi, portierzy otworzyli przed nią szklane drzwi. Rzucili uprzejme „dobranoc”, ale nawet nie odpowiedziała, mijając ich w pośpiechu. Pierwotnie zamierzała wyjść bramą dla personelu i dostawców, lecz teraz nie miało to już żadnego znaczenia. Z jej punktu widzenia nie liczyło się nawet to, czy ktoś ją teraz zobaczy.

Znalazłszy się na ulicy, Veena zatrzymała jedną z żółto-zielonych motoriksz, które nie były niczym więcej, jak tylko trójkołowymi skuterami z ławką dla pasażera z tyłu i z otwartymi burtami. Podała adres bungalowu w modnej dzielnicy Ćanakjapuri i zajęła miejsce. Kierowca ruszył gwałtownie, jakby do wyścigu, raz po raz całkiem niepotrzebnie używając klaksonu. Ruch na ulicach był teraz wyraźnie mniejszy, zwłaszcza w rejonie Ćanakjapuri, więc dość szybko dotarli na miejsce. Veena przez całą drogę wpatrywała się nieruchomo w przestrzeń, próbując o niczym nie myśleć, ale nie umiała zapomnieć o agonalnych skurczach twarzy pani Hernandez.

Nie zdołała przekonać kierowcy, by wjechał za bramę i stanął pod porte-cochère. Nie wierzył, że Veena naprawdę mieszka w rezydencji, i bał się kłopotów z policją. Jako że w ciągu niespełna miesiąca doświadczyła podobnych scen już dwukrotnie, nie spierała się z nim zbyt długo. Zapłaciła i w pośpiechu minęła bramę w ogrodzeniu z cegieł i kutego żelaza. Wszedłszy do rezydencji, nie ruszyła ku pokojowi, który dzieliła z Samirą, lecz poszła wprost do biblioteki, w nadziei, że zastanie tam jeszcze Cala. Nie było go tam jednak, więc zajrzała do salonu, który firma Nurses International zaopatrzyła niedawno w duży telewizor o płaskim ekranie. Cal i Durell oglądali powtórkę meczu futbolu amerykańskiego z poprzedniego dnia. Półleżeli na eleganckich kanapach, z butelkami piwa Kingfisher w dłoniach.

– Aha! – wykrzyknął Cal, gdy tylko spostrzegł Veenę. Spuścił nogi z podłokietnika kanapy i usiadł. – Szybko poszło! Załatwione?

Veena nie odpowiedziała. Z posępną miną skinęła tylko na Cala, by poszedł za nią, i ruszyła z powrotem w stronę biblioteki.

Zaczekała, aż wszedł tam za nią, i – co zauważył ze zdziwieniem – zamknęła drzwi na klucz.

– Co się dzieje? – spytał. Dopiero teraz poczuł, że coś jest nie tak. Spojrzał na Veenę nieco uważniej. Podobnie jak większość osób, które miały okazję ją poznać, uważał, że jej twarz była nadzwyczaj pięknym połączeniem kanciastych rysów Ariów i krągłości właściwych Hindusom. Miała oczy o egzotycznym kształcie i intensywnym, zielononiebieskim kolorze, włosy czarniejsze niż noc i złocistobrązową cerę. Na co dzień wydawała się nader spokojną osobą. Teraz coś się zmieniło. Jej zwykle pełne, ciemne usta były teraz zaciśnięte i pobladłe. Cal nie umiał stwierdzić, czy był to przejaw gniewu, determinacji czy może kombinacji tych uczuć.

– Załatwione? – spytał powtórnie.

– Załatwione – odpowiedziała Veena, wręczając mu breloczek z pamięcią USB, zawierający historię choroby Marii Hernandez. – Ale pojawił się problem.

– Tak? – spytał Cal, spoglądając na urządzenie, jakby to ono było przyczyną kłopotów. – Miałaś problem z przegraniem danych?

– Nie! Zdobycie historii choroby było łatwe.

– W porządku – mruknął Cal, przeciągając sylaby. – Zatem w czym rzecz?

– Ta Hernandez się przebudziła i odezwała się do mnie.

– I co? – Cal widział, że Veena jest rozstrojona, ale nie dostrzegał niczego nadzwyczajnego w tym, że chora coś powiedziała. – Co mówiła?

– Podziękowała mi – odparła dziewczyna. W jej oczach pojawiły się łzy. Odetchnęła głęboko i odwróciła głowę, próbując zapanować nad emocjami.

– To miło z jej strony – powiedział Cal, starając się rozluźnić atmosferę.

– Podziękowała mi tuż przed podaniem leku – dodała gniewnie Veena, miotając oczami błyskawice.

– Uspokój się! – na wpół poprosił, na wpół rozkazał Cal.

– Łatwo panu mówić. Nie musiał pan patrzeć jej w oczy i obserwować, jak skurcze wykrzywiają jej twarz. Nie ostrzegł mnie pan, że będzie miała drgawki, że zsinieje i udusi się na moich oczach.

– Nie wiedziałem.

Veena spojrzała na niego wilkiem i potrząsnęła głową z wyraźnym niesmakiem.

– Ludzie, którzy mnie instruowali, jak należy to zrobić, twierdzili, że pacjentka umrze w spokoju, całkowicie sparaliżowana.

– Zatem kłamali.

– Przykro mi – odrzekł Cal, wzruszając ramionami. – Tak czy owak, jestem z ciebie dumny. I tak jak obiecałem, od paru minut wiem, że rozmowa moich kolegów z twoim ojcem przebiegła doskonale. Są bardzo, ale to bardzo pewni, że spełni ich życzenia co do joty. Co oznacza, że od tej chwili nie musisz się już martwić, że będzie niepokoił ciebie, twoje siostry czy twoją mamę. Ludzie, których do niego wysłałem, są głęboko przekonani, że odnieśli sukces, ale na wszelki wypadek będą do niego zaglądać co miesiąc, żeby mu przypomnieć, jak ma się zachowywać. Ty zaś jesteś wolna.

Cal patrzył przez kilka chwil w jej gniewne oczy. Spodziewał się pozytywnej reakcji, ale nie doczekał się. Właśnie miał zapytać, czy nie jest szczęśliwa, odzyskawszy wolność, gdy wprawiła go w osłupienie, rzucając się ku niemu gwałtownym ruchem. Zanim zrozumiał, co się dzieje, chwyciła go za koszulę na piersiach i szarpnęła, aż guziki poleciały z impetem na wszystkie strony.

Odruchowo złapał ją za przedramiona, ale zanim to zrobił, zdążyła zedrzeć koszulę z jego barków i pociągnąć w dół. Kompletnie skołowany Cal pozwolił, by zdjęła ją do końca, zwinęła w kłębek i cisnęła w bok. Próbował przechwycić jej spojrzenie, szukając wyjaśnienia, ale była zbyt zajęta, by na niego patrzeć. Bez wahania położyła dłonie na jego nagiej piersi i popchnęła, aż uderzył piętami o kanapę, a wtedy kolana ugięły się pod nim i siadł z impetem. Nie zatrzymując się ani na chwilę i niczego nie wyjaśniając, Veena uniosła jego nogę, zdjęła z niej but i cisnęła go w ślad za koszulą. To samo uczyniła z drugim. Zaraz potem dobrała się do paska i suwaka, po czym szarpnęła za mankiety nogawek i spodnie dołączyły do koszuli i butów.

– Co, u diabła? – odezwał się wreszcie Cal, gdy bezwstydnie wsunęła kciuki za gumkę jego bokserek. Teraz Veena miała przed sobą jego atletycznie zbudowane ciało w pełnej krasie. To, co się działo, przerastało nawet jego najbardziej wyuzdane fantazje. Rzeczywiście, Cal Morgan czuł pociąg do Veeny Chandry od pierwszej chwili, od rozmowy kwalifikacyjnej sprzed dziewięciu tygodni, i nawet próbował z nią flirtować, ale zupełnie bez skutku. Fakt ten wprawił go zresztą w zdumienie. Już w szkole średniej w Beverly Hills uchodził nie tylko za prymusa, ale i za „najseksowniejszy towar”; podobnie było podczas studiów na UCLA. Nigdy nie brakowało mu damskiego towarzystwa, a podryw uważał za swój ulubiony sport. Z Veeną jednak nie poczynił żadnych postępów, co go dziwiło, tym bardziej że sama, jak mu się wydawało, od początku darzyła go wyjątkowymi względami.

– Dlaczego to robisz? – spytał, nie kryjąc konsternacji, choć wcale nie zamierzał zabraniać jej kontynuowania tego, co rozpoczęła, bo właśnie energicznymi ruchami odpinała guziki swego pielęgniarskiego uniformu. Teraz dopiero spojrzała mu w oczy – z ponurą determinacją. Po raz pierwszy, odkąd się znali, przyszło mu do głowy, że Veena może być niezrównoważona emocjonalnie. Zwłaszcza że – jak się dowiedział tego dnia – od szesnastu lat była wykorzystywana przez ojca.

Veena bez słowa zsunęła z siebie ubranie. Nie spuszczając wzroku, rozpięła stanik i uwolniła kształtne piersi. Cal błądził spojrzeniem po jej nagim ciele. Wiedział, że jest niezwykle piękne, odkąd zobaczył ją w skromnym bikini, gdy ekipa pielęgniarek przez miesiąc szkoliła się w Kalifornii w obsłudze komputerów i poznawała zachodnią kulturę, ale to, co widział teraz, było nieskończenie bardziej interesujące.

Veena wciąż się nie odzywała i nie zwalniała tempa. Gdy tylko zrzuciła do końca ubranie, dosiadła Cala. Położyła ręce na jego barkach i zaczęła się rytmicznie kołysać.

Cal zadarł głowę, by spojrzeć na jej twarz, na której wciąż malowała się ta sama zawziętość. Gdyby nie było mu tak przyjemnie, zapewne pomyślałby, że Veena wymierza mu karę za to, czego doświadczyła w szpitalu. Nie zwalniała ani na chwilę, aż wreszcie przestał panować nad sobą i szczytował. Wciąż kołysała się nad jego udami; musiał poprosić, żeby skończyła.

– Daj mi odpocząć – powiedział cicho.

Zareagowała natychmiast: zeszła z niego i bez najmniejszego wahania zaczęła się ubierać. Wyraz jej twarzy nie zmienił się ani trochę.

Cal obserwował ją, odrobinę zamroczony chwilą rozkoszy i coraz bardziej skonsternowany. Wreszcie usiadł prosto.

– Co robisz?

– Ubieram się, to chyba jasne – odezwała się po raz pierwszy, odkąd zaczęła swą agresywną erotyczną grę. W jej głosie słychać było otwarte wyzwanie, jakby uważała pytanie Cala za z gruntu idiotyczne.

– I wychodzisz?

– Tak jest – odpowiedziała, zapinając stanik.

Cal przyglądał się, jak zbiera ubranie z podłogi.

– Podobało ci się? – spytał. Doskonale wiedział, że nie miała orgazmu. Zachowywała się tak mechanicznie, że w duchu nazwał ją nawet zmotoryzowanym manekinem.

– A co, miało mi się podobać?

– Naturalnie – odparł Cal, lekko urażony i jeszcze bardziej zdziwiony. – Może jednak zostaniesz? Muszę spisać raport o pani Hernandez, ale potem moglibyśmy porozmawiać o tym, co przeżyłaś w szpitalu. Wyczuwam, że chciałabyś o tym pogadać.

– Niby o czym mielibyśmy rozmawiać?

– No wiesz, o szczegółach.

– Szczegóły są następujące: obudziła się, podziękowała mi i wcale nie miała ochoty odejść w pokoju.

– Jestem pewny, że opowiedziałabyś mi więcej.

– Muszę iść – odparła z naciskiem Veena. Rozejrzała się, sprawdzając, czy zebrała całą garderobę, po czym ruszyła w stronę drzwi.

– Zaczekaj! Dlaczego kochałaś się ze mną? I dlaczego w taki sposób?

– To znaczy w jaki?

– Tak… agresywnie. To chyba najtrafniejsze określenie.

– Raz w życiu chciałam dowieść, że mój ojciec się myli.

– Nie rozumiem. Co masz na myśli? – spytał Cal i zaśmiał się cynicznie. Zaczynał się czuć wykorzystany, choć w sensie fizycznym było to całkiem przyjemne doświadczenie.

– Ojciec zawsze mi mówił, że żaden mężczyzna nie zechciałby mnie, gdyby znał moją tajemnicę. Pan ją poznał, a mimo to chciał pan się ze mną kochać. Mój ojciec się mylił.

Na miłość boską, pomyślał zirytowany Cal. Po chwili odezwał się z fałszywym uśmiechem na ustach:

– Cudownie, teraz już wiesz. Do zobaczenia w rezydencji.

Wstał i zaczął się ubierać. Czuł, że Veena go obserwuje, ale celowo unikał jej wzroku. Po chwili zniknęła za drzwiami.

Ubierając się, Cal wymamrotał wiązankę przekleństw. Miał trzydzieści dwa lata i nie zamierzał wplątywać się w romantyczne związki, a doświadczenia takie jak to skłaniały go do zastanowienia się, czy kiedykolwiek będzie miał ochotę na poważną znajomość. Kobiety wydawały mu się zaiste zagadkowymi istotami, a może nawet całkiem zwariowanymi.

Z nośnikiem pamięci w kieszeni opuścił bibliotekę, by odnaleźć Santanę Ramos, specjalistkę nie tylko od psychologii, ale i od mediów. Sam miał niemałe doświadczenie w tej materii, zdobyte na stanowisku szefa działu PR w poprzedniej firmie – SuperiorCare Hospital Corporation – gdzie pracował wraz z Petrą Danderoff, ale w przeciwieństwie do Santany, która przepracowała pięć lat w CNN, nie miał kontaktów w branży. Zastał ją w jej pokoju, zatopioną w lekturze jednego z ulubionych periodyków psychologicznych. Nie wchodząc w upiorne szczegóły, o których doniosła mu Veena, poinformował Santanę Ramos, że pierwszą pacjentkę mają już z głowy, i przekazał jej nośnik pamięci. O ostrym zbliżeniu z pielęgniarką nie wspomniał ani słowem.

– Zadzwoń do kolegów z CNN – rzekł. – W tej chwili jest u nich mniej więcej dziesiąta rano. Możesz ubarwić nieco całą historię; zrobić z niej z trudem zdobyty przeciek i zaznaczyć, że rząd Indii zwykle tuszuje takie sprawy. Powiedz im, że zwerbowaliśmy ludzi, gdzie trzeba, i wkrótce będziemy mieli więcej podobnych informacji. Niech zaczną jak najszybciej o tym trąbić.

– Doskonale – mruknęła Santana, ważąc w dłoni niepozorne urządzenie. – Naprawdę myślę, że się uda – dodała, wstając.

– Ja też – odparł Cal. – Do roboty.

– Załatwione.

Przekonany, że może na nią liczyć, Cal poufale poklepał Santanę po ramieniu. Wyszedłszy z jej pokoju, skierował kroki wprost ku salonowi, gdzie zamierzał obejrzeć do końca przerwany mecz. Nie mógł jednak przestać myśleć o niepokojącym epizodzie z Veeną. Była najlepszą z pracownic, ale zastanawiał się poważnie, czy nie powinien porozmawiać z kolegami o tym, co bez wątpienia było przejawem braku emocjonalnej równowagi. Powstrzymywała go jednak myśl o tym, że Petra, która opowiadała się zdecydowanie przeciwko jakimkolwiek związkom Cala i Durella z pielęgniarkami, nie dałaby mu spokoju z tym swoim triumfującym „a nie mówiłam”. Nie mówiąc o tym, że wstyd było się przyznać, iż został zwyczajnie wykorzystany przez tę Hinduskę… Cal stanął nagle jak wryty. Odtworzył w pamięci ostatnie słowa Veeny: chciała raz w życiu dowieść, że jej ojciec się myli.

Dlaczego tylko raz? Machinalnie uniósł zaciśniętą pięść do ust i wbił zęby w kłykcie.

– O Boże! – zawołał nagle.

Obrócił się w miejscu i ruszył biegiem w stronę skrzydła gościnnego, gdzie mieszkały pielęgniarki. Dopadłszy do drzwi pokoju, zaczął wołać Veenę po imieniu i dobijać się pięściami. Nie odpowiadała, więc chwycił za klamkę, modląc się w duchu, by jego obawy okazały się płonne. Niestety, było inaczej. Veena leżała spokojnie na swoim łóżku, z zamkniętymi oczami. Ściskała w dłoni pusty pojemnik po Ambienie2.

Cal chwycił ją za ramiona i usadził brutalnym szarpnięciem. Jej głowa pozostała bezwładna, ale ciężkie powieki uniosły się nieco.

– Na Boga, Veena! – krzyknął Cal. – Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś?! – Wiedział, że gdyby zmarła, całe przedsięwzięcie, które tak starannie zaplanował, ległoby w gruzach.

– Tak trzeba – wymamrotała Veena. – Życie za życie.

Spróbowała wrócić do pozycji leżącej, a Cal pozwolił jej opaść na posłanie. Wyjął z kieszeni komórkę i wybrał numer Durella, który nie zdążył się nawet poskarżyć, że przerwano mu oglądanie meczu. Cal polecił mu natychmiast wezwać karetkę do Veeny, która właśnie przedawkowała lek i wymaga płukania żołądka.

Rzuciwszy telefon na łóżko, Cal przeciągnął coraz bardziej bezwładne ciało Veeny na jego skraj, tak by głowa zwisła w dół, po czym użył palca wskazującego, aby sprowokować wymioty. Nie było to przyjemne, ale przyniosło skutek: ponad tuzin nienaruszonych tabletek Ambienu i kilka lekko rozpuszczonych znalazło się na dywanie. Jeszcze bardziej przykre było jednak dla Cala to, że i on przy okazji zwymiotował.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Lek zwiotczający mięśnie szkieletowe, o bardzo szybkim i krótkotrwałym działaniu, stosowany w anestezjologii w czasie wprowadzenia do znieczulenia (przyp. M. K.). [wróć]

Ambien – preparat zawierający zolpidem, krótko działający lek nasenny stosowany w leczeniu bezsenności (przyp. M. K.). [wróć]

Spis treści

Podziękowania

Dedykacja

***

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Epilog

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Foreign Body

Copyright © 2008 by Robin Cook

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Elżbieta Bandel

Konsultant: lek. med. Maciej Karczewski

Projekt i opracowanie graficzne okładki oraz ilustracja na okładce: Zbigniew Mielnik

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Ciało obce, wyd. I, Poznań 2009)

ISBN 978-83-8062-908-0

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szarlatani Polisa śmierci Ciało obce Kryzys Znieczulenie Dewiacja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer