Kryzys

Kryzys

Autorzy: Robin Cook

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 14.58 zł

Kryzys - powieść mistrza thrillera medycznego!

Doktor Craig Bowman jest znakomitym lekarzem, bez reszty oddanym swoim pacjentom. Po wielu latach ciężkiej pracy zaczyna wreszcie mieć czas dla siebie i zarabiać duże pieniądze. Dzieje się tak dzięki ekskluzywnej praktyce medycznej – ograniczającej się do starannie wybranej grupy bardzo bogatych ludzi. Ale dobra passa nie trwa długo. Kiedy jedna z jego pacjentek umiera na zawał serca, Craig zostaje pozwany do sądu przez jej męża za błąd w sztuce lekarskiej.

Gdy proces zaczyna przybierać niekorzystny obrót dla Craiga, z pomocą przybywa Jack Stapleton, lekarz sądowy z Nowego Jorku. Stapleton dokonuje ekshumacji zwłok zmarłej pacjentki i dochodzi do wniosku, że w całej tej sprawie jest wiele znaków zapytania i postanawia, i postanawia przeprowadzić sekcję zwłok zmarłej pacjentki. Tymczasem pewna grupa ludzi jest gotowa zrobić wszystko, żeby uniemożliwić mu odkrycie prawdy…

Podziękowania

Jak zwykle podczas pisania moich powieści opartych na faktach nie potrafiłem się obejść bez przyjaciół i znajomych, zadręczając ich niezliczonymi pytaniami. W przypadku Kryzysu ich pomoc miała szczególne znaczenie, gdyż akcja książki łączy dwa terytoria – medycyny i prawa. Dziękuję wszystkim, którzy byli łaskawi mi pomóc. Oto ci, którym jestem winien szczególną wdzięczność (w kolejności alfabetycznej):

John W. Bresnahan, inspektor, Division of Professional Licensure, stan Massachusetts

Jean R. Cook, psycholog

Joe Cox, specjalista prawny od spraw podatkowych i nieruchomości

Rose Doherty, wykładowczyni akademicka

Mark Flomenbaum, dr med., szef Inspektoratu Medycyny Sądowej stanu Massachusetts

Peter C. Knight, doktor prawa, specjalista od spraw o odszkodowanie za błąd lekarski

Angelo MacDonald, doktor prawa, specjalista od spraw karnych, były prokurator

Gerald D. McLellan, adwokat, specjalista od prawa rodzinnego, były sędzia

Charles Wetli, dr med., szef Inspektoratu Medycyny Sądowej powiatu Suffolk, stan Nowy Jork

Tę książkę poświęcam współczesnemu medycznemu profesjonalizmowi, propagowanemu w Karcie Lekarza, z nadzieją, że się zakorzeni i rozkwitnie…

Prowadź, Hipokratesie!

Prawa sumienia, o których powiadamy, iż pochodzą z natury, rodzą się ze zwyczaju.

Montaigne1

Michel de Montaigne, Próby, tłum. T. Żeleński (Boy), PIW 1985, t. 1, s. 233 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

Prolog

8 września 2005 roku

Jesień to cudowna pora roku, mimo że często używana w metaforach nadchodzącej śmierci i umierania, a jej rześka atmosfera i feeria barw nigdzie nie urzekają z taką mocą jak w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Wraz z początkiem września kontury pejzażu Nowej Anglii zyskują na ostrości. Odchodzą gorące i wilgotne dni, powietrze staje się krystalicznie przejrzyste, suche i chłodne, lazur niebios nabiera głębi – właśnie tak, jak 8 września 2005 roku. Od Maine do New Jersey niebo było czyste, bez chmurki, a w asfaltowym labiryncie Bostonu i betonowej siatce ulic Nowego Jorku panowały przyjazne temperatury, słupek rtęci nie przekraczał dwudziestu pięciu stopni w skali Celsjusza.

Przypadek sprawił, że pod wieczór, o tej samej porze w obu wymienionych miastach zaszło identyczne zdarzenie. Rozdzwoniły się telefony komórkowe dwóch lekarzy. Obaj sięgnęli po nie z równym ociąganiem, a nawet niezadowoleniem, gdyż obawiali się, że dzwonki zwiastują kryzys wymagający ich profesjonalnych umiejętności i stawienia się w wyznaczonym miejscu. Byłby to niefortunny obrót wydarzeń, gdyż tego wieczoru obaj mieli w planach ciekawe towarzyskie wydarzenie.

Niestety, te przeczucia okazały się słuszne, gdyż oba wezwania udowodniły, iż nie bez powodu jesień bywa metaforą śmierci. Telefon w Bostonie dotyczył kogoś, kto skarżył się na bóle w piersiach, poważne osłabienie oraz kłopoty z oddychaniem i niebawem miał umrzeć, w Nowym Jorku – kogoś niedawno zmarłego. Dla obu wymienionych lekarzy był to stan wyższej konieczności, nakazujący rezygnację z prywatnych planów. Jednakże żaden z nich nie wiedział, iż właśnie przeprowadzone rozmowy zainicjują wydarzenia, które w poważnym stopniu wpłyną na ich życie i wytrącą ich z bezpiecznych kolein codzienności, uczynią z nich zaciekłych wrogów, i że w świetle drugiej rozmowy sens pierwszej nabierze zgoła innego znaczenia!

Boston, stan Massachusetts

19.10

Doktor Craig Bowman opuścił na chwilę ramiona, aby rozluźnić obolałe mięśnie. Stał przed lustrem wiszącym po wewnętrznej stronie drzwi garderoby, walcząc z oporną muszką, która nijak nie chciała się ułożyć w kunsztowny węzeł. Do tej pory wkładał smoking tylko kilka razy w życiu, pierwszy raz na komers, ostatni na ślub, i zawsze korzystał z już zawiązanej, zapinanej muszki dołączanej do wypożyczonego ubrania. Ale teraz, w swoim nowym wcieleniu, chciał nosić prawdziwą muchę. Kupił smoking i nie zamierzał się zadowolić byle śmieciem. Kłopot w tym, że tak naprawdę nie wiedział, jak zawiązać złośliwy pasek materiału, a wstydził się zapytać sprzedawcę. Podczas zakupów zbagatelizował problem, założywszy, że proces wiązania muszki jest równie skomplikowany jak ułożenie sznurowadła w kokardkę.

Niestety, okazało się, że ma do czynienia z przeszkodą znacznie wyższego rzędu, i mordował się z draństwem od dobrych dziesięciu minut. Na szczęście Leona, jego niedawno zaangażowana dynamiczna sekretarka i pracownica biurowa, a przede wszystkim nowa towarzyszka życia, nakładała makijaż i była nieświadoma jego bezradności. W najgorszym wypadku czekało go proszenie o pomoc, ale bynajmniej się do tego nie palił. Ich związek miał krótką historię i Craig w pocie czoła budował wizerunek wyrafinowanego dżentelmena, lękając się, że gdy ten runie, on sam stanie się obiektem niewyszukanych drwin. Jak orzekła jego tyleż korpulentna, co wyniosła recepcjonistka i pielęgniarka, Leona miała niewyparzoną gębę. Poczucie taktu nie wchodziło w poczet jej zalet.

Craig zerknął ku Leonie. Drzwi do łazienki, w której obecnie królowała, były uchylone, ujawniając jedynie jej tylną wypukłość okrytą lśniącym różowym jedwabiem, krągłą i jędrną, jak to u dwudziestotrzylatki. Frontowa wypukłość Leony wisiała nad umywalką, gdyż młoda osoba wspinała się na palce, niemal klejąc do lustra. Kiedy Craig wyobraził sobie, że po tych przygotowaniach niebawem ramię w ramię wkroczą do filharmonii, przelotny uśmieszek samozadowolenia pojawił się na jego ustach. Leona miała czym oddychać, co szczególnie uwidoczniało się w tej wydekoltowanej sukni, na którą wykosztował się u Neimana Marcusa, i co wynagradzało jej… hm… niewyparzoną gębę. Był przekonany, że obróci się za nią wiele głów i że sporo innych czterdziestopięciolatków będzie spoglądać na niego z zazdrością. Zdawał sobie sprawę, iż tego rodzaju uczucia w najlepszym wypadku przystoją nastolatkowi, ale ponieważ nie doświadczał ich od chwili, w której po raz pierwszy włożył smoking, zamierzał cieszyć się nimi do woli.

Uśmiech przygasł, gdy Craig zadał sobie pytanie, czy wśród publiczności nie będzie kogoś z kręgu wspólnych przyjaciół jego i żony. Pojawiając się w publicznym miejscu z młodziutką kobietą, bynajmniej nie zamierzał nikogo poniżać ani ranić. Jednak tak naprawdę nie spodziewał się obecności znajomych, gdyż ani on, ani jego żona nigdy nie bywali na koncertach muzyki poważnej, podobnie jak ich szczupłe grono przyjaciół, przeważnie składające się z równie przepracowanych lekarzy. Styl życia tej szczególnej grupy zawodowej wykluczał uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych miasta. Nie chodziło o brak środków finansowych, tych mieli pod dostatkiem, jednak stojąc przed dylematem: Puccini czy pacjenci, nie mieli wyboru.

Craig przeprowadził separację z Alexis pół roku temu, tak więc było naturalne, iż znalazł nową towarzyszkę życia, przy czym nie uważał, by różnica wieku stwarzała jakiś problem, jego wybranka przecież nie była smarkulą z college’u. Przy jego obecnym, aktywnym trybie życia było równie naturalne, że wcześniej czy później, tu czy tam, pojawi się gdzieś w damskim towarzystwie. Poza tym, że stał się regularnym bywalcem filharmonii, zaczął chodzić do klubu sportowego, do teatru, na balet i wszędzie tam, gdzie uczęszczali normalni wykształceni obywatele światowej metropolii. Takie były zwyczaje nowego Craiga, jednakże od samego poczęcia tej interesującej osobowości Alexis niezmiennie odmawiała dostosowania się do jej jakże ciekawego modus vivendi. W tej sytuacji uznał, że jego święte prawo bywania gdzie chce rodzi następne – bywania z kim chce. Nie miał zamiaru zrezygnować ze swoich aspiracji. Nawet wykupił abonament do muzeum sztuki i z przyjemnością oczekiwał otwarcia sezonu, mimo że do tej pory nigdy nie uczestniczył w wernisażach i wystawach. Podczas dziesięciu lat dorosłego życia wychodził ze szpitala tylko po to, żeby się przespać, i usilnie starając się zostać lekarzem – możliwie najlepszym lekarzem – coraz bardziej odsuwał się od świata, zwłaszcza świata kultury. A potem, gdy skończył specjalizację w ramach interny i otworzył gabinet, miał jeszcze mniej czasu na osobiste zainteresowania, w tym, niestety, życie rodzinne. Stał się archetypowym, intelektualnie zapyziałym pracoholikiem, który nie miał czasu dla nikogo poza pacjentami. Ale to wszystko ulegało zmianie, a żal i poczucie winy, szczególnie związane z życiem rodzinnym, musiały poczekać. Nowy doktor Craig Bowman zostawił za sobą z góry zaprogramowane, pełne pracy i pośpiechu, nie dające satysfakcji, pozbawione podniet kulturalnych życie. Wiedział, że niektórzy nazwaliby jego dążenia kryzysem wieku średniego, ale on miał na to inne miano. „Odrodzenie” lub, dokładnie rzecz biorąc, „przebudzenie”.

W ciągu ubiegłego roku Craig zaczął przywiązywać coraz większą uwagę do tego, by przemienić się w ciekawszą, szczęśliwszą, pełniejszą i lepszą osobę – i tym samym w lepszego lekarza. Niemal zatrącało to o obsesję. Na biurku w jego mieszkaniu w centrum piętrzyła się sterta katalogów z różnych lokalnych uczelni, w tym z Harvardu. Zamierzał uczęszczać na wykłady z wiedzy humanistycznej, może na jeden lub dwa kursy w semestrze, aby nadrobić utracony czas. I co najlepsze, dzięki swojej przemianie mógł wrócić do ukochanych badań naukowych, które całkowicie zaniedbał, kiedy zajął się praktyką. To, co na początku studiów medycznych służyło mu wyłącznie jako źródło skromnego dochodu – wykonywanie prac laboratoryjnych dla naukowca badającego kanały sodowe w komórkach mięśniowych i nerwowych – stało się pasją, gdy osiągnął poziom stypendysty. Jako student medycyny, a potem lekarz rezydent1, Craig nawet napisał wspólnie z kolegami kilka bardzo chwalonych artykułów naukowych. Teraz wrócił do zajęć w laboratorium i z wielkim zapałem poświęcał im dwa popołudnia tygodniowo. Leona nazwała go człowiekiem renesansu i chociaż zdawał sobie sprawę, że jeszcze nie całkiem dorósł do tego miana, to uważał, iż po kilku latach starań może na nie w jakiejś mierze zasłuży.

Początek tej metamorfozy osobowości nastąpił nagle, całkowicie zaskakując samego Craiga. Zaledwie w ciągu jednego roku i absolutnie nieoczekiwanie jego życie zawodowe i praktyka zmieniły się dramatycznie, przynosząc podwójną korzyść: znaczący wzrost dochodów i wzrost zadowolenia z pracy. Niespodziewanie zyskał możliwość praktykowania takiego rodzaju medycyny, jakiej uczył się na studiach. Potrzeby pacjentów stały się dla niego ważniejsze niż zawiłe paragrafy umów ubezpieczenia zdrowotnego. Teraz, jeśli sytuacja tego wymagała, mógł poświęcić choremu całą godzinę. Możliwość niebawem stała się zasadą. Craig za jednym zamachem uwolnił się od podwójnej zmory – ograniczenia dochodów i wzrostu kosztów – co uprzednio zmuszało go do wciskania pęczniejącej liczby pacjentów w nierozkurczliwe ramy godzin przyjęć. Już nie musiał walczyć o honorarium z personelem ubezpieczalni, często nie mającym żadnego pojęcia o medycynie. Nawet jeździł z wizytami domowymi, gdy wymagało tego dobro pacjentów, rzecz nie do pomyślenia dla starego Craiga Bowmana.

Ta zmiana była urzeczywistnieniem marzeń. Kiedy oferta nowej praktyki spadła jak z nieba, powiedział ewentualnemu dobroczyńcy, a obecnie wspólnikowi, że musi ją przemyśleć. Jak mógł być tak głupi, że nie zgodził się od razu? Jak mógł tak lekceważąco potraktować uśmiech fortuny? Wszystko zmieniło się na lepsze, z wyjątkiem spraw rodzinnych, ale ten problem zrodził się dawno, gdy Craig umarł dla świata, zajmując się wyłącznie pracą. W gruncie rzeczy to była jego wina. Sam to przyznawał. Uległ okolicznościom! Wymogi nowoczesnej praktyki lekarskiej dyktowały mu, jak ma żyć, i zubożały jego osobowość. Ale teraz nic go nie ograniczało, tak więc niewykluczone, że w przyszłości rozwiąże rodzinne problemy; potrzebował tylko czasu. Niewykluczone, że przekona Alexis, iż możliwe jest wzbogacanie życia ich obojga. Na razie postanowił się cieszyć wzbogacaniem własnego. Po raz pierwszy od wejścia w dorosłość Craig miał i wolny czas, i pieniądze na koncie.

Właśnie uniósł ręce, po raz kolejny zamierzając ujarzmić diabelską muszkę, gdy zadzwoniła komórka. Na ten dźwięk mina mu zrzedła. Spojrzał na zegarek. Dziesięć po siódmej. Koncert miał się zacząć o wpół do dziewiątej. Przesunął wzrok na komórkę. Dzwonił Stanhope.

– Niech to diabli! – wykrzyknął ze złością. Kciukiem odchylił klapkę, przytknął komórkę do ucha i powiedział: – Halo?

– Witam, doktorze Bowman! – powiedział kulturalnym tonem rozmówca. – Dzwonię w sprawie Patience. Nie najlepiej z nią. Niestety, tym razem mam wrażenie, że naprawdę jest chora.

– Co się dzieje, Jordan? – spytał Craig, zerkając w stronę łazienki. Leona usłyszała komórkę i patrzyła na niego. Powiedział bezdźwięcznie: „Stanhope”. Skinęła głową. Wiedziała, co to oznacza, i Craig ujrzał, że i jej rzednie mina. Podobnie jak on zaczęła się obawiać, że wieczór stanie pod znakiem zapytania. Jeśli spóźnią się na koncert, wejdą na salę nie wcześniej niż podczas przerwy, co oznaczało, że mogą się pożegnać z czymś, na co oboje najbardziej liczyli – z rozkosznym dreszczykiem emocji podczas entrée.

– Nie wiem – powiedział Jordan. – Wydaje się niezwykle osłabiona. Nawet nie ma siły usiąść.

– Jakie są objawy poza osłabieniem?

– Myślę, że należałoby wezwać karetkę i zawieźć ją do szpitala. Jest w bardzo złym stanie i bardzo się o nią niepokoję.

– Jordan, jeśli ty się niepokoisz, to ja również – rzekł uspokajająco Craig. – Jakie są objawy? Chodzi o to, że byłem u was dziś rano i wysłuchałem jej zwykłej wiązanki narzekań. Coś się zmieniło, czy jak?

Chociaż Patience Stanhope nie była jedyną „kłopotliwą pacjentką”, jak określał ten rodzaj podopiecznych Craig, to jednak stanowiła najgorszy przypadek w całej pięcioosobowej grupie. Każdy lekarz miał takich pacjentów, bez względu na to, jaką praktykę prowadził. W najlepszym wypadku byli uciążliwi, w najgorszym potrafili doprowadzić do szału. Cały boży rok potrafili klepać litanię narzekań, które przeważnie miały charakter psychosomatyczny lub były z gruntu urojeniami. Nie pomagała żadna terapia, z alternatywną medycyną włącznie. Craig próbował wszystkiego. Bez skutku. Z reguły pacjenci ci pochłaniali niewspółmiernie wiele czasu w stosunku do autentycznych potrzeb. Byli zazwyczaj w depresji, wymagający, irytujący, a obecnie dzięki Internetowi niesłychanie twórczy w opisach domniemanych objawów, niespożycie wylewni i spragnieni opieki z trzymaniem za rękę włącznie. Kiedy w dawnej pracy Craig ponad wszelką wątpliwość upewnił się, że ma do czynienia z hipochondrykiem, starał się go omijać najszerszym łukiem. Przeważnie umieszczał takiego osobnika pod skrzydłami wykwalifikowanej albo zwykłej pielęgniarki czy niekiedy specjalisty, zwłaszcza psychiatry, jeśli tylko udało mu się przekonać delikwenta, by skorzystał z dodatkowej pomocy. Ale w obecnych warunkach o takich wybiegach nie mogło być mowy, co oznaczało, że „kłopotliwi pacjenci” są i pozostaną jedynym utrapieniem jego nowej praktyki. Jak wynikało z wyliczeń księgowego, tworzyli drobne trzy procent ogólnej liczby pacjentów, a zajmowali ponad piętnaście procent czasu pracy. Pod tym względem Patience Stanhope była modelowym przykładem. W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy odwiedzał ją przynajmniej raz w tygodniu, najczęściej popołudniem lub wieczorem. Jak często powtarzał żartobliwie personelowi, wystawiała na próbę jego cierpliwość2. Ten komentarz niezawodnie wywoływał śmiech.

– Tym razem to zupełnie inna para kaloszy – wyjaśnił Stanhope. – Tego, na co się skarży, nie można porównać z niczym, o czym mówiła wczoraj wieczorem i dziś rano.

– To znaczy? – spytał Craig. – Możesz mi podać jakieś konkrety?

Chciał jak najdokładniej ustalić, co się dzieje, przy czym, chociaż w tym wypadku nie bardzo chciało mu się w to wierzyć, na siłę powtarzał sobie w duchu, że hipochondrycy od czasu do czasu faktycznie chorują. Prawdziwy kłopot z kłopotliwymi pacjentami polegał na tym, że obniżali twój poziom czujności, jak pastuszek z bajki, który dla żartu wzywał pomocy przed wilkami, by nie otrzymać jej w potrzebie.

– Bóle objawiają się w innych miejscach.

– Dobra, to już coś – powiedział Craig. Wymownie wzruszył ramionami, dając Leonie znak, co o tym myśli, i ponaglił ją.

– Rano miała bóle w odbytnicy i dole brzucha.

– Pamiętam! – rzekł Craig. Jak mógłby zapomnieć? Patience jak nakręcona z obrzydliwą dokładnością skarżyła się na wzdęcia, gazy i zaparcia. – Gdzie ją teraz boli?

– Mówi, że w klatce piersiowej. Wcześniej nigdy nie skarżyła się na takie bóle.

– To nie do końca prawda, Jordan. W zeszłym miesiącu kilka razy miała bóle w klatce piersiowej. To dlatego poddałem ją próbie wysiłkowej.

– Masz rację! Zapomniałem. Nie nadążam za jej wszystkimi objawami.

To tak jak ja, chciał powiedzieć Craig, ale ugryzł się w język.

– Myślę, że powinna jechać do szpitala – powtórzył Stanhope. – Odnoszę wrażenie, że ma jakieś kłopoty z oddychaniem. Nawet z mówieniem. Wcześniej zdołała wybełkotać, że ma bóle głowy i mdłości.

– Na okrągło ma jedno i drugie – wtrącił Craig.

– Ale tym razem trochę zwróciła. Powiedziała też, że ma takie wrażenie, jakby unosiła się nad posłaniem i straciła czucie w ciele.

– To pierwszy raz słyszę!

– Mówię ci, tym razem to coś całkiem innego.

– Czy ból jest trzewny i tępy, czy ostry i przerywany jak przy skurczach?

– Nie potrafię powiedzieć.

– Mógłbyś ją zapytać? To może być istotne.

– W porządku, nie rozłączaj się!

Craig usłyszał stukot odkładanej słuchawki. Leona wyszła z łazienki. Była gotowa. Craig uznał, że wygląda tak, jakby spłynęła ze lśniącej okładki luksusowego magazynu. Okazał uznanie, unosząc kciuk. Uśmiechnęła się i powiedziała bezgłośnie: „Co się dzieje? ”

Craig wzruszył ramionami, trzymając słuchawkę przy uchu, ale odsuwając ją od ust.

– Chyba będę musiał jechać z wizytą domową.

Leona skinęła głową, po czym spytała:

– Nie wiesz, jak zawiązać muszkę?

Craig niechętnie skinął głową.

– Zobaczmy, co się da zrobić – zaproponowała.

Craig uniósł podbródek, ułatwiając niezbędne manipulacje. Jordan znów się odezwał:

– Mówi, że ból jest potworny. Mówi, że boli ją na wszystkie sposoby, które opisałeś.

Craig skinął głową. To była cała Patience. Nie miał wyjścia.

– Czy ból osiąga maksimum w określonym miejscu, na przykład w ramieniu, szyi czy gdzieś indziej?

– Och, na Boga…! Nie wiem. Zapytać ją?

– Proszę.

Leona po kilku zręcznych manewrach ściągnęła kokardki muszki i wymodelowała węzeł. Parę drobnych poprawek i cofnęła się.

– Nieładnie się chwalić, ale nieźle mi wyszedł – oświadczyła.

Craig spojrzał w lustro i nie mógł się z nią nie zgodzić. Zawiązała muszkę z dziecinną łatwością.

W słuchawce rozległ się głos Stanhope’a:

– Mówi, że dokładnie z klatki piersiowej. Czy myślisz, że ma atak serca?

– Nie możemy go wykluczyć – oznajmił Craig. – Pamiętasz, powiedziałem ci, że wyniki testu wysiłkowego wykazały drobne odchylenia od normy. Dlatego doradziłem dokładniejsze badanie, chociaż nie miała na to ochoty.

– Tak, teraz, kiedy o tym wspomniałeś, przypominam sobie. Ale niezależnie od tego, co jej obecnie dolega, ten stan się pogłębia. Nawet mam wrażenie, że jakby posiniała.

– W porządku, Jordan, zaraz tam będę. Tylko jeszcze jedno pytanie: Czy zaczęła już brać ten antydepresant, który rano jej zostawiłem?

– Czy to takie ważne?

– Może. Chociaż z tego, co mówisz, nie wynika, żeby miała negatywną reakcję polekową, nie wolno nam jej wykluczyć. Do tej pory go nie brała. To dlatego kazałem zacząć go przyjmować wieczorem, po pójściu do łóżka, na wypadek gdyby miała zawroty głowy albo podobne dolegliwości.

– Nie mam zielonego pojęcia, czy go wzięła. Trzyma cały magazyn lekarstw przepisanych przez Cohena.

Craig pokiwał głową. Bardzo dobrze wiedział, że szafka z lekarstwami Patience przypomina aptekę w miniaturze. Doktor Ethan Cohen, pierwszy lekarz Patience, wypisywał recepty o wiele hojniejszą ręką. To właśnie on zaoferował Craigowi udział w swojej praktyce, ale obecnie był wspólnikiem raczej pro forma niż de facto. Miał kłopoty zdrowotne i poszedł na urlop, który mógł przeciągnąć się w nieskończoność. Cała ta grupka kłopotliwych pacjentów to było jego dziedzictwo. Żaden tego rodzaju pacjent z grona dawnych podopiecznych Craiga nie zdecydował się zapłacić wymaganego honorarium i przedłużyć kontraktu na nowych warunkach, zresztą ku jego zachwytowi.

– Posłuchaj, Jordan – powiedział Craig. – Przyjeżdżam, ale postaraj się znaleźć tę fiolkę, żebyśmy mogli przeliczyć pigułki.

– Zrobię, co w mojej mocy – zapewnił go Stanhope.

Craig zamknął klapkę komórki. Spojrzał na Leonę.

– Nie mam wyjścia. Muszę jechać. Możesz mi towarzyszyć? Jeśli alarm okaże się fałszywy, zdążymy do filharmonii. Stanhope’owie mają dom blisko centrum.

– Nie mam nic przeciwko – zgodziła się radośnie Leona.

Wkładając smoking, Craig szybko podszedł do ściennej szafy przy drzwiach wejściowych. Z górnej półki zdjął lekarską torbę i zajrzał do środka. Dostał ją w prezencie od matki po końcowych egzaminach na medycynie. Był ogromnie wdzięczny za ten dar, bo wiedział, że matka latami musiała ciułać na niego pieniądze w tajemnicy przed ojcem. Torba była obszerna, staromodna, z czarnej skóry okutej mosiądzem. Uprzednio Craig nie odwiedzał pacjentów, więc tylko zarastała kurzem na półce. Ale przez ostatni rok wiele się najeździła.

Wrzucił do niej rzeczy, które mogły się przydać, w tym podręczny standardowy zestaw do szybkiego diagnozowania zawału serca. Nauka rozwinęła się od czasów, gdy był rezydentem. Wtedy na wyniki z laboratorium czekało się kilka dni. Teraz mógł je uzyskać przy łóżku chorego. Co prawda pomiar markerów3 nie dawał wyników ilościowych, ale liczyła się diagnoza. Wziął również z górnej półki przenośny aparat EKG i wręczył go Leonie.

Kiedy już przeprowadził formalną separację z Alexis, wynajął apartament na Beacon Hill w centrum Bostonu. Dwupoziomowe mieszkanie przy Revere Street było na trzecim piętrze bez windy, za to miało dobre oświetlenie, taras i widok na rzekę Charles aż do Cambridge. Mieszkanie w samym środku miasta znakomicie spełniało potrzeby Craiga, miał dwa kroki do dobrych restauracji i teatrów. Jedynym drobnym minusem był brak garażu. Musiał go wynająć przy Charles Street, pięć minut spacerkiem od domu.

– Jakie mamy szanse na to, żeby zdążyć na koncert? – spytała Leona, gdy ruszyli nowym porsche Craiga na zachód przez Storrow Drive.

Musiał podnieść głos, chcąc przekrzyczeć wycie silnika.

– Jordan chyba na poważnie się przejął. To mnie niepokoi. Żyjąc z Patience, zna ją lepiej niż ktokolwiek inny.

– Jak on z nią wytrzymuje? To potwornie upierdliwa baba, a on robi wrażenie całkiem kulturalnego pana. – Leona miała okazję przyjrzeć się Stanhope’om podczas kilku wizyt w gabinecie.

– Pewnie są jakieś jasne strony tego związku. Mam wrażenie, że to ona siedzi na pieniądzach, ale kto wie. Prywatne życie nigdy nie jest takie, jakie się wydaje z zewnątrz. Jeszcze niedawno tak samo było i z moim życiem. – Ścisnął udo Leony.

– Nie wiem, skąd ty bierzesz tyle cierpliwości do tych ludzi – rzekła z podziwem. – Mówię poważnie.

– To męka i, tak między nami, nie znoszę ich. Na szczęście to nieliczna mniejszość. Zostałem tak wykształcony, żeby zajmować się chorymi, a hipochondrycy są nie lepsi niż symulanci. Gdybym chciał być psychiatrą, studiowałbym psychiatrię.

– Kiedy przyjedziemy, zaczekać w wozie?

– Jak chcesz – powiedział Craig. – Nie wiem, ile mi to zajmie. Czasem jestem ugotowany przez godzinę. Myślę, że powinnaś ze mną wejść. Zanudzisz się w samochodzie.

– Ciekawe, jak oni mieszkają.

– Na wysokiej stopie.

Stanhope’owie mieli wielki dwupiętrowy dom w stylu georgiańskim na rozległej zalesionej działce nieopodal Chestnut Hill Country Club w bogatej części Brighton. Craig wjechał na kolisty podjazd i zatrzymał się przy wejściu. Aż za dobrze znał drogę. Po tym, jak pokonali trzy stopnie, wyszedł im na spotkanie Stanhope. Craig dźwigał torbę lekarską, Leona aparat EKG.

– Jest na górze, w swojej sypialni – bez wstępu rzekł gospodarz. Był wysokim, zadbanym mężczyzną, ubranym w ciemnozieloną aksamitną bonżurkę. Jeśli zdziwiły go wieczorowe stroje Craiga i Leony, nie okazał tego. Zanim odwrócił się na pięcie, wręczył Craigowi plastikową fiolkę.

To była reklamowa próbka zoloftu, specyfiku, który Craig rano dał Patience. Natychmiast zauważył, że z sześciu pigułek zostało pięć. Najwyraźniej chora zaczęła przyjmować lek wcześniej, niż powinna. Wrzucił fiolkę do kieszeni i ruszył za Jordanem.

– Nie masz nic przeciwko, że moja sekretarka do nas dołączy? – zawołał Craig. – Może mi się przydać.

Leona kilka razy zademonstrowała w gabinecie swoją przydatność. Jej spontaniczna chęć działania i zaangażowanie od razu zrobiły wrażenie na Craigu, na długo przed tym, zanim w ogóle się z nią gdzieś pokazał. Podobało mu się również to, że chodzi na kursy wieczorowe, po których mogła zostać technikiem medycyny lub pielęgniarką. W jego oczach potęgowało to jej urok.

– Ależ bynajmniej – odparł przez ramię Jordan, machnięciem ręki wskazując, że mają iść za nim. Ruszył głównymi schodami, które zakręcały obok palladiańskiego okna nad frontowymi drzwiami.

– Oddzielne sypialnie – szepnęła Leona, gdy wraz z Craigiem podążali za Stanhope’em. – Myślałam, że takie rzeczy są tylko w starych filmach. No to nie machnął się z nią dla forsy.

Craig nie zareagował na tę uwagę. Szybko pokonali wyłożony dywanem korytarz i wkroczyli do urządzonej jak buduar głównej sypialni, obitej akrami niebieskiego jedwabiu. Patience Stanhope leżała na poduszkach wielkiego łoża. Miała przymknięte powieki. Obok niej siedziała pokojówka w figlarnie skromnym uniformie, białym czepeczku i fartuszku na ciemnej sukience. Przytrzymywała kompres na czole chorej. Na widok wchodzących wyprostowała się sztywno.

Craig raz spojrzał na Patience i bez słowa podbiegł do niej, rzucając torbę na łóżko. Sprawdził puls. Szybko otworzył torbę, wyjął ciśnieniomierz i stetoskop. Zacisnął mankiet ciśnieniomierza na ramieniu chorej i warknął przez ramię do Stanhope’a:

– Wezwij karetkę!

Prawie niedostrzegalnie uniósłszy brwi na znak, że usłyszał polecenie, Jordan podszedł do nocnego stolika, na którym stał telefon, i sięgnął po słuchawkę. Wykręcił numer pogotowia. Gestem odprawił pokojówkę.

– Dobry Boże! – zamruczał Craig, zdejmując mankiet.

Wyrwał poduszki spod głowy Patience. Opadła na materac jak szmaciana lalka. Zerwał z niej przykrycie, rozpiął peniuar i przez krótką chwilę osłuchiwał klatkę piersiową, zanim dał znak Leonie, że ma mu podać EKG. Jordan rozmawiał z dyspozytorem pogotowia. Craig rozwinął elektrody i żelem przykleił końcówki.

– Wyjdzie z tego? – spytała szeptem Leona.

– Kto to wie, do diabła – odpowiedział Craig. – Na miłość boską, ma sinicę.

– Co to znaczy?

– Że jest niedotleniona. Nie wiem, czy to sprawa słabego serca, czy płuc. Może i jednego, i drugiego.

Craig skupił się na wypluwanej przez elektrokardiograf kalce. Zobaczył uniesienia w zapisie. Oderwał kawałek szerokiej taśmy, szybko jeszcze raz ocenił wykres i wcisnął go do kieszeni. Zerwał elektrody.

Stanhope odłożył słuchawkę.

– Karetka jedzie.

Craig tylko skinął głową, szybko grzebiąc w torbie i wyciągając resuscytator. Założył maskę na nos i twarz Patience i nacisnął samorozprężalny worek. Klatka piersiowa chorej uniosła się swobodnie, co oznaczało dobrą wentylację.

– Mogłabyś to robić? – spytał Leonę, w dalszym ciągu prowadząc sztuczne oddychanie.

– Chyba tak – odparła z wahaniem.

Wcisnęła się między Craiga i zagłówek i przejęła zadanie lekarza.

Craig zademonstrował jej, jak dociskać resuscytator do twarzy i w jakiej pozycji trzymać głowę pacjentki. Sprawdził źrenice. Były rozszerzone i nie reagowały na światło. Niedobra oznaka. Osłuchał pacjentkę. Oddech był w normie.

Kolejny raz sięgnął do torby i wyjął zestaw do diagnozowania ataku serca. Rozerwał pudełko. Za pomocą małej, zaopatrzonej w heparynę strzykawki pobrał krew, potrząsnął strzykawką i strącił sześć kropel na pasek. Podniósł go do światła.

– Hm, wynik pozytywny – rzekł po chwili. Z powrotem wrzucił wszystko do torby.

– To znaczy? – spytał Jordan.

– Test wykazuje obecność mioglobiny i troponiny – powiedział Craig. – W języku zrozumiałym dla laika oznacza to, że przeszła atak serca.

Za pomocą stetoskopu upewnił się, że Leona właściwie prowadzi sztuczne oddychanie.

– Więc twoje pierwotne wrażenie było właściwe – skomentował Stanhope.

– Nie bardzo. Muszę stwierdzić, że jej stan jest bardzo zły.

– Starałem się to przekazać podczas rozmowy – rzekł sztywno Jordan. – Przecież sugerowałem, że ma atak serca.

– Jest w gorszym stanie, niż dawałeś mi do zrozumienia. – Po tych słowach Craig wyjął epinefrynę i atropinę i przygotował wlew dożylny.

– Bardzo cię przepraszam. Całkiem jasno dawałem do zrozumienia, że jej stan ulega pogorszeniu.

– Powiedziałeś, że ma drobne kłopoty z oddychaniem. Prawda wygląda tak, że kiedy tu przyjechaliśmy, prawie w ogóle nie oddychała. Mogłeś mi dać o tym znać. Powiedziałeś, że jakby posiniała, a tu się okazuje, że ma sinicę.

Craig zręcznie podłączył kroplówkę: wstrzyknął oba środki do butelki, zawiesił ją na abażurze, korzystając z niewielkiego haczyka, który sam kiedyś w tym celu zrobił, po czym wkłuł wenflon.

– Starałem się, jak mogłem, żeby przekazać wszystkie moje obserwacje, doktorze.

– Doceniam to – rzekł Craig, unosząc dłonie w geście pojednania. – Przepraszam. To nie miała być krytyka. Po prostu przejąłem się stanem twojej żony. Teraz najważniejsze to jak najszybciej przetransportować ją do szpitala. Należy podać tlen i wdrożyć elektrostymulację. Na domiar wszystkiego jestem pewien, że ma kwasicę. Trzeba coś z tym zrobić.

W oddali rozległo się zawodzenie syreny karetki pogotowia. Stanhope zszedł na dół wpuścić ratowników medycznych i wskazać im drogę do pokoju chorej.

– Wyjdzie z tego? – spytała Leona, nie przestając pompować worka do resuscytacji. – Nie wydaje mi się, żeby była taka sina.

– Dobrze ci idzie z tym workiem – odparł Craig. – Ale nie jestem optymistą. Nadal ma rozszerzone źrenice i jest zupełnie bezwładna. Dowiem się więcej, kiedy przewieziemy ją do szpitala, zbadamy krew, podłączymy ją do respiratora i stymulatora serca. Mogłabyś poprowadzić mój samochód? Chcę pojechać karetką, na wypadek gdyby znów miała zawał. Gdyby należało zrobić masaż serca, chcę się tym zająć.

Ratownicy byli fachowcami. Zespół składał się z mężczyzny i kobiety, którzy najwyraźniej od jakiegoś czasu pracowali razem, bo każde z nich wiedziało, co zrobi drugie. Szybko przełożyli chorą na nosze, znieśli ją na dół i załadowali do karetki. Pobyt w rezydencji Stanhope’ów zajął im zaledwie kilka minut i znów ruszyli w drogę. Na znak, że sytuacja jest naprawdę kryzysowa, syrena pracowała na pełnych obrotach, a kierująca kobieta nie oszczędzała pojazdu. Tymczasem jej kolega zadzwonił do szpitala Newton Memorial, tak by oddział ratunkowy wiedział, co go czeka.

Kiedy przyjechali, serce chorej nadal biło, ale bardzo słabo. Wezwano dobrze znaną Craigowi lekarkę kardiolog. Czekała na podjeździe. Wwieziono Patience na obszar resuscytacyjno-zabiegowy i cały zespół przystąpił do pracy. Craig przekazał lekarce, co mógł, w tym wyniki testu, potwierdzające ostrą niewydolność wieńcową.

Zgodnie z oczekiwaniami Craiga Patience najpierw podłączono do respiratora, podając tlen, a następnie do stymulatora serca. Na nieszczęście, szybko się okazało, że nastąpiło rozkojarzenie elektromechaniczne. Serce chorej co prawda produkowało impulsy elektryczne, ale te nie przekładały się na mechaniczną pracę mięśnia sercowego. Jeden z lekarzy pochylił się nad stołem i rozpoczął masaż serca. Krew znów zaczęła krążyć i gazometria była w normie, ale poziom kwasów osiągnął wręcz niespotykany poziom.

Craig i lekarka spojrzeli po sobie. Wiedzieli, że już w przypadku hospitalizowanego pacjenta rozkojarzenie elektromechaniczne wróży klęskę, nawet po szybkim rozpoznaniu. Sytuacja Patience była o wiele gorsza. Batalia o jej życie rozpoczęła się z opóźnieniem.

Po kilku godzinach wszelkich możliwych prób pobudzenia serca kardiolog wzięła Craiga na stronę. Nadal miał na sobie koszulę smokingową i muszkę. Krew splamiła mu prawy rękaw, a smoking wisiał na wieszaku kroplówki pod ścianą.

– Musiało nastąpić rozległe uszkodzenie mięśnia sercowego – powiedziała kardiolog. – Tylko to tłumaczy wszystkie anomalie przewodzenia i rozkojarzenie elektromechaniczne. Sprawa wyglądałaby o wiele lepiej, gdybyśmy zajęli się nią troszeczkę wcześniej. Z twojego opisu wynika, że strefa zawału uległa znaczącemu poszerzeniu.

Craig skinął głową. Obejrzał się na zespół, który pochylony nad drobną postacią nadal prowadził resuscytację krążeniowo-oddechową. Jak na ironię, po podaniu tlenu i masażu serca skóra chorej odzyskała prawie normalną barwę. Niestety, to było wszystko, co dało się zrobić.

– Czy wcześniej miała objawy choroby układu krążenia?

– Kilka miesięcy temu miała niejednoznaczne wyniki testu wysiłkowego – powiedział Craig. – Można było podejrzewać, że nie jest najlepiej, ale odmówiła dalszych badań.

– Na swoją zgubę – skonstatowała lekarka. – Niestety, źrenice cały czas pozostają sztywne, co wskazuje na uszkodzenie mózgu spowodowane niedotlenieniem. Biorąc to pod uwagę, co chcesz zrobić? Ty decydujesz.

Craig wziął głęboki oddech i wypuścił głośno powietrze, dając wyraz swojemu zniechęceniu.

– Myślę, że przestać.

– Zgadzam się w stu procentach – powiedziała lekarka. Pocieszająco uścisnęła mu ramię i wróciła do zespołu, oznajmiając, że przerywają akcję.

Craig zabrał smoking i podszedł do biurka dyspozytora oddziału podpisać dokumenty stwierdzające, że pacjentka zmarła w wyniku zatrzymania akcji serca spowodowanego zawałem. Następnie wyszedł do poczekalni. Leona siedziała wśród chorych, rannych i ich krewnych. Przeglądała stary magazyn. W wieczorowym stroju wydała się Craigowi złotym samorodkiem na tle nijakiego otoczenia. Uniosła wzrok, gdy się zbliżył. Czuł, że bez trudu odczytała jego myśli.

– Niestety? – spytała.

Craig potrząsnął głową. Rozejrzał się po poczekalni.

– Gdzie Stanhope?

– Wyszedł godzinę temu.

– Naprawdę? Dlaczego? Co powiedział?

– Powiedział, że woli spędzić czas w domu i że czeka na twój telefon. Mruknął, że szpitale działają na niego przygnębiająco.

Craig parsknął krótkim śmiechem.

– To mi do niego pasuje. Zawsze uważałem, że to lodowaty dziwak, a jego stosunki z żoną to jeden teatr.

Leona odrzuciła magazyn i wyszła za Craigiem na dwór. Zamierzał wygłosić jakąś filozoficzną uwagę o życiu, ale dał sobie spokój. Uznał, że Leona raczej jej nie pojmie, a wszelkie próby wytłumaczenia trafią na jałowy grunt. Dopóki nie znaleźli się przy samochodzie, żadne z nich się nie odezwało.

– Mam poprowadzić? – spytała Leona.

Craig pokręcił głową, otworzył drzwi Leonie, po czym obszedł samochód i usiadł za kierownicą. Nie zapalił silnika.

– O koncercie nie ma już co marzyć – rzekł, patrząc przed siebie.

– Nie da się ukryć – powiedziała Leona. – Jest po dziesiątej. Masz na coś ochotę?

Nic nie przychodziło Craigowi do głowy. Ale wiedział, że musi zadzwonić do Jordana Stanhope’a, i nie była to miła perspektywa.

– Utrata pacjenta to chyba najgorsze, co może spotkać lekarza – zauważyła Leona.

– Czasem jeszcze trudniej jest poradzić sobie z tymi, którzy zostali – rzekł Craig, nie zdając sobie sprawy, jak proroczy komentarz wygłasza.

Nowy Jork, stan Nowy Jork

19.10

Doktor Jack Stapleton wolał nie myśleć, od ilu godzin tkwi w swoim zagraconym pokoju na czwartym piętrze nowojorskiego Inspektoratu Medycyny Sądowej. Jego kolega po fachu, doktor Chet McGovern, opuścił go zaraz po czwartej, udając się do swojego eleganckiego i modnego klubu sportowego w śródmieściu. Jak miał w zwyczaju, wcześniej suszył Jackowi głowę, by wybrał się tam wraz z nim, nęcąc go entuzjastycznymi opowiastkami o najświeższym narybku w pracującej nad rzeźbą ciała grupie, ponętnych klubowiczkach, wbitych w ciasno dopasowane, raczej wszystko odsłaniające niż cokolwiek zasłaniające kostiumy, ale Jack obronił się starą śpiewką, że gdy chodzi o sport, raczej woli być uczestnikiem niż widzem. Nie mógł uwierzyć, że Chet dusi się ze śmiechu, setny raz słysząc tę wyświechtaną wymówkę.

O piątej po południu doktor Laurie Montgomery, koleżanka i bratnia dusza Jacka, wetknęła głowę przez próg i oświadczyła, że jedzie do domu odświeżyć się i przebrać na romantyczne rendez-vous, które Jack zaaranżował w ich ulubionej restauracji, U Elio. Przez lata bywali tam na wielu godnych pamięci kolacyjkach. Zasugerowała, by do niej dołączył i również się odświeżył, ale Jack znów się wymówił, twierdząc, że jest zawalony robotą i że spotkają się o ósmej w restauracji. Odmiennie niż Chet, Laurie nie starała się wpłynąć na Jacka. Z jej perspektywy jego weekendowa przedsiębiorczość należała do kategorii zjawisk o tak rzadkiej częstotliwości występowania, że Laurie była gotowa uczynić wszystko, żeby ją przedłużyć. Modelowy wieczór Jacka obejmował rowerowy wyścig ze śmiercią na trasie praca–dom, wycieńczający mecz koszykówki z kolesiami z sąsiedztwa na pobliskim boisku, wchłonięcie byle jakiej sałaty w pierwszej lepszej knajpce przy Columbus Avenue około dziewiątej i padnięcie bez tchu i niepotrzebnej zwłoki do wyrka.

Jack wcale nie miał wiele do roboty i musiał sporo się nagimnastykować, szukając jakiegoś zajęcia, szczególnie przez ostatnią godzinę. Podpisał protokoły wszystkich co trudniejszych sekcji, jeszcze zanim usiadł za biurkiem. Tego akurat popołudnia zmuszał się do pracy po to, by czymś zająć swój tyleż nieposłuszny, co niespokojny umysł, który w kółko analizował tajne plany na nadchodzący wieczór. Zawodowa harówka lub siódme poty na boisku do koszykówki czy na rowerze zapewniały mu ucieczkę i zbawienie przez ponad czternaście lat i nie zamierzał z nich rezygnować. Niestety, obecne naciągane obowiązki nie pochłaniały jego uwagi, zwłaszcza że po prostu nie miał się czym zająć. Zaczął błądzić myślami po zakazanych obszarach, przeżywając związane z wieczornym wydarzeniem udręki i wątpliwości. Właśnie wtedy zabrzmiał sygnał jego komórki. Spojrzał na zegarek. Do magicznej godziny zero zostało mniej niż sześćdziesiąt minut. Poczuł żywsze uderzenie pulsu. Telefon w tym momencie był niepomyślnym znakiem. Ponieważ prawdopodobieństwo, że dzwoni Laurie, było równe zeru, prawdopodobieństwo, że dzwoni ktoś, kto wywróci mu wieczór do góry nogami, sięgało stu procent.

Wyciągnął telefon z futerału u paska i spojrzał na wyświetlacz. Słusznie się obawiał. Dzwonił Allen Eisenberg. Był jednym z patomorfologów, lekarzy szpitalnych dokonujących sekcji w zakładach lecznictwa zamkniętego, opłacanych przez Inspektorat Medycyny Sądowej w zamian za zajmowanie się rutynowymi przypadkami poza godzinami pracy Inspektoratu, które zdaniem dyżurnego technika kryminalistyka danego komisariatu policyjnego wymagały natychmiastowej obecności lekarza medycyny. Jeśli patomorfolog nie czuł się na siłach ocenić przypadek, kontaktował się z dyżurnym medykiem sądowym. Dziś wieczór dyżur pełnił Jack.

– Przepraszam, że dzwonię, doktorze Stapleton – ni to zajęczał, ni to zaskrzeczał Allen.

– O co chodzi?

– Samobójstwo, sir.

– Dobra, ale w czym rzecz? Nie dacie rady sami?

Jack nie znał zbyt dobrze Allena, ale znał Steve’a Marriotta, dyżurnego kryminalistyka, prawdziwego fachmana.

– Chodzi o ludzi, którzy stoją na świeczniku, sir. Zmarła jest żoną czy kochanką irańskiego dyplomaty. Facet wrzeszczy na wszystkich i grozi, że zatelefonuje do ambasadora. Pan Marriott zadzwonił do mnie, żebym mu pomógł, ale to trochę ponad moje siły.

Jack nie odpowiedział. Czekał go nieuchronny wyjazd na miejsce zdarzenia. Przypadki, w które zamieszani byli ludzie stojący na świeczniku, nieodmiennie zahaczały o politykę. Jack nienawidził tego aspektu swojej pracy. Poza tym nie miał pojęcia, czy wyrwie się stamtąd na tyle wcześnie, że zdąży do restauracji na ósmą, więc jego niepokój wzrósł.

– Jest pan tam wciąż, doktorze Stapleton?

– Od ostatniego zdania nigdzie się nie ruszyłem – warknął Jack.

– Myślałem, że może nas rozłączyło – powiedział Allen. – W każdym razie adres to Czterdziesta Siódma Ulica, wieżowiec ONZ, apartament pięćdziesiąt cztery J.

– Czy ciało było przemieszczane lub dotykane?

Jack włożył brązową sztruksową marynarkę, odruchowo dotykając zewnętrznej prawej kieszeni i sprawdzając, czy niewielki sześcienny przedmiot nadal tam spoczywa.

– Nie przeze mnie ani przez kryminalistyka.

– A przez policję? – Wyszedł na korytarz i ruszył w stronę wind. Hol był pusty.

– Nie sądzę, ale jeszcze nie pytałem.

– A co z tym mężem czy kochankiem?

– Proszę zapytać policję. Wywiadowca kierujący śledztwem stoi obok mnie i chce z panem rozmawiać.

– Dawać go!

– Hej, stary! – zahuczał nowy głos, zmuszając Jacka do odsunięcia telefonu od ucha. – Zbieraj dupę w troki i przyjeżdżaj!

Jack znał ten bas. Należał do jego wieloletniego przyjaciela, porucznika wywiadowcy Lou Soldano z wydziału zabójstw policji nowojorskiej. Jack znał Lou niemal tak długo jak Laurie. Poznali się dzięki niej.

– Mogłem się spodziewać, że to ty się za tym kryjesz! – jęknął Jack. – Mam nadzieję, że pamiętasz, że powinniśmy być o ósmej U Elio.

– Hej, nie zaplanowałem tego gówna. Spada na człowieka, kiedy chce.

– Co ty robisz przy samobójstwie? Podejrzewacie coś innego?

– Gdzie tam! To cacane samobójstwo. Strzał z przyłożenia w prawą skroń. Zabawiam tu na specjalne życzenie mojego ukochanego szefa, który ze względu na ciężar gatunkowy zaangażowanych stron szykuje sobie najlepszą osłonę przed ewentualnym ostrzałem, na jaką go stać. Jedziesz czy nie?

– Jestem w drodze. Ciało było przemieszczane lub dotykane?

– Nie przez nas.

– Kto tam wyje?

– To ten mąż czy kochaś dyplomata. Jeszcze żeśmy tego nie doszli. Pokurcz, ale mocno się stawia. Zaczynam tęsknić za zbolałymi gośćmi, którzy trzymają twarz na kłódkę. Drze na nas mordę, od kiedyśmy weszli. Po kątach nas rozstawia. Napoleon zasrany.

– O co mu chodzi? – spytał Jack.

– Ta jego żona czy kobita jest naga i on chce, żeby ją przykryć. Dostaje szału, a my nic nie możemy, póki technicy i konował nie zrobią tego, co muszą.

– Czekaj! – krzyknął Jack. – Mówisz, że jest naga?

– Nagusieńka jak święty turecki. Nawet bez włoska na cipce. Jest tam wypolerowana jak kula bilardowa, czego…

– Lou! – przerwał mu Jack. – To nie samobójstwo!

– No co ty? – zdziwił się Lou. – Chcesz mi powiedzieć, że na odległość potrafisz odróżnić samobójstwo od morderstwa?

– Zaraz tam będę, ale mówię ci, to żadne samobójstwo. Znaleźliście list pożegnalny?

– Chyba, ale jest w farsi. Trudno zgadnąć, o co w nim chodzi. Ten dyplomata upiera się, że to faktycznie list pożegnalny.

– To nie było samobójstwo, Lou – powtórzył Jack. Winda przyjechała. Wszedł do środka, ale nie zamykał drzwi. Nie chciał stracić połączenia z Lou. – Stawiam pięć dolarów. Nigdy nie słyszałem, żeby kobieta popełniła samobójstwo nago. To się nie zdarza.

– Żartujesz!

– Nie, nie żartuję. Rzecz rozbija się o to, że samobójczynie nie chcą, żeby znaleziono je w takim stanie. Lepiej weź to pod uwagę i niech twoi ludzie też o tym wiedzą. I sam kojarzysz, że ten podskakiwacz dyplomata, czy kim tam jest, to twój podejrzany numer jeden. Nie daj mu się rozpłynąć za murami ambasady Iranu. Możesz go więcej nie zobaczyć.

Drzwi szybu windy zamknęły się równocześnie z komórką Jacka. Żywił nadzieję, że ta przeszkoda nie zniweczy na dobre jego wieczornych planów. Miał niewiele obsesji, ale tą pierwszą, prawdziwą i najbardziej przemożną był strach, że śmierć tropi ludzi, których on kocha, i że będzie współwinny ich odejścia. Spojrzał na zegarek. Było dwadzieścia po siódmej.

– Niech to cholera! – zaklął głośno i z irytacją uderzył kilka razy otwartymi dłońmi o drzwi windy. Może jeszcze raz powinien rozważyć cały pomysł.

Ze zręcznością, którą rodzi powtarzalność, wyniósł swój górski rower z magazynu trumien dla bezimiennych i bezdomnych, rozpiął blokadę, nałożył kask i wszedł na rampę przy Trzydziestej Ulicy. Lawirując między karetkami z kostnicy, wyjechał na trotuar. Na rogu skręcił w prawo, w Pierwszą Aleję.

Gdy tylko wsiadł na rower, pozbył się niepokoju. Stanął na pedałach, przyspieszył i wystrzelił jak z procy, błyskawicznie nabierając tempa. Godzina szczytu minęła, uliczny ruch zelżał, tak że prywatne samochody, taksówki, autobusy i ciężarówki pędziły z dużą prędkością. Jack nie mógł im dorównać, ale to nie znaczyło, że się wlókł. Gdy osiągnął swoją przeciętną szybkość, opadł na siodełko i zmienił przerzutkę, przebierając wolniej nogami. Dzięki codziennej jeździe i grze w kosza był w znakomitej formie.

Wieczór był cudowny, złoty blask przesączał miejski horyzont. Sylwetki drapaczy chmur rysowały się ostro na tle ciemnobłękitnego, z każdą chwilą o ton głębszego nieba. Jack minął ośrodek medyczny Uniwersytetu Nowojorskiego i kompleks Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Kiedy się dało, trawersował w lewo, aby skręcić w jednokierunkową Czterdziestą Siódmą, która biegła na wschód.

Apartamentowce pracowników ONZ stały zaraz przy skrzyżowaniu z Pierwszą Aleją. Obleczona w szkło i marmur budowla wystrzelała na imponującą wysokość ponad sześćdziesięciu kondygnacji, muskając ciemniejące niebo. Przed rozpiętą od wejścia do ulicy markizą stało kilka radiowozów z włączonymi kogutami. Obyci z takimi widokami nowojorczycy przechodzili mimo, nawet nie patrząc. Obok jednego z oznakowanych wozów stał podniszczony chevrolet malibu. Jack poznał wóz Lou. Przed malibu czekała furgonetka służby zdrowia.

Jack zabezpieczył rower przy znaku zakazu postoju. Niepokój wrócił. Przejażdżka trwała zbyt krótko, aby przyniosła trwały spokój. Dochodziło już wpół do ósmej. Okazał legitymację medyka sądowego portierowi, który skierował go na pięćdziesiąte trzecie piętro.

W apartamencie 54J emocje już opadły. Gdy Jack wszedł do środka, Lou Soldano, Allen Eisenberg, Steve Marriott i mundurowi policjanci tkwili bez ruchu w różnych miejscach salonu, jakby siedzieli w lekarskiej poczekalni.

– Co jest? – spytał Jack. Panowała cisza. Nawet nikt nie rozmawiał.

– Czekamy na ciebie i ekipę – wyjaśnił Lou, wstając.

Inni poszli za jego przykładem. Lou nie miał na sobie swojego firmowego stroju, z daleka pyszniącego się wygnieceniem i rozchełstaniem; tym razem włożył starannie wyprasowaną, zapiętą na ostatni guzik koszulę, nowy stonowany krawat i dobraną ze smakiem, chociaż może niezbyt odpowiednią w tym miejscu i tych okolicznościach sportową wełnianą marynarkę, która wyglądała na jego potężnej postaci jak z młodszego brata. Lou był doświadczonym tajniakiem. Sześć lat gnębił mafiosów, po czym przeszedł do wydziału zabójstw. Pracował tam już dziesięć lat i widać było, że lubi tę robotę.

– Muszę powiedzieć, że wyglądasz rewelacyjnie – skomentował wygląd przyjaciela Jack. Lou nawet wyszczotkował krótko ścięte włosy i nie straszył swoim sławnym popołudniowym zarostem.

– Człowiek robi, co może – skomentował komentarz Lou, unosząc ramiona, jakby chciał dla lepszego efektu zademonstrować bicepsy. – Na okoliczność twojego wieczornego przyjęcia pojechałem do domu i wskoczyłem w te szmaty. Tak między nami, co to za okazja?

– Gdzie pan dyplomata? – spytał Jack, nie odpowiadając. Zajrzał do kuchni i pokoju, który wyglądał na jadalnię. Poza salonem apartament wydawał się pusty.

– Prysnął. Wyrwał się stąd zaraz po tym, jak skończyliśmy gadać, grożąc nam wszystkim najgorszymi konsekwencjami.

– Nie powinieneś go wypuszczać.

– A co mogłem zrobić? – powiedział ze smutkiem w głosie Lou. – Nie miałem nakazu.

– Nie mogłeś go zatrzymać na przesłuchanie, zanim dojadę?

– Słuchaj, kapitan przydzielił mi tę sprawę, żebym załatwił ją jak najprościej i nie narobił jaj. Zapuszkować gościa w tej fazie śledztwa to byłyby jaja jak berety.

– Dobra, dobra! To twój problem, nie mój. Obejrzyjmy ciało.

Lou wskazał otwarte drzwi sypialni.

– Już ją zidentyfikowałeś? – spytał Jack.

– Jeszcze nie. Portier mówi, że mieszkała tu niecały miesiąc i słabo mówiła po angielsku.

Jack rozejrzał się, zanim przystąpił do oględzin. Wnętrze zaprojektowano i urządzono na zamówienie. Wykładzina i ściany czarne, lustra na suficie, story, bibeloty i meble białe, pościel również. W powietrzu wisiał odór jatki. Jak zapowiedział Lou, trup był nagi. Zmarła leżała na łóżku na wznak, nieco po skosie, stopami muskając podłogę z lewej strony. Jej karnacja za życia była bardzo ciemna, teraz na tle pościeli miała barwę popiołu, wyjąwszy siniaki na twarzy i podbite oko. Rozrzuciła ramiona, dłonie odwróciła wnętrzem ku górze. W prawej słabo trzymała samopowtarzalny pistolet, wsunąwszy palec wskazujący w kabłąk spustowy. Głowę odwróciła nieco w lewo. Oczy miała otwarte. Wysoko na prawej skroni była rana wlotowa. Głowa spoczywała w dużej plamie krwi. Za lewą skronią ciągnął się krwawy, pokryty strzępami tkanek ślad.

– Niektórzy z tych Arabów to damscy bokserzy – stwierdził Jack.

– Tak ludzie mówią – mruknął Lou. – Czy te siniaki i podbite oko to od rany postrzałowej?

– Wątpię – rzekł Jack. Spytał Steve’a i Allena: – Foty trzaśnięte?

– Tak – zawołał od drzwi Steve.

Jack włożył lateksowe rękawiczki i ostrożnie rozsunął ciemne, prawie czarne włosy kobiety, odsłaniając ranę wlotową. Otwór miał wyraźny gwiaździsty kształt, co dowodziło, że strzał nastąpił z przyłożenia.

Jack nadal ostrożnie odwrócił głowę ofiary, badając ranę wylotową. Była poniżej lewego ucha. Wyprostował się.

– Kolejny dowód – powiedział.

– Niby czego? – spytał Lou.

– Że to nie było samobójstwo. Pocisk przeszedł w dół. Ludzie się tak nie zabijają. – Zamarkował dłonią pistolet, przykładając czubek palca wskazującego do skroni jak wylot lufy. Linia, którą wyznaczał palec, była równoległa do podłogi. – Kiedy człowiek strzela do siebie, tor pocisku na ogół biegnie równolegle do podłoża albo nieco w górę, nigdy w dół. To zabójstwo upozorowane na samobójstwo.

– Serdeczne dzięki – zamruczał basowo Lou. – Miałem nadzieję, że te wnioski, które wyciągnąłeś z faktu, że była naga, okażą się mylne.

– Przykro mi.

– Masz jakieś rozeznanie, kiedy to się stało?

– Jeszcze nie, ale tak na oko niedawno. Ktoś słyszał wystrzał? Mielibyśmy dokładniejszą wskazówkę.

– Niestety nie.

– Panie poruczniku! – zawołał od drzwi jeden z mundurowych. – Ekipa techniczna przyjechała!

– Niech się ładują – polecił Lou. Spytał Jacka: – No jak, skończyłeś?

– Skończyłem. Rano będę miał dla ciebie coś więcej. Sam zrobię sekcję.

– W takim razie dołączę do ciebie. – Przez lata Lou nauczył się, że nie ma to jak obecność podczas sekcji ofiary, kiedy samemu można wypatrzyć to i owo.

– W takim razie to by było na tyle – oświadczył Jack, z pośpiechem zdzierając rękawiczki. – Spływam.

Spojrzał na zegarek. Jeszcze nie był spóźniony, ale zostało mu niewiele czasu. Była za osiem ósma. Dojazd do restauracji miał zabrać ponad osiem minut. Zauważył, że tymczasem Lou nisko pochyla się nad posłaniem, w skupieniu oglądając małą łezkę w prześcieradle, pół metra za ciałem w kierunku zagłówka.

– Co tam masz?

– Co o tym myślisz? Nie wydaje ci się, że to pocisk wbił się w materac?

Jack, pochyliwszy się, ocenił centymetrową prostą skazę. Kiwnął głową.

– Też tak sądzę. Na brzegach są minimalne ślady krwi.

Lou wyprostował się. Technicy wnosili sprzęt. Lou powiedział im o pocisku i zapewnili go, że zrobią, co się da, by go odzyskać.

– Wyrwiesz się stąd w sensownej porze? – z niepokojem zapytał Jack.

Lou wzruszył ramionami.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, żebym z tobą pojechał. Skoro dyplomata się ulotnił, nic tu po mnie. Podrzucę cię.

– Mam rower – powiedział Jack.

– Też problem. Wsadź go do wozu. Będziesz wcześniej na miejscu. Poza tym tak jest bezpieczniej niż tą twoją hulajnogą. Nie do wiary, że Laurie wciąż pozwala ci się turlać po mieście na tej zabawce, zwłaszcza kiedy wy, chłopaki, oglądacie tylu sprasowanych kurierów.

– Ja uważam – zaprotestował Jack.

– Pieprzenie. On uważa. Nie raz widziałem, jak zasuwasz po mieście jak wariat.

Jack zastanowił się, co robić. Chciał pojechać rowerem, bo liczył na to, że w ten sposób uspokoi skołatane nerwy, a poza tym nie wyobrażał sobie, jak zniesie odór pięćdziesięciu miliardów papierosów wypalonych w chevrolecie Lou, ale równocześnie musiał przyznać, że Lou szybciej pokona samochodem dystans do Elio niż on na rowerze. A godzina ósma była coraz bliżej.

– W porządku – rzekł niechętnie.

– Dobry Boże, przebłysk dorosłości – powiedział Lou. Wyjął kluczyki i rzucił je Jackowi. – Załaduj rower, ja zamienię słówko z chłopakami. Muszę się upewnić, że zrobią wszystko jak należy.

Dziesięć minut później Lou jechał na północ Park Avenue, jego zdaniem najszybszą trasą do celu. Rower Jacka odpoczywał na tylnej kanapie, koła osobno. Jack wymusił na kierowcy opuszczenie wszystkich okien. Dzięki temu mógł oddychać, mimo że zawartość popielniczki wysypywała się na podłogę.

– Coś taki spięty? – spytał Lou, gdy mijali Grand Central Station, wjeżdżając na estakadę.

– Nie chciałbym się spóźnić.

– W najgorszym razie będziemy kwadrans po czasie. Wedle mojej etykiety to żadna sprawa.

Jack spojrzał przez okno. Lou miał rację. Piętnastominutowe spóźnienie mieściło się w ramach norm towarzyskich, jednak przypomnienie tej zasady bynajmniej nie poprawiło mu nastroju.

– No więc co to za okazja? Nic jeszcze nie powiedziałeś. Jack nie chciał się odsłonić.

– Czy musi być jakaś okazja?

– Już jesteśmy.

Lou rzucił szybkie spojrzenie na przyjaciela. Jack zwykle nie bywał skryty, ale Lou nie drążył tematu. Coś podejrzewał, ale nie miał zamiaru naciskać.

Zaparkowali w strefie zakazu parkowania, pod znakiem grożącym odholowaniem pojazdów, kilka kroków od wejścia do restauracji. Lou zostawił za szybą policyjny dowód rejestracyjny.

– Myślisz, że to wystarczy? – niepokoił się Jack. – Nie chcę szukać roweru na policyjnym parkingu.

– Mojego wozu nie zabiorą! – oświadczył z pełnym przekonaniem Lou.

Weszli do restauracji, mieszając się z tłumem. Lokal pękał w szwach, zwłaszcza przy barze, bliżej drzwi.

– Są wszyscy, co pojechali na zieloną trawkę i właśnie wrócili – wyjaśnił Lou, niemal krzycząc, aby pokonać głośne rozmowy i śmiechy.

Jack skinął głową, przepraszając tych, których miał przed sobą, i wcisnął się bokiem w ciżbę. Potrącani ludzie żonglowali pełnymi szklaneczkami. Szukał szefowej sali, łagodnej wiotkiej kobiety o miłym uśmiechu. Zanim ją znalazł, poczuł stanowcze klepnięcie w ramię. Odwrócił się i spojrzał prosto w zielone oczy Laurie. Nie ulegało wątpliwości, że bardzo poważnie podeszła do kwestii „odświeżenia”. Rozpuściła francuski warkocz, który splatała do pracy, i jej puszyste kasztanowe loki opadały swobodnie na ramiona. Miała na sobie białą koronkową bluzkę ze stójką, jaką nosiła nawet nie jej babcia, ale pewnie prababcia, i aksamitny miodowy żakiet. Jack uwielbiał to zestawienie. W półświetle restauracji skóra Laurie lśniła jak rozżarzona wewnętrznym blaskiem.

Tak, Laurie prezentowała się znakomicie, ale był pewien kłopot. Jeśli Jack oczekiwał, że ujrzy na jej twarzy ciepło i radość, to się pomylił. Ponieważ Laurie rzadko zadawała sobie trud ukrywania emocji, Jack mógł zobaczyć, co czuje. Sopel lodu emanowałby większym żarem. Coś było nie tak.

Przeprosił za spóźnienie, tłumacząc, że wezwano go na miejsce zdarzenia, gdzie spotkał Lou. Spojrzał za siebie, wyciągnął rękę i zholował przyjaciela w strefę rozmowy. Lou i Laurie wymienili pocałunki, nie dotykając się policzkami. W rewanżu Laurie również zanurzyła rękę w tłum i przyciągnęła Warrena Wilsona i jego stałą dziewczynę, Natalie Adams. Warren był groźnie zbudowanym Murzynem, z którym Jack blisko się zaprzyjaźnił, po tym jak któregoś wieczoru poznali się na boisku.

Po wymianie powitań Jack wrzasnął, że poszuka szefowej sali i spyta o stolik. Gdy ruszył w jej stronę, wyczuł, że Laurie idzie tuż za nim.

Zatrzymał się przed stanowiskiem szefa sali, strefą buforową, oddzielającą część barową od stolikowej. Dojrzał kierowniczkę, usadzającą gości przy stoliku. Odwrócił się do Laurie, niepewny, czy przeprosiny odniosły jakiś skutek.

– Nie spóźniłeś się – powiedziała, jakby czytała w jego myślach. Z treści słów mógł wnioskować o ułaskawieniu. Ale nie z tonu. – Przyjechaliśmy kilka minut przed wami. Prawdę mówiąc, byłeś całkiem punktualny.

Jack oceniał twarz Laurie. Zaciśnięte szczęki i kreseczka warg wskazywały na to, że była wciąż zirytowana, ale nie miał pojęcia, co ją zdenerwowało.

– Wyglądasz, jakbyś była nie w sosie. Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?

– Spodziewałam się romantycznej kolacji we dwoje – powiedziała. Gniewny ton uleciał, w jej głosie rozbrzmiewał prawie żal. – A tu zjawia się cała horda.

– Warren, Natalie i Lou to żadna horda – zaprotestował Jack. – To nasi najlepsi przyjaciele.

– Dobrze, ale powinieneś mi o tym wcześniej powiedzieć. – Irytacja znów doszła do głosu. – Nie ma co, najwyraźniej dla ciebie ten wieczór nie był tak ważny jak dla mnie.

Jack odwrócił wzrok. Musiał się wziąć w karby. Kiedy planował wieczór, doświadczał mieszanych uczuć, przede wszystkim sporej dawki niepokoju, ale nie spodziewał się takiej niechęci, nawet jeśli po części usprawiedliwionej. Najwyraźniej niechcący uraził Laurie, nie przewidując jej emocji; myślał tylko o sobie. Przez głowę mu nie przeszło, że będzie chciała spędzić ten wieczór we dwoje.

– Tylko nie wywracaj oczami! – warknęła Laurie. – Mogłeś napomknąć, jak sobie to wyobrażasz. Wiesz, że nigdy mi nie przeszkadza, kiedy chcesz wyjść z Warrenem i z Lou.

Jack patrzył wszędzie tylko nie na Laurie i trzymał język za zębami. Na szczęście wiedział, że gdyby go rozpuścił, wszystkie jego plany ległyby w gruzach. Odetchnął głęboko, postanowił się pokajać i spojrzał w oczy Laurie.

– Przepraszam – rzekł z całą szczerością, na jaką w tych okolicznościach potrafił się zdobyć. – Nie wpadłem na to, że poczujesz się urażona, że zaaranżowałem kolację w szerszym gronie. Powinienem więcej ci powiedzieć. Szczerze mówiąc, zaprosiłem ich ze względu na wsparcie.

Laurie ściągnęła brwi, teraz wyraźnie zbita z tropu.

– Jakie wsparcie? Nie rozumiem.

– W tej chwili trudno byłoby mi to wytłumaczyć. Poczekałabyś jeszcze pół godziny?

– Czemu nie. – Nadal była zbita z tropu. – Tylko nie kojarzę, o co ci chodzi z tym wsparciem. Ale już się nie gniewam.

– Chwała Bogu. – Sapnął z ulgą, zanim spojrzał w głąb restauracji. – Gdzie ta szefowa sali i gdzie nasz stolik?

Minęło dwadzieścia minut, zanim grupa przyjaciół wreszcie mogła zająć miejsca. Laurie zachowywała się tak, jakby zapomniała o wcześniejszej urazie. Dobrze się bawiła, śmiała bez przymusu i żywo dyskutowała, chociaż Jack wyczuwał, że unika go wzrokiem. Siedziała tuż obok, tak że widział tylko jej profil. Miał piękną linię i jak to z klasycznymi profilami bywa – jedną wadę. Był nieodgadniony.

Ku zadowoleniu Jacka i Laurie przy stoliku pojawił się ten sam kelner, który obsługiwał ich podczas wcześniejszych wizyt, osobnik o niewiarygodnie długich, podkręconych wąsach. Kuchnia U Elio była znakomita, kucharz nie schodził poniżej pewnego poziomu, nawet gdy miał słaby dzień. Jak było w zeszłym roku, podczas ich ostatniej wspólnej kolacji, która zresztą wyznaczyła nadir ich związku, obejmujący miesięczną przerwę we wspólnym zamieszkiwaniu. Laurie wyjawiła wtedy Jackowi, że jest w ciąży, a Jack zrobił z siebie idiotę, pytając żartobliwie – we własnym mniemaniu – kim jest szczęśliwy ojciec. Związek przetrwał, ale Laurie nie donosiła ciąży. Była to ciąża pozamaciczna i musiano przeprowadzić operację, aby ocalić życie Laurie.

Pozornie z własnej inicjatywy, chociaż tak naprawdę na wcześniejsze polecenie Jacka, kelner rozstawił szampanki i otworzył zmrożoną butelkę. Okrzyki entuzjazmu przywitały wystrzał korka. Musujący płyn szybko wypełnił kieliszki.

– No, stary – rzekł Warren, wznosząc kieliszek. – Za przyjaźń.

Wszyscy poszli za jego przykładem z wyjątkiem Jacka, który uniósł dłoń.

– Jeśli nie macie nic przeciwko temu, chciałbym teraz coś powiedzieć. Wszyscy się zastanawialiście, szczególnie Laurie, dlaczego was dziś zaprosiłem. Otóż w gruncie rzeczy chodzi o to, że od dłuższego czasu chciałem wykonać pewien krok, ale brakowało mi odwagi i potrzebuję waszego wsparcia. Dlatego właśnie chcę wznieść bardzo egoistyczny toast.

Włożył rękę do kieszeni marynarki. Po chwili mocowania się z materiałem wydobył małe, owinięte eleganckim papierem i przewiązane srebrną kokardką pudełeczko. Położył je przed Laurie i dopiero wtedy sięgnął po kieliszek.

– Chcę wznieść toast za Laurie i za siebie.

– Wspaniale! – wykrzyknął radośnie Lou. – Za was, kochani. – Podniósł kieliszek. Pozostali zrobili to samo. Z wyjątkiem Laurie.

– Za was, kochani – powtórzył Warren.

– Wszystkiego najlepszego! – dołączyła się Natalie.

Wszyscy wypili, poza Laurie, która jak skamieniała patrzyła na leżące przed nią pudełeczko. Domyślała się, co się dzieje. Ale nie mogła w to uwierzyć. Emocje rozsadzały ją jak szampan butelkę i bała się, że jeśli im ulegnie, zacznie płakać.

– Nie wypijesz tego toastu? – spytał Jack. Widząc, że ani drgnie, poczuł zimny pot. Nie potrafił przewidzieć jej reakcji. W panice zaczął się zastanawiać, co zrobi i powie, jeśli ona odmówi.

Laurie z trudem oderwała oczy od ślicznie zapakowanego pudełka i spojrzała na Jacka. Domyślała się, czego może się spodziewać, ale bała się w to uwierzyć. Zbyt wiele razy się pomyliła. Bardzo kochała Jacka, ale równie mocno zdawała sobie sprawę, że dźwiga on ciężki psychologiczny bagaż. Zanim się poznali, przeżył tragedię, która zostawiła na nim piętno, tak więc przyzwyczaiła się do myśli, że widma przeszłości nigdy nie dadzą mu spokoju.

– Hej, śmiało! – zachęcił ją Lou. – Co to takiego, do diabła? Otwórz.

– No, śmiało, Laurie – poparł go Warren.

– Mam to teraz otworzyć? – spytała. Nadal nie odrywała wzroku od Jacka.

– Tak mniej więcej zakładałem – powiedział Jack. – Oczywiście, jeśli wolisz, możesz zaczekać kilka lat. Jestem jak najdalszy od tego, żeby wywierać na ciebie jakąkolwiek presję.

Laurie uśmiechnęła się. Jej sarkastyczny Jack czasem potrafił być dowcipny. Drżącymi palcami najpierw rozwiązała kokardkę, a potem rozwinęła opakowanie. Wszyscy poza Jackiem pochylili się wyczekująco nad stołem. Ujrzeli puzderko z czarnego gniecionego weluru. Pełna obawy, że Jack a nuż zdecydował się na równie wyrafinowany co niemiły żart, obierając ją za ofiarę, Laurie otworzyła puzderko. Zamrugał do niej brylant od Tiffany’ego, migocąc własnym, wewnętrznym światłem.

Odwróciła puzderko, tak że pozostali mogli zobaczyć zawartość, kurczowo zacisnęła powieki i starała się opanować łzy. Jej skłonność do wzruszeń zawsze doprowadzała ją do szewskiej pasji, chociaż w tych okolicznościach zasługiwała na rozgrzeszenie. Byli parą prawie od dziesięciu lat, mieszkali pod jednym dachem też długo, chociaż z przerwami. Od dawna chciała, by zostali małżeństwem, i była przekonana, że Jack czuje to samo.

Ze wszystkich stron posypały się ochy i achy.

– Więc…? – spytał ją Jack.

Laurie nadal walczyła z emocjami. Kłykciem otarła łzy z kącików oczu. Spojrzała na Jacka i impulsywnie postanowiła odwrócić sytuację, udać, że nie wie, co to wszystko znaczy, i zmusić go do działania. Innymi słowy, postanowiła zachować się jak Jack. Po tych wszystkich latach lawirowania chciała usłyszeć, jak mówi głośno i wyraźnie, o co mu chodzi.

– Co „więc”? – spytała.

– To pierścionek zaręczynowy! – powiedział Jack, śmiejąc się nerwowo.

– Wiem, co to jest. Ale co to znaczy? – Była zadowolona. Przypieranie Jacka do muru miało tę dodatkową zaletę, że pozwoliło jej opanować emocje. Gdy patrzyła, jak się wije, nie mogła się powstrzymać od lekkiego uśmiechu.

– Nie ględź, tylko mów, dupku! – zahuczał Lou. – Oświadcz się!

Jack wyczuł intencje Laurie i odpowiedział jej takim samym uśmieszkiem.

– Już dobrze, dobrze! – powiedział, uciszając Lou. – Laurie, moja miłości, mimo nieszczęść spadłych na tych, których kochałem i wielbiłem, i lęku, że podobne nieszczęście może dosięgnąć również ciebie, pytam cię: Czy zechcesz zostać moją żoną?

– Tak już lepiej! – wykrzyknął Lou, znów unosząc szkło. – Proponuję toast na cześć propozycji Jacka.

Tym razem wszyscy wypili.

– Więc…? – powtórzył Jack, znów skupiając się na Laurie. Zastanowiła się chwilę, zanim odpowiedziała.

– Znam twoje lęki i rozumiem, że nie są bezpodstawne. Tyle że ich nie podzielam. Niech będzie, co ma być, zgadzam się na ryzyko, prawdziwe czy urojone. Jeśli coś się mi przydarzy, będzie to wyłącznie moja wina. Z tym zastrzeżeniem, tak, chcę zostać twoją żoną.

Wszyscy klaskali i wiwatowali, podczas gdy Jack i Laurie wymienili wstydliwy pocałunek i nieporadny uścisk. Laurie wyjęła pierścionek z puzderka i wsunęła go na palec. Wyprostowała rękę i oceniła prezent.

– Pasuje idealnie. Cudowny!

– Pożyczyłem na dzień jeden z twoich pierścionków, żeby mieć rozmiar – przyznał się Jack.

– Coś malutki – krytycznie ocenił Lou. – Dorzucają do niego lupę? – Jack cisnął w niego serwetką. Lou ją złapał, zanim owinęła się wokół jego twarzy. – Twoi najlepsi przyjaciele są zawsze szczerzy. – Roześmiał się szeroko. Odrzucił Jackowi serwetkę.

– Idealny rozmiar – powiedziała Laurie. – Nie lubię krzykliwej biżuterii.

– Masz, co chciałaś – dodał Lou. – Nikt nie nazwałby tego mikrusa krzykliwym.

– Kiedy wielki dzień? – spytała Natalie. Jack spojrzał na Laurie.

– Oczywiście nie obgadaliśmy tego, ale decyzję chyba zostawię Laurie.

– Naprawdę? – zapytała Laurie.

– Naprawdę – odparł Jack.

– W takim razie datę ślubu omówię z mamą. Wiele razy mi mówiła, że chciałaby, żebym wzięła ślub w kościele Riverside. To było jej wymarzone miejsce ślubu, ale nigdy nic z tego nie wyszło. Jeśli można, chciałabym, żeby ona ustaliła datę i miejsce.

– Ja nie mam nic przeciwko temu – oświadczył Jack. – Gdzie ten kelner? Mam ochotę na więcej szampana.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W USA zazwyczaj okres od trzech do siedmiu lat (chociaż w niektórych stanach tylko rok), podczas których absolwent akademii medycznej zdobywa doświadczenie praktyczne w szpitalu, pod okiem lekarzy o wyższych kwalifikacjach; połączenie stażu i specjalizacji. [wróć]

Patience – „cierpliwość”. [wróć]

Określone substancje, których obecność w organizmie świadczy o zagrożeniu zdrowia. [wróć]

Spis treści

Podziękowania

Dedykacja

***

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Epilog

Nota autora

Bibliografia

Podziękowania tłumacza

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Crisis

Copyright © 2006 by Robin Cook

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Zofia Zawadzka

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce © Shutterstock® Images

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Kryzys, wyd. II, Poznań 2012)

ISBN 978-83-8062-909-7

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szarlatani Polisa śmierci Ciało obce Kryzys Znieczulenie Dewiacja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer