Domek na drzewie

Domek na drzewie

Autorzy: K.K. Allen

Wydawnictwo: Filia

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.93 zł

 

Chciałam jedynie podążać za głosem swojego serca.
Zamiast tego zgubiłam swoją duszę…
Chciałam wyznać mu swoje sekrety, a przypadkowo stał się jednym z nich.

Chloe Rivers nie sądziła, że będzie miała tajemnice przed swoim najlepszym przyjacielem, ale nie mogła też przypuszczać, że się w nim zakocha. Kiedy w końcu zdecydowała się wyjawić mu swe uczucia, chłopak ją odrzucił.

Gavin Rhodes nie spodziewał się zdrady. Chloe od zawsze stanowiła jedynie zakazaną fantazję – była słodka, piękna, kusząca. Jednak, gdy w końcu nadarzyła się okazja, chłopak popełnił swój największy błąd.
A teraz jest już za późno…

Cztery lata po katastrofalnej tragedii ścieżki życiowe Chloe i Gavina ponownie się krzyżują. Młodzi, ścigani błędami przeszłości, muszą pogodzić się z tym, co ich spotkało. Walczą przy tym z emocjami, które prowadzą ich wprost do miejsca, w którym rozpoczęła się cała ta historia…
Do domku na drzewie…

Niewinności,

żyjącej w każdym z nas

Wstęp

Najlepsza miłość to ta kiełkująca z przyjaźni. Wzrastająca i pielęgnowana z cierpliwością i życzliwością, rozkwitająca we właściwej chwili. Opierająca się siłom natury pragnącym ją zniszczyć, skosić i spalić – zmusić, by powróciła do źródła, zetrzeć w proch, jakby w ogóle nie istniała.

PIERWSZY KONAR

Wieczór po ukończeniu szkoły średniej

Ktoś powiedział mi, że istnieje miejsce,

gdzie jesteśmy bezpieczni i wszystko jest lepsze

~ John Mayer

Walk On The Ocean

Błędy (część I)

Chloe

Krzywi się, wyraz jego twarzy przypomina poskręcany sznur świątecznych lampek, które większość ludzi dawno już by wyrzuciła. Splątana, zagmatwana, beznadziejna kupka starych wspomnień… której z jakiegoś powodu nie potrafię się pozbyć. Podobnie jak nie jestem w stanie zrezygnować z przyjaźni z Devonem Rhodesem.

Devon niepokoi mnie z wielu powodów, przez co w moim umyśle odzywa się alarm, jednak mimo tego ma tyle uroku, że potrafi sprawić, bym go wyciszyła. To chłopak, który nagina i łamie zasady, ponieważ dla niego działanie warte jest ryzyka. Jest facetem, który przysięga, że nie zaangażuje się w poważny związek, bo… No bo jaki to ma sens? Jest kimś – z milionem problemów, wyglądem buntownika i siłą, która mnie przeraża – kto z jakiegoś powodu mnie wybrał. W tej chwili jest moim beznadziejnym sznurem lampek choinkowych, z którym muszę się uporać, ale nie potrafię odnaleźć w sobie siły, by go rozplątać. A może już nie chcę tego robić.

Gniew wylewa się rykiem z jego piersi, a nozdrza spłaszczają, gdy chłopak zmierza ku mnie.

– Co to, do diabła, jest, Chloe?! – Żółte strony mojego pamiętnika trzepoczą w powietrzu z każdym ruchem jego ręki, drwiąc ze mnie po drugiej stronie mojego pokoju.

Jak go znalazł?

Alkohol wylewa się z niebieskiego plastikowego kubka – wiem, że to nie jego pierwszy ani nie ostatni dzisiaj. Kiedy płyn skapuje na drewnianą podłogę, mogę wyobrazić sobie kwaśny odór, jaki będzie czuć rano. Dzisiejszy wieczór powinien się wypełnić radosnym świętowaniem połączonym z kiepskim tańcem, wkurzonymi sąsiadami i zapewne jakimiś kąpielami na golasa. Stojący przede mną pijany jegomość nie jest tym, z kim miałabym ochotę spędzić tę noc.

Wciąż mam na sobie togę, szorstka tkanina drapie moją skórę, dając fałszywe poczucie bezpieczeństwa, gdy Devon piorunuje mnie wzrokiem. Gdybym tylko mogła schować pod nią też głowę, by uniknąć kolejnej kłótni. Materiał przynajmniej stłumiłby jego krzyki i zasłonił napływające mi do oczu łzy. Gdyby tylko…

Nie ma sensu pytać, o co mu chodzi ani dlaczego wygląda, jakby miał ochotę rzucić moim pamiętnikiem – i mną – przez pokój. Dobrze znam historię, którą trzyma w pobielałych palcach. Jesteśmy ze sobą od czterech miesięcy, a on zachowuje się, jakby miał prawo do moich myśli, obaw i marzeń. Ignoruję fakt, że jego gniew może być podsycany tym, co przeczytał, i skupiony na tym, co zrobił źle.

– Czytałeś mój dziennik?! – wybucham. – Dlaczego? – Głos nieustannie mi drży, choć staram się nad nim zapanować. Wiem, że muszę wziąć się w garść. Devon jest w stanie wyczuć słabość na kilometr i wykorzystać ją na swoją korzyść.

W odpowiedzi nadal piorunuje mnie wzrokiem, nienawiść bije z niego przy każdym oddechu. Być może nienawidzę teraz siebie samej za to, że do tego dopuściłam. Jego gniew zawsze był jak bestia, gotowy uwolnić się, gdy zrobię coś nie tak, a alkohol tylko dodatkowo go napędza. Devon nigdy mnie nie uderzył, ale w pewnych sytuacjach sprawił, że zastanawiałam się, jak bardzo bolałby jego cios. Podczas naszej niedawnej kłótni jego pięść znalazła się w mojej przestrzeni osobistej. Była tak blisko, że na policzku poczułam podmuch powietrza, nim zamknięta dłoń trafiła w ścianę. Nie chciał mnie uderzyć. Tak mi się wydaje. Ale pamiętam, że tak długo zaciskałam powieki, że chwilę zajęło, zanim wrócił mi normalny wzrok. Gdy stałam z zamkniętymi oczami, wyobrażałam sobie, że jego pięść trafia mnie w twarz, i zastanawiałam się, czy jeśli się na to przygotuję, będzie boleć mniej.

Devon to postawny chłopak, ma atletyczną sylwetkę i metr dziewięćdziesiąt wzrostu, więc jest prawie trzydzieści centymetrów wyższy ode mnie. Podchodzi bliżej, rzucając na mnie cień, przypominając mi o mojej niższości. Cieszy go to – pokazywanie, że gdyby chciał, mógłby zrobić mi krzywdę. I wydaje mi się, że chce.

Jedyną różnicą między przeszłością a teraźniejszością jest fakt, że przeżyłam to tak wiele razy, że się nie boję. Już nie. Nie przeraża mnie nawet, iż jesteśmy sami. Do tej pory Devon powinien się przekonać, że nie ma do czynienia ze słabeuszem, jakim chciałby, bym była.

Zamiast odwrócić wzrok lub ponownie zamknąć powieki, prostuję się i patrzę mu wprost w pełne wściekłości oczy. Jeśli postanowi mnie uderzyć, chcę, by widział, że nie boję się jego gróźb.

– To pamiętnik, Devonie. Przecież cię nie zdradziłam.

Nie wie, że jestem świadoma jego eskapad, ale moja odpowiedź przykuwa jego uwagę. W wyrazie jego twarzy przez sekundę widać zmartwienie, nim bierze się w garść, staje prosto i ze śmiechem nadyma pierś. Wydaje mi się, że ten śmiech rani bardziej, niż mogłaby zrobić to pięść. Nie przyznaje się do własnych wyskoków – nie żeby musiał, skoro miesiąc temu znalazłam kupkę pustych opakowań po prezerwatywach w jego hondzie. Jasne, mogły tam leżeć od czasu, gdy jeszcze nie byliśmy razem, ale przeczucie podpowiada mi to, w co serce nie chce uwierzyć. I, szczerze mówiąc, nie zdziwiłabym się, gdyby chciał, bym je znalazła.

Devon jest człowiekiem w gorącej wodzie kąpanym i nigdy nie gardzi dobrą kłótnią. Para wciąż bucha mu z uszu, gdy mówi:

– Klasyka, co? Mnie nie chcesz się oddać, ale jemu z ochotą.

Wrze we mnie wściekłość. Nigdy nikomu się nie oddałam, dlatego też tak często się kłócimy. Devon uważa, że należę do niego w całości tylko dlatego, że jesteśmy razem. Nieustannie powtarza, jak wielkie mam szczęście, będąc jego dziewczyną, i sugeruje, że jeśli mi na nim zależy, powinnam to okazywać. Bez względu na pierwotny temat kłótni, każda zawsze kończy się w ten sam sposób. Odmawiam, a on rzuca groźby, mówiąc, że odejdzie lub mnie zdradzi. Szantażuje, bym spełniła jego żądania. Liczy na to, że dzięki sprzeczkom zrozumiem, jak bardzo go pragnę.

W ogóle mnie nie zna.

– Niczego nie zrobiłam.

Nie mam ochoty się bronić, nie ze względu na brak sił, ale dlatego, że skończyły mi się powody, dla których powinnam próbować. Przeżyliśmy razem cztery długie miesiące, choć w ogóle nie powinniśmy byli się wiązać. W chwili, w której narodził się nasz romans, wszystko się zmieniło… Naprawdę wszystko. Lepiej nam było, gdy się przyjaźniliśmy, ale nie ma mowy, byśmy do tego wrócili. Nie po tym wszystkim. Devon Rhodes może iść w diabły i pieprzyć, kogo tylko zechce, bo do mnie się więcej nie zbliży. Spodziewa się, że będę się przed nim płaszczyć, że poczuję, jakbym to ja zdradziła jego, ale tak się nie stanie.

– Powinieneś wyjść. – Moja prośba coś w nim zmienia. Wściekłość płonąca w jego oczach nieco przygasa. Devon rzuca mój pamiętnik w kąt pokoju, następnie odsuwa się z uniesionymi dłońmi. Gest ten sprawia, że nieco się rozluźniam. Poddaje się. W końcu.

Nie muszę unosić głowy, by dostrzec żar bijący z jego ciała – wypełnia on pokój, tworząc atmosferę, w której można zatonąć. Przed oczami przelatuje mi każda chwila spędzona z Devonem. Może właśnie tonęliśmy. To wyjaśniałoby, dlaczego w jego obecności się dusiłam.

Wychodzi z mojego pokoju, niewątpliwie zamierzając iść na imprezę do sąsiedniego domu, by rozładować swoją frustrację z pierwszą dziewczyną, jaka rozłoży przed nim nogi. Zatrzymuje się jednak i odwraca, postanawiając zadać ostatni cios, nim stąd wyjdzie i zatrzaśnie za sobą drzwi.

– Idź do diabła, Chloe, i zabierz ze sobą mojego brata.

Gardło mi się ściska, ale nie wiem, czy z powodu wyrzutów sumienia, czy z poczucia ulgi. Emocje kotłują się, drwiąc i przypominając, że już wcześniej mogłam z nim zerwać. A jednak stało się i mogę o to wszystko winić jedynie siebie, ponosząc konsekwencje swoich błędów. Niestety popełniłam ich wiele.

Natychmiast zdejmuję togę i po przebraniu w wygodne rzeczy rzucam się na łóżko. Nie mam nastroju na zabawę, nie mam zamiaru dziś świętować.

Teraz, gdy Devon wyszedł, mam ochotę uwolnić wszystko, co od miesięcy zalegało na dnie mojego serca i mnie torturowało. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni płakałam, ale mam wrażenie, że teraz jest ku temu odpowiedni czas. Wtulam twarz w kwiatową pościel, z całej siły przytulając poduszkę i praktycznie wyciskając łzy z oczu.

Siadam, gdy rozlega się niepewne pukanie do drzwi. Wciąż wiem, do kogo należy, mimo iż nie słyszałam go już od dłuższego czasu. Wstaję, poprawiam sukienkę, następnie ocieram łzę, którą uroniłam.

– Proszę – mówię.

Gavin zagląda do mojego pokoju z wahaniem, jakby badał grunt. Wchodzi, zamyka za sobą drzwi i opiera się o nie. Na jego twarzy maluje się troska. Musiał się widzieć z Devonem. Dopada mnie wstyd, więc odwracam wzrok.

– Tym razem był naprawdę wkurzony. Wszystko w porządku?

Przełykam ślinę i kiwam głową.

– Co się stało?

– To co zwykle – odpowiadam oschle. Przyglądam mu się. Milczy, obserwując mnie, jakby czekał na lepszą odpowiedź. Gavin potrafi mnie przejrzeć bez względu na to, jak usilnie próbuję ukryć prawdę. – No co? – pytam ostro. – Jest pijany.

Kiedy Gavin się spina, robi tę dziwną minę, jakby zaciskał usta, by nie powiedzieć czegoś, czego będzie żałował.

– Co się stało, Chloe? – pyta ponownie.

Kątem oka dostrzegam brązową skórzaną okładkę mojego pamiętnika i wzdycham. Nie chcąc ściągać na niego uwagi, patrzę na zbliżającego się do mnie chłopaka.

– Nie mogę tak dłużej. Nie dam rady z nim być. Nawet kiedy jest trzeźwy, wydziera się na mnie, oskarżając o zdrady. – Opuszczam fragment, w którym groził, że odejdzie, jeśli się z nim nie prześpię. Nie jestem pewna, czy Gavin zna brata od tej strony, a nie chcę być osobą, która go oświeci.

Krzywi się zdezorientowany i chwyta mnie za przedramię.

– Nigdy do siebie nie pasowaliście, Chloe.

Ucisk z gardła przenosi się na serce. Patrząc chłopakowi prosto w oczy, szepczę:

– Wiem.

Domek na drzewie, dręczycielka i Breaking Benjamin

Chloe

Początkowo deszcz delikatnie uderzał o szyby, ale przybrał na sile, aż w końcu rozbrzmiał grzmot. Nie było to dziwne w Bonney Lake w stanie Waszyngton, ale z jakiegoś powodu tego szczególnego dnia wydawało się inne. Miałam wrażenie, że burza pragnęła szaleć na zewnątrz, bo ja również tego pragnęłam. Nie znosiłam chorować. Zaczynałam czuć się jak zombie poddana kwarantannie w samotności, gdy mój umysł kluczył różnymi ścieżkami, padając ofiarą wszystkiego, co przypominało życie poza tymi czterema ścianami.

Podniosłam się, uklękłam na materacu i wyjrzałam przez okno na miejski plac zabaw. Wbiłam wzrok w pierwszy poruszający się obiekt: błękitne kalosze. Kiedy skakały tam i z powrotem, zauważyłam drugą parę – czerwoną, która brodziła przez kałuże i rozbryzgiwała wodę.

Dwaj chłopcy mieli na sobie długie płaszcze przeciwdeszczowe, dopasowane kolorem do obuwia, gdy walczyli na miecze, które zrobili sobie z patyków. Jeden z nich miał radosną minę, śmiał się, gdy brat udawał, że go trafił. Drugi przyjął mocną postawę – widać było, że nie zamierzał dać się pokonać. Pomimo fizycznego podobieństwa różnice biły po oczach.

Kiedy toczyli kolejne walki, przeklinałam w duchu infekcję, która wywołała u mnie w nocy gorączkę. Osamotniona, przyglądałam się potyczce na tyle długo, aż chłopcy rzucili swoją broń i pobiegli do lasu. Mieszkałam w tym samym domu przez całe swoje życie i znałam wszystkich w okolicy, ale tych dzieci jeszcze nie widziałam. Przypomniałam sobie jednak, że tydzień wcześniej przejeżdżała tędy ciężarówka firmy zajmującej się przeprowadzkami.

– Bliźniacy, w twoim wieku – powiedziała mama, gdy zapytałam ją później o chłopców. – Smutna sprawa z ich matką. – Spojrzała na tatę, jakbym znów stała się niewidzialna. – Samotny ojciec wychowujący bliźniaków po tak wielkiej tragedii. Przykre to wszystko.

Jako że byłam dwunastolatką z wybujałą fantazją, przekonałam samą siebie, że ich matka była księżniczką wróżek, którą porwały krasnale ogrodowe. Zrozpaczony ojciec musiał samotnie wychowywać bliźniaków, podróżując po świecie w poszukiwaniu porywaczy kobiet. Nie udało mu się odszukać żony, ale w trakcie swej tułaczki trafił na region w pobliżu lasu w mieście znanym jako Bonney Lake i postanowił osiedlić się w nim z synami.

Kilka dni później gardło mnie już nie bolało, więc pragnęłam uciec z więzienia ścian swojego pokoju i sama przeżyć przygodę. Weszłam do lasu, przemierzyłam błotniste podłoże, wyobrażając sobie, że uciekam przed porywaczami. Otaczały mnie dźwięki natury, aż między drzewami rozbrzmiało głuche stukanie.

Stukot był coraz głośniejszy, a kiedy zbliżyłam się do jego źródła, usłyszałam również śmiech i okrzyki. Jeszcze kilka kroków i zobaczyłam dwukondygnacyjną drewnianą konstrukcję umiejscowioną pomiędzy konarami wielkiego dębu. Drzewo było wysokie w swej imponującej chwale. Rozciągało się na boki i strzelało w niebo pod różnymi kątami.

Na jednym z zamontowanych podestów siedziało dwóch chłopców, których widziałam kiedyś przez okno, a pomiędzy nimi znajdował się mężczyzna w średnim wieku. Człowiek ten uniósł rękę w geście zwycięstwa.

– Skończone, chłopcy. Macie swój własny domek na drzewie.

Synowie cieszyli się i przez kilka następnych godzin dekorowali swoją chatkę. Cały dzień przyglądałam im się ukryta za pniem innego drzewa, nawet kiedy zniknęli mi z oczu i bawili się w środku.

Przez następny tydzień stałam na swoim stanowisku, obserwując i wyobrażając sobie, co działo się w drewnianych ścianach domku na drzewie. Albo szpiegowałam, albo poświęcałam czas na unikanie Stacy Berringer, rudej złośnicy, która mieszkała dwa domy ode mnie. Często można było ją znaleźć na placu zabaw z kumplami – bandą złośliwych, pragnących popularności dziewuch i chłopaków. Monopolizowali plac zabaw, prześladując intruzów. Niestety dla mnie miejsce to znajdowało się tuż obok wejścia do lasu.

Pewnego wieczoru rodzice przyjmowali gości – czterech partnerów biznesowych taty wraz z małżonkami. Mama posłała mnie do łóżka zaraz po kolacji, by mogli przestać się pilnować i zacząć dobrze bawić. Myśleli zapewne, że mój pokój był dźwiękoszczelny, bo nie tłumili głośnego śmiechu i rozmów, których nie wyciszyły nawet słuchawki. Nie mogłam tego znieść. Założyłam buty, wymknęłam się przez okno i zeszłam na dół, pozwalając, by pochłonęła mnie ciemność.

Pobiegłam wprost do lasu, z góry obierając cel. Nie spodziewałam się jednak, że grupa Stacy wciąż będzie zajmować swoje ulubione miejsce na placu. Przechodząc obok, wyczułam woń alkoholu i dymu. Niestety moja próba przedostania się niepostrzeżenie spaliła na panewce. Zauważył mnie stojący na czatach Blaine.

– Widzę Chloe! – krzyknął na całe gardło.

Odpowiedziała mu cisza, następnie szepty podpowiedziały mi, że wpadłam w kłopoty. Musiałam uciec albo się schować. Postanowiłam zrobić i to, i to.

– Dorwać ją! – krzyknęła Stacy.

To przypominało polowanie na czarownice. Byłam pewna, że jeśli pojmą mnie żywcem, zostanę ukamienowana, jednak nie mogli mnie znaleźć. Przemierzałam tę ścieżkę każdego dnia, wykonując slalom pomiędzy paprociami i klonami. Nawet po ciemku łatwo mi się biegło. Wiedziałam, że w chwili, w której załoga Stacy zgubi się w lesie i wystraszy.

Sapiąc, dotarłam do drabinki przy drzewie i zaczęłam pospiesznie wspinać się na taras. Każdy, kto by mnie zobaczył, pomyślałby, że robiłam to już tysiące razy. Z powodu ucieczki serce tłoczyło moimi żyłami adrenalinę, myśl o wkroczeniu na prywatny teren chłopców również się temu przysłużyła. Miałam wejść do domku na drzewie, w którym zakochałam się z oddali. Jego właściciele nie mieli się o tym dowiedzieć.

Było zbyt ciemno, by cokolwiek dostrzec, ale poczułam wspaniałą woń świeżo ciętego drewna. Zamknęłam usta i oddychałam głęboko przez nos, aż się uspokoiłam. Kiedy otworzyłam oczy, spostrzegłam lampkę naftową, więc ją podpaliłam.

Każdy centymetr sporej przestrzeni opowiadał historię, którą tak długo próbowałam sobie wyobrazić. Z jednej strony stało stare biurko, na jego blacie leżała sterta komiksów. Po drugiej stronie znajdowała się mała kanapa, obok stanowisko do ćwiczeń. Worek treningowy przymocowano do sufitu, na podłodze pod nim walały się hantle. Kolejna drabina prowadziła na piętro, gdzie mieściła się sypialnia. Wspięłam się i zobaczyłam materac ułożony pod oknem, który przyzywał mnie i moje klejące się oczy.

Nie spiesząc się do wyjścia, położyłam głowę na poduszce i zapatrzyłam się w mrok. Dźwięki nocnych stworzeń i wiatr poruszający liśćmi były dziwnie kojące. Z każdym oddechem zapadałam w coraz głębszy sen, uwielbiając domek na drzewie i ochronę, jaką zapewniał.

***

Całe ciało bolało mnie, gdy usiłowałam się ruszyć, więc zaprzestałam prób. Jęknęłam i otworzyłam nieco jedno oko, próbując zrozumieć, dlaczego tego ranka czułam się inaczej niż zwykle.

Kiedy zobaczyłam dwie pary takich samych zielonych oczu zerkających na mnie z drabinki – jedne z ciekawością, drugie ze złością – miałam ochotę krzyknąć, ale powietrze utknęło mi w gardle. Sapnęłam i wycofałam się do najdalszego kąta sypialni.

– Myślisz, że jest bezdomna? – zapytał zielonooki numer jeden.

Zielonooki numer dwa pokręcił głową, mierząc mnie wzrokiem z góry na dół.

– Może uciekła z domu.

– Tak, a może jest żyjącym w tych lasach trollem? Powinniśmy ją nakarmić?

– Nie wziąłem ze sobą jedzenia. A ty?

Jeden z chłopców rozejrzał się pospiesznie, jakby bał się spuścić mnie z oka na zbyt długo.

– Nie. Powinniśmy powiedzieć tacie, że potrzebna nam lodówka.

– A jak niby miałaby mrozić, kretynie?

– Hej! Nie jestem kretynem!

Chłopcy kłócili się, a mnie udało się przejść na czworakach na skraj materaca, przy czym miałam nadzieję wczołgać się pod niego, by mnie nie widzieli.

Zielonooki numer jeden spostrzegł moje poczynania i położył rękę na ramieniu drugiego chłopca.

– Ciii. Ona się rusza.

Zaspanie zniknęło zastąpione adrenaliną, gdy wpatrywałam się w bliźniaków – właścicieli domku, do którego wślizgnęłam się poprzedniego wieczoru. Gdy to sobie uświadomiłam, wyprostowałam się nagle.

– Muszę… iść do domu. – Obleciał mnie strach, bo zdałam sobie sprawę, że rodzice wpadną w furię, szukając mnie.

Zielonooki numer dwa szturchnął brata.

– Ona ma dom.

Przygryzłam wargę, próbując się nie śmiać, ciesząc się, że nie mieli mnie już za trolla.

– Przepraszam. Nie chciałam... – Nie wiedziałam, dlaczego kłamałam, więc umilkłam. Tak, chciałam tu wejść. Nie chciałam tylko zostać przyłapana.

– Czekaj! – zawołał jeden z chłopców, gdy zbliżyłam się do drabinki. Obróciłam się i spostrzegłam, że ten zaciekawiony patrzył na mnie z troską.

– Wszystko w porządku?

Mogłam jedynie potaknąć. Jak miałam wyjaśnić bliźniakom, że nie znałam powodu, dla którego naruszyłam ich prywatną przestrzeń – że przyglądałam im się od tygodni, zazdrosna o ich domek w lesie? Zeszłam po drabince bez słowa, w pośpiechu pomijając kilka ostatnich szczebli. W chwili, w której znalazłam się na ziemi, skrzywiłam się przez siłę upadku, po czym pobiegłam ku domowi. Weszłam przez okno w chwili, w której mama wołała mnie na śniadanie.

***

– Uważaj, frajerko.

Z jakiegoś powodu gimnazjum dało Stacy pretekst do ponownego określenia swojego status quo, jakby awansowała na wydziale dręczycieli. Być może chodziło o to, że z najbardziej popularnej szóstoklasistki stała się nikim w pierwszej klasie gimnazjum, lub o to, że skoro publika była teraz dużo większa, jej zachowanie powinno być gorsze. Przeszkadzała mi głównie dlatego, że w mojej pamięci pozostawała dziewczyną, z którą się wychowywałam. Miła dziewuszka z tej samej ulicy, która bawiła się lalkami, urządzając im popołudniową herbatkę. Stacy nie chciała ode mnie wychodzić, rzadko to robiła. Nasze piżama party były wspaniałe – chichotałyśmy do późna ze wszystkiego i z niczego. Coś się jednak stało i ze słodkiej przyjaźni zostały nam jedynie oziębłe stosunki.

Stacy się wściekła, gdy rodzice zabrali mnie na wakacje. Wyjechaliśmy tylko na dwa tygodnie, ale wystarczyło jej to do zerwania koleżeństwa i prześladowania mnie po powrocie. Najbardziej jednak przeszkadzał mi nie brak przyjaźni, a drastyczna przemiana, która zaszła w niej praktycznie w jedną noc. Jakby obudziła się pewnego dnia i wyszła ze swojego kokonu, ale zamiast stać się motylem, przekształciła się w osę. Mimo to chłopcy lgnęli do niej, jakby była ostatnią dziewczyną na ziemi. Koleżanki również jej nadskakiwały, bojąc się znaleźć na jej celowniku i mając nadzieję rzucić się na resztki, gdy zmieniała jednego chłopaka na kolejnego.

Nienawiść Stacy do mnie zaczęła się od plucia jadem przy każdej nadarzającej się okazji. Jej słowa jednak mnie nie dotykały. Wydawało mi się, że wkurzało ją to jeszcze bardziej. Byłam na tyle bystra, by zrozumieć, że stała się dręczycielką z powodu niskiej samooceny. Jej zachowanie zaczęło mnie niepokoić dopiero, gdy dziewczyna posunęła się do rękoczynów. Popychała mnie to tu, to tam na korytarzach, odwracała się zbyt szybko, siedząc w ławce przede mną i strącając mi rzeczy podczas lekcji. Była ode mnie wyższa, silniejsza. Kiedy chodziło o fizyczne ataki, nie mogłam się z nią równać.

Jej grupę zawsze śmieszyło moje poniżenie. Wstydziłam się, a oni to wykorzystywali. Co im zrobiłam, że chcieli mnie skrzywdzić?

Kilka tygodni po rozpoczęciu roku szkolnego Stacy postanowiła przenieść dręczenie na wyższy poziom. Stałam przy szafce i wyciągałam książkę do matematyki, gdy dostałam cios w głowę, aż poleciałam twarzą na drzwiczki, a ich krawędź rozcięła mi czoło.

Kiedy się odwróciłam, spodziewałam się, że zobaczę Stacy i jej watahę zwijającą się ze śmiechu. I byli wokół mnie – a przynajmniej większość z nich. Nie spodziewałam się jednak bliźniaków z domku na drzewie stojących przy niej ze spokojem wypisanym na twarzach.

Stacy pociągnęła za grube skórzane szelki swojej broni – niewinnie wyglądającego plecaka – zakładając go na ramię i odrzucając do tyłu swoje rude włosy. Dopiero wtedy zauważyła cienką stróżkę krwi płynącą po mojej skroni.

– Ohyda! – wykrzyknęła, nim odwróciła się na pięcie i odmaszerowała.

Potarłam czoło palcami, próbując odnaleźć ranę. Nie czułam bólu, byłam otępiała z upokorzenia i dezorientacji. Banda Stacy poszła za nią korytarzem – odeszli wszyscy prócz niego, ciekawskiego bliźniaka. Stał przez chwilę w miejscu, jakby się wahał, po czym do mnie podszedł.

Nigdy nie byliśmy tak blisko siebie, ale już pierwszego dnia szkoły rozpoznałam jego i jego brata. Po szeptach na korytarzu połapałam się, że bliźniacy dołączyli do naszej szkoły. Poznałam wtedy ich imiona – Gavin i Devon – i szybko dowiedziałam się, który był który. Gavin to ten ciekawski, a Devon śmiały.

Przez chwilę chłopak obserwował mnie w ciszy, jak wtedy, gdy obudziłam się w ich domku na drzewie. Następnie…

– Będziesz tak stać?

– A co mam zrobić?

Ciekawość w oczach chłopaka zmieniła się w rozczarowanie, wziął mnie za rękę i pociągnął korytarzem do łazienki, gdy rozległ się dzwonek wzywający na trzecią lekcję. Gavin upewnił się, że damska toaleta była pusta, nim wciągnął mnie do środka. Zmoczył papier toaletowy i przytknął mi go do czoła. Przez cały czas nie odezwał się ani słowem, a kiedy skończył mnie myć, wyszedł i nie widzieliśmy się aż do lunchu.

Usiadłam na swoim ulubionym miejscu w kącie przy ścianie, jak najdalej od Stacy. Gdy otworzyłam torebkę z drugim śniadaniem, zauważyłam, że Gavin przemierzał stołówkę, kierując się do swojego zwyczajowego miejsca obok Stacy, skracając sobie drogę obok mojego stolika. Przystanął jednak i bez słowa przy mnie usiadł. Zdezorientowany Devon zrobił to samo, nienawistnym spojrzeniem wypalając mi dziurę w głowie. Próbowałam go ignorować, skubiąc skórkę kanapki z masłem orzechowym i dżemem.

– Dobrze się czujesz, dziewczyno?

Dziewczyno. Właśnie tak zwracał się do mnie Devon zamiast używać mojego imienia. Oczywiście, że go nie znał. Jeśli już, wierzył zapewne, że miałam na imię „Frajerka”, ponieważ Stacy lubiła tak na mnie wołać.

– Ma na imię Chloe. – Gavin spiorunował brata wzrokiem.

Devon mościł się na krześle, rozglądając jednocześnie po stołówce, nim wrócił do mnie spojrzeniem.

– Chloe. Dlaczego Stacy tak bardzo cię nie znosi? – Gavin praktycznie mordował brata wzrokiem, przez co Devon zachichotał. – No co? Może Chloe ukradła Stacy notatnik, zwędziła ołówek czy coś. Może przeprosić. Pocałować ją i wszystko naprawić.

Rozbawienie chłopaka zdumiewało mnie, ale nie zważałam na to, nie chcąc zaostrzać jego przytyków.

– Dlaczego jej na to pozwalasz? – spróbował raz jeszcze Devon.

Oszołomiła mnie świadomość, że miałam wybór. Pokręciłam głową, zastanawiając się nad tym, co mogłabym zrobić, gdy podejdzie do mnie kolejny raz.

– Nie wiedziałam, jak zareagować – odpowiedziałam cicho. Nie odzywałam się za często, więc zawsze zaskakiwał mnie dźwięk wydobywający się z mojego niewielkiego ciała.

– Nie możesz jej na to dłużej pozwalać – powiedział Gavin, nie patrząc mi w oczy. – Powinnaś się nauczyć, jak się bronić. Stacy może cię dręczyć, tylko jeśli jej na to pozwolisz.

Kątem oka dostrzegłam rude włosy i się skrzywiłam.

– Cześć, chłopaki. – Stacy podeszła, patrząc zalotnie na Devona. Jej słodki uśmiech się poszerzył. – Przy moim stoliku jest jeszcze miejsce.

Devon zaczął się podnosić, ale brat położył rękę na jego ramieniu. Nie wiedziałam, czy ze strachu, czy też z pożądania Devon tak łatwo poddawał się życzeniom Stacy. Równie dobrze mógł to być wynik obu tych czynników. Wiedziałam jedynie, że też bym chciała bez żadnego wysiłku wywołać w chłopaku taką reakcję.

– Nie dziś, Stacy – odparł Gavin. – Dziś siedzimy z Chloe.

Jego słowa nie brzmiały złośliwie czy podle, chłopak stwierdził tylko fakt. Devon był wściekły na brata. Stało się jasne, który z nich zabiegał o względy dziewczyny.

– Dobra, okej – powiedziała. Jej zmieszanie było coraz bardziej widoczne, gdy patrzyła to na chłopaków, to na mnie. – Na razie. – Odeszła, po raz ostatni zerkając przez ramię.

Miałam ochotę parsknąć śmiechem, ale zrezygnowałam z tego, gdy nieznane uczucie rozkwitło w mojej piersi, sprawiając, że się zarumieniłam.

– Dziękuję – powiedziałam, patrząc Gavinowi w oczy.

Zbył mnie, jakby nie było to nic wielkiego, i dokończyliśmy drugie śniadanie w ciszy.

***

Tego samego wieczoru bliźniacy dowiedzieli się, gdzie mieszkałam. A może wiedzieli już wcześniej. Zmywałam naczynia, co było jednym z moich domowych obowiązków, ręce miałam całe w pianie, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Kiedy je otworzyłam, opadła mi szczęka, bo na progu stali obaj chłopcy.

Gavin uśmiechał się i zerkał ponad moim ramieniem, rozglądając się po wnętrzu domu.

– Nie jesteśmy straszni – zażartował. – Mieszkamy po drugiej stronie lasu.

– To nieco straszne – powiedziałam, krzywiąc się, próbując być odważną. Wewnątrz drżałam jednak, starając się powstrzymać ekscytację. Bliźniacy sprawili, że okropny dzień stał się jednym z najlepszych.

Devon patrzył na mnie ostro.

– Nie tak straszne jak zakradanie się do naszego fortu i spanie w nim przez całą noc.

Zawstydzona, oblałam się rumieńcem. Miał rację. To, co zrobiłam, było trochę straszne.

– Nie słuchaj go. Wiemy, że nasz domek jest zarąbisty.

– On ciągle taki wkurzony? – Celowo skierowałam pytanie do Gavina.

Chłopak zaśmiał się, ale zignorował mój przytyk. Zamiast tego wskazał ruchem głowy na prawo.

– Mieszkamy trochę dalej, po drugiej stronie lasu.

Gavin wydawał się miły. Devon niezbyt. Choć byli bliźniakami, to prócz aparycji – jasnozielonych oczu z drobinkami złota, zmierzwionych kawowych włosów i opalonej skóry – zupełnie się od siebie różnili. Gavin był niewiele wyższy, co mogło stanowić powód kompleksów dla jego brata, ale i tak obaj nie należeli do niskich. Zdawało się, że Devon to bardziej gniewny charakter, miał też więcej mięśni. Z jakiegoś powodu nie przerażał mnie jednak tak, jakby tego chciał. Uważałam go za zabawnego.

– Idziemy do domku na drzewie posłuchać nowej płyty. – Gavin uniósł kwadratowe opakowanie z plastiku. – Chcesz się przyłączyć?

Wzięłam od niego płytę, spojrzałam na okładkę i zmarszczyłam brwi.

– Breaking Benjamin? Nie znam takiego zespołu.

Twarz Gavina się rozpogodziła.

– Tym bardziej powinnaś ich posłuchać. Zmienią twój świat.

Nie byłam pewna, czy Breaking Benjamin zmienił mój świat, ale ten dzień z pewnością tego dokonał. We troje staliśmy się nierozłączni. Z czasem nawet Devon się przede mną otworzył, a ja przywykłam do jego ponurego charakteru. Ponieważ przyjaźniłam się z bliźniakami, Stacy przestała mi dokuczać, choć od tamtej pory jeszcze mocniej piorunowała mnie wzrokiem. Wiedziałam, że pewnego dnia przyjdzie mi stawić jej czoła i zamierzałam być na to przygotowana.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Wstęp

PIERWSZY KONAR: Wieczór po ukończeniu szkoły średniej

Błędy (część I)

Domek na drzewie, dręczycielka i Breaking Benjamin

Błędy (część II)

Żadnego seksu w domku na drzewie

Zniszczony

Mrok (część I)

W domku na drzewie

Mrok (część II)

DRUGI KONAR: Cztery lata później

Bonney Lake w stanie Waszyngton

Ponowne spotkanie

Chloe Rivers

Utrata światła

Za dużo, za wcześnie, za późno

Odejście

Konfrontacja

TRZECI KONAR: Drugie szanse

Przetrwanie

Czterolistna koniczyna

Jak za starych czasów

Praca zespołowa

Mrożony jogurt

Oczarowanie gwiazdą

CZWARTY KONAR: Odbudowa

Rozplątywanie

Upadek anioła

(Przyjaźń) Tulenie na łyżeczkę

Detoks

PIĄTY KONAR: Najdroższa Chloe

Dziennik Chloe

Nigdy nie przestało

Dziennik Chloe

Prawie jak w domu

Dziennik Chloe

Tamta noc

Dziennik Chloe

Przetrwanie

Mój ulubiony dzień

Doniosłość

Dziennik Chloe

Spośród wszystkich ludzi

SZÓSTY KONAR: Zostań i baw się

Stringi i plastry

Dziennik Chloe

Zostań

Mój pierwszy, mój ostatni, mój jedyny

Rezerwacja

SIÓDMY KONAR: Giselle

Szaruga

Wyznania

Kostiumy

Świętowanie

Czas

ÓSMY KONAR: Bohaterowie i legendy

Przekierowanie złości

Dalsze życie

Każdego dnia

Zatańcz ze mną

Kochaj mnie

Epilog

Podziękowania

O autorce

Reklama

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Up in the Treehouse

Copyright © 2016 by K.K. Allen

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2018

Projekt okładki: Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce: © © ILINA SIMEONOVA / Trevillion Images

Przekład: Katarzyna Agnieszka Dyrek

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

eISBN: 978-83-8075-454-6

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Domek na drzewie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę