Szeptać

Szeptać

Autorzy: Hubert Fryc

Wydawnictwo: Książnica

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.86 zł

Opowieść o rodzinnym domu - najważniejszym miejscu na świecie

Trzydziestoletni Michał podczas porządków na strychu starego domu dziadków znajduje zgubione kasety magnetofonowe. Jest na nich nagrana historia o Domu, którą dziadek Franciszek snuł dwadzieścia lat temu. Michał odsłuchuje taśmy i przypomina sobie tamte wyjątkowe wakacje, podczas których poznał swoją przyszłą żonę. Pełne magii opowieści dziadków przywołują wydarzenia z przeszłości – te wspomnienia pozwalają Michałowi odkryć znaczenie rodzinnych więzi i mobilizują go do realizacji planu, który był dotychczas głęboko skrywanym marzeniem.

WROCŁAW 2018

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografie na okładce

© Laura Kate Bradley / Trevillion Images

© Claudia Holzforster / Arcangel Images

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

MARIA SOŁTYS

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Motto zaczerpnięto z książki Moja walka Karla Ove Knausgårda, w przekładzie Iwony Zimnickiej,

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-245-8313-3

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Dedykacja

CZWARTEK 17.10.2013

WAKACJE 1995 (1)

PIĄTEK 18.10.2013

WAKACJE 1995 (2)

SOBOTA 19.10.2013

Wakacje 1995 (3)

NIEDZIELA 20.10.2013

WAKACJE 1995 (4)

PONIEDZIAŁEK 21.10.2013

WAKACJE 1995 (5)

WTOREK 22.10.2013

WAKACJE 1995 (6)

WTOREK 7.05.2016

Dla serca życie jest proste: serce bije, dopóki może.

Karl Ove Knausgård

Dedykuję Mamie i Tacie,

którzy potrafili zbudować Dom

CZWARTEK

17.10.2013

Stary dom się wali.

To znaczy, jeszcze stoi, ale próchniejący, trzeszczący, rozkolebany od byle porywu wiatru. Stoi – ale ostatkiem sił. Belki skrzypią. Podsiębitka jęczy. Wszystko jęczy. Długo już nie postoi, można odliczać dni.

Siedzę na strychu. Nade mną goła żarówka, przewieszona przez jętkę u szczytu dachu. Świeci, jakby nie miała sił, i na przydługim kablu buja się, rozchwierutana wiatrem, który wpada przez dziurawy dach. Co chwila mruga, słabnie i migoce. Czasami gaśnie, ale na moment, na mgnienie powieki, by znowu rozbłysnąć przytłumionym żółtym światłem, które męczy oczy.

Na zewnątrz pogoda październikowa, to już nie złota polska jesień, raczej zgniła. Od kilku godzin trwa ulewa, wieje jak jasna cholera, a stary drewniak źle to znosi. Szczerbaty dach przecieka. Kilka dachówek spadło i roztrzaskało się o podłogę. Podłożyłem miednicę, w której babcia Łucja zwykła moczyć stopy. Miednica jest żółta i metalowa. Woda niedługo ją przebierze.

Wespół z żarówką kołyszą się cienie wokół, wydłużają się i skracają, huśtają z kąta w kąt, wracają ku mnie i uciekają, w tę i we w tę, jak puszczone na gumie.

Siedzę na drewnianej podłodze, gdzieś pomiędzy nadgryzionymi przez czas i korniki skrzyniami na zboże, workami pełnymi ubrań i stertami pożółkłych gazet, które leżą tutaj od dziesiątków lat. Niebezpiecznie jest teraz na strychu – ze względu na trzeszczącą powałę i na wiatr, który wyraźnie chce strącić kolejne dachówki – ale nie mogę sobie odmówić tej sentymentalnej podróży w przeszłość.

Gdy byłem dzieckiem, właziłem do skrzyń z ciężkimi wiekami i udawałem, że prowadzę czołg. Toczyłem bitwy pancerne, rozstrzygałem wojny, ocalałem kraj i rodzinę. Aza, pies dziadka, robiła za Szarika. To nic, że była niegroźnym kundelkiem nie większym od upasionego kota. Przecież i skrzynie nie przypominały pancernych wozów.

Aza potrafiła zagryźć całe regimenty szwabów z wermachtu. Jej specjalnością było przegryzanie tętnic szyjnych i udowych. – Naprzód! – krzyczałem. – Za ojczyznę! – A wierny pies wybijał wrogów w pień. – Nein! Nein! – wrzeszczeli, bo to jedyne słowo po niemiecku, jakie znałem, a wszystkie krwawe potyczki rozgrywały się w mojej głowie. Aza zazwyczaj leżała i sapała, było jej gorąco. Miała dużo sadła, bo babcia bezustannie ją podkarmiała. Dziadek udawał, że go to mierzi, ale ukradkiem robił to samo i listki szynki czy sera często spadały psu pod pysk.

Stare gazety pną się ku górze, starannie związane sznurkiem do snopowiązałki. Gdy żarówka przygasa, mógłbym przysiąc, że to makiety wieżowców zbudowane z wiekowych egzemplarzy „Przeglądu Sportowego” i „Dziennika Polskiego”. Jest nawet kilka numerów przedwojennego „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Prawdziwa gratka dla antykwariuszy i historyków. Pożółkłe stronice, format duży, niedzisiejszy. Sięgam po jeden z numerów. Boję się, że papier rozpadnie mi się rękach, rozlezie, więc przekładam strony powoli i z namaszczeniem, jak niegdyś dziadek, tyle że nie ślinię palców. Tylko nażarłbym się kurzu.

Dziadek uwielbiał gazety. Czerpał z nich wiedzę o całym świecie. Nawet później, w dobie powszechnej telewizji z tysiącem kanałów, kupował swoje dzienniki i tygodniki. Kiedy już nie mógł sam wybrać się do sklepu, bo był po drugim zawale, albo nawet wcześniej, jeszcze sprawny, ale zarobiony, a do wsi nie dowożono gazet, to z samego rana dzwonił do listonosza. Wąsaty pan Władzio za końcówkę renty i po znajomości dostarczał dziadkowi świeżą prasę.

Pamiętam pana Władzia, choć już zapomniałem, jak się nazywał. A może nigdy nie wiedziałem? Do dzisiaj mam przed oczami, jak pedałuje na niedbale pospawanym czerwonym składaku. Rzuca nim na boki, bo torba listonoszka wypchana po brzegi ciąży u szyi jak koło młyńskie. Pan Władzio był gruby i bardzo się pocił. W upalne dni po zejściu z roweru chód miał kaczkowaty, a oddech szybki i ze zmęczenia aż go zatykało. Bez słowa wręczał gazety i listy, zarośniętym przedramieniem ocierał z czoła pot i odsapnąwszy dwa, trzy, cztery razy, ruszał dalej.

Wbrew pogodzie na zewnątrz i wyrwie w dachu na górze jest ciepło, strych długo trzyma temperaturę, ale już idzie ochłodzenie, teraz będzie tylko chłodniej, ziemia zamarznie, świat wyhamuje i myślę, że gdyby chałupa dotrzymała do pierwszych przymrozków, a najlepiej do siarczystych mrozów, jeżeli przyjdą, a pewnie w końcu przyjdą, to przetrwałaby jeszcze calutką zimę, zaimpregnowana lodem i śniegiem. Ale nie wytrzyma, bo trzaski i skrzypienia są za głośne, a kolebanie nie do powstrzymania.

Wstaję, żeby rozprostować kości.

Dookoła panuje porządek. To dzięki babci. Nawet kiedy wdrapywanie się po drabinie zaczęło być dla niej kłopotliwe, nie zaniechała cosobotniego rytuału i ze szmatką w ręce pięła się szczebel po szczeblu, na nogach spuchniętych, pooranych podskórnymi strumieniami żylaków. Ale od jej śmierci mijają kolejne tygodnie, więc delikatna warstwa kurzu zdążyła już okryć stare worki, gazety-wieżowce i skrzynie-czołgi.

Skrzynie są masywne i głębokie, zbite z solidnych dech; do każdej wlazłoby dwoje dorosłych ludzi. Odkąd dziadkowie zaprzestali żniw, a gospodarka skurczyła się do jednej kozy, kilku kur oraz kopru, pietruszki i pomidorów na przydomowym poletku, w skrzyniach wylądowały wszelkie graty, klamoty, rupiecie i inne fajanse. I to nie na sermater, ale ułożone bardzo metodycznie. Na górze bibeloty drobne i drobniutkie, niżej średnie, a na samym spodzie te największe. Drewniane do drewnianych, metalowe do metalowych, szklane do szklanych. Nim na wieś zawitała kultura segregowania odpadów, moi dziadkowie sztukę tę dawno rozwinęli i kultywowali z powodzeniem. Tyle że bambetli się nie pozbywali, broń Boże, wszystko przecież mogło się przydać.

Nigdy się nie przydawało.

Pojemników jest łącznie pięć i zajmują wcale niemałą przestrzeń strychu. Jeżeli gazety to wieżowce, skrzynie muszą stanowić osobne osiedla, których bebechy wypchano każdym możliwym tałałajstwem.

A w przeciwległym rogu leżą ubite jutowe worki, miejscami wytarte i pogryzione przez myszy. W jednym znajdują się babcine spódnice i sukienki w kwiaty, z czasów gdy była młoda i tak się nosiła. W kolejnym dziadkowe kufajki i spodnie podszyte barchanem, wiekowe czapki uszanki, rękawiczki na zimę i rękawice do roboty, grube, że można wsadzać ręce do ognia. W jeszcze następnym: trzy gumiaki, każdy z innej pary, nakarcznik, napierśnik, uzda, lejce. Niczego nie wyrzucali, nie palili. Z tego się wzięły stosy gazet, skrzynie i sterty nieprzydatnej garderoby, której nawet nie czuć już naftaliną.

Myślę, że jeżeli drewniak jakimś cudem nie zawali się sam, najmę kilku ludzi do rozbiórki. Lepiej, żeby chałupka nie stała za długo w takim stanie, bo zaraz przyciągnie dzieciaki i pijaków z okolicy, tak jak przyciągają ich wszystkie ruiny i pustostany – a wtedy o tragedię nietrudno. Tak czy inaczej, z domu trzeba powynosić wszystko. Parter już prawie opróżniony. Razem z tatą usunęliśmy w zeszłym tygodniu krzesła, stół, szafy i szafki, łóżko, nieliczny sprzęt elektroniczny: czarno-biały telewizor, włączany od wielkiego dzwonu, lampowe radio Grundiga, ponadto figurki Matki Boskiej, obraz Ostatnia wieczerza, namalowany przez lokalnego artystę pół wieku temu, krzyżyki znad drzwi, komplet niewiele wartej porcelany i mosiężny zegar-figurkę, przedstawiający Świętego Jerzego walczącego ze smokiem. Święty unosi miecz nad głowę i lada chwila chlaśnie bestię. To będzie ostateczny cios. Zegarek jest na chodzie, mechanizm w idealnym stanie, wystarczy nakręcić.

W izbie, w której spali, w szafie, leżało kilka cennych książek: Pismo Święte w przekładzie księdza Jakuba Wujka, wydanie z 1935 roku, w oprawie z półskórka, Polska w pierścieniu prób i ognia z roku 1932 w obwolucie z półpłótna oraz Dziesięciolecie Polski Odrodzonej z roku 1928. Ta ostatnia to prawdziwy foliał, o długości prawie pół metra, ciężka i gruba, ale w wydaniu najpowszechniejszym, w twardej czerwonej oprawie, za którą chwyciły się korniki. Po złoceniach na grzbiecie nie ma śladu.

W szafce znalazłem też album ze starymi zdjęciami rodzinnymi, dwa brewiarze, dwa różańce i katechizm. Moja scheda. Dziadkowie przepisali mi także dom wraz z działką, na której stoi. Drewniak to już melodia przeszłości, ale działka jest prawdziwym skarbem: na wzniesieniu, pięknie usytuowana, z daleka od drogi, z widokami na pół wsi, z zabudowaniami gospodarczymi.

Resztę pól podzielili między synów: mojemu ojcu przypadł dwuhektarowy kawał łąki – równy i blisko domu, w którym teraz siedzę. Wujkowi Tadeuszowi z Ustki i wujkowi Romanowi z Niemiec dziadkowie zapisali mniejsze, ale wcale nie małe poletka, rozsiane po Rzeczowej tu i ówdzie.

Elektroniczny zegar na parterze, któregośmy z ojcem zapomnieli zdjąć ze ściany i wynieść, piskliwie oznajmił pełną godzinę. To chyba już będzie północ. Zanim wsiądę w samochód i ruszę do siebie, chciałbym jeszcze trochę pobyć na strychu. Jutro wszystko trzeba znieść na dół, co potrzebne, zostawić, co niepotrzebne, wywalić. Roboty na cały dzień.

Deszcz ustał nieco, już nie tłucze z takim zacięciem, za to lepiej słychać świst wiatru, który wpada przez szczerbaty dach.

Ciśnienie mi podskakuje ze strachu, bo nagle dachówka z łoskotem spada niemal dokładnie w to miejsce, gdzie przed chwilą siedziałem, a za nią druga i trzecia – ta ostatnia wpada do jednego z drewnianych pojemników bez wieka. Dachówki są porośnięte grubym mchem. Zbieram na kupkę to, co z nich zostało.

Rozrywam pusty worek, żeby przykryć skrzynię, do której wpada deszcz. Na szczycie rupieci zauważam walkmana wraz z kasetami i słuchawkami. Cały zestaw, dla bezpieczeństwa, owinięty przezroczystą folią. Widać w tym rękę pedantycznej babci Łucji. Wcześniej musiałem go przeoczyć. Wygląda jak nowy. Zaraz, czy to aby nie mój sprzęt...? Który to był rok? 1995? Tak, chyba tak.

Skąd to się tutaj wzięło? Wydaje mi się, że wtedy, prawie dwadzieścia lat temu, walkman zginął. Tak, przypominam sobie. Zawieruszył się właśnie tutaj, u dziadków. To prezent od wujka Romana z Niemiec. Ojciec się wkurzył, bo wtedy to było urządzenie nie w kij dmuchał, i dostałem burę, że nie umiem pilnować cennych rzeczy, że mnie kiedyś ukradną, że muszę patrzeć, z czego żyję. Sprawdzam, ale nie działa, choć może to tylko wina wyczerpanych baterii.

Ostrożnie schodzę po drabinie. Zdejmuję zegar ze ściany, wyjmuję dwa paluszki. Wskazówki zatrzymują się pięć po dwunastej. Tak już zostanie na zawsze. Baterie wkładam do walkmana i dioda zapala się na czerwono. Wracam na strych. Kasety są ponumerowane czarnym flamastrem, jedynka, dwójka, trójka. Puszczam pierwszą. Jednak zamiast muzyki w słuchawkach słyszę głos dziadka Franciszka.

Wspomnienia rozbłyskują pod czaszką. Są odległe i jakby nie moje, z innego świata, bo od lat leżały na dnie pamięci, nieodświeżane, przez co trochę obce, ale przecież wrosły we mnie i tylko czekały, aż przetrę tę warstwę kurzu i ku nim spojrzę, i zbliżę się, i dotknę, żeby znów poczuć tamte wakacje...

WAKACJE 1995 (1)

A wakacje zapowiadały się wyjątkowo kiepsko.

Jechaliśmy do dziadków rozklekotaną skodą, którą tata od lat chciał sprzedać. Ale za każdym razem gdy trafiał się kupiec, sentymentalny właściciel się rozmyślał. – Za dobre autko, żeby się pozbywać – mówił. A teraz to już nie było autko, tylko wrak auta, gruchot, rdzewiejący i gasnący bez powodu.

Dwie walizki podróżne tłukły się na tylnym siedzeniu. Zerkałem na błękitne niebo przez uchyloną szybę, pogoda była wspaniała. Poprawiłem słuchawki. Tydzień wcześniej dostałem walkmana od wujka Romana z Niemiec. Prawdziwy japoński Sony. Przyszedł pocztą w oryginalnym opakowaniu, w folii bąbelkowej, a paczka pachniała obcym światem, do którego wówczas, w połowie lat dziewięćdziesiątych, nie mogliśmy nawet pretendować.

W walizkach, oprócz ubrań na zmianę, wiozłem stertę komiksów, w większości już przeczytanych: Kaczor Donald, Superman, Kajko i Kokosz, Batman, Tytus, Romek i A’Tomek i tym podobne. Głównie czytywałem te z superbohaterami, ale tata podtykał mi kultowe komiksy polskie, na których sam się wychował.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szeptać