Zdrada

Zdrada

Autorzy: S.J. Parris

Wydawnictwo: Albatros

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 528

cena od: 25.83 zł

„Zdrada” zachwyci fanów twórczości C.J. Sansoma oraz powieści Umberta Eco „Imię róży”. To czwarty thriller historyczny z serii z Giordanem Brunem – heretykiem, filozofem i detektywem – w roli głównej.

Wystarczyła jedna noc w porcie Plymouth i los wyprawy wojennej przeciw Hiszpanom zawisł na włosku, podobnie jak ciało szlachcica Dunne’a na belce statku Elizabeth Bonaventure… Samobójstwo? Zemsta? A może coś więcej? Jakkolwiek by było, z trupem na pokładzie królewska ekspedycja nie wyruszy z portu. A już na pewno nie, jeśli się okaże, że wśród załogi jest ktoś, kto pomógł Dunne’owi opuścić ten padół łez… Giordano Bruno, były zakonnik i heretyk, obecnie na usługach królowej, zgadza się wytropić mordercę. Krążąc po zaułkach Plymouth, odkrywa, że cienie miasta kryją mroczne tajemnice… I orientuje się, że ktoś śledzi każdy jego krok. A to staje się szczególnie niebezpieczne, gdy w jego ręce trafia tajemniczy manuskrypt…

O książce

O tym, co się wydarzyło pomiędzy powrotem na statek a rankiem, wie tylko Bóg i, z żalem dodam, ktoś jeszcze...

Wystarczyła jedna noc w porcie Plymouth i los wyprawy wojennej przeciw Hiszpanom zawisł na włosku, podobnie jak ciało szlachcica Dunne’a, byle jak powieszone na belce statku Elizabeth Bonaventure...

Samobójstwo? Zemsta? A może coś więcej? Jakkolwiek by było, z trupem na pokładzie królewska ekspedycja nie wyruszy z portu. A już na pewno nie, jeśli się okaże, że wśród załogi jest ktoś, kto pomógł Dunne’owi opuścić ten padół łez...

Giordano Bruno, były zakonnik i heretyk, obecnie na usługach królowej, zgadza się wytropić mordercę. Krążąc po zaułkach Plymouth, odkrywa, że cienie miasta kryją mroczne tajemnice... I orientuje się, że ktoś śledzi każdy jego krok. A to staje się szczególnie niebezpieczne, gdy w jego ręce trafia tajemniczy manuskrypt...

S.J. Parris

(Stephanie Merritt)

Brytyjska publicystka, pisarka i krytyczka literacka. W 1996 r. ukończyła studia anglistyczne na Uniwersytecie Cambridge. Współpracowała z radiem, telewizją oraz prasą, m.in. z „The Times”, „Die Welt”, „The Observer” i „The Guardian”. Pod własnym nazwiskiem opublikowała dwie powieści obyczajowe, a pod pseudonimem — serię thrillerów historycznych, której bohaterem jest renesansowy filozof Giordano Bruno.

Tej autorki

Giordano Bruno

HEREZJA

PRZEPOWIEDNIA

PROFANACJA

ZDRADA

Tytuł oryginału:

TREACHERY

Copyright © Stephanie Merritt 2014

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2017

Redakcja: Ewa Pawłowska

Ilustracja na okładce: British Library/Fickr

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

ISBN 978-83-7985-431-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.

(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Spis treści

Mapa

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

EPILOG

PRZYPISY

Z pokładu Elizabeth Bonaventure,

okrętu flagowego Jej Królewskiej Mości,

Plymouth, niedziela 22 sierpnia 1585 roku

Do Wielce Szanownego sir Francisa Walsinghama

Śląc wpierw gorące pozdrowienia, Czcigodny Sekretarzu, z ciężkim sercem sięgam po pióro, by skreślić niniejsze słowa. Bez wątpienia spodziewałeś się, Panie, pomyślnych wiadomości o wyjściu floty w morze. Z żalem powiadamiam, że obecnie stoimy na kotwicy w zatoce Plymouth wskutek opóźnienia spowodowanego przez kłopoty z zaopatrzeniem i wciąż czekamy na przybycie galeonu Leicester (z Pańskim zięciem na pokładzie), którego spodziewamy się lada dzień. Naturalnie, podczas przygotowań do wyjścia w morze takiej dużej floty drobne komplikacje są nieuniknione. Jednak ciąży mi na sercu znacznie poważniejsza sprawa, dlatego uznałem, iż muszę się nią podzielić z Tobą, Panie, choć proszę na razie nie wspominać o tych smutnych okolicznościach królowej, mam bowiem nadzieję szybko rozwiązać problem bez przyczyniania zmartwień Jej Królewskiej Mości.

Być może znasz, Panie, przynajmniej ze słyszenia, Roberta Dunne’a, szlachcica z Devon, czasami widywanego na dworze, godnego oficera i towarzysza, z którym siedem lat temu odbyłem podróż dokoła świata (pozwolę sobie nadmienić, iż został należycie nagrodzony za swój udział w tym przedsięwzięciu). Otóż zaprosiłem Dunne’a do mojej załogi na obecną wyprawę do Hiszpanii i Nowego Świata, jakkolwiek wśród moich najbliższych doradców są tacy, którzy mnie do tego zniechęcali, zważywszy na osobiste kłopoty owego człowieka i to, co o nim mówiono, a czego nie ma powodu tutaj wyszczególniać. Jako że oceniam ludzi nie na podstawie pogłosek, ale czynów, postanowiłem dać Robertowi Dunne’owi szansę na odzyskanie honoru poprzez służbę ojczyźnie. Może powinienem posłuchać rad, chociaż teraz to bez znaczenia.

Dunne od samego początku zachowywał się dziwnie; wydawał się zamknięty w sobie i zalękniony, jakby się bał kogoś za plecami – zgoła nie ten sam człowiek, którego pamiętałem. Przypisałem to zdenerwowaniu przed długą podróżą; wszak nikomu nie przychodzi lekko zostawianie domu i rodziny, żeby ruszyć na koniec świata, a Dunne aż nazbyt dobrze poznał niebezpieczeństwa towarzyszące takiej ekspedycji. Wczorajszego wieczoru wybrał się na brzeg z kilkoma innymi dżentelmenami. Uznałem, że podczas pobytu w porcie mądrze jest pozwolić młodym ludziom na szukanie takich rozrywek, jakie Plymouth ma do zaoferowania żeglarzom – kiedy podniesiemy kotwicę, będą wiele czasu spędzać pod pokładem i podlegać surowej dyscyplinie – chociaż tym pod moją komendą i kolegom kapitanom przykazałem, iż mają się zachowywać godnie, by nie skompromitować floty.

Zeszłej nocy Dunne wrócił na pokład kompletnie pijany, co również było do niego wielce niepodobne. Bóg wie, ów człowiek miał wiele przywar, ale żywiłem przekonanie, że pijaństwo do nich nie należy, inaczej nie przyjąłbym go do służby na okręcie flagowym Jej Królewskiej Mości. Przybył w towarzystwie naszego kapelana, ojca Pettifera, który go znalazł błąkającego się po ulicach w stanie nietrzeźwości i uznał, że najlepiej będzie sprowadzić go na okręt – na jego miejscu nie podjąłbym takiej decyzji, słyszałem bowiem, że mieli piekielne kłopoty, pomagając Dunne’owi wsiąść do szalupy, a następnie wspiąć się po sztormtrapie na pokład Elizabeth. Tam przyjął ich mój brat, Thomas, który po wspólnej ze mną kolacji wracał na swoją jednostkę. Świadom, że jestem w mojej kwaterze, zajęty pracą nad mapami z młodym Gilbertem, i myśląc, że nie powinien zawracać mi głowy tą sprawą, pomógł kapelanowi zaprowadzić Dunne’a do jego kajuty, żeby wytrzeźwiał. Później Thomas powiedział, że Dunne zachowywał się jak szaleniec, atakując niewidzialnych wrogów i mówiąc do ludzi, których tam nie było, jakby spożył coś więcej niż wino. Wedle ojca Pettifera padł na koję już zupełnie zamroczony, więc go zostawili, żeby przespał ten brak umiarkowania i rano okazał skruchę.

O tym, co się wydarzyło pomiędzy tym czasem a rankiem, wie tylko Bóg i, z żalem dodam, ktoś jeszcze. Pogoda była paskudna, padał deszcz i wiał silny wiatr, toteż ludzie przebywali pod pokładem, wyjąwszy dwóch wachtowych. O brzasku do moich drzwi zapukał mój hiszpański nawigator, Jonas, wielce zaniepokojony. Chciał podać Robertowi Dunne’owi jakąś miksturę, która postawiłaby go na nogi po nocnych ekscesach, ale kajuta była zamknięta na klucz, a Dunne nie wstał, żeby otworzyć. Zrozumiałem obawy Jonasa, wszyscy bowiem widzieliśmy ludzi, którzy zadławili się własnymi wymiocinami, dlatego z nim poszedłem – mam zapasowe klucze do prywatnych kajut. Otworzyliśmy drzwi i wyznam, że nie byłem przygotowany na widok, jaki ukazał się naszym oczom.

Dunne był odwrócony plecami do nas, ale gdy okręt zakołysał się na fali, powoli się okręcił i wtedy spostrzegłem… ale uprzedzam fakty. Dunne wisiał na haku latarni z pętlą ciasno zaciśniętą na szyi. Jonas krzyknął i wylał nieco mikstury, którą trzymał w ręce. Szybko go uciszyłem, nie chcąc alarmować ludzi. Zamknąwszy drzwi, wspólnymi siłami odcięliśmy Dunne’a i położyliśmy go na koi. Ciało już zesztywniało; zmarł przed kilkoma godzinami. Zostałem z nim i posłałem Jonasa po mojego brata, który w tym czasie był na swoim okręcie.

W każdych okolicznościach własnoręczne odebranie sobie życia jest nie tylko tragedią, ale też ciężkim grzechem przeciwko Bogu i naturze. Wyznam, iż rozgorzał mi w piersi przelotny gniew na Dunne’a, że wybrał akurat tę chwilę, bo jak Ci dobrze wiadomo, Panie, marynarze są pobożni i przesądni jak żadni inni ludzie w świecie chrześcijańskim, więc uznaliby śmierć samobójczą za zły znak, za cień rzucony na naszą wyprawę. Nie wątpiłem, że niektórzy samowolnie zeszliby z okrętu na wieść o takim zdarzeniu na pokładzie, czyniąc to w przekonaniu, że Bóg odwrócił od nas swoje oblicze. Zaraz potem zganiłem się w duchu za to, że myślę przede wszystkim o wyprawie, kiedy jeden z nas został doprowadzony do skrajnej rozpaczy.

Gdy czekałem na przybycie brata, miałem czas baczniej przyjrzeć się zwłokom i natychmiast pojąłem, co jest nie w porządku. Złość ustąpiła strachowi, owładnęło mną przerażenie. Nie potrzebowałem medyka, który by mi powiedział, że przyczyna śmierci była innego rodzaju, niż się z początku wydawało. Zaraz zrozumiesz, Panie, dlaczego proszę o dyskrecję. Muszę zachować dla siebie moje podejrzenia, dopóki nie dowiem się więcej, jeśli bowiem okręt ma być uważany za przeklęty z powodu samobójcy, to o ile gorsze jest przebywanie na jego pokładzie człowieka winnego jeszcze cięższego grzechu?

Z tego względu proszę o dochowanie tajemnicy. Zapewniam, będę informować o postępach śledztwa i proszę dawać wiarę tylko moim doniesieniom, gdyż plotka wypełźnie z każdego zakamarka, często wypaczona w jakiejś ważnej części, a ponieważ wiem, że masz tu swoje oczy i uszy, nie chciałbym, żebyś został, Panie, wprowadzony w błąd. Powiadomiłem załogę, że Dunne targnął się na życie, ale koroner musi przeprowadzić dochodzenie w sprawie przyczyny zgonu. Rozumiesz, Panie, że w trosce o koszta poniesione przez licznych wielmożów, łącznie z Tobą, Czcigodny Sekretarzu, i samą Najjaśniejszą Panią, nie mogę wyruszyć w drogę z przekonaniem, że w mojej załodze ukrywa się zabójca. Jeśli Jej Królewska Mość dowie się o opóźnieniu, błagam o uśmierzenie wszelkich Jej obaw o powodzenie wyprawy i zapewnienie, że podniesiemy żagle, gdy tylko Opatrzność pozwoli. Przekazuję list szybkiemu kurierowi i czekam na dobrą radę.

Pozostaję zawsze do Twych usług, Wielce Szanowny Panie.

Francis Drake

1

– O, tam! Czyż nie jest to widok, Bruno, który przyśpiesza bieg krwi w żyłach? Czy nie sprawia, że rozpiera cię radość życia?

Sir Philip Sidney lekko się podnosi, gdy z dumą wskazuje rzekę, i mały prom skręca, wzbijając fontannę wody. Przewoźnik głośno klnie i macha wiosłem, żeby wrócić na kurs. Trzymam się ławki i patfrzę przez rzadką mgłę na obiekt zachwytu mojego przyjaciela. Galeon jest wielki jak dom, trzy wysokie maszty wznoszą się na tle porannego nieba, drzewca i liny tną blade chmury na fragmenty w kształcie różnorakich figur geometrycznych.

– Łódź robi wrażenie – przyznaję.

– Nie mów „łódź”, jeśli wolałbyś nie ujawniać swojej ignorancji. – Sidney siada z łoskotem i prom znów się niepokojąco kołysze. – To okręt. Czy chcesz, żeby Francis Drake pomyślał, że wiemy o sztuce żeglarskiej nie więcej niż dwie dziewczyny? Możesz wysadzić nas tam, przy schodach – dodaje do przewoźnika. – Weź sakwojaże i zostaw na kei jak najbliżej okrętu, zacny człowieku. – Potrząsa sakiewką na znak, że starania przewoźnika zostaną nagrodzone.

Podpływamy bliżej i z mgły wyłania się nabrzeże Woolwich. Dostrzegam krzątaninę wokół wielkiego okrętu: ludzie toczą beczki, podnoszą olbrzymie toboły zapakowane w zaimpregnowany materiał, zwijają liny, ciągną ręczne wózki i wyszczekują rozkazy, które niosą się nad Tamizą wraz z krzykiem mew krążących wokół topów masztów.

– Będę całkiem zadowolony, gdy sir Drake się dowie, że nie umiem odróżnić jednego końca okrętu od drugiego – mówię, zbierając siły, gdy prom uderza o stopnie nabrzeża. – Przyznanie się do niewiedzy świadczy o mądrości człowieka. Poza tym jakie to ma znaczenie? On raczej nie oczekuje, że dołączymy do jego brygady.

Sidney odrywa spojrzenie od galeonu i piorunuje mnie wzrokiem.

– Do załogi, Bruno. Poza tym mało wiesz. Drake słynie z tego, że każe swoim oficerom dzielić trudy żeglarskiego zajęcia z marynarzami. Nikt według niego nie jest tak wielkim panem, żeby wymigać się od zwijania lin albo szorowania pokładu, bez względu na tytuły. Taki ma styl dowodzenia. Mówią, że kiedy opłynął świat…

– Wszak nie jesteśmy jego oficerami, Philipie. Tylko składamy wizytę.

Po dłuższej chwili wybucha śmiechem i klepie mnie po ramieniu.

– Oczywiście! Niedorzeczna sugestia.

– Rozumiem, że chcesz wywrzeć na nim wrażenie…

– Wywrzeć wrażenie na nim? Ha! – Sidney wstaje i skacze z promu na schody, podczas gdy przewoźnik trzyma wbity w ścianę żelazny pierścień, by łódź się zanadto nie rozkołysała. Stopnie są śliskie od zielonych porostów i Sidney z trudem zachowuje równowagę, ale zaraz prostuje się i odwraca z błyskiem w oczach. – Posłuchaj: Francis Drake może wyprosił dla siebie u królowej tytuł szlachecki, ale nie przestał być synem wieśniaka. Natomiast moja matka jest córką księcia. – Dźga się kciukiem w pierś. – Moja siostra została hrabiną Pembroke, a mój wuj to hrabia Leicester, ulubieniec królowej Anglii. Powiedz mi, dlaczego miałoby mi zależeć, żeby zrobić wrażenie na Drake’u?

Ponieważ, mój przyjacielu, jest człowiekiem, jakim w skrytości ducha chciałbyś sam być, myślę sobie, chociaż tylko się uśmiecham i nic nie mówię. Niedawno na dworze, w sali pełnej arystokratów, Sidney nie okazał należytego szacunku pewnemu starszemu parowi, który w odpowiedzi nazwał go szczenięciem królowej. Teraz Sidney ma wrażenie, że gdy chodzi po galerii albo po pałacowych ogrodach, słyszy za sobą szydercze ujadania i gwizdy. Chciałby zasłynąć jako awanturnik, nie piesek salonowy Elżbiety. Niemal mu współczuję. Od początku lata, kiedy królowa postanowiła wysłać angielskie wojska, by wesprzeć protestantów walczących z Hiszpanami w Niderlandach, z trudem hamował podniecenie na myśl o wyruszeniu na wojnę. Armią dowodzi jego wuj, hrabia Leicester, i miał powody wierzyć, że obejmie komendę nad garnizonem we Flushing. Królowa interweniowała, obawiając się stracić dwóch faworytów jednocześnie. Na początku sierpnia wycofała ofertę i mianowała dowódcą Flushing kogoś innego, żeby Sidney został na dworze, w zasięgu jej wzroku. Błagał ją, żeby wzięła pod rozwagę jego honor, ale wyśmiała te usilne prośby, jakby je uważała za niedorzeczne, a jego samego za dziecko, które chce się bawić w żołnierza ze starszymi chłopakami. Jego duma ucierpiała. Ma trzydzieści lat i czuje, że umykają mu najlepsze lata, podczas gdy on jest zmuszany przez kaprys królowej do życia w kobiecym świecie gobelinów i aksamitnych poduszek. Wysłała go jako emisariusza do Plymouth; oczywiście to nie to samo co dowodzenie garnizonem, ale nawet ta krótka ucieczka z dworu i perspektywa wolności przyprawia go o zawrót głowy.

Jestem mniej entuzjastycznie nastawiony do tej eskapady, choć ze względu na niego staram się to ukrywać. Myślę sobie, że skakanie z promu na schody nabrzeża jak na mój gust za bardzo grozi zimną kąpielą, a w chwilę potem tracę równowagę i wymachując rękami, chwytam linę. Moje buty ślizgają się na każdym stopniu i staram się nie patrzeć w dół na szlamowatą, brunatną wodę. Pływam dość dobrze, ale kiedyś przez przypadek wpadłem do Tamizy – jej smród mógłby zabić człowieka przed dopłynięciem do brzegu i lepiej nie zastanawiać się nad tym, co pływa pod powierzchnią.

Przystaję na szczycie schodów, gdy nasz przewoźnik cumuje prom i wychodzi po stopniach z naszymi sakwami podróżnymi. W większości są to bagaże Sidneya, ściślej mówiąc. Ja zabrałem tylko jeden sakwojaż z kilkoma zmianami bielizny i materiałami piśmiennymi. Zapewnił mnie, że wycieczka potrwa nie dłużej niż dwa tygodnie, najwyżej trzy: popłyniemy galeonem wzdłuż południowych wybrzeży Anglii do zatoki Plymouth, gdzie galeon dołączy do floty sir Francisa Drake’a, i wrócimy stamtąd do Londynu. A jednak sam spakował się jak na podróż dokoła świata, słudzy podążają za nami na drugim promie z resztą jego rzeczy. Nie wspominam o tym, tylko przymrużam oczy, patrząc, jak mój przyjaciel radosnym okrzykiem wita członka załogi i wciąga go w rozmowę. Marynarz wskazuje na okręt. Sidney gorliwie kiwa głową, krzyżując ręce na piersi. Coś kombinuje? – pytam sam siebie w duchu. Od kilku tygodni dziwnie się zachowywał, od czasu poróżnienia się z królową, i dobrze wiem, że nie cierpi, gdy ktoś zrani jego dumę. Na razie jednak nie mam innego wyboru, muszę podążać za nim.

– Chodź, Bruno! – woła, władczy jak zawsze, machając wykończonym koronką rękawem w stronę trapu. Powstrzymuję się od uśmiechu. Sidney myśli, że ubrał się odpowiednio na podróż; zniknęły typowe dla niego bufiaste rękawy i pantalony, jak również watowany kaftan, który sprawia, że wszyscy modni Anglicy wyglądają, jakby się spodziewali dziecka. Kurtka, którą wybrał, wcale nie jest bardziej odpowiednia, uszyta z jedwabiu o barwie kości słoniowej, haftowana w delikatny złoty wzór z naszytymi perełkami. Kreza, choć nie tak ekstrawagancko szeroka jak zwykle, jest wykrochmalona i nieskazitelnie biała, a na głowie ma czarny aksamitny kapelusz z wysadzaną klejnotami broszą i pawim piórem, które tańczy na wietrze i często więźnie w złotych kolczykach. Zakładam się sam z sobą, jak długo pióro wytrzyma w tej morskiej bryzie.

Po trapie schodzi dżentelmen w stroju odróżniającym go od ludzi pracujących na nabrzeżu. Unosi rękę w powitalnym geście. Jest mniej więcej w wieku Sidneya, ma wysokie czoło, zaczesane do tyłu rudawe włosy oraz imponującą brodę, która wygląda na świeżo ułożoną przez balwierza. Staje na nabrzeżu i lekko się kłania Sidneyowi. Kiedy z uśmiechem unosi głowę, w kącikach jego oczu pojawiają się zmarszczki, przez co wygląda bardziej ujmująco.

– Witamy na galeonie Leicester. – Szeroko rozkłada ramiona.

– Miło cię widzieć, kuzynie. – Sidney z wielkim entuzjazmem obejmuje go i poklepuje po plecach. – Jesteśmy gotowi?

– Właśnie załadowują ostatnią partię amunicji. – Wskazuje za siebie na grupę marynarzy, którzy wciągają na pokład drewniane skrzynie, używając do tego mnóstwa lin, bloczków i wrzasku. Odwraca się w moją stronę i obrzuca mnie krótkim szacującym spojrzeniem. – Z pewnością jesteś tym Włochem, panie. Sława cię wyprzedza.

W przeciwieństwie do większości Anglików, kiedy spotykają cudzoziemców, szczególnie tych z katolickiej Europy, nie krzywi ust, co od razu budzi we mnie sympatię. Może człowiek, który opłynął pół świata, ma bardziej przychylne spojrzenie na inne nacje. Zastanawiam się, jaka to sława mnie wyprzedza. Jestem znany z niejednego powodu.

– Giordano Bruno z Noli, do usług, panie. – Kłaniam się nisko, żeby okazać szacunek należny szlachetnie urodzonemu.

Sidney kładzie rękę na ramieniu mężczyzny i zwraca się do mnie:

– Oto sir Francis Knollys, szwagier mojego wuja, hrabiego Leicester, i kapitan tego okrętu podczas naszej podróży.

– Jestem zaszczycony, panie. Wielce uprzejmie z twojej strony, że raczysz nas przyjąć na pokład.

Knollys szczerzy zęby w uśmiechu.

– Wiem, wiem. Już przykazałem Philipowi, żeby nikomu nie wchodził w drogę. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję na moim okręcie, jest dwóch poetów plączących się pod nogami i rzygających jak koty przy najmniejszej fali. – Zezuje w kierunku nieba. – Miałem nadzieję wyruszyć o brzasku. Wiatr sprzyja, może nadrobimy trochę czasu, kiedy wypłyniemy na Morze Angielskie. Umiesz chodzić po rozkołysanym pokładzie, mistrzu Bruno, czy przez całą drogę do Plymouth będziesz, panie, trzymać głowę w cebrze?

– Mam żołądek z żelaza. – Uśmiecham się, mówiąc te słowa, więc chyba wie, że nie muszą być do końca prawdziwe. Nie umknęło mi lekceważenie zawarte w słowie „poeci”, Sidneyowi też nie. Nie przywiązuję do tego większej wagi, ale wolałbym nie przynieść sobie wstydu przed tym arystokratycznym żeglarzem. W jego oczach rzyganie do kubła jest najpewniejszym sposobem zakwestionowania czyjejś męskości.

– Miło to słyszeć. – Z aprobatą kiwa głową. – Każę przynieść wasze sakwojaże. Chodźcie obejrzeć kwaterę. Niestety, nie jest zbytkownie urządzona, nieodpowiednia dla kwatermistrza, ale będzie musiała wystarczyć. – Szyderczo kłania się Sidneyowi.

– Możesz sobie pokpiwać, kuzynie, ale kiedy wypłyniemy na hiszpańskie wody w południowej części Morza Karaibskiego, mając przed sobą garnizony potężnego króla Filipa, będziesz rad, że ktoś kompetentny zawracał sobie głowę załatwianiem amunicji i innego ekwipunku – powiada Sidney wyniośle.

– Ktoś kompetentny? A kto taki? – Knollys śmieje się ze swojego żartu. – I co poza tym oznacza ta liczba mnoga?

– Co?

– Sam powiedziałeś, „kiedy wypłyniemy na hiszpańskie wody”. Przecież ty i twój przyjaciel płyniecie tylko do Plymouth?

Sidney zasysa policzki.

– My, czyli Anglicy. To wyraz solidarności, kuzynie.

Zauważam, że niezupełnie patrzy w oczy rozmówcy. Przyglądam się twarzy przyjaciela i w jakimś zakamarku mojego umysłu rodzi się podejrzenie.

Knollys prowadzi nas po trapie na pokład Leicestera. Załoga obraca głowy i wlepia w nas oczy, gdy przechodzimy, choć ręce nie przerywają pracy. Zastanawiam się, za kogo nas mają. Wysoki, smukły, bogato odziany Sidney o chłopięcej twarzy, pomimo niedawno wyhodowanej brody, chłonie wzrokiem nowe otoczenie – wygląda dokładnie na tego, kim jest, na arystokratę z upodobaniem do przygody. Mnie w czarnym stroju być może biorą za księdza.

Wchodzimy za Knollysem przez drzwi pod kasztelem rufowym do wąskiej kajuty, ledwie mogącej pomieścić nas trzech, z piętrową koją pod grodzią. Wnętrze, jak można się było spodziewać, cuchnie wilgocią, solą, rybami, wodorostami. Jeśli Sidneya zniechęca ta marna kwatera, to jednak tego nie okazuje. Unosi się z zachwytu nad wąskimi łóżkami, więc silę się na stoicyzm, chociaż zaciskam pięści za plecami i zmuszam się do powolnego oddychania. W dzieciństwie poznałem grozę ciasnych zamkniętych przestrzeni i przebywanie tutaj wydaje mi się okrutną karą. Obiecuję sobie, że podczas podróży będę jak najwięcej czasu spędzać na pokładzie, patrząc w niebo i na szeroką wodę.

– Czujcie się jak w domu – mówi wesoło Knollys, machając ręką, zadowolony z przewagi, jaką doświadczenie zapewnia mu nad bardziej wytwornym powinowatym. – Mam nadzieję, że zabraliście z sobą grube peleryny, bo wiatr na morzu będzie silny, mimo że panuje lato. Zostawię was, żebyście się mogli rozgościć. Zostało jeszcze wiele do zrobienia przed podniesieniem kotwicy. Przyjdźcie na pokład, kiedy będziecie gotowi. I pożegnajcie się z Londynem.

– Zajmuję dolną koję – oznajmia Sidney po wyjściu Knollysa, rzucając kapelusz na poduszkę. – Krótszy lot w dół, jeśli morze będzie wzburzone.

Opieram się o framugę.

– Dziękuję. I lepiej powiadom kuzyna, że będziemy potrzebować drugiej kajuty na twoje ubrania.

Sidney pada na koję i próbuje wyprostować długie nogi. Nie mieszczą się i leży jak rodząca, ze zgiętymi kolanami.

– Wiesz, Bruno, pewnego dnia nauczysz się okazywać mi szacunek należny z racji urodzenia. Oczywiście, sam temu jestem winien – mówi, zmieniając pozycję i rzucając kapelusz na podłogę. – Sam wyhodowałem tę bezczelność, traktując cię jak równego sobie. Będę musiał położyć temu kres. Na litość boską, jak mam na tym spać?! Nawet nie mogę położyć się na wznak. Czy to wyro zostało sklecone dla karła? Przypuszczam, że ty nie będziesz miał takich problemów. Na rany Chrystusa, w więzieniu Fleet mają lepsze warunki!

Podnoszę jego kapelusz i nasuwam go zawadiacko na ucho.

– Czego się spodziewałeś, piernatów i jedwabnej pościeli? To ty chciałeś się bawić w awanturnika.

Siada, nagle poważny.

– Nie bawimy się, Bruno. Jestem mianowanym kwatermistrzem Jej Królewskiej Mości. Nie, wcale nie żartuję. Poczekaj, a się przekonasz, jeszcze mi za to podziękujesz. Co innego byś robił tego lata poza dumaniem nad swoją niepewną sytuacją? W ten sposób przynajmniej będziesz miał jakieś zajęcie.

– Moja sytuacja, jak to ujmujesz, wcale się nie zmieni, kiedy wrócę. Jeśli nie znajdę jakiegoś sposobu, żeby pozostać w Anglii niezależnie od francuskiej ambasady, we wrześniu będę zmuszony wrócić z ambasadorem do Paryża. Trudno nad tym nie rozmyślać.

Staram się nie okazać urazy, ale jego lekki ton mnie irytuje, kiedy mówi o mojej przyszłości i może o moim życiu.

Macha ręką.

– Za dużo się martwisz. Nowy ambasador… Jak on się nazywa… Châteauneuf? Tak naprawdę nie może cię wyrzucić na ulicę, prawda? Nie wtedy, gdy król Francji jest za tym, żebyś mieszkał w ambasadzie. Tylko próbuje cię zastraszyć.

– Z powodzeniem. – Splotłem ramiona na piersi. – Król Henryk od miesięcy nie płaci mi stypendium… Ma zbyt wiele zmartwień na swoim dworze, żeby zawracać sobie głowę jednym wypędzonym filozofem. Poprzedni ambasador sam je wypłacał ze szkatuły ambasady. Wystarczało mi to, co od niego dostawałem i co zarabiałem u… – Urywam, wymieniamy znaczące spojrzenie. – I to jest kolejny problem – mówię ściszonym głosem. – Châteauneuf oskarżył mnie o szpiegowanie dla Tajnej Rady.

– Na jakiej podstawie?

– Nie ma dowodów, ale podejrzewają, że ktoś przejmuje tajną korespondencję ambasady. Ponieważ jestem tutaj jedynym znanym wrogiem Kościoła katolickiego, ambasador wyciągnął własne wnioski.

– Ha. – Podciąga kolana. – W takim razie nie są tacy głupi, jak może się wydawać. Ale w przyszłości będziesz musiał uważać.

– Obawiam się, że nie będę mógł dalej pracować dla Walsinghama, to prawie niemożliwe. Poprzedni ambasador miał do mnie zaufanie. Châteauneuf zdecydowanie mi nie ufa i będzie obserwować mój każdy ruch. Jest najbardziej dogmatycznym katolikiem z rodzaju tych, którzy myślą, że tolerancja stanowi najwyższą obrazę. Nie będzie gościć pod swoim dachem kogoś takiego jak ja. Tak brzmiały jego słowa.

Sidney się uśmiecha.

– Suspendowanego zakonnika, ekskomunikowanego za herezję. Tak, rozumiem, że postrzega cię jako niebezpiecznego wichrzyciela. Ale myślałem, że zależało ci na powrocie do Paryża? – rzucił mi zawoalowaną aluzję.

– Zeszłej jesieni napisałem do króla z pytaniem, czy mogę na krótko powrócić. Odpowiedział, że obecnie nie może mnie przyjąć na dworze, gdyż to tylko zantagonizowałoby Ligę Katolicką. Poza tym… – opieram się o ścianę i krzyżuję ręce na piersi – mojej miłości już dawno tam nie ma. O ile w ogóle kiedykolwiek była.

Powoli kiwa głową. Rozumie, co to znaczy kochać kobietę, której nie można mieć. Nic więcej nie trzeba dodawać.

– Może przestań to rozpamiętywać. Znam remedium na twoje kłopoty. – Błysk w jego oku nie budzi specjalnego zaufania. Sidney ma dobre zamiary, ale jest impulsywny, a jego pomysły rzadko bywają praktyczne; mimo to nie mogę zdusić iskierki nadziei. Może chce wstawić się za mną u swojego teścia, Walsinghama, albo nawet u królowej. Tylko jakieś stanowisko dworskie pozwoliłoby mi się utrzymać na wygnaniu. Królowa nie może ogłosić tego publicznie, ale wiem, że Walsingham jej powiedział, że przez dwa lata narażałem życie w jej służbie. Z pewnością zrozumie, że będąc oskarżony o herezję przez inkwizycję, nie będę mógł żyć ani pisać w żadnym kraju katolickim.

– Pomówisz z królową?

– Poczekamy, zobaczymy. – To wszystko, co mówi w odpowiedzi, z tajemniczym mrugnięciem, które, jak wie, doprowadza mnie do furii.

Sidney został kwatermistrzem na początku wiosny – była to nominacja polityczna, kaprys królowej bez odzwierciedlenia w jego uzdolnieniach natury militarnej czy żeglarskiej, które jak na razie istnieją głównie w jego głowie. Przez całe lato nadzorował dostawy amunicji i armat na okręty Francisa Drake’a przed jego przyszłą wyprawą. Kiedy królowa otrzymała wiadomość, że do Anglii żegluje Dom Antonio, pretendent do tronu portugalskiego, z zamiarem zawinięcia do Plymouth, Sidney skwapliwie skorzystał z okazji, żeby na własne oczy zobaczyć flotę Drake’a: zgłosił się na ochotnika, żeby powitać przybysza i towarzyszyć mu w drodze do Londynu.

Wedle planu wyruszymy na pokładzie galeonu Leicester do Plymouth, gdzie zbierają się już inne okręty, tam spędzimy kilka dni wśród żeglarzy i kupców awanturników, czekając na Portugalczyka i jego świtę – dzięki temu Sidney będzie mógł się popisywać, mówiąc o armatach i nawigacji, generalnie sprawiając wrażenie, że jest kimś ważnym – a następnie pod koniec miesiąca, kiedy dwór wróci do miasta po lecie spędzonym na wsi, pojedziemy drogą lądową do Londynu z królewskim gościem. Jestem wdzięczny za tę odmianę, ale nie mogę przestać rozmyślać nad tym, co wyniknie po naszym powrocie. Jeśli Sidney coś wymyśli, żebym mógł zostać w Londynie, będę jego dozgonnym dłużnikiem.

* * *

Kiedy Knollys wzywa nas na pokład, nad horyzontem widać prawie całe słońce, zamglone przez cienką gazę białej chmury. Z przelotnym ukłuciem nostalgii myślę o sycylijskiej cytrynie w muślinowym woreczku.

– Bóg da, a będziemy mieć dzisiaj ładną pogodę – mówi, patrząc w niebo. – Choć nie zaszkodziłoby pomodlić się o trochę więcej wiatru.

– Prosisz niewłaściwego człowieka – odpowiada Sidney, trącając mnie łokciem. – Bruno się nie modli.

Knollys patrzy na mnie z rozbawieniem.

– Zaczekaj, aż wyjdziemy w morze. Wtedy zacznie się modlić. Żarliwie.

Oficerowie wykrzykują rozkazy, marynarze rzucają cumy, ciągną liny. Z góry dochodzi skrzypienie drewna i łopot płótna, gdy żagle chwytają wiatr i wydymają się jak miechy. Po raz pierwszy od wejścia na pokład jestem naprawdę świadom, że porusza się on pod moimi nogami: łagodny ruch do przodu i do tyłu, gdy Leicester odbija od nabrzeża. Dzieciaki, które zarabiają pensy za pomoc przy załadunku i bieganie na posyłki, wznoszą radosne okrzyki i machają rękami na pożegnanie, co sił w nogach pędząc wzdłuż nabrzeża. Knollys ze śmiechem kiwa do nich ręką, Sidney i ja robimy to samo. Słońce wychodzi zza chmur i nagle snop światła złoci brązowe okucia i ogrzewa drewno. Na wodzie przed nami skrzą się setki tysięcy punkcików światła i myślę, że może jednak ta podróż sprawi mi przyjemność. Ale każdy krok mi przypomina, że to, co mam pod stopami, już nie jest solidne.

– Na razie możecie robić, co chcecie – mówi Knollys – byleście nikomu nie wchodzili w drogę.

– Jestem gotów zakasać rękawy, kuzynie. Wystarczy, że powiesz, czym powinienem się zająć. Słyszałem, jak Drake lubi kierować swoimi załogami. Nie jesteśmy tutaj po to, żeby siedzieć w słońcu, sączyć francuskie wino i patrzeć, jak uczciwi ludzie harują. – Sidney błyska promiennym uśmiechem i szeroko rozkłada ręce, jakby mówiąc: Oto jestem.

Patrzę na niego zatrwożony, bo o czymś takim nie było wzmianki w zaproszeniu. Zerkam na czubek grotmasztu, gdzie nad bocianim gniazdem powiewa proporzec ze złotym herbem. Mam nadzieję, że nie zgłosił nas na ochotnika do polerowania takielunku i szorowania pokładów.

Knollys mierzy go wzrokiem od stóp do głów, patrząc na jedwabny kaftan Sidneya, koronkowe mankiety i biżuterię. Uśmiecha się, ale cierpko.

– No tak… wino jest ściśle racjonowane. Przyznam ci się, Philipie, jestem zaskoczony, że w tych okolicznościach Jej Królewska Mość pozwoliła ci na tak długi czas opuścić dwór.

Sidney odwraca wzrok.

– Ktoś musi sprowadzić Dom Antonia do Londynu. Gdyby wybrał się w tę podróż na własną rękę, nie dotarłby tam w jednym kawałku. Wiesz, że Filip Hiszpański wyznaczył cenę za jego głowę.

– Mimo wszystko to dziwne, że królowa wierzy w twój rychły powrót do niej, zważywszy na to, że poróżniliście się. – Knollys się śmieje, oczekując, że Sidney mu zawtóruje.

Zalega cisza, która z każdą chwilą staje się coraz bardziej nieprzyjemna. Sidney w głębokim skupieniu wpatruje się w linię horyzontu.

– Powiedz mi, panie – proszę, żeby przerwać milczenie – jaki jest Francis Drake?

– Uparty – odpowiada Sidney bez wahania.

– Człowiek z charakterem – mówi Knollys po krótkim namyśle.

– Przez kilka lat zasiadałem z nim w komisji parlamentarnej – ciągnie Sidney. – Kiedy postawi sobie jakiś cel, staje się zawzięty jak pies wytresowany do tępienia szczurów. Poza tym trzeźwo patrzy na świat, jest twardy i potrafi harować jak wół, czego zresztą można się spodziewać po człowieku wychowanym do pracy fizycznej – dodaje, oglądając swoje paznokcie.

– Ma też waleczną naturę – powiada z zadumą Knollys – i niepohamowaną ambicję, chociaż nie dla osobistych korzyści, jak sądzę. Tak jakby bawiło go mierzenie się z tym, co niemożliwe. Potrafi być ucieleśnieniem uprzejmości. Sam widziałem, że jeńców ze zdobytych statków traktował z takim szacunkiem, jakim darzy własną załogę. Ale ma w sobie stal. Jeśli się mu sprzeciwisz, na Boga, każe ci za to zapłacić. – Ostro wciąga haust powietrza i wydaje się, że zaraz rozwinie temat, lecz nagle zmienia zdanie.

– Czy to człowiek wyedukowany? – pytam.

– Nie odebrał starannego wykształcenia, chociaż oczywiście zna się na sprawach, które dotyczą morza – mówi Knollys. – Ale ma w kajucie egzemplarz angielskiej Biblii i egzemplarz Księgi męczenników Foxe’a, a także pisma Magellana oraz francuskie i hiszpańskie tomy o sztuce nawigacji. Ogromnie lubi muzykę i zawsze pilnuje, żeby mieć na pokładzie ludzi z talentem do grania. Dlaczego o to pytasz, panie?

– Tylko dlatego, że uchodzi za najsłynniejszego żeglarza Europy. Jestem zaintrygowany i rad, że go poznam, ponieważ zmienił nasze postrzeganie świata. Wyobrażam sobie, że musi być człowiekiem o nadzwyczajnych cechach.

Knollys z uśmiechem kiwa głową.

– Nie będziesz rozczarowany, mistrzu Bruno. A teraz możecie, panowie, podziwiać widoki, ja zaś się zajmę moimi sprawami. Bóg da, a będziemy mieć spokojne morze i pomyślny wiatr, i wtedy za dwa dni zawiniemy do Plymouth.

Macha ręką w kierunku dziobu. Wchodzę za Sidneyem po prawie pionowych schodach na wysoki pokład. Gdy tyko Knollys odwrócił się plecami, Sidney zlekceważył jego polecenie; serdecznie się wita z najbliższym marynarzem i zasypuje go pytaniami o jego zajęcia – dlaczego w taki sposób wiąże linę, czemu marsle są wciąż zwinięte, jaka jest hierarchia w załodze, dokąd najdalej udało mu się dopłynąć z Anglii – przerywając ledwie dla zaczerpnięcia oddechu, aż biedny majtek zaczyna się w panice rozglądać w poszukiwaniu kogoś, kto go uwolni od tego przesłuchania.

Zostawiam ich z uśmiechem i znajduję sobie spokojne miejsce na dziobie. Tak się składa, że potrafię odróżnić jeden koniec okrętu od drugiego – część młodości spędziłem nad Zatoką Neapolitańską – ale dochodzę do wniosku, że im bardziej będę wyglądać na bezużytecznego, tym częściej będę miał święty spokój. Moje zainteresowanie budzi sztuka nawigacji, więc z przyjemnością skorzystam z okazji, żeby porozmawiać z Knollysem o jego mapach i przyrządach, jeśli się zgodzi. Skoro żeglarze od wieków z coraz to większą precyzją obliczali pozycję na podstawie gwiazd i przez stulecia wszystkie nasze mapy nieba były oparte na błędnym przekonaniu o ruchu gwiazd i planet w ich sferach, jestem ciekaw, jak nawigatorzy i kartografowie dostosowują się do nowej konfiguracji wszechświata teraz, gdy wiemy, że w jego centrum znajduje się Słońce, a nie Ziemia, i że gwiazdy nie tkwią na firmamencie, że ich sfera nie stanowi zewnętrznej granicy kosmosu. Zastanawiam się, czy mógłbym porozmawiać o tych koncepcjach z doświadczonym żeglarzem, takim jak Knollys. Sidney powiedział, że w 1577 roku okrążył glob z Drakiem podczas wyprawy, która przyniosła im sławę i bogactwo. Z pewnością zrobione przez nich obliczenia musiały dodatkowo potwierdzić, że Ziemia obraca się wokół Słońca, nie na odwrót. Królowa zakazała Drake’owi i jego towarzyszom publikowania relacji i map z tej ekspedycji, ponoć ze strachu, że wpadną w ręce Hiszpanów, ale może Knollys da się namówić przynajmniej na poufną rozmowę o odkryciach naukowych, jak jeden człowiek nauki z drugim.

Przed nami Tamiza lśni jak bity metal, gdy chmury przemykają przez oblicze słońca i ich cienie suną po wodzie; w tym świetle można niemal zapomnieć, że rzeka jest zupą ludzkich nieczystości. Wspieram ręce na drewnianym relingu i patrzę w dół. Muszę się hamować; w tak niebezpiecznym położeniu muszę uważać, co mówię publicznie, dopóki nie będę wiedział, jak to może zostać odebrane. O Knollysie powiadają, że jest dobrym protestantem, jak jego szwagier, Leicester, i Sidney, ale byłbym głupcem, wyobrażając sobie, że koncepcje Kopernika zostały zaakceptowane przez więcej niż kilka osób. Ledwie dwa lata temu podczas publicznej debaty na Uniwersytecie Oksfordzkim otwarcie mnie wyśmiano za popieranie teorii heliocentryzmu. To, że inkwizycja nie może mnie dosięgnąć na terytoriach królowej Elżbiety, wcale nie musi oznaczać, że wszyscy Anglicy są oświeceni.

Płyniemy rzeką, która stopniowo rozszerza się w kierunku ujścia, mijamy rozproszone siedziby, nie większe niż chałupy, i łodzie podskakujące przy prowizorycznych pomostach. Brzegi po obu stronach są płaskie i bagniste, usiane kałużami, w których przegląda się blade niebo. W Londynie człowiek ma wrażenie, że jest osaczony, ściśnięty ze wszystkich stron, i widzi niebo tylko jako brudną wstążkę pomiędzy okapami wysokich domów, które blokują dopływ światła, pochylając się nad wąskimi uliczkami. Gdy oddalamy się od miasta, moje ramiona powoli się odprężają. Powietrze staje się świeższe i niesie zapach soli. Oddycham głęboko, ciesząc się nowym wrażeniem przestrzeni. Oswajam się z dźwiękami: trzask żagli, poskrzypywanie masztów i rej, rytmiczne łamanie się fal o kadłub, bezustanne skrzeczenie mew.

* * *

Po kolacji, gdy Sidney siada do kart z Knollysem i jego oficerami, wymawiam się od gry i wracam na pokład. Wiatr jest silniejszy i trzeba szczelnie owijać się peleryną dla ochrony przed zimnem, ale wolę przebywać na słonym powietrzu niż zamknięty w kapitańskiej kajucie, w zaduchu dymu tytoniowego i słodkiego wina. Wprost przede mną słońce prawie tonie w wodzie, zostawiając na niebie pasma oranżu i różu. Po prawej stronie – Sidney nalega, żebym mówił „sterburta” – wybrzeże Anglii jest ciemną smugą. Po lewej, za nieustannie zmieniającą się wodą, leży Francja. Przymrużam oczy, patrząc w kierunku dalekich chmur, jakbym ją mógł zobaczyć.

Pokład trzeszczy za moimi plecami i zjawia się Sidney z glinianą fajką w zębach. Wyjmuje krzesiwo z sakiewki u pasa i przez dłuższą chwilę walczy, żeby zapalić fajkę na wietrze.

– Znowu rozmyślasz, Bruno?

– Na tym polega życie.

Chrząka, wyjmuje fajkę z ust, wydmuchuje kłąb dymu i szeroko rozpościera ręce, wypinając pierś ku wschodzącemu księżycowi.

– Nie ma to jak świeże morskie powietrze.

– Było świeże, zanim przyszedłeś.

Opiera się plecami o reling i szczerzy zęby w uśmiechu.

– Daj spokój, marudzisz jak moja żona. Wiecznie się skarży na zapach fajkowego dymu. Szczególnie teraz. – Wzdycha i odwraca się twarzą ku morzu. – Na Boga, jaka to ulga wyrwać się z domu. Brzemienne niewiasty są jeszcze bardziej krnąbrne niż zwykle. Ciekawe, dlaczego nikt mnie o tym nie uprzedził?

– O tej porze w ubiegłym roku narzekałeś, że może wcale nie będziesz miał dziedzica. Myślałem, że będziesz zadowolony.

– Wszystko to służy do zadowolenia innych, Bruno. Po człowieku o mojej pozycji oczekuje się pewnych rzeczy. Decyzja niekoniecznie należy do mnie.

– Nie chcesz być ojcem?

– Wolałbym nim zostać, kiedy będę miał możliwość samodzielnego utrzymania synów i córek, zamiast wciąż mieszkać kątem u teścia. Ale… cóż. – Splata dłonie i chwilę potem „strzela” palcami, rozprostowując je w stawach. – Nie pozwolą mi pójść na wojnę, dopóki nie spłodzę dziedzica, na wypadek gdybym miał już stamtąd nie wrócić. Więc przypuszczam, że powinienem być zadowolony. – Żagle się wydymają i trzaskają nad nami; okręt nieubłaganie sunie naprzód, statecznie, bez pośpiechu. Po długim milczeniu Sidney wystukuje fajkę o reling. – Dwa dni temu wysłałem grupę uzbrojonych ludzi i służących w drogę do Plymouth. Spotkają się z nami w mieście i odeskortują Dom Antonia do Londynu.

Znowu się budzi moje wcześniejsze podejrzenie.

– Wraz z nami – podsuwam.

Sidney odwraca się z triumfującym uśmiechem, jego oczy połyskują w gasnącym świetle. Chwyta mnie za rękaw.

– Nie wracamy do Londynu, przyjacielu. Zanim Dom Antonio rozgrzeje buty w Whitehall, my będziemy w połowie drogi przez Atlantyk.

Patrzę na niego przez długą chwilę, czekając – mając nadzieję – że dostrzegę jakąś wskazówkę, iż to kolejny z jego żartów. Dziki blask w jego oczach sugeruje coś innego.

– Co, będziemy podróżować na gapę? Ukryci wśród bagaży?

– Czyż nie mówiłem, że mam dla ciebie plan? – Opiera się o reling, zadowolony z siebie.

– Myślałem, że może będzie bardziej realistyczny.

– Na rany Chrystusa! Bruno, nie bądź takim malkontentem. Posłuchaj. Na czym polega nasz wspólny poważny problem?

– Na pragnieniu tworzenia poezji i upodobaniu do trudnych kobiet.

– Poza tym. – Patrzy na mnie, a ja czekam. – Brakuje nam niezależności, ponieważ nie mamy pieniędzy.

– Aha. Na tym.

– Właśnie! I jak go rozwiążemy? Musimy dostać pieniądze albo je zarobić. Ponieważ nie widzę nikogo chętnego, by potrząsnąć dla nas kiesą, czy jest lepszy sposób, niż wziąć złoto od Hiszpanów? Wrócimy do domu okryci chwałą, ze skarbem w ładowni… Warto będzie zobaczyć jej minę, nie sądzisz?

Przez chwilę myślę, że chodzi mu o żonę, ale w końcu pojmuję.

– Robisz to wszystko na złość królowej? Za to, że nie wysłała cię do Niderlandów? Zamierzasz pożeglować na drugi koniec świata bez jej pozwolenia?

Nie odpowiada od razu. Patrzy na wodę i głęboko oddycha.

– Wiesz, ile bogactw Francis Drake przywiózł do domu ze swojej podróży dokoła świata? Nie? W takim razie ci powiem. Hiszpańskie skarby warte ponad pół miliona funtów. Królowa dała mu dziesięć tysięcy, i jeszcze więcej do podziału między jego ludzi. I mówię tu tylko o tym, co zadeklarował. – Milknie, kręcąc głową. – Kupił sobie rezydencję w Devon, dawne opactwo wraz z należącą do niego ziemią, i herb na dodatek. Syn rolnika! A mnie nie stać nawet na kupno domu dla własnej rodziny. Mój syn będzie rósł ze świadomością, że utrzymanie zawdzięcza dziadkowi, podczas gdy jego ojciec siedzi bezczynnie, zależny od teścia, niczym kobieta. Jak sądzisz, jak się czuję?

– Rozumiem, że czujesz się niespełniony i zły na królową…

– Człowiek, którego wyznaczyła na dowódcę garnizonu we Flushing, jest gorszy ode mnie pod każdym względem. To publiczne upokorzenie. Nie mogę chodzić po galeriach Whitehall, wiedząc, że cały dwór bawi się moim kosztem. Czuję się tam jak bezwolna marionetka, za której sznurki pociąga królowa. – Zaciska spoczywającą na relingu rękę.

– Dlatego musisz wrócić do domu jako zwycięski bohater.

– Co innego ma robić Anglik, jak nie walczyć z Hiszpanami?! – Obraca głowę w moją stronę i widzę, że pobladł z gniewu. – To mój pierwszy obowiązek, a ona nie pozwala mi go spełnić z obawy, że straci z oka wszystkich swoich faworytów… Chce, żebyśmy trzymali się jej spódnicy, ponieważ się boi, że zostanie sama. Ale ja, Bruno, chciałbym być kimś więcej niż pupilkiem starzejącej się królowej dziewicy. – Szybko się rozgląda, żeby sprawdzić, czy ktoś nas nie podsłuchuje. – Wyobraź sobie dreszcz emocji podczas walki z królem Hiszpanii na jego terytoriach, powrót do Anglii z majątkiem. Elżbiecie zabraknie podarków, żeby wyrazić wdzięczność.

Mam ochotę się roześmiać, jest taki zapalony do swojego pomysłu. Pocieram zarośniętą szczękę, zasłaniając usta, aż w końcu mogę już mówić z poważną miną.

– Naprawdę chcesz to zrobić? Pożeglować z Drakiem na hiszpańskie wody? Czy on w ogóle o tym wie?

Wzrusza znamionami, jakby to był drobiazg.

– Wielokrotnie to sugerowałem, gdy tego lata pomagałem mu w przygotowaniach. Nie jestem pewien, czy brał mnie na poważnie. Ale sądzę, że się nie sprzeciwi.

– Sprzeciwi się, jeśli będzie wiedział, że chcesz wyruszyć bez zgody królowej i wbrew jej życzeniom. Nie będzie chciał wypaść z jej łask – mówię, ale myślę nie o losie Drake’a, tylko o moim. Królowa będzie wściekła na Sidneya za zlekceważenie rozkazu, a skoro ja biorę udział w jego przedsięwzięciu, też padnę ofiarą jej niezadowolenia. Sidney zbytnio nie ucierpi, bo jest tym, kim jest, ale ja mogę bezpowrotnie stracić w jej oczach. Oczywiście tylko w najlepszym wypadku, czyli wtedy, jeśli w ogóle wrócimy.

– Gdyby nie ja, Francis Drake nie mógłby wyruszyć na tę wyprawę – powiada Sidney cicho, z naciskiem. – To ja załatwiłem mu połowę okrętów w jego flocie i znaczną część funduszy od prywatnych inwestorów. To ja przekonałem wielmożów do pomocy w sfinansowaniu wyprawy. – Dźga się kciukiem w pierś dla podkreślenia swoich racji. – Nie może tak po prostu wysadzić mnie na brzeg.

Kręcę głową i odwracam wzrok, patrząc na fale. Wyolbrzymia swoją rolę w przedsięwzięciu, jestem tego pewien, ale kiedy dosiada konika, nie można mu przemówić do rozumu. Skoro ma sobie za nic słowa królowej Anglii, z pewnością będzie głuchy na moje argumenty.

– Nie mam wojskowego doświadczenia, Philipie, i nie jestem żołnierzem. To nie dla mnie.

Prycha.

– Jak możesz tak mówić?! Widziałem, Bruno, jak walczysz i pokonujesz ludzi dwa razy wyższych od siebie. Potrafisz być groźny jak na filozofa. – Błyska szerokim uśmiechem.

Czuję ulgę, bo już się bałem, że jesteśmy na skraju poważnego konfliktu.

– Umiem się spisać w karczemnych burdach, jeśli trzeba. To niezupełnie to samo co abordaż statku albo zdobywanie portu. Jaki będzie ze mnie pożytek na morzu?

– Jaki będzie z ciebie pożytek w Londynie? Nowy ambasador chce obserwować twój każdy krok albo w ogóle cię stamtąd wykopać. Nie mając wpływowego protektora, Bruno, nikomu nie jesteś potrzebny.

Gwałtownie się odwracam i zaciskam zęby, dopóki nie mogę zaufać sobie na tyle, żeby mówić bez zdradzania gniewu. Czuję, że Sidney kipi ze złości, mocno stukając cybuchem o reling. W końcu gliniana fajka pęka, a on z przekleństwem wrzuca ją do morza.

– Dzięki, sir Philipie, za przypomnienie, gdzie jest moje miejsce – mówię napiętym, zduszonym głosem.

– Na miłość boską, Bruno! Chodziło mi tylko o to, że podczas tej podróży przydasz się bardziej niż gdziekolwiek indziej. Poza tym on o ciebie pytał.

– Kto?

– Francis Drake. Dlatego cię zaprosiłem.

Podejrzliwie ściągam brwi.

– Przecież Drake mnie nie zna. Dlaczego o mnie pytał?

– No, nie wymienił cię po nazwisku. Ale tego lata w Londynie zwrócił się do mnie z prośbą, czy mógłbym znaleźć uczonego, który mógłby mu w czymś pomóc. Przykładał do tego wielką wagę, choć nie chciał wyjaśnić powodu.

– Przecież ty jesteś uczonym. Z pewnością o tym wie.

– Najwyraźniej nie jestem. Szuka kogoś, kto zna starożytne języki i starożytne teksty. Człowieka o dużej wiedzy i równej jej dyskrecji, jak powiedział, do delikatnego zadania. Odrzekłem, że znam odpowiednią osobę. – Uśmiecha się, zarzucając rękę na moje ramię, znów będąc uosobieniem łagodności. – Poprosił, żebym cię zabrał z sobą do Plymouth. Pomyśl, Bruno, nie mam pojęcia, czego chce, ale jeśli zdołasz wyświadczyć mu jakąś przysługę, to może wygładzić nam drogę do zamustrowania się na jego okręcie.

Nic na to nie odpowiadam. Kiedy mnie zapraszał w podróż do Plymouth, kadził mi co niemiara: nie wyobraża sobie podróży beze mnie, powiedział; będzie mu brakować naszych rozmów; w jego kręgu na dworze nie ma nikogo, z kim chciałby podróżować, nikogo, czyje towarzystwo wyżej by sobie cenił. Teraz się okazuje, że jestem mu potrzebny jako swego rodzaju waluta, jako przedmiot do handlu wymiennego z Drakiem. Jak głupiutka dzierlatka dałem się nabrać na słodkie słówka i uwierzyłem, że potrzebuje mnie z uwagi na moje przymioty. Co więcej, zdaję sobie sprawę, że jestem głupi, skoro czuję się urażony, i to podsyca moją złość, na niego i na siebie. Strząsam z pleców jego ramię.

– Bruno, daj spokój. Sama myśl o podróży bez ciebie… Co najmniej przez trzy miesiące zdany na towarzystwo posiwiałych starych wilków morskich, bez rozmów, które nie dotyczą wołków zbożowych, olinowania i picia własnych sików? Nie porzuciłbyś mnie, skazując na taki los. – Pada na kolana, błagalnie składając ręce.

Niechętnie zdobywam się na uśmiech.

– Wołki zbożowe i picie własnych sików? W takim razie zgoda, przekonałeś mnie.

– A widzisz? Wiedziałem, że nie zdołasz się oprzeć. – Podnosi się i otrzepuje kolana.

Naszą przyjaźń zawsze cechowało dobroduszne przekomarzanie się, ale jego wcześniejsze słowa mocno mnie zabolały. Może naprawdę tak mnie postrzega: bez wpływowego protektora jestem zerem.

– Posłuchaj mnie teraz uważnie, Philipie. – Odwracam się, żeby spojrzeć mu w oczy. – Tak zuchwałe narażanie się na niezadowolenie królowej… naprawdę tego chcesz? Nie jestem pewien, czy ja chcę.

– Bruno, daję ci słowo, gdy wrócimy do domu, sam widok bogactw przywiezionych do jej skarbca sprawi, że w jednej chwili zapomni o urazie. – Kiedy nie odpowiadam, pochyla się i ścisza głos do szeptu. – Czy zdajesz sobie sprawę, że pieniądze, które dostajesz od Walsinghama, to nie jałmużna? Płaci ci za informacje. Jak będziesz mógł je dostarczać, jeśli baron de Châteauneuf cię wypędzi?

– Znajdę jakiś sposób. Wcześniej zawsze znajdowałem. Walsingham wie, że go nie zawiodę.

– Daj spokój, Bruno! – Daje mi lekką sójkę w bok, żeby mnie rozweselić. – Nie chcesz zobaczyć Nowego Świata? Co dobrego z marzeń o światach poza sferą gwiazd stałych, jeśli nie masz odwagi podróżować po naszej planecie? – Przegarnia włosy palcami, stawiając kępki nad czołem. To gest, który robi nieświadomie, kiedy jest poruszony. – Masz trzydzieści siedem lat. Jeśli nie chcesz od życia niczego więcej, jak tylko siedzieć z książką w pokoju, to nie mam pojęcia, dlaczego wyszedłeś z klasztoru.

– Ponieważ inkwizycja skazała mnie na śmierć – odpowiadam cicho. Sidney dobrze o tym wie, ale jak komuś takiemu jak on wyjaśnić realia życia na wygnaniu? – A co z twoją żoną i dzieckiem? – pytam, gdy się przeciąga i odwraca jakby do odejścia.

Patrzy na mnie tak, jakby nie pojął pytania.

– Co z nimi?

– Twoje pierwsze dziecko przyjdzie na świat za ile? Za trzy miesiące? A ty chcesz być w tym czasie w połowie oceanu. – Bez pewnych szans na powrót, dodaję w duchu. Nawet ja wiem, że po słynnym opłynięciu kuli ziemskiej Francis Drake wrócił do Anglii tylko z jednym okrętem spośród sześciu, z którymi wyruszył, i z jedną trzecią załogi. Ale Sidney jest żywiołowy jak chłopiec, kiedy wkłada w coś serce, i głęboko wierzy w triumfalny powrót z kilogramami hiszpańskiego złota, nie ma co do tego wątpliwości.

Marszczy brwi.

– Przecież zrobiłem swoje. Żona urodzi dziecko niezależnie od tego, czy tam będę, czy nie, i nie zabraknie jej nianiek, żeby się nim zająć. Na krew Chrystusa, Bruno, zrobiłem to, o co mnie prosili. Mam dziedzica, a właśnie z tego powodu trzymali mnie w zamknięciu w Barn Elms przez ostatnie dwa lata. Czy nie zasłużyłem na odrobinę wolności?

Kusi mnie, by skomentować, że prawdopodobnie mylnie pojmuje naturę małżeństwa, ale się powstrzymuję. Raczej nie mam prawa doradzać mu w sprawach kobiet, a poza tym dalsze irytowanie go nie ma sensu. Złości się, jak teraz widzę, nie na mnie, ale na każdego, kto wysunąłby te same zastrzeżenia: na żonę, teścia, Francisa Drake’a, królową. Przygotował sobie usprawiedliwienie. Darzę Sidneya wielką sympatią i podziwiam wiele jego przymiotów, ale wiem, że jest rozpuszczonym paniczykiem i źle reaguje na słowa krytyki.

– To może być dziewczynka – zauważam.

Prycha ze złością.

– Wracam na dół, żeby się napić. Idziesz?

– Zostanę jeszcze jakiś czas.

– Jak chcesz. – Odwraca się u szczytu schodów wiodących na główny pokład, z dłonią na poręczy. – Wiesz, Bruno, próbuję znaleźć jakiś sposób, by ci pomóc. Myślałem, że może mi podziękujesz. – Sprawia wrażenie zranionego. Byłem tak zdumiony jego obłędnym planem, że nie przyszło mi na myśl, iż mogłem zranić jego uczucia.

– Wybacz mi. Jestem ci wdzięczny za wszystkie starania… wierz mi, naprawdę.

– W takim razie płyniesz ze mną do Nowego Świata. – Jego twarz jaśnieje.

– Daj mi się przyzwyczaić do tego pomysłu.

Sidney znika pod pokładem, a ja kieruję uwagę na otaczającą nas czarną wodę. Dwutygodniowa wycieczka miała być rozrywką; miesiące na morzu to zupełnie co innego. W świetle słońca morze wydawało się łagodne i uległe. Teraz jego ogrom mnie przytłacza. Rzucanie mu wyzwania, próba pokonania go na małej łupince wydaje się groteskowa i arogancka. Ale może wszystkie akty odwagi z początku wydają się głupie. Bryza zwiewa włosy z mojej twarzy. Zdaję sobie sprawę, że słońce zaszło i już nie widać linii horyzontu. Nie ma podziału między morzem i niebem, nie ma niczego poza bezkresną ciemnością i obojętnymi gwiazdami.

2

Dwa dni później, wczesnym wieczorem 23 sierpnia, okrążamy przylądek i wchodzimy do zatoki Plymouth. Ludzie wiwatują na pokładzie. Wiatr przestał nam sprzyjać, gdy minęliśmy wybrzeże Kentu i wpłynęliśmy na Morze Angielskie, żeglując wolniej, niż zapowiadał Knollys, ale teraz niebo nad nami jest czyste, słońce połyskuje na wodach szerokiej zatoki z trzech stron otoczonej przez łagodnie nachylone klify, ciemnozielone od gąszczu porastających je drzew. Od godziny stałem z Sidneyem na dziobie, wypatrując portu, ale nic nie mogło przygotować mnie na widok kotwiczącej tam floty.

W zatoce stoi około trzydziestu okrętów wojennych i statków kupieckich. Największy, pomalowany na czarno i biało, przewyższa rozmiarami galeon Leicester. Pomiędzy nimi na falach kołysze się dziesięć mniejszych pinas, żagle są zwinięte, proporce łopoczą na wietrze, barwy heraldyczne jaśnieją na tle bladego nieba. Woda się skrzy i wszystko razem wygląda jak cudowne widowisko. Przyłapuję się na tym, że wybałuszam oczy i rozdziawiam usta jak dziecko, podobnie reaguje Sidney, gdy załoga na pokładzie radośnie krzyczy na widok swoich towarzyszy. Do tej chwili nie okazywałem wielkiego zainteresowania żeglugą, ale zgromadzona flota naprawdę budzi ducha przygody. Wyobrażam sobie wszystkie te okręty żeglujące w szyku pod komendą Drake’a do Nowego Świata, Sidney i ja stoimy na dziobie, mrużący oczy w słońcu, patrząc ku nieznanemu horyzontowi. I powrót z kieszeniami pękającymi od hiszpańskiego złota, powitanie salutem armatnim w Plymouth… Sidney naprawdę wierzy, że to możliwe, i gdy tu jesteśmy, trudno jest nie zarazić się jego entuzjazmem. Wszędzie wokół nas wybuchają komendy, zaraz potem rozlega się furkot zwijanych żagli, pojękiwanie lin i grzechot łańcuchów. Wielki trzeszczący kadłub galeonu Leicester nieruchomieje, gdy zostają rzucone kotwice. Załoga z obu burt spuszcza szalupy na wodę. Knollys patrzy na nas z dumą w oczach, jakby dawał do zrozumienia, że to wszystko jest jego dziełem.

– Widzicie okręt flagowy Elizabeth Bonaventure pod rozkazami sir Francisa Drake’a. A tam stoi Tygrys pod komendą kapitana Christophera Carleilla.

Wskazuje na zatokę. Sidney rzuca mi spojrzenie z ukosa i jego twarz wykrzywia grymas. Zna z dworu połowę inwestorów tej ekspedycji, wielu oficerów ma koneksje z jego rodziną. Będzie musiał do ostatniej chwili trzymać swoje plany w tajemnicy, żeby Walsingham o niczym się nie dowiedział.

Knollys kontynuuje niczego nieświadom, jego wyciągnięta ręka rzuca długi cień na pokład, gdy gestykuluje.

– Tam macie Smoka Morskiego, Białego Lwa i galeotę Kaczkę, tam jest mały Przetacznik, a obok niego kotwiczy Thomas Drake, nazwany na cześć brata głównodowodzącego i pod jego komendą.

Jesteśmy dość blisko, żeby widzieć załogi okrętów, ludzi wspinających się po drabinkach i rojących się na pokładach jak owady. Kotwiczymy w osłoniętej zatoce, gdzie prawie nie wieje, i po raz pierwszy od opuszczenia Londynu czuję na plecach ciepło słońca.

– A co to za wyspa? – pytam, wskazując skalisty kopiec pośrodku zatoki. Nad stromymi urwiskami rosną drzewa, a na wierzchołku wznosi się kamienna wieża.

– Wyspa Świętego Mikołaja – mówi Knollys, ocieniając dłonią oczy – choć miejscowi zwą ją Wyspą Drake’a. Sir Francis próbował zgromadzić fundusze, żeby ulepszyć fortyfikacje na wypadek inwazji. Jest tam garnizon, chociaż, jak się zdaje, od lat nieobsadzony z powodu braku pieniędzy. Chodźcie, kapitan Drake się nas spodziewa.

Prowadzi nas po schodach pod pokład i każe wyrzucić drabinkę sznurową przez luk. Jest cienka i wygląda na niepewną, ale Knollys bez lęku schodzi do łodzi wiosłowej, której koniec trzyma dwóch krzepkich marynarzy. Sidney mnie trąca, żebym ruszył za nim, i milczący marynarz pomaga mi wyjść przez luk. Schodzę bez patrzenia w dół po jednym szczeblu naraz, ściskając liny tak mocno, że palą mnie ręce, świadom, że niecierpliwe stopy Sidneya wiszą kilka cali nad moją głową.

Wioślarze kluczą pomiędzy stojącymi na kotwicy okrętami i z tej wysokości, z poziomu wody, człowiek w pełni pojmuje ogrom galeonów. Kadłuby są wysokie jak kościoły, maszty sięgają tak wysoko, że trzeba zadzierać głowę, żeby zobaczyć szczyty. Człowiek ma wrażenie, że jest w wąskiej uliczce pomiędzy wysokimi budynkami, jeśli budynki można wyrwać z posad i rozkołysać. Nad wodą niesie się wesoła melodia wygrywana na fletach i skrzypcach. Nasza łódź ze szczękiem dobija do pokrytego skorupą pąkli stromego drewnianego urwiska, z którego zwisa następna drabinka, czekając na nas. Zerkam na ręce. Sidney to zauważa i parska śmiechem.

– Nie spodziewaj się, Bruno, że wrócisz do domu z delikatnymi dłońmi wielkiego pana.

– Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek miałem delikatne dłonie wielkiego pana – mówię. Wyciągam ręce jakby na dowód i oglądam je z obu stron. Koniuszki palców jak zawsze mam powalane atramentem.

– Co innego mówią damy z francuskiego dworu – ripostuje, puszczając do mnie oko. To jeden z jego ulubionych żartów: zadawałem się z księżnymi i kurtyzanami Paryża, zanim zwróciłem uwagę na Anglię. Bawi go, że kiedyś byłem zakonnikiem; nie wyobraża sobie, jak mogłem przeżyć w zakonie najbardziej burzliwe lata młodości. Może tylko sobie wyobrażać, jaki byłby on sam, i lubi żartować, że po wystąpieniu z zakonu gziłem się ze wszystkim, co się rusza, jak szczeniak wyżywający się na nodze krzesła. Bawi go to tym bardziej, że to nieprawda.

Knollys wchodzi pierwszy, Sidney za nim i na końcu ja. Ten okręt jest wyższy niż Leicester, bolą mnie ręce i drabinka zdaje się nie mieć końca. Patrzę tylko przed siebie, na wijące się liny i drewnianą burtę, o którą ocieram kostki za każdym razem, gdy fala rzuca mnie na nią. Gdy moja głowa osiąga poziom relingu, wyciągam rękę, żeby go złapać, ale ręka się ześlizguje. Przez jedną koszmarną chwilę dławi mnie lęk, że spadnę, ale silne ręce chwytają mnie za nadgarstki i nieelegancko wciągają na pokład.

– Spokojnie.

Odzyskuję równowagę, biorę głęboki wdech i patrzę w twarz mojego wybawcy.

– A kogóż to o mało nie straciliśmy na rzecz ryb? – pyta całkiem życzliwym tonem. Gdy się uśmiecha, w kąciku ust błyska złoty ząb.

– Doktor Giordano Bruno z Noli, do usług. – Serce łomocze mi z ulgi albo szoku, a może jednego i drugiego na myśl, że mogłem spaść z tej wysokości do wody. – Panie – dodaję, uświadamiając sobie, do kogo się zwracam.

Nie musi się przedstawiać. Spokojny autorytet, wrodzona pewność siebie, sposób, w jaki inni stoją w półkolu, nie pozostawiają wątpliwości, że mówię do człowieka, którego Hiszpanie nazywają El Draque, smokiem. Najsłynniejszy korsarz Anglii uśmiecha się do mnie i klepie po ramieniu.

– Witaj na Elizabeth Bonaventure. Jesteś, panie, medykiem? – Na jego twarzy maluje się nadzieja.

– Teologiem, niestety. Mniej użyteczne rzemiosło. – Uśmiecham się przepraszająco.

– No nie wiem. – Patrzy na mnie szacującym wzrokiem. – Może jednak się przydasz, panie. Zapraszam… Macie ochotę coś zjeść? Zasiądziemy do kolacji w mojej kajucie.

Knollys kiwa głową.

– Dziękuję. Jest wiele do omówienia.

– Ach, kapitanie Knollys… – Francis Drake pociera brodę i jego uśmiech znika. – Więcej, niż mógłbyś przypuszczać.

Powaga w jego głosie przykuwa moją uwagę, ale zaraz potem Drake się odwraca i wykrzykuje rozkazy do jednego ze stojących w pobliżu ludzi. Mam okazję niepostrzeżenie przyjrzeć się kapitanowi. Jest barczysty i silny, wyższy ode mnie, choć nie taki wysoki jak Sidney, i ma szczerą twarz, ogorzałą po latach spędzonych na morzu. Wokół oczu widnieją białe zmarszczki, jakby śmiał się tak często, że słońce nie miało czasu ich opalić. Ma rzednące brązowe włosy, upstrzone srebrem na skroniach, i siwiejącą schludną brodę. Oceniam jego wiek na czterdzieści kilka lat. Teraz rozumiem, dlaczego Sidney, pomimo przechwalania się swoją rangą, pragnie zrobić wrażenie na tym człowieku. Drake emanuje spokojną siłą zdobytą dzięki doświadczeniu i pod tym względem trochę mi przypomina mojego ojca, zawodowego żołnierza, choć z pewnością jest nie więcej niż dziesięć lat starszy ode mnie. Uświadamiam sobie, że chcę, żeby mnie polubił.

Drake odwraca się w naszą stronę i ściska ręce.

– W takim razie idziemy. Ugasimy pragnienie, czekając na strawę.

Gdy idziemy za nim na drugi koniec pokładu, marynarze przerywają swe zajęcia i patrzą, jak przechodzimy. Zauważam, że na okręcie panuje dziwna atmosfera; ludzie obserwują nas ukradkiem, z podejrzliwością w oczach, i wykrywam stłumione zaniepokojenie. Tu nie słychać muzyki ani śpiewów. Właściwie nikt się nie odzywa, nie słyszę rubasznego, dobrodusznego przekomarzania się, do jakiego przywykłem podczas podróży na Leicesterze. Czy mają za złe naszą obecność? A może milczą z szacunku. Podchwytuję spojrzenie marynarza, który patrzy spod krzaczastych, zrośniętych brwi z powściągliwą, wrogą miną. Coś tu jest nie w porządku.

Drake prowadzi nas do drzwi na tylnym pokładzie, gdzie na straży stoi dwóch zwalistych mężczyzn z halabardami, patrzących prosto przed siebie, ponurych. Światło słońca pełga po nagich krawędziach broni. Ich obecność mnie niepokoi. Przypuszczam, że Drake i oficerowie mają w swoich kwaterach cenne przedmioty, których należy pilnować, choć taka demonstracja siły wydaje mi się oznaką braku zaufania wobec załogi. Drake się pochyla, żeby po cichu zamienić kilka słów ze strażnikiem, następnie otwiera drzwi i zaprasza nas do elegancko urządzonej kajuty, podobnej do kwatery Knollysa na Leicesterze, choć skromniej umeblowanej. Luksusy ograniczają się tutaj do tkanego dywanu na podłodze i ciemnoczerwonych draperii zebranych po bokach szerokiego okna z trzech stron kajuty. Pod oknem stoi długi dębowy stół z rozpostartą dużą mapą, otoczoną przez mniejsze mapy i papiery zagryzmolone obliczeniami i szkicami linii brzegowej. Przy stole, schylony nad mapami z piórem w ręce, siedzi chudy młodzieniec ze strzechą włosów koloru słomy, z małymi okularami w okrągłych oprawkach na nosie. Gwałtownie unosi głowę, gdy wchodzimy, i patrzy na nas, jabłko Adama mu podskakuje. Po chwili śpiesznie zgarnia papiery, jakbyśmy go przyłapali na oglądaniu erotycznych rycin.

– Dziękuję, Gilbercie, sprzątnij i zostaw nas – mówi Drake.

Młody człowiek kiwa głową i zdejmuje okulary. Bez nich mruży oczy, gdy na nas spogląda. Wprawnie zwija mapy i składa papiery, ukradkiem popatrując na Sidneya.

– To odwzorowanie Merkatora, prawda? – mówię, pochylając się i wskazując dużą mapę, którą zaczyna rolować. Patrzy na mnie i strzela oczami na Drake’a, jakby sprawdzał, czy wolno mu odpowiedzieć.

– Znasz się na kartografii, doktorze Bruno? – pyta Drake, patrząc na mnie z nowym zainteresowaniem.

– Odrobinę – mówię śpiesznie, gdy świat znika w czarnej tubie pod poplamionymi atramentem palcami młodzieńca. – Ale każdy zainteresowany kartografią zna mapę Merkatora. Pierwszą prawdziwą próbę odwzorowania kuli na płaszczyźnie, z równoleżnikami naniesionymi z matematyczną dokładnością.

– Zgadza się – odzywa się młody mężczyzna z nagle ożywioną twarzą. – To pierwsze odwzorowanie kuli ziemskiej przeznaczone specjalnie do nawigowania po morzu. Wielkie dokonanie Merkatora polega na dostosowaniu równoleżników do krzywizny Ziemi. To oznacza, że możemy teraz wykreślać kurs… – Spostrzega minę Drake’a i przełyka resztę wyjaśnienia. – Proszę o wybaczenie, trochę mnie poniosło.

– Mój sekretarz, Gilbert Crosse. – Drake z pobłażliwym uśmiechem przedstawia młodzieńca, który wychodzi zza stołu. – Gilbercie, to nasi goście z Leicestera, kapitan Knollys, sir Philip Sidney i doktor Giordano Bruno.

Skryba z nerwowym uśmiechem kłania się nam kolejno, choć na mnie dłużej zatrzymuje zaczerwienione oczy, zamyka papiery w szafce i wychodzi z kajuty.

– Wielce utalentowany młodzieniec – dodaje Drake, ruchem głowy wskazując drzwi, które Gilbert zamknął po wyjściu. – Trafił do mnie od Walsinghama. Proszę spocząć, panowie.

W boazerii za stołem osadzone są drewniane ławki. Sadowimy się na nich, gdy Drake nalewa wina z kryształowej karafki do delikatnych kielichów z weneckiego szkła. Młody człowiek zostawił laskę Jakuba, przyrząd używany do określania szerokości geograficznej; mój przyjaciel, John Dee, były astrolog królowej, ma taką w swojej bibliotece. Podnoszę ją i skoro nikt nie ma nic przeciwko, opieram jeden koniec o policzek i kieruję drugi w ścianę, wyobrażając sobie, że jest w równej linii z horyzontem.

– Ostrożnie, Bruno, bo wydłubiesz komuś oko – mówi Sidney, rozwalony na ławce.

Opuszczam laskę i spostrzegam, że Drake patrzy na mnie z zaciekawieniem.

– Potrafisz się tym posługiwać, panie?

– Pokazano mi, jak obliczać kąt pomiędzy horyzontem i Gwiazdą Polarną, ale tylko na lądzie. – Odkładam przyrząd na stół. – Przypuszczam, że to się nie liczy.

– Ale to znacznie więcej, niż potrafi wielu ludzi. Niezwykła umiejętność jak na teologa. Umiesz używać laski Jakuba, sir Philipie? – pyta Sidneya.

Sidney macha ręką.

– Niestety nie, kapitanie Drake, ale chętnie się nauczę.

Drake z miłym uśmiechem podaje mi kielich wina. Nie może nie zauważyć, że Sidney nie tytułuje go jak należy; obaj są szlachcicami i tym samym równi pod względem statusu, chociaż Sidneya nikt o tym nie przekona. Patrzę, jak Drake stawia mój kielich. Napięcie, które wyczułem wśród ludzi na pokładzie, wsącza się nawet tutaj, do wypolerowanej i wyrafinowanej kajuty kapitańskiej. Myślę o uzbrojonych strażach za drzwiami.

Zamek szczęka i Drake na wpół się podnosi, szybki jak błyskawica, z prawą dłonią na rękojeści rapiera. Odpręża się na widok nowo przybyłych, sześciu ogorzałych żeglarzy w kosztownych strojach. Przewodzi im mężczyzna mniej więcej w moim wieku, chudszy od Drake’a, lecz tak do niego podobny, że musi być jego krewnym. Podchodzi do stołu i obejmuje kapitana.

– Thomasie, panowie, proszę, dołączcie do nas. – Drake wskazuje mu miejsce obok Sidneya. Jego śmiech wyraża ulgę i przyglądam mu się z ciekawością: dlaczego kapitan jest taki nerwowy? – Oczywiście znasz sir Philipa Sidneya, a to jego przyjaciel, doktor Bruno. Obaj przybyli powitać Dom Antonia, którego się spodziewamy lada dzień. Panowie, przedstawiam mojego brata i prawą rękę, Thomasa Drake’a. A to pan Christopher Carleill, mój zastępca podczas tej wyprawy – mówi, wskazując przystojnego, atletycznie zbudowanego mężczyznę po trzydziestce, mającego złote kędzierzawe włosy i przenikliwe oczy. Widzę, jak Sidney zmusza się do uśmiechu: ten Carleill jest pasierbem Walsinghama i choć ma niewiele więcej lat niż on, robi karierę wojskową, na czym jemu tak bardzo zależy.

Następnie Drake przedstawia nam kapitana Fennera, który dowodzi Elizabeth Bonaventure, bo Drake, choć żegluje na okręcie flagowym, jest zajęty koordynacją dowodzenia całej floty. Za Fennerem stoi trzech siwowłosych, poważnych mężczyzn. Są to kolejni zaufani kapitanowie Drake’a, którzy mu towarzyszyli w słynnej podróży dokoła świata i wrócili, żeby znów poświęcić swoje życie i okręt jego służbie.

Knollys z radością wita się ze starymi towarzyszami; poklepują się po plecach i pokrzykują, choć powitania wydają mi się dziwnie stonowane. Mnie i Sidneya przybysze traktują z szorstką uprzejmością, ale znowu odnoszę wrażenie, że nasze powitanie jest pełne napięcia, że atmosferę psuje jakiś niewypowiedziany strach.

– Skoro przybył już Leicester, przypuszczam, że flota wyruszy, gdy tylko przypływ na to pozwoli? – pyta Sidney Drake’a.

Drake i jego brat wymieniają spojrzenia. Panuje cisza.

– Sądzę – zaczyna powoli dowódca floty, obracając kielich w ręku – że jesteśmy zmuszeni trochę zaczekać. Są pewne sprawy do wyjaśnienia.

Sidney kiwa głową, jakby rozumiał.

– Wciąż uzupełniacie zapasy, jak mniemam? To zawsze wymaga czasu.

– Mniej więcej o to chodzi. – Drake się uśmiecha. Nerw pulsuje mu pod okiem. Jego ręce spoczywają płasko na stole. Kajuta łagodnie się kołysze i wodniste refleksy pełgają po wyłożonych boazerią ścianach.

Ktoś puka do drzwi. Drake znowu się spina, prawie niedostrzegalnie, ale to tylko służący z jedzeniem. Te nagłe, nerwowe ruchy są reakcją kogoś, kto się czuje nękany – rozpoznaję je, ponieważ sam często tak żyłem, z ręką zawsze blisko noża u pasa. Ale co sprawia, że dowódca floty boi się na pokładzie swojego okrętu flagowego?

Doszedłem do przekonania, że jedzenie na wszystkich statkach przypomina podeszwę skórzanego buta, ale ten posiłek jest tak dobry, jak żaden inny od czasu, gdy się stołowałem we francuskiej ambasadzie. Drake wyjaśnia, że wciąż dostają świeży prowiant z Plymouth, a z jego doświadczenia wynika, iż we flocie dobry kucharz jest równie ważny jak dobry dowódca, jeśli nie ważniejszy, i wszyscy patrzą na Carleilla z dobrodusznym śmiechem.

– Aczkolwiek jeśli… – zaczyna Drake i milknie. Wszyscy inni spuszczają oczy, jakby wiedzieli, co zamierzał powiedzieć.

W trakcie posiłku napięcie wśród kapitanów staje się jeszcze wyraźniejsze. Zapadają coraz dłuższe i częstsze chwile ciszy, choć Sidney usłużnie zapełnia je pytaniami o podróż. Kapitanowie wydają się wdzięczni za możliwość ograniczania rozmowy do spraw związanych z żeglugą. Dopiero teraz, gdy słucham ich dyskusji, zaczynam w pełni rozumieć skalę i ambicję przedsięwzięcia. Oficjalnym celem Drake’a jest żegluga wzdłuż wybrzeża Hiszpanii i uwolnienie angielskich statków bezprawnie zatrzymanych w hiszpańskich portach, ale wychodzi na to, że w rzeczywistości planuje masowy atak na hiszpańskie terytoria w Nowym Świecie. Zamierza przepłynąć Atlantyk i zdobyć najbogatsze porty domeny hiszpańskiej1, kończąc kampanię zajęciem Hawany. Pomiędzy kęsami i często w trakcie przeżuwania z powagą rzuca takie liczby, że łzy mi się kręcą w oczach: milion dukatów z zajęcia Cartageny, kolejny milion z Panamy.

– Jeśli to wygląda na licencjonowane piractwo – mówi z nazbyt skromnym śmiechem – nigdy nie tracimy z widoku prawdziwego celu wyprawy: odcięcia zaopatrzenia Hiszpanii w skarby z Indii Zachodnich.

Bez dochodu z Nowego Świata Filip Hiszpański będzie musiał pohamować swoje ambicje do prowadzenia wojny z Anglią, tak więc jeśli ten skarb trafi do szkatuły Anglii, Elżbieta będzie mogła wysłać odpowiednie siły, żeby obronić protestantów w Niderlandach. Teraz rozumiem, dlaczego niektórzy z najwybitniejszych dygnitarzy na dworze postanowili zainwestować w tę flotę; jej powodzenie jest kwestią nie tylko osobistych zysków, ale też bezpieczeństwa kraju. Staje się również dla mnie jasne, że Sidney znalazł alternatywną możliwość wyruszenia na wojnę i że spodziewa się, iż do niego dołączę.

Kiedy znika ostatni kęs, kapitanowie dziękują i wracają na swoje okręty. Zostaje tylko Thomas Drake i Knollys.

Sir Francis odsuwa talerz i spogląda na Sidneya.

– Postawię sprawę jasno, sir Philipie. Stanie się najlepiej, jeśli opuścisz Plymouth jak najszybciej po przybyciu Dom Antonia. Z pewnością tenże będzie chciał zwlekać, jesteśmy bowiem starymi towarzyszami i zainteresowałaby go rozmowa o nowej ekspedycji, ale w tych okolicznościach powinieneś czym prędzej wrócić do Londynu. Dla własnego bezpieczeństwa.

Sidney się waha; boję się, że rozważa, czy to odpowiedni moment na wyjawienie swojego wielkiego planu.

– W jakich okolicznościach? – pytam, nie dając mu szansy na zabranie głosu.

Zamiast odpowiedzieć, Drake spogląda na drzwi, a potem na brata.

– Thomasie, zarządź, by uprzątnięto stół. Następnie każ tym dwóm jegomościom stanąć trochę dalej.

Thomas Drake otwiera drzwi i woła służących, którzy szybko zabierają talerze. W tym czasie zamienia kilka słów ze strażnikami, czeka, by sprawdzić, czy rozkazy zostaną wykonane, zamyka drzwi i zajmuje miejsce przy stole. Drake ścisza głos.

– Panowie, mam smutne wieści do zakomunikowania. Wczoraj o brzasku jeden z moich oficerów na tym okręcie został znaleziony martwy.

– Boże, miej nas w opiece. Kto?! – pyta Knollys, siadając z wrażenia.

– Jak to się stało? – pyta jednocześnie Sidney.

– Robert Dunne. Może go znałeś, sir Philipie? Godny dżentelmen, w siedemdziesiątym siódmym żeglował ze mną dokoła świata.

– Znam go tylko ze słyszenia – mówi Sidney. W jego ustach nie brzmi to jak komplement.

– Robert Dunne. Dobry Boże, jest mi ogromnie przykro. – Knollys z szokiem wyrytym na twarzy opiera się o ścianę. – Był dobrym żeglarzem, jeśli nawet… – Milknie, jakby zmienił zdanie co do tego, co chciał powiedzieć.

A więc to jest przyczyną ponurej atmosfery.

– Odpowiedź na pytanie, jak to się stało, jest trudniejsza – mówi dalej Drake, a jego brat unosi rękę.

– Francisie…

– Równie dobrze mogą znać prawdę, Thomasie, skoro nie możemy nic przedsięwziąć, dopóki ta sprawa nie zostanie wyjaśniona. – Nalewa sobie wina i puszcza karafkę w obieg. – Dunne’a znaleziono powieszonego w jego kajucie – kontynuuje. – Możecie sobie wyobrazić, jak to wpłynęło na załogę. Mówią o złych znakach, o klątwie ciążącej na tej podróży, o karze boskiej. Marynarze czytają świat jak księgę proroctw, doktorze Bruno – wyjaśnia – i na każdej stronie znajdują dowód, że los jest im przeciwny. Zatem taka śmierć na pokładzie, jeszcze zanim wyruszyliśmy…

– Tak więc to samobójstwo? – przerywa mu Knollys, ze smutkiem kiwając głową.

– Na to wygląda. Byle jak zawiązany stryczek przymocowany do haka w suficie.

– Ale ty, panie, w to nie wierzysz – kończę za niego myśl.

Drake obrzuca mnie przenikliwym spojrzeniem.

– Dlaczego tak sądzisz, doktorze Bruno?

– Czytam to w pańskiej twarzy.

Przez chwilę przygląda mi się bez słowa, jakby z kolei on próbował mnie rozszyfrować.

– Interesujące – stwierdza w końcu. – Robert Dunne był solidnym człowiekiem. Doświadczonym żeglarzem.

– Był głęboko przygnębionym człowiekiem, Francisie, wszyscy to wiemy – mówi Knollys.

– Z pewnością poważnie zadłużonym – zgadza się Drake – ale wyprawa miała rozwiązać ten problem. Odbieranie sobie życia jeszcze przed postawieniem żagli nie ma sensu.

– Człowiek może stracić wiarę w siebie – podsuwa myśl Sidney.

– W siebie, możliwe, ale nie w Boga. Dunne był pobożny, jak to żeglarz. Odebranie sobie życia uważałby za grzech ciężki. – Drake milknie, ostrzegawczo unosząc palec, i zniża głos. – Ale oto mój problem. Pozwoliłem ludziom wierzyć, że zmarł śmiercią samobójczą. Mogą mówić o ściąganiu klątw i duszy Dunne’a nawiedzającej okręt, jednak na razie wolę to niż spekulacje o innej możliwości.

– Myślisz, panie, że ktoś go zabił? – Sidney tak szeroko otwiera oczy, że niemal zasłania brwi rzęsami.

Drake gestem daje mu znak, żeby mówił ciszej.

– Jestem tego pewien. Nie miał twarzy wisielca.

– Więc został powieszony po śmierci, żeby wyglądało na samobójstwo? – zniżam głos. – Ilu ludzi wie o tym podejrzeniu?

– Jedyni, którzy widzieli ciało, to człowiek, który go znalazł, Jonas Solon, i mój brat, Thomas, po którego natychmiast posłałem. Wezwałem również kapelana, żeby zapytać o radę. Zaproponował odmówienie modlitwy nad zwłokami i dodał, że jeśli chodzi o obrządek, dla samobójcy niewiele więcej może zrobić.

– Nikt inny nie uznał, że ciało wyglądało niezwykle? To znaczy, jak na samobójstwo przez powieszenie?

– Jeśli tak, nikt mi tego nie powiedział. Później na osobności podzieliłem się z Thomasem moimi obawami, a on wyznał, że jest podobnej myśli. – Drake pije haust wina. Na jego twarzy wyraźnie maluje się niepokój, chociaż nie szczędzi starań, żeby go ukryć.

– Nie doszukałem się oznak uduszenia, chociaż było jasne, że przez jakiś czas wisiał powieszony za szyję – mówi Thomas cichym głosem. – Oczy były przekrwione i zauważyłem siniaki wokół nosa i ust. Ale nie miał obrzmiałej twarzy, jakiej się można spodziewać u wisielca.

– Z początku pomyślałem, żeby tego samego dnia pochować go w morzu, by rodzinie zaoszczędzić upokorzenia pogrzebu samobójcy – podejmuje wątek Drake. – Ojciec Pettifer, kapelan, i mój brat odwiedli mnie od tego pomysłu, bo wprawdzie śmierć nastąpiła na moim okręcie, ale wciąż znajdujemy się na wodach angielskich i lekceważenie procedur prawnych byłoby głupotą. Poza tym raczej nie moglibyśmy utrzymać czegoś takiego w tajemnicy. Dlatego kazałem przewieźć zwłoki na brzeg i przekazać koronerowi. Tego samego dnia posłaniec ruszył do jego żony… Dunne pochodził z Devon, jego rodzina mieszka nie więcej niż dzień jazdy stąd. Dochodzenie przyczyny zgonu odbędzie się za trzy dni, żeby dać jej czas na podróż. – Kręci złotym kolczykiem w uchu. – Rozumiecie moje trudne położenie, panowie? Jeśli Dunne został zamordowany, muszę przed postawieniem żagli poznać prawdę o tym, co się wydarzyło, ale zrobić to w taki sposób, żeby nie zagrozić wyprawie.

– Chcesz powiedzieć, że sprawcą jest ktoś z załogi i że wciąż może tu być? – pyta Sidney pełnym grozy szeptem.

– Właśnie to musimy ustalić w jak najbardziej dyskretny sposób – odpowiada Drake. – Co do mnie, nie wierzę, że mógł to zrobić ktoś obcy. Wachtowi czuwali w nocy i przysięgają, że żadna nieznana osoba nie weszła na pokład po zmroku.

– Jeśli zabójcą jest ktoś spośród twoich ludzi, to chyba dobrze, że wierzy, jakoby wszyscy uważali tę śmierć za samobójstwo? – dedukuje Knollys. – Będzie myślał, że jest bezpieczny, i może wymknie mu się coś, co go zdradzi.

– Na to liczę. Tak czy inaczej, nie możemy wyjść w morze przed rozwikłaniem sprawy. – Drake pociąga koniec brody i marszczy brwi. – Zabójca może uderzyć ponownie. – Zerka na brata. Zastanawiam się, czy ma jakieś szczególne podstawy, żeby w to wierzyć. – Ale też nie chcę, żeby badanie przyczyny zgonu wykazało, że Dunne został zamordowany, bo wówczas koroner będzie musiał przeprowadzić śledztwo. W takim przypadku flota może tu stać w nieskończoność. Ludzie z załogi zaczną dezerterować. Całą ekspedycję trafi szlag. – Patrzy na Sidneya, kiedy to mówi. Biorąc pod uwagę, ilu jego przyjaciół i krewnych na dworze zainwestowało w tę wyprawę, Sidney równie dobrze jak Drake wie, co spoczywa na szali. Z ponurą miną kiwa głową.

– Tyle że rodzina nie będzie chciała orzeczenia felo de se2 – mruczy Knollys. – Gdyż to by oznaczało, że zmarł jako przestępca, a wtedy jego majątek przepadnie na rzecz Korony. Jeśli istnieje bodaj cień wątpliwości, wdowa z pewnością wolałaby, żeby ta śmierć została uznana za zabójstwo. Przynajmniej wtedy byłyby szanse na wymierzenie sprawiedliwości.

– Koroner musi wydać werdykt felo de se – mówi ostro Drake – w przeciwnym razie bezpowrotnie przepadnie inwestycja warta sześćdziesiąt tysięcy funtów. – Macha ręką w stronę okna, za którym widać wznoszące się i opadające na falach inne okręty kosztownego przedsięwzięcia. – Nie mówiąc o zaufaniu kilku najwyżej postawionych ludzi w kraju, łącznie z samą królową. To największa prywatna flota, jaką kiedykolwiek widziała Anglia. Jeśli zawiedziemy jeszcze przed wyjściem z portu, nigdy więcej nie zbiorę funduszy na kolejną taką wyprawę. Muszę przed dochodzeniem wiedzieć, czy na pokładzie mojego okrętu jest zabójca.

– I co z nim zrobisz, kiedy go znajdziesz? – pyta Sidney.

– Zadecyduję, kiedy to nastąpi.

Knollys ma taką minę, jakby zamierzał podać kolejny argument, ale na widok twarzy dowódcy zachowuje milczenie. Obserwuję Drake’a zafascynowany jego kamiennymi rysami. Prowadzenie licznej floty na drugi koniec świata musi wymagać charakteru, który budzi w sercach lojalność. Ale co z innymi cechami? Na pewno potrzebna jest też bezwzględność, jak sądzę; gotowość, gdy zachodzi potrzeba stosowania przymusu, by pokazać, że prawem jest to, co się mówi. Na pokładzie okrętu, tysiące mil od lądu, taki człowiek musi wierzyć, że jest władcą swojego małego królestwa, i wymagać bezwzględnego posłuszeństwa poddanych. Musi działać bez skrupułów i bez wahania podejmować decyzje.

– Dlaczego przed dochodzeniem? – pyta Sidney.

– Cztery lata temu byłem burmistrzem Plymouth – odpowiada Drake. Wspiera łokcie na stole. – Wiem, jak pracują rajcy. Koroner hrabstwa Devon nie umiałby znaleźć zbrodniarza nawet wtedy, gdyby się ukrywał za kotarą jego łóżka. Nieporadne śledztwo, które przeprowadzi, nie wniesie niczego poza zasianiem niezgody i nieufności wśród załóg, a nadto pozwoli zabójcy na ucieczkę. Nie. – Zaciska pięści i mięśnie się napinają w jego szczęce. – Zamierzam sam znaleźć tego człowieka.

Wodzi wzrokiem po naszych twarzach, jakby zachęcając nas do podważenia jego decyzji. Wszyscy po kolei spuszczają oczy, zapada krępująca cisza.

– Ilu ludzi przebywa na pokładzie Elizabeth? – pytam.

– Obecnie, gdy stoimy w porcie, około osiemdziesięciu.

– I nikt niczego nie widział ani nie słyszał? To dziwne, że na tętniącym życiem okręcie ktoś udusił i powiesił zdrowego mężczyznę w jego własnej kajucie w taki sposób, by nikt nie usłyszał szamotaniny i walki o życie.

Drake spogląda na mnie.

– Masz, panie, rację, z tym że w noc śmierci Dunne był bardzo pijany. Zszedł na brzeg z kilkoma innymi marynarzami. Powiedzieli, że zachowywał się dziwnie, jeszcze zanim zobaczyli tawernę.

– Dziwnie?

– Kilku z nich powiedziało, że przed tawerną wdał się w gwałtowną kłótnię, co doprowadziło do bijatyki. Później Dunne przepadł i nie widziano go do późna. Ojciec Pettifer, nasz kapelan, znalazł go błąkającego się po ulicy i sprowadził na Elizabeth. Thomas ich spotkał, gdy próbowali wejść na pokład.

– Akurat wychodziłem po kolacji z Francisem – wyjaśnia Thomas. – Pomyślałem, że Dunne jest kompletnie zalany. Ledwie się trzymał na nogach i wygadywał niestworzone rzeczy.

– To znaczy?

– Bredził jak człowiek w malignie. Powtarzał, że depczą mu po piętach, i wskazywał w noc.

– Kto deptał mu po piętach? – pyta Sidney, pochylając się nad stołem.

Thomas obrzuca go lekceważącym spojrzeniem.

– Ha, gdyby powiedział, mielibyśmy lepsze pojęcie, kogo szukać. – Dźga palcem powietrze. – Po prostu gestykulował jak szaleniec, mniej więcej tak, i powtarzał: „Nie widzisz go, Thomasie Drake?”. Kiedy zapytałem: „Kogo?”, szeroko otworzył oczy i odparł: „Diabła we własnej osobie”.

– A jak wyglądały jego oczy? Czy coś zauważyliście? – pytam.

– Oczy? Przecież było ciemno – mówi Thomas i zaraz potem jakby ustępuje. – Chociaż w tym świetle wydawały się bardzo przekrwione, ze zwężonymi źrenicami. Oczy pijanego, jak można się było spodziewać. To dziwne. Dunne miał swoje przywary, ale zaglądanie do kielicha do nich nie należało. Najwyraźniej trunek uderzył mu do głowy… nawet zwracał się do mnie jak do żony…

– Boże, miej ją w opiece, skoro tak łatwo można was pomylić – wtrąca Sidney.

Thomas w milczeniu gromi go wzrokiem.

– Pomogłem odprowadzić go do kajuty. Kazałem mu się przespać. Tuż przed drzwiami wskazał przed siebie i powiedział: „Martho, dlaczego przyprowadziłaś konia na pokład?”. Później się zrzygał i nogi się pod nim ugięły.

– Wszyscy mieliśmy takie noce – komentuje Sidney.

– Tak, historia byłaby zabawna, gdyby nazajutrz rano nie znaleziono go martwego – zauważa Drake z surową twarzą. Sidney robi skruszoną minę.

– Wspólnymi siłami położyliśmy go do łóżka – mówi Thomas. – Zdaje się, że od razu zasnął.

– I nikt go nie widział ani z nim nie rozmawiał po odstawieniu do kajuty? Nikt nie słyszał niczego niezwykłego? Chociaż, jak się domyślam, zadawanie zbyt wielu pytań byłoby trudne. – Pocieram szczękę paznokciem kciuka i znowu myślę, że niedługo muszę odwiedzić balwierza.

– Zadajesz mnóstwo pytań, doktorze Bruno – odburkuje Thomas Drake. – Można by pomyśleć, że byłeś koronerem.

Sir Francis kieruje na mnie swe przenikliwe oczy.

– Dokładnie rozumiesz mój problem, panie. Skoro raz się podało, że zmarł z własnej ręki, trudno bez wzbudzania podejrzeń rozpytywać, co kto widział lub słyszał. – Wzdycha i odsuwa kielich. – Niektórzy już poszeptywali, że chcą odejść, póki można, bo ta wyprawa jest skazana na zgubę. Przekonałem ich, żeby zostali, ale jeśli wyjdzie na jaw, że popełniono morderstwo, utrzymanie załogi może okazać się niemożliwe. Każdy będzie patrzeć na innych i zachodzić w głowę, kto wśród nich jest mordercą. Muszę postępować bardzo ostrożnie.

– Ale sam wierzysz, że jeden z nich jest zabójcą – mówi Sidney z nutą zniecierpliwienia w głosie. – Więc musisz go znaleźć albo ryzykować, że znowu zabije.

– Dziękuję, sir Philipie – mówi Drake z nienaganną uprzejmością – ale sytuacja jest może bardziej skomplikowana, niż to rozumiesz. Tak czy inaczej, ciesz się, że nie jest to problem, który zakłóci twój sen. Będziesz miał pełne ręce roboty, zajmując się Dom Antoniem. Biedak przez całe życie ucieka przed zabójcami… Nie chcę, żeby długo przebywał w Plymouth, jeśli kolejny gdzieś się tutaj przyczaił.

Widzę, z jakim wysiłkiem Sidney hamuje się od zareagowania na tę dworną ripostę. Na wpół się spodziewam, że wstanie i oznajmi swój zamiar dołączenia do floty, ale może powinienem mieć do niego więcej zaufania, gdyż nawet on rozumie, że chwila nie jest odpowiednia. Ściągam brwi i wbijam oczy w stół, już porządkując dowody, zastanawiając się nad „jak” i „dlaczego”. Z jednej strony odczuwam dziwną ulgę na wieść o tej śmierci; z pewnością z tym cieniem wiszącym nad wyprawą Sidney nie zdoła się wkręcić na pokład, a ja zyskam dobrą wymówkę bez konieczności jawnego sprzeciwiania się przyjacielowi. A jednak inna część mojego umysłu staje na baczność na myśl o perspektywie rozwikłania sprawy niewyjaśnionej śmierci – już widzę w wyobraźni tę scenę na pokładzie, ostatnie chwile martwego mężczyzny po wejściu do kajuty na mrocznym, spokojnym okręcie. Kręcę głową, żeby uciszyć brzęczące pod czaszką pytania. Śmierć tego człowieka to nie moja sprawa, co zresztą Drake już dał do zrozumienia.

Jakby słyszał moje myśli, Sidney się pochyla i wskazuje na mnie ręką nad stołem.

– Być może moglibyśmy pomóc, sir Francisie. Masz szczęście, że mój przyjaciel Bruno jest lepszy niż pies myśliwski w tropieniu zabójcy. Kiedy chodzi o niewyjaśnione morderstwa, jest akurat człowiekiem, którego ci potrzeba.

Prostuje się i śle mi promienny uśmiech. W tej chwili chętnie wypchnąłbym go za burtę.

Drake unosi brwi.

– Naprawdę? Dziwna umiejętność u teologa.

– Obawiam się, że sir Philip przesadza. Przy jednej czy dwóch okazjach udało mi się wykryć sprawcę, czystym przypadkiem…

– Nie będzie się przechwalać, bo jest za skromny. – Sidney wchodzi mi w słowo. – Ale mógłbym przytoczyć kilka opowieści… Bruno ma fantastyczną pamięć i najsubtelniejszy umysł wśród żywych do znajdowania morderców i stawiania ich przed obliczem sprawiedliwości. Tak, ledwie zeszłego lata…

– Tak, sir Philipie, lecz tutaj w grę wchodzą sprawy morskie, a w tej materii nie mam doświadczenia – przerywam mu, żeby nie zgłosił mnie na ochotnika do tego zadania. – Sir Francis ma rację, to smutne zdarzenie nie jest naszą sprawą.

Spodziewam się, że Drake przyzna mi rację, ale zamiast tego pilnie mi się przygląda i skubie brodę.

– Ale jesteś, panie, uczonym, jak zapewnia mnie sir Philip? Znasz starożytne języki?

Skłaniam głowę, przytakując, przypominając sobie, co Sidney mówił o zainteresowaniu Drake’a moją osobą.

– Niektóre. Zależy, o które chodzi.

– W tym problem. Nie jestem pewien.

Thomas Drake unosi rękę.

– Francisie, nie sądzę…

– Spokojnie, bracie. – Drake ściska palcami garb nosa. Unosi głowę i nie bez wysiłku uśmiecha się do towarzystwa. – Panowie, żałuję, że nie mogliście zastać nas w lepszych nastrojach. Przykro mi, że musiałem zepsuć wam humor, ale uznałem, że najlepiej będzie was powiadomić. Wierzę, że zdołamy szybko zakończyć tę sprawę. A teraz, jak przypuszczam, chcecie wrócić na brzeg i tam przenocować.

Sidney, zmieszany, przenosi spojrzenie z Drake’a na Knollysa.

– Przecież mamy koje na pokładzie Leicestera.

Knollys chrząka.

– Philipie, muszę zaprowadzić pewne zmiany w składzie załogi i będzie mi potrzebna kajuta dla oficera. Poza tym myślałem, że wolelibyście nocować wygodniej w gospodzie.

– Każę moim ludziom przewieźć was na brzeg. Czekają na was Pod Gwiazdą… nie ma obawy, to najlepsza gospoda w Plymouth. Wiem, bo ją dzierżawię. – Drake się śmieje. – Sam się tam zatrzymuję, kiedy jestem w mieście. Wystarczy wspomnieć moje nazwisko, a zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby spełnić każde wasze życzenie. – Wstaje, obdarzając nas obu uśmiechem, ale jego spojrzenie spoczywa na mnie, jakby się zastanawiał, czy powiedzieć coś więcej.

Twarz Sidneya wyraża napięcie, kiedy podejmuje wysiłek, żeby nie zaprotestować.

– To wielka uprzejmość z twojej strony – mówi rwącym się głosem. – Sir Francisie, czy mógłbym porozmawiać z tobą nieoficjalnie, zanim opuścimy pokład?

Thomas Drake jest gotów interweniować; wygląda na to, że mianował się doradcą brata i pilnuje, z kim i o czym ma rozmawiać. Drake, który nie sprawia wrażenia człowieka potrzebującego takiej ochrony, ruchem ręki nie dopuszcza go do głosu.

– Naturalnie. Może wyjdziemy zaczerpnąć świeżego powietrza? Czuję, że tego mi trzeba. – Kiwa głową w stronę drzwi. – Proszę, zaczekajcie na mnie na pokładzie rufowym, niebawem do was dołączę.

Po chwili wahania Sidney kłania się na znak zgody. Thomas Drake otwiera przed nami drzwi. Posłuszni rozkazom strażnicy stoją kawałek dalej, dość blisko, żeby mieć oko na kwaterę kapitana, ale nie na tyle, żeby słyszeć prowadzoną wewnątrz rozmowę. Zastanawiam się, czy zajmowali te pozycje podczas całego spotkania. Na ich miejscu przykleiłbym ucho do drzwi, gdy tylko zostały zamknięte. Mówię to Sidneyowi, kiedy Thomas wraca do kajuty.

– Oczywiście, że tak byś postąpił – mówi ze śmiechem. – Najpewniejszym sposobem na skłonienie Bruna do zrobienia czegoś jest przykazanie, że nie wolno mu tego robić, by nie dowiedział się czegoś zakazanego.

– Podczas gdy ty jesteś wzorem posłuszeństwa, o czym niebawem się przekona Jej Królewska Mość.

Syczy, żebym był cicho. Wchodzimy na zarezerwowany dla oficerów górny pokład na rufie. Pod nami ludzie siedzą w grupach, jedni grają w kości, drudzy kozikami ostrzą kawałki drewna, inni opierają się o reling i patrzą na kotwiczącą w zatoce flotyllę.

– Z pewnością nielekko jest utrzymać dyscyplinę, gdy okręty stoją bezczynnie w porcie – zauważam.

Sidney niemal się na mnie rzuca, tak jest rozentuzjazmowany, jego oczy znowu jaśnieją, gdy wpada na nowy pomysł – odgaduję jaki, zanim się odezwie.

– Otóż to! Drake będzie tracić pieniądze, żywiąc załogę, żeby ludzie nie zdezerterowali. Dlatego musimy dla niego rozwikłać tę zagadkę, by flota mogła jak najszybciej wyjść w morze. Wtedy zostanie naszym dłużnikiem.

– Nie. – Cofam się o krok. – Nie wyznaczysz mnie do wykrycia tego zabójcy, Philipie. Już na przekór zdrowemu rozsądkowi dałem się przekonać do wzięcia udziału w wyprawie… chociaż jeszcze nie dostałem zaproszenia od kapitana Drake’a. Prawdę mówiąc, wydawało mi się, że tu zawadzamy.

Sidney macha mankietem w moim kierunku.

– Właśnie o tym zamierzam z nim porozmawiać. Ponadto czy jest lepszy sposób na pokazanie, jacy jesteśmy niezbędni? – Mruży oczy w niskim wieczornym słońcu. – Słuchaj, flota nie może wypłynąć, dopóki Drake nie rozstrzygnie, kto jest odpowiedzialny za śmierć Roberta Dunne’a. Wiele wysoko postawionych osób włożyło pieniądze w to przedsięwzięcie, za moją namową, łącznie z moim wujem, Leicesterem, i lordem Burghleyem, nie wspominając o samej królowej. Jeżeli okręty będą tkwić w Plymouth, wszyscy oni stracą większą część swoich inwestycji. Ale jeśli znajdziemy tego zabójcę, Bruno, ocalimy wyprawę. – Dla podkreślenia wagi swoich słów lekko potrząsa mnie za ramię.

– Przeceniasz moje umiejętności – mówię, odsuwając się od niego. – Parę razy, przyznaję, dopisało mi szczęście i zdemaskowałem mordercę, ale nie jest to zajęcie, któremu oddaję się z zamiłowaniem. Znajduję się w takich sytuacjach bez mojej woli.

– A co z Canterbury? Chętnie tam pojechałeś, żeby znaleźć zabójcę przez wzgląd na kobietę. Ale dla przyjaciela tego nie zrobisz, prawda?

Odwracam wzrok. Nie zostało już nic do dodania w sprawie z Canterbury. Sidney zmienia taktykę.

– Może i tego nie chcesz, Bruno, ale po prostu masz do tego talent, jak niektórzy mają dar do zarabiania pieniędzy albo śpiewu. Jeśli Bóg ci go dał, to chce, żebyś z niego korzystał. Widzę to sceptyczne spojrzenie, ale przypomnij sobie przypowieść o talentach.

– Zastanawiam się, kiedy zostałeś moim duchowym doradcą. – Kręcę głową. – To nie nasza sprawa. Słyszałeś, co powiedział Drake. Ten człowiek miał długi. Bez wątpienia jednemu z wierzycieli znudziło się czekanie. Albo to jakaś kłótnia pomiędzy żeglarzami… Myślisz, że gdyby ktoś z załogi coś wiedział, wyznałby to cudzoziemcowi, który nigdy nie wypłynął dalej niż z Calais do Tilbury? Niech Drake tym pokieruje wedle własnego uznania, jak sam powiedział.

Sidney trąca mnie łokciem, żebym zamilkł, bo dowódca floty pojawił się na szczycie stromych schodów.

– Panowie! Dziękuję, że zaczekaliście. Tu jest znacznie przyjemniej, prawda?

Rozkłada ramiona, żeby ogarnąć panoramę. Jest jeszcze w miarę jasno, smugi grafitowych chmur pokrywają niebo. Mewy krążą wokół masztów, głośno się uskarżając. Po obu stronach zatoki z wody wyrastają zielone zbocza i dym snuje się z kominów rozproszonych domów. Przed nami, na morzu, łagodnie kołyszą się okręty na kotwicach, ze zwiniętymi żaglami. Za nami miasteczko Plymouth kuli się nad zatoką. Łagodny wiatr odgarnia mi włosy od twarzy i trzepocze koronką kołnierza Sidneya.

Drake staje z nami przy relingu. Odwraca się i znowu na mnie patrzy, jakby mnie oceniał, po czym zwraca spojrzenie ku horyzontowi.

– O czym pragniesz ze mną pomówić, sir Philipie? – Coś w jego tonie sugeruje, że dobrze zna odpowiedź na swoje pytanie.

Sidney splata palce i uważnie się im przygląda. Kiedy w końcu unosi głowę, patrzy na port, nie na Drake’a.

– Sir Francisie, pamiętasz, jak w Londynie przyszedłeś do mnie porozmawiać o zaopatrzeniu? Rozmawialiśmy wówczas także o innej sprawie, dotyczącej mojego zaangażowania w zorganizowanie tej wyprawy.

Teraz gdy zależy mu na przysłudze, pilnuje się i używa tytułu Drake’a. Drake marszczy czoło, po czym spogląda na niego ze zmieszaniem albo rozbawieniem, a może jednym i drugim.

– Ależ, sir Philipie, myślałem, że to tylko rozmowa. Pamiętam, nadmieniłeś, że chciałbyś z nami popłynąć, lecz obaj skonstatowaliśmy, iż Jej Królewska Mość nigdy nie udzieli swej zgody.

– Jak nadmieniłem, musielibyśmy uważać, żeby się nie dowiedziała przed wyruszeniem w drogę. – Sidney mówi cichym, spokojnym głosem, ale wykrywam w nim nuty determinacji nacechowanej rozdrażnieniem. Postawienie na swoim jest dla niego teraz punktem honoru.

Drake pociera się po karku.

– Uznałem, że to żart. Śmiałem się, gdyś to powiedział, jeśli dobrze pamiętam.

– Myślałem, że śmiech oznacza zgodę.

Przez długą chwilę panuje cisza i wszyscy śledzimy wzrokiem mewy. Jedna przysiada na relingu i patrzy na nas wyniośle.

– No tak – odzywa się w końcu Drake pojednawczym tonem – nie zrozumieliśmy się wzajemnie, ale nikomu nie stała się krzywda. W każdym razie masz odprowadzić Dom Antonia do Londynu, a moja flota nigdzie nie pożegluje, dopóki sytuacja nie zostanie wyjaśniona. – Przegarnia włosy ręką i unosi oczy ku chmurom, jakby tam mógł znaleźć rozwiązanie.

– Sir Francisie! – Teraz Sidney jest stanowczy, rzeczowy. – Nie zaprzeczysz chyba mojej roli w gromadzeniu kapitału na tę ekspedycję. Tym samym, jak sądzę, zasłużyłem na prawo udziału w wyprawie wraz z moim przyjacielem.

Drake patrzy na mnie z niedowierzaniem. Ty też? – pyta jego uniesiona brew.

– Ale jeśli to ci nie wystarcza, pokażemy, ile jesteśmy warci. Nie żartowałem, mówiąc, że Bruno ma lepszy nos do tropienia morderców niż świnia do szukania trufli.

– Wdzięczne porównanie – odpowiadam z sarkazmem. Drake się uśmiecha.

– Sama królowa poręczyłaby za niego, gdyby tu była. – Sidney jest nieugięty. – Jeśli odkryjemy, kto jest zabójcą, nikt nie straci pieniędzy, flota ruszy w morze, a my zasłużymy na nasze w niej miejsce.

– A królowa? Spodziewa się, że wrócicie na dwór z Dom Antoniem, prawda? Nie spojrzy życzliwym okiem ani na ciebie, ani na mnie, kiedy Portugalczyk zjawi się sam z wiadomością, że jesteś w połowie drogi do Nowego Świata.

Sidney wzrusza ramionami.

– Ale po naszym powrocie zapomni o gniewie, kiedy usłyszy o zajęciu hiszpańskich portów.

Drake na moment zamyka oczy, jakby nakłaniał się do zachowania cierpliwości.

– Podczas takiej wyprawy niczego nie można zagwarantować. Jej Królewskiej Mości podoba się pomysł zajęcia hiszpańskiego złota, to pewne. Ale jest ostrożna, jeśli chodzi o jakikolwiek akt agresji, który może sprowokować króla Filipa do wypowiedzenia wojny.

– Jakby sam każdego dnia w tygodniu nie dopuszczał się aktów agresji! – krzyczy Sidney z wściekłością. – Zatrzymał angielskie statki kupieckie w hiszpańskich portach i skonfiskował ich ładunek, choć kupcy przestrzegali tamtejszego prawa handlowego. Nie mamy innego wyboru, jak się za to odegrać.

Drake kładzie rękę na jego ramieniu.

– Mam w kajucie zgodę na wzięcie odwetu, własnoręcznie podpisaną przez królową. To pozwolenie na wejście do hiszpańskich portów, uwolnienie zatrzymanych tam angielskich statków i wynagrodzenie strat naszym kupcom. – Milczy przez chwilę. – Nikt nie będzie obarczał królowej odpowiedzialnością, jeśli zinterpretuję rekompensatę na mój własny sposób. Właśnie z tego powodu użyła niejednoznacznych sformułowań. Ale jeśli chcemy zająć porty domeny hiszpańskiej, musimy postępować z najwyższą delikatnością.

– Mając wybór, zawsze wolę delikatne korsarstwo – mówię. – To brutalne każdego wpędza w paskudny humor.

Drake obraca głowę, niepewny, czy z niego nie żartuję. Po chwili parska śmiechem i klepie mnie po plecach.

– A ty co o tym sądzisz, mój uczony przyjacielu? Ty również marzysz o łupieniu hiszpańskich statków i wypychaniu sakiewek szmaragdami wielkimi jak winogrona? Zaryzykujesz szkorbut, gorączkę kabinową3, udar słoneczny, utonięcie, rozbicie się na skałach za szansę wbicia sztyletu w brzuch Hiszpana?

Unoszę głowę i patrzę mu w oczy. Sidney przeszywa mnie ostrzegawczym spojrzeniem; tutaj mam sekundować jego entuzjazmowi.

– Nigdy nie marzyłem o wbijaniu sztyletu w czyjkolwiek brzuch, sir Francisie. Ale wyznam, że tęsknię za nowymi horyzontami, i to miejsce jest dla mnie równie dobre jak każde inne. – Stukam butem w pokład dla podkreślenia racji. – Poza tym nie miałbym nic przeciwko dorodnym szmaragdom.

Uśmiecha się ze zmęczeniem.

– Tak, są do zdobycia. Takie duże. – Łączy kciuk i palec wskazujący, robiąc kółko. Ręka mu opada i jego twarz poważnieje. – Czy to prawda, że macie dar do znajdowania zabójców? Dyskretnie?

– Nie nazwałbym tego darem, panie. Bardziej skutkiem szeregu zbiegów okoliczności.

– Przed waszym przybyciem rozmawiałem z bratem. Uważa, że nie powinienem dzielić się moimi podejrzeniami o śmierci Dunne’a z nikim spoza dowództwa tej wyprawy. Chyba nie trzeba mówić, że muszę was zaprzysiąc do zachowania tajemnicy, ale skoro wy sami zaoferowaliście swoje usługi, poproszę o radę, ponieważ jesteście wykształceni, w przeciwieństwie do mnie. Bóg świadkiem, umiem czytać tylko mapy nawigacyjne. – W uśmiechu, jakim obdarza Sidneya, kryje się sarkazm, jakby dobrze wiedział, jak jest przezeń postrzegany. Dobrze świadczy o moim przyjacielu to, że z zakłopotaniem spuszcza oczy.

– Jaki to ma związek ze śmiercią Roberta Dunne’a? – pytam.

Drake zerka przez ramię i wychyla się za reling, więc musimy się przysunąć, żeby go usłyszeć.

– Nie mam pojęcia, kto owej nocy podniósł rękę na Dunne’a, ale chyba wiem, kto za tym stoi. I jeśli mam rację, ta śmierć nie będzie ostatnia. Zakończy się moją, jeśli go nikt nie powstrzyma.

Zimny wiatr hula po pokładzie. Wstrząsa mną dreszcz, lecz zgoła nie z zimna. Jestem świadom, że to skutek jego słów, chociaż wyrzekł je spokojnym tonem.

– Stąd uzbrojeni strażnicy – zauważam.

– Zawsze ich mam na pokładzie, ale teraz więcej. Nie mogę się wyzbyć podejrzenia, że śmierć Dunne’a była ostrzeżeniem dla mnie.

– Jak doszedłeś do takiego wniosku? – zapytuje Sidney. – Jeśli miał długi, czy nie mógł to być…

Drake ucisza go spojrzeniem.

– Jestem o tym przekonany, sir Philipie, ponieważ zrobiłem sobie w życiu wielu wrogów, którzy poprzysięgli mi zemstę. Wszystkie nasze przeszłe uczynki, panowie, w taki czy inny sposób zostaną wymyte na brzeg teraźniejszości. – Patrzy na wodę, gdzie gasnące słońce wymalowało szlak światła.

– Możesz mówić bardziej konkretnie, panie? – pytam.

Drake lekko kręci głową.

– Tak. To osobliwa historia, ale dzisiaj, panowie, nie będę was dłużej zatrzymywać. Porozmawiamy jutro. Chciałbym, doktorze Bruno, żebyś rzucił okiem na pewną książkę – mówi i znowu zerka przez ramię. Choć na pokładzie rufowym nie ma nikogo innego, jego twarz wyraża napięcie. – Nie tutaj. Spotkamy się jutro przy kolacji w waszej gospodzie. Aha… jeszcze jedno. Jutro z Buckland przyjedzie moja żona z owdowiałą kuzynką. Są przekonane, że przybywają się z nami pożegnać… Nie miałem okazji jej uprzedzić. Z powodu tej śmierci miałem zbyt wiele spraw na głowie… Czy mogę się odwołać do waszej uprzejmości, panowie, prosząc o dotrzymywanie paniom towarzystwa, gdy będę zajęty?

Kłaniam się na znak zgody, przecież nic innego nie wypada zrobić. Sidney milczy, ale wyraźnie widzę, że czuje się obrażony. Kładę rękę na jego ramieniu, chcąc pohamować rodzący się wybuch, ale on ją strąca jak szerszenia.

– Życzę dobrej nocy, panowie – rzecze Drake z uśmiechem i formalnym uściskiem dłoni. – Zatem do jutra.

Idziemy z nim do schodów i widzę czekających na dole uzbrojonych ludzi patrzących prosto przed siebie jak dwa posągi przy drzwiach kościoła.

PRZYPISY

1 Domena hiszpańska (ang. Spanish Main) – zamorskie posiadłości Hiszpanii w południowej części Morza Karaibskiego w XVI w.

2 Felo de se – termin prawniczy o znaczeniu: „samobójca”, „samobójstwo”. Pochodzi z łaciny średniowiecznej (fe(l)o – złoczyńca, de se – wobec siebie samego).

3 Gorączka kabinowa – cabin fever (ang. ) – stres spowodowany zbyt długim przebywaniem w zamkniętym pomieszczeniu; klaustrofobia.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zdrada 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter