Spaceman

Spaceman

Autorzy: Mike Massimino

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.18 zł

Czy kiedykolwiek wyobrażaliście sobie, jak to jest być przywiązanym do fotela w środku gigantycznej rakiety, która rozpędza się do prędkości od zera do 28 tysięcy kilometrów na godzinę? Lub spojrzeć na Ziemię z kosmosu i zobaczyć zaskakująco precyzyjną linię między dniem a nocą? Albo stanąć przed słynnym Teleskopem Kosmicznym Hubble’a, zastanawiając się, czy misja, która jest waszym celem, przez przypadek nie zrujnuje szansy ludzkości na odkrycie tajemnic Wszechświata? 
Astronauta Mike Massimino szczegółowo relacjonuje swoje kosmiczne doświadczenia, bez mała umieszczając czytelnika w skafandrze, z całym ekwipunkiem niezbędnym do życia w mikrograwitacji. Opisuje surrealistyczny cud i piękno swojego pierwszego spaceru kosmicznego, ale i tragedię utraty przyjaciół w wypadku promu Columbia. 

O Autorze:
MIKE MASSIMINO służył w NASA jako astronauta w latach 1996–2014. Dwukrotnie poleciał w kosmos: w misji STS-109, wahadłowcem Columbia, w marcu 2002 r., oraz w misji STS-125, promem Atlantis, w maju 2009 r. Były to dwa ostatnie loty serwisowe do Kosmicznego Teleskopu Hubble’a. Mike stał się pierwszym człowiekiem, który tweetował z kosmosu, i ostatnim, który pracował we wnętrzu teleskopu Hubble’a. Razem z kolegami z załogi ustanowił zespołowy rekord: w sumie spędzili najwięcej czasu na spacerach w przestrzeni kosmicznej podczas pojedynczej misji wahadłowca.
Mike od czasu do czasu grywa samego siebie w serialu „Teoria wielkiego podrywu”. Regularnie pojawia się w telewizji, w wieczornych programach publicystycznych, wiadomościach i filmach dokumentalnych. Jest również rozchwytywanym mówcą inspiracyjnym.

Tytuł oryginału: Spaceman: An Astronaut’s Unlikely Journey to Unlock the Secrets of the Universe

Redakcja: Łukasz Saturczak

Korekta: Sylwia Chrabałowska

Projekt graficzny okładki: Christopher Brand, Chad Griffith

Opracowanie graficzne: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

Copyright © 2016 by Michael J. Massimino

By arrangement with the author. All rights reserved.

© copyright by Agora SA 2018

© copyright for Polish translation by Krzysztof Bednarek 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN 978-83-268-2102-8 (epub), 978-83-268-2103-5 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

PROLOG. Potwór rodem z fantastyki naukowej

CZĘŚĆ PIERWSZA. Kiedy dorosnę, chcę być Spider-Manem

1. Doskonałe dobro

2. Najwszechstronniejszy

3. Kim zostaniesz?

CZĘŚĆ DRUGA. Może nie jesteś do tego stworzony

4. Szkolna olimpiada

5. Siłowe sprzężenie zwrotne

6. Ergonomia

7. Zdyskwalifikowany

8. Tak czy nie?

CZĘŚĆ TRZECIA. Prawdziwy pierwszy krok w kosmos

9. Prędkość dźwięku

10. Jeśli masz jakiś kłopot

11. Kosmiczny spacerowicz

12. Tryb Shackletona

CZĘŚĆ CZWARTA. Wrota kosmosu

13. Widzieć dalej niż do gwiazd

14. Gotów do lotu

15. Stan nieważkości

16. Ziemia jest planetą

17. Może to jest Niebo?

CZĘŚĆ PIĄTA. Rosyjska ruletka

18. Opowieść o kosmosie

19. 1 lutego 2003

20. Dlaczego latamy

CZĘŚĆ SZÓSTA. Warte ryzyka

21. Z popiołów

22. Ostatnie zadanie

23. Punkt 28

24. Uziemiony

EPILOG. Za następnym rogiem

Podziękowania

O Autorze

Gabby i Danielowi

– dziękuję Wam za to, że pokazaliście mi miłość, o jakiej istnieniu nie miałem pojęcia, za inspirowanie mnie do realizowania moich marzeń oraz za to, że mogłem i chciałem dawać Wam przykład – tak żebyście i Wy realizowali Wasze marzenia

PROLOG

POTWÓR RODEM Z FANTASTYKI NAUKOWEJ

1 marca 2002 roku pierwszy raz opuściłem Ziemię. Wszedłem na pokład promu kosmicznego Columbia i pomknąłem z hukiem 550 kilometrów na orbitę. To był wielki dzień, o którym marzyłem, odkąd miałem siedem lat. Do tego dnia przygotowywałem się nieustannie sześć lat – od chwili przyjęcia mnie przez NASA do grona astronautów. Lecz nawet po tak długim oczekiwaniu i planowaniu wciąż nie byłem gotowy, ponieważ nic, co robisz na tej planecie, nie może przygotować cię na to, co oznacza znaleźć się poza nią.

Celem naszego lotu, STS-109, była naprawa Kosmicznego Teleskopu Hubble’a. Załoga była siedmioosobowa, pięcioro weteranów i dwóch świeżaków: ja i mój kumpel Duane Carey, chłopak z Sił Powietrznych. Nazywaliśmy go Digger (Grabarz). Każdy astronauta dostaje jakąś ksywkę. Mnie nazywali Mass (Masa), z powodu mojego nazwiska i dlatego, że mam metr dziewięćdziesiąt wzrostu.

Mieliśmy wystartować nocą. O trzeciej nad ranem wyszliśmy z pomieszczeń dla załóg w Centrum Kosmicznym im. Johna F. Kennedy’ego i podeszliśmy do czekającej na nas furgonetki, która zawiozła nas na wyrzutnię. Był to zaledwie drugi lot promu kosmicznego po zamachach terrorystycznych z 11 września. W górze krążyły śmigłowce, a terenu pilnowali antyterroryści z największymi karabinami ręcznymi, jakie w życiu widziałem. Od zawsze ochrona starannie czuwała nad bezpieczeństwem startów, ale teraz – jeszcze mocniej.

– Coś takiego – odezwał się stojący koło mnie Digger. – Patrz, jak nas pilnują. Może to z powodu 11 września?

– Nie wiem – odparłem. – Myślę, że są tu po to, żebyśmy rzeczywiście wsiedli.

Zaczynałem się denerwować. Na co ja się pisałem? Mogłem przysiąc, że jeden z antyterrorystów mi się przyglądał – nie patrzył na potencjalnych zamachowców, tylko prosto na mnie. Miałem wrażenie, że jego oczy mówiły: „Nawet nie myśl o ucieczce, chłopaku. Za późno. Zgłosiłeś się na ochotnika. Wskakuj do mojego mikrobusu”.

Pojechaliśmy na wyrzutnię; wokół panowały egipskie ciemności. Jedynym światłem na horyzoncie był nasz prom kosmiczny, który robił się coraz większy i większy: orbiter i dwie rakiety wspomagające na paliwo stałe, po obu stronach tego ogromnego, rdzawego zbiornika paliwa; a wszystko oświetlone z dołu reflektorami.

Kierowca podjechał pod wyrzutnię, wypuścił nas, zawrócił i energicznie dał dyla, żeby nie znaleźć się w strumieniu gorących gazów wylotowych. Staliśmy bez ruchu całą siódemką, zadzierając głowy i patrząc na potężny statek kosmiczny wysokości siedemnastu pięter, licząc od powierzchni ruchomej platformy startowej. Wielokrotnie bywałem już w tym promie, szkoląc się i ćwicząc. Lecz za każdym razem, kiedy znajdowałem się blisko niego, w zbiorniku nie było ani kropli wachy, to jest ciekłego tlenu i ciekłego wodoru, które są paliwem rakietowym. Tankuje się je dopiero na dzień przed startem, bo pełen zbiornik to jedna wielka bomba.

Wahadłowiec wydawał niepokojące dźwięki: słyszałem pracę pomp paliwa, syk pary i jęki metalu wyginającego się z zimna – paliwo rakietowe ma ekstremalnie niską temperaturę, minus 250 stopni. Spala się w równie niskiej, przy czym powstają ogromne kłęby pary. Stałem tam, patrzyłem w górę i czułem moc tej maszyny. Wyglądała jak czekający na nas potwór.

Zaczynałem zdawać sobie sprawę z tego, co zamierzaliśmy zrobić. Weterani, to jest ci z nas, którzy już wcześniej latali w kosmos, stali przede mną i podekscytowani przybijali piątki. Spoglądałem na nich tak, jakbym myślał: „Powariowali? Nie widzą, że zaraz przypniemy się pasami do bomby, która wystrzeli nas setki kilometrów w górę?”.

Muszę porozmawiać z Diggerem, myślałem dalej. On też jest zielony, ale latał na F-16 w czasie wojny w Zatoce Perskiej. Nie czuje strachu. Sprawi, że będzie mi lepiej. Obróciłem się w stronę Duane’a – ale i on patrzył w to wielkie coś z opadniętą koparą i szeroko otwartymi oczami. Jakby był w transie. Chyba czuł to samo co ja.

– Digger – odezwałem się.

Milczenie.

– Digger!

Nie odpowiedział.

– Digger!!!

Otrząsnął się i popatrzył na mnie. Był blady jak ściana.

Ludzie zawsze mnie pytają, czy kiedykolwiek bałem się lotu w kosmos. W tamtej chwili owszem. Aż do owego momentu byłem zbyt podekscytowany i za bardzo zajęty szkoleniem, żeby pozwolić sobie na strach, lecz nagle tam, przy wyrzutni, uderzyła mnie myśl: „A może to nie był taki dobry pomysł?”. W istocie bardzo głupi. Dlaczego to robię? W tamtym momencie nie było już jednak odwrotu.

Przygotowując się do startu, jedziesz na adrenalinie, ale równocześnie to przeciągający się i nużący proces. Docierasz pod wieżę wyrzutni i wjeżdżasz windą na platformę zawieszoną na wysokości 30 metrów. Tam, w górze, ostatni raz korzystasz z łazienki – nazywają ją ostatnią toaletą na Ziemi. Potem czekasz. Obsługa naziemna prowadzi kolejno każdego z astronautów, pojedynczo, pomostem, który łączy wieżę z promem i umożliwia dostęp do orbitera. Czasem stoisz na tej platformie przez dłuższą chwilę i czekasz na swoją kolej. W końcu przychodzą i prowadzą cię pomostem do małego, białego pomieszczenia, gdzie pomagają ci zapiąć uprząż spadochronu. Potem machasz najbliższym do kamery przemysłowej i wchodzisz przez właz do wahadłowca. W środku jest przedział mieszkalny załogi, a nad nim kabina pilotów, gdzie można dotrzeć po drabince. Ani jedno, ani drugie pomieszczenie nie jest duże – w samolocie kosmicznym jest za to bardzo przytulnie. Na czas startu czworo astronautów, w tym pilot i dowódca, siada w kabinie pilotów. Oni mają okna. Pozostałych troje tkwi w przedziale mieszkalnym.

Gdy już jesteś w środku, obsługa naziemna przypina cię pasami. Pomagają ci umocować hełm do pomarańczowego kombinezonu, w którym się startuje oraz wraca w atmosferę. Sprawdzasz tlen i wyposażenie. A potem leżysz. Jeśli znajdujesz się na środkowym pokładzie, tak jak ja, nie ma żadnych okien, więc nie ma na co patrzeć: jest tylko ściana z szafek. Tkwisz tak przez parę godzin, czekając, aż wszystko zostanie sprawdzone. Gadasz z kumplami z załogi i czekasz. Możesz sobie pograć w kółko i krzyżyk na rozkładanym stoliczku nad kolanami. Myślisz, że polecisz, ale nie możesz być tego pewien. Centrum Kontroli Startu NASA przerwie odliczanie nawet w ostatniej minucie z powodu złej pogody czy jakichkolwiek wątpliwości dotyczących statku kosmicznego. Kiedy już zostaje mniej więcej godzina, patrzysz na kolegów, myśląc: „No dobra, wygląda na to, że może rzeczywiście polecimy”. Potem pozostały czas skraca się do pół godziny. Później do 10 minut. Wreszcie minuty. I potem jest poważnie.

Na parę sekund przed startem uruchamiają się pomocnicze generatory zasilające. Bestia, która cię przerażała na wyrzutni, właśnie się budzi. 6 sekund przed startem odczuwasz wstrząs, to odpalają z głębokim hukiem silniki główne promu, i cały zestaw na moment wyrywa naprzód. W momencie startu znowu szarpie prosto w górę, wtedy następuje zapłon w silnikach rakiet wspomagających na paliwo stałe – i wtedy lecisz! Nie ma wątpliwości, że jesteś w ruchu. Nie myślisz: „Och, czy już wystartowaliśmy?!”. Nie. Następuje huk i poleciałeś. Pędzisz z prędkością 160 kilometrów na godzinę, jeszcze zanim wahadłowiec minie szczyt wieży. Przyspieszasz od zera do 28 tysięcy kilometrów na godzinę w ciągu 8,5 minuty.

Niesamowite przeżycie. Czułem się, jakby jakiś gigantyczny potwór rodem z fantastyki naukowej sięgnął w dół, złapał mnie za pierś i ciskał mną coraz wyżej i wyżej, a ja nie mogłem nic zrobić. Zaraz po oderwaniu od Ziemi zdałem sobie sprawę z tego, że całe odbyte przez nas szkolenie na temat tego, co robić, jeżeli przy starcie coś pójdzie nie tak – jak się ratować, jak używać spadochronów, jak przeprowadzić lądowanie awaryjne – wszystkie te lata ćwiczeń były całkowicie bezcelowe. Były tylko wypełniaczem, który miał sprawić, żebyśmy nie mieli nic przeciwko znalezieniu się na pokładzie tego czegoś. Bo jeżeli to spada, leci w dół i tyle! Albo będzie to dobry dzień, albo zły, nie ma nic pomiędzy. Całe wnętrze wahadłowca jest pełne instrukcji postępowania w przypadku awarii i różnych oznaczeń wskazujących, w którą stronę iść i co robić. Pouczepiano je tam po to, żeby astronauta miał coś do poczytania przed śmiercią.

Po jakiejś minucie, kiedy minął już pierwszy szok, ogarnęło mnie dziwne uczucie. Wrażenie, że opuszczam Ziemię. Tak na dobre. Nie na „do zobaczenia”, tylko „żegnajcie”. Bywałem już z dala od domu, na wakacjach i w dalekich podróżach samochodem: latałem do Kalifornii i jeździłem na kempingi do wschodniego Teksasu. Tym razem opuszczałem bezpieczne strony, które znałem od urodzenia, w całkowicie nowy sposób. Tak się właśnie poczułem – po raz pierwszy w życiu naprawdę opuszczam dom.

Dotarcie na orbitę zajmuje 8,5 minuty. 8,5 minuty to długo w sytuacji, kiedy siedzisz i zastanawiasz się, czy właśnie dzisiaj dostaniesz za swoje. Nie możesz wiele powiedzieć, bo masz włączony mikrofon i nie chcesz, żeby pozostali usłyszeli w słuchawkach twoją głupią uwagę, która mogłaby ich rozproszyć. Nie jest to czas na rzucanie inteligentnych tekstów. Po prostu leżysz dalej, patrzysz na kolegów, słuchasz ogłuszającego ryku silników, czujesz, jak prom drży, starając się wyrwać z ziemskiej atmosfery. Przeciążenie wzrasta, aż na końcu, przez jakieś 2,5 minuty, wynosi 3 g, więc czujesz się, jakbyś ważył trzy razy tyle co zwykle. Tak jakby na twojej piersi leżał stos cegieł. Wszystko to razem można by nazwać kontrolowaną przemocą i najbardziej spektakularnym pokazem mocy oraz prędkości, jaki kiedykolwiek wykreował człowiek.

Kiedy opuszczasz atmosferę Ziemi, eksplodują ładunki sworzni łączących cię ze zbiornikiem paliwa. Słyszysz przez ściany wahadłowca dwa stłumione wybuchy – fup! fup! – a potem zbiornika już nie ma i silniki nie pracują. Wszystko skończyło się równie raptownie, jak się zaczęło. Milknie ryk, już nie trzęsie i nastaje martwa cisza. Słychać tylko cicho pracujące wentylatory systemu chłodzenia niektórych urządzeń. Wokół ciebie panuje przerażający absolutny bezruch.

Jesteś w kosmosie.

Kiedy silniki przestają pracować, ty zaś jesteś na orbicie, prom już nie przyspiesza. Masz wrażenie, że całkowicie się zatrzymał. Lecisz z prędkością 28 tysięcy kilometrów na godzinę, ale twoje ucho wewnętrzne sygnalizuje mózgowi, że pozostajesz w zupełnym bezruchu. Twój błędnik wykrywa zmiany przyspieszenia, a skoro nie odbiera żadnych sygnałów, twój zmysł równowagi mówi ci, że się nie poruszasz. Masz więc wrażenie, że wyrywasz się naprzód, a potem tkwisz w miejscu, kiedy silniki przestają pracować. Jakbyś siedział na krześle w jadalni, jedyna różnica jest taka, że ciągle pozostajesz przypięty pasami, leżysz na plecach. Jesteś kompletnie zdezorientowany.

Najpierw zadałem sobie pytanie: „Czy ja nadal żyję?”. Odpowiedź zajęła mi chwilę. Udało nam się bezpiecznie znaleźć na orbicie. Potrwało minutę czy dwie, zanim zorientowałem się w swoim położeniu. Po aklimatyzacji trzeba było przystąpić do pracy. Ściągnąłem hełm i zrobiłem tak jak Tom Hanks w Apollo 13: wystawiłem go obiema dłońmi przed siebie i puściłem, a on zaczął unosić się w powietrzu.

ROZDZIAŁ 1

DOSKONAŁE DOBRO

Pierwszy tydzień pracy astronauty jest prawie taki sam jak w innej robocie. Chodzi się na spotkania, wypełnia papiery, dowiaduje o zakresie pakietu opieki zdrowotnej. Razem z kolegami szkolącymi się ze mną na astronautów mieliśmy szczęście. W pierwszym tygodniu po przyjęciu mnie do pracy w Centrum Lotów Kosmicznych im. Lyndona B. Johnsona odbył się zjazd astronautów. Przyjechały wszystkie żywe legendy – uczestnicy programów Mercury, Gemini i Apollo, w tym Neil Armstrong, pierwszy człowiek, który chodził po Księżycu. Bohater każdego z nas.

Kierowniczka naszego szkolenia Paige Maultsby prowadziła nas przez kurs wstępny niczym kura wodząca pisklęta. Wystosowała prośbę do Neila Armstronga, żeby przyszedł i przemówił do naszej grupy. Zgodził się, pod warunkiem że będzie mówił tylko do nas, świeżo upieczonych astronautów. Nie chciał wielkiego wydarzenia publicznego ani masy słuchaczy.

Widziałem już wcześniej Armstronga. W 1989 roku, kiedy byłem na studiach doktoranckich i pracowałem jako stażysta w Centrum Lotów Kosmicznych im. George’a C. Marshalla w Huntsville. Tamtego lata świętowano z wielką pompą dwudziestą rocznicę lądowania na Księżycu. Przylecieli Neil Armstrong i pozostali członkowie jego załogi: Buzz Aldrin i Michael Collins. Siedziałem z tyłu sali wypełnionej tysiącami ludzi i widziałem przemawiającego Armstronga. Nie udało mi się jednak uścisnąć jego dłoni. Teraz, siedem lat później, miałem nie tylko go poznać, lecz także poznać jako astronauta. Najfajniejsza sytuacja pod słońcem.

Chociaż, ściśle rzecz biorąc, jeszcze nie byłem astronautą. Po wstąpieniu do NASA jest się najpierw kandydatem na astronautę, w skrócie ASCAN. Żeby posłuchać Armstronga, zebraliśmy się w sali konferencyjnej dla astronautów, numer 6600, w budynku 4S. To ważna sala. Każdy lot NASA ma własną odznakę upamiętniającą misję, na odznace znajdują się między innymi nazwiska astronautów, którzy wzięli w niej udział. Na ścianach sali 6600 wiszą odznaki wszystkich misji, poczynając od pierwszego lotu w ramach programu Mercury, czyli misji Alana Sheparda z 1961 roku. Wchodząc tam, człowiek czuje, że trafił do historycznego miejsca. Celem każdego astronauty, który się tam pojawia, jest to, aby przed opuszczeniem przez niego NASA na ścianie sali 6600 znalazło się także i jego nazwisko. Skupiliśmy się przy stole konferencyjnym jak podekscytowane dzieci z podstawówki. Wszedł Armstrong i przez parę minut mówił. Był starszy, ale nie stary; miał rzedniejące włosy, okulary, garnitur i krawat. Wydawał się ciepłym, otwartym człowiekiem, lecz równocześnie był to ktoś, do kogo człowiek mógł podejść jedynie z najwyższym szacunkiem. Kiedy wstał, żeby zacząć swoje wystąpienie, mówił bardzo łagodnym głosem, niemal z nieśmiałością.

Mówił do nas przez jakieś 15 minut. Przez cały ten czas w ogóle nie wspomniał o chodzeniu po Księżycu ani o byciu astronautą. Zamiast tego opowiadał, jak był pilotem oblatywaczem w Bazie Sił Powietrznych Edwards w Kalifornii i latał na X-15, hiperdźwiękowym samolocie rakietowym, który w latach 60. ustanowił rekordy prędkości i wysokości, poruszając się na wysokości 80 kilometrów, czyli w górnych warstwach atmosfery na granicy kosmosu. Neil Armstrong uważał się za pilota. Nie za pierwszego człowieka, który chodził po powierzchni Księżyca, ale za faceta, który uwielbiał prowadzić fajne samoloty i ogromnie się cieszył, że miał w życiu okazję to robić.

Myślę, że skupiając się na okresie, kiedy był pilotem doświadczalnym, a nie na lądowaniu na Księżycu, Armstrong chciał nam przekazać, że w życiu nie chodzi o pojedyncze wielkie osiągnięcie, ponieważ po nim życie toczy się dalej. Co wtedy motywuje człowieka? Ważne, żeby mieć pasję, coś, co uwielbia się robić, a wtedy największą na świecie radość sprawia ci wstawanie co dzień rano i robienie twojej ulubionej rzeczy. Ulubionym zajęciem Neila Armstronga było pilotowanie samolotów. Powiedział: „Tak, udało mi się polecieć na Księżyc, ale także latać X-15”. Najwięcej szczęścia dało mu to, że mógł codziennie wychodzić z domu i prowadzić te samoloty.

Po swoim wystąpieniu Armstrong odpowiedział na kilka pytań i powiedział, że rozda nam autografy na zdjęciach. Stanął u szczytu stołu, a my ustawiliśmy się w kolejce, żeby uścisnąć jego dłoń i dostać autograf. Znalazłem się przy końcu kolejki i zbliżając stopniowo do Armstronga, zauważyłem, że każdy z nas, dotarłszy do niego, robił to samo: opowiadał mu, gdzie przebywał, kiedy oglądał jego spacer po Księżycu. W chwili spotkania z Neilem Armstrongiem miałem trzydzieści trzy lata i byłem jednym z najmłodszych w naszej grupie, co oznaczało, iż każdy ze stojących w kolejce był w takim wieku, że pamiętał pierwsze lądowanie na Księżycu. Każdy miał jakąś historię do przekazania Armstrongowi: „Byłem w domu mojej dziewczyny”. „Siedziałem w piwnicy u rodziców”. „Byłem w górach Catskills”. I tak dalej. Każdy mieszkaniec Ziemi wie, gdzie 20 lipca 1969 roku znajdował się Neil Armstrong, więc czemu nie powiedzieć mu, gdzie było się wtedy samemu? Zdałem sobie sprawę, że od dwudziestu siedmiu lat właśnie tak wyglądało całe życie tego człowieka. Codziennie, widząc przed sobą nową twarz, słyszy informację na dokładnie ten sam temat, wysłuchuje jej grzecznie, uśmiecha się i przytakuje.

Postanowiłem zrobić coś innego. Kiedy nadeszła moja kolej, zamiast opowiedzieć Armstrongowi swoją wersję historii jego lądowania na Księżycu, uścisnąłem jego dłoń i zapytałem:

– Czy właśnie to się dzieje za każdym razem, kiedy spotyka się pan z ludźmi? Opowiadają panu, gdzie się znajdowali, kiedy pan chodził po Księżycu?

– Tak.

– Często pan to słyszy?

– Owszem, przez cały czas.

– Czy przeszkadza to panu nieraz?

– Nie, jest w porządku – Armstrong wzruszył ramionami.

Nie powiedziałem Armstrongowi, gdzie ja wtedy byłem. Nie chciałem tego mówić mimo jego stwierdzenia, że mu to nie przeszkadza. Pamiętam to jednak dokładnie, bo tamten moment odmienił moje życie. Miałem wtedy prawie siedem lat; siedziałem przed czarno-białym telewizorem w salonie razem z rodzicami i trzynastoletnią wówczas siostrą Franny. Miała na sobie różowy szlafrok, a ja odziedziczoną po bracie podniszczoną i spłowiałą baseballową piżamę w prążki. Piętro wyżej mieszkali rodzice mojej matki. Zeszli do nas, żeby oglądać transmisję razem.

Nie mogłem odkleić się od telewizora. Oglądanie, jak Neil Armstrong robi pierwsze kroki na Księżycu, było dla mnie niesłychanie silnym przeżyciem. Z drugiej strony skoro puszczali to w telewizji, wydawało się normalne, jakby była to którakolwiek ze starych audycji. Wyszedłem potem na dwór i myślałem o tym, jak bardzo niezwykłe było to, co widziałem. Pamiętam, jak stałem przed domem i wpatrywałem się w Księżyc. Najdłużej w życiu. I myślałem: tam są ludzie. Dla sześcioletniego chłopca z przedmieścia na Long Island była to najbardziej niesamowita rzecz na świecie. Poruszyła we mnie trwale bardzo głęboką strunę.

Lądowanie na Księżycu było cudowną chwilą dla mnie i dla całych Stanów Zjednoczonych. Nie przydarza się w ludzkim życiu wiele takich chwil. Wszyscy uwielbiali astronautów z Apollo. Mój ojciec i matka, siostra, koledzy, moi nauczyciele. Żadna inna znana postać nie jest darzona tak absolutnym oraz powszechnym podziwem. Szczególnie wtedy. To był koniec lat 60., wydawało się, że świat ogarnia szaleństwo. Ludzie ginęli od kul: zamordowano Martina Luthera Kinga i Bobby’ego Kennedy’ego. Wojna w Wietnamie dzieliła nasz kraj. Co lato wybuchały zamieszki. I pośród tego wszystkiego świat zatrzymał się na jedną noc i wspólnie przeżywał owo doskonałe dobro.

Pamiętam, że chociaż byłem wtedy jeszcze mały, pomyślałem: to jest najważniejsza rzecz, jaka się teraz dzieje – nie tylko teraz, zawsze. To będzie znak naszych czasów na Ziemi: my pierwsi polecieliśmy poza nią.

Neil Armstrong, Buzz Aldrin i Michael Collins byli kosmicznymi podróżnikami. Za 500 lat ludzie mieli o nich czytać tak samo, jak my dziś czytamy o Krzysztofie Kolumbie. Ci trzej stali się moimi bohaterami. Byli najfajniejsi na świecie.

W 1969 roku skończyłem siedem lat; to wiek, który w jakimś szczególnym stopniu kształtuje człowieka. Dla mnie wydarzyły się wtedy dwie rzeczy: Apollo 11 wylądował na Księżycu, a Metsi zdobyli mistrzostwo ligi baseballowej, wygrywając World Series, co było jeszcze bardziej nieprawdopodobnym zdarzeniem. Kosmos i baseball stały się moimi dwiema największymi pasjami. Poczesne miejsce na liście bohaterów mojego dzieciństwa zajmował wyśmienity miotacz Metsów Tom Seaver – zaraz po moim ojcu i astronautach z Apollo 11. Lecz tamtego wieczoru, kiedy odbyło się lądowanie na Księżycu, do World Series, finałowego meczu, pozostawało jeszcze parę miesięcy. Powiedziałem sobie owego wieczoru: nic innego nie jest ważne. Tylko to. Właśnie takim kimś chcę zostać. Bycie astronautą było nie tylko najwspanialszą rzeczą na świecie, lecz także najważniejszą, na jaką można było się w życiu zdecydować.

Od tamtej chwili kosmos stał się moją obsesją, miałem na jego punkcie bzika, jakiego może mieć tylko mały chłopiec. Rozmawiałem wyłącznie o lotach kosmicznych. W ramach organizowanych przez moją szkołę letnich zajęć rekreacyjnych urządzono „kosmiczną paradę” uczniów na cześć lądowania na Księżycu. Dzieci poprzebierały się w kostiumy o tematyce związanej z kosmosem. Ja chciałem iść w paradzie jako astronauta. Moja mama była szwaczką. Wzięła szary kostium słonia, który uszyła dla mnie na szkolne przedstawienie, gdy byłem w pierwszej klasie. Odcięła ogon, dodała kilka wojskowych medali taty i amerykańską flagę na lewym ramieniu. Tekturowe uszy słonia zastąpiliśmy plastikowym hełmem pilota odrzutowca nawiązującym do komiksów o Stevie Canyonie. Dodaliśmy jeszcze okulary ochronne i wyszedł nam kostium astronauty.

Mój brat Joe pracował tamtego lata w centrum Manhattanu. Któregoś dnia poszedł w czasie przerwy do słynnego sklepu z zabawkami, FAO Schwarz, i kupił mi Snoopy’ego – astronautę. Figurka miała około 20 centymetrów wysokości i była ubrana w kompletny skafander kosmiczny członka załogi Apollo: miała hełm, aparat tlenowy, wysokie buty do chodzenia po Księżycu – wszystko, co trzeba. Do tej pory pamiętam, jak patrzyłem na idącego z przystanku autobusowego Johna, który trzymał pudełko z tym Snoopym. Otworzyłem prezent jeszcze na podjeździe. Tamtego lata ciągle bawiłem się za domem w astronautę: biegałem w zrobionym dla mnie przez mamę kostiumie ze Snoopym – astronautą w ręku. Bawiłem się nim tak długo, aż popękał, wytarł się lakier figurki i odłamała się jedna z jej łapek. Do dziś mam tego Snoopy’ego, a po latach naprawdę był w kosmosie.

Obsesyjnie pragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej o astronautach. Tuż za rogiem, przy Lincoln Road, była biblioteka publiczna. Chadzałem tam popołudniami i czytałem wszystko, co tylko byłem w stanie znaleźć, a dotyczyło programu kosmicznego. Nie było tego wiele, ale to, co mieli, sprawdzałem i przeczytałem chyba po cztery czy pięć razy. Była tam książka o pierwszych siedmiu astronautach, którzy latali kapsułami Mercury, zatytułowana We Seven. Inna książka mówiła o Gusie Grissomie, który zginął w pożarze na wyrzutni w Centrum Kosmicznym im. Johna F. Kennedy’ego razem z całą załogą Apollo 1. Czytałem magazyny „Time” i „Life” – wszystko, co było w bibliotece i wpadło mi w ręce.

Tamtej jesieni zacząłem chodzić do drugiej klasy. W szkole rozmawiałem jedynie o kosmosie. Stałem się absolutnym ekspertem w tej dziedzinie. Moim najlepszym przyjacielem był wtedy – i jest nim do tej pory – Mike Quarequio, którego nazywaliśmy „Q”. Pamięta, że pierwszego dnia nauki w drugiej klasie wszedłem do sali, mówiąc o skafandrach kosmicznych, systemach chłodzenia, działaniu układu zaopatrzenia w tlen. Byłem znany jako „ten chłopiec, który wie o kosmosie najwięcej z całej klasy”. Wiedziałem, kim byli astronauci, znałem typy rakiet używanych do poszczególnych lotów. Wiedziałem o kosmosie wszystko, co tylko mógł wiedzieć siedmiolatek z Long Island.

Chociaż miałem bzika na punkcie kosmosu, nigdy nie zaczytywałem się komiksami o Flashu Gordonie, Bucku Rogersie ani niczym podobnym. Kolonie w kosmosie, wiele wymiarów czy latanie z plecakami rakietowymi – to było zbyt naciągane. Uwielbiałem natomiast powieści fantastycznonaukowe Juliusza Verne’a: Podróż do środka Ziemi, 20 000 mil podmorskiej żeglugi czy Z Ziemi na Księżyc. Verne pisał je tak, że wydawały się realistyczne. Była to fantastyka naukowa, ale miało się wrażenie, że to wiarygodne historie, osadzone w prawdziwym świecie. W Podróży do środka Ziemi kopią coraz głębiej, kilofami i łopatami. Jeśli chodzi o Z Ziemi na Księżyc, Verne trafnie przewidział mnóstwo rzeczy dotyczących lotów kosmicznych, od rodzaju metalu, z jakiego zbudowano statek kosmiczny, po fakt, iż został on wystrzelony zgodnie z kierunkiem ruchu obrotowego Ziemi, żeby zyskać dodatkową prędkość. Autor wyobraził sobie to wszystko w 1865 roku!

Nie byłem zainteresowany fantazjami na temat podróży kosmicznych, tylko rzeczywistymi lotami kosmicznymi. Ciekawiło mnie, w jaki sposób ludzie latali w kosmos tu i teraz. W tamtym momencie jedynym sposobem na odbycie lotu w kosmos było wstąpienie do NASA, otrzymanie skafandra z amerykańską flagą na lewym ramieniu i przypięcie się pasami we wnętrzu rakiety Saturn V. Miałem tylko jeden kłopot: w mojej okolicy dzieci nie wyrastały na astronautów.

Na mój widok mnóstwo ludzi nie może uwierzyć, że byłem w kosmosie. Wyglądam im na faceta ze spożywczaka na Brooklynie, który podjada baleron w plasterkach. Moi dziadkowie byli imigrantami z Włoch. Ojciec mojego ojca, Joseph Massimino, pochodził z Linguaglossa na Sycylii. W 1902 roku przypłynął do Nowego Jorku, a później kupił w słabiej zaludnionej części stanu farmę w miasteczku Warwick, gdzie dorastał mój ojciec, Mario Massimino. Mój tata opuścił rodzinną farmę, aby przeprowadzić się z powrotem do nowojorskiego Bronksu, gdzie poznał moją mamę, Vincenzę Gianferrarę. Była szwaczką. Jej rodzice także pochodzili z Sycylii, z Palermo, mieszkali w Carroll Gardens – to włoskie osiedle na Brooklynie. Mama i tata wzięli ślub w 1951 roku. On miał dwadzieścia osiem lat, ona dwadzieścia pięć, czyli jak na tamte czasy pobrali się późno.

Mój tata nie studiował, ale już pracując, zaczął chodzić na prowadzony na Uniwersytecie Nowojorskim kurs bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Po jakimś czasie został inspektorem w nowojorskiej straży pożarnej. Jego zadaniem było zapobieganie pożarom: chodził po budynkach wielorodzinnych oraz firmach i dbał o to, żeby znajdowała się tam odpowiednia liczba gaśnic, zraszaczy oraz wyjść bezpieczeństwa. Był inteligentnym facetem i robił dobrą robotę. Awansował po kolei, aż na stanowisko szefa ochrony przeciwpożarowej na cały Nowy Jork. Mama nie chodziła do pracy, tylko opiekowała się w domu nami, dziećmi; zasłużyła sobie tym na medal.

Rodzice mieszkali w Bronksie i tam urodził się mój starszy brat, a potem siostra. Krótko potem postanowili jednak wyprowadzić się pod Nowy Jork. Kupili dom we Franklin Square przy Commonwealth Street 32 na Long Island. Przyszedłem na świat właśnie tam, 19 sierpnia 1962 roku. Mój brat był dziesięć lat starszy ode mnie i siedem lat starszy od mojej siostry. Ja byłem dzieckiem z wpadki czy też, jak z miłością mawiała moja matka, „niespodzianką”. Mówiła mi, że musiałem przyjść na świat nie bez powodu, bo po urodzeniu moich brata i siostry myślała, że już nie będzie miała więcej dzieci.

Franklin Square leży zaraz za Queens, przy ulicy Hempstead Turnpike. Kiedy dorastałem, było to osiedle pełne Amerykanów włoskiego pochodzenia, mieszkali na nim ludzie o nazwiskach takich jak Lobaccaro, Milana czy Adamo. Nasza rodzina była typową dużą włoską familią: mama miała tylko jedną siostrę, Connie, która mieszkała na Brooklynie, ale tata – pięć sióstr i wszystkie osiedliły się w Queens albo na Long Island. Wujek Frank z ciocią Ange mieszkali naprzeciwko nas, po drugiej stronie ulicy, a wujek Tony i ciocia Marie – za rogiem. Wujek Romeo z ciocią Ann także mieszkali w pobliżu, na osiedlu College Point w Queens. Ciągle widywałem ciocie, wujków i rodzeństwo cioteczne.

We Franklin Square mieszkali raczej ludzie bez wyższego wykształcenia. Mnóstwo facetów z nowojorskich służb miejskich. Trochę takich, co to człowiek nie za bardzo wiedział, co robili, ale jeździli wielkimi lincolnami, a jak brałeś ślub, wsadzali ci do kieszeni zwitki banknotów. Niektóre dzieci powyjeżdżały na studia, ale większość z nich zapisała się do miejscowej szkoły i mieszkała z rodzicami. Bardzo dużo chłopców pozostawało policjantami. Tata był gliną, to i ty zostawałeś gliną. Taką mentalność mieli mieszkańcy osiedla. Mój brat cioteczny Peter jest szalenie inteligentny i kiedy dostał się na Uniwersytet Princeton, ciocia Sally zalała się łzami. Płakała, szlochała i błagała go, żeby nie jechał, bo nie chciała, żeby opuścił rodzinny dom i wyjechał na studia... do New Jersey.

Mój świat był bardzo mały. Ludzie nie myśleli o wyjeździe z Long Island, a co dopiero o tym, żeby polecieć w kosmos. Tata mojego kumpla Q był aptekarzem, a jego mama nauczycielką; Q był jednym z niewielu moich kolegów, których rodzice mieli skończone studia. Moi rodzice zawsze mnie zachęcali, żebym robił to, co tylko chcę, ale jako inspektor ochrony przeciwpożarowej i szwaczka nie mogli wiele zrobić, żeby pomóc mi zostać astronautą.

Najbardziej ze wszystkiego chciałem pojechać do Planetarium Haydena w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej. Kiedy mama i tata w końcu mnie tam zabrali, była to dla mnie wielka rzecz. Przywiozłem do domu fotografie planet i książki o astronomii. Lecz tylko w ten jeden sposób zbliżyłem się do wszystkiego, co związane z kosmosem. Nie znałem nikogo, kto umiałby odpowiedzieć na pytania, jak można wstąpić do NASA czy też gdzie powinno się iść na studia, żeby się tam dostać. W mojej szkole nie było kółka dla uczniów zainteresowanych naukami ścisłymi, w ramach którego moglibyśmy budować i odpalać rakiety. Żaden z moich kolegów nie znał się na kosmosie, więc zajmowałem się tym samodzielnie. Miałem swój kostium astronauty, figurkę Snoopy’ego – astronauty, książki z biblioteki. Tyle. Nie znałem nawet nikogo, kto miałby teleskop.

A gdybym i znał, nie byłem najbardziej oczywistym kandydatem na człowieka, który zostanie wyniesiony na orbitę. Nigdy w życiu nie leciałem samolotem. Idealizowałem astronautów po części dlatego, że całkowicie różnili się ode mnie: byli nieustraszonymi łowcami przygód, kiedy ja byłem niezdarnym dzieckiem. Kiedy trafiłem do gimnazjum, miałem kiepski wzrok i nosiłem okulary. Byłem tak wysoki i chudy, że sam mogłem być żywym eksperymentem naukowym: jak ktoś chciał wiedzieć, gdzie w ludzkim ciele znajdują się kości, wystarczyło, że zdjąłem koszulę.

Wracając z kosmosu, astronauci musieli lądować w wodzie, a ja nie znosiłem wody. Nie umiałem zbyt dobrze pływać. Nie miałem na sobie tkanki tłuszczowej, więc zawsze kiedy rodzice zabierali nas na plażę albo pobliski basen, czułem się, jakbym brał kąpiel w wodzie z lodem. Miałem też lęk wysokości. Mam go do tej pory. Stać na balkonie na czwartym czy piątym piętrze i patrzeć z góry? Nie, dziękuję. Nie lubiłem również kolejek górskich. Są przerażające. Wisieć do góry nogami? Robi się od tego niedobrze. Nie byłem żadnym poszukiwaczem wrażeń.

Fantazjowałem o tym, żeby polecieć na Księżyc, ale była to tylko fantazja. Cały mój pomysł wstąpienia do NASA i odbycia lotu w kosmos był tak nieprawdopodobny i odległy od mojego codziennego życia, że trudno mi było nie stracić zainteresowania tą sprawą. Nie ciekawiła ona raczej żadnego z moich kolegów, a ja chciałem się z nimi spotykać. Ich emocjonował baseball. Na osiedlu Franklin Square można było wtedy wstąpić do jednej z dwóch lig: Małej – co kosztowało 15 dolarów – albo Policyjnego Klubu dla Chłopców – za piątaka. W Małej Lidze dostawało się ładną koszulę i grało na porządnym boisku. W Policyjnym Klubie dla Chłopców miało się koszulkę, a grało na zachwaszczonym i ziemistym boisku. Chłopcy, którzy mieli pieniądze, grali w Małej Lidze. Ja i moi koledzy – w Policyjnym.

Wkrótce baseball wciągnął mnie równie mocno co astronautyka. Zawsze rzucałem piłeczką. Jak nie miałem z kim grać, to przez całe godziny ciskałem nią o ganek, udając, że jestem miotaczem występującym w wielkim meczu. Księżyc znajdował się 384 400 kilometrów od Ziemi, za to stadion Shea – w odległości zaledwie 20 minut jazdy Long Island Expressway. Jeździliśmy z tatą na mnóstwo meczów, przeważnie razem z wujkiem Romeo i moim bratem ciotecznym Paulem.

Kiedy podrosłem, cała moja fantazja o lotach w kosmos odeszła w przeszłość. Zapłonęła żywym ogniem, ale w końcu wypaliła jak wiele dziecięcych marzeń. Dotyczyło to zresztą całego kraju: program Apollo zakończono w 1972 roku, ekscytacja kosmicznym wyścigiem już wtedy opadła. Ameryka go wygrała, więc ludzie zajęli się innymi sprawami. Ja również. Książki o astronomii wróciły do biblioteki, mój Snoopy – astronauta znalazł sobie miejsce na półce. W piątej klasie już prawie nie pamiętałem o kosmosie. Dla chłopca takiego jak ja, będącego, kim byłem, i mieszkającego, gdzie mieszkałem, oznajmienie: „Kiedy dorosnę, chcę być astronautą” równało się mniej więcej stwierdzeniu: „Kiedy dorosnę, chcę być Spider-Manem”.

Jak, do licha, można zostać Spider-Manem?

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Spaceman 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran