Prokop prawdę ci powie. 69 odpowiedzi na trudne pytania

Prokop prawdę ci powie. 69 odpowiedzi na trudne pytania

Autorzy: Marcin Prokop

Wydawnictwo: Burda Książki

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 19.83 zł

Zastanawiasz się czasem, jak też ci faceci działają? Albo kim jest ich znawca, cierpliwie tłumaczący nam zawiłości – a raczej prostotę – męskiej psyche? A może zwyczajnie lubisz poczytać o problemach nie tylko codziennych, ale i większego kalibru?

Skorzystaj z refleksji Marcina Prokopa, który celnie i z polotem odpowiada na każde, nawet najtrudniejsze czy najdziwniejsze pytanie, a przy tym hojnie dzieli się życiowymi mądrościami. Opowie o pudełkach w męskim mózgu i zdradzi, czy oby na pewno się nie stykają, wyjaśni, o czym tak naprawdę myślą mężczyźni, kiedy nie myślą o seksie, wspomni o robieniu efektownego nic, o ofiarach tyranii wyborów i o odkryciu Ameryki. Udzieli kilku trafnych rad, a nawet przedstawi swoją wizję końca świata.

Im jestem starszy, tym mniej mam wspólnego z tak zwanym typowym facetem. Coraz mniej go rozumiem.

– Marcin Prokop

SPIS TREŚCI

Od wydawcy

Żywot Prokopa. Od pieluchy do (poza)grobowej deski

Prokop Prokopowi nierówny

Brat widmo i Elvis Presley

Szkolne mądrości

Sportowe fantazje Prokopa

Na ekranie wydaje się pan większy

Prokop gwiazdą

Prokop jako złota rybka

Prokop kobietą

Prokop a poligamia

Prokop w samochodzie

Tylko w Berlinie

Odkrycie Ameryki

Roczny urlop

Dieta

Prokop w kosmosie

Szufladka na duszę

Prokop w niebie

Dwanaście mądrości życiowych według świętego Prokopa

Poradnia u Prokopa

Sportowa ekstaza

Seks na sztandarze

Geometria związku

Control freak i princessa

Wszystkie chwyty dozwolone

On i ona w kryzysie

Zanim woda wykipi

Segregator na uczucia

Męskie ciacho

Wdzięk niekomercyjny

Wyrwać bolący ząb

Szkoła dla dzieciaka

Drutowanie ciszą

Plan dnia, czyli rozciąganie czasoprzestrzeni

Niemożebnie spięte pośladki

Hot dog bez keczupu

Jak działa mężczyzna… i kiedy niekoniecznie

Męskie pudełka

Męskie sekrety

Himalaje próżności

Intymny temat – kasa

Kobieta marzeń

Fazy męskiego podrywu

Skrzydłowy

Walka o wyłączność

Pudle, ratlerki i beagle

Zaworek w kaloryferze

Niech żyje Grey!

Męskie przyjemności

Wyimek z życia mężczyzny

Męska schizofrenia

Syndrom Benjamina Buttona

Atomowy urok

Problemy tego świata

Ukamienować bożka

Karnawał hien

Cały ten matriks

Dynamit dla poety

Top modelka i Mister D.

Granice tandetnej sensacji

Jad kiełbasiany powszechny jak kiełbasa

FOMO atakuje

Wyobraźnia

Felerna generacja

Męskość utracona

Big Cyc i mrówki

Miłość za sto lat

Sklonować mózg

Ach ta technologia

Postęp jest jak starość

Apokalipsa według świętego Prokopa

Smog, smog, smog na ulicach

Tchórze kontra spiżowi herosi

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

OD WYDAWCY

Felietony Marcina Prokopa ukazywały się w latach 2012–2017 w „Glamour”, ciesząc się niesłabnącym powodzeniem u czytelniczek. Postanowiliśmy więc je zebrać, uporządkować i wydać w postaci książkowej.

Wybraliśmy dla was 69 najgorętszych tekstów i podzieliliśmy je na cztery części. Zawarte w pierwszej przybliżają nam postać prezentera nie tylko zawodowo, ale i prywatnie. W swoich tekstach Marcin odpowiada na najróżniejsze pytania, dzięki czemu poznajemy zarówno jego osobowość, jak i dzikie pomysły oraz historie z dzieciństwa, takie jak ta o drugim, a nawet trzecim życiu sławetnej donaldówy i o tym, ile razy można ją odświeżyć i sprzedać. Autor wartkim językiem gdyba, co robiłby w kosmosie, jako kobieta i jako poligamista. Okazuje się przy tym rozsądnym, acz obdarzonym wielkim poczuciem humoru feministą i miłośnikiem niedocenianych gatunków zwierząt. Zdradza też, jakież to jęki dobiegają z jego samochodu i jakiego rodzaju wiadomości dostaje na Facebooku:

Jakiś czas temu na Facebooku odebrałem od nieznajomego wiadomość z pretensjami, że kaczka serwowana w gospodzie U Prokopa w czeskiej Pradze jest sucha, żylasta i niemożebnie droga […].

W drugiej części udziela porad nie tylko psychologicznych, ale też dotyczących codziennych, przyziemnych problemów, z którymi przecież każdy się boryka. Odważnie pisze o seksie, o relacjach damsko-męskich, stosunkach z rodzicami i dziećmi, jak również o tym, co czeka nas w pracy i podczas jej poszukiwania.

Niezłym testem sprawdzającym, jak kandydat czuje się sam ze sobą, jest tak zwane drutowanie ciszą, które polega na tym, że pytający nagle milknie i zaczyna przypatrywać się kandydatowi z wyrazem twarzy „no i co teraz?”. […] Mistrzynią okazała się dziewczyna, która spokojnie stwierdziła: „Nic nie szkodzi […]”, po czym z całej siły pociągnęła mnie za ucho.

A to wszystko tylko po to, by w kolejnej części zdradzić nam tajemną instrukcję obsługi tej jakże trudnej machiny, jaką jest mężczyzna. Każdy mężczyzna – o czym doskonale wie dumny przedstawiciel tego gatunku. Bez tabu zdradza on kobietom, jakie rozwiązania sprawdzą się in vivo, nie owijając przy tym niczego w metafory znane czytelniczkom z popularnych poradników amerykańskich. Opowiada również, jak mężczyźni reagują na ciążę i o czym skrycie marzą.

Nie wiem, kto dokładnie krząta się po głowach (oraz innych częściach ciała) moich kolegów, ale ja miałbym parę subiektywnych typów. Zanim się jednak nimi podzielę, poproszę, aby moja małżonka w tym momencie przestała czytać ten tekst, a ja postaram się na pięć minut zapomnieć, że jestem żonaty.

Do ostatniej części wybraliśmy teksty traktujące o problemach ogólnoświatowych, i to zarówno dotyczących kwestii społecznych, jak i poszczególnych person show biznesu. Marcin opowiada o reakcji Boba Dylana na Nagrodę Nobla, o pastwieniu się mediów nad Anią Przybylską i Kamilem Durczokiem, wreszcie o aferze taśmowej. Nie zabraknie wam ani apokaliptycznych wizji, ani refleksji nad współczesnym stylem życia, ani utrzymanej w ryzach zdrowego rozsądku futurologii.

Niedawno pewna Rosjanka, po utracie narzeczonego, zleciła stworzenie aplikacji, dzięki której mogłaby… rozmawiać ze zmarłym. Specjalny algorytm przeskanował wszystkie ślady, które delikwent pozostawił w sieci, między innymi statusy w serwisach społecznościowych, i na tej podstawie stworzył wirtualną osobowość, z którą następnie można było konwersować na czacie. Podobno program tak skutecznie udawał postać zmarłego, że część znajomych nie chciała uwierzyć w jego śmierć.

Zapraszamy was w szaloną podróż pełną wynurzeń i męskich sekretów oraz autentycznego życiowego doświadczenia, a do tego – a może przede wszystkim – racjonalnego postrzegania świata i nadziei, że przecież każdy problem da się rozwiązać, a konflikt zażegnać.

ŻYWOT PROKOPA.

OD PIELUCHY

DO (POZA)GROBOWEJ

DESKI

PROKOP PROKOPOWI NIERÓWNY

Co łączy cię z XIV-wiecznym kaznodzieją husyckim Prokopem Wielkim, zwanym również Gołym?

Obawiam się, że oprócz przydomka – niewiele. Chociaż tamten Prokop z tego, co wiem, zasłużył na swoją ksywkę nie tyle wzrostem, ile wielkimi czynami, jakich dokonał, czego na razie nie da się powiedzieć o mnie. Chyba że za takowe uznamy codzienne bohaterskie nastawianie budzika na 4.45, żeby zdążyć na poranny program.

Z tą golizną też nie bardzo. Co prawda, bywały w moim życiu czasy, zanim zostałem baronem telewizji śniadaniowej, kiedy nie starczało do pierwszego, a nawet do dwunastego, więc w zimie z oszczędności ogrzewałem tyko jedno pomieszczenie w mojej dwupokojowej kawalerce, a jadłem głównie chińskie zupki, ale aktualnie jakoś sobie radzę.

Patrząc na ryciny przedstawiające mojego znakomitego imiennika, wykluczam również możliwość, że jesteśmy spokrewnieni, co konstatuję z pewną ulgą, bo gdybym odziedziczył jego niekomercyjną urodę, raczej nie zrobiłbym kariery w mediach wizualnych. Szczerze mówiąc, nigdy nie kusiło mnie, żeby kopać w historii mojej rodziny. Wystarczy mi świadomość, że wiem, kim są moi rodzice, oraz legendy o dziadku partyzancie, który ukrywał się przed Niemcami za figurką Matki Boskiej, przypisując później jej wstawiennictwu swoje cudowne ocalenie. Dlatego pytania, czy mam coś wspólnego z tym czy innym Prokopem, wprawiają mnie w zakłopotanie. Zwłaszcza że wynikają z tego rozmaite – czasem zabawne, a czasem dramatyczne – sytuacje. Jakiś czas temu na Facebooku odebrałem od nieznajomego wiadomość z pretensjami, że kaczka serwowana w gospodzie U Prokopa w czeskiej Pradze jest sucha, żylasta i niemożebnie droga, przy czym nadawca wiadomości nie dał sobie wytłumaczyć, że wspomniana knajpa ma ze mną mniej więcej tyle wspólnego, ile stolica Czech z warszawską Pragą-Północ. On słyszał od znajomego, że to mój lokal, i już. A jego ciocia pracuje w urzędzie skarbowym, który z chęcią przyjrzy się temu, jak bogacz-celebryta po kryjomu wyprowadza pieniądze z Polski.

Mniej zabawna była sytuacja, kiedy po paru godzinach przebywania poza zasięgiem włączyłem telefon i odsłuchałem kilkanaście nerwowych, naglących wiadomości od rodziny i przyjaciół o treści z cyklu: „Daj znać, czy żyjesz. Co się dzieje? Gdzie jesteś? Słyszeliśmy w radiu wiadomości”. Okazało się, że tego dnia czeski (prześladują mnie ci południowi sąsiedzi, nie ma co) kierowca rajdowy Martin Prokop miał groźny wypadek, po którym trafił do szpitala. Któraś z agencji informacyjnych przekręciła jedną literę imienia i medialna zabawa w głuchy telefon ruszyła na całego… Ale i tak najwięcej radości dają mi okazjonalne telefony od nieznajomych kobiet, które rozpoczynają rozmowę od słów: „Pan Marcin Prokop? Tak? Miło mi, chciałabym się umówić na wizytę”. Niestety, dość szybko zorientowałem się, że nie są to wielbicielki prowadzonych przeze mnie programów, pragnące indywidualnego spotkania. Jedno rozczarowujące googlowanie uświadomiło mi, że tak samo jak ja nazywa się wzięty stołeczny ginekolog. No cóż – pozdrawiam, panie doktorze. Proszę mnie godnie reprezentować.

BRAT WIDMO & ELVIS PRESLEY

Czytałam ostatnio o Paulu Bragielu, 36-latku, który postanowił spełnić swoje marzenie z dzieciństwa i wystartować w olimpiadzie w Soczi w biegach narciarskich, mimo że wcześniej nie uprawiał tego sportu. Ciekawa jestem, jakie było twoje marzenie z dzieciństwa i czy udało ci się je spełnić?

Pierwszym marzeniem, jakie pamiętam, było posiadanie własnego pokoju, co było dlatego trudne, że gnieździłem się z rodzicami w maleńkiej kawalerce w starej przedwojennej kamienicy. Nie doceniałem jednak inwencji swojego ojca. Pewnego dnia po powrocie z wakacyjnego obozu zastałem w naszym mieszkaniu o jeden pokój więcej. A właściwie osobny kąt wielkości przedziału w wagonie PKP, wydzielony z kuchni poprzez dostawienie ściany z dykty. Ledwie mieściło się tam łóżko i mikroskopijne biurko, ale i tak byłem przeszczęśliwy. Robił się problem, kiedy chcieli mnie odwiedzić koledzy. W pokoiku mieściły się maksymalnie trzy osoby naraz, z czego jedna zmuszona była stać, ale dzięki temu starannie selekcjonowałem znajomych.

Dodatkową zaletą małej przestrzeni było to, że wszystko miałem na wyciągnięcie ręki i to bez wstawania z łóżka. A kiedy podrosłem, byłem w stanie sięgnąć stamtąd nawet do lodówki w kuchni. Jako dzieciak marzyłem też o rodzeństwie. Rodzice uznali sprawę za poważną i zabrali się do dzieła dopiero, kiedy zauważyli, że sypiam na podłodze obok posłania, zostawiając w nim miejsce dla mojego widmowego brata Daniela. A w wolnych chwilach rozmawiam z nim, grywam w warcaby i zapoznaję z kolegami. Również widmowymi. Parę miesięcy później urodził się mój brat.

Byłem wówczas pod dużym wrażeniem książki Niekończąca się historia Michaela Endego i marzyłem, żeby rodzice dali mu na imię tak, jak nazywał się jeden z bohaterów tej powieści, Atreju. Niestety, babcia, mająca silną pozycję w rodzinie, stwierdziła, że brzmi to niechrześcijańsko, i stanęło na Sebastianie. To i tak lepszy wybór niż w przypadku mojego ojca, którego ochrzcili Bonifacym. Przez większość dzieciństwa myślałem, że to na cześć czarnego kota ze słynnej kreskówki (tatuś nosił podobne wąsy). Prawda, wyjawiona mi pewnego dnia, była jednak bardziej hardcore’owa: otóż dziadek w dniu narodzin pierworodnego cieszył się tak bardzo (w towarzystwie sekundujących mu kolegów), że kiedy trafił do urzędu, by zarejestrować dziecko, zapomniał, na jakie imię umówił się z babcią. Aby wybrnąć z niezręcznej sytuacji, zerknął na kalendarz wiszący na ścianie. Tego dnia imieniny obchodził Bonifacy…

Ale miało być o marzeniach. Kiedy w młodości wyobrażałem sobie swoje dorosłe życie, fantazjowałem, że nie będę pracować w „zwyczajnym” zawodzie. Nie chciałem być ani strażakiem, ani lekarzem, ani nawet śmieciarzem. W głowie układały mi się raczej mocarstwowe plany podboju świata. Moją ulubioną grą na komputerze ZX Spectrum był Dyktator, co powinno powiedzieć już wystarczająco dużo.

W prawdziwym życiu nie chciałem jednak nikogo zabijać, gwałcić ani wyzyskiwać. Za delikatny byłem. Kiedy dowiedziałem się o istnieniu Elvisa Presleya, zrozumiałem, że można zawładnąć ludzkimi umysłami w inny, pokojowy sposób. A gdy dotarło do mnie, że Król umarł niemal dokładnie miesiąc po moich narodzinach, uznałem, iż to nie może być przypadek. W ten sposób zakiełkowało we mnie marzenie, żeby zostać gwiazdą rock’n’rolla. Niestety, tego akurat nie udało mi się spełnić. Brak talentu. Mimo że dwadzieścia lat później wylądowałem w programie telewizyjnym, którego tytuł mówi co innego.

SZKOLNE MĄDROŚCI

Jakich pięciu rzeczy nauczyłeś się w szkole i teraz ci się przydają?

Każdy z nas już na początku życia dostaje kilka ważnych lekcji. Obyśmy umieli wyciągać z nich logiczne wnioski. Dla mnie najistotniejsze okazało się tych kilka:

1. Twoja inność nie musi być twoją słabością. Może stać się siłą. Wiadomo, że dzieciaki bywają bezwzględne i okrutne wobec tych, którzy z jakichś powodów odstają od reszty. Bo albo za grubi, albo za chudzi, za niscy, za wysocy, za czarni, za żółci, za dobrzy z matmy albo za kiepscy z WF-u. Bo mają okulary, pryszcze czy niemodne buty. Każdy rodzaj odrębności może być powodem do stania się ofiarą grupy. Chyba że z własnej indywidualności uczyni się zaletę. Ja na przykład, jako najwyższy w klasie, podczas szkolnych wycieczek na ochotnika robiłem za wygodny punkt orientacyjny, zawsze widoczny na horyzoncie. Hasło: „Jakbyśmy się pogubili, to spotykamy się przy Prokopie” weszło na stałe do słownika moich nauczycieli. Uwielbiałem też błaznować, co zostało mi do dziś, wykorzystując swój wzrost jako przyczynek do żartów na własny temat. Każda inność przestaje rodzic agresję, kiedy staje się oswojona.

2. Kłamstwo nie dość, że ma krótkie nogi, to jeszcze zwyczajnie się nie opłaca. Po pierwsze, człowiek szybko gubi się w labiryncie własnych konfabulacji i strasznie męczy go pamiętanie, co komu nazmyślał. Po drugie, cholernie ciężko jest odbudować raz utracone zaufanie i wiarygodność. Pamiętam, jak kiedyś naściemniałem kolegom, że dostałem od rodziców komputer Atari, wówczas przedmiot największego pożądania. Przez kilka dni nosiłem się w nimbie powszechnego podziwu, kąpałem w spojrzeniach pełnych szacunku, nawet dziewczyny ze starszych klas mówiły mi „cześć” – do momentu kiedy paru kolegów postanowiło złożyć mi niezapowiedzianą wizytę domową, żeby na własne oczy ujrzeć to legendarne cacko… Wieść o moim kłamstwie błyskawicznie rozeszła się po całej szkole. Wstyd był jak stąd do Radomia, a w dodatku jeszcze przez kilka następnych lat nikt mi nie wierzył, cokolwiek mówiłem, nawet jeśli była to najprawdziwsza prawda.

3. Jest w nas silna pokusa otaczania się gorszymi od siebie – bo nie stanowią zagrożenia, bo na ich tle łatwiej błyszczeć. Wie o tym każda dziewczyna, która kiedykolwiek wybrała się na imprezę z dużo brzydszą koleżanką. Jednak tylko lepsi od nas sprawiają, że się rozwijamy. Bo są dla nas jak poprzeczka, do której musimy doskoczyć. Jasne, to często spory wysiłek i zagrożenie, że się skompromitujemy, że na moment znajdziemy się w czyimś cieniu. Ale warto. Bo jeśli ktoś chce latać z orłami, to nie powinien się zadawać z kaczkami.

4. Papierosy popalane za szkołą nie sprawiają, że stajesz się bardziej dorosły i fajniejszy. Co najwyżej śmierdzi ci z ust.

5. To, co w szkolnej nauce wydaje ci się zbędne, nudne i bezsensowne, może się przydać w przyszłości w najmniej oczekiwanym momencie. Zawsze uważałem się raczej za humanistę niż umysł ścisły, dlatego nie mogłem zrozumieć, po co mam wkuwać po nocach matmę i fizykę, skoro kręcą mnie języki, literatura i historia. Przecież i tak nie zostanę drugim Einsteinem, najwyżej drugim Mickiewiczem. Gryzłem więc z bezsilnej złości podręczniki do algebry i rzucałem po ścianach testami z geometrii. Przeklinałem rachunek prawdopodobieństwa i nienawidziłem różniczkowania. Mimo to uparłem się, żeby w liceum pójść na mat-fiz, a potem na studia finansowe, które ukończyłem w pocie czoła. I wiesz co? Dziś nie żałuję. Choćby dlatego że gdy wielu moich znajomych pada ofiarą finansowych naciągaczy, podpisuje niekorzystne umowy, zaciąga fatalne kredyty, nie odróżnia stopy procentowej od własnej kończyny i generalnie ma wieczny problem z ogarnianiem swoich pieniędzy, ja sobie jakoś radzę. Z wiedzą jest jak ze scyzorykiem. Warto go zawsze mieć przy sobie, bo nigdy nie wiesz, które narzędzie kiedy ci się przyda.

SPORTOWE FANTAZJE PROKOPA

Jaką dyscyplinę wprowadziłbyś na olimpiadę w Rio, w której na pewno osiągnąłbyś sukces?

Wszystko wokół nas zmienia się tak szybko, że wystarczy wyjechać gdzieś bez smartfona na dwa tygodnie, aby po powrocie zastać zupełnie inny świat, gdzie dorośli ludzie spędzają wolny czas, ganiając z narażeniem życia wirtualne pokemony, a telewizja wprowadza na antenę show, w którym dwoje nieznających się wcześniej ludzi ma stanąć na ślubnym kobiercu. Gdzie facet z przejechaną wiewiórką przeszczepioną do głowy wysuwa się na czoło wyścigu prezydenckiego w USA, a komputer na biurku nie chce się uruchomić, oznajmiając z oburzeniem, że aplikacje nie były na nim aktualizowane od 38 (!) dni, więc goń się, właścicielu, no pasarán.

Na tym tle świat sportu wydaje się wyjątkowo konserwatywny i oporny na zmiany. Przepisy w najważniejszych rozgrywkach od dziesiątków lat pozostają mniej więcej takie same (mimo moich postulatów, aby na boiska piłkarskie wprowadzić dodatkową bramkę i trzecią drużynę), a zmiany wśród dyscyplin rozgrywanych przez 124 lata organizowania nowożytnych igrzysk nigdy nie były nadmiernie radykalne. We współczesnej, dziko galopującej rzeczywistości należałoby jakoś temu zaradzić. Dostosować oblicze sportu olimpijskiego do wymogów naszych czasów.

Moja propozycja to włączenie do masowego obiegu niszowych, a wielce widowiskowych dyscyplin rozgrywanych lokalnie w różnych krajach. Na przykład ekstremalne prasowanie. Niejaki Phil Shaw, wróciwszy pewnego dnia do domu, zastał górę prania, które żona kazała mu potraktować żelazkiem. Psiocząc, że wolałby w tym czasie wspinać się po górach, wpadł na pomysł, żeby połączyć jedno z drugim. Od tamtej pory, dzięki jego inicjatywie, rozgrywane są zawody, w których celem jest uprasowanie odzieży w najmniej typowych okolicznościach, na przykład na dnie basenu. Jednak mistrzem tej dyscypliny został w 2006 roku Amerykanin, który podczas skoku ze spadochronem wyprasował w powietrzu koszulę i spodnie. Oraz swój spadochron.

Inny pomysł – coś na kształt regat Todd River, w których nie byłoby niczego niezwykłego, gdyby nie fakt, że w korycie rzeki, gdzie odbywają się zawody… nie ma wody. Łódki, kajaki, pontony oraz inne sprzęty pływające są tam po prostu niesione na plecach przez przypisane do nich drużyny. Słowem, doskonały sport wodny dla zamożnych szejków z piaszczystego Kataru czy Arabii Saudyjskiej siedzących na potężnych pieniądzach.

W czasach, kiedy społecznymi kapłanami, wypowiadającymi się na każdy temat, są telewizyjni kucharze, niezłym pomysłem na sport olimpijski byłoby jedzenie na czas. Dyscyplina ta jest szczególnie popularna w Japonii. Jej Messim i Ronaldo w jednym jest Takeru Kobayashi, który ustanowił rekord, pochłaniając między innymi 54 hot dogi w dwanaście minut. Dostrzegasz już oczami wyobraźni możliwości sponsoringowe, jakie rysują się przed producentami parówek, keczupów i środków na wzdęcia, prawda? Mam też chyba nawet pomysł na ambasadorkę tej dyscypliny…

Istnieje również pewien egzotyczny sport, co do którego mam spore wątpliwości, ale skoro mówimy o odważnym reformowaniu igrzysk, to może niepotrzebnie? Chodzi o rzut karłem. Ciskanie małymi ludźmi to prawdopodobnie najmniej poprawne politycznie zawody świata (zresztą w kilku krajach formalnie zakazane), za to szalenie poważnie traktowane w Australii. Tam mistrzowie tej dyscypliny (rzucani, a nie rzucający) mogą zarobić nawet po sto tysięcy dolarów za zwycięstwo. Ja, z oczywistych powodów, nie mam szans, ale może są jacyś ochotnicy?

NA EKRANIE WYDAJE SIĘ PAN WIĘKSZY

Wyobraź sobie, że będziesz przemawiał na gali oscarowej. Co byś powiedział?

Kiedy obcy ludzie spotykają mnie na ulicy, najczęściej słyszę od nich: „Na ekranie wydaje się pan jakiś większy”. Trzymając dziś w ręku Oscara, mam ochotę powiedzieć mu to samo. Naprawdę, Leonardo, przez dwadzieścia lat nie sypiałeś po nocach, marząc o tym złoconym przycisku do papieru? Jeśli komuś z państwa tu obecnych równie mocno na nim zależy, po ceremonii chętnie oddam w dobre ręce. Nie, Leo, ty już masz, ciebie nie liczę.

Nie chciałbym wyjść na niewdzięcznika, to naprawdę miłe, że szanowna Akademia ciepło pomyślała o mojej pracy. Nigdy jednak niczego nie robiłem dla nagród i statuetek. Może dlatego, że nigdy wcześniej żadnej nie dostałem. A może po prostu przestałem wierzyć w ich sens w chwili, gdy zorientowałem się, że większość z nich jest elementem jakiejś salonowo-politycznej gry? Że nie zawsze dostają je ci, którzy na nie najbardziej zasługują? Swoją drogą na tej sali siedzą naprawdę wybitni aktorzy. Świetnie państwu wychodzi udawanie, że o tym nie wiecie. Już za to należą wam się Oscary albo przynajmniej wielkie brawa.

Przy okazji, skoro jeszcze nie wyłączono mi dźwięku, mam pytanie do członków szanownej Akademii, które zawsze chciałem wam zadać: naprawdę w 1994 roku uważaliście, że Forrest Gump jest lepszym filmem niż Pulp Fiction? No dobra, zostawmy to… Nie każdy musi lubić Quentina i kupować jego żarty o martwych czarnuchach, ale – do cholery – Zakochany Szekspir?! Serio? Albo wszyscy struliście się wcześniej sałatką krewetkową i głosowanie odbyło się w chwili waszej największej słabości, albo Harvey Weinstein, który wyprodukował tego mdławego kryptopornosa, zagroził, że w przeciwnym wypadku przekaże prasie nagie zdjęcia. Ale nie aktorów grających w filmie, tylko wasze, drodzy członkowie Akademii. Widzę poruszenie… Spokojnie, taki żarcik. Harvey nie ma żadnych zdjęć, prawda Harvey? Mówi, że gdzieś mu zginęły podczas przeprowadzki.

Pewnie część z was patrzy na mnie teraz z pogardą i nienawiścią. No cóż, bolesna szczerość w naszej słodkiej grze pozorów rzadko bywa przyjmowana z aplauzem. A pozostała część pewnie mi zazdrości. Naprawdę nie macie czego. Patrząc na tę błyszczącą figurkę, na tego bożka, którego wy nazywacie sukcesem, pomyślcie raczej o jego cenie. I zastanówcie się: czy bylibyście gotowi ją zapłacić, żeby być tu dzisiaj na moim miejscu? Czy chcielibyście położyć na szali tego chwilowego triumfu dwa nieudane małżeństwa, trzy średnio udane odwyki, jedno załamanie nerwowe, setki nocy nieprzespanych w oczekiwaniu na telefon z kolejną propozycją i tysiące przespanych tylko dzięki prochom oraz dwójkę dzieci, które widywaliście rzadziej niż twarz waszego agenta?

Czy stać was na to, żeby za tak zwaną miłość publiczności, zakochanej w waszym wizerunku, nie w was samych (a dobrze wiecie, że jest to uczucie bardziej kapryśne i niestałe niż fryzura Donalda Trumpa), zapłacić samotnością wśród ludzi i bankietowymi relacyjkami z petentami, którzy poklepują was po plecach, obsypując tanimi komplementami i wciskając do ręki swoje wizytówki? Żałuję, że zrozumiałem to wszystko tak późno. Ale i tak wcześniej niż Heath Ledger, niż River Phoenix, niż Philip Seymour Hoffman… niż wszyscy nasi przyjaciele, którzy nie potrafili w porę uciec z tego więzienia o złoconych kratach.

Czy to wszystko znaczy, że ta nagroda mnie nie cieszy? Przeciwnie! Kto z nas nie kocha, jak mu klaszczą? Kto z nas nie lubi, jak go doceniają, obsypują konfetti, prześwietlają drogie kreacje blaskiem fleszy? Życzę wam wszystkim takich momentów. Oby tylko były przecinkami w pięknym zdaniu waszego życia, a nie kropką, którą za wszelką cenę musicie postawić na jego końcu.

PROKOP GWIAZDĄ

Gdybyś dostał zaproszenie do wygłoszenia wykładu TED, o czym chciałbyś mówić?

O niczym. Wygłosiłbym kilkuminutowy referat kompletnie pozbawiony treści, za to przebogaty w formę. Takie efektowne nic. Pełne wykresów, tabelek i slajdów. Na jednym z nich widziałbym – na przykład – pożółkłe zdjęcie dostojnego dżentelmena ze zmierzwionymi bokobrodami, przenikliwie patrzącego w dal przez monokl, podpisane jakąś łacińską sentencją, dajmy na to: Absentem laedit, qui cum ebrio litigat. Zawiesiłbym przy tym na chwilę głos, przeszedł w milczeniu po scenie kilka kroków w lewo, potem kilka w prawo. Łyk wody. Uśmiechnąłbym się ledwie zauważalnie, tak bardziej do siebie. Jakbym wiedział coś, o czym wie niewielu. Po czym podnosząc gwałtownie wzrok, wodzący do tej pory pewnie po sali, wskazałbym palcem na obrazek i nie odrywając oczu od publiczności, wyrzucił z siebie z pasją: „Jeśli w tej chwili ktoś z państwa pomyślał o tym, jak niewiele czasem trzeba, by zmienić w sobie to, co wydaje się wyzwaniem tak wielkim jak wszystkie zebrane dzieła grafa von Kukenhaakena, wybitnego, acz dziś niezasłużenie zapomnianego filozofa, ustawione jedno na drugim – co, nawiasem mówiąc, wystarczyłoby, żeby średniego wzrostu człowiek, gdyby się na nie wspiął, mógł zajrzeć w okno pokoju na drugim piętrze – to muszę państwu pogratulować przenikliwości, bo właśnie taka była moja intencja”. Tutaj pauza.

Na ekranie pojawia się slajd z symbolem ludzika stojącego na stercie książek, obok – dla porównania – rysunek Pałacu Kultury, pod spodem kilka liczb i statystyk dotyczących ilości gwoździ i cementu zużytych do jego wybudowania. Kilka kroków w lewo. Zawieszenie głosu: „Już państwo wiedzą, co chcę powiedzieć, prawda?”. Zwinięcie dłoni w pięść. Przyciśnięcie jej do piersi w geście siły i zdecydowania. Światło na scenie zmienia się na jaśniejsze. Głęboki oddech. Znów uśmiech, tym razem szczery, otwarty, dobrotliwy. „I dlatego wiem, że nie muszę już tego mówić. Bo odpowiedź od początku była w was i właśnie ją znaleźliście. Brawa dla was wszystkich, jesteście niesamowici!”.

Że co, że to bez sensu? Oczywiście. Ale podobnie pozbawiona sensu jest spora część prezentacji, prelekcji i wystąpień motywacyjnych, które wygłasza się na rozmaitych sympozjach, kongresach, szkoleniach i tak dalej. Piszę to jako praktyk robiący w tym biznesie. Brzmią one zwykle szalenie efektownie, a prelegenci sprawiają wrażenie doświadczonych profesjonalistów, dla których nawet konstrukcja bomby atomowej za pomocą gumy do żucia, śliny i sznurka nie miałaby tajemnic, jednak po rozebraniu na drobne części treści ich wystąpień często okazuje się, że przypominają preparat homeopatyczny. Lekarstwa w nim zwykle zero, za to jest głównie woda oraz nabożna wiara pacjenta, że to działa. Że naprawdę można zmienić swoje życie na lepsze, wysłuchując nawiedzonych bredni i banalnych frazesów, których nie wymyśliłby nawet Paulo Coelho.

Niestety, moda na gościnnych mówców, która przyjęła się w polskich firmach, sprawia, że obok wartościowych nazwisk na rynku pojawiła się masa hochsztaplerów zręcznie skrywających brak sensownych treści, idei czy przemyśleń za fasadą wystudiowanych gestów, inteligentnych min, kolorowych slajdów, ukradzionych cytatów i niepowiązanych ze sobą, ale efektownie brzmiących faktów. Ładnie zapakowane, szeleszczące, wielkie, puste nic. W sam raz na pięciominutową prezentację.

PROKOP JAKO ZŁOTA RYBKA

Gdybyś zyskał magiczne moce i mógł spełnić czyjeś życzenie, co by to było i dlaczego?

Czuję zapach ryby. Złotej ryby. I już widzę siebie w kostiumie wielkiego, magicznego karpia, wijącego się na dnie bożonarodzeniowej wanny, wytrzeszczającego przerażone oczy na widok gospodyni zbliżającej się z długim, ostrym narzędziem. Błagającego, żeby darować mu życie w zamian za spełnienie trzech życzeń. Ale ona nie rozumie po rybiemu. Nie potrafi czytać z ruchu rozpaczliwie dygoczących karpich ust, więc zamiast negocjować, wbija nóż…

Wróć! Przepraszam, poniosło mnie. Ale bajka o rybaku i złotej rybce jakoś tak zawsze kojarzyła mi się z relacją zakładnik–terrorysta, w której ten pierwszy desperacko ściemnia, żeby odwlec to, co nieuchronne, a ten drugi daje się frajersko wodzić za nos. Do tego dochodzi jeszcze cały okołoświąteczny klimat masowego mordu na tych biednych karpiach, którymi przez cały rok nikt się nie interesuje (bo generalnie – nie oszukujmy się – smakują podle), a kiedy już przychodzi ich „wielki dzień”, od razu stają się ofiarą rytualnych tortur.

Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

Dział Handlowy: tel. 22 360 38 41–42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Tekst: Marcin Prokop

Redakcja: Anna Maria Thor

Okładka: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl

Redaktor prowadzący: Małgorzata Zemsta

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Współpraca redakcyjna: Joanna Salak

Zdjęcia (okładka i środki): Mateusz Hołownia / www.mateuszholownia.com

Copyright for Polish Edition © 2018 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. All rights reserved.

Copyright for the Text © 2018 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. All rights reserved.

Copyright for the Images © 2018 Marcin Prokop. All rights reserved.

ISBN 978-83-8053-381-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach do przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych, również częściowe, tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Prokop prawdę ci powie. 69 odpowiedzi na trudne pytania Longin. Tu byłem Jego Wysokość Longin 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002