Historia złych uczynków

Historia złych uczynków

Autorzy: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 496

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 28.99 zł

Połączyła ich miłość? Pożądanie? Przeznaczenie?

A może zło, które wydarzyło się dużo wcześniej?

 

Nina przyjeżdża na studia do Warszawy. Wierzy, że ma szansę na lepsze życie niż jej matka. Jednak dzień, w którym wsiada do samochodu z tajemniczym mężczyzną, zmienia wszystko nieodwracalnie. Nina wikła się w toksyczny, niebezpieczny związek.

 

Miłosz fascynuje ją i przeraża. Kontroluje. Uzależnia.

Zmusza do rzeczy, których nigdy by nie zrobiła.

 

A potem mężczyzna nagle znika. Zrozpaczona Nina zaczyna poszukiwania, które prowadzą ją do starego domu w przedwojennym letnisku. Domu, w którym dawno temu ktoś popełnił zły uczynek. Niejeden.

 

Czy Miłosz i Nina spotkali się przypadkowo?

A może są tylko kolejnym ogniwem historii, która zaczęła się dużo wcześniej?

 

I kto zapłaci za złe uczynki, które nigdy nie zostały ukarane?

Propastnyk po świecie chodzić nie może

i nikt go nigdy nie widział;

z tuczą on chyba przelatuje,

ze złą chmurą nadchodzi

albo z wiatrem leci.

Wówczas gdy wiatr wielkie koła kręci lub wodę wypija

z rzek, propastnyk na ludzi zastawia sidła. Biada temu,

kto wstąpi w to miejsce nieczyste, przepadł na wieki

(…).

Oskar Kolberg, Dzieła wszystkie, t. 51,

Sanockie-Krośnieńskie, cz. III, Świat nadzmysłowy

Prolog

Miłosz zniknął.

Wciąż nie do końca rozumiem, gdzie jestem – resztki sennych fantazji z wolna spływają po rozmytych krawędziach podświadomości – wiem jedynie, że nie ma go przy mnie.

Otwieram oczy. Dokładnie pamiętam, co mi się śniło: była noc, a ja obudziłam się w pustym łóżku w swoim mieszkaniu, bez niego. Teraz to wszystko dzieje się naprawdę. Upiorne déjà vu… Staram się rozbudzić i przeniknąć ciemności panujące w pokoju, lecz chwilę trwa, nim otoczenie nabiera ostrości, a do mnie zaczyna docierać, co tak naprawdę się dzieje.

W sypialni panuje półmrok. Na ścianach rysują się cienie rzucane przez drzewa za oknem. Obserwuję je codziennie. Ich obecność zwykle mnie wycisza, uspokaja, ale w tym momencie nieruchome czarne kontury wydają się dziwnie groźne. Wywołują we mnie niepokój.

Nie wiem, co dokładnie sprawiło, że się obudziłam. Przeczucie? To głupie, nie wierzę w takie rzeczy. A jednak serce bije mi zbyt szybko, wilgotna skóra lepi się do pościeli. Odruchowo spoglądam na zegarek stojący na szafce nocnej – dochodzi trzecia. Mówi się, że to godzina samobójców. Zła godzina.

W ciszy pomieszczenia wytężam słuch w poszukiwaniu drugiego oddechu. Z nadzieją wyciągam dłoń. Palce suną po chłodnym prześcieradle do miejsca, gdzie powinny napotkać znajomy kształt. Trafiają w próżnię. Moje ciało się napina, serce wali jeszcze szybciej. Podrywam się na łóżku i zdezorientowana rozglądam dookoła.

– Miłosz?

Głoski nie chcą się uformować na zdrętwiałym języku, odbijają się od ścian i rezonują w mojej głowie.

– Miłosz… – Głos przestaje być szeptem, chociaż wciąż nie jest krzykiem.

Cisza.

Już wiem, że nie wyszedł do łazienki czy kuchni. Nie ma go w mieszkaniu. Zostałam sama. Jeden oddech, puste łóżko. Tylko na jego poduszce nadal rysuje się wgniecenie.

Czy to możliwe, żeby tak po prostu zniknął z mojego życia?

Zrzucam z siebie kołdrę, naga przemierzam pokój, podchodzę do szyby i patrzę w warszawską noc, na park Promenada skąpany w niebieskawym blasku miejskich latarni. I wtedy ją dostrzegam. Sowa. Nie powinno jej tu być – w środku miasta? – a jednak jest. Siedzi na gałęzi. Patrzę na nią. Ona na mnie. Wbija we mnie żółte ślepia, które wszystko już widziały i wiedzą to, czego ja sama jeszcze nie rozumiem.

Sowa rozchyla dziób. Wypełnia mnie jej wrzask.

1

Mam na imię Nina. Zawsze czułam, że mojemu życiu towarzyszy jakiś nieokreślony mrok.

I wstyd.

Przez wiele lat ciążyło mi wszystko, co miało miejsce przed poznaniem Miłosza i przyjazdem na studia do Warszawy. Wiązało się to z dolnośląskim Jugowem oraz dorastaniem na prowincji w cieniu Gór Sowich; pośród zamykanych stopniowo zakładów tkackich i upadających kopalni, których szyby, niczym wyrzut sumienia, sterczały ponad doliną. Długo czułam się gorsza przez to, że urodziłam się w poniemieckim domu z pruskiego muru, przesiąkniętego wilgotną wonią rozpadu i biedy, z którego tynk odłaził jak liszaj, ukazując tu i ówdzie krwiste mięso cegieł. Miałam kompleksy, bo wychowującej mnie samotnie matce zazwyczaj nie starczało do pierwszego, żyłyśmy zatem więcej niż skromnie. Brakowało nam wszystkiego – może z wyjątkiem książek, które obie pochłaniałyśmy nałogowo – chociaż jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy, jak niewiele posiadamy. Ta świadomość dotarła do mnie później.

Gdy upadał Peerel, a ja byłam dziewczynką z patykowatymi nogami i mysimi warkoczykami, wszyscy dookoła mieli tyle samo, czyli przeważnie nic. Moja matka, polonistka ucząca w ogólniaku w pobliskim miasteczku – można powiedzieć: przedstawicielka elity intelektualnej – dźwigała na swoich barkach krzyż równie ciężki jak większość tutejszych kobiet, żon bezrobotnych górników, topiących frustracje w tanich winach i niestroniących od przemocy.

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego po śmierci ciotki Wolańskiej – właśnie po niej odziedziczyłyśmy zjadane przez grzyb i bezustannie wymagające remontów domiszcze – matka nie podjęła decyzji o sprzedaży i przeprowadzce do miasta. Mogłaby w zamian kupić kawalerkę na osiedlu z wielkiej płyty w Nowej Rudzie, gdzie zamiast opalanych węglem pieców miałybyśmy centralne ogrzewanie. Łatwiej by nam się żyło. Matka zarzekała się, że nie jest sentymentalna, i rzeczywiście cechował ją raczej chłodny pragmatyzm, lecz jakoś nie potrafiła odciąć się od tego miejsca. Dlatego każdy uciułany grosz szedł na przepychanie kominów bądź łatanie stropów, a ja nosiłam ciuchy odziedziczone po obcych dzieciakach i zamiast wymarzoną lalką Barbie bawiłam się radzieckim bobasem. Był z kiepskiej jakości plastiku, ale gdy go postawiłam prosto, otwierał bławatne oczęta o psychodelicznym wyrazie i ustami naburmuszonej lolitki powtarzał mechanicznie: ma-ma, ma-ma.

Kolorowy miraż kapitalizmu ostatecznie wdarł się w moją szaroburą rzeczywistość, kiedy skończyłam podstawówkę i zaczęłam dojeżdżać do liceum w Nowej Rudzie. Tego samego, w którym uczyła matka. W połowie lat dziewięćdziesiątych nie miałam już cienkich nóżek i warkoczyków, za to zyskałam piersi, włosy łonowe i przekonanie, że jestem bardzo dorosła – chociaż wcale nie byłam, bo te włosy ani trochę nie czynią człowieka dorosłym. Ale mniej więcej wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że sprawiedliwość społeczna i równość klas – teorie, którymi karmiła mnie moja matka idealistka, ostatnia żyjąca w naszej czasoprzestrzeni wyznawczyni marksizmu – to gówno warte mrzonki. Teraz liczyła się wyłącznie kasa i jej siła nabywcza. Żelazna kurtyna opadła, a mnie spadły klapki z oczu i okazało się, że gdzieś na świecie są ludzie, którzy zasypiają w odpowiednio ogrzanych domach, a w czasie deszczu nie biegają po pokojach z miednicą, podstawiając ją w miejscach, gdzie dach przecieka. Są dzieci, które zamiast urządzać sobie plac zabaw w niebezpiecznych nazistowskich sztolniach, jakich pełno było w tutejszych górach, wyjeżdżają na wakacje nad morze, żeby budować zamki z piasku. I dostają kieszonkowe, za które kupują gumy Turbo, i noszą buty, których nikt przed nimi nie nosił, a także szeleszczące nowością kreszowe dresy.

Świat transformacji, otwartych granic, wolności i nieograniczonych perspektyw, wyretuszowany na zdjęciach w „Bravo Girl” i zieleniący się dolarami przy Beverly Hills 90210, matce nadal wydawał się obcy i wstrętny, lecz mnie jawił się jako ziemia obiecana. Ją zmiana ustroju doprowadzała do rozstroju nerwowego, ja chłonęłam wszystko niczym gąbka. Chciałam być jak pyskata Brenda albo jej śliczna przyjaciółka Kelly. Dlatego związywałam włosy czerwoną bandaną, nosiłam przykrótkie szorty na rajstopy, rozdeptane trapery, luźne swetry i koszule w kratę (wszystko kupione na wagę i wciąż pachnące ciałami Jűrgena i Hildy, naszych zachodnich sąsiadów). Kłócąc się z matką, przyjmowałam pozy zbuntowanego dziecka ulicy w stylu Gangsta’s Paradise, a po śmierci Cobaina na jakiś czas pogrążyłam się w żałobie.

W tym samym okresie w szkolnej pracowni komputerowej odkryłam rzeczywistość równoległą. Wirtualną. Lepszą niż ta, która mnie otaczała. Z zacięciem inkwizytora tropiącego herezję potrafiłam godzinami zgłębiać programowanie w DOS-ie i meandrować ścieżkami dostępu Windowsa, stopniowo nabierając przekonania, że informatyka to przyszłość ludzkości. Moja przyszłość! Dzięki której wyrwę się z Jugowa. Postanowiłam, że po maturze będę zdawać na politechnikę.

Ze szkolnej pracowni można było korzystać tylko w obecności nauczyciela, a mój apetyt ciągle rósł. Błagałam matkę o peceta. W całej okolicy komputer miały może ze trzy osoby. Nas również nie było stać na takie fanaberie i matka długo mówiła „nie”. Nie rozumiała mojej fascynacji. Dla niej komputer był czymś pomiędzy stolikiem do układania pasjansa a trochę nowocześniejszą maszyną do pisania. Zmieniła zdanie dopiero po roku, gdy wreszcie zrozumiała, że nie odpuszczę. Część pieniędzy zarobiłam sama, zbierając latem truskawki u sąsiada, resztę niebagatelnej kwoty dorzuciła ona – dopiero później dowiedziałam się, skąd ją wzięła. I wreszcie na moim rozklekotanym biurku, pamiętającym prawdopodobnie czasy, kiedy w naszym domu mówiono po niemiecku, stanął nieduży monitor, a pod nim szare blaszane pudło, wyjące, szumiące i popiskujące kakofonią internetowych łączy.

Byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Matka przeciwnie.

Nie ukrywała, że nie popiera pomysłu studiowania informatyki. Nigdy jakoś nie wyartykułowała tego wyraźnie, a mimo to czułam, że wolałaby, żebym poszła na dziennikarstwo – chcąc zapewne spełnić własne, nie do końca zrealizowane ambicje. Sama ukończyła uniwerek i nawet przez jakiś czas pracowała w różnych redakcjach. Kiedy pojawiłam się na świecie, zrezygnowała z kariery. Po prostu tak zdecydowała, nie dopytywałam dlaczego. Zresztą nie lubiła opowiadać o przeszłości, a gdy zdarzało jej się o niej napomknąć, po chwili stawała się wyjątkowo lakoniczna. Wiedziałam tylko tyle, że po studiach przez dziesięć lat mieszkała poza Jugowem: najpierw we Wrocławiu, później w Warszawie. Potem wróciła, urodziła mnie, przyjęła posadę w szkole, chociaż szczerze nienawidziła pracy z młodzieżą, i w efekcie osiadła na wsi na stałe. Tłumaczyła mi, że spokojna górska okolica i dom, w którym się wychowała, okazały się najwłaściwszym miejscem do zamieszkania z małym dzieckiem. Był też drugi powód – chciała się zająć leciwą i mocno już zniedołężniałą ciotką Magdą, która zmarła, gdy miałam pięć lat, więc niezbyt dobrze ją pamiętam. Jakoś nie do końca satysfakcjonowały mnie te wyjaśnienia, jednak nie potrafiłam wyciągnąć z niej niczego więcej.

Sprawy ojca też nie drążyłam. Nie istniał dla mnie ani on sam, ani jego temat. Matka wspominała o nim bardzo rzadko, nie okazując przy tym większych emocji – jakby facet, dzięki któremu się pojawiłam, nic dla niej nie znaczył. Mówiła, że to jakiś jej przyjaciel, swego czasu wysoko postawiony w partii. Zmarł wkrótce po tym, jak zaszła w ciążę. Że był dobry, spokojny, opiekuńczy i że mam jego oczy. Towarzysz Orłowski. Stefan. Dla mnie to było tylko imię i nazwisko. Zbitka nic nieznaczących liter. Nie zdążyli nawet wziąć ślubu, więc nazywam się tak jak matka: Chojnacka.

Może wszystkie jej przemilczenia i niedopowiedzenia powinny były mnie zastanowić, może należało przewidzieć, że brudy i tajemnice, które tak skrupulatnie zamiotła pod dywan, kiedyś spod niego wypełzną? Nikt przecież nie jest osobny, nie da się wyrwać jednostki z osnowy świata, wyciąć nożycami z tła zdarzeń. Jednak zrozumiałam to dopiero później. Nie można uciec przed karmą, przeznaczeniem, fatum, opatrznością – czy jak to tam ludzie nazywają – a życie zawsze stanowi ciąg przyczynowo-skutkowy. Przyczyny i skutki… Tak to już jest. Lecz kiedy miałam kilkanaście lat, nie dostrzegałam niczego poza czubkiem swojego piegowatego nosa. Sprawy matki były jej sprawami. Przeszłość jej przeszłością. Ja żyłam tu i teraz, zajęta własnymi problemami: pryszczami na czole, które zawsze wyskakiwały w niewłaściwych momentach, zbyt małymi piersiami, bezustannym brakiem kasy i coraz mocniej ciążącym mi dziewictwem. Pod koniec liceum życie stało się wyjątkowo ciekawe i absorbujące, a do zerwania pozostało kilka zakazanych owoców.

W ostatniej klasie pierwszy raz się upiłam. Winem marki Edelkirsch, popularnym, bo tanim, wiśniowym ulepem. Paskudne to to było, z chemicznym posmakiem całej tablicy Mendelejewa, ale poniewierało, jak trzeba, a pawia rzucało się na słodko. Pierwszy raz zapaliłam też dżointa – co bardzo mi się spodobało – i wreszcie, tuż przed maturą, poszłam z chłopakiem do łóżka – co spodobało mi się znacznie mniej. Kolega z klasy okazał się kompletnym dyletantem, kilka ruchów i było po wszystkim. Nie zaznałam szału uniesień, metafizycznego poczucia jedności, kaskady orgazmów ani drżenia kolan, czyli wszystkiego, o czym czytałam w Sztuce kochania podwędzonej z biblioteczki matki. Całe to doświadczenie długo kojarzyło mi się jedynie z zaskakującą nadprodukcją płynów fizjologicznych: śliny, krwi, spermy i potu – krótko mówiąc: wyjątkowo silnym poczuciem rozczarowania i obciachu.

Obciach. Z lat spędzonych w Jugowie pamiętam niewiele poza nim. Prócz niego pozostały we mnie jeszcze wstyd i trudne do opisania wrażenie zawieszenia, jakbym przez całe lata na coś czekała, jakby życie miało się zacząć dopiero wtedy, gdy wsiądę do pociągu wiozącego mnie na studia. Ta chwila nadeszła szybciej, niż się spodziewałam, a przy okazji matka musiała mi wyjaśnić parę spraw.

*

To była pamiętna rozmowa. Na długo wybiła mnie z rytmu. Czułam się oszukana i przez jakiś czas żywiłam do matki głęboką urazę.

Któregoś dnia, jeszcze podczas trwania matury, zaproponowała, żebyśmy pogadały. Zabrała mnie do kuchni. Najważniejsze rzeczy zawsze działy się u nas w kuchni. Lubiła w niej przesiadywać. Twierdziła, że czuje tam obecność bliskich, którzy odeszli. Ja z tych samych powodów nie przepadałam za tym miejscem. Pomieszczenie było jak kapsuła czasu, przenosząca do przeszłości, od której tak bardzo chciałam się uwolnić. W telewizji i gazetach królowały już nowoczesne aneksy oświetlone halogenami, z szafkami w okleinie à la dąb, laminowanymi blatami z imitacji marmuru i barkami na chromowanych nogach, a u nas wszystko wyglądało, jakby czas się zatrzymał przed stu laty. Od kamiennej podłogi ciągnęło chłodem, kolebkowe sklepienie sufitu przytłaczająco opadało nad głową, ściany o nierównej fakturze tynków – na których teraz załamywało się majowe światło wpadające przez półkoliście zwieńczone okna – przywodziły na myśl pomarszczoną skórę starca. Nad kaflową kuchnią, ostatnio prawie nieużywaną, nadal wisiały przykurzone cynowe i miedziane garnki i warkocze czosnku. Podobno ciotka Magda świetnie gotowała, ale moja matka nie miała do tego ręki. Szczytem jej kulinarnych osiągnięć było upichcenie zupy na kuchence elektrycznej, stojącej nieopodal na kredensie.

– Chcesz herbaty? – zapytała, kiedy zajęłam miejsce przy ławie.

– Nie, dzięki, trochę się spieszę, umówiłam się z Jolką. Chcę jeszcze powtórzyć materiał przed ustnymi…

Pokiwała głową. Myślałam, że usiądzie, lecz zamiast tego oparła się o piec i splotła ręce na piersi, zastygając w bezruchu. Wbiła nieobecne spojrzenie w jakiś punkt nad moją głową. Była już grubo po pięćdziesiątce, ale trzeba przyznać, świetnie się trzymała. Oczy w kolorze łupinek orzechów laskowych błyszczały. Zachowała figurę i tylko miedziane włosy, przez lata jej znak rozpoznawczy, coraz gęściej przetykała siwizna.

Czasami zastanawiałam się, dlaczego z nikim się nie związała. Podejrzewałam, że wdawała się w jakieś przelotne romanse, jednak nigdy nie miały one dalszego ciągu. Kiedyś ją o to zapytałam. Powiedziała, że nie ma ochoty się do nikogo dostosowywać, naginać, zmieniać przyzwyczajeń, prać czyichś gaci, że dobrze jej tak, jak jest. Ma swój świat, dom, książki, pracę i mnie. Oswoiła samotność.

– Mamo…

– Chodzi o twoje studia – zaczęła, wciąż unikając mojego spojrzenia.

– Co z nimi?

– Chciałabym, żebyś przemyślała…

– Jeżeli zamierzasz mnie namawiać na inny kierunek…

– Nie zamierzam – przerwała stanowczo. Dopiero teraz przeniosła na mnie wzrok. Niby trzymała nerwy na wodzy, ale widziałam, że w środku się gotuje.

– Zatem w czym rzecz?

– Chcę, żebyś złożyła papiery do Warszawy. – Nie bawiła się we wstępy.

– Do Warszawy?! Ale dlaczego? Przecież do Wrocławia jest bliżej. Myślałam, że mamy to już przegadane. Wszyscy moi znajomi wybierają się do Wrocławia. Nie pojadę do Warszawy.

Z jej ust dobyło się coś pomiędzy prychnięciem a westchnieniem.

– Widzisz, Ninka, długo o tym myślałam i sądzę, że Warszawa będzie lepsza.

– W czym lepsza? Mamo, co ty opowiadasz? To cały dzień drogi pociągiem stąd.

Oderwała się wreszcie od pieca i opadłszy ciężko na krzesło po drugiej stronie stołu, zaczęła pocierać dłońmi skronie.

– Jeżeli dostaniesz się do Wrocławia, będziesz musiała zamieszkać w akademiku, a to nie jest najlepsze miejsce dla młodej dziewczyny.

– Mówisz z własnego doświadczenia? – zażartowałam. – Boisz się, że wpadnę w złe towarzystwo? No weź przestań, mamo.

Myślałam, że odwzajemni uśmiech, jednak pozostała poważna.

– W złe towarzystwo można wpaść wszędzie, niekoniecznie w akademiku. A gwoli ścisłości: ja nigdy w nim nie mieszkałam. Mieszkałam na stancji. Zresztą w okropnej norze… Nieważne.

Matka zachowywała się dziwnie. Cała ta scena wydawała mi się dziwna.

– Więc o co tak naprawdę chodzi? Dlaczego chcesz, żebym zdawała do Warszawy? Przecież ja nawet nigdy tam nie byłam, nikogo nie znam. To obce miasto.

– Ale tam masz mieszkanie – wypaliła nieoczekiwanie i bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści. Szybko schowała je pod blat.

– Słucham?

– W Warszawie na Mokotowie jest mieszkanie po twoim ojcu. Zapisał je nam. A właściwie tobie.

– Mój ojciec?! Ten Orłowski?

– Tak, Stefan.

– Ale kiedy? Gdy byłaś w ciąży?

– Nie. Zrobił to cztery lata temu, niedługo przed śmiercią.

Poczułam, jakby mnie strzeliła z otwartej dłoni w twarz.

– Jak to cztery lata temu? Nie rozumiem… Przecież zmarł, zanim się urodziłam.

– Oszukałam cię.

Zamilkła. Ja także milczałam. Robiło mi się na przemian gorąco i zimno. Kolebkowy sufit osunął się kilka centymetrów niżej. Miałam wrażenie, że zaraz runie nam na głowy. Męczyła mnie ta rozmowa. Chłodne oczy matki…

– Mamo, o czym ty mówisz?

– To skomplikowane.

– No, ja myślę. – Moje początkowe osłupienie zaczęła wypierać irytacja. – Do cholery, jak mogłaś?!

– Hamuj język.

– Wybacz. Ale chyba mam powody do zdziwienia, nie sądzisz? – Nie mogłam patrzeć na jej nieruchomą, nieodgadnioną twarz. Miałam ochotę ją szarpnąć. Jak mogła tak mnie oszukać? Słowo „ojciec” nic dla mnie nie znaczyło, ale, do diabła, dlaczego przez całe życie ukrywała przede mną prawdę? To nie fair.

– Zrozum, Nina… Nie byłam z nim związana. Ciąża to był… przypadek. Nie jesteś już dzieckiem, chyba rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć? Uważałam, że będzie lepiej, jeśli wychowam cię sama.

– Ale zawsze twierdziłaś, że on o mnie wiedział.

– Bo wiedział.

– I nie chciał mnie poznać, choćby raz zobaczyć, przyjechać tutaj?

– Chciał. Bardzo chciał. – Spochmurniała.

– Ale mu nie pozwoliłaś, tak?

Przytaknęła.

– I on po prostu tak to przyjął?

– Uszanował moją decyzję.

– No jasne, przecież wszyscy zawsze tańczą, jak im zagrasz.

– Słucham?

– Nieważne.

Brakowało mi powietrza, wstałam i otworzyłam okno. Do kuchni wpadł wilgotny zapach wiosny. Chociaż nad doliną nadal świeciło słońce, ponad górami zbierała się już sina czapa chmur. Zanosiło się na burzę.

– Wiem, że teraz jesteś zła, ale może kiedyś zrozumiesz. Uważałam, że w Jugowie będzie nam najlepiej. Nie chciałam zostać w Warszawie. Tu mogłam stworzyć ci dom. Pamiętaj, że ja też wychowałam się prawie bez rodziców, że moja matka w czasie wojny… a potem ojciec… – Przerwała, żeby złapać oddech. – Ty przynajmniej miałaś mnie. Starałam się, jak mogłam. Wszystko dla ciebie…

Brakowało tylko, żeby wypaliła, jak to się dla mnie poświęciła. Powstrzymała się jednak.

Uporczywie patrzyłam za okno.

– Nie mogłam zamieszkać z twoim ojcem, nie każdy potrafi być w związku. Ja nie potrafiłam. Gdybym z nim została, nic dobrego by z tego nie wyszło. On to rozumiał. Zaakceptował. Pozwolił nam żyć w spokoju. A kilka lat temu dostałam pismo od notariusza. Twój ojciec też nie założył rodziny, nie miał innych dzieci, dlatego teraz jego mieszkanie należy do ciebie. Dotychczas je wynajmowałam. Miałam pieniądze na twój angielski, na komputer. Nigdy nie pytałaś, skąd na to biorę… – stwierdziła rozdrażniona. – A to wszystko dzięki niemu. Dzięki Orłowskiemu. Uważam, że zachował się bardzo szlachetnie…

Kurwa, jakie mieszkanie, jaki ojciec? Szlachetny ojciec? Ponieważ pozwolił jej odejść? Czy dlatego, że wreszcie umarł, a ja mogłam dostać peceta? Boże, jakie to było płytkie z jej strony! A do tego mnie oszukała. Oboje mnie oszukali. Nie poznałam Orłowskiego, ale w tej chwili czułam do niego urazę. Był współwinny. Tatuś pierdolony. Nie miałam go przez ostatnie dziewiętnaście lat, a teraz nagle wyskakiwał jak odpustowy diabeł z pudełka. Tadam! Szlachetny taki! On i jego cholerne mieszkanie, przez które musiałam zmienić plany. W dupie miałam to mieszkanie.

– …dlatego uważam, że powinnaś zdawać do Warszawy – skończyła twardo.

To nie była sugestia. To brzmiało jak ostateczna decyzja. A z decyzjami matki nie umiałam dyskutować. Po prostu taka była: autorytarna i apodyktyczna. Podobno samotne matki muszą takie być – zawsze w ten sposób się usprawiedliwiała.

Kręciło mi się w głowie. Miałam wrażenie, jakby coś ciężkiego zaległo mi na piersi i przyduszało mnie. Chociaż matka była, jaka była, do dzisiaj zawsze myślałam, że mogę na nią liczyć. Że mogę jej ufać, że nigdy mnie nie okłamie. Przeliczyłam się. Czułam rozczarowanie. Czułam, jak formuje się ono w wielką gorzką gulę w moim gardle. Gulę, której nie zdołam lekko przełknąć. Chciało mi się ryczeć.

– Dobrze więc, niech będzie, jak chcesz. – Do dziś nie wiem, czy ja to powiedziałam, czy jakiś nieznoszący sprzeciwu głos w mojej głowie. Jej głos. – Mogę zdawać do Warszawy. Wszystko mi jedno.

*

Od sceny w kuchni prawie ze sobą nie rozmawiałyśmy, pełne wzajemnych pretensji, więc zdziwiłam się, gdy zakomunikowała, że mnie odwiezie. Pomogła mi się spakować, kupiła bilety i zrobiła kanapki na drogę. Może chciała w ten sposób mnie udobruchać, może próbowała osłodzić moment przejścia, zmiany? Ale mimo jej obecności z dnia przyjazdu do Warszawy zapisało się we mnie dojmujące uczucie smutku i wyobcowania; dobrze pamiętam moment, kiedy wysiadłyśmy na brudnym Dworcu Centralnym – którego kwaśny, metaliczny zapach na długo wczepił się w moje ubrania i włosy – a także obraz brzydkich ulic Śródmieścia, gdy objuczone walizami, pudłami i pakunkami niczym bezdomne sunęłyśmy tramwajem numer cztery na południe miasta.

Moje nowe lokum znajdowało się w sercu Mokotowa, na końcu kameralnej ulicy Belgijskiej, w niskiej modernistycznej kamienicy, która niczym nowotwór, obce ciało, wyrastała ze skarpy ponad parkiem Promenada. W dół, wprost na parkowe alejki, prowadziło zejście umieszczone tuż obok budynku, a drzewa niemal zaglądały w jego okna. Szum tramwajów z Puławskiej ledwie tu docierał. Zamiast niego rozbrzmiewały krzyki biegających po placu zabaw dzieciaków, krakanie wron i odległe echo muzyki skrzypcowej dobiegające z Pałacu Szustra.

Na pierwszy rzut oka otoczenie kamienicy wydało mi się zupełnie przyjemne, czego absolutnie nie można było powiedzieć o samym mieszkaniu, na które składały się dwa niewielkie pokoiki z kuchnią, zdewastowana łazienka i balkon. Na podłodze królowało paskudne linoleum, meble pamiętały Gierka, a ściany po kilku latach wynajmu sprawiały wrażenie, jakby się ktoś na nie wyrzygał. Nie żebym w moim jugowskim domu zaznała jakichś wyjątkowych luksusów, ale tam wszystko było moje, brudne brudem oswojonym, a tu każdy sprzęt, włącznik światła, klamka i firanka nosiły ślady cudzych rąk, co wywoływało we mnie obrzydzenie.

Byłam zdruzgotana myślą, że spędzę tu kilka kolejnych lat, że będę musiała spać na cuchnącej stęchlizną wersalce – na której Bóg wie kto przede mną spał i co robił – i załatwiać potrzeby do brunatnej od rudych zacieków ubikacji. Tymczasem matka, jak to ona, stwierdziła, że nie ma co lamentować i rwać włosów z głowy – to tylko kosmetyka. Wystarczy trochę dobrych chęci, detergentów i farby, żeby doprowadzić to miejsce do stanu używalności.

Przez tydzień malowałyśmy, czyściłyśmy, ścierałyśmy, ustawiałyśmy i przesuwałyśmy, przywracając względny porządek w mieszkaniu po towarzyszu Orłowskim, a jednocześnie – zupełnie nieoczekiwanie i jakby mimochodem – odbudowując nieistniejącą między nami od dawna więź. W trakcie zrywania linoleum i czyszczenia z rdzy kuchennego zlewu, wszystkich tych banalnych czynności, zakopałyśmy topór wojenny. Po raz pierwszy od lat doznawałyśmy poczucia bliskości. Nie było już czupurnej nastolatki i matki, która nie rozumie współczesności. Nie było złości i niedopowiedzeń w kwestii ojca – były kochanek mojej matki wyłaniał się z każdego kąta mieszkania. Był wyczuwalny, niemal namacalny; zapisany w wytartych klepkach dębowego parkietu i w łuszczącej się olejnej farbie okiennych ram. Powoli frustrację związaną z decyzją matki o studiach w Warszawie zaczęło wypierać podniecenie: oto w moim życiu zaczynał się nowy rozdział i chciałam wierzyć, że wszystko jakoś się ułoży. Kiedyś wtopię się w to miejsce, w uliczny tłum Warszawy i będę jak ci wszyscy zadowoleni z siebie ludzie na ulicach, w modnych ciuchach i drogich furach.

W tamtych dniach byłam naprawdę pełna optymizmu, nie przeczuwając, że mój los, los matki, a nawet pojawienie się Miłosza to jedna układanka, puzzle, które tworzą spójną całość. Pozostało ją tylko zrekonstruować.

A potem matka wyjechała i pierwszy raz w życiu zostałam zupełnie sama.

*

Początek studiów to był horror.

Zatłoczone ulice Śródmieścia, smród chińszczyzny na placu Konstytucji, spienione morze śmieci dryfujące po Stadionie Dziesięciolecia, zalewającym badziewiem pozostałe dzielnice. Miraż dostatku w centrum i błoto na budowach Białołęki i Kabat. Dziki pęd, bezustanny huk. Specyfika zabetonowanej tkanki miejskiej była zupełnie odmienna od wszystkiego, co znałam z Jugowa. Warszawa okazała się groźna, nieprzyjazna i bezduszna. Na wąskich uliczkach Mokotowa bywało straszniej niż w mrocznych korytarzach Sowich Gór. W drogich klubach imprezowały chłopaki „z miasta”, po chodnikach biegali z bronią pruszkowscy bossowie, a w studzienkach pływały szczątki Sebastiana K. (pseudonim „Ksiądz”) – wołomińskiego króla brązowego cukru i amfetaminy, o którym z niezdrowym i iście nekrofilnym podnieceniem rozpisywała się stołeczna prasa.

Tak naprawdę dopiero w Warszawie zrozumiałam, jak bardzo się różnię od swoich rówieśników stąd. Nie wiedziałam, czego się aktualnie słucha, na jakie filmy chodzi, co się nosi, gdzie bywa, a nawet co je. Oczywiście nie miałam fajnych ciuchów, komórki, a czasami brakowało mi na drożdżówkę w uczelnianej kafejce, nie mówiąc już o biletach na komunikację miejską. Szczęśliwie wydział znajdował się zaledwie trzydzieści minut spacerem od Belgijskiej, dzięki czemu mogłam zaoszczędzić parę groszy. Matka co miesiąc przysyłała mi niewielką kwotę – starałam się nie myśleć, czego musiała sobie odmówić – ale w stolicy pieniądze piorunem się rozchodziły. Chleb, chińska zupa, kefir, bułka, czynsz, woda, gaz, telefon – wszystko kosztowało fortunę. O odwiedzinach w domu nie było nawet mowy, podobnie jak o codziennych międzymiastowych rozmowach.

Po prostu klepałam biedę i wstydziłam się tego, toteż w kontaktach z kolegami ze studiów zachowywałam dystans. Robiłam to także dlatego, że byłam jedyną dziewczyną w grupie i jedną z niewielu na całym Wydziale Elektroniki. A przy tym, na swoje nieszczęście, zupełnie niebrzydką. A tutaj królował testosteron i panowały stosunki jak w koszarach. To nie był prowincjonalny Jugów czy Nowa Ruda, nikt się ze mną nie bawił w konwenanse, podchody i czułe słówka; już w pierwszym tygodniu usłyszałam za plecami, co by ze mną ten czy inny zrobił. Jak to by mnie po same migdałki… Wszyscy naraz i każdy z osobna.

Przez pierwsze miesiące testowali moją wytrzymałość.Nie reagowałam na zaczepki, płakałam dopiero w domu. Nie przyjmowałam zaproszeń na imprezy w Parku, Lolku, Stodole czy na popijawy w Rivierze. Zamknęłam się w sobie i każdej nieprzespanej nocy jak zaklęcie powtarzałam, że to minie, że to tylko chrzest bojowy i chłopaki dadzą mi wreszcie spokój. To minie… Oczywiście po drodze odniosłam kilka ran, ale te na szczęście szybko się goiły, a ja nabierałam odporności i dystansu. I uczyłam się przeklinać. Cudownie było wylać z siebie cały ściek, który we mnie buzował: durne, pryszczate, zakompleksione nerdy, frustraci z odciskami na dłoniach od samogwałtu, chuje z mózgami wyżartymi intelektualną kiłą… Taka mantra trochę pomagała.

Po paru miesiącach przestałam się ich bać, a nauczyłam się ignorować albo z najsłodszym uśmiechem, na jaki potrafiłam się zdobyć, prosiłam grzecznie, aby się odpierdolili. Pojawiałam się tuż przed zajęciami i znikałam, gdy tylko dobiegały końca. Starałam się skupić wyłącznie na nauce, na algorytmach i strukturach danych, systemach czasu rzeczywistego i technikach mikroprocesowych. Nie opuściłam żadnych zajęć, na każdych ćwiczeniach byłam przygotowana. Miałam jeden cel: zdobyć stypendium. Jedyny sposób, żeby trochę odciążyć matkę i odbić się od dna.

Wykładowcy zaczęli mnie chwalić, a kumple coraz częściej zauważali, że oprócz cycków i dupy mam także mózg. Po wydziale rozeszła się wieść, że robię najlepsze notatki i bez problemu pożyczam je do kserowania. Wprawdzie zerżnąć się nie dałam, za to dawałam od siebie zerżnąć na kolosach i egzaminach. I w zasadzie to zupełnie fajna i równa jestem, chociaż dziura. Nie minął pierwszy semestr, a zyskałam uznanie facetów z wydziału, przestali mnie gnębić i poczułam się w Warszawie trochę pewniej.

I właśnie z tego okresu pochodzi tamto dziwne wspomnienie, którego nie potrafię wytłumaczyć ani wymazać z pamięci, które mnie potem latami zastanawiało. Nie wiem, czy to, co zobaczyłam, wydarzyło się naprawdę, i czy rzeczywiście to był on.

Miłosz.

*

Był chyba koniec marca albo nawet kwiecień. Spokojny wiosenny wieczór. Ulice świeciły pustkami; dobiegał końca Wielki Tydzień i rodowici warszawiacy, ci, co to ich dziad pradziad nadal orał pole pod Grójcem, Łomżą i Sokołowem, wyjechali na wieś święcić jaja. A ja, niewarszawianka, siedziałam wygodnie na swoim balkonie, w starym fotelu, który jakiś czas temu wytargałam na zewnątrz. W ciemnościach, owinięta kocem, popijałam herbatę i paliłam papierosa. Obserwowałam, jak nad parkiem zapada zmierzch.

Nie pojechałam na święta do domu. Matka, zdeklarowana socjalistka-ateistka, nigdy nie miała zamiłowania do katolickiej celebry. Jeszcze kiedy żyła ciotka Magda, a ja byłam malutka, coś tam we dwie pichciły, przygotowywały, mazały pisanki, ale po jej śmierci matka dała sobie z tym spokój. Obchodziłyśmy tylko Boże Narodzenie, i to też jedynie w formie szczątkowej, po amerykańsku, czyli kastrując tradycję z wszelkiej duchowości. Ale Wielkanoc? Matka nie lubiła jajek, ja majonezu. Szkoda nam było czasu i pieniędzy na wyprawianie świąt. Nie widziałam sensu, żeby się tłuc przez pół Polski tylko po to, aby obejrzeć z nią świąteczny program w telewizji.

Siedziałam sobie zatem na balkonie i myślałam o paradoksie, który wkradł się do mojego życia. Bo oto nie będąc stąd, przez meldunek stałam się pełnoprawną obywatelką tego miasta, a nie mając nigdy ojca, weszłam w posiadanie jego mieszkania. Dawna złość na los i na matkę minęła i teraz czułam wobec tamtego człowieka coś na kształt wdzięczności. Gdyby nie on, nie byłoby tego balkonu, tego wieczoru i tego widoku na park.

Z mieszkania obok dobiegały stłumione odgłosy rozmowy sąsiadów – wampirycznego małżeństwa po siedemdziesiątce. Babka poruszała się o balkoniku, facet nie chodził wcale. Czasami spotykałam starą na klatce, gdy podlewała paprotki, a czasami widziałam, jak mieszkanie emerytów odwiedza jakaś opiekunka albo może córka. Przychodziła z reklamówkami pełnymi zakupów i z kwaśną miną. Dzisiaj jednak nie przyszła. Siedzieli sami i dochowując staropolskiej świątecznej tradycji, zajadle darli o coś koty.

Zaciągnęłam się papierosem. Starałam się nie zwracać na nich uwagi, koncentrując się na wieczornym brzmieniu miasta. Na zapachu wiosny rozkwitającej w wegetacyjnym uniesieniu. Na wilgotnej gęstniejącej nocy. A także na parce, która od jakiegoś czasu siedziała na pobliskiej ławce.

Latarnia rzucała na alejkę krąg światła jak reflektor na teatralną scenę, a ja miałam wrażenie, jakbym oglądała spektakl. Aktorzy zdawali się nie domyślać, że mają widownię, i bez wprawy odgrywali role zakochanych. Nie obejmowali się ani nie całowali. On patrzył przed siebie, ona na niego. O czymś rozmawiali. A właściwie to kobieta mówiła, żywo gestykulując. Co jakiś czas przelotnie dotykała jego twarzy albo ramienia, potem zaś szybko cofała rękę.

Było za ciemno, a tamci znajdowali się w zbyt dużej odległości, żebym mogła przyjrzeć się ich twarzom. Ze swojego punktu obserwacyjnego widziałam jedynie, że kobieta jest bardzo drobna, dziewczęca, delikatnej budowy i chyba zbyt lekko jak na tę porę roku ubrana – w sukienkę i jakiś sweterek. Siedzący obok mężczyzna w skórzanej kurtce górował nad panną i zdawał się ją przytłaczać. Typowy kark, któremu do dopełnienia scenicznego emploi brakowało jedynie dresu.

Nie słyszałam, o czym rozmawiają, ale wiedziałam, czy może raczej czułam podświadomie, że nie jest to serdeczna wymiana zdań, żadna tam romantyczna schadzka dwójki kochanków. Kłócili się? Być może. Chociaż nie tak jak staruszkowie za ścianą – wściekle, zajadle, z kumulowaną latami agresją. W scenie rozgrywającej się na ławce było pewne napięcie. Było coś frapującego. Ona go kocha, a on jej nie? Ona prosi go o coś, czego on nie chce jej dać? A może właśnie się rozstają? – analizowałam na szybko.

Przedstawienie się przeciągało. Niespiesznie zapaliłam drugiego papierosa. Herbata w kubku zupełnie wystygła. Powinnam była wrócić do środka, czułam, że jeszcze chwila i się przeziębię, a jednak nie mogłam oderwać oczu od widowiska na dole.

Wreszcie kobieta energicznie poderwała się z ławki i przebiegła kilka kroków. Po chwili mężczyzna ją dogonił, chwycił za ramię i odwrócił siłą w swoją stronę. Przez moment mierzyli się spojrzeniem i nagle zaczęli się całować. Namiętnie, zapamiętale – dziewczyna w ramionach mężczyzny topiła się jak wosk. A później on brutalnie odciągnął ją na bok, za krzaki, które jednak nie mogły niczego zakryć, gdyż wiosna dopiero się zaczęła i gałęzie nadal były łyse. Widziałam wszystko, co robili, jakbym stała tuż obok. Każdy, kto przechodziłby alejką, też mógłby ich zobaczyć. Ale facetowi widocznie to nie przeszkadzało. Popchnął dziewczynę twarzą do drzewa i całował ją po karku, miażdżąc dłońmi piersi. Wreszcie zadarł jej sukienkę. Wszedł w nią mocno i gwałtownie, chwytając za włosy…

Wstrzymałam oddech. Przeszło mi przez myśl, czy nie powinnam zadzwonić na policję. Nie, wcale o tym nie pomyślałam. Właściwie była to chyba ostatnia rzecz, jaka mi wtedy przyszła do głowy. Zastanawiałam się natomiast, dlaczego kobieta nie krzyczy, dlaczego nie próbuje uciekać, czemu tak łatwo poddaje się brutalowi. Dlaczego zgadza się na poniżenie, na gwałt? Bo to chyba było coś na kształt gwałtu?

A może wcale nie? Co ja mogłam o tym wiedzieć?

Z każdym ruchem bioder faceta robiło mi się coraz cieplej, osobliwie błogo. Czułam podniecenie. Zdałam sobie sprawę, że robię się mokra. Chociaż to absurdalne, chciałam się znaleźć na miejscu tamtej. Chciałam zostać przez kogoś potraktowana w ten sposób, poczuć podobny żar na własnej skórze.

Pożądanie – nie miałam pojęcia, czym jest. To, co swego czasu zaszło między mną a tamtym chłopakiem z klasy, było bezbarwne i mdłe. To, co obserwowałam w parku, wydawało się odstręczające, wulgarne, zwierzęce. I nieprawdopodobnie pociągające. Obserwowałam kochanków jak w transie, z na wpół otwartymi ustami, z wypiekami na twarzy…

Kręciło mi się w głowie. Między nogami pulsowała krew. Miałam wrażenie, że gdzieś głęboko w sobie słyszę jęk dziewczyny i przyspieszony oddech tamtego. I jakby ciche pohukiwanie…

Popiół z zapomnianego papierosa osypał się na betonową posadzkę balkonu.

I wreszcie wszystko dobiegło końca. Na parkowej scenie zapadła cisza. Mężczyzna zamarł. Przez kilkanaście sekund trwał w bezruchu, przywarłszy do pleców dziewczyny. A potem, jak gdyby nigdy nic, odsunął się i zapiął rozporek. Ona poprawiła sukienkę. Przez chwilę jeszcze patrzyli na siebie. Milczeli, żegnając się bez słów. On włożył ręce w kieszenie, odwrócił się na pięcie i odszedł, ginąc gdzieś za drzewami, dziewczyna rozpłynęła się w mroku alejki. Kurtyna opadła. Przedstawienie skończone.

Wypuściłam wstrzymywany nieświadomie oddech. Moje serce powoli się uspokajało, w lędźwiach gasły ostatnie impulsy podniecenia. Nie wiedziałam, jak zinterpretować to, co zobaczyłam, jak wytłumaczyć to, czego doznałam. Czułam się spełniona, a zarazem do głębi zawstydzona niespodziewaną reakcją własnego ciała. Policzki wciąż mnie paliły.

Wyciągnęłam z paczki kolejnego papierosa, żeby się uspokoić.

I właśnie wtedy, gdy na ułamek sekundy płomień zapalniczki rozświetlił balkon, zorientowałam się, że nie jestem sama. Kilkanaście metrów ode mnie, na chodniku prowadzącym w górę skarpy, w stronę Belgijskiej, stał on. Mężczyzna w skórzanej kurtce. Patrzył wprost na mnie. Uśmiechał się. A może tylko tak mi się wydawało? Może ciemność zniekształciła rzeczywistość? Zresztą wszystko trwało zaledwie chwilę. Na tyle krótką, żebym – przyłapana na gorącym uczynku, na bezwstydnym podglądactwie – nie zdołała nic zrobić, uciec, schować się do środka. Jednak na tyle długą, bym zapamiętała jego twarz i jaśniejące w mroku oczy.

Potem starałam się wyprzeć ich obraz i szczegóły tamtego wieczoru. Przypomniałam je sobie jednak jakiś czas później, kiedy poznałam Miłosza, i jeszcze raz, gdy tak nagle zniknął.

*

Tamten czas nieodmiennie kojarzy mi się z sardonicznym uśmiechem Millera, poklepującego Kwaśniewskiego po plecach w geście szorstkiej męskiej przyjaźni, i poczuciem, że wszystko się zaraz zmieni. W moim życiu. Na świecie. Po WTC kraje członkowskie NATO weszły w stan najwyższej gotowości; Bush postawił ultimatum Husajnowi i na Bliskim Wschodzie rozpoczęła się wojna. Tymczasem na ulicach Warszawy, jakby dla przeciwwagi, panował spokój, zalegała brudna pośniegowa breja, a na polibudzie skończyły się ferie.

Nie byłam już tamtą Niną z początków pobytu w Warszawie. Mój sen powoli zaczął się spełniać. Miałam dwadzieścia trzy lata, stopień inżyniera, stypendium naukowe i porządny grosz z administrowania sieciami kilku niewielkich warszawskich firm. Od dawna nie wiedziałam, co to dziury w butach czy pusta lodówka, stać mnie było na ciuchy z sieciówek i najfajniejszą na rynku komórkę – Nokię 6310i w złotej obudowie. To był czad.

Miałam kilku znajomych, jedną bliską kumpelę Justę, dziwaczkę z Wydziału Matematyki, a także chłopaka, którego, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, chyba nie kochałam. Byłam z nim po prostu dlatego, że w tamtym czasie każdy z kimś był.

Piotrek był moim kolegą z Wydziału Elektroniki. Tak jak ja nie pochodził stąd. Przyjechał spod Kielc. Miał obsesję na punkcie gór, sztucznej inteligencji, no i moim. Wytrwały był, trzeba przyznać. Łaził za mną niemal od początku studiów. Może skusiłabym się szybciej, ale przez pierwszy okres w Warszawie naprawdę nie w głowie mi były romanse. Zakuwałam jak głupia, żeby zdobyć stypendium, a w wolnym czasie pracowałam jako hostessa, roznosicielka ulotek i kelnerka w pubach. Latem wyjeżdżałam na kolonie jako opiekunka. Potem zaczęłam prowadzić mały biznes na giełdzie komputerowej za Stodołą. Straszna była to robota. W rozklekotanych budach z dykty, ze wszystkimi urokami sprzedaży bezpośredniej: świątek, piątek, śnieg, wiatr, deszcz, zapieprzaliśmy na placu w błocie po pachy. Zimą odmrażałam sobie palce, latem pot spływał mi po tyłku. Na głupoty, miłość i takie tam nie starczało mi czasu. Oddech złapałam, dopiero kiedy przyszły pierwsze fuchy przy sieciach. Piotrek wytrwale czekał.

I się doczekał.

Nie był może adonisem – z natury trochę dupowaty, zbyt szczupły, żylasty i nie w moim typie – ale nie był też odstręczający. Nie zachowywał się jak napalone zwierzę, nie szlajał się nocami po studenckich mordowniach. Nie pił, nie wciągał, tylko od czasu do czasu coś zapalił. Lubił stare filmy Polańskiego i nowe von Triera, Burtona i Lyncha. Uwielbiał łazić po górach i wspinać się w rodzinnej Jurze. Po prostu był, a fajnie jest, gdy ktoś jest.

Dobry chłopak. Ale dobrzy chłopcy zazwyczaj nie są królami na balu życia.

Mieszkał w akademiku. Niby mogłam zaproponować, żeby się wprowadził, jednak ciągle z tym zwlekałam. Dobrze mi było samej, bałam się kolejnego kroku, ostatecznych deklaracji, chociaż naprawdę traktowałam nasz związek poważnie. Matka widocznie też to wyczuwała, bo coraz częściej pytała przez telefon, kiedy przywiozę Piotrka do Jugowa. Może w wakacje albo na święta? Cieszyła się, że kogoś mam. Bardzo chciała go poznać.

Ale nie poznała, bo z naszego związku ostatecznie nic nie wyszło.

Nadszedł kolejny semestr, a ja zaczęłam studia drugiego stopnia i nowe zajęcia. Jednym z wykładowców był on. Miłosz Krajewski. Doktor Krajewski.

Podobno przez kilka lat nie mieszkał w kraju. Podobno odbywał staż naukowy w Stanach, a później jeszcze gdzieś w Europie, chyba w Skandynawii. Miał zaledwie trzydzieści lat, a zdążył się doktoryzować i zrobić karierę – złote dziecko wydziału, protegowany i oczko w głowie profesora Rokity. Podobno był cholernie utalentowany i kręcił już niezłe lody w biznesie. Wykładał u nas na polibudzie i w prywatnej szkole polsko-japońskiej. Na korytarzach szeptano, że to ostry zawodnik, a przy tym straszny chuj – taki, co to potrafi uwalić studenta za byle gówno. Podobno, podobno… Półprawdy i prawdy patykiem na wodzie pisane.

Czekałam z kilkoma kolegami przed aulą na rozpoczęcie zajęć. Krajewski trochę się spóźniał. Jednym uchem słuchałam, co o nim gadają, ale ploty niewiele mnie obchodziły. Bałam się jedynie, że jeżeli nas dzisiaj przetrzyma, nie zdążę na Żoliborz, gdzie znajdowało się biuro jednej z firm, z którą współpracowałam. Chwilę wcześniej dzwonili, że system się wywalił i muszę natychmiast przyjechać. Strasznie mi się nie chciało pędzić na drugi koniec miasta, zwłaszcza że pogoda do dupy, ale płacili nieźle i terminowo, więc nie było zmiłuj…

Na korytarzu opowieści o psychopatycznym wykładowcy zastąpiły szowinistyczne dowcipy, które od dawna nie robiły na mnie wrażenia. Wzmagał się szum. Z kakofonii rozmów i śmiechów wyłuskałam odgłos kroków. Odwróciłam głowę w jego stronę. Nadchodził energicznie, z rękami w kieszeniach, w idealnie skrojonym garniturze i białej koszuli rozpiętej nonszalancko pod szyją. Bez żadnej teczki, aktówki, plecaka, czegokolwiek. Pomyślałam, że widocznie nie potrzebuje notatek, może wszystko ma w głowie, miliard w rozumie. Z drugiej strony nie sprawiał wrażenia intelektualisty ani naukowca, raczej jednego z chłopaków „z miasta”. Wyglądał groźnie. Był potężny, ale nie gruby, miał zbitą, umięśnioną sylwetkę zapaśnika, szeroki kark dresiarza i szczękę jakby stworzoną do przyjmowania ciosów. Do tego jasne, krótkie włosy zaczesane do tyłu, kilkudniowy, gęsty, lekko rudawy zarost i zacięty wyraz ust. Może był czymś poirytowany, może znudzony? Albo po prostu miał ochotę spuścić komuś łomot. Gdybym zamiast na uczelnianym korytarzu spotkała go przypadkiem w ciemnej uliczce, szybciutko wzięłabym nogi za pas.

Było w nim coś pierwotnego, drapieżnego. I tylko oczy – niedorzecznie niebieskie, zbyt jasne w kontraście do czarnych, świdrujących źrenic – zupełnie nie pasowały do twarzy.

Wtedy właśnie, na ułamek sekundy, zaświtała mi myśl, że przecież go znam. Widziałam go już kiedyś… Wrażenie było wyjątkowo silne. To był on, facet z parku. Wprawdzie od sceny na balkonie minęły trzy lata, a ja nigdy więcej go nie spotkałam, jednak coś mówiło mi, że się nie mylę. Nie miał już na sobie skórzanej kurtki, a uczelniane dekoracje – ostre światło świetlówek, tłumek studentów, garnitur, biała koszula – kłóciły się z obrazem sprzed lat, jednak byłam niemal pewna – to on!

Zbliżył się do nas. Uśmiechnął. Frustracja, złość i napięcie zniknęły z jego twarzy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Doktor Jekyll i pan Hyde, pomyślałam. Przebiegł spojrzeniem po naszej grupce, nie zwracając na mnie uwagi.

– Przepraszam, że musieli państwo czekać. Straszne dziś korki. Zapraszam do środka.

Chwilę później jak gdyby nigdy nic rozpoczął wykład. Bez zbędnych wstępów. Oparłszy się o biurko stojące na katedrze, patrzył przed siebie, na wszystkich naraz i na nikogo szczególnie. Skupiony na sobie, na swoich słowach. Nie sprawdził listy obecności, nie zapisał na tablicy ani jednego wzoru, nie zrobił przerwy, nie skorzystał z notatek, z prezentacji, materiałów, niczego. Całe zajęcia poprowadził z pamięci. Był w tym dobry. Z autentyczną pasją opowiadał o przedmiocie badań, które miał okazję przeprowadzić na zachodnich uczelniach. Skoncentrowany wyłącznie na przekazie, nie kokietował nas jak co poniektórzy wykładowcy, nie próbował zmniejszać dystansu, nie pozwalał na zadawanie pytań. Przez półtorej godziny nie zmienił pozycji ani wyrazu twarzy – wyrazu bez wyrazu. Istny cyborg.

Byłam pewna, że mnie nie skojarzył. Ani razu na mnie nie spojrzał. Ja tymczasem z każdą minutą miałam coraz większe wątpliwości – to przecież niemożliwe, żeby Krajewski był brutalem z parku, podszywającym się jedynie pod specjalistę od zaawansowanego modelowania i analizy systemów informatycznych. Chociaż…

Dopiero na koniec rzucił jakiś żart na rozluźnienie atmosfery i się uśmiechnął. Wprost do mnie. Tamtym upiornym uśmiechem sprzed trzech lat. A może wcale nie, może tylko tak mi się zdawało? Czułam się zupełnie skołowana.

Pożegnał się i wyszedł z auli. Kiedy zniknął za drzwiami, zdałam sobie sprawę, że nie zapisałam ani jednego zdania. Kretynka. Będę musiała od kogoś skserować notatki, myślałam, opuszczając gmach uczelni.

*

Ciężkie, ołowiane niebo wisiało niebezpiecznie nisko, oparłszy nabrzmiałe brzuszysko o dachy Warszawy – gdyby nie one, chybaby gruchnęło o ziemię. Padał śnieg z deszczem i mocno wiało, a ja stałam na przystanku przy placu Politechniki, kuląc się z zimna i czekając na tramwaj numer piętnaście. Zegarek wskazywał kwadrans po trzeciej. Byłam spóźniona. Telefon uporczywie wibrował mi w kieszeni. Nie musiałam patrzeć na wyświetlacz, żeby wiedzieć, że to ponaglające esemesy z Żoliborza.

Opierając się o barierkę odgradzającą ulicę od przystanku, rozmyślałam o wykładzie. Co chwilę zerkałam w głąb Nowowiejskiej. Tramwaj nie przyjeżdżał, a ja nie wzięłam czapki i teraz miałam zupełnie mokre włosy. Czułam, że się przeziębię.

I wtedy usłyszałam za plecami pisk hamulców samochodu. Odwróciłam się. Na ulicy stało wymuskane i połyskujące zielonkawym lakierem stare volvo. Bardzo piękne volvo. Nie znam się na markach, więc nie miałam pojęcia, co to za model, ale od razu rzucało się w oczy, że to jakiś klasyk. Żadna tam nowobogacka ostentacja, raczej rzecz dla koneserów.

W środku siedział doktor Jekyll. Doktor Krajewski. Opuścił szybę, nie zwracając uwagi na wyklinających go z tyłu kierowców i skowyt klaksonów.

– Podwiozę cię – stwierdził lakonicznie.

Nie zapytał, a właśnie stwierdził. Po czym spokojnie, nie czekając na moją odpowiedź, zasunął szybę i odjechał. Zatrzymał się kawałek dalej, w zatoczce za pasami, gdzie nie blokował ruchu.

Nie wiedziałam, co robić. Olać go? Udać, że nie usłyszałam? Zdziwiło mnie, że się zatrzymał. W końcu byłam tylko jego studentką, do tego wydawało mi się, że przez cały wykład mnie nie dostrzegał, ignorował.

Stałam jak kołek, zdezorientowana, wiatr smagał moją twarz, deszcz zamarzał na włosach. Gonitwa myśli rozsadzała mi głowę, a tymczasem niebo pociemniało jeszcze bardziej. Nie powinnam przyjmować jego propozycji, ale nie mogłam też udać, że nic nie słyszałam. Nie wypadało ignorować faceta, który właśnie został moim wykładowcą; bałam się, że jeśli go urażę, zechce się na mnie odegrać.

Wygrał pragmatyzm. I może ciekawość.

Ruszyłam w stronę przejścia dla pieszych i przebiegłam przez jezdnię, prawie wpadając pod jeden z samochodów. Podświadomie czułam, że popełniam błąd. Krajewski nie był miłym, spokojnym chłopcem. Łagodnym i niewiele oczekującym od życia Piotrusiem. Być może był mężczyzną z parku. Był niebezpieczny, był pohukiwaniem w mojej głowie.

Jednak zło jest zawsze bardziej pociągające niż dobro.

Może to głupie, lecz kiedy zbliżałam się w stronę auta, towarzyszyła mi uporczywa myśl, że właśnie zmieniają się tory mojego losu. Zwrotnice przesunęły się ze zgrzytem. Gdybym nie złapała za klamkę, nie otworzyła drzwi, nie wsiadła, za jakiś czas pewnie wyszłabym za mąż za Piotrka, urodziła mu dzieci i zamieszkała w nowym bloku na Kabatach. Dobrze by nam się powodziło i wiedlibyśmy wygodny mieszczański żywot. Może nawet czułabym się szczęśliwa. Szczęśliwa, choć znudzona – dobre, przewidywalne życie zawsze jest nieco pretensjonalne i nudne.

Wtedy wydawało mi się, że nie chcę przewidywalności. Chciałam przeżyć coś mocnego. A doktor Krajewski na pewno mógł mi to dać.

Chwyciłam za klamkę i wsiadłam do środka.

Posłał mi przelotne spojrzenie, po czym odwrócił się w stronę przedniej szyby, wrzucił kierunkowskaz i włączył się do ruchu.

– Zapnij się – nakazał. – Gdzie cię podrzucić?

Przez moment mocowałam się z pasem. Rzadko jeździłam samochodem, a jeżeli już, to nigdy takim. Kumple mieli stare polonezy, maluchy, w najlepszym razie golfy po Niemcu, który wcale nie płakał, gdy je sprzedawał. A tutaj królowały jasnoruda skóra, chromowane klamki i obramowania zegarów oraz delikatny zapach sosny. Luksus i elegancja. Z głośników sączyła się nastrojowa muzyka fortepianowa.

Widząc moją nerwową szarpaninę z pasem, Krajewski wyciągnął dłoń i ledwie mnie dotykając, chwycił go i sam zapiął.

– Delikatnie… – powiedział, nie odrywając oczu od szyby. Dostrzegłam, że w kącikach ust zadrgał mu uśmiech.

– Czekałam na piętnastkę… – rzuciłam, żeby pokryć zmieszanie.

– A zatem wybierałaś się na Żoliborz. – Objechał plac i skręcił w Lwowską. – Gdzie dokładnie?

– Na plac Wilsona. Ale ja naprawdę nie chciałabym robić panu kłopotu.

– Panu? – Ukazał w uśmiechu rząd białych zębów, jednak nie wyglądał dzięki niemu ani mniej groźnie, ani bardziej ludzko. – Mów mi na „ty”. Mam na imię Miłosz.

– Wiem. – Głupio to zabrzmiało. Oczywiście, że wiedziałam, ale nie chciałam mówić mu po imieniu. To zawsze skraca dystans, a ja chyba wciąż się go bałam. – Ale… naprawdę mogłabym pojechać tramwajem.

– Mogłabyś, ale już nie musisz.

Postronki nerwów napięły mi się do granic wytrzymałości. Boże, jak on mi się podobał. Właśnie taki. Chmurny, irytująco pewny siebie. Diabelnie przystojny, mroczny, tajemniczy i dziwny.

Zachowywał się swobodnie. Wydawał się zrelaksowany, nieskrępowany moją obecnością. Jakbyśmy znali się od dawna. A może tak było?

– Po co jedziesz na Żoliborz? – dopytywał.

– Mam tam pracę.

– Jaką?

– Administruję sieć.

– Nudna robota.

– Ale dobrze płatna i nie zabiera zbyt wiele czasu. Nie przeszkadza mi w studiach.

Czerwone. Zatrzymaliśmy się na światłach przy skrzyżowaniu Hożej i Marszałkowskiej. Wreszcie odwrócił głowę w moją stronę. Przypatrywał mi się z uwagą.

– Miałbym dla ciebie inną pracę.

– Słucham?

– Mam znajomego w pewnej spółce. Właśnie szukają ludzi. Praca na zlecenie, programowanie, zarządzanie danymi. Nic wielkiego, ale na pewno bardziej inspirujące niż administrowanie biurową siecią.

– Ale…

– Dobrze płacą, a robota nie zabierze ci zbyt wiele czasu, nie przeszkodzi w studiach – powtórzył jak automat moje argumenty.

W coś grał, ale w co?

Pomarańczowe, zielone, ruszyliśmy. Zamiast skręcić w lewo w Marszałkowską, w stronę Żoliborza, Miłosz przeciął skrzyżowanie i pojechał prosto.

– Chyba źle jedziemy – rzuciłam skonsternowana.

– Dobrze jedziemy. Nie musisz jechać na Wilsona. Przecież powiedziałem, że mam dla ciebie lepszą pracę. Jutro wyślę ci szczegóły mejlem.

– Ale ja muszę…

– Oczywiście, że nie musisz. Nic nie musisz. – Na jego twarzy nie zadrgał żaden mięsień, w głosie przelewał się spokój. Cały ocean spokoju. – Nie mówmy już o tym. Są ciekawsze rzeczy niż praca. Na pewno jesteś głodna, zapraszam cię na obiad. Znam jedno fajne miejsce… Muszę tylko jeszcze gdzieś wpaść, dosłownie na chwilę.

– Gdzie?

– Na cmentarz w Aninie.

Zatkało mnie.

– Na cmentarz w Aninie?! – wydukałam. Nie wiem, co bardziej mnie uderzyło: ten cmentarz czy Anin. Gdzie, u diabła, jest Anin? Poczułam się nieswojo. – To jakiś żart?

– Wiem, że już prawie ciemno, ale dziś przypada rocznica śmierci mojej babci – wyjaśnił, bo chyba miałam dość nietęgą minę. – To nie potrwa długo. Nie masz nic przeciwko, prawda?

Znów zadecydował za mnie. Później miał to zrobić jeszcze wiele razy, a ja uwierzyłam, że tak powinno być. Że jestem na niego skazana, jesteśmy sobie pisani, a nasza historia nie zaczęła się w parku – Miłosz nigdy do tego nie nawiązał – a właśnie tam, na światłach przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Hożej.

Dzisiaj już nie jestem pewna, kiedy był początek. Niczego nie jestem pewna. Czy raczej – wiem bez wątpienia, że wielka machina przeznaczenia ruszyła wcześniej.

Wcześniej, niż mogłabym przypuszczać.

I

– Do Anina? Ja nie chcę jechać do Anina! I gdzie to w ogóle jest, mamo?

– Bronku, mój drogi, uspokój się. Już z ojcem zdecydowaliśmy, wyjedziemy po niedzieli. Nie ma sensu dusić się przez całe wakacje w Warszawie. Doprawdy, zachowujesz się jak dziecko. Ostudź emocje z łaski swojej i kończ czytać. Za dziesięć minut Aniela poda obiad w stołowym, wtedy wszystko dokładnie ci opowiem. – Ucinając dalszą dyskusję, matka zamyka drzwi pokoju. Jej kroki niosą się po korytarzu.

Bronek z ociąganiem odkłada na nocną szafkę książkę, której lekturę tak brutalnie mu przerwano, i podchodzi do otwartego na oścież okna.

Ciepły wiatr porusza firanką. Z dołu, z ulicy Siennej, dochodzą odgłosy rozmów przechodniów i stukot kół dorożki; od strony Marszałkowskiej dodatkowo echo skrzeczenia klaksonów i dzwonków tramwajów. W nos uderza go woń rozgrzanego miejskiego bruku. Charakterystyczna, nieco metaliczna, ostra. I wciąż nieoswojona.

Chociaż Bronek przeprowadził się z rodzicami do Warszawy pod koniec wakacji trzydziestego siódmego roku, czyli już niemal dziesięć miesięcy temu, nadal czuje się tu obco. Warszawa jest obca. Obcy wydają mu się jej mieszkańcy, a nawet ich twardy język, w którym próżno szukać słodkiego kresowego zaśpiewu. Bronek nie czuje się tu u siebie. U siebie był we Lwowie. Tam miał szkołę i przyjaciół, znał każdą ulicę i skwer, tam chodził na pierwsze seanse do kin Palace i Cassino, a wraz z ojczymem, zagorzałym kibicem piłkarskim, oglądał grę genialnego napastnika Pogoni Lwów, Matyasa.

Decyzja o przeprowadzce zapadła nagle, chociaż propozycja wygłoszenia cyklu wykładów w warszawskiej Klinice Dermatologii i Wenerologii składana była ojczymowi – wybitnemu doktorowi chorób zakaźnych – od lat. To matka długo sprzeciwiała się wyjazdowi. Uważała, że jej obowiązkiem jest doglądanie starzejącego się ojca. Profesor Winkler wymagał opieki. Bronek miał czternaście lat, kiedy stan dziadka zaczął się gwałtownie pogarszać. Pierwszym zwiastunem zmian były drobne, z pozoru nic nieznaczące wydarzenia. Bywało, że profesor zapominał, gdzie położył okulary, albo spóźnił się na obiad, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Potem przestał rozróżniać, jaki jest dzień tygodnia albo rok, a wreszcie nie potrafił sam znaleźć drogi z gabinetu do jadalni. Trzeba go było bezustannie pilnować. Lekarze stwierdzili, że to postępująca skleroza, że nie ma na nią, podobnie jak na starość, lekarstwa i jedyne, co można w tej sytuacji zrobić, to otoczyć profesora czułą opieką, czekając na ostateczne.

I tak wiosną trzydziestego siódmego roku, mimo wysiłków córki, Jerzy Winkler zmarł, a mniej więcej w tym samym czasie doktor Szymon Lieberman otrzymał ponownie ofertę z Warszawy. Już nie tylko z kliniki, ale i ze Szpitala Dziecięcego Bersohnów i Baumanów, gdzie mógłby wreszcie przeprowadzić badania nad intrygującym go od dawna zagadnieniem kiły wrodzonej.

Taka szansa mogła się drugi raz nie powtórzyć. Uznano zatem, że nadszedł właściwy moment na przeprowadzkę – tym bardziej że matce Bronka, Sofijce, która po śmierci profesora z trudem dochodziła do siebie, zmiana otoczenia także mogła wyjść na dobre.

Na nic się zdały fochy i dąsy Bronka, że wolałby zostać we Lwowie. Nikt na jego tupanie nóżką nie zwracał uwagi. Bo któż by pytał o zdanie zbuntowanego podrostka? Dzieci i ryby… Postanowiono, że od września będzie kontynuował naukę w stolicy. Koniec, kropka!

Jest zatem od roku Bronek warszawiakiem, chociaż wcale go to nie cieszy. Mimo że pogardzane miasto wygląda inaczej, niż je sobie wyobrażał. Na pewno jest mniej kosmopolityczne i otwarte na przyjezdnych niż Lwów, ale za to zupełnie ładne i nowoczesne. Że to niby „Paryż Północy”…

Rodzice kupili przestronne mieszkanie w uroczej secesyjnej kamienicy o bogato zdobionym frontonie, szerokich marmurowych klatkach schodowych i z elektryczną windą. Sama ulica elegancją i dostatkiem bije na głowę ich poprzedni adres na Serbskiej we Lwowie. Miejscowi mawiają nawet, że Sienna to prestiż, takie żydowskie Aleje Ujazdowskie. Daleko stąd do Dzielnicy Północnej, biedoty nalewkowsko-muranowskiej czy na Pragę. Daleko do szemranych rewirów, gdzie błoto, jednoizbowe mieszkania pożerane przez wszy i grzyb, gdzie gruźlica, sutenerstwo, żebractwo, kieszonkowe złodziejstwo, pijaństwo oraz dziury w płaszczach i chałatach. Zamiast tego, tuż obok pod numerem szesnastym, wypiętrza się dostojny gmach Towarzystwa Pracowników Handlowych. A kawałek dalej na wschód, za skrzyżowaniami z Wielką i Zielną, przy przecznicy z Marszałkowską, króluje warszawski blichtr i przepych – z setkami ekskluzywnych sklepów, restauracjami, cukierniami, kwiaciarniami, kinami i kabaretami, z wystrojonymi przechodniami, perlistymi dzwonkami tramwajów i warkotem samochodowych silników. W okolicy modnych adresów można wpaść na gwiazdy estrady, które dotąd znał Bronek jedynie z kinowego ekranu: Zulę Pogorzelską, siostry Halama, Dymszę albo samego Bodo, zawsze w towarzystwie doga wielkości dorodnego kuca. Po prostu nadwiślański high life.

Doktor ma stąd blisko do pracy w szpitalu dziecięcym, mama do sklepu kolonialnego pana Zahorskiego, w którym kupuje najprzedniejsze sery szwajcarskie i indyjskie herbaty, a Bronek na róg Marszałkowskiej, gdzie ogląda wystawę sklepu ze słodyczami Franboli. Czego tam nie ma! Naturalistyczne figurki koni, słoni, kotków, płotków, patery z ananasami i bananami, a nawet cygara, kufle na piwo, papierosy i butelki koniaku, a wszystko z czekolady i naturalnych rozmiarów.

Stąd wreszcie, co rano, wyrusza Bronek do swej nowej szkoły, męskiego gimnazjum znajdującego się nieopodal, przy Złotej. Niechętnie wyrusza, bo z rówieśnikami jakoś nie umie przełamać lodów. Niby go zaakceptowali, niby po koleżeńsku traktują, a jednak ze strony co poniektórych wyczuwa Bronek jakąś niechęć. Przez cały ubiegły rok, który wieńczyła mała matura, nie zdołał się w klasie zaaklimatyzować. I nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło; ot, różne małe uszczypliwości, niemal bezbolesne i niedokuczliwe, jak przypadkowe przegryzienie ziarenka pieprzu, ale jednak…

Z początku myślał, że to przez ten lwowski zaśpiew, który wciąż – mimo że próbował nad nim zapanować – czasami jeszcze wibrował w górnych rejestrach głosu i drażnił w odruchowo przeciąganych samogłoskach. A przecież starał się być Bronek miły dla nowych kolegów, serdeczny, otwarty i przyjacielski, nie szukał guza i z nikim nie zadzierał. Dobrze się uczył, a jednocześnie nie aż tak, by mu przypiąć łatkę kujona, żeby w kimkolwiek obudzić zawiść. Mundurki wszyscy nosili takie same, kanapki w szkolnych torbach podobne. Pozornie nic ich nie różniło. Pozornie…

Dopiero teraz, wraz z nastaniem wakacji, gdy na spokojnie analizuje ostatni rok, zaczyna rozumieć, że tę ścianę obojętności, która go od klasy oddziela, być może stworzyły znaki zapytania; koledzy po prostu czuli się zdezorientowani, nie wiedząc, kim tak naprawdę jest.

Widzą bowiem w jego sposobie bycia nieco irytującą, choć nieświadomie okazywaną wyższość, coś z butnego i pewnego siebie kresowego paniczyka, a przy tym specyficzną dla osób lepiej urodzonych powściągliwość. Z jednej strony patrzy on na świat orzechowym spojrzeniem Sofijki Winkler, z drugiej włos ma płowy, a w wyrazie zaciśniętych ust – rys arystokratyczny, odziedziczony po ojcu Polaku, Aleksandrze Chojnackim herbu Kornic, który zmarł, nim Bronek skończył dwa lata. A wszystko to okraszone jest nazwiskiem ojczyma, Żyda i ateisty.

Czy człowiek może być aż tak niedookreślony? Nie da się przecież stać okrakiem pomiędzy Nalewkami, z unoszącą się wokół wonią czosnku i niosącym się echem nawoływaniem: handele, handele!, a Nowym Światem i szelestem jedwabi od Herse’a. Nie można być Szwajcarią, kiedy rzeczywistość się radykalizuje; czytać na przemian „ABC” i „Wiadomości Literackich”. Siedzieć w ławkowym getcie i równocześnie na ławce w Ogrodzie Saskim. Nie można w nic nie wierzyć! Nie ubierać choinki w Boże Narodzenie i nie pościć w Jom Kippur!

To, co we Lwowie nikomu nie przeszkadzało – dla najbliższego otoczenia skomplikowana proweniencja Bronka nie była tajemnicą – w Warszawie wywoływało uniesienie brwi. Zresztą szesnaście lat to trudny wiek, coś się w człowieku rodzi, coś umiera, a wtedy świat staje się monochromatyczny. Jest albo czarny, albo biały, nie ma nic pośrodku, żadnych półcieni ani szarości. I zapewne właśnie tak postrzegali sprawy warszawscy koledzy Bronka, gdy tymczasem on wolał pozostać przezroczysty. Nie zamierzał przywdziewać cierniowej korony wschodnioeuropejskich marzeń o wielkości ani pogardzanej mycki, bo tak samo nie po drodze mu było do kościoła, co do bożnicy.

Dlatego niby był członkiem szkolnej społeczności, a jednak nim nie był. Niby koledzy uśmiechali się do niego na przerwach, ale po lekcjach nikt nie zaproponował spotkania, wyjścia na piłkę czy do kina.

Uciekł zatem Bronek na bezkresy prerii, w świat Karola Maya, czerwonych twarzy i dzikich mustangów. Tu jest dzielnym Apaczem, który walczy z groźnym Siuksem, nie będąc ani jednym, ani drugim. Tu nie musi wybierać…

Zerka z tęsknotą na książkę porzuconą na szafce. Wolałby poczytać niż słuchać o wakacjach w jakimś tam Aninie, lecz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

2

Dostępne w wersji pełnej.

II

Dostępne w wersji pełnej.

3

Dostępne w wersji pełnej.

III

Dostępne w wersji pełnej.

4

Dostępne w wersji pełnej.

IV

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

V

Dostępne w wersji pełnej.

6

Dostępne w wersji pełnej.

VI

Dostępne w wersji pełnej.

7

Dostępne w wersji pełnej.

VII, 8, VIII, 9…

Dostępne w wersji pełnej.

Epilog

Dostępne w wersji pełnej.

Copyright © by Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Fotografia na okładce

Copyright © Greg Ponthus

Redakcja

Katarzyna Sobiepanek-Szczęsna

Opieka redakcyjna

Monika Kucab

Agata Pieniążek

Adiustacja

Małgorzata Kuśnierz

Korekta

Pracownia Mole

ISBN 978-83-240-4680-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Historia złych uczynków Koma Zanim Zanim. Opowieść o życiu Marii Skłodowskiej-Curie Niebieskie migdały Upalne lato Gabrieli 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter