Aż do śmierci

Aż do śmierci

Autorzy: Jennifer L. Armentrout

Wydawnictwo: Filia

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.43 zł

Minęła dekada, odkąd Sasha Keeton wyjechała z rodzinnej miejscowości w Wirginii Zachodniej. Dziesięć lat odkąd uciekła seryjnemu mordercy znanemu jako Pan Młody. Teraz wraca, by pomóc matce w prowadzeniu rodzinnego pensjonatu i zderza się z przeszłością. Sashy znów ktoś grozi. Agent FBI Cole Landis przyrzeka o nią dbać, choć dziesięć lat temu nie zdołał zapobiec najgorszemu.

 

Kiedy kolejne kobiety znikają bez śladu, a w miasteczku pojawiają się niepokojące znaki, dziewczyna ocalała po ataku Pana Młodego znów zaczyna się bać. Cole nie wybaczył sobie, że nie pomógł Sashy, gdy została uprowadzona i teraz zamierza jej to wynagrodzić… Zadurzony w pięknej dziewczynie agent pragnie jej coraz mocniej. Jednak ktoś ich obserwuje. I czeka.

 

Pierwszy błąd Sashy może okazać się jej ostatnim.

Dla Ciebie,

Czytelnika i Czytelniczki

Istniały zasady.

Reguły, które nie powinny być łamane, ale tak właśnie się stało i, cholera, zapewne stanie się ponownie. Nieważne, że aż do tej chwili sytuacja była pod kontrolą. Nieważne, że przestrzegano zasad.

Teraz wszystko się zmieniło.

Wracała.

I znów mogła wszystko zniszczyć.

Zgarbiony, żałosny cień jęknął w kącie. Kobieta się budziła. Nareszcie. W tym, że w kluczowych momentach traciły świadomość, nie było nic zabawnego. Planowanie wymagało cierpliwości, a cierpliwość była cnotą, którą dzięki wieloletniemu oczekiwaniu opanował po mistrzowsku.

Zakrwawiony, brudny sznur biegł wokół nadgarstków i kostek. Kiedy kobieta powoli uniosła głowę i rozejrzała się po pomieszczeniu, z jej gardła wydobył się krzyk nieskończonego przerażenia, widocznego również w jej szeroko otwartych, przeszklonych oczach. Wiedziała. O tak, na pewno wiedziała, że stąd nie wyjdzie. Zdawała sobie sprawę, że promienie słoneczne, które widziała tego ranka w drodze do pracy, były ostatnimi, jakie ujrzała. Miała również świadomość, że po raz ostatni oddychała wtedy świeżym powietrzem.

Niewielkie pomieszczenie oświetlone sztucznym światłem stanie się jej domem. Wilgotna, ziemista woń będzie towarzyszyła jej przy ostatnim tchu, zapach ten przylgnie do jej włosów i porów skóry.

To będzie jej ostatnie miejsce.

Kobieta oparła głowę o wilgotny ceglany mur. Przerażenie w jej oczach przekształciło się w błaganie. Jak zawsze. Cholernie przewidywalne. I bezsensowne. Nie było nadziei. Nie istniała szansa na cud. Żaden rycerz w lśniącej zbroi nigdy nie przybywał im na ratunek.

Na schodach rozbrzmiały kroki. Chwilę później lekki śmiech odbił się echem od ścian. Kobieta spojrzała w sufit. Próbowała krzyczeć, piszczeć, ale z jej krtani wydobywały się tylko przytłumione dźwięki. Żałosne skomlenie ustało, gdy w słabym świetle błysnęła ostra stal.

Energicznie pokręciła głową, tak że blond kosmyki zasłoniły jej bladą twarz. Do brązowych oczu napłynęły łzy.

– To nie twoja wina.

Jej klatka piersiowa przy gwałtownych oddechach unosiła się pospiesznie.

– Gdyby nie wróciła, prawdopodobnie nic takiego by cię nie spotkało. To jej sprawka. – Zamilkł, a kobieta spojrzała na koniec noża. – Spieprzyła, więc odpłacę jej pięknym za nadobne w najbardziej okrutny ze sposobów.

Tym razem miało się to zakończyć tak, jak pierwotnie powinno. W końcu umrze, ale najpierw przyjdzie jej zapłacić. Za wszystko.

Rozdział 1

Gdy spojrzałam w lusterko wsteczne, serce zaczęło mi bić szybciej. Moje brązowe oczy wydawały się w tej chwili zbyt wielkie i za szeroko otwarte. Wyglądałam na przerażoną i tak właśnie się czułam.

Wzięłam głęboki wdech, chwyciłam torebkę i otworzyłam drzwi hondy, następnie wysiadłam. Gdy zamykałam drzwi, chłodne powietrze natychmiast dostało się pod cienki sweter. Poczułam zapach świeżo skoszonej trawy.

Postawiłam krok w kierunku pensjonatu, w którym się wychowałam. Nie przyjeżdżałam tu od lat, ale niemal nic się nie zmieniło. Wiatr kołysał pustymi huśtawkami. Z okien nie zwisały jednak krzaczaste paprocie, jak było kiedyś od późnej wiosny do wczesnej jesieni. Deski elewacyjne pomalowano niedawno na biało. Okiennice na ciemnozielono i…

Zaschło mi w gardle. Obsypała mnie gęsia skórka, a drobne włoski na karku się uniosły. Miałam złe przeczucie. Przez moment nie potrafiłam złapać oddechu.

Przeczucie było tak niepokojące, że aż przeszył mnie dreszcz. Kark palił jak wtedy, gdy on siedział tuż obok…

Obróciłam się i rozejrzałam po ogrodzie. Z przodu posiadłość otaczał wysoki żywopłot. Budynek znajdował się w sporej odległości od Queen Street – głównej ulicy miasta – mimo to słyszałam przejeżdżające tamtędy samochody. Nikogo nie widziałam. Rozejrzałam się wokoło. Ganek i podwórze były puste. Może ktoś stał w oknie pensjonatu? Nie, mimo że czułam niepokój, a mój puls przyspieszył, byłam w tej chwili sama.

Ponownie skupiłam się na zielonym żywopłocie. Rośliny rosły tak gęsto, że ktoś mógłby się za nimi skrywać, obserwując i czekając aż…

– Przestań. – Zacisnęłam wolną dłoń w pięść. – Masz paranoję, jesteś głupia. Przestań już. Nikt cię nie obserwuje.

Jednak serce nie chciało zwolnić, a moimi spiętymi mięśniami nadal wstrząsały dreszcze. Ta reakcja była instynktowna i czysto fizyczna.

Spanikowałam.

Lodowate szpony strachu zatonęły głęboko w mojej piersi. Pobiegłam w kierunku pensjonatu. Wszystko wokół rozmyło się, gdy wpadłam na schody i wspięłam się aż na samą górę.

Dopiero tam, w wąskim, cichym ganku, zdyszana, odczuwając mdłości, upuściłam torebkę, pochyliłam się i opierając ręce na kolanach, wzięłam kilka głębokich, choć nierównych oddechów.

Nie zatrzymałam się, by sprawdzić, czy po latach mojej nieobecności budynek się zmienił, nie zatrzymałam się, by znaleźć matkę. Pobiegłam, jakby gonił mnie sam diabeł.

Bo tak właśnie się czułam.

To był błąd.

– Nie – szepnęłam do sufitu. Oparłam się o ścianę i otarłam twarz. – To nie był błąd.

Opuściłam ręce, zmusiłam się, by otworzyć oczy, nadal biorąc głębokie wdechy. To tylko silna reakcja na powrót do domu po tym wszystkim, co się wtedy wydarzyło.

Kiedy wyjeżdżałam, zarzekałam się, że już nigdy tu nie wrócę.

Nigdy nie mów nigdy.

To powiedzenie nie chciało wyjść z mojej głowy, odkąd podjęłam decyzję o powrocie. Niemal nie potrafiłam uwierzyć, że się tu znalazłam, że zrobiłam to, czego obiecałam nigdy nie robić.

W dzieciństwie żywiłam przekonanie, że pensjonat nawiedzały duchy. Jak mogłoby być inaczej? Posiadłość w stylu gregoriańskim i przyległa powozownia były bardzo stare, pod nimi biegła podziemna kolejka, a plotka głosiła, że po krwawej bitwie nad Antietam schronili się tam ranni i umierający żołnierze.

W nocy skrzypiały deski podłogowe, a w pomieszczeniach panował chłód. Stare, słabo oświetlone schody dla służby przerażały mnie jak nic innego. Cienie zdawały się nieustannie przesuwać po wytapetowanych ścianach. Jeśli duchy istniały naprawdę, pensjonat o nazwie Szkarłatna Dziewoja powinien być ich pełen. Choć miałam dwadzieścia dziewięć lat i byłam w pełni dorosła, nadal uważałam, że jest nawiedzony.

Teraz przez zupełnie inne zjawy.

To, co snuło się po wąskich korytarzach górnych pięter, co stąpało na paluszkach po wypolerowanych podłogach i ukrywało się na zacienionych klatkach schodowych, było Sashą Keeton sprzed dekady, zanim… zanim w mieście, w którym nic się nie działo, pojawił się Pan Młody i wszystko zniszczył.

Poprzysięgłam sobie, że moja noga nigdy już nie postanie w tej mieścinie, ale jak mawiała babcia Libby – nigdy nie mów nigdy.

Westchnęłam, odsunęłam się od ściany i spojrzałam na korytarz.

Może nie miałabym duszy na ramieniu, gdybym jadąc międzystanową, nie usłyszała w radiu informacji o kobiecie, która zaginęła we Frederick. Zapamiętałam jej nazwisko – Banks. Była pielęgniarką w szpitalu Memorial. Mąż ostatni raz widział ją rankiem, gdy wyszła do pracy.

Oddech uwiązł mi w gardle, zimny pot zrosił skórę. Przy normalnym natężeniu ruchu z Frederick do Berkeley County jechało się jakieś czterdzieści pięć minut. Miałam lodowate palce, gdy poruszałam nimi, otwierając i zaciskając je w pięść.

Zaginięcie pojedynczej osoby było straszne i smutne, tragiczne bez względu na okoliczności. Zaginięcie kilku osób było przerażające, a gdy przebiegało według wzoru…

Przeklinając pod nosem, przegnałam te myśli z głowy. Zaginiona oczywiście nie miała ze mną nic wspólnego. W pełni rozumiałam, jak traumatyczne może być takie zniknięcie. Chciałam, by kobieta wróciła do domu cała i zdrowa. Miałam wielką nadzieję, że jej przypadek nie ma związku z moim.

Ani z tym, co przytrafiło mi się dziesięć lat temu.

Wczesnostyczniowy wiatr powiał po dachu. Wzdrygnęłam się, słysząc łomot. Serce zakołatało mi w piersi. Wystraszyłam się niczym myszka w pokoju pełnym głodnych kotów. To było…

Dzwonek telefonu wyrwał mnie z zamyślenia. Pochyliłam się, sięgnęłam do przepastnej torebki i pogrzebałam, aż natrafiłam palcami na płaski przedmiot. Wyciągnęłam komórkę, a gdy zobaczyłam, kto dzwonił, drgnęły mi kąciki ust.

– Sasho – powiedziała mama. Jej śmiech sprawił, że mój uśmiech się poszerzył. – Gdzie ty, u licha, jesteś? Widziałam twój samochód przed domem, ale ciebie nigdzie nie ma.

Skrzywiłam się lekko.

– Jestem na górze. Wysiadłam i zaczęłam iść, ale… – Nie chciałam przyznać się do tego, jak bardzo byłam zdenerwowana.

– Chcesz, bym do ciebie wyszła? – zapytała natychmiast. Mocno zacisnęłam powieki.

– Nie. Już w porządku.

Nastąpiła chwila ciszy.

– Sasho, skarbie, ja… – Urwała, więc mogłam jedynie zgadywać, co chciała powiedzieć. – Cieszę się, że w końcu jesteś w domu.

Dom.

Dla wielu dwudziestodziewięciolatek powrót do rodzinnego domu byłby porażką. Dla mnie – wręcz przeciwnie. Otworzyłam oczy, przełknęłam ślinę i ponownie westchnęłam.

– Idę na dół.

– Super, zejdź. – Znów się roześmiała, choć głos jej drżał. – Jestem w kuchni.

– Dobrze. – Mocniej ścisnęłam telefon. – Zaraz będę.

– Cieszę się, skarbie. – Rozłączyła się, a ja włożyłam komórkę do torebki.

Przez chwilę stałam nieruchomo, jakby nogi wrosły mi w podłogę, następnie skinęłam głową. Nadszedł czas.

W końcu nadszedł czas.

***

Byłam oszołomiona.

Wnętrze pensjonatu wyglądało zupełnie inaczej, niż je zapamiętałam. Przeszłam przez foyer zdumiona zmianami, jakie zaszły w tym miejscu przez dziesięć lat.

Trzymając torebkę, powoli przeszłam przez parter. Wazony pełne sztucznych storczyków były nowe, a z recepcji zniknęły stare krzesła. Dwa duże pomieszczenia zostały otwarte, tworzyły w tej chwili jedną wielką przestrzeń. Szarą farbę na ścianach zastąpiła kwiecista tapeta. Tradycyjne fotele z aksamitną tapicerką zamieniono na wysokie, obite zielono-białym grubym suknem i ustawiono przy nich stoliki, by można było swobodnie rozmawiać. Ceglany kominek został odnowiony i pomalowany na biało.

Kolejna niespodzianka czekała mnie w jadalni. Zniknął wielki, chłodny stół, przy którym musieli jeść wszyscy. Od zawsze go nienawidziłam. Wspólne posiłki były dla mnie krępujące. Zamiast niego stało tutaj pięć okrągłych stolików nakrytych białymi obrusami. Kominek został pomalowany tak samo jak ten przy recepcji. Ogień trzaskał za szybą. W rogu zainstalowano barek.

Szkarłatna Dziewoja w końcu przeniosła się do dwudziestego pierwszego wieku.

Czy mama wspominała o remoncie? Wielokrotnie rozmawiałyśmy przez telefon, odwiedziła mnie także kilka razy w Atlancie. Zapewne poruszyła ten temat, ale miałam w zwyczaju puszczać mimo uszu wszystko, co dotyczyło tego miejsca, więc najwyraźniej umknęło mi i to.

Ale remont był znaczący. Uświadomił mi, jak wiele lat minęło od mojej ucieczki. Poczułam ucisk w gardle, łzy napłynęły mi do oczu.

– Boże – mruknęłam, ocierając powieki grzbietem dłoni i mrugając pospiesznie. – Okej. Weź się w garść.

Policzyłam do dziesięciu i odchrząknęłam. Byłam gotowa spotkać się z mamą. Mogłam to zrobić bez smutku i postępowania jak rozgniewane, głodne dziecko.

Kiedy miałam już pewność, że nie rozpłaczę się jak bóbr, zmusiłam nogi do ruchu. Zapach pieczonego mięsa poprowadził mnie w głąb domu. Przesuwne drzwi z tabliczką „wyłącznie dla personelu” były zamknięte. Chwytając za klamkę, przeniosłam się do przeszłości, oczami wyobraźni zobaczyłam, jak przebiegam przez te same drzwi i wpadam w ramiona taty po pierwszym dniu w przedszkolu. W wyciągniętej ręce trzymałam obrazek namalowany farbkami. Przypomniałam sobie również, jak przeszłam przez te drzwi, gdy pierwszy raz złamano mi serce. Moją twarz znaczyły wtedy brud i łzy, ponieważ Kenny Roberts wepchnął mnie na placu zabaw w błoto. Zobaczyłam również siebie w wieku piętnastu lat, gdy dowiedziałam się, że tatuś już nigdy nie będzie na mnie czekał.

Zobaczyłam, jak przeprowadzam przez te drzwi chłopaka poznanego na wykładzie z ekonomii, aby przedstawić go mamie. Moje serce galopowało, gdy zalał mnie strumień wspomnień.

– Boże – powtórzyłam, odcinając się od przytłaczających myśli. Nie chciałam wracać wspomnieniami do spojrzenia tych błękitnych oczu. Gdyby tak się stało, myślałabym o nim przez następne dwanaście tysięcy lat, a w tej chwili naprawdę tego nie potrzebowałam. – Ależ jestem w rozsypce.

Pokręciłam głową i przesunęłam drzwi. Gdy zobaczyłam mamę za blatem ze stali nierdzewnej, gardło ponownie mi się ścisnęło. Stała tam, gdzie ostatni raz widziałam tatę, nim zmarł z powodu rozległego, niewykrytego wcześniej zawału serca.

Zapominając o strachu, który towarzyszył mi przez całą cholernie długą podróż, a także o tym, co usłyszałam w radiu, poczułam się, jakbym znów miała pięć lat.

– Mamo – jęknęłam, upuszczając torebkę na podłogę.

Rzuciłam się do niej biegiem. Minął rok, odkąd widziałam ją po raz ostatni – w zeszłe święta Bożego Narodzenia, gdy przyjechała do Atlanty, ponieważ wiedziała, że nie byłam jeszcze gotowa wrócić do domu. Minął zaledwie rok, a mama zmieniła się równie mocno jak pensjonat.

Jej długie do ramion włosy były bardziej siwe niż blond. Zmarszczki wokół brązowych oczu i cienkich ust pogłębiły się. Mama zawsze była przy kości – to po niej odziedziczyłam krągłe biodra, piersi, jak i brzuch, dobra, uda też – ale w tej chwili widziałam, że schudła przynajmniej o dziesięć kilo.

Zmartwiłam się, gdy mnie objęła. Przegapiłam to wszystko w zeszłym roku? Nie widziałam się z nią zbyt długo? Dekada to sporo czasu, nawet jeśli widuje się kogoś sporadycznie.

– Skarbie – powiedziała ochrypłym głosem. – Dziecko, tak się cieszę, że cię widzę. Jestem taka szczęśliwa, że przyjechałaś.

– Ja też – szepnęłam. Naprawdę tak się czułam.

Wcześniej nie chciałam wracać do domu, ale gdy objęłam mamę mocniej i zaciągnęłam się waniliowym zapachem jej perfum, wiedziałam, że postąpiłam słusznie. Mimo to niepokój wzrastał i zaczynał mnie pochłaniać.

Mama miała dopiero pięćdziesiąt pięć lat, ale dla śmierci kalendarz nie miał znaczenia. Nic go nie miało. Wiedziałam o tym z doświadczenia. Tata zmarł w młodym wieku, a dziesięć lat temu, gdy nie przekroczyłam jeszcze dwudziestki… niemal wydałam swe ostatnie tchnienie.

Rozdział 2

Metalowy stół ustawiony pod oknem z widokiem na werandę i ogród był w kuchni, odkąd sięgałam pamięcią. Głaszcząc jego blat, odnalazłam znajome wgłębienia. To przy nim rysowałam, gdy byłam mała i odrabiałam lekcje jako nastolatka.

Drzwi do starej kuchni, która służyła teraz za składzik i zaplecze, znajdowały się po drugiej stronie pomieszczenia i również miały tabliczkę „wyłącznie dla personelu”. Podobnie jak wszystko w wyremontowanej kuchni pomalowano je na biało.

Mama przyniosła dwa kubki kawy i usiadła naprzeciw mnie. W pomieszczeniu pachniało teraz jak w kawiarni, więc zapomniałam o wcześniejszych obawach.

– Dziękuję – powiedziałam, obejmując palcami ciepły kubek. Uśmiech nieznacznie rozciągnął moje usta. Naczynie zdobiły niewielkie świąteczne choinki. Chociaż Boże Narodzenie było dwa tygodnie temu i wszystkie dekoracje zostały zdjęte, kubki miały pozostać w użyciu przez cały rok.

Rozejrzałam się po kuchni i marszcząc brwi, zapytałam:

– Gdzie James? – James Jordan gotował dla nas przynajmniej od piętnastu lat. – Czuję, że coś jest w piekarniku.

– To, co czujesz, to dwie pieczenie. – Upiła łyk kawy. – I nastąpiły pewne zmiany. Goście muszą informować nas wcześniej, czy życzą sobie obiad, następnie gotujemy go na ich prośbę. Skraca to pracę i zapobiega marnowaniu żywności. – Umilkła. – James przychodzi tu teraz tylko trzy razy w tygodniu. We wtorki, czwartki i soboty. – Odstawiła kubek na blat. – Nasz interes wciąż stabilnie się trzyma, ale przy tych wszystkich budujących się wokół hotelach muszę się liczyć z każdym groszem. Pamiętasz, jak mówiłam ci o Angeli Reidy?

Przytaknęłam, więc ciągnęła:

– To nasza główna sprzątaczka, pracuje tu rano i przed południem od środy do niedzieli. Daphne wciąż jest z nami, ale postarzała się, więc zatrudniam ją teraz na niepełny etat. Dzięki temu ma więcej czasu dla wnucząt. Angela jest wspaniała, ale czasami roztrzepana i zapominalska. Zawsze nieumyślnie zatrzaskuje drzwi własnego mieszkania, więc trzyma już u nas zapasowe klucze.

Popijając ulubioną słodką kawę, zastanawiałam się nad tym, co mówiła mama. Większością prac zajmowała się sama. Wyjaśniało to głębsze zmarszczki wokół jej oczu, nowe wokół ust, jak i siwe pasma we włosach. Prowadzenie pensjonatu czy jakiegokolwiek innego interesu ze szczątkową załogą odbiłoby się na każdym. Zdawałam sobie sprawę, że ostatnia dekada nie była dla niej łatwa. Z różnych powodów.

Tych samych, dla których była trudna i dla mnie.

Czasami, choć nieczęsto, udawało mi się zapomnieć, co takiego trzymało mnie z dala od domu. Tych chwil było zaledwie kilka i dzieliła je spora przerwa, jednak istniały i otulały mnie niczym najcieplejszy koc. Życie toczyło się jak wcześniej. Jakbym mogła udawać, że byłam zwyczajną, uwielbiającą swoją pracę kobietą, a moja przeszłość jawiła się jako pospolita, wręcz nudna. Nie chodziło o to, że nie pogodziłam się ze wszystkim, co spotkało mnie i moją rodzinę. Aby dojść do siebie przez sześć lat chodziłam na terapię, mimo to chwile, gdy udawało mi się zapomnieć, wciąż były cenne i za każdym razem byłam za nie wdzięczna.

– Robisz wszystko sama, mamo? – Postawiłam kubek na stole i założyłam nogę na nogę. – To naprawdę dużo pracy.

– Jakoś… sobie radzę. – Mama uśmiechnęła się, lecz uśmiech nie dotarł do jej oczu o barwie whisky. Identycznych jak moje. – Ale jesteś już w domu. Nie będę robić wszystkiego sama.

Przytaknęłam i spuściłam wzrok.

– Powinnam była wrócić…

– Nie mów tak. – Mama wyciągnęła rękę przez niewielki stół i położyła ją na mojej dłoni. – Miałaś bardzo dobrą pracę…

– Moja praca polegała głównie na niańczeniu szefa i pilnowaniu, by nie zdradzał żony. – Urwałam, uśmiechając się. – Najwyraźniej nie byłam w niej najlepsza, skoro żona numer trzy właśnie jest na wylocie.

Mama pokręciła głową i wzięła swój kubek.

– Skarbie, byłaś asystentką człowieka, który prowadzi przynoszącą multimilionowe zyski firmę konsultingową. Byłaś odpowiedzialna za o wiele więcej niż tylko to, by trzymał zapięte spodnie.

Zachichotałam.

Jedyną rzeczą, jaką przejmował się mój szef, była liczba kobiet, które zamierzał przelecieć. Jednak powiedziała prawdę. Od pięciu lat moje życie składało się z pracy do późna, spotkań przy kolacjach i ciągłych zmian w lotach z jednego wybrzeża na drugie, a także dookoła świata. Miało to swoje plusy i minusy, więc porzucenie zajmowanego stanowiska nie przyszło mi łatwo. Jednak praca pozwoliła mi odłożyć sporo pieniędzy, dzięki czemu przeprowadzka powinna być nieco łatwiejsza do zniesienia.

– W Atlancie miałaś swoje życie – ciągnęła. Uniosłam brew. Praktycznie cały mój czas pochłaniał pan Berg. – I niełatwo było ci tu wrócić.

Spięłam się. Zmierzała do tego, prawda?

Ścisnęła moją dłoń.

Tak, z pewnością o to jej właśnie chodziło.

– Przez to miasto i wspomnienia nie było ci łatwo podjąć tę decyzję, wiem o tym, skarbie. Wiem. – Uśmiech znów zagościł na jej twarzy, ale widziałam w nim gorycz. – Rozumiem więc, jakie to dla ciebie trudne. Z czym musiałaś sobie poradzić, by wrócić, a wszystko to dla mnie. Nie lekceważ tego teraz.

Boże, znów zbierało mi się na płacz.

Tak, wróciłam dla niej, ale zrobiłam to… również dla siebie.

Zabrałam rękę, przy czym prawie przewróciłam kubek. Nie chciałam wybuchnąć płaczem, jak robiłam to wielokrotnie przy tym metalowym stole.

Mama oparła się na krześle.

– W środę dostarczono kilka pudeł – zaczęła, następie odchrząknęła. – James wniósł ci je na górę. Domyślam się jednak, że masz w samochodzie jakieś rzeczy.

– Tak – mruknęłam, gdy mama wstała i zaniosła swój kubek do zlewu przemysłowego. – Mogę je tam zanieść. To tylko ubrania. W dodatku po wielogodzinnej jeździe przyda mi się nieco ruchu.

– Możesz zmienić zdanie, gdy przypomnisz sobie, ile czeka cię schodów. – Umyła kubek. – Mamy w tej chwili jedynie trzy zajęte pokoje, dwa zwolnią się w niedzielę, a we wtorek wymelduje się para z trzeciego.

Dopiłam kawę.

– A co z dalekoterminowymi rezerwacjami?

Wycierając ręce, mama przedstawiła plan na następny tydzień. Zaimponowało mi, że zrobiła to z pamięci.

– Mogę ci teraz w czymś pomóc? – zapytałam, gdy skończyła.

Pokręciła głową przecząco.

– Dwie rodziny życzą sobie posiłki. Pieczeń jeszcze musi dojść. Ziemniaki mam już obrane i ugotowane. Gdybyś chciała pomóc podać obiad, to będzie dopiero za dwie godziny.

– Dobrze. – Podniosłam się, ale kątem oka dostrzegłam jakiś ruch.

Spojrzałam przez okno i zauważyłam, że na werandzie przesunął się cień. Drgnęły gałęzie jabłonki. Zmrużyłam oczy i przysunęłam się do szyby. Coś poruszyło się za pergolą, którą zwykle obrastała winorośl. Był to cień ciemniejszy niż ten rzucany przez żywopłot. Czekałam, aż ktoś się pojawi, a kiedy to się nie stało, rozejrzałam się po ogrodzie. Nie zauważyłam niczego, więc wróciłam wzrokiem do werandy. Leżak ogrodowy i inne krzesła były puste, jednak mogłabym przysiąc, że kogoś tam widziałam.

– Na co patrzysz, skarbie?

Nie miałam pojęcia, więc zamrugałam pospiesznie i pokręciłam głową. Obróciłam się do mamy.

– Chyba któryś z gości był na zewnątrz.

– Dziwne. – Przeszła obok wiszących garnków i zbliżyła się do kuchenki. – Żadnego z gości tu nie ma. Wszyscy wyszli. – Wróciłam spojrzeniem do okna, gdy mama wzięła rękawicę kuchenną. – Oczywiście mogłam nie zauważyć, że któryś wrócił – dodała, a dźwięk otwieranych drzwiczek piekarnika wypełnił kuchnię. – To się zdarzało.

Na zewnątrz nic się nie poruszało.

Pewnie w ogóle nikogo tam nie było. To tylko nerwy. I paranoja. Jak wtedy, gdy wbiegłam schodami. Powrót do domu postawił mnie na krawędzi zdrowych zmysłów. Wolałabym, by nikt mnie za to nie winił.

Przygryzłam wargę, wracając pamięcią do informacji zasłyszanych w radiu. Żołądek mi się skurczył i złączyłam dłonie.

– W wiadomościach słyszałam, że we Frederick zaginęła jakaś kobieta.

Mama zatrzymała się w połowie drogi do piekarnika. Spojrzała mi w oczy. Żółć w moim żołądku zawirowała, jakby wiło się tam stado węży.

– Dlaczego nic o tym nie wspomniałaś? – zapytałam.

Wpatrując się w piekarnik, nałożyła rękawicę.

– Nie chciałam cię denerwować i dokładać ci zmartwień. – Pokręciła lekko głową. – Nie chciałam też, byś zmieniła zdanie co do przyjazdu.

Odetchnęłam nieznacznie. Uważała, że sobie nie poradzę? Że przez zaginięcie tej kobiety zmienię zdanie? Nie byłam już tak krucha jak tuż po tym, co się stało.

– To, co spotkało tę kobietę, jest straszne, ale wiesz, jak mawiają. Sprawca większości zaginięć to osoba znana ofierze – powiedziała. – Zapewne winny jest mąż.

Gdy mnie to spotkało, sprawcą nie był nikt znajomy. Był obcy. Nie wiedziałam o jego nadejściu, póki nie okazało się, że jest za późno.

***

Kilka godzin po tym, jak pomogłam podać obiad uroczej starszej parze zajmującej pokój na drugim piętrze i rodzinie z dzieckiem, która przyjechała z Kentucky w odwiedziny do krewnych, stałam pośrodku swojego nowego mieszkania.

Boże, dziwnie było tu wrócić.

Wszystko było takie samo, a jednak inne.

Poradziłam sobie z podaniem obiadu, ale czułam się dziwacznie, robiąc coś, co nawet po tylu latach było dla mnie instynktowne. W pewnym sensie znów zostałam asystentką. Zupełnie jak w przypadku pracy dla pana Berga musiałam zatroszczyć się o sprawy, które wymagały uwagi. Miały tylko inną naturę. Musiałam na przykład uzupełnić gościom napoje czy pozbierać brudne talerze.

Sprzątanie wciąż było do bani, zupełnie tak, jak je zapamiętałam.

Jednak automatycznie zbierałam wszystko ze stolików i wkładałam naczynia do zmywarki, podczas gdy mama poszła pościelić łóżka. Mój umysł był błogo pusty, póki nie znalazłam się na górze.

Poddasze zostało przerobione na dwa i pół mieszkania. Tata zmarł, zanim to trzecie ukończono, od tamtej pory jego wystrój się nie zmienił. Niedokończone mieszkanie znajdowało się pośrodku, oddzielając od siebie pozostałe. Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek zostanie do końca przygotowane, nie widziałam w tym sensu. Nie wydawało się, bym w niedalekiej przyszłości potrzebowała tej przestrzeni.

Ani w jakiejkolwiek innej.

Bezwiednie uniosłam prawą rękę do lewej dłoni i potarłam palec serdeczny. Nawet po ucieczce z tego miasta i sześcioletniej terapii nie sądziłam, bym mogła założyć suknię ślubną lub pozwolić, by ktokolwiek włożył mi na palec obrączkę.

Terapeutka mówiła, że to minie, ale mocno w to wątpiłam. Nie umiałam się zmusić, by pójść na trzeci ślub mojego byłego szefa. Cała ceremonia przyprawiała mnie o mdłości.

Uświadamiając sobie, co robię, opuściłam lewą rękę i skupiłam się na mieszkaniu.

Nie było takie, jakim je zostawiłam. Podejrzewałam, że mama musiała tu co nieco pozmieniać. A może po usunięciu rzeczy babci przestrzeń wydawała się większa. Pokoje pachniały jak ciasto z dyni, nie był to zapach wilgoci czy starości, ale przyjemna, kojąca woń.

Otwarty aneks kuchenny w części salonowej był wyposażony w lodówkę, mikrofalówkę i zlew. Przy wyspie brakowało tylko wysokich stołków. Moja kanapa o pięknych, grubych poduchach została przewieziona z Atlanty wraz z innymi potrzebnymi rzeczami. Na jej oparciu leżały szare koce, miękkie i ciepłe, w które można się było zawinąć.

Sypialnia sprawiała wrażenie przestronnej. Miała garderobę, jednak łazienka była wąska, znajdowała się pomiędzy salonem a sypialnią. Stała w niej wanna na lwich łapach, która z powodu braku miejsca spełniała również funkcję prysznica.

Resztę wieczoru spędziłam na rozpakowywaniu rzeczy, co ograniczyło się mniej więcej do podłączenia telewizora i porozkładania ubrań na półkach – ubrań, które powinnam była oddać potrzebującym. Po ułożeniu ich wszystkich we właściwych miejscach okropnie bolały mnie ręce.

Było po północy, gdy weszłam do łazienki, by opłukać twarz. Pochylałam się nad białą umywalką, wcierając płyn do demakijażu, następnie zmyłam wszystko wodą. Z zamkniętymi oczami sięgnęłam po ręcznik, który powiesiłam wcześniej na wieszaku, aż trafiłam palcami na miękki materiał. Osuszyłam twarz, opuściłam ręcznik i uniosłam powieki.

Stanęłam oko w oko ze swoim odbiciem.

Odskoczyłam o krok i uderzyłam plecami o drzwi.

– Cholera – mruknęłam, przewracając oczami. Chciałam wziąć szczoteczkę do zębów, ale odetchnęłam głęboko i zrobiłam coś, czego nie robiłam od bardzo dawna.

Przyjrzałam się sobie.

Uważnie.

Ponieważ minęły wieki, odkąd to ostatnio robiłam, i stałam się dobra w niepatrzeniu na siebie, zostałam mistrzynią w nakładaniu makijażu bez lusterka. W ten sposób potrafiłam pomalować sobie nawet oczy, nałożyć eyeliner na górną powiekę.

Moje brązowe tęczówki nie były tak ciemne jak u taty. Były cieplejsze, jaśniejsze, jak u mamy. Jasne włosy ściągnęłam rano w kok na czubku głowy. Jeślibym je rozpuściła, sięgałyby mi do połowy pleców. Gdyby nie moja kwadratowa żuchwa, moja twarz miałaby klasyczny kształt serca.

Chwyciłam się krawędzi umywalki i przysunęłam do lustra.

Chyba w pierwszej klasie szkoły średniej dorosłam w końcu do swojego nosa i swoich ust, a przynajmniej takie miałam wrażenie, ponieważ w dzieciństwie wydawały się gigantyczne, więc nie wyglądało to zbyt atrakcyjnie. Usta odziedziczyłam po babci, żuchwę po tacie. Figurę i oczy miałam po mamie.

Dopiero w liceum zdałam sobie sprawę, że z brzydkiego kaczątka wyrosłam na uroczą blondynkę. W tej chwili sądziłam, że wyglądam jak kobieta, która piekła szarlotki dla sąsiadów i usilnie pracowała nad poczęciem trzeciego dziecka.

Kąciki ust uniosły się odrobinę, ale uśmiech był słaby, smutny i trochę pusty. Pod oczami miałam lekkie cienie, które zdawały się nigdy nie blednąć, bez względu na upływające lata czy pogodzenie się z sytuacją.

Gdybym mogła cofnąć się w czasie, powiedziałabym dziewiętnastoletniej Sashy, żeby żyła pełnią życia. By chodziła na imprezy bractwa, na które była zapraszana. Aby nie kładła się do łóżka zbyt wcześnie i budziła się późno. Aby bardziej w siebie wierzyła. Aby znała swoje zalety, gdy patrzy w lustro.

Aby się nie wahała i dała szansę związkowi z chłopakiem poznanym na wykładzie z ekonomii.

Żałowałam, że nie doświadczyłam tego zanim… zanim znalazł mnie Pan Młody. Ten człowiek odebrał mi wszystkie pierwsze doświadczenia i zmienił je w coś obrzydliwego i okrutnego.

Zacisnęłam usta i jeszcze raz uważnie się sobie przyjrzałam. Różowe palce u stóp wystawały spod nogawek jeansów. Położyłam ręce na pełnych biodrach, po czym przesunęłam je wyżej, aż do talii. Jak wyglądałam nago?

Naprawdę nie miałam pojęcia.

Nawet rozbierając się przez te lata przed mężczyznami, nie przyglądałam się sobie. Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, nigdy przed nikim nie stanęłam w pełni naga.

Miałam ku temu powód.

A mówiąc dokładnie, nawet dwa.

Ponieważ nie czułam się dobrze na ścieżkach, do których prowadziły mnie moje myśli, przestałam się nad sobą zastanawiać. Pospiesznie dokończyłam mycie, wyłączyłam światło i wyszłam z łazienki.

Nim wskoczyłam do nieznanego łóżka, przeszłam przez salon i kuchnię. Płytki podłogowe były zimne. Na widok klucza do mieszkania, który mama musiała zostawić na blacie, przypomniałam sobie, by dopiąć go do pęku innych. Tuż za wyspą znajdowały się drzwi. Każde mieszkanie miało osobne wyjście na drewniane schody prowadzące na wąską zewnętrzną klatkę schodową.

Podeszłam do drzwi wejściowych i dwukrotnie sprawdziłam zamki. Żołądek znów skurczył mi się z nerwów. Zaniepokojona pociągnęłam za klamkę, by się upewnić. Były zamknięte. Stuprocentowo. Odetchnęłam z ulgą i poszłam do łóżka, naciągnęłam miękką kołdrę po sam podbródek i… wpatrzyłam się w ciemny sufit. Nawet wykończona po podróży i skołowana emocjami związanymi z przeprowadzką i niemal niekończącym się rozpakowywaniem ubrań nie potrafiłam zamknąć oczu.

Sen nie przyszedł łatwo. Nie przychodził od… cóż, odkąd miałam dziewiętnaście lat. Sen oznaczał niewiedzę i niemożność obrony. Po wszystkim przez sześć dni każda komórka mojego ciała walczyła, by nie zasnąć, ale biologia w końcu wygrała, czego później żałowałam.

Teraz też odpłynęłam, a gdy tak się stało, wszystko przebiegło jak zwykle.

Przywiera czołem do mojego, więc wiem, że nie jest gotowy mnie puścić – nigdy nie jest, co właśnie w nim lubię. Kocham nawet.

– Musisz wrócić do środka – mówię do niego, gdy zabieram ręce z jego piersi. – Nadal czeka cię sporo nauki.

– Tak – mruczy, ale nie odchodzi. Muska wargami mój policzek, aż z niespieszną dokładnością odnajduje moje usta. Całuje mnie czule, przeciągając pieszczotę, aż jestem bliska poproszenia go, by zapomniał o nauce. Jednak wkrótce się odsuwa i podnosi zapomniany plecak. Zakłada mi go na ramię, wyciągając moje włosy spod szelki. – Zadzwonisz później?

Później oznacza bardzo późno, ale się zgadzam.

– Uważaj na siebie – mówi.

Uśmiecham się, ponieważ to on ma niebezpieczne zajęcie, gdy nie jest obecny na wykładach.

– Ty na siebie też. – Macham mu i odwracam się, bo jeśli tego nie zrobię, on również się nie ruszy i będziemy stać przed biblioteką uniwersytecką przez pół nocy, całując się.

Jestem w połowie trawnika, gdy woła za mną:

– Zadzwoń, kochanie. Będę czekał.

Uśmiechając się, ponownie mu macham i spieszę przez trawnik, udając się ścieżką przy budynku wydziału fizyki, prowadzącą na parking. Zrobiło się późno, słońce już zaszło, przez gęste chmury nie widać gwiazd. Parking jest słabo oświetlony, ponieważ latarnie są zasłonięte przez drzewa, a uczelnia nic z tym jeszcze nie zrobiła. Na placu znajduje się tylko kilka pojazdów, więc kiedy schodzę niewielkimi schodami, dostrzegam swoje auto.

Zwalniam, przemierzając popękany beton. Z lewej strony mojego volkswagena stoi ciemny bus dostawczy. Nie było go tam wcześniej, przez co czuję niewielki niepokój.

Zbliżając się, przygryzam wargę. Jednocześnie wpatruję się w ciemne wnętrze pojazdu. Nie widzę, by ktokolwiek siedział za kierownicą. Nachodzi mnie straszna myśl – co jeśli ktoś ukrywa się z tyłu? Jednak natychmiast wyrzucam ją z głowy, ponieważ pomimo tego, co ostatnio słychać o Panu Młodym, wiem, że mam paranoję. To tylko zwykły samochód, a ja przesadzam.

– Nie bądź głupia – mówię sobie, wchodząc pomiędzy busa a własne auto. Staję przed drzwiami, przekładam plecak do przodu i rozpinam kieszonkę, by wyciągnąć klucze.

Wtedy to słyszę. Zgrzyt metalu, gdy boczne drzwi za moimi plecami odsuwają się, a czas zwalnia. Trafiam palcami na klucze, jednocześnie odwracając się w bok. Otacza mnie dziwny zapach, otwieram więc usta, by nabrać powietrza, ale wzięłam już swój ostatni oddech. Opada na mnie ciężka ręka. Cofam się, przeszywa mnie strach. Druga ręka otacza mnie w pasie, unieruchamiając moją prawą. Dziwnie gorzki zapach jest wszędzie, zatyka mi nos i usta, gdy otwieram je, by krzyknąć, a serce galopuje w mojej piersi jak szalone. Unoszę nogi, chcąc kopać, ale jest za późno.

Za późno.

– Nie walcz ze mną – szepcze mi do ucha. – Nigdy ze mną nie walcz.

Poderwałam się, gwałtownie próbując nabrać powietrza. Rozejrzałam się po ciemnym, nieznanym pomieszczeniu. Serce biło mi jak oszalałe i poczułam mdłości. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajdowałam. Kilka sekund zajęło mi zorientowanie się, że byłam w swojej sypialni, w pensjonacie Szkarłatna Dziewoja, w mieście Berkeley County.

– To tylko koszmar – szepnęłam, ponownie się kładąc. – To nic.

Koszmary były normalne, przynajmniej tak twierdziła moja terapeutka. Miałam je mieć zapewne do końca życia, ponieważ moja podświadomość wciąż nie pogodziła się z tym, co mnie spotkało. Miewałam je przynajmniej trzy razy w tygodniu, choć już od dawna nie śniłam o tamtej nocy.

Nie było mowy, bym w tej chwili ponownie zasnęła, więc gapiłam się w sufit tak długo, aż przez niewielkie okienko obok łóżka zakradł się świt. Do tego czasu zapomniałam o koszmarze.

Wątpiąc, że zejdę na dół przed mamą, wzięłam szybki prysznic, wysuszyłam włosy i związałam je w kok. Ponieważ styczeń był tutaj chłodniejszy niż w Atlancie, włożyłam na siebie czarny luźny sweter, a na nogi kraciaste getry, które nie miały litości dla moich ud, ale przynajmniej były wygodne.

Ziewając, zasłoniłam usta ręką, wróciłam do łazienki i zamarłam. Zmarszczyłam brwi, rozglądając się po pomieszczeniu.

– Kurde – mruknęłam, uświadamiając sobie, że zostawiłam kosmetyczkę w torbie na tylnym siedzeniu samochodu.

Niech to szlag.

Obróciłam się i podeszłam do ławeczki stojącej przed łóżkiem w sypialni. Pod nią znajdowały się moje klapki. Nasunęłam je, wiedząc, że mama skrzywi się na widok takiego obuwia, ale był to nawyk, którego nie umiałam się wyzbyć, nawet gdy padał śnieg. Wyciągnęłam kluczyki z torebki, następnie wzięłam klucz od mieszkania.

Zamiast wyjść frontowymi drzwiami pensjonatu, udałam się do tylnych, korzystając z klatki schodowej dla personelu. Skuliłam się, gdy chłodne poranne powietrze owiało mój jeszcze wilgotny kark. Klapki klapały na stopniach – schodach, z których najprawdopodobniej spadnę w zimie. Przemierzając werandę, próbowałam zaczepić klucz do mieszkania w pęku pozostałych.

Każdy oddech uwidaczniał się w białych obłoczkach, gdy wyszłam zza rogu pensjonatu i przechodziłam przez trawnik. Źdźbła trawy na moich nagich stopach były lodowato zimne. Weszłam na kostkę brukową i udałam się do auta zaparkowanego przed starą powozownią, wdzięczna, że żaden z gości jeszcze nie wstał. Myśląc, że zdążę nałożyć makijaż, nim będę musiała pomóc mamie z podaniem śniadania, stanęłam przed autem.

I opadła mi szczęka.

– Boże…

Zamrugałam, bo nie mogłam uwierzyć własnym oczom, jednak z moim wzrokiem wszystko było w porządku. Żołądek mi się ścisnął, żółć podeszła do gardła, gdy zbliżyłam się o krok do pojazdu. Pod stopami zazgrzytało szkło.

Szkło, które powinno być w samochodzie, nie na betonie.

Ale wybito mi wszystkie szyby. Co do jednej.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

* * *

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Epilog

Podziękowania

Reklama 1

Reklama 2

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Till Death

Till Death © 2017 by Jennifer L. Armentrout

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2018

Projekt okładki: zero-media.net, München

Przekład: Katarzyna Agnieszka Dyrek

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

eISBN: 978-83-8075-442-3

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lucyfer Aż do śmierci Co przyniesie wieczność Ostatnie tchnienie t3 Oblivion Onyks 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer