Żona wyklęta

Żona wyklęta

Autorzy: Anna Śnieżko

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 29.99 zł

Historia starszego sierżanta Władysława Grudzińskiego „Pilota”, żołnierza z oddziału „Roja”, nie wyszła na światło dzienne przez 70 lat. Opowieść jego ukochanej pozwala spojrzeć na losy wyklętych inaczej. Oczami młodej dziewczyny, Anastazji.

Nie mogę ślubować ci miłości oficjalnie, ale mogę to zrobić przed tym obrazem Panny Maryi oraz w obecności świadków – mówił on.

Władzę ludową zdradziłaś. Z bandytą się zadawałaś! Uparta suka. Weź ją w obroty! – krzyczeli oprawcy.

Zabiją cię, jeśli się dowiedzą. Celowo pobiją mnie tak, żebym ciebie poroniła. Lepiej nic nie mówić, może przetrwamy – szeptała swojemu nienarodzonemu dziecku w katowni UB.

To opowieść o miłości do żołnierza wyklętego, o sile wiary w najczarniejszych czasach stalinizmu. O poczuciu obowiązku wobec Ojczyzny tych, którzy nie zgadzali się na zniewolenie. To historia dwojga ludzi toczących walkę, za którą nikt im nie dziękował i której długo nikt nie docenił.

Babci Anastazji –

niezłomnej bohaterce i wspaniałej kobiecie,

w podzięce za miłość i mądrość,

którymi mnie obdarowała,

książkę tę poświęcam.

Wstęp, czyli dwie miłości

Pojedziesz ze mną pod krzyż? – zagadnęła babcia Anastazja pewnego czerwcowego dnia.

– Jaki krzyż? – spytałam.

– Zobaczysz.

Pojechaliśmy we trójkę: mój mąż, babcia i ja. Droga prowadziła w stronę wsi Popowo Borowe. Na miejscu minęliśmy jakieś stare wiejskie zabudowania, po czym Arek zatrzymał samochód na skraju drogi. Wśród pól, oddzielony od szosy tylko szpalerem drzew, stał na postumencie prosty kamienny krzyż. Babcia z wnukiem podeszli do niego w milczeniu i położyli pod nim kwiaty. Podążyłam za nimi i zobaczyłam na pomniku tablicę z nieco już zatartym napisem:

Polegli w walce o wolną Polskę w latach 1940–1951 żołnierze AK, NSZ, NZW

por. Władysław Grudziński ps. Pilot, lat 23

Kazimierz Chrzanowski ps. Wilk, lat 27

Czesław Wilski ps. Brzoza, lat 21

Hieronim Żbikowski ps. Gwiazda, lat 21

Gloria victis, Popowo 1993 r.

– Miejscowi postawili ten krzyż wkrótce po śmierci Władka i jego podkomendnych – cicho wyjaśniła mi babcia. – Ale dopiero czterdzieści trzy lata po tamtych wydarzeniach mogliśmy umieścić na nim tablicę z nazwiskami.

– To nie jest grób? – spytałam.

– Nie – zaprzeczyła. – Nie wiemy, gdzie został pochowany, a raczej razem z innymi wrzucony do dołu. Chodziły słuchy, że gdzieś w popławskich lasach, ale nigdy nie mogłam sprawdzić tych pogłosek.

Umilkła i staliśmy w ciszy. Byłam tu po raz pierwszy, babcia pewnie po raz sześćdziesiąty któryś, jak co roku w rocznicę śmierci „Pilota”. Patrzyłam na jej skupioną twarz. Z uporem, wbrew światu i upływowi czasu, przez wszystkie te lata kultywowała pamięć tego żołnierza bez grobu i bez bitewnej chwały.

Babcia zaczęła się modlić: „Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie…”, i dołączyliśmy do niej.

Lubiłam chodzić do babci. Siadałam w wielkim staroświeckim fotelu, częstowana jej przepysznymi potrawami, sokami, nalewkami i prowadziłam z nią długie rozmowy. Nie była moją babcią, lecz mojego męża, więc częstym tematem tych rozmów była ich rodzina. I miłość.

– Mój wnuk nie ma łatwego charakteru – powiedziała mi kiedyś jako świeżej mężatce – ale nigdy cię nie opuści ani nie oszuka. Jest taki sam jak mój Władek.

– Władek? – zapytałam zdziwiona. Wiedziałam, że zmarły mąż babci nosił inne imię.

– Moja pierwsza i jedyna miłość. Ojciec mojej córki i dziadek Arka.

– Umarł?

– Zginął. Był niewiele starszy ode mnie, miał 23 lata, kiedy go zabili…

– Kto? Kiedy? – pytałam coraz bardziej zaskoczona.

– W 1950 roku. Za Polskę – dodała po sekundzie milczenia.

– Nie rozumiem.

Babcia popatrzyła na mnie pobłażliwie.

– Przecież studiowałaś historię – powiedziała z lekkim przekąsem. – Nigdy nie słyszałaś o Żołnierzach Wyklętych?

Milczałam skonsternowana. Przypomniałam sobie jakieś mgliste wzmianki o walkach w powojennej Polsce, historię „Ognia”, z którą zetknęłam się przypadkiem na Podhalu, czy „Łupaszki”, o którym czytałam w życiorysie Pawła Jasienicy. Samo jednak określenie „Żołnierze Wyklęci” było mi zupełnie obce.

– Ich walka była jak dmuchanie naprzeciwko wichury – powiedziała starsza pani – ale zasługiwała na szacunek.

– Opowiedz mi o Władku – poprosiłam.

– Może kiedyś, nie teraz – pokręciła głową. – Przez większość życia ukrywałam tę historię, jest dla mnie zbyt bolesna.

Każda książka jest jak rzeka – ma swoje źródło. Ta opowieść bierze swój początek w miłości. W silnym, gorącym uczuciu, jakie w złym czasie przytrafiło się Anastazji i Władkowi, a po wielu latach także mnie i Arkowi.

Poznałam mojego przyszłego męża w jakiejś wsi rzuconej wśród mazowieckich pól i lasów, na wyjazdowej konferencji historycznej, na którą pojechałam nieprzekonana, mimo że historia od zawsze była moją pasją. Arek wyszedł po mnie na prośbę organizatorów, bo po męczącej podróży nie mogłam znaleźć drogi do budynku, w którym odbywało się spotkanie. Już na miejscu zaprosił mnie na kawę i zaczęliśmy rozmawiać. Szybko wzbudził moje zainteresowanie: był nietypowy, stonowany, o uważnym spojrzeniu i nieco staroświeckim zachowaniu. On też patrzył na mnie z zaciekawieniem. Podobały mu się moje opinie i sądy.

Wkrótce zamiast konferencją zaczęliśmy interesować się sobą i szybko staliśmy się nierozłączni. Kolejne dni pełne były wykładów i dyskusji, ale my wymykaliśmy się na spacery po rozległym, pięknym lesie, który rozpościerał się nieopodal, i prowadziliśmy niekończące się rozmowy. Nie zauważałam bólu poranionych stóp obutych tylko w lekkie sandałki nienadające się do leśnych wypraw.

Któregoś dnia chodziliśmy po lesie aż do wieczora. Gdy zapadał zmierzch, nad spokojnym leśnym duktem zaczęły skrzyć się pierwsze gwiazdy i Arek wziął mnie za rękę.

– Popatrz, światełka. – Wskazał nagle mrowie migoczących punkcików przed nami.

– Co to? – zdziwiłam się. Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

– To świetliki. Całe chmary świetlików.

Przystanęliśmy, obserwując fruwające ogniki.

– Przecież dzisiaj jest noc świętojańska – przypomniałam sobie nagle.

– Rzeczywiście. Zakwita kwiat paproci – powiedział.

„Pocałuj mnie wreszcie” – pomyślałam, a on jakby odgadł moje myśli.

Nie wiedzieliśmy wtedy, bo i skąd, że w tę jedną jedyną w roku szczególną noc powtarzaliśmy poniekąd to, co wcześniej przydarzyło się Anastazji i Władkowi.

Przez następne miesiące naszym głównym zajęciem i przeznaczeniem stały się podróże, kierunek Małopolska–Mazowsze i z powrotem. Poznałam rodzinę Arka, zawczasu uprzedzona o silnych więzach łączących ich na podobieństwo klanu. Ale największy respekt pomieszany z obawą czułam przed seniorką rodu, o której Arek opowiadał zawsze ze szczególną rewerencją i blaskiem w oczach. Kiedy pierwszy raz zabrał mnie do jej dwupokojowego, gustownie urządzonego mieszkania w starej kamienicy w Legionowie, szłam na to spotkanie niemal jak sparaliżowana. Drzwi otworzyła nam starsza, elegancka kobieta, uśmiechnęła się i objęła mnie uważnym spojrzeniem – a ja zauważyłam, że oczy babci i wnuka są do siebie bardzo podobne. Podała mi rękę, a ja, ujmując jej dłoń, spontanicznie rzuciłam się jej na szyję. Przytuliła mnie bez cienia wahania, zdecydowanym gestem.

Szybko zorientowałam się, z jak bardzo niezwykłą, radosną i energiczną osobą mam do czynienia. Zawsze wyprostowana, elegancka w zachowaniu i wyglądzie, nie ubierała się staromodnie ani ekstrawagancko – była to raczej moda ponadczasowa. Ale największą siłą i urokiem babci był uśmiech rozświetlający i odmładzający całą jej postać, promieniujący także na otoczenie.

– Ile ona ma lat? – spytałam cicho Arka, kiedy gospodyni parzyła kawę w kuchni.

– Ponad osiemdziesiąt, a co? Nie wygląda?

– To mało powiedziane. Spodziewałam się, że poznam babcię, a spotkałam damę.

– Mówiłem, że jest niezwykła – powiedział Arek z dumą. – Potrafi być troskliwą i wyrozumiałą kobietą, która gotuje najlepsze na świecie przysmaki, ale umie też być mądrym doradcą, gotowym wysłuchać każdego problemu, zachować dyskrecję i rozsądnie doradzić. Do tego jest wesołkiem: śmieje się z byle powodu albo i bez powodu.

Wtedy, po śmierci męża, od kilku lat mieszkała już sama, ale nie pozwoliła nikomu sobie pomagać. Mimo wieku i chorób starała się być w miarę możliwości niezależna.

To pierwsze spotkanie naznaczone serdecznością i wsparciem, jakimi babcia mnie obdarzyła, określiło moje przyszłe z nią stosunki.

O to, by opowiedziała mi o swojej i Władka miłości, prosiłam Anastazję jeszcze kilkakrotnie. Pobraliśmy się z Arkiem i przeprowadziłam się do Legionowa, więc częściej teraz do niej zachodziłam. Widziałam, że nie jest już tak zdecydowanie przeciwna i zastanawia się nad moją prośbą. W końcu odparła:

– Chyba nareszcie powinnam.

Podczas następnej mojej wizyty u niej czekał na mnie rozłożony na stole rodzinny album.

– To ja z Władkiem. – Wyjęła czarno-białą fotografię i położyła przede mną. – Nasze jedyne wspólne zdjęcie.

Zobaczyłam uśmiechniętą twarz partyzanta i stojącą przed nim dziewczynę z figlarną miną. Od obojga promieniowały radosna młodość, miłość i nadzieja szczęścia, utrwalone na fotograficznej kliszy.

– A to? – spytałam, wskazując na inną fotografię, którą również wyjęła z albumu.

– To moje zdjęcie więzienne – odparła.

Przyjrzałam się uważnie kartonikowi z portretem tej samej dziewczyny, zrobionym dwa lata później. Miała ściągnięte rysy twarzy i ostry, zmęczony wzrok, bez śladu poprzedniej beztroski. Kontur wychudzonego podbródka i policzków podkreślała surowa fryzura: niesforne przedtem włosy zaplotła w warkocz i owinęła go dookoła głowy. Mój wzrok przykuł mały krzyżyk na sznurku, który zawisł na szyi więźniarki.

– Zrobiłam go ze szczoteczki do zębów – wyjaśniła babcia – i długo musiałam walczyć o prawo noszenia go. Tylko tyle zostało z moich marzeń… No i jeszcze ten pamiętnik.

– Pamiętnik?

Podeszła do komody i wyjęła z szuflady niezbyt gruby brulion. Ostrożnie wzięłam go do ręki i otworzyłam. Niektóre jego strony były poszarpane, ale wszystkie zostały zapisane tym samym równym, kaligraficznym pismem. Liniowany papier gdzieniegdzie poplamiony rozmazanym atramentem pożółkł, ogólnie jednak zeszyt był w niezłym stanie.

– Władek spisywał w nim swoje przeżycia – powiedziała. – Niedługo przed tym, jak go zabili, dał mi te zapiski, żebym je schowała. Czasem wyciągam ten brulion i na nowo go odczytuję. Zawsze wtedy mam wrażenie, że Władek jest przy mnie… – westchnęła.

Na tekturowej okładce widniał mały samolocik delikatnie narysowany piórkiem.

– Władek miał pseudonim Pilot – babcia dotknęła rysunku końcami palców – bo marzył, by zostać pilotem. I rzeczywiście był pilotem, choć krótko.

Uśmiechnęła się trochę przekornie.

– To co, mam opowiadać? – zapytała.

Kiwnęłam głową. Chciałam poznać dziadka mojego męża, starszego sierżanta Władka Grudzińskiego, „Pilota”.

Tak zaczęła się moja podróż przez nieznane rejony historii. Poprzez częste teraz wizyty u babci Anastazji, jej opowieści i moje pytania, poprzez wczytywanie się w zapisane przez „Pilota” myśli i uczucia, poprzez coraz większą ciekawość i poszukiwanie nowych śladów. Bo szukałam ich nie tylko u babci. Poszłam do IPN-u, gdzie, jako żonie wnuka, udostępniono mi komunistyczne akta dotyczące „Pilota” i Anastazji. Spojrzałam na ich historię od drugiej strony: przez raporty donosicieli, które niby sieć oplatały zakochaną parę, aż do tragicznego końca – jego śmierci i jej aresztowania. Drżącymi rękami otwierałam starą papierową teczkę, w której mieściły się protokoły przesłuchań Anastazji i wyrok skazujący ją na więzienie. Przemilczano w nich tortury, o których opowiadała babcia, ale na stole przede mną leżały dowody psychicznego pastwienia się nad nią oraz jej, młodziutkiej dziewczyny w ciąży, wielkiej wytrzymałości.

28 maja 2007 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył kobiety-matki więzione z przyczyn politycznych w czasach stalinowskich medalami za wybitne zasługi dla Rzeczypospolitej Polskiej. Między tymi kobietami była, odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Anastazja Rączka. Towarzyszyła jej córka Helena Grażyna, która dwa lata później odebrała odznaczenie państwowe przyznane pośmiertnie także jej ojcu, Władysławowi Grudzińskiemu, „Pilotowi”.

– To była chwila dziejowej sprawiedliwości – skomentował mój mąż – jaka rzadko się zdarza w historii.

Ale ja najbardziej cenię Anastazję Rączkę taką, jaką poznawałam stopniowo.

Najpierw poznałam babcię Nacię – mądrą przyjaciółkę swoich wnuków, śmieszkę mającą zawsze na podorędziu jakieś znakomite potrawy i smakołyki, na które zapraszała całą rodzinę.

Uroczystość przyznania Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski dla kobiet więzionych w czasach stalinowskich z przyczyn politycznych. Anastazja Rączka odbiera odznaczenie z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego, 2007 r.

Potem, wraz z upływem czasu, poznałam dojrzałą Anastazję – otwartego i wrażliwego człowieka podchodzącego z sercem i zrozumieniem do cudzych nieszczęść, niepowodzeń i problemów. Człowieka, który potrafi być wsparciem dla innych i stara się nadążać za światem, jednocześnie nie gubiąc uniwersalnych wartości.

Na końcu zaś, w czytelni IPN-u, poznałam młodą Natkę, Nateczkę – dziewczynę zakochaną bez pamięci w młodym żołnierzu, którą los postawił w obliczu dramatycznych wyborów. I która tym wyborom sprostała.

Ta książka jest historią o miłości, wielkiej miłości w trudnych czasach. Ale jest to też opowieść o wspaniałej, imponującej hartem ducha kobiecie, która z piekła stalinowskiego więzienia uratowała swoje dziecko – owoc tej miłości.

Wojenne opowieści

Helena Grażyna, córka „Pilota”, autorka książki oraz Anastazja pod symbolicznym krzyżem upamiętniającym śmierć Władka

Nie ma gorszej rzeczy niż wojna, a wojna domowa jest najstraszniejsza – powiedziała babcia Anastazja. – Nigdy nie mogłam zrozumieć przyjemności płynącej z sadyzmu, jaką wielokrotnie obserwowałam przez te wszystkie lata. Byłam zwyczajną wiejską dziewczyną urodzoną w wielodzietnej rodzinie Glinickich – opowiadała. – Miałam dziewięć lat, kiedy wybuchła wojna, i moja młodość, tak samo jak całego mojego pokolenia, została naznaczona jej piętnem. Może nasi rodzice spodziewali się czegoś złego, ale my, dzieci, żyłyśmy poza zasięgiem ich dorosłych spraw. Dlatego kiedy zaczęła się wojna, świat niespodziewanie i całkiem dosłownie zwalił nam się na głowę. Na niebie pojawiły się bombowce, a na drogach samochody pancerne. Baliśmy się Niemców, ale nikt, nawet w najczarniejszych przewidywaniach, nie przypuszczał, jak okropny czeka nas czas.

– Dobrze pamiętasz tamte lata? – zapytałam cicho.

– Czy dobrze? Wydarzenia, które dotyczyły moich najbliższych, utkwiły mi w pamięci na całe życie – odparła. – Tuż przed nadejściem Niemców mój ojciec, kombatant pierwszej wojny światowej, zabił dwie krowy, ich mięso zasolił i zapakował do drewnianych beczek, które zakopał na skraju naszego obejścia. A kiedy wybuchła wojna i linia frontu zaczęła przybliżać się do Popowa, szybko zjawiły się niemieckie oddziały i zaczęły wypędzać ludzi z gospodarstw. Dali nam godzinę na opuszczenie domu.

Babcia zamilkła na chwilę.

– Nie wyobrażasz sobie, jak to jest, kiedy nagle ktoś obcy i wrogi wchodzi do twego domu, który dotąd wydawał ci się bezpiecznym schronieniem, i każe ci iść precz. A ty odczuwasz ból i ulgę jednocześnie, bo przecież mógł cię zabić. Ojciec zaprzągł konia do furmanki, matka zapakowała na wóz, ile zdołała z naszego skromnego dobytku, i wyruszyliśmy w nieznane: rodzice, ja, moja starsza siostra i trzech starszych braci. Nie wiedzieliśmy, dokąd się udać, więc jechaliśmy przed siebie. Drogi zapchane były uciekinierami z różnych stron, nad nami przelatywały niemieckie samoloty, a w oddali słychać było strzelające działa. Z trudem dotarliśmy w okolice Płońska, do wsi Wrona. Dalej droga była nieprzejezdna, przecinały ją okopy przeciwczołgowe, trafiliśmy jednak na dobrych ludzi, którzy nas przygarnęli. Ci gospodarze oddali nam jedną izbę w swojej chacie, i tak razem mieszkaliśmy, i pracowaliśmy. Życie wojenne było bardzo biedne, ale żyliśmy względnie spokojnie. Gdy rozeszły się wieści, że Niemcy wycofali się z naszej wsi, że poszli na wschód, ojciec załadował nasz skromny dobytek na furmankę. Serdecznie pożegnaliśmy się z naszymi dobrodziejami i znowu ruszyliśmy w drogę. Ale w Popowie zastaliśmy tylko nasz spalony dom i zrównane z ziemią budynki gospodarcze. Musieliśmy koczować najpierw w leśnym poniemieckim bunkrze, później w prowizorycznym szałasie. Ratunkiem na początku okazało się mięso, które przetrwało w szczelnie zamkniętych beczkach. Ojciec powoli zaczął odbudowywać dom, ale kiedy wydawało się, że nasze życie wróciło do jakiej takiej – choć wojennej – normy, we wsi znowu pojawiła się duża liczba Niemców. Tym razem byli w odwrocie i zagnali mieszkańców do kopania rowów. Moja siostra Irena, która była w ciąży, została pobita przez niemieckiego żołnierza, poroniła i jakiś czas potem zmarła. Z kolei mojego brata Tadeusza aresztowano, żeby wywieźć go na roboty do Niemiec, ale uciekł z niewoli i ukrył się w okolicy. – Babcia westchnęła i zamilkła na chwilę.

– I co się stało z Tadeuszem? – zapytałam.

– Przeżył. Niemcy go szukali, przyszli do nas i pobili rodziców, grozili nam śmiercią, ale go nie znaleźli. Zginął za to Zbigniew, inny mój brat, bo przypadkowo natknął się na niewypał. Kiedy Niemcy zostali wyparci, pojawili się wyzwoliciele. Teraz z kolei wojska sowieckie terroryzowały okoliczne wsie; gwałty i rabunki były na porządku dziennym – opowiadała dalej. – Ukrywaliśmy się w lesie, czekając, aż i ta nawałnica przeminie, ale kiedy Sowieci odeszli, na miejscu zostali ich poplecznicy. Zaczęły się rządy komunistów, choć ludzie stawiali opór.

– Nie byli zadowoleni z ustroju, który dawał chłopom ziemię? – zapytałam.

Babcia prychnęła lekceważąco.

– Ci, którzy poszli na służbę do komunistów, mieli oczywiście z tego korzyści. Zabierano ziemię bogatszym gospodarzom, których nazywano kułakami, ale bynajmniej nie oddawano jej biedniejszym, tylko tworzono nieudolnie zarządzane pegeery. Dla chłopa związanego z uprawianą rolą było to szokujące. Tępiono religię i stare obyczaje, usiłując stworzyć naród ateistów – to tak, jakby ci wyrywano duszę. Rozpoczęły się aresztowania, tortury i wywózki. Wiesz, najgorsze w tych czasach było właśnie to, że jeden sprzedawał drugiego. Ludzie, którzy do tej pory wspólnie starali się przetrwać ciężkie czasy, teraz donosili na siebie.

– Ze strachu?

– Jedni ze strachu, drudzy dla korzyści, różnie. W czasie okupacji również zdarzały się takie rzeczy, mam jednak wrażenie, że nie były tak powszechne. Zupełnie jakby udało się komunistom wytępić sumienia. Może ten kraj byłby dziś inny, gdyby nie zginęło wielu najbardziej wartościowych Polaków.

– Może właśnie o to chodziło nowej władzy – powiedziałam.

Wracając do domu, długo myślałam o ostatnich słowach babci. Tak, może ten kraj byłby inny.

– Dlaczego walczący w podziemiu nie skorzystali z amnestii ogłoszonej w 1947 roku? – spytałam podczas następnej wizyty, gdy już zasiadłyśmy z babcią do pogawędki. – Przecież większość z nich to byli AK-owcy i narodowcy, walczyli z Niemcami. Nie mieli dość, nie byli zmęczeni?

– Amnestia – zjadliwie rzuciła starsza pani – była śmiertelną pułapką. Żołnierz podziemia ujawniał się, oddawał broń, po czym zostawał aresztowany. Rzadko kiedy wracał między żywych. Jednym z tych, którym udało się przeżyć amnestię i ujawnienie, był Zbigniew Kulesza „Młot”, komendant XVI Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ale przeszedł w więzieniu straszne rzeczy: był torturowany i poniżany, skazano go na dożywocie i zwolniono dopiero w 1956 roku. Wielu jednak nie przeżyło aresztowania; w wyjątkowo okrutny, sadystyczny sposób eliminowali ich współrodacy. Nie mając wyboru, partyzanci wracali do lasu. Stawali się wrogami ludu, nazywano ich bandytami. Tak też rozprawiono się z braćmi „Roja”.

– Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój” był dowódcą twojego Władka?

– Tak. Był jednym z najdłużej walczących dowódców partyzanckich na naszym terenie. Jego starszy brat Roman, komendant powiatu NSZ Ciechanów, został zamordowany przez Sowietów jeszcze w 1945 roku, kolejnego, Jerzego, skazano na siedem lat więzienia; po zwolnieniu podrzucono mu broń w pracy i znowu skazano na kilka lat, aż w końcu zmarł w 1969 roku w niewyjaśnionych okolicznościach, choć oficjalnie ogłoszono, że było to samobójstwo.

– Jak poznałaś „Roja”? – spytałam.

– Ludzie z naszej wsi, tak samo zresztą jak i z sąsiednich, udzielali pomocy partyzantom. Bez niej nie zdołaliby przetrwać i walczyć.

– Dziwne to: chłopi wspierali zbrojny opór przeciwko ustrojowi, który zasłaniał się interesem robotniczo-chłopskim.

– Każdy rozumiał, że to tylko wygodny dla nowej władzy pretekst. Ale jak w każdej złej rzeczywistości: jedni czerpali z niej korzyści, inni z nią walczyli. Komuniści wiedzieli, że aby złamać partyzantkę, trzeba złamać wspierającą ją ludność, dlatego wprowadzili represje. Karali nie tylko za udzielenie najmniejszej nawet pomocy, ale też za „wiedział, nie powiedział”. Gospodarstwa, w których ukrywano partyzantów, były palone razem z inwentarzem. Nie było wsi wokół Popowa, w której obyłoby się bez aresztowań mieszkańców, nierzadko więziono całe rodziny. Tym, którzy dawali partyzantom żywność lub odzież, groziło od trzech do pięciu lat więzienia. Na tych, którzy pomagali bardziej aktywnie, czekały tortury i wysokie wyroki z karą śmierci włącznie. Represjom towarzyszyła konfiskata mienia oraz przymusowe przesiedlenie wszystkich członków rodzin partyzantów na Ziemie Zachodnie. Taki los spotkał właśnie rodzinę Władka. To były straszne czasy. Nigdy nie wiedziało się, czy przypadkiem nie doniesie na ciebie najbliższy sąsiad. – Babcia zamyśliła się na chwilę. – Tak jak doniesiono na mnie. Nawet wiem kto – dodała niespodziewanie. – Czy uwierzysz, że przeciwko „Rojowi” zwerbowano około ośmiuset donosicieli? Ludzie byli sterroryzowani, bali się siebie nawzajem, ale wielu z nich ryzykowało i chroniło partyzantów. Płacili za to życiem, wolnością, zdrowiem, ale robili swoje.

– Ludzie nie myśleli, że ta walka skazana jest na klęskę?

– Jedni tak myśleli, drudzy inaczej, ale kiedy partyzant przychodził prosić o kwaterę, rzadko kto mu odmawiał.

– I wtedy poznałaś Władka?

– Tak… Ale o tym porozmawiamy następnym razem, bo znowu wracają do mnie stare koszmary.

Władek

Charakterystyka „Pilota” sporządzona przez Urząd Bezpieczeństwa

Opowieść o tym, jak Władek Grudziński trafił do powojennej partyzantki, jest trochę szalona, bo nie było to wcale takie oczywiste. Gdy wybuchła wojna, był jeszcze dzieckiem, potem też nie walczył z Niemcami w lesie.

Urodził się w 27 listopada 1927 roku w Ruszkowie, takiej samej mazowieckiej wsi jak Popowo Anastazji. Był pierworodnym synem i dlatego kiedy w niemowlęctwie zachorował, rodzice bardzo to przeżyli. Byli przekonani, że wyzdrowiał dzięki wstawiennictwu Matki Bożej, i głęboko tę wiarę w niego wpoili. Trzy lata po nim urodził się jego brat. Rodzice marzyli, że Władek zostanie księdzem albo nauczycielem, posłali go więc na naukę do szkoły powszechnej w Gołyminie. Jego pasją od najmłodszych lat stało się jednak lotnictwo.

W swoim pamiętniku opisuje, jak w początkach 1939 roku, kiedy po wsiach zaczęły krążyć pogłoski o zbliżającej się wojnie, bawił się z kolegami w wojsko, gromiąc wroga i ratując kraj. Wkrótce ich dziecięce wyobrażenia boleśnie zderzyły się z okrucieństwem realnej wojny. Kiedy na początku września na szosie Ciechanów–Pułtusk pojawiły się zmotoryzowane wojska niemieckie, a armii polskiej nigdzie nie było widać, ludzie pocieszali się jeszcze, mówiąc: „Specjalnie Niemców puszczają do Narwi i dopiero im pokażą”. Ale Niemcy nacierali, polskiej kontrofensywy nie było widać i chłopom z Ruszkowa udzieliła się ogólna panika.

– Uciekajmy – zarządził ojciec wobec zmasowanych niemieckich ataków.

Rodzina Grudzińskich w popłochu załadowała na wóz skromny dobytek i w potoku innych uciekinierów ruszyła w stronę Warszawy. Po drodze chłopiec zobaczył bombowce lecące nad stolicę – przedmiot swych pasji używany jako śmiercionośne narzędzie. On, który marzył o nieskrępowanym pokonywaniu przestworzy, teraz krył się w rowach przed nadlatującą śmiercią.

– Musimy wracać, bo zginiemy! – wołała matka. Zawrócili do Ruszkowa, prosto pod lufy okupantów.

– Raus! – krzyczeli Niemcy, gdy zabierali ojca, dwóch stryjów i sąsiada.

Dwunastolatek stał jak skamieniały, przyciskając do siebie młodszego brata, matka płakała, ale nikt nie śmiał protestować. Mężczyzn wywieziono na przymusowe roboty do Prus Wschodnich, a rodziny zostały w domach z nadzieją, że może kiedyś wrócą.

Władek musiał szybko wydorośleć. W zastępstwie nieobecnego ojca pracował za dwóch na gospodarstwie i przejął odpowiedzialność za matkę i brata. Ale w wolnych chwilach, jakby na przekór otaczającej go grozie, budował modele samolotów. Tak przetrwał lata okupacji. Kiedy jesienią 1944 roku jego ojcu niespodziewanie udało się wrócić do domu, zamiast dziecka zastał młodego kawalera o żywej inteligencji i nieokiełznanej wyobraźni.

Wkrótce do Ruszkowa nadciągnęli wysiedleni mieszkańcy wiosek znad Narwi. „Front znowu stoi na rzece”, szeptali ludzie. I znowu głośnym „Raus!” Niemcy popędzali ruszkowskich mężczyzn do prac przy umacnianiu okopów w okolicach wsi Nieradowo. Pozwolono im wrócić do domów dopiero tydzień przed Bożym Narodzeniem, a zaraz po Nowym Roku rozpętało się piekło.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Armia podziemna

Odezwa Narodowego Zjednoczenia Wojskowego

Dostępne w wersji pełnej

Pierwsze akcje

Raport UB przedstawiający statystyki dotyczące akcji przeprowadzonych przez oddział „Roja”

Dostępne w wersji pełnej

Anastazja

Fragment wiersza Firanka z pamiętnika „Pilota” – oryginał i ubecka kopia. W wierszu Władek opisał Popowo Borowe, nazywając je oczywiście inaczej, zgodnie z zasadami konspiracji

Dostępne w wersji pełnej

Partyzancka dola

Raport obrazujący stopniowe rozpracowywanie składu osobowego oddziału „Roja” przez Urząd Bezpieczeństwa

Dostępne w wersji pełnej

Puszcza Kurpiowska

Oddział „Roja” – na zdjęciu widoczny m.in. „Pilot”

(klęczy pierwszy od lewej)

Dostępne w wersji pełnej

Powrót

Grupa partyzantów „Roja”. „Pilot” czwarty od prawej

Dostępne w wersji pełnej

Miłość

Jedyne zachowane wspólne zdjęcie Anastazji i Władka

Dostępne w wersji pełnej

Szczęśliwe lato

Jeden z wielu dowodów miłości Władka do Anastazji

Dostępne w wersji pełnej

Przysięga

Kościół w Nasielsku

Dostępne w wersji pełnej

Akcja „Pociąg”

Kadr z filmu Historia Roja, przedstawiający likwidację współpracowników władzy stalinowskiej przez oddział „Roja”. Na zdjęciu widoczny m.in. aktor Krzysztof Piątkowski wcielający się w rolę „Pilota” (pierwszy od lewej)

Dostępne w wersji pełnej

W sieci donosów

Donos agenta „Wiktora”, w którym wspomina o romansie Anastazji z bandytą „Pilotem”. Autorka zdecydowała się nie ujawniać nazwiska donosiciela

Dostępne w wersji pełnej

Partyzancka Wielkanoc

Rozkaz awansowy podpisany przez „Roja”

Dostępne w wersji pełnej

Ostatnie chwile

Pierwsza strona pamiętnika przekazanego Anastazji przez „Pilota”

Dostępne w wersji pełnej

Śmierć

Krzyż, pod którym ostatnią bitwę stoczył oddział „Pilota”

Dostępne w wersji pełnej

Ścigana

Jedna ze stron znalezionego przy „Pilocie” pamiętnika – dokumentu, który mógł pogrążyć Anastazję

Dostępne w wersji pełnej

Przesłuchanie

Postanowienie o tymczasowym aresztowaniu Anastazji podejrzanej o pomoc „bandytom”

Dostępne w wersji pełnej

Z teczki Anastazji

Fragment raportu UB, w którym mowa o wykonanych przez zakochanych zdjęciach

Dostępne w wersji pełnej

Więzienne spotkania

Kwit depozytowy wyszczególniający odebrane Anastazji podczas rewizji osobistej przedmioty

Postanowienie o wszczęciu śledztwa przeciwko Anastazji

Dostępne w wersji pełnej

Narodziny

Niesławne więzienie przy ul. Rakowieckiej – to tam, wkrótce po porodzie, trafia Anastazja z córeczką

Dostępne w wersji pełnej

Na Rakowieckiej

Dokument potwierdzający, że Anastazja przebywała w więzieniu na Mokotowie

Dostępne w wersji pełnej

Grudziądz

Portret więzienny Anastazji – na zdjęciu widoczny krzyżyk wykonany ze szczoteczki do zębów

Dostępne w wersji pełnej

Wolność

Szczęśliwe chwile po odzyskaniu córki – powojenne zdjęcie Anastazji z córką Helenką

Dostępne w wersji pełnej

Znalezisko

Anastazja Rączka przy krzyżu upamiętniającym śmierć ukochanego Władka

Dostępne w wersji pełnej

Partyzanci „Roja”

upamiętnieni w książce

Dostępne w wersji pełnej

Teczka Anastazji

Dostępne w wersji pełnej

Spis ilustracji

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Adam Pietrzyk

Fotografia na pierwszej stronie okładki

Agnieszka Rzymek, www.agarzymek.com

Sesja zdjęciowa

Modelka: Daria Góźdź, www.instagram.com/dariagozdz/

Organizacja sesji: Magdalena Madej-Reputakowska

Redakcja

Andrzej Niziołek

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Korekta

Irena Gubernat

Wybór ilustracji

Ewelina Olaszek

Opracowanie ilustracji

Edycja

Copyright © by Anna Śnieżko

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-4263-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2018.

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żona wyklęta 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002