Tropiciel złych historii

Tropiciel złych historii

Autorzy: Katarzyna Bielas

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 3.39 zł

Martin Pollack to jeden z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych austriackich intelektualistów. Książka „Śmierć w bunkrze”, opowiadająca jego historię rodzinną, poświęcona ojcu pisarza, który był członkiem gestapo i zbrodniarzem wojennym, weszła już do kanonu literatury dotyczącej tożsamości, winy i odpowiedzialności, a autor stał się w Polsce symbolem etycznego i humanistycznego pisarstwa.

Jego osobiste i zawodowe związki z Polską trwają już ponad sześćdziesiąt lat. W związku z krytyką polityki PRL-owskich władz w latach osiemdziesiątych jako osoba niepożądana miał zakaz przekraczania polskiej granicy. Po upadku komunizmu przez kilka lat, do 1998 roku, był korespondentem „Der Spiegel” w Polsce. Po powrocie do Austrii pozostał przyjacielem i rzecznikiem Polski, czego wyraz daje w swojej działalności dziennikarskiej i translatorskiej – przełożył na niemiecki m.in. książki Ryszarda Kapuścińskiego, Mariusza Wilka, Andrzeja Bobkowskiego.

W 2010 roku otrzymał Nagrodę im. Georga Dehio. W marcu 2011 roku odebrał Lipską Nagrodę Książkową na rzecz Porozumienia Europejskiego, a w 2012 został uhonorowany tytułem Ambasadora Nowej Europy. Jest także laureatem Nagrody im. Karla Dedeciusa przyznawanej najlepszym tłumaczom literatury polskiej na niemiecki i niemieckiej na polski oraz Nagrody Kulturalnej Górnej Austrii w dziedzinie literatury. W 2016 roku został laureatem Nagrody Translatorskiej dla Tłumaczy Ryszarda Kapuścińskiego za całokształt twórczości translatorskiej.

Już w księgarniach:

Jacek Kleyff Rozmowa

Dariusz Zaborek Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską

Katarzyna Kubisiowska Rak po polsku. Rozmowa z Justyną Pronobis-Szczylik i Cezarym Szczylikiem

Paweł Smoleński Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem

Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim

Marcin Rotkiewicz Mózg i błazen. Rozmowa z Jerzym Vetulanim

Olga Święcicka Mnie nie ma. Rozmowa z Maciejem Nowakiem

Małgorzata Czyńska Moje królestwo. Rozmowa z Edwardem Dwurnikiem

Jakub Banasiak 15 stuleci. Rozmowa z Wilhelmem Sasnalem

Irena Cieślińska Pani inżynier od życia. Rozmowa z Magdaleną Fikus

Marek Radziwon Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

KATARZYNA BIELAS

TROPICIEL ZŁYCH HISTORII

Rozmowa z Martinem Pollackiem

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Łukasz Zbieranowski / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Wolfgang Paterno

O ile nie zaznaczono inaczej, fotografie wewnątrz tomu pochodzą z archiwum Autora. Dołożono wszelkich starań, by odszukać autorów fotografii. W przypadku ewentualnych niejasności wydawca zapewnia, że prawa wszystkich autorów będą respektowane.

Copyright © by Katarzyna Bielas, Martin Pollack, 2018

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Maja Lipowska

Korekta Marcin Piątek / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

978-83-8049-654-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1 Dwa światy

2 Niemiecki duch

3 Ta zła Afrodyta

4 Śladami doktora Mabuse

5 Mógł prowadzić kancelarię

6 Pod polską strzechą

7 Ciach, ciach, parę ciosów

8 Nocleg w hotelu Luna

9 Wino z colą

10 Ciągle chcieli o tirówkach

11 Pocztówka z wisielcem

12 Góra końskich ciał

13 Dedykacja dla mordercy

14 Pauline nie wychodzi z domu

15 Przyjęcie u hrabiny Batthyány

16 Biblioteka z widokiem na pole

17 Wyginam ręce jak modliszka

18 Elfriede, gdzie jest twój brat?

19 Podejrzane fotografie

20 Uciekaj na widok lekarza

21 Sieć powiązań, znajomości

22 Rysiek nie był moim guru

23 Rozmowa będzie krótka

24 Przyjaciel naszego domu

25 Syn to nie jest kolega

26 Ja nie jestem od turystyki

Kolofon

1

Dwa światy

Jeśli ktoś w Polsce nie wie albo nie jest pewny, czy wie, kto to Pollack, dodaję „syn nazisty” albo „syn gestapowca” i już nie ma wątpliwości, że chodzi o pisarza Martina Pollacka. Sam sobie taki image stworzyłeś, pisząc książkę Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu. Nie tylko twój biologiczny ojciec był nazistą, byli nimi także dziadek, babcia, ojczym, cała rodzina. Jak im się wymknąłeś?

Myślę, że to dzięki szkole średniej z internatem, daleko i wysoko w górach, do której posłano mnie razem ze starszym bratem. Jechało się tam osiem godzin pociągiem, do najbliższej wsi było siedem kilometrów piechotą, spędziłem tam dziewięć lat. Ale nie odległość się liczy, tylko to, jaka to była szkoła – demokratyczna, pełna cudzoziemców z różnych krajów, przeważnie Słowian. Pobyt tam ukształtował mnie i, jak sądzę, uratował, zaimpregnował na wpływ rodziny.

Już zanim wyjechałeś, twoje życie toczyło się w dwóch światach – dwie rodziny, dwa miasta, jedno w amerykańskiej, drugie w radzieckiej strefie okupacyjnej w Austrii. Był to dla ciebie problem?

Długo wydawało mi się to normalne. Wsiadałem do pociągu w Linzu, gdzie mieszkałem z matką, ojczymem i rodzeństwem, a wysiadałem w Amstetten, gdzie na peronie czekała na mnie babcia, matka mojego nieżyjącego ojca. Granica stref znajdowała się na moście na Enns. Wsiadałem do pociągu jako Pollack, wysiadałem jako Bast. Nikt mi niczego nie tłumaczył, przyjąłem do wiadomości, że mój prawdziwy ojciec nie żyje, ale jeżdżę do dziadków. W Amstetten byłem dla wszystkich dzieckiem byłego esesmana, gestapowca Gerharda Basta. „Jaki podobny do ojca”, mówili z dumą. Tam nie miałem już brata ani siostry, dom w Linzu przestawał istnieć.

A matka? O nią cię w Amstetten nie pytali?

Może babcia o coś tam zapytała, nie pamiętam, zasadniczo nikt w Amstetten nie interesował się moim życiem w Linzu. Oba miasta dzieli raptem sto kilka kilometrów, nie pamiętam jednak, żeby moja matka kiedykolwiek tam przyjeżdżała. Oczywiście teraz wiem, że tak, ale nigdy ze mną.

Babcia i dziadek ze strony ojca parę razy byli w Linzu, kiedyś chyba mnie odwieźli, ale nigdy nie zostawali u nas w domu. W Linzu babcia stawała się kimś innym, obcą osobą. Miałem poczucie, że nie powinno jej tam być.

Te dwa obce sobie światy nie różniły się pod względem materialnym – obie rodziny miały duże domy. Ojczym Hans Pollack malował obrazy i pracował w banku, dziadek Rudolf Bast miał kancelarię adwokacką. Pod względem światopoglądowym różnic też nie było.

Może sytuacja była niezręczna. Twoja matka odeszła od Pollacka, z którym miała dwójkę dzieci, wyszła za Basta, a po jego śmierci w 1947 roku wróciła z dzieckiem. Może dla Bastów po śmierci ściganego za zbrodnie wojenne syna, zamordowanego podczas próby ucieczki z kraju, powinna być już tylko wdową?

Nie wydaje mi się. Matka rozwiodła się, kiedy miałem prawie rok. Po odnalezieniu zwłok ojca w bunkrze na przełęczy Brennen wróciła do ojczyma i powtórnie się pobrali. Babcia bardzo go szanowała. Uważała za prawdziwego dżentelmena. Myślę, że najzwyczajniej nie było powodu, żeby się wzajemnie odwiedzać, tylko ja łączyłem obie rodziny. Wsadzali mnie do pociągu i podróżowałem od jednych do drugich, nawet jako całkiem mały chłopiec. Nie wiem, pod czyją opieką, może jakiegoś kolejarza.

Martin Pollack, 1947 r

Czym różniły się powojenne strefy okupacyjne, jak je zapamiętałeś?

Dla mnie, jako dziecka, różnica polegała tylko na tym, że Rosjanie inaczej wyglądali, ale w dorosłych budzili strach.

Kiedy pociąg z Linzu, ze strefy amerykańskiej, do Amstetten, które znalazło się w strefie sowieckiej, przekraczał linię demarkacyjną, najpierw kontrolowali nas Amerykanie, trochę od niechcenia, było im wszystko jedno, potem żołnierze radzieccy. Na Rosjan należało uważać, bo bez powodu mogli człowieka aresztować, wysłać na Syberię. Opowiadano sobie o tym z przerażeniem. Chodzili po pociągu, sprawdzali dokumenty, często wyciągali kogoś na zewnątrz. Widziałem takie sceny, na ogół ślad po takiej osobie przepadał.

Mnie, dziecku, Rosjanie nic złego nie zrobili. Lubili dzieci, okazywali im życzliwość. Pamiętam, jak kiedyś żołnierz, który stał przed komendanturą radziecką, obok domu babci, dał mi kilka cukierków. Babcia była w szoku, że w ogóle się do niego zbliżyłem. Jeden cukierek miałem już w buzi, resztę mi wyrwała, a kiedy się oddaliliśmy, wyrzuciła. „Nie wolno! Nie wolno nic brać od Rosjan!”, krzyczała.

Jak wyglądał dom w Linzu?

To była wygodna willa z pięknym, starym ogrodem i basenem, co wtedy należało do rzadkości. Wprawdzie mniejsza niż przed wojną, bo brakowało pieniędzy, żeby przywrócić ją do pierwotnej postaci po tym, jak w 1944 roku została zbombardowana przez Amerykanów. Dwie doby przesiedziałem wtedy w piwnicy z naszą służącą Resi, oczywiście tego nie pamiętam, miałem kilka miesięcy. Wróciliśmy tam z matką w 1948 roku.

Skąd wróciliście?

Ojczym zajął się odbudową, a my z mamą i rodzeństwem pojechaliśmy do Amstetten, do dziadków. Nie był to dobry pomysł, bo zbliżali się już tam Rosjanie i należało uciekać. Zostaliśmy ewakuowani na wieś. Mieszkaliśmy u chłopów, w luźno stojącym domu poza wsią. Była tam też druga rodzina, z Niemiec. Jestem w kontakcie z synem ludzi, u których wtedy mieszkaliśmy, spotykamy się przynajmniej raz w roku. Potem dużo czasu spędzałem z dziadkiem, odbywaliśmy wycieczki, czasem kilkudniowe wędrówki po okolicach Amstetten. Mieliśmy plecaki, ja oczywiście mały. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że chodziło o zdobycie czegoś do jedzenia. Austria po wojnie była zniszczona, rolnictwo jakoś tam się pozbierało, ale w miastach po prostu głodowano. Pamiętam, jak matka wyprzedawała biżuterię, żeby mieć na jedzenie, wszyscy tak robili.

Chodziliśmy po okolicznych wsiach, czasem nocowaliśmy. Tamtejsi bogaci chłopi mieli ogromne domy. Dziadka jako adwokata znało wiele osób, może niektórzy byli mu winni pieniądze, teraz w zamian dawali kiełbasę domowej roboty, szynkę, jajka, chleb.

Odbudowany dom w Linzu

Traktowałem to jak przygodę. Dziadek zamiast bajek opowiadał mi historie z młodości. Przemierzaliśmy duże odległości, musiał godzinami zabawiać małego chłopczyka. Umiał to robić, do tej pory mam w pamięci jego niski głos. Rozpierała mnie duma, że spędzam z nim czas, imponował mi.

Miałeś kilka lat, te wędrówki musiały być męczące.

Już wtedy wiedziałem, że nie wolno płakać, narzekać, bać się. Prawdziwy Niemiec tego nie robi, trzeba znosić życie po męsku. Jednego się tylko bałem: pójścia samemu do łóżka i uduszenia się w chłopskich pierzynach, którymi mnie przykrywano; całkowicie się w nich zapadałem. Oczywiście nikomu o tym nie mówiłem. Wszyscy siedzieli w kuchni, rozmawiali, jedli, pili moszcz gruszkowy – dziadek dużo pił. Jeśli byłem grzeczny, mogłem siedzieć z nimi do końca biesiady, poza tym wiedziałem też, że jeśli przeżyję noc w tych piernatach, rano będzie czekało na mnie dobre kakao, ciasto, a potem może pójdziemy z dziadkiem na ryby, będzie mnie uczył łowić.

A o czym ci opowiadał?

Głównie o polowaniach. Dziadek miał własny domek myśliwski w Hornwaldzie, koło Gottschee, gdzie pracował jako młody adwokat. W tym domku w lesie spędzał wszystkie urlopy, w ogóle mnóstwo czasu, polował na wilki, niedźwiedzie, łowił ryby w Sannie. Kiedy byłem już w szkole, podarował mi trochę podniszczoną skórę wilka, z głową i szklanymi oczami.

Ciągle słyszałem od niego słowo Tüffer; brzmiało ono jak nazwa magicznej krainy, w której był kiedyś szczęśliwy. Dopiero później się dowiedziałem, że to nazwa miasteczka, z którego pochodził, w którym był jego rodzinny dom, i tam zjeżdżała się cała rodzina, nawet wtedy, kiedy po I wojnie światowej znalazł się w Słowenii. Dziadek, który uważał się za Niemca, nie żadnego tam Austriaka, pochodził z terenów mieszanych. Gdy byłem mały, mówił do mnie czule Miško, co jest zdrobnieniem od Michała. Miał kiedyś w ogrodzie dzika, którego tak czule nazywał.

Po II wojnie światowej Tüffer – po słoweńsku Laško – znalazło się na terenie Jugosławii, teraz znów jest w Słowenii. Dom dalej stoi, ale nie należy już oczywiście do rodziny Bastów. Jego utrata dla mojej rodziny zawsze była dowodem na to, że to my jesteśmy pierwszymi ofiarami wojny.

Dziadek był człowiekiem szorstkim, dla innych bywał bardzo nieprzyjemny, ale mnie zawsze okazywał wiele miłości, czułości, był fantastycznym dziadkiem, choć nie jestem pewien, czy nadawał się do wychowywania dzieci.

Oczywiście nie rozmawiał z dzieckiem o polityce. W moich oczach był potężnym, silnym mężczyzną, ale tak naprawdę nie był zdrów. Zawsze powtarzał, że zniszczyli mu zdrowie w obozach i więzieniach, w których po wojnie siedział jako nazista. Czy to prawdziwy powód, nie wiem. Na pewno nie pomagał alkohol, stanowczo za dużo pił, co było utrapieniem babci. To w jego obecności pierwszy raz się upiłem.

Dziadek Rudolf Bast, Amstetten, 1950 r.

Kiedy?

W dzieciństwie, kiedy po raz pierwszy udało mi się złowić ryby. Poszliśmy wtedy do knajpy, gdzie siedzieli jego znajomi. Zobaczyli trzy małe pstrągi i zaczęli krzyczeć: „Brawo!”. Zamówili dla mnie moszcz gruszkowy – nie smakował mi, był za kwaśny, wiedziałem jednak, że nie można narzekać, a tym bardziej odmawiać. Zawsze słyszałem w domu, że nie wolno mi pić alkoholu, ale tutaj nagle wszyscy zachęcali: „Pij! Jeszcze jeden kieliszek?”. No i obaj z dziadkiem się upiliśmy. Do tej pory mam przed oczami scenę, kiedy babcia otwiera drzwi, a tam stoją duży, gruby dziadek i mały wnuczek, kompletnie zalani. Babcia: „Zwariowałeś?! Piłeś z dzieckiem?!”. Za karę wyrzuciła go z mieszkania do pokoju na drugim piętrze, gdzie trzymał sprzęt wędkarski. Stało tam łóżko polowe, więc jak sądzę, zdarzało mu się już tam nocować. Oczywiście ja byłem tym biednym, ofiarą. Babcia przyrządziła mi na pocieszenie moje pstrągi, zjadłem wszystkie trzy, a na deser dostałem miskę budyniu waniliowego.

Czuję, że to wszystko zwymiotowałeś.

Oczywiście, i znów byłem biedny, inaczej niż mój wyrzucony przez babcię dziadek, w moich oczach, oczywiście, fantastyczny.

Kiedy wróciłeś z mamą w 1948 roku do Linzu, zaczęło się normalne życie?

W 1950 roku miałem iść do szkoły, ale nie obyło się bez problemów. Pamiętam, jak poszliśmy zapisać mnie do najbliższej podstawówki, mieszkaliśmy w dzielnicy willowej, szliśmy przez wielki park. To była szkoła katolicka, uczyli w niej tylko duchowni. Wchodzimy do dyrektora, on pyta – pro forma – jakie wyznanie, przekonany, że katolickie. Na to moja mama, która była trochę naiwna, mówi: „gottgläubig”, czyli „wierzący w Boga”. Wtedy każdy wiedział, że tak określali się tylko naziści, i to ci z przekonania, nikt inny nie użyłby tego słowa. Dyrektor spojrzał zdumiony: „Proszę pani, w takim razie to nie do nas, nie możemy przyjąć pani syna”.

I co?

Ochrzczono mnie.

Nie było innej szkoły?

Oczywiście, że była, Linz to wielkie miasto. Myślę, że szkoła na Stifterstrasse, do której poszedłem, była nie dość, że dobra, to jeszcze blisko.

Okazałem się nie najlepszym uczniem, ciągle się spóźniałem, bawiłem się na lekcjach, włóczyłem po mieście, a potem strasznie kłamałem, żeby się usprawiedliwić. Wymyślałem niesamowite historie, na przykład, że w szkole wybuchł pożar; było jasne, że gadam bzdury.

W końcu znaleziono na mnie sposób: dostałem zeszyt, w którym mama rano pisała, o której godzinie wyszedłem z domu, nauczyciel wpisywał, o której się pojawiłem i o której opuszczam szkołę. To był wielki wstyd.

Po czterech latach, bo tyle trwała podstawówka, rodzice wysłali mnie do tej szkoły z internatem, wysoko w górach, zwanej potocznie Felbertal, od nazwy doliny.

Dlaczego tak daleko?

To z powodu mojego półtora roku starszego brata, z którym mnie tam wysłali. Zawsze był dobrym, grzecznym uczniem, ale w pewnym momencie zaczęły się kłopoty z nauczycielem geografii. Ojczym był wściekły, powiedział: „Dobra, jak tak, to nie będzie chodził do tej szkoły”. Postanowili z matką szukać innej. Oczywiście mogli znaleźć szkołę w Linzu, ale ojczymowi z pewnością spodobało się, że w tej w górach będziemy uczyć się zawodu. To była nowa szkoła, otworzona w pięćdziesiątym pierwszym roku, jedyna w tamtym czasie, która łączyła gimnazjum z zawodówką. Pisano o niej w gazetach. Wysłali tam brata, a przy okazji mnie – on poszedł do trzeciej, ja do pierwszej klasy, miałem dziesięć lat. Obaj nauczyliśmy się tam stolarki, co cenię sobie do tej pory. Mam dyplom czeladnika.

Miałeś kolegów z różnych krajów, a poza tym?

To była mała szkoła, do pierwszej klasy chodziło nas jedenastu, wszyscy mieszkaliśmy w jednym pokoju. Bardzo prymitywne warunki, do ogrzewania służył tylko stary żelazny piec, w którym nie umieliśmy palić. W domu nie robiliśmy takich rzeczy, mieliśmy służące. Piec był naprawdę prymitywny, zresztą drewna też brakowało. Przyjechaliśmy we wrześniu, mówimy do nauczycieli: „Trochę tu zimno”, a oni: „Przecież macie piec w pokoju. Dookoła jest las, poszukajcie drewna”. My, mali jeszcze chłopcy, do lasu! Zresztą drewno było mokre, nie chciało się palić.

Felbertal, szkoła w górach, 1955 r.

Wszystko robiliśmy sami – jeśli ktoś sobie nie radził, musiał odejść ze szkoły. Raz nam się udało w tym piecu rozpalić, byliśmy tak szczęśliwi, że z wrażenia, wychodząc, o nim zapomnieliśmy, co skończyło się nieomal pożarem. Potem baliśmy się do niego nawet zbliżyć.

Trudno sobie wyobrazić tamtą zimnicę. Szkoła znajdowała się ponad tysiąc metrów nad poziomem morza, w zimie leżało półtora metra śniegu, czasem nawet dwa, okna zasypane do połowy. Pierwszego roku była tylko zimna woda, która w zimie oczywiście zamarzała. Miesiącami się nie myłem. Kiedyś matka, chyba przed Bożym Narodzeniem, przyjechała samochodem ze znajomym, żeby nas zabrać na święta. Miałem na sobie ubranie kolegi i całkowicie zarosłem brudem. Stałem przed nią, znajomy mamy powiedział niepewnie: „To jest chyba Martin”, a mama, która była krótkowidzem, patrząc na mnie z odległości metra: „Nie, to nie jest mój syn”. Niektórzy nie wytrzymywali. Pamiętam, że kiedy byłem w pierwszej klasie, ktoś sobie odmroził palce nóg. Miał za krótką pierzynę, stopy mu wystawały.

Pierzyny, kołdry dawali w szkole?

Skąd! Wszystko przywoziło się z domu. Tam w ogóle nic nie było. Kadra żyła tak jak my, cały budynek był nieogrzewany, nie tylko nasz pokój.

A lekarz? Nie chorowałeś?

Nie było żadnego lekarza, ale wtedy się tak nie chorowało. W pierwszych latach karmiono nas, łagodnie mówiąc, marnie. To była biedna szkoła, po prostu nic nie miała.

Twoim rodzicom nie przeszkadzało, że jesteś w takich warunkach?

Widocznie nie. Imponowało im, że mogłem nauczyć się zawodu. Pytali, jak tam w szkole, byłem zachwycony, mój brat trochę mniej. Mnie tam się wszystko podobało – nauczyciele, koledzy, natura, to, że ciągle przebywałem na dworze. Nie miało sensu siedzenie w pustym domu, tam było jak w koszarach.

Na ogół jak ktoś opisuje podobne miejsca, przedstawia je jako horror, traumę dzieciństwa.

W Austrii jest tak samo. Internat, w szczególności katolicki – to akurat nie dotyczy naszej szkoły – kojarzy się z molestowaniem i terrorem. Nasza szkoła była liberalna, panowała w niej pełna demokracja. Od początku zwracaliśmy się do nauczycieli po imieniu, co w bardzo tradycyjnej Austrii było nie do pomyślenia. Młodzi nauczyciele żyli tam na tych samych warunkach co my, bez pieniędzy. Mieszkaliśmy razem, dyskutowaliśmy o wszystkim, tworzyliśmy rodzaj wspólnoty. Moja matka nie odróżniała nauczycieli od starszych uczniów.

Szkołę założył Rosjanin Alexej Stachowitsch, mówiliśmy do niego Axi, pochodził z arystokracji, urodził się w Sztokholmie, w czasie I wojny światowej jego ojciec pracował w dyplomacji. Po rewolucji rosyjskiej nie wrócili do Rosji, przyjechali do Austrii.

Axi był harcerzem, nasza szkoła wywodziła się z tradycji modnych w latach dwudziestych demokratycznych szkół angielskich i niemieckich, które kładły nacisk na bycie blisko natury, jeżdżenie na obozy.

W pierwszych latach było u nas naprawdę biednie. Jedzenie dostawaliśmy od ewangelickich, protestanckich organizacji charytatywnych, takich jak Weltkirchenrat. W zamian za tę pomoc przyjęto dzieci dipisów, czyli displaced persons. Kiedy tam przyjechałem, Felbertal była szkołą prywatną, rodzice płacili, ale bardzo mało. Obowiązywała zasada: kto ma, to płaci, a kto nie ma, zapłaci, jak będzie miał. Dipisi uczyli się za darmo.

Kim byli ich rodzice?

Uchodźcami, uciekinierami ze Wschodu, często byłymi kolaborantami Hitlera, którzy mieszkali z rodzinami w wielkim obozie pod Salzburgiem. W pierwszym roku było dużo uciekinierów ze Związku Radzieckiego. Rosjanie, którzy od końca wojny mieszkali w Austrii, mówili po niemiecku. Chodziło o to, żeby zabrać ich z obozów, przenieść w normalne warunki, dać możliwość edukacji, wychowania. Rosjanie, Ukraińcy stanowili przynajmniej dziesięć procent uczniów. Byli też Bułgarzy, Węgrzy, chłopcy z Jugosławii. I ani jednego Polaka.

Prawie wszyscy wyemigrowali potem do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii. Niektórzy już w pierwszym roku nauki. Mój rosyjski kolega Nick, Nicholas Isotov, w 1955 lub 1956 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Od razu wstąpił do armii, bo w ten sposób najszybciej mógł dostać obywatelstwo, paszport. A wkrótce potem został wykładowcą literatury rosyjskiej na West Point, najlepszej amerykańskiej uczelni wojskowej. Kiedy przestał wykładać, otworzył zakład stolarski.

Skąd to wiesz?

Od jego córki, która mieszka na Hawajach. Szukałem w internecie dipisów i przypadkiem znalazłem nazwisko Isotov. Napisałem do niej.

Nick był silnym chłopakiem, bardzo miłym. Umiał rzucać nożem, imponował mi. Był od nas sporo starszy, nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że aż tyle. Kiedy miałem dziesięć lat, on miał dziewiętnaście. Uważał, że wszystko wie najlepiej, typowy Rosjanin. Kiedy ktoś mu powiedział: „Zrób to tak”, odpowiadał: „Hab ich eigene Methode” – „mam swój własny sposób”.

Na egzaminy przyjeżdżali profesorowie spoza szkoły, na przykład z Salzburga, bo nasi nie mieli uprawnień. Jakiś czas temu inny dawny uczeń opowiedział mi, jak Nick zdawał z angielskiego. Był już dorosły, kawał chłopa, siedział napięty, bo próbował się skupić. Nauczycielka trzęsła się ze strachu, bała się, że ją zaatakuje.

A jak tam uczono?

Co ciekawe, mimo że szkoła była oficjalnie zarejestrowana w kuratorium, nie miała charakteru nazistowskiego, a taki duch w tym czasie powszechnie panował w austriackiej edukacji. U nas dyskutowało się o wszystkim, też o nazizmie, historia nie kończyła się – jak w innych szkołach w Austrii – na I wojnie światowej. U nas był tylko jeden nazista, uczył geometrii.

Mieliśmy sąd koleżeński złożony z uczniów i nauczycieli, któremu zawsze przewodniczył uczeń – pełniłem tę funkcję przez dwa lata. Jeśli wpływała do nas sprawa prywatna, niezwiązana ze szkołą, można było przed naszym sądem postawić też nauczyciela.

Zawsze powtarzam, że miałem szczęście z tą szkołą. Mój sposób myślenia, stosunek do świata, system wartości zawdzięczam bardziej szkole niż domowi. Spędziłem tam dziewięć lat, najważniejszy dla młodego człowieka okres życia. Myślę, że gdybym chodził do gimnazjum w Linzu i przez cały czas był pod wpływem rodziny, przesiąkłbym jej duchem.

Chociaż może i tak bym się zbuntował… nie wiem.

2

Niemiecki duch

Duch nazizmu w domu – co to właściwie znaczy?

To dobre pytanie, przecież w domu o tym nie rozmawialiśmy. Nie mówiło się dzieciom, że Hitler był wielkim człowiekiem, nie tłumaczyło, jak wspaniały i ważny jest nazizm. U dziadków w Amstetten chociażby dlatego, że w pokoju obok mieszkał radziecki oficer, którego im dokwaterowano. Musieli naprawdę uważać.

Dziadek po wojnie dwa lata siedział w więzieniu, przesłuchiwano go w Norymberdze. Kiedy wrócił do Amstetten, nikt nie chwalił się, że jest nazistą.

Mieszkali obok radzieckiej komendantury, na której wisiały wielkie portrety Lenina i Stalina, przed wejściem stali Rosjanie z pepeszami. Wszyscy wiedzieli, kto tu jest teraz panem.

Powiedz więcej o dziadku, który był tak ważny.

Trzeba zacząć od jego rodziny. Ojciec dziadka był Niemcem znad Renu. Przeniósł się z Niemiec na tereny Słowenii, właśnie do Tüffer, tam ożenił się z Niemką z tych okolic. Był garbarzem, dobrze mu się powodziło, miał własny nieduży zakład. Dlaczego się przeniósł, nie wiem. To on kupił dom w Tüffer, w którym w 1880 roku urodził się dziadek. Tam przyszła na świat reszta jego licznego rodzeństwa. Dziadek miał trzech braci i cztery siostry, reszta zmarła. Chodził do niemieckiej szkoły podstawowej w Tüffer, potem dojeżdżał ponad dziesięć kilometrów do niemieckiego gimnazjum w Cilli – po słoweńsku Celje.

Tüffer (Laško), dom rodzinny Bastów

Dobrze znał słoweński, miał przyjaciół Słoweńców. Były to już jednak czasy, kiedy zaczęły się typowe na terenach mieszanych konflikty, w tym wypadku głównie niemiecko-słoweńskie.

Niemcy mieli w rękach cały przemysł, a więc dominowali też w innych dziedzinach. Słoweńcy domagali się równouprawnienia, na przykład słoweńskiego gimnazjum w centrum miasta, a kiedy je wywalczyli, Niemcy czuli się upokorzeni, zagrożeni. To był dla nich koniec świata. „Po co nieinteligentnym i niezdolnym z natury Słoweńcom w ogóle gimnazjum, a cóż dopiero w centrum! – mówili. – Ci Słoweńcy nas zaleją”.

Tüffer było w większej części niemieckie, więc kiedy otwierano jakąś knajpę czy sklep słoweński, od razu pojawiały się hasła podobne do tych w przedwojennej Polsce, tylko zamiast „Nie kupuj u Żyda!”, tu nie należało kupować u Słoweńca. Istniały różne stowarzyszenia niemieckie i słoweńskie, które o wszystko ze sobą walczyły. Potem Słoweńcy i Niemcy spotykali się w knajpach albo pod kościołem i wybuchały kłótnie, awantury, bijatyki. Kościół katolicki był słoweński, silnie nacjonalistyczny, dlatego rodzina dziadka przeszła na protestantyzm.

Z katolicyzmu?

Tak, tereny nad Renem, z których pochodzili – inaczej niż większość Niemiec – były katolickie. W pewnym momencie pojawił się ideolog austriacki Georg von Schönerer z hasłem „Precz od Rzymu”, czyli jak najdalej od Kościoła katolickiego, budujmy swój własny, niemiecki dom, i dziadek przeszedł na protestantyzm. Ślub z babcią brali w malutkim kościele protestanckim mniejszości niemieckiej w Lublanie.

Słoweńscy księża w Tüffer zawsze mówili z ambony, że to ich ziemia, nie niemiecka, podgrzewali konflikty. To zaszczepiało i w dziadku ducha walki.

Tak się zaczyna, później buduje się na tym ideologię zagrożenia, konieczności walki w swojej obronie.

W codziennym życiu często wszystko funkcjonowało normalnie. Ale przyszła nacjonalistyczna ideologia, dziadek został wychowany w duchu niemieckim, bo przecież my, Niemcy, musimy bronić swojej tożsamości, swojej ziemi.

Twój dziadek studiował prawo w Grazu.

Tak jak jego brat i koledzy, a potem mój ojciec, jego brat i koledzy. Wszyscy należeli do korporacji o nazwie Germania, bo oczywiście czuli się i byli Niemcami. Obawiali się, że Słoweńcy zagarną cały Graz, który był dla nich ostoją niemieckości, miejscem kultywowania germańskiego ducha.

Było wiele korporacji, zresztą istnieją do dziś. Germania ma nawet cały budynek w Grazu, jej członkowie tam się spotykają, piją, odbywają pojedynki, najczęściej w piwnicy.

Pojedynki? Do tej pory?

Jak najbardziej, u nas są dozwolone. Od zawsze stanowiły rytuał męskości, odwagi, niemieckości. Blizny na twarzy zostają na całe życie, wyrażają tego ducha, widać je na zdjęciach mojego dziadka, ojca, na pewno byli z nich dumni.

Pojedynki uważano za coś ważnego, nie każdy był ich godny, na przykład wprowadzono zakaz pojedynkowania się z Żydami, nie mogli oni też oczywiście należeć do korporacji, w jej statucie zapisano tak zwany paragraf aryjski. Nie wiem, czy wolno było pojedynkować się ze Słowianami, chyba też nie. Korporacje miały swoje zasady, język, nakazy, zakazy, liczbę pojedynków do zaliczenia, żeby przejść wyżej w hierarchii. Mam zdjęcie ojca z bandażami na policzkach, idzie ulicą z wysoko uniesioną głową.

Ciebie nikt w rodzinie nie namawiał?

Nie, ale w latach sześćdziesiątych, kiedy studiowałem w Wiedniu, widywało się młodych ludzi z zaklejonymi ranami, a potem z bliznami na policzkach. Było to zupełnie normalne. Raz w tygodniu w głównym holu uniwersytetu prawicowcy robili tak zwany Bummel(n), od „przechadzać się”. Chodzili w grupach tam i z powrotem po korytarzach, w korporacyjnych czapkach, chcieli zamanifestować swoją obecność, pokazać, że uniwersytet należy do nich. W przedwojennej Polsce też to było, ten duch męskości, antysemityzmu.

Kiedyś zapytałem syna, który studiował w Wiedniu, czy coś takiego ma tam jeszcze miejsce, powiedział, że nigdy takich ludzi nie widział. Może ich nie było, a może nie zauważył, studiował afrykanistykę, nie miał zajęć w głównym gmachu.

Oni dalej tam są, to nie ulega wątpliwości.

Tylko mężczyźni?

Oczywiście, to męska sprawa. Kobieta nigdy nie mogła należeć do korporacji. Wobec kobiet korporanci byli w staroświecki sposób rycerscy, kobieta stanowiła ozdobę.

Nie pamiętam, czy dziadek jako starszy człowiek spotykał się jeszcze z kolegami z korporacji, ale jego młodszy brat Ernst, u którego w Amstetten jako dziecko czasem mieszkałem, jak najbardziej. Kiedy mieli do niego przyjść ci Bundesbrüder – bracia z korporacji – musiało być dobre jedzenie, wino. A my wiedzieliśmy, że będziemy cały wieczór siedzieć w kuchni.

Dziadek, 1912 r.

My, czyli kto?

Jego żona, służąca, córka lekarka, jeśli akurat do nich przyszła, i ja. On z kolegami w jadalni, a my w kuchni, gdzie było bardzo wesoło. Zresztą to nic wyjątkowego, bo on zawsze jadał sam, to znaczy ze swoim ukochanym psem, malutkim i strasznie grubym, utuczonym na biszkoptach z bitą śmietaną.

Kobiety i dzieci w kuchni – chyba uważał, że tak powinno być. To też jest ten duch, w którym i ja zostałem wychowany. W tym wypadku mi to odpowiadało. Wujek był surowym człowiekiem, trochę się go bałem, wolałem siedzieć z jego żoną i służącą, które mnie kochały.

Ernst był siedem lat młodszy od dziadka, ale zachowywał się typowo dla ich środowiska. Dziadek, który przeprowadził się z Tüffer do Amstetten, przywiózł ze sobą tego niemieckiego ducha.

Młody adwokat nie uciekł chyba do Amstetten ze strachu przed Słoweńcami albo z niechęci do nich. Nowe miejsce też nie było czysto niemieckie.

Mieszkali tam Czesi, pracowali głównie na kolei. Amstetten to ważny węzeł, punkt przesiadkowy. Czesi jeszcze przed Słoweńcami domagali się równouprawnienia, Słoweńcy brali z nich przykład. W latach dwudziestych w Amstetten dochodziło do konfliktów. Niemieckie gazety z tamtych lat pisały o czeskim zagrożeniu dla miasteczka. Biedni ci Niemcy, oni nigdy nie zagrażają, nie atakują, ale ciągle muszą się bronić. To typowe, II wojna światowa też zaczęła się przecież od ataku Polaków, Niemcy tylko się bronili.

Wiesz, dlaczego dziadek przeniósł się do Amstetten?

Mam pewne podejrzenie. Po studiach pracował jako adwokat w różnych miejscach, bezpośrednio przed Amstetten, dokąd przeprowadził się na stałe w 1912 roku, w Gottschee, po słoweńsku Kočevje.

W tym samym roku 1910, w którym ożenił się z moją babcią, w Gottschee urodziła się jego nieślubna córka. Możliwe, że dlatego chciał stamtąd uciec. To małe miasteczko, był młodym prawnikiem, adwokatem, nawet dziś w tym zawodzie liczy się reputacja.

To w ogóle była nieprzyjemna historia, bo matkę tego dziecka, bardzo młodą dziewczynę, jej rodzina szybko wysłała do Ameryki. Pozbyli się tylko jej, dziecko zostało z jej starszą siostrą udającą matkę. O kogo dokładnie chodzi, dowiedziałem się dopiero w latach dwutysięcznych, kiedy zbierałem materiał do książki Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu.

Jak się dowiedziałeś?

Poznałem nieślubnego syna tej córki dziadka, on niedawno umarł. Opowiedział mi, że szedł kiedyś ulicą z matką, ona nagle stanęła i powiedziała: „Zobacz, idzie twój dziadek”, ale on nawet się nie zatrzymał.

Nie zamienili słowa. Dziadek nie dawał im ani grosza.

Twoja babcia to akceptowała?

Dla niej to był wielki wstyd. Kiedy dziadek umarł w 1960 roku – w delirium, nawet mnie nie poznawał – zaczęły zjawiać się różne kobiety, które twierdziły, że dziadek był ojcem ich dzieci. Na pewno czegoś się domagały, ale młodszy brat mojego ojca Helmut, który też miał swoją kancelarię w Amstetten, wszystkie je wyrzucił: „Nie znamy pań, do widzenia!”. On też nie zachował się honorowo.

Niedawno dowiedziałem się o nieślubnym synu dziadka pochodzącym z miasteczka w Słowenii, w którym dziadek też krótko pracował. Ten chłopak studiował potem w Austrii, potrzebował pieniędzy. Miał tylko niezamożną matkę, poprosił więc brata dziadka o pomoc. Nie zwrócił się do swojego biologicznego ojca, tylko do jego brata, który chyba wysłał mu jakieś pieniądze. Chłopak napisał do niego list kończący się słowami: „Proszę pozdrowić wujka Rudiego”. Nie dostał od ojca ani grosza i jeszcze grzecznie go pozdrawia, nazywając wujkiem!

Cofnijmy się trochę. W 1912 roku dziadek przeprowadza się z żoną do Amstetten, zakłada kancelarię, w 1914 wybucha I wojna światowa…

Przed wyjazdem z Gottschee, czyli z Kočevja, do Amstetten, w 1911 roku urodził się mój ojciec Gerhard Bast.

W 1914 roku dziadek idzie na wojnę, jest oficerem, sędzią polowym. Zbyt wiele na ten temat nie wiem. Jego młodszy brat Ernst wojnę spędził w Słowenii, ale po upadku Austro-Węgier sytuacja na tych terenach odwróciła się, teraz Słoweńcy stali się panami i od razu – tak samo było w Czechach – zaczęli prześladować Niemców. Wyrzucali prawników z sądów, więc w 1919 roku Ernst uciekł stamtąd do Austrii. Wiem, że groziło mu aresztowanie. Zamieszkał, tak jak dziadek, w Amstetten, gdzie razem prowadzili kancelarię. Dopóki się nie pokłócili, chyba już w latach trzydziestych. Wtedy się rozdzielili.

Ernst był świetnym adwokatem. Mam podejrzenie, że dziadkowi nie bardzo chciało się pracować, wolał wyjazdy, polowania, a brat musiał robić wszystko za niego. Kiedy w dzieciństwie przyjeżdżałem do Amstetten, nie rozmawiali ze sobą, choć ich kancelarie były od siebie oddalone pięć minut piechotą.

Twój dziadek należał do NSDAP.

Od roku 1931 – tak jak mój ojciec – kiedy partia była w Austrii legalna. Zdelegalizowano ją w czerwcu 1933, ale dziadek nadal działał. Jeszcze przed wojną poszedł za to siedzieć, choć wypierał się, kłamał w żywe oczy, że zapisał się dopiero w 1938 roku, po anszlusie. Gdy pytano go, dlaczego w takim razie w legitymacji jest wcześniejsza data, wymyślał jakieś bzdury: „Siedzieliśmy w knajpie, piliśmy, przyszedł facet z partii zapisywać nowych członków, zbierać składki. Ponieważ byłem wstawiony, dałem mu całą stówę, a on, że to za dużo. Nie miał wydać, więc wymyślił, że wpisze mi o wiele dłuższy staż”.

Dziadek potrafił świetnie kłamać, zawsze szedł w zaparte, a że był prawnikiem, znaną osobą w mieście, nikt jego słów nie prostował ani na niego nie donosił, też w innych sprawach.

Poszedł siedzieć, ale na krótko, do obozu w Anhaltelager, gdzie wsadzali i nazistów, i komunistów, bo obie partie były nielegalne. Tam poznał Ernsta Kaltenbrunnera, późniejszego adwokata w Linzu i zbrodniarza wojennego, także znajomego mojego ojca. Tak naprawdę jeśli się coś wydarzyło w Amstetten, ktoś na przykład podłożył bombę, od razu aresztowano znanych nazistów albo musieli oni zapłacić za szkodę. Winien czy niewinien, mało kogo to obchodziło. Często musiał płacić dziadek, figurował na liście bogatych nazistów.

Oprócz tego aresztowali go kilka razy za jakieś prowokacje, na przykład za hajlowanie, które też było wtedy karalne.

Mój ojciec również siedział przed wojną za przynależność do NSDAP.

Co podczas II wojny światowej?

Po anszlusie dziadek został głównym doradcą prawnym nazistów w Amstetten, nie zarabiał na tym, ale była to funkcja ważna, prestiżowa. Jako prawnik zajmował się głównie sprawami aryzacji, czyli pozbawianiem Żydów własności. Większość przechodziła przez jego biuro. Po wojnie twierdził oczywiście, że wszystkim tylko pomagał.

Co to były za sprawy?

Przykre. Prowadził na przykład sprawę rozwodową Niemca, który miał żonę Żydówkę, ale w nowej sytuacji postanowił się z nią rozwieść. Facet ożenił się w latach trzydziestych, kiedy jeszcze było to możliwe. Żyli razem, spał z nią w jednym łóżku, ale nagle poczuł do niej straszną niechęć i przyszedł do dziadka po pomoc. Prowadził firmę budowlaną, którą założył za pieniądze żony. Ta kobieta nie miała żadnych szans, nie mogła protestować, dziadek rozwiódł ich, wiedząc, co jej grozi. Potem wysłali ją do Auschwitz czy do Małego Trościeńca na terenach dzisiejszej Białorusi, gdzie deportowano wielu Austriaków. Już stamtąd nie wróciła, natomiast jej były mąż po wojnie żądał jeszcze zadośćuczynienia, chciał, żeby uznano go za ofiarę, w końcu jego żona była prześladowana, zginęła w obozie. Nie wspomniał, że się rozwiódł. Jego firma zbudowana za żydowskie pieniądze do tej pory dobrze prosperuje.

Mój przyjaciel znalazł ich fantastyczne zdjęcie ślubne, z którego mąż odciął swoją żonę. To jest jedyna fotografia, jaka – choć już bez niej – po niej została.

Okropne. Kiedy się tego dowiedziałeś?

Dopiero kiedy zbierałem materiał do Śmierci w bunkrze, dziadek dawno już nie żył.

Ciągle można odkryć coś nowego. Dwa lata temu spotkałem się z synem brata mojego ojca. On jest lekarzem, wcześniej mieszkał w Niemczech, a teraz przeniósł się na Maltę, jest już na emeryturze. Rozmawialiśmy o dziadku, opowiedział mi epizod z czasów nazistowskich w Amstetten, który pokazuje go z jeszcze innej strony.

W latach trzydziestych Kościół katolicki w Austrii był antynazistowski, antyniemiecki, opowiadał się po stronie austriackiego rządu, więc mój dziadek – zapalony protestant, choć raczej niewierzący – był z nim oczywiście w sporze. Blisko domu dziadka stał kościół katolicki, z urzędującym tam księdzem dziadek był skłócony. Ten ksiądz miał psa. Dziadek, myśliwy, zwrócił mu uwagę, że pies poluje, gania za zwierzętami, a nie wolno mu tego robić. Ksiądz odpowiedział, że to przecież normalne, a dziadek, że na to nie pozwala. I kiedy następnym razem zobaczył tego psa, zastrzelił go. Parę tygodni później spotykają się na ulicy. Ksiądz prowadzi na smyczy nowego psa, dziadek wraca właśnie z polowania, więc ma ze sobą sztucer. Ksiądz mówi, trochę prowokacyjnie: „A dzień dobry, widzi pan, mam nowego psa”. Wtedy dziadek bierze sztucer i mówi: „Miał pan”. I też go zastrzelił.

Ohydne.

Prawda? Niesamowite. Wybuchł skandal. Jak to? Pies był na smyczy, na ulicy, tak nie wolno. Ale dziadek był ważną osobą w mieście, więc ksiądz nic nie mógł zrobić. I tak miał na pewno różne nieprzyjemności, czuł się zagrożony. Bardzo dużo księży wtedy aresztowano, wysyłano do obozów.

To był dla mnie szok. Potem zobaczyłem zdjęcie tego księdza z psem, co mi jeszcze tę sprawę ukonkretniło. Uświadomiłem sobie, jak podle potrafił się zachować mój ukochany dziadek.

Po wojnie dwa lata siedział.

Po wojnie zaczęła się denazyfikacja, zarządzona przez rząd austriacki, nie przez aliantów. Wszyscy musieli wypełniać formularze, zgłaszać, czy, gdzie, kiedy należeli – NSDAP, SA, SS, gestapo, HJ, wymieniać korporacje, wszystko. Jeśli ktoś na przykład należał do NSDAP w czasie, kiedy partia była nielegalna, dostawał na jakiś czas zakaz pracy, nawet w sektorze prywatnym. Taki zakaz obowiązywał na przykład wujka Ernsta, młodszego brata dziadka. Jak długo – zależało od znajomości. Szukano świadków. Jeśli ktoś miał na przykład znajomego komunistę – a komuniści wówczas się liczyli – ten mógł go wybronić, powiedzieć: „Może i należał do NSDAP, ale to porządny człowiek”. Była na pewno duża korupcja.

Dziadkowi udało się z niektórych spraw wymigać, na przykład ze sprawy bicia i opluwania amerykańskich lotników.

Co to za sprawa?

W 1944 roku był straszny nalot na Amstetten, akurat kiedy przejeżdżał tamtędy pociąg z amerykańskimi jeńcami. Zostały zniszczone szyny, nie można było dalej jechać. Jeńców wyprowadzono i – jak sądzę, umyślnie – poprowadzono przez główny plac w mieście. Tam zgromadzili się ludzie, zaczęli ich przeklinać, bić, opluwać. Mój dziadek brał w tym udział. Po wojnie Amerykanie zrobili z tego poważną sprawę, doszło do aresztowań, procesów. Na półtora roku poszła do więzienia kobieta, która prowadziła kancelarię brata dziadka. Ona tak, ale nie mój dziadek, który udawał, że go tam w ogóle nie było. Oczywiście nie znaleziono świadków, którzy by jego obecność potwierdzili. Amstetten to małe miasto, kto by tam doniósł na – jak się w Austrii mówi o ludziach wykształconych – „pana doktora”.

Ale ja po latach spotkałem ludzi, którzy dziadka na tym placu widzieli.

Jednak dziadka w końcu zamknęli. Jak do tego doszło?

Aresztowali go na ulicy w Linzu, ktoś go poznał i wskazał. Siedział w Linzu, w Glasenbach, obozie dla nazistów, był też przesłuchiwany w Norymberdze, parę lat temu dostałem protokoły tych przesłuchań, tam też jakiś czas siedział, potem w Wiedniu. Kłamał, ale jednak mu nie uwierzono, bo wcześniej sam się przechwalał, co robił, jaki jest ważny, jaką ma pozycję. Zwolniono go z aresztu w 1947 roku, nigdy nie został skazany.

Babcia, mimo że w poglądach się zgadzali, chyba nie miała z nim łatwo.

Nie byli dobrym małżeństwem, rzadko widywałem ich razem. Dziadek był typowym myśliwym – głośny, trzaskał drzwiami, kiedy wracał z polowania, mówił tylko: „Masz, zrób!”, rzucając na stół zająca czy bażanta. No i te kochanki, o których co jakiś czas się dowiaduję.

Z babcią Paulą Bast, Górna Austria, 1946 r.

Dużo pił. Przesiadywał w jakichś podłych knajpach, kiedy był już kompletnie zalany, dzwonili do babci: „Pan doktor pijany, proszę zabrać męża”. Nie było to dla niej zbyt zabawne. Babcia chciała uchodzić za osobę z wyższych sfer, nie do końca to jednak prawda, choć pochodziła z dobrej niemieckiej rodziny w Lublanie. Ojciec był cieślą, ona jeszcze jako panienka uczyła w podstawówce. Zawsze podkreślała, jak ważne są dla niej literatura i muzyka, ale mam co do tego wątpliwości. Wprawdzie znalazłem dowód, że jej rodzina w Lublanie miała abonament do filharmonii, nie pamiętam jednak, żeby babcia oddawała się słuchaniu muzyki.

Dziadek w każdej wolnej chwili uciekał do lasu, dla niego najważniejsze były polowanie i łowienie ryb. W późniejszym okresie praca adwokata już go też nie interesowała. Wolał siedzieć w knajpach z prostymi ludźmi, z chłopami, i opowiadać o dawnym wspaniałym życiu. Nie wolno mu już było polować – jako nazista nie miał pozwolenia na broń. Zresztą swoją stracił, bo gdzieś ją ukrył, zakopał, i już nie odnalazł. Ciągle opowiadał o tych fantastycznych sztucerach.

Pisałeś, że babcia była twardą kobietą, głównym ideologiem w domu, i tak się temu wszystkiemu poddawała?

Kiedy jako dziecko przyjeżdżałem do Amstetten, mieszkałem z nią na ogół u wujka Fritza, któremu prowadziła dom. Po latach ktoś powiedział mi, że „nie tylko”. Był zdziwiony, że się nie domyśliłem, niczego nie zauważyłem. Babcia miała już dość dziadka, trudno się temu dziwić.

3

Ta zła Afrodyta

Przenieśmy się do Linzu. Czy twój ojczym, który chodził do szkoły z Hitlerem, coś o nim opowiadał?

Chodzili razem do Realschule, ojczym był dwa lata młodszy, ale Hitler powtarzał klasę, spędził w tej szkole tylko trzy lata. Ojczym mówił, że zbyt normalny to on nie był. Kiedyś na wycieczce szkolnej wlazł na drzewo i zaczął przemawiać. Potem podpalił wysuszoną trawę, cieszył się na widok ognia. Za to podpalenie dostał karę.

Trochę dziwnie się zachowywał, do tego kiepsko się uczył. Ojczym, który uczył się świetnie, patrzył na niego z góry. Później starał się o rękę Geli Raubal, siostrzenicy Hitlera. On był jej opiekunem prawnym, więc ojczym musiał go prosić o zgodę. Wybrał się w tym celu do Monachium, gdzie Hitler wtedy mieszkał, ale niestety spotkała go odmowa, co potraktował jako wielki dyshonor. W przeciwieństwie do Hitlera pochodził z dobrej rodziny w Linzu, był też dobrym malarzem. Mimo tej nieprzyjemnej historii darzył go później szacunkiem. Nie cenił tylko jego malarstwa – gdy ktoś mówił o obrazach Hitlera, z dezaprobatą machał ręką.

Inne pochodzenie, charakter, ale poglądy te same…

Wydaje się bardzo ważne, że mieli wspólnego nauczyciela historii. Leopold Poetsch wychował wielu nazistów, w tym Adolfa Eichmanna, który później też chodził do Realschule. Poetsch wpajał im typowego ducha wielkoniemieckiego: jesteśmy Niemcami, pierwszym narodem na świecie. Hitler poświęcił Poetschowi całą stronę w Mein Kampf. Pisał o nim z wielkim uznaniem, że dzięki niemu zaczął rozumieć historię, że nauczyciel otworzył mu oczy. Wysłał mu Mein Kampf z dedykacją, ale – z tego, co wiem – Poetsch książki nie zatrzymał, komuś ją oddał. Kiedy Hitler po anszlusie przyjechał do Linzu, został dosyć chłodno przyjęty przez Poetscha, który był już wtedy staruszkiem. Ten wielkoniemiecki myśliciel nigdy nie stał się nazistą. Uważał się za Austriaka.

Nie badałem szczegółowo jego historii, ale wiem, że nie popierał anszlusu, był przeciwny zniknięciu Austrii z mapy Europy. Uważał, że Habsburgowie mają swoją odrębną, równoległą historię, konkurencyjną wobec historii Niemiec; Austria ma historyczne prawo do istnienia, Austriacy są oddzielnym narodem.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl,

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl,

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2018

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tropiciel złych historii Co byś powiedział sobie młodemu? Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran