Kto wypuścił bogów?

Kto wypuścił bogów?

Autorzy: Maz Evans

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 364

cena od: 21.84 zł

Niesforny dwunastolatek, całkiem wiekowa Panna i uwięziony na Ziemi demon – awantura gotowa!

Elliot Hooper nie ma łatwego życia. Od śmierci dziadka mieszka sam z mamą na starej farmie w południowej Anglii. Wstawać rano nie lubi, za szkołą nie przepada, ale to wszystko byłoby do zniesienia, gdyby tylko nie szwankująca pamięć mamy Elliota. Josie zamiast otaczać syna opieką, sama jej coraz częściej potrzebuje.

Rosnące długi, czyhająca na rodzinną farmę wścibska sąsiadka i znikająca raz za razem mama to zbyt dużo jak na dwunastolatka. A gdyby tego wszystkiego było za mało, pewnej nocy w oborze na farmie Elliota ląduje Panna, która przedstawia się jako „nieśmiertelna”, „gwiezdna konstelacja” i „członkini Rady Zodiakalnej”, licząca sobie niespełna dwa tysiące lat!

To dopiero początek kłopotów Elliota... Dziwaczna istota, którą – co tu dużo gadać – chłopiec ma za lekką szajbuskę, szuka „więźnia numer czterdzieści dwa”.

Kim jest więzień?

Kto pragnie przejąć władzę nad światem bogów i ludzi?

Czy chłopiec zdoła przeciwstawić się tajemniczemu i potężnemu wrogowi?

Jedno jest pewne – na Elliota i jego nowych, boskich przyjaciół spadną prawdziwe gromy!

Maz Evans – debiutująca pisarka brytyjska. Swoją karierę rozpoczęła jako dziennikarka i krytyk filmowy. Założycielka Story Crew, programu nauki kreatywnego pisania skierowanego do uczniów szkół podstawowych.

Książkowy odpowiednik animacji Pixara.

Amazon

Bogowie olimpijscy, jakich nie znacie, w połączeniu z cudownym brytyjskim humorem.

The Bookseller

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

1. Byle się nie wychylać

2. Farma twoim domem

3. Narodziny gwiazdy

4. „Mama” to słowo klucz

5. Spotkanie pod osłoną nocy

6. Lekcja pływania

7. Więzień numer ile?

8. Patricia Zadek-Sam

9. Zła rada

10. Jak po maśle

11. Podsycając płomień wspomnień

12. Bóg mody

13. Na dobre i na złe

14. Mity i legendy

15. Pewniak

16. Wystarczy miłość

17. Sprawy rodzinne

18. Stary demon

19. Ostrożnie z życzeniami

20. Idealni rodzice

21. Na czatach

22. Na złym torze

23. Sprawa koronna

24. Na rozkaz królowej

25. Nie wszystko złoto...

26. Jaskinia Snu i Śmierci

27. Chrapelglut

28. Czas próby

29. Puk, puk

Trochę podziękowań

Tytuł oryginału: WHO LET THE GODS OUT?

Opieka redakcyjna: PAULINA OHAR-ZIMA

Redakcja: DOROTA WIERZBICKA

Korekta: Pracownia12A, ANNA RUDNICKA, LIDIA TIMOFIEJCZYK

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: ROBERT KLEEMANN

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Piksel. Pracownia DTP

Oryginalne wydanie anglojęzyczne pod tytułem WHO LET THE GODS OUT ukazało się po raz pierwszy w 2017 roku nakładem wydawnictwa The Chicken House, 2 Palmer St, Frome, Somerset, BA11 1DS, Wielka Brytania.

Text copyright MAZ EVANS © 2017

Wszystkie imiona postaci i nazwy miejsc występujące w tekście są chronione prawami autorskimi przysługującymi MAZ EVANS © 2017 i nie można wykorzystywać ich bez zgody uprawnionej.

Autorka i Ilustrator zastrzegli osobiste prawa autorskie.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Projekt okładki: Helen Crawford-White, ilustracje: Aleksei Bitskoff. © 2017

Projekt wnętrza: Helen Crawford-White, ilustracje: Aleksei Bitskoff. © 2017

© Copyright for the Polish translation by Natalia Wiśniewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06628-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Elliot nie spał dobrze, mimo że był bardzo zmęczony. Dręczyły go myśli o Pannie, czy jakkolwiek nazywała siebie ta dziwaczka. Kiedy próbował zasnąć, wyobrażał sobie, że dziewczyna kradnie srebra rodzinne, dlatego wiercił się w łóżku przez pół nocy. Drugą połowę przespał tylko dlatego, że uświadomił sobie, iż dawno spieniężył całą zastawę. Niemniej skoro tylko nastał świt, Elliot ubrał się i zszedł na dół.

Spodziewał się, że zastanie Pannę chrapiącą pod patchworkową narzutą, która na co dzień zasłaniała dziury w sofie, ale dziewczyna siedziała przed telewizorem. Jej twarz nie nosiła śladów zmęczenia, mimo że sofa nie wyglądała, jakby ktoś na niej spał.

– Bry... – mruknął powściągliwie Elliot.

– Dzień dobry, Elliocie – odparła Panna, wpatrując się gniewnie w ekran. – Mam nadzieję, że spędziłeś noc lepiej niż ja.

Elliot już miał wygłosić tyradę na temat tego, jak wtargnięcie nieznajomej paranoiczki do obory zakłóciło mu noc, kiedy jego uwagę zwróciło coś istotniejszego. Panna oglądała telewizję, co oznaczało, że mieli prąd.

– Ale jak? – wybąkał sennie, próbując wydobyć słowa, które najwyraźniej wciąż jeszcze drzemały.

– Muszę powiedzieć, że zachowanie twoich śmiertelnych znajomych pozostawia wiele do życzenia nawet w porównaniu z twoją gościnnością – zaczęła, wyraźnie zadowolona, że może się komuś pożalić. – Ci mali mieszkańcy tego pudła są niezwykle nieuprzejmi.

Elliot zerknął na operę mydlaną, którą oglądała Panna, próbując zrozumieć, jakim cudem przywrócono energię elektryczną do jego domu.

– Przez całą noc próbowałam nawiązać z nimi konwersację – fuknęła. – Ale zostałam całkowicie zignorowana. Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, kiedy wcześniej któryś z nich wyszedł, żeby walczyć z wilkołakami, takie rzeczy się zdarzają, ale ci tutaj są kompletnymi imbecylami. Na przykład ta kobieta – dodała, wskazując gwiazdę oper mydlanych. – Chciałam jej poradzić, żeby nie uciekała z tym mężczyzną, ale czy mnie wysłuchała? I teraz utknęła w samochodzie z kimś, kto zabił własną matkę zaledwie dwadzieścia minut wcześniej! I przejechał psa sąsiada! I podszywał się pod własną siostrę! A tak w ogóle, to ruszamy wreszcie na poszukiwania więźnia numer czterdzieści dwa?

– Kiedy zapaliło się światło? – zapytał.

– Och, odzyskałam zasilanie dzięki instalacji waszych sąsiadów. Musiałam zasięgnąć informacji na temat zespołu obwodów elektrycznych w Co jest czym, ale się opłaciło. Panowały tu większe ciemności niż w kredensie pośrodku labiryntu.

Elliot przyglądał się Pannie zapuchniętymi z niewyspania oczami. A więc ta dziwaczka była także elektrykiem. Interesujące. Poza tym Elliot miał tylko jedną sąsiadkę, Patricię Porshley-Plum. Zatem Panna musiała „pożyczyć” prąd od pani Zadek-Sam bez płacenia. Czy tak można? Z pewnością nie. Ale Elliot wiedział, jak postąpić w tej sytuacji.

– Pokażesz mi jak? – zwrócił się do Panny.

– Elly? – zapytała nagle mama Elliota. Stała w drzwiach, przecierając zaspane oczy. – Kto to jest?

Zmęczony umysł Elliota nie zdołał wymyślić naprędce żadnego kłamstwa.

– Jestem Panna, konstelacja Rady Zodiakalnej – odparła Panna, unosząc prawą dłoń do lewego ramienia. – Nie miałam pojęcia, że śmiertelnicy mieszkają w grupach, tak jak Gorgony. Miło mi cię poznać, dorosła, żeńska śmiertelniczko.

– Jestem Josie, mama Elliota – wyjaśniła kobieta, uśmiechając się ciepło. – Syn nie uprzedzał, że będzie mieć towarzystwo.

– Nie mógł tego zrobić – powiedziała Panna. – Obawiam się, że...

– Przyjechała bardzo późno – przerwał jej Elliot. – To była dość niespodziewana wizyta. Przygotuję ci kąpiel, mamo. Może się trochę odprężysz? Panna i tak właśnie wychodziła.

– Och, jaka szkoda – powiedziała Josie. – No cóż, miło było cię poznać. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

– To mało prawdopodobne, Josie Mamo – oznajmiła Panna. – Wkrótce wrócę do swojego domu w Elizjum, gdzie nigdy nie postała stopa żadnego śmiertelnika.

– Och, no cóż. W takim razie życzę ci bezpiecznej podróży – odparła uprzejmie Josie, podczas gdy Elliot delikatnie prowadził ją do schodów.

Pół godziny później, kiedy mama Elliota bezpiecznie opuściła łazienkę, chłopak wręczył Pannie jej piersiówkę i tost, który dla niej przygotował, po czym, ubraną w jego starą bluzę w kapturem, wyprawił ją na dwór.

– Niedługo wracam, mamo! – krzyknął. – Nigdzie nie wychodź i nikogo nie wpuszczaj.

– Tak, szefie – odparła Josie ze śmiechem, po czym zadowolona wróciła do czytania czasopisma przy kuchennym stole. – Do zobaczenia, przystojniaku.

– Patrz! Jest tam! – wykrzyknęła Panna na widok Stonehenge, kiedy stanęła przed bramą frontową. – Jeśli przejdziemy przez to pole, lada moment dotrzemy na miejsce.

– Eee... tędy będzie szybciej – burknął Elliot, który zamierzał zaprowadzić Pannę prosto na posterunek policji w Little Motbury.

Elliot i Panna szli w milczeniu drogą prowadzącą do pobliskiego miasteczka. Rzeka Avon szemrała cicho obok nich.

– Doceniam, że odprowadzasz mnie do więźnia numer czterdzieści dwa – powiedziała Panna. – Gdy tylko mu to dostarczę, zostawię cię w twoim nieidealnym śmiertelnym życiu.

– Rób, co chcesz – mruknął Elliot, który odliczał sekundy do chwili, kiedy uwolni się od tej świruski. Zawsze było mu daleko do rannego ptaszka, a miniona, prawie bezsenna noc uczyniła z niego jeszcze większą zrzędę niż zazwyczaj.

Po kilku minutach marszu Panna, przyglądając się swojemu tostowi, odezwała się ponownie:

– Podejrzewam, młody Elliocie, że nie do końca mi wierzysz.

– Nie, serio? – odparł chłopak, przeżuwając chrupiące pieczywo. Żałował, że nie było na nim masła orzechowego albo chociaż zwykłego masła.

– To wszystko prawda – zapewniła go, przeczesując włosy nietkniętą kromką. – Rozumiem, że twój śmiertelny tyci mózg może mieć trudności z ogarnięciem moich wyjaśnień, ale ja jestem nieśmiertelną konstelacją wysłaną w celu dostarczenia ambrozji.

– Właściwie nic mnie to nie obchodzi! – warknął Elliot, zatrzymując się, żeby na nią spojrzeć. – Nie obchodzi mnie, czy uważasz się za nieśmiertelną herbaciarkę! Nie obchodzi mnie, czy uważasz się za chodzący pokaz fajerwerków! Nie obchodzi mnie, czy króliczek wielkanocny zapomniał o twoich urodzinach, a wróżka Zębuszka pokrzyżowała twoje plany na lunch! Mam prawdziwe problemy w prawdziwym świecie i zaczynam mieć po dziurki w nosie twojej dziwacznej fantazji!

Jego wybuch wprawił Pannę w zamyślenie.

– No cóż, masz do tego prawo – odezwała się w końcu. – Chociaż przykro mi, że wróżka Zębuszka zawracała ci głowę naszymi wydarzeniami towarzyskimi. Rzeczywiście czasem bywa bezmyślna.

– Och, na litość!... – wrzasnął Elliot, oddalając się od niej pospiesznie.

Panna dogoniła go i na moment pogrążyła się w myślach.

– Mogę ci udowodnić, że jestem nieśmiertelna. – Rozejrzała się badawczo wokół. – Przyjęłabym inną postać, ale mam zapisane w umowie, że członkom rady nie wolno ujawniać swoich konstelacji śmiertelnikom...

– Sprytnie pomyślane.

– Zatem będę musiała znaleźć sposób, żeby nie umrzeć.

– Nie staraj się za bardzo.

– Aha! – wykrzyknęła Panna, spoglądając na rzekę. – Gdybym była śmiertelniczką, mogłabym przebywać pod wodą przez jakieś trzydzieści sekund?

– Coś koło tego – odparł Elliot, przystając i splatając ręce na piersi.

– W porządku. – Panna skinęła głową, po czym podeszła do rzeki i w pełnym rynsztunku zaczęła wchodzić do Avonu.

Elliota ścisnęło w żołądku, ponieważ zdał sobie sprawę, że posunął się za daleko. Miał wyrzuty sumienia.

– Posłuchaj, nie musisz mi niczego udowadniać – powiedział, otrząsając się ze złego nastroju. – Nie bądź niemądra...

– Oj, ta woda jest taka zimna i odrażająca – jęknęła Panna, lecz brnęła dalej. – Wy, śmiertelnicy, musicie bardziej troszczyć się o swój świat. W końcu to wszystko nie będzie trwało wiecznie, a potem znajdziecie się w... bul, bul, bul...

Dalszy ciąg wypowiedzi Panny zniknął pod powierzchnią razem z jej srebrną głową, kiedy rzeka wessała ją z cichym cmoknięciem.

– Ona mówi nawet pod wodą – skomentował Elliot, mimo że nikt go nie słyszał, i spojrzał na swój zegarek kieszonkowy. Nie widział powodu do obaw. Panna nawet nie nabrała powietrza w płuca. Wkrótce musiała dać za wygraną.

Dwadzieścia sekund. Elliot rozejrzał się za bąbelkami, które zdradziłyby lokalizację kryjówki Panny. Niczego jednak nie zauważył. Ani jednej zmarszczki. Nie mógł odmówić uporu tej dziewczynie.

Czterdzieści pięć sekund. Musiał przyznać, że potrafiła na długo wstrzymać oddech. Był jednak pewien, że niebawem wyskoczy z wody, krztusząc się potwornie. Lada moment. Dosłownie zaraz. Elliot zdjął kurtkę, którą zamierzał ogrzać Pannę zaraz po tym, jak dziewczyna przestanie się głupio popisywać. Nawet jeśli była mu kulą u nogi, nie życzył jej zapalenia płuc.

Minuta piętnaście. Serce Elliota zaczęło bić mocniej. Do tego stopnia pochłonęło go wściekanie się na Pannę, że w ogóle nie wziął pod uwagę, iż ona naprawdę mogła wierzyć w te brednie. Co jeśli naprawdę miała się za nieśmiertelną i w efekcie straciła przytomność na dnie rzeki, podczas gdy on sterczał na brzegu jak kołek? Być może ponosił odpowiedzialność za śmierć poważnie chorej młodej dziewczyny. Jak miałby to wyjaśnić jej rodzicom? Co powiedzieć policji?

Dwie minuty. Elliot wpadł w panikę. Pozwolił się utopić tej niepełnosprawnej biedaczce tylko dlatego, że miał za sobą kiepską noc. Wsadzą go do więzienia, i słusznie. Był paskudną istotą ludzką. Nie zostało mu nic innego jak ruszyć za dziewczyną.

Zdjął buty i koszulkę, rzucił zegarek na trawę. Już miał pozbyć się dżinsów, kiedy dostrzegł mgiełkę unoszącą się nad wodą i szybko zmienił zdanie. Zrobił głęboki wdech – i jeszcze jeden dla kurażu – po czym zanurkował w rzece. Woda kąsała go tysiącem lodowatych zębów.

– Panno! – krzyknął, wymachując rękami. – Panno! Gdzie jesteś?! Wierzę ci! Wychodź!

Raz, drugi, trzeci zanurkował w mętną toń, ale nigdzie nie było śladu Panny. Stanął zasapany, rozpaczliwie rozglądając się za dziewczyną, której pozwolił utonąć. Wściekły i załamany uderzył pięścią w taflę wody. Przepadła! I to z jego winy.

– Miejmy nadzieję, że jesteś nieśmiertelny! – zawołała Panna, wynurzając się nagle tuż za jego plecami, po czym spokojnie wyszła na brzeg i podniosła koszulkę Elliota, żeby wytrzeć nią mokre włosy. – Inaczej zamarzniesz na śmierć.

Elliot nic z tego nie rozumiał. Oto stała się rzecz niemożliwa. Dziewczyna wstrzymywała oddech przez blisko pięć minut.

– Co? Jak? Powinnaś by... – bełkotał.

– I znów to samo. – Westchnęła. – Halo. To ja, Panna. Jestem nieśmiertelna. Możemy iść dalej?

Pomogła trzęsącemu się Elliotowi wyjść z wody. Ujął jej dłoń z wahaniem, jakby nagle zamieniła się w Wielką Stopę. Panna podała mu jego przemoczoną koszulkę, którą założył w osłupieniu. Zdezorientowany drżał w lodowatej kałuży.

– Weź mnie za ręce – poleciła mu młoda konstelacja, a oszołomiony Elliot usłuchał. – Naprawdę nie powinnam, ale skoro inaczej się nie da...

Trzymając chłopaka, Panna delikatnie rozsunęła dłonie. W efekcie miliony maleńkich gwiazdeczek wyłoniły się z każdego skrawka jej ciała; wzbiły się w powietrze w smugach światła. Złote pasma spowiły ich oboje w ciepłym gwiezdnym blasku. Elliot czuł, jak łagodne ciepło przenika jego mokre ubranie i dociera aż pod skórę, do wnętrza ciała. Wysechł w ciągu kilku sekund.

– Lepiej? – zapytała Panna.

– Lepiej – odparł Elliot, spoglądając na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy.

Nie mógł w to wszystko uwierzyć. Panna mówiła prawdę. Naprawdę była nieśmiertelna.

– Czy teraz możesz mnie zaprowadzić do kamiennego kręgu? – odezwała się po chwili, spoglądając na wiejski krajobraz.

– Do Stonehenge? – Chciał się upewnić Elliot.

– Czy to więzienie? – zapytała Panna.

Elliot wspomniał wszystkie nużące szkolne wycieczki do tej starożytnej atrakcji turystycznej.

– W rzeczy samej – odparł. – Znajduje się mniej więcej półtora kilometra stąd.

– Doskonale – stwierdziła Panna. – Dzięki temu z pewnością otrzymam awans. Pewnie zaczną mnie częściej tutaj przysyłać. Może spotkamy się jeszcze przy niejednej okazji.

– Fantastycznie – powiedział Elliot, nadal analizując w głowie nieoczekiwane wydarzenia poranka.

Panna ruszyła energicznie przez pole i tym razem to Elliot musiał biec za nią.

– Czy istnieją inni... tacy jak ty? – zapytał.

– Masz na myśli nieśmiertelnych? Oczywiście. Tysiące. Właśnie dla nich stworzono Radę Zodiakalną. Wspieramy ich.

– Więc jesteście takim jakby... rządem?

– Nic podobnego! – rzuciła drwiąco Panna. – Rząd! Dla nieśmiertelnych! Już sam ten pomysł... Nie. Nic z tych rzeczy. My tylko mówimy im, co mają robić, i karzemy ich, kiedy tego nie robią.

W tym momencie weszła w olbrzymiasty krowi placek i znieruchomiała.

– Co to jest? Pełno tego u was...

– Czy nieśmiertelni żyją tutaj? Na Ziemi? – dopytywał Elliot, rozglądając się dokoła, jakby w każdej chwili mógł wpaść na jednego z nich.

– Oczywiście – odparła nonszalancko Panna. – Pewnie ciągle ich spotykasz.

Elliot pomyślał o kilku dziwnych mieszkańcach jego niedużego miasteczka. Hm, to by wiele tłumaczyło.

– Można rozpoznać nas po tym – wyjaśniła Panna, wyciągając naszyjnik spod koszulki.

Elliot przyjrzał się mu uważnie. Na złotym łańcuszku zakołysał się nieduży wisiorek wielkości winogrona. Było to serce kunsztownie wyrzeźbione z kryształu i otulone finezyjnym płomieniem.

– To moja kardia – wyjaśniła Panna. – Każdy nieśmiertelny ma swoją.

– Mogę zobaczyć? – poprosił Elliot, wyciągając rękę, ale przerażona Panna pospiesznie schowała swój skarb.

– Nie dotykaj! – krzyknęła. – Kardia to esencja nieśmiertelnego życia! Pozbawieni jej stajemy się śmiertelni! Odebranie kardii to najsurowsza kara w naszym świecie! Bez kardii każdy nieśmiertelny może umrzeć! Może zginąć! Może zostać... księgowym!

– Już dobrze, dobrze. Uspokój się. Twoja kardia to nie byle co. Rozumiem – zapewnił ją Elliot, wsuwając ręce do kieszeni.

– Miło mi to słyszeć – odparła spokojniejsza już Panna. – Dodatkowo kardia pomaga nieśmiertelnym się rozpoznawać i wskazuje na naszą kategorię.

– Na kategorię? – zdziwił się Elliot.

– Tak. Istnieje pięć kategorii: bóstwa, konstelacje, żywiołaki, neutralni i demony. W każdej kategorii jest kilka klas, z których każda ma charakterystyczne dla siebie kardie. Na przykład kardie pradawnych bóstw są wykonane z metali szlachetnych, dla bohaterów z brązu, dla bogów ze srebra i dla olimpijczyków ze złota. Kardie żywiołaków pozostają w ścisłym związku z ich żywiołami. Na przykład żywiołem takiego trolla jest ziemia, dlatego też nosi kardię kamienną. Kardie konstelacji powstają z kryształów, a neutralnych ze szkła.

– Więc bóstwa i konstelacje są lepsze od żywiołaków i neutralnych?

– Tak byśmy tego nie ujęli – oznajmiła wspaniałomyślnie Panna.

– Ujęłabyś, gdybyś nosiła kamienną kardię – zauważył Elliot. – A co z demonami?

– Och, one... już nie istnieją – odparła, wdeptując w kolejny krowi placek. – Czy ta substancja to jakiś rodzaj dekoracji?

– Nie istnieją? Ale powiedziałaś, że demony są nieśmiertelne.

– Tylko jeśli mają kardie. Ale potężny Zeus odebrał demonom ich onyksowe kardie i zniszczył je wszystkie, zanim udał się na emeryturę. To były niewątpliwie potworne stworzenia. Uwielbiały torturować śmiertelników swoimi mocami: chorobami, śmiercią, starością i tym podobnymi...

– A kim jest więzień numer czterdzieści dwa? I dlaczego przebywa w Stonehenge? – zapytał Elliot.

– Nie mam pojęcia – powiedziała wesoło Panna. – Ale przebywa pod Stonehenge.

– Co zrobił?

– Nie wiem. Pewnie coś złego. Kiedy po przejściu w stan spoczynku Zeus powołał Radę Zodiakalną, zostawił jej instrukcje postępowania z niebezpiecznym nieśmiertelnym, którego uwięził na Ziemi. I tak co dwieście pięćdziesiąt lat musimy dostarczać ambrozję do kamiennego kręgu – wyjaśniła Panna, przystając, żeby obwąchać swój pokryty łajnem but. Skrzywiła się. – Ma charakterystyczną woń. Czy śmiertelnicy używają tego jako perfum?

– Nie. Ale ty możesz, jeśli chcesz – odparł Elliot. – Od jak dawna jest u nas ten więzień?

– Nie wiem na pewno, ale trafił tu, zanim się pojawiłam. Zeus przeszedł na emeryturę dwa tysiące lat temu, a ja mam tylko...

– Tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt cztery. Już mówiłaś. – Elliot zatrzymał się, bo nagle coś do niego dotarło. – Więc ten gość jest więziony od dwóch tysięcy lat, a tobie nigdy nie przyszło do głowy, żeby zapytać, za co tu trafił? – zdziwił się. – Nie sądzisz, że to nie w porządku?

– Sądzę to, co powinnam sądzić.

– Nie powinnaś myśleć samodzielnie?

– Nie zajmuj się sprawami, których nie ogarnia twój nieoptymalny śmiertelny intelekt – poradziła mu z wyższością przy akompaniamencie chlupotu swoich tenisówek.

– Rozumiem pojęcie sprawiedliwości – odparł stanowczo Elliot, odrobinę za głośno.

– Nasze systemy są idealne. Funkcjonują od dwóch tysięcy lat.

– Jeśli czynisz źle przez długi czas, to wcale nie stajesz się przez to idealna – zauważył Elliot. – Natomiast z pewnością sama stajesz się zła.

– Nie spodziewam się, że to zrozumiesz – rzuciła nonszalancko Panna. – Ale takie są nasze zasady.

– Wasze zasady są do bani – stwierdził Elliot.

– Do jakiej bani? – zapytała Panna.

– Wasze zasady są głupie – doprecyzował Elliot.

– Jak śmiesz?! – huknęła Panna. – Nie są, a ja zamierzam się do nich stosować.

– Zawsze postępujesz zgodnie z zasadami? – zapytał Elliot.

Panna się zawahała.

– Tak – odpowiedziała w końcu, a ponieważ swój pozna swego, Elliot od razu zorientował się, że skłamała. – A może to przysmak śmiertelników – powiedziała Panna, pochylając się nad krowią kupą. – Nie w moim guście, ale chętnie skosztuję...

– Nie! – wrzasnął Elliot, pociągając Pannę za ramię, zanim ta sięgnęła po krowi placek. – Po prostu to zostaw, dobrze? Dlaczego masz mu dostarczyć tę piersiówkę? Czemu nie zostawić go tam, żeby zgnił?

– Wszyscy nieśmiertelni, nawet więźniowie, są uprawnieni do otrzymywania ambrozji – wyjaśniła Panna. – Musimy zachować młodość. Kiedy się starzejemy, rozpadamy się na kawałki, chociaż nie umieramy. To najgorszy koszmar każdego nieśmiertelnego. Nie wspominając o ryzyku trafienia na śmietnik. Dostęp do ambrozji to nasze fundamentalne prawo.

– Podobnie jak gwarancja wolności – zauważył Elliot. – Chcesz dać to temu kolesiowi do wypicia i odejść?

– Nie – odparła Panna. – Zamierzam wrzucić piersiówkę do jego więzienia i wrócić do Elizjum. Zasady surowo zabraniają wszelkich kontaktów z więźniem.

– To okrutne.

– Takie są zasady. A my, zdaje się, jesteśmy na miejscu.

Elliota tak bardzo pochłonęła historia Panny, że nie zauważył, kiedy dotarli na obrzeża Stonehenge. Nigdy nie rozumiał całej tej ekscytacji z powodu kilku prehistorycznych kawałków skały. Ale odkąd dowiedział się, że tworzyły więzienie dla nieśmiertelnej istoty, zaczęły mu się wydawać znacznie ciekawsze.

Gorący sezon turystyczny skończył się razem z latem i teraz w Stonehenge panowała upiorna cisza. Wielkie głazy oświetlało poranne słońce, a jedynymi ludźmi obecnymi na miejscu byli: Cyryl, samotny przewodnik, który trwał na posterunku, gotowy udzielać odpowiedzi na potencjalne pytania potencjalnych zwiedzających, i dwaj strażnicy entuzjastycznie komentujący zdjęcie na jednej z pierwszych stron brukowca.

Panna odwróciła się do Elliota i położyła lewą dłoń na prawym ramieniu w geście pożegnania.

– Dziękuję ci, śmiertelniku Elliocie, za twoją wstrzemięźliwą gościnność i twoje zrzędliwe towarzystwo. Spotkanie z tobą było interesującym doświadczeniem. Życzę ci wszystkiego dobrego w twoim nieciekawym śmiertelnym życiu.

Po tych słowach Panna przeskoczyła przez barierkę i popędziła w kierunku ogromnego głazu, stojącego na uboczu kamiennego kręgu, który, jak pamiętał Elliot, miał w nazwie coś z pięty. To był Heel Stone, czyli kamienna stopa.

– Zaczekaj! – syknął. – Nie możesz...

Nie zdążył jednak powstrzymać Panny. Obserwował więc w napięciu, jak konstelacja beztrosko depcze świętą ziemię, po czym zatrzymuje się przy kamiennej stopie, wciąż niezauważona przez dłubiącego w nosie Cyryla, który akurat patrzył w drugą stronę. Panna uklękła i na czworakach zaczęła szukać czegoś w trawie wokół kamienia.

– Elliot! – wrzasnęła tak głośno, że chłopak się skrzywił, a Cyryl odwrócił o sto osiemdziesiąt stopni. – Mógłbyś mi pomóc?!

Cyryl pojął pełnię grozy rozgrywającej się na jego oczach sceny dopiero wtedy, kiedy srebrnowłosa dziewczyna wstała i kopnęła świętą stopę ze Stonehenge.

– Ej! – krzyknął, sięgając po gwizdek. – Przestań w tej chwili, chuliganko!

Zagwizdał głośno trzy razy, wzywając na pomoc dwóch przysadzistych, a nawet tęgich strażników, którzy rzucili się pędem z parkingu prosto w kierunku Elliota.

Ten jednak nie mógł ściągnąć sobie na głowę policji. Gdyby funkcjonariusze odstawili go do domu, mogliby poinformować odpowiednie władze o problemach zdrowotnych jego mamy. Skoro więc Cyryl nadciągał z drugiej strony, Elliot nie miał innego wyboru, jak podbiec do Panny, która wciąż szukała czegoś przy Heel Stone.

Nie zważając na panujące wokół niej zamieszanie, dziewczyna wyrywała kępki trawy. Tak długo orała ziemię wokół świętego kamienia i ciskała całe grudy beztrosko przez ramię, aż w końcu znalazła to, czego szukała. Kiedy Elliot przystanął obok niej, zauważył nieduży złoty uchwyt i, sprawiającą wrażenie wiekowej, czerwoną płytkę z klawiszami ukryte pod murawą.

– Niech to licho! – warknęła Panna. – Nie znam kodu.

– To go szybko wymyśl! – wrzasnął Elliot. – Musimy się stąd wynosić!

– Założę się, że to ten sam, którym Baran zabezpiecza swoją puszkę z herbatnikami. Używa tych samych czterech cyfr do wszystkiego, co nie jest rozsądne...

– Pospiesz się! – krzyknął Elliot, zerkając przez ramię na zbliżających się strażników, podczas gdy Panna obsługiwała klawiaturę.

– Wiedziałam! – zaszczebiotała radośnie, kiedy klawiatura zmieniła kolor na zielony. – To zawsze dwa tysiące czterysta osiemdziesiąt trzy: liczba rogów Koziorożca, rąk Bliźniąt, nóg Skorpiona i iloraz inteligencji Wagi. Ten złoty tryk sam się prosi, żeby go oskubać.

– Co do?...

Cyryl stanął jak wryty. Panna przekręciła bowiem uchwyt i uniosła ogromny głaz, jakby był wykonany z papier mâché.

Elliot widział tylko jedną drogę ucieczki. Dlatego kiedy Panna dźwignęła kamień nad głowę, rzucił się na nią i wepchnął ich oboje do dziury w ziemi.

Zaryzykował szalony lot na oślep w nieznane. I dokładnie w chwili, gdy stopy Elliota zniknęły pod powierzchnią, potężny Heel Stone runął w dół, a Elliot i Panna zostali uwięzieni w ciemności.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Po prostu misja Kto wypuścił bogów? 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia