Detoks. Zdzisław Beksiński, Norman Leto. Korespondencja, rozmowa

Detoks. Zdzisław Beksiński, Norman Leto. Korespondencja, rozmowa

Autorzy: Zdzisław Beksiński Jarosław Mikołaj Skoczeń Norman Leto

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie Psychologia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 44.72 zł

Młody malarz i uznany artysta o życiu i sztuce.

Dwóch artystów. Dwie odmienne osobowości. Dwa różne temperamenty. I sztuka, która stała się początkiem przyjaźni.

Młody artysta Łukasz Banach zafascynowany twórczością Zdzisława Beksińskiego postanawia zaryzykować i nawiązać kontakt ze znanym i kontrowersyjnym twórcą. Mimo dzielącej ich różnicy 52 lat zaczynają intensywnie do siebie pisać. Coraz bardziej intymnie, szczerze i odważnie. O sztuce, samotności, depresji i śmierci. Nie boją się stawiać sobie najważniejszych pytań. Fascynującą przyjaźń przerywa morderstwo Zdzisława Beksińskiego.

Została korespondencja, która pozwala zobaczyć mistrza w prywatnej odsłonie.

Książka zawiera niepublikowane zdjęcia prac Zdzisława Beksińskiego z różnych etapów powstawania.

Została mi samotność i gorycz porażki oraz nieprzytomne pieprzenie rozmaitych dziennikarzy, którym wydawało się, że rozumieją to, co mówiłem im ja i inni ludzie, którym z kolei wydawało się, że rozumieją to, co im mówił Tomek. Tak więc na dodatek wyszedłem na głównego winowajcę losu mojego syna, bo Tomek „nie był kochany”, a na dodatek ja malowałem pesymistyczne obrazy. Ma Pan to, czego nie miał on, czyli drugiego człowieka, ową Alicję, którą wydaje się Pan cenić. Na Boga, niechże Pan tego nie rozpieprzy, bo potem nie da się niczego już odbudować, a to jest najważniejsze, co można na tym świecie mieć. Jestem w tej dziedzinie profesjonalistą, bo straciłem wszystkich i nie mam już nikogo.

Zdzisław Beksiński do Łukasza Banacha, 10 sierpnia 2000

Zdzisław Beksiński (1929–2005) – fotograf, grafik, malarz. Absolwent architektury na Politechnice Krakowskiej. Jako młody artysta zajmował się fotografią. Malować zaczął dopiero na początku lat 60. Zorganizowana przez Janusza Bogackiego wystawa w Starej Pomarańczarni w Warszawie w 1964 roku spowodowała, że stał się modny i popularny. Od końca lat 90. tworzył także grafiki cyfrowe, sięgając w nich po swoje zdjęcia. Został zamordowany w swoim mieszkaniu w Warszawie w nocy z 21 na 22 lutego 2005 roku. Pochowany w Sanoku. Wszystkie swoje prace zapisał Muzeum Historycznemu w Sanoku.

Norman Leto (ur. 1980) – właściwie Łukasz Banach. Artysta wizualny, filmowiec i pisarz. Tworzy obrazy, fotografie, prace wideo, obiekty i instalacje, zarówno w przestrzeni fizycznej, jak i w rzeczywistości wirtualnej. Pracuje na pograniczu fabularnej fikcji, filozofii oraz nauk ścisłych. Jego prace znajdują się m.in. w kolekcjach CSW Zamek Ujazdowski, Muzeum Narodowego w Krakowie, Galerii Arsenał w Białymstoku, Fundacji Sztuki Polskiej ING, Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie (MOCAK). Na wczesnym etapie twórczości współpracował m.in. ze Zdzisławem Beksińskim i Krystianem Lupą. Debiutował w 2007 roku w CSW Zamek Ujazdowski.

W 2012 roku nominowany do Paszportów Polityki w kategorii Sztuki wizualne.

W roku 2012 Leto rozpoczął pracę nad drugim pełnometrażowym filmem "Photon", który na siedemnastej edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu otrzymał w głównym konkursie Nagrodę Publiczności.

Jarosław Mikołaj Skoczeń (ur. 1961) – dziennikarz, pisarz, poeta. Autor książek: "Trolejbus ludzie i media", "Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia", oraz tomików poezji, m.in.: "Czarne kolorowe konie", "Stanąłem na dachu Twych zamkniętych powiek", "Litania do M" i "Okna krzykiem otwarte". Jego poezja jest dosadna, przedstawia swoisty bunt przeciw kultowi sztucznego piękna, maluje słowem w drastyczny sposób – przemijanie, zniszczenie, ból, cierpienie, rozkład i śmierć.

Ma w swoim dorobku dziennikarskim m.in. audycję w Radiostacji pt. „Jest robota” oraz program telewizyjny w TVP1 pod tym samym tytułem, audycje pt. „Rozmowy Czarno Białe” i „Twój interes”, emitowane przez Antyradio.

Zdzisława Beksińskiego poznał w 2000 r., jako przedstawiciel pisma „Techno Party” i wytwórni fonograficznej SPV Poland. Udał się do malarza z propozycją umieszczenia jego grafik na płycie zespołu Legendary Pink Dots, by uczcić pamięć po niedawno zmarłym Tomaszu Beksińskim, synu malarza, dziennikarzu muzycznym, który był wielkim fanem zespołu. Znajomość ta rozwinęła się, co umożliwiło przeprowadzenie wywiadów radiowych i prasowych ze Zdzisławem Beksińskim. Współpracowali aż do tragicznej śmierci artysty.

copyright © Norman Leto, 2018

copyright © Jarosław Mikołaj Skoczeń, 2018

copyright © Muzeum Historyczne w Sanoku, 2018

Projekt okładki

Michał Poniedzielski

Zdjęcia w książce

Prywatne archiwum Normana Leto

Zbiory Muzeum Historycznego w Sanoku

Achiwum Fundacji Wschód Sztuki w Krakowie

Zdjęcie autora

Jakub Skirmuntt

Redakcja

Paulina Karpińska

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Zofia Firek

Przy powstaniu książki z Autorem współpracowała Paulina Karpińska

Nadzór autorski w części poświęconej Normanowi Leto:

Małgorzata i Marcin Gołębiewski Fundacja Wschód Sztuki Kraków

ISBN 978-83-8123-609-6

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

PODZIĘKOWANIA

Bardzo dziękuję Panu Dyrektorowi Wiesławowi Banachowi, Pani Dorocie Szamko-Osękowskiej i Dariuszowi Szczerskiemu z Muzeum Historycznego w Sanoku, Pani Małgorzacie Gołębiewskiej z Galerii Sztuki Współczesnej Art. Agenda Nova w Krakowie, Panu Marcinowi Gołębiewskiemu z Fundacji Wschód Sztuki oraz Panu Janowi Bończa-Szabłowskiemu, redaktorowi dziennika „Rzeczpospolita”.

DROGI CZYTELNIKU

Trzymasz w ręku niezwykłą historię dwóch niekonwencjonalnych osobowości, które połączyła szczególna przyjaźń: znanego ze swej kontrowersyjnej twórczości, wówczas 71-letniego malarza – Zdzisława Beksińskiego, oraz 19-letniego młodego grafika, myślącego nieszablonowo, poszukującego swojej indywidualnej drogi, zarówno artystycznej, jak i życiowej. Tę przyjaźń rozpoczęło niepozorne, choć zagadkowe zdanie, zapisane w księdze gości na wystawie grafik Łukasza Banacha:

Łukaszu Twoje grafiki są podobne do obrazów Beksińskiego

T.B.

PS Beksiński jest OK, choć go nie rozumiem, bo jest pesymistą i jego obrazy są ponure, ale ważne jest przesłanie.

Wpis zaintrygował młodego artystę. Zaczyna szukać wszelkich informacji o tym twórcy. Odnajduje je – i jest pod wielkim wrażeniem jego malarstwa. Dzielą ich 52 lata życia oraz etap twórczy, na jakim się znajdują. Mimo to Łukasz pisze nietypowy, przewrotny list. Dywaguje w nim na temat inspiracji oraz przesłania dzieł sztuki. Załącza również CD-ROM z reprodukcjami swoich rysunków ołówkiem. Na końcu pisze: „Proszę o ewentualny odzew. Będzie pięknie. Pan Banach niewymownie zajmujący”.

Zdzisław Beksiński odpisuje w bardzo entuzjastycznym tonie. Niewątpliwie jest podekscytowany listem; ochoczo odnosi się do poruszanych w nim zagadnień, przedstawiając przy tym typowy dla siebie światopogląd. Przesyła kilka wskazówek i rad dla młodego twórcy. Komentuje również jego styl pisania: „proszę nie zaniedbywać tej łączki”.

Młody artysta chce poznać podstawy warsztatu Beksińskiego, gdyż sam pragnie malować. Jest zafascynowany formą i treścią jego twórczości, a także nastrojem, jaki panuje w jego pracach. Stawia pierwsze kroki, „pod wirtualnym okiem” Zdzisława Beksińskiego maluje swój pierwszy obraz. Z czasem otrzymuje coraz więcej informacji o sposobie i technikach malowania. Tworzy kolejne prace, które przesyła starszemu artyście. Jednakże jego twórczość zbyt mocno przesiąknięta jest stylem i motywami Beksińskiego, co artysta zaczyna mu delikatnie wypominać.

Łukasz Banach czuje się bezradny, nie może odnaleźć własnego, niepowtarzalnego stylu. Czuje się niekomfortowo z ograniczeniami, które narzuca mu wzorowanie się na sztuce Beksińskiego. Przechodzi kryzys, zarówno twórczy, jak i osobowościowy. Zrywa kontakt z Beksińskim. Jednakże po kilku miesiącach przezwycięża ten kryzys, stając się gotowym na zmiany. Ponownie nawiązuje kontakt z Beksińskim, jednakże z silnym postanowieniem oddalania się w swoich pracach od jego twórczości. Coraz rzadziej obcuje z jego sztuką. Z czasem przestaje oglądać jego albumy, ale wciąż ma dostęp do najnowszych prac.

Z upływem czasu korespondują ze sobą niemalże każdego dnia, piszą po kilka wiadomości dziennie. Niepokoją się o siebie, kiedy któryś z nich nie odpisuje przez dłuższy czas. Banach przesyła niemalże wszystkie swoje prace, zarówno na poszczególnych etapach ich tworzenia, jak i po ich ukończeniu. Zwierza się również ze swoich problemów w życiu prywatnym, z przeżywanej depresji i wielu wątpliwości, często dotyczących fundamentalnych spraw. Beksiński jest swoistym uśmierzaczem jego bólu, stara się mu pomóc mentalnie w trudnych sytuacjach. Łukasz Banach kilka razy odwiedza Zdzisława Beksińskiego w Warszawie.

Artyści rozmawiają ze sobą coraz bardziej otwarcie, odważnie poruszają tematy skryte i intymne. Tworzy się między nimi niezwykła nić porozumienia. Korespondują ze sobą przez ponad pięć lat. Stają się nienaocznymi świadkami wydarzeń ze swojego życia.

Tę przyjaźń kończy nagłe i brutalne zabójstwo Zdzisława Beksińskiego, które w znaczny sposób wpłynęło na dalszy przebieg życia i rozwoju artystycznego Łukasza Banacha. Od 2006 roku tworzy on pod pseudonimem Norman Leto.

Jarosław Mikołaj Skoczeń

*

PIERWSZY LIST OD NORMANA LETO (ŁUKASZ BANACH) DO ZDZISŁAWA BEKSIŃSKIEGO:

„OJCZE! – powiedziałem pewnego dnia, padając przed nim na kolana – OJCZE, moja dusza nie zrodziła się dla nauki, zrodziła się natomiast dla sztuki. Musisz bowiem wiedzieć, że moje aspiracje wznoszą się niepomiernie ponad matematykę, chemię i fizykę, a jak wie… – w tym momencie ojciec przerwał moją kwestię – Łukaszu, mój drogi – powiedział, podnosząc mnie za uszy z klęczek – mój drogi Łukaszu (w tym momencie położył mi rękę na ramieniu), mój najdroższy synu, wiedziałem, że nie będziesz byle kim. Twoje zdolności zachwycają i pójdziesz z nimi daleko. A więc… więc… (w tym momencie zrzucił mnie kopniakiem po schodach na ulicę)… więc wynoś się z mojego domu i niech cię Bóg błogosławi…

***

Surrealizm, groteska, ironia – w ten sposób ludzie oceniają moją osobowość i twórczość. Proszę więc nie zrazić się niewymownymi bzdurami, jakie zdarzy mi się poronić na łamach tego przemiłego listu.

(Do rzeczy, Panie Banach, do rzeczy)

W „Księdze wpisów i uwag”, dotyczącej mojej pierwszej wystawy prac, dostrzeg­łem taką oto uwagę:

Łukasz, Twoje grafiki są podobne do obrazów Beksińskiego.

T.B.

PS Beksiński jest OK, choć go nie rozumiem, bo jest pesymistą i jego obrazy są ponure, ale ważne jest przesłanie.

MEIN GOTT! Wykrzyknąłem, czytając to po raz pierwszy. Ważne jest przesłanie?! Byłem niepomału zdumiony. Czy z błogiego stanu półsnu, z którego zwykłem czerpać inspiracje, może płynąć jakieś przesłanie? Kiedyś w wywiadzie dla pewnej regionalnej gazety, zapytany o przesłanie moich prac, wybrnąłem, cytując Bretona… „...istnieje pewien punkt w umyśle, z którego życie i śmierć, rzeczywistość, urojenie, przeszłość i przyszłość, góra i dół przestają być postrzegane jako przeciwstawne… Surrealizm właśnie szuka tego punktu…” (a coś w duszy jakby się śmiało, bo ja nie czuję się pełnym surrealistą).

Czy wszyscy zawsze (daj spokój Łukasz, zaczynasz niepotrzebnie dramatyzować) muszą szukać w tego typu twórczości jakiejś przestrogi, przepowiedni? Najwięcej bzdur wysłuchuje przecież surrealistyczny obraz w muzeum. Szczerze powiedziawszy, nie lubię, kiedy jakikolwiek styk jakiegokolwiek artysty surrealistycznego jest wpychany pod ogólną kreskę. To błąd.

Kieruję do Pana pytanie: co jest inspiracją w Pańskim przypadku? Chodzi mi o porównanie zeznań… Czasami obrazy narzucają mi się przemocą podczas snu, czasami podczas stanów lękowych… niekiedy improwizuję, myśląc o Alicji, osobie będącej dla mnie sztuką i miłością – tymi sposobami powstaje coś, co zasysa i pożera świadomość, zamiast ją budować.

(kolego Banach, wystarczy)

Pańskie kilkadziesiąt lat doświadczeń… cóż, bagatela, różnica (51 lat?) wieku, która nas dzieli jest zachwycającą przepaścią. Powinienem artystycznie się wyzwolić z tego małego miasta, jakim jest Bochnia. Mam dość wystawiania swoich prac w Bibliotekach Miejskich. Nie, nie, mój mózg nie został rozpryśnięty na nieprzekraczalnym murze pieniądza (trzymam Cię za słowo Panie Łukaszu) i kariery.

(Banach, przestań już bredzić i weź się lepiej do roboty. Co powiesz, jak po Ciebie przyjdą i spytają, co do tej pory zrobiłeś?)

Dziękuję za uwagę, do usłyszenia. Proszę o ewentualny odzew. Będzie pięknie.

Pan Banach niewymownie zajmujący

PS Wraz z listem przesyłam CD ze skanami kilkunastu moich grafik (ołówek). Przepraszam za nieporównane i oryginalne nazewnictwo. Jedna z nich jest wyjątkiem od reguły, jeżeli chodzi o treść. Po prostu ktoś zarzucił mi, że nie potrafię oddać mimiki ludzkiej, więc postanowiłem spłatać mu figla… Chodzi oczywiście o młodą jeszcze twarz Nicholsona.

ODPOWIEDŹ ZDZISŁAWA BEKSIŃSKIEGO:

Panie Łukaszu!

Mimo mgieł i ogni sztucznych, zadaje Pan bardzo konkretne pytania, więc wypada na nie konkretnie odpowiedzieć, a wcale nie będzie to dla mnie łatwe, może nie z racji tych 51 lat różnicy wieku, ile z powodu 70 lat, jakie mam na karku i licznych zmian widzenia i myślenia przez jakie przeszedłem.

Owóż nie jestem pewien czy to, co jest dla mnie inspiracją dziś, było dla mnie inspiracją przed 10 laty i przed 20 laty, bo człowiek ma skłonność do paramnezji. Dziś podchodzę do obrazu jak do konstrukcji. Temat jest pretekstem, bo coś wreszcie musi być namalowane, o ile w ogóle ma powstać obraz. Ponieważ cholerną wagę przykładam do formy, tzn. takiego ukształtowania tego, co zostało namalowane, by było tożsame ze mną (no bo innych i bardziej precyzyjnych kryteriów nie mam) i chciałbym mieć dla siebie pole do popisu w tym właśnie zakresie, to za temat przyjmuję rzeczy stereotypowe w ujęciu stereotypowym. Czyli np. twarz w ujęciu en face lub z profilu. Kompozycja najbardziej banalna z tych, jakie są możliwe. Najlepiej w środku obrazu i na poziomie oczu. Zabawa zaczyna się w momencie kształtowania i formatowania tej twarzy, bo tu oczywiście mam już pole do popisu, ale bynajmniej nie idę na całość, bo w ten sposób zagubił bym to, co uważam za charakterystyczne dla siebie i swojego sposobu kształtowania. Powodem takiego zachowania jest prosty układ zależności, który powiada, że im bardziej skomplikowana ma być forma, tym prostsza musi być rzecz przez tę formę kształtowana i przeciwnie. Czyli (operując przykładem literackim), że nie dałoby się zastosować formy „Ulissesa” do fabuły „Braci Karamazow”, gdyż rzeczy fabularnie skomplikowane, muszą być opisane prosto, zaś rzeczy opisane w sposób skomplikowany muszą być fabularnie maksymalnie proste. Stosując tę regułę na odwrót, pogrążymy się albo w niezrozumiałości, albo w skrajnym banale. Ponieważ mnie w trakcie kreacji bawi maksymalne skomplikowanie formy, to operować muszę tematami prostymi. Można tu posłużyć się też porównaniem z wariacjami muzycznymi lub improwizacją jazzową. O ile tamat wariacji lub improwizacji jest nam znany, możemy podążać zarówno za wariacjami, jak i za improwizacją bez większej trudności, o ile nie, to zgubimy się już po kilku taktach. Stosuję więc w obrazach tematy proste i znane z historii sztuki: twarz, postać, akt, ukrzyżowanie, drzewo, ptak i tak dalej. Gdybym za temat wziął np. procesor Pentium, to nie mógłbym tu odbiec ani na milimetr od fotograficznego odwzorcowania, bo nieomal każdemu (poza skrajnymi profesjonalistami, a ci raczej nie interesują się malarstwem) umknąłby temat wariacji.

Oczywiście jestem starcem z przeszłością, więc nie zawsze było tak jak teraz i nie zawsze myślałem podobnie, ale boję się przytaczać własne przemyślenia sprzed lat, by czegoś mimo woli nie pokręcić i nie „udoskonalić”.

Co do wpisu na temat „przesłania”, to na Boga, człowieku: Należy mieć w dupie to, co wpisują ludzie w księgach pamiątkowych, obojętnie, czy wypisują to z życzliwości, czy z niechęci. Są to najczęściej poczciwe głupoty, na analizowanie których szkoda tracić czas. Ja, o ile mogę, to nigdy nie czytam tych wpisów i nie obcuję tym samym z Głosem Ludu. Potrzeba wyjaśniania „co artysta miał na myśli”, wynika z edukacji szkolnej oraz jak sądzę ze stereotypów historycznych w Polsce, ale być może, że w tym drugim wypadku się mylę i gdzie indziej jest tak samo. U nas nawet politycy powołują się na poetów i Nauczycielami Narodu byli Mickiewicz ,Wyspiański, a ostatnio Gombrowicz i Mrożek, ale oni sami nie pretendowali chyba do roli Starców z Gór, tylko postawiły ich w tej roli szkoły i programy edukacyjne. Ja też bywam pytany (nie dalej jak dziś, przy okazji wywiadu) w stylu Czechowa „Diadia, kak żyt”, tak jakby to, że maluję obrazy łączyło się z charyzmatem Wiedzy, którą winien jestem w obrazach przekazać Narodowi, co tenże przy pomocy belfrów odczyta i do czego zastosuje. Nic z tego! Obraz jest do oglądania i powinien (o ile jest coś wart) „poruszać”. To powinno być działanie, które odbiera się gdzieś mniej więcej na poziomie przepony, czyli pomiędzy żołądkiem i sercem w formie (nazwijmy to) „kopa”. Jedni odbierają, inni nie odbierają i nie ma na to rady, podobnie jak na śmierdzące nogi. Cała reszta jest tylko gadaniną. Oczywiście jest to mój pogląd. Inni mogą mieć inny, ale Pan chciał „porównać zeznania”, więc moje zeznanie brzmi: na pewno nie zamierzam nikomu przesyłać żadnego przesłania. Jestem jaki jestem i pewne rzeczy lubię (melancholię, dramatyzm, smutek, groteskę), a pewnych nie cierpię (ludowa krzepa, wesołkowatość), co na pewno wyraża się w moich obrazach, ale co oczywiście nie znaczy, że na co dzień jestem facetem zgryźliwym, a wręcz przeciwnie. Nawiasem mówiąc, nie wiadomo skąd w narodzie wzięło się przekonanie, że pesymiści to faceci zmartwieni na co dzień i smutni pozostają nawet nad lodami bakaliowymi.

No cóż, byłem chyba wyczerpujący. Dziękuję za CD z kopiami prac. Widziałem pańskie prace komputerowe w witrynie GFX. Jeśli interesuje Pana moje zdanie, to bliższe są mi pańskie prace komputerowe od rysunków (powinni je w tej witrynie eksponować na czarnym tle, bo przy większym monitorze walor tła oślepia i utrudnia zobaczenie ciemniejszych szczegółów), a także podoba mi się to, jak Pan pisze i radziłbym tej łączki nie zaniedbywać. Jeśli ośmieliłbym się dawać jakieś rady, to przede wszystkim nie kopiować niczego (twarz Nicholsona), a poza tym BARDZO dużo pracować i wymierzać sobie samemu co jakiś czas kopa w dupę. Chodzi o to, by nawet wbrew sobie zmieniać (póki się jest młodym) sposób widzenia i przedstawiania, a także technikę pracy, by się przedwcześnie nie spetryfikować, co jest wprawdzie w przyszłości nieuniknione, ale bez sensu byłoby spetryfikować się już w chwili, gdy być może jeszcze (na skutek braku wymuszonego owym kopem ruchu na ślizgawce) nie trafiliśmy na to, co chcielibyśmy w świecie. Na odległość splunięcia jest Kraków, czyli polska stolica sztuki. Poza tym Bochnia leży w Galicji, skąd pochodzi większość utalentowanych wariatów. Jest tam zdaje się kopalnia, a tereny górnicze też sprzyjają pomyleńcom. Człowieku: czego Pan więcej chce?

Pięknie pozdrawiam

Beksiński

Warszawa: sobota, 10 lipiec 1999, godz. 9:46

ROZMOWA JAROSŁAWA MIKOŁAJA SKOCZENIA Z NORMANEM LETO (ŁUKASZEM BANACHEM)

Jarosław Mikołaj Skoczeń: Na początku swojej drogi zostałeś zauważony przez wielkiego malarza, znanego w kraju i za granicą. Z jednej strony można powiedzieć, że to łut szczęścia, swoisty przypadek, z drugiej zaś – silna determinacja młodego człowieka, który szuka swojego przewodnika.

Norman Leto: Tak, choć początkowo była to determinacja samouka. Chciałem koniecznie dowiedzieć się, jak się maluje w taki sposób (mam na myśli kładzenie warstwy na warstwę, używanie środka przyśpieszającego schnięcie i tak dalej). Wtedy tego nie wiedziałem. Obrazy mi się oczywiście musiały podobać, ale pamiętam, że pierwsze kontakty dotyczyły właśnie techniki malarskiej, a nie chęci zgłębienia drugiego człowieka. Pamiętam, że próbowałem dowiedzieć się, jak gruntować płytę pilśniową. W 1998 nie było w Bochni (to moje rodzinne miasto) jak zdobyć gotowego płótna, trzeba by jeździć do Krakowa, poza tym płótna były raczej drogie. Żaden starszy malarz nie był w stanie udzielić mi odpowiedzi na proste pytanie: Jak gruntować płytę? Jedni odpowiadali pytaniem: „A na co ci ta płyta, płótno jest lepsze, prawdziwy artysta maluje na płótnie, prawda?”, a inni polecali jakieś zgodne z naturą, archaiczne metody (jajka, białko, kleje organiczne). Byłem wychowany z komputerami, nie wiedziałem, na czym polega szacunek do rzemiosła starszej szkoły malarzy. Beksiński okazał się być bardzo „syntetycznym” typem pod tym względem, od razu mi się to spodobało. Szlifierka elektryczna, impregnat ze sklepu chemicznego i trzy warstwy białego akrylu do elewacji. Mało skomplikowane. Wiedziałem, że jego metody były dobre, bo jego obrazy były w świetnym stanie, nawet te z początku lat 70. I czuć, że długo jeszcze wytrzymają. Dzisiaj maluję zarówno na płótnie, jak i na płycie. Przyjemniej maluje mi się na płycie, nie licząc może formatów większych niż 160x120.

Ilustracja 1. Norman Leto, Nowa Huta 3, 2006, olej/płótno

J.M.S.: Kiedy się poznaliście, Zdzisław Beksiński miał 71 lat, był ukształtowany i wyrazisty. Posiadał wysoką pozycję społeczną i artystyczną oraz przemyślane sposoby radzenia sobie z otaczającym go światem. Ty natomiast byłeś 19-letnim, młodym i zagubionym człowiekiem, który szukał swojej drogi, zarówno artystycznej, jak i osobistej. Co było nicią, która was połączyła?

N.L.: Myślę, że komputery. Początkowo wyglądało to tak, że w zamian za porady techniczne dotyczące malowania pomagałem mu z decyzją, czy pchać się w grafikę 3D, czy nie. Nie przepadałem za jego cyfrowymi pracami (nie byłem w tym odosobniony), a wiedziałem, że grafika 3D to dziedzina, której nauka zajęła mi wiele lat. Pracowałem w programach do renderingu (na przykład 3D Studio) od dwunastego roku życia. Beksiński był zaintrygowany tymi technikami i chciał poeksperymentować.

Pierwszy mój przyjazd do niego był poniekąd pod pretekstem pokazania mu na miejscu, na czym polega tworzenie w programach tego typu. Nigdy do tego nie doszło, bo po przyjeździe i dłuższej rozmowie na te tematy Beksiński słusznie stwierdził, że aby dojść do zadowalającej swobody twórczej w renderingu, potrzebowałby minimum dziesięciu lat. Nie zaprzeczałem, bo taka była prawda – nawet jeśli był już biegły w Photoshopie i grafice 2D. Ale kilkudniowa wizyta i tak była interesująca i – jak się okazało – nie jedyna. Dopiero później zacząłem widzieć, że nie jest to typ nauczyciela z ASP, jego osobowość przypominała raczej jakiegoś muzyka awangardowego z lat 50. albo nerda-matematyka, a nie stereotypowego malarza. I chyba dlatego się polubiliśmy, bo ja też w pewnym sensie byłem przysłowiowym nerdem. Komputery, liczenie, rendering, żywice syntetyczne zamiast szalika, świeczek, wina i zapachu oleju lnianego. Po wcześ­niejszych rozmowach ze starszymi malarzami Beksiński okazał się dużym zaskoczeniem – zwłaszcza że jego obrazy sugerowały raczej typa nawiedzonego i mocno pretensjonalnego.

Ilustracja 2. Norman Leto, Bryła życiorysu Geraldine Chaplin, 2009, wydruk na płótnie

Ilustracja 3. Norman Leto, To co musiał widzieć codziennie mój tata po powrocie z pracy o piętnastej, 2014, olej/płótno

J.M.S.: Twoje ówczesne otoczenie – jak ono wyglądało? Relacje z rodziną, przyjaciółmi, dziewczyną. Czułeś się przez nich rozumiany i wspierany?

N.L.: Wspierany tak, ale niekoniecznie rozumiany. Rodzice nie blokowali mnie, jeśli chodzi o rysunek czy malowanie. Ojciec pomagał mi dociąć płyty pod obraz albo go oprawić, na tyle, na ile pozwalał mu coraz szybciej rozwijający się parkinson. Matka martwiła się o pieniądze – zarabiałem, ale nie zrobiłem matury i nie poszedłem na studia. Dzisiaj coraz częściej widzę, że był to dobry wybór – nie miałem studiów, ale miałem o pięć lat więcej doświadczenia na polu walki niż moi koledzy po studiach. Gdy wyszli spod skrzydeł rodziców, w wieku 23 lat, ja już od dawna kombinowałem, jak przetrwać. Teraz nikt mnie o wykształcenie nie pyta i obserwując rzeczywistość, z każdym rokiem widzę coraz mniej sensu w formalnym kształceniu w kierunkach artystycznych.

J.M.S.: 9 maja 2002 roku napisałeś w e-mailu: „Moja niemożność dogadania się z rodziną polegała na tym, że wszystko, co mogłem powiedzieć o sobie i o swojej pasji, kończyło się sceptycznym pytaniem »a ile ci to niesie?«”.

N.L.: Rodzina się martwiła o utrzymanie, to wszystko. Przestała się martwić, gdy zobaczyła, że po przeprowadzce do Krakowa (w 2005 r. – red.) jestem w stanie sam się utrzymać na całkiem przyzwoitym poziomie. Oczywiście życie ze sztuki jest rodzajem spaceru na krawędzi, ale w dzisiejszych realiach korporacyjnych żadna praca nie jest pewna – w przeciwieństwie do rzeczywistości, w której żyli rodzice. Mnie nikt nie może zwolnić, ale też nie mam wygodnej pensji przelewanej co miesiąc. Życie robi się nieprzewidywalne w nie zawsze przyjemny sposób. To generuje niepokój gdzieś z tyłu głowy. Ale po jednej czy dwóch próbach wolę niepokój nieregularnego przychodu niż dziesięciogodzinny tryb pracy pod cudze dyktando, bycie trybikiem w firmie – maszynie zarabiającej na kolejny jacht dla jej właściciela. Być może na przestrzeni całego życia to się źle dla mnie skończy, ale taka niepewność ma jedną dobrą cechę: motywuje do działania.

J.M.S.: Poniżej cytat z 22 października 2004 roku: „Cóż, rodzina zaczyna we mnie wierzyć, bo skoro burmistrz wierzy...”.

N.L.: To był złośliwy docinek z mojej strony. Ale to prawda. Ówczesny burmistrz Bochni, Wojciech Cholewa, sprezentował mi przeróbkę strychu na pracownię. Był to niezwykły gest, chyba w skali światowej. Do dzisiaj to pamiętam i jestem mu wdzięczny.

Ilustracja 4. Norman Leto w pracowni w Bochni

J.M.S.: Z Beksińskim miałeś bardzo dobry kontakt. Rozumiał ciebie i twoje rozterki. Dzielił się swoimi, podobnymi doświadczeniami, przez co wskazywał ci jakiś rodzaj drogi, a właściwie możliwości jej wyboru wraz z opisem konsekwencji, jakie ewentualnie mógłbyś ponieść. Czy to ci pomagało dokonywać wyborów?

N.L.: Czasami się nad tym zastanawiam i nie wiem... Z jednej strony, chłonąłem wszystko jak gąbka – i musiało to mieć na mnie wpływ, z drugiej strony, patrząc obiektywnie, w wielu dziedzinach i wyborach życiowych mocno się od niego różniłem i nadal różnię. Na pewno utwierdził mnie w przekonaniu, że można nieźle funkcjonować, uprawiając własną sztukę. W niewielkim mieście typu Bochnia nie miałbym realnego przykładu, że da się iść tą drogą. Inne wybory raczej się różniły, bo on w moim wieku żył w innej Polsce, w innym świecie. Natomiast myślę, że umocnił we mnie racjonalne spojrzenie na rzeczywistość – bardziej chłodne niż uduchowione. Zadziałało to przeciwdepresyjnie, bo naukowe i zimne spojrzenie na samego siebie paradoksalnie pozwala łatwiej opanować lęki, myślowe natręctwa i inne problemy, które męczyły mnie wtedy bardziej niż kiedykolwiek.

J.M.S.: Czternastego stycznia 2002 roku Beksiński napisał do ciebie: „Coś podobnego napisałem do katalogu, będąc mniej więcej w Pańskim wieku. Tzn. byłem sporo starszy, ale ja późno zaczynałem, więc należy to odczytać tak, że miałem ten sam staż w uprawianiu sztuki. Do 24–25 roku życia byłem porządnym człowiekiem, inżynierkiem, zarabiającym na życie na Wielkich Budowach Socjalizmu (kto dziś pamięta ten termin?) od godziny 7 do 15, a potem dopiero odbiło mi na to, by zostać Artystą, a ponieważ byłem zapewne mniej asertywny niż Pan, to zanim zaistniałem w katalogu i w druku, to miałem już chyba ze 30 lat”.

N.L.: Tutaj Beksiński wyraźnie pocieszał mnie na swoim przykładzie, nie pamiętam dokładnie kontekstu. Rzeczywiście, jest dość zadziwiające, jak późno Beksiński zaczął rysować i później malować „swoje” rzeczy. To mniej więcej tak, jak ja bym dopiero teraz, w 2017 roku, zabierał się do bycia artystą. Myślę, że to mocno pocieszające – malarstwo czy pisanie lub kręcenie filmów to nie sport. Można zacząć dużo później, historia zna takich artystów.

J.M.S.: Z waszych listów z powodzeniem można stworzyć niestandardowy i niesłychanie bogaty podręcznik do nauki malarstwa. Beksiński przekazywał ci swoją wiedzę, jaką zdobywał przez wiele lat pracy przy sztaludze.

N.L.: Te uwagi techniczne są bardzo cenne – i dobrze, że dzięki książce przejdą do druku. Oczywiście Beksiński już w tym miejscu zaparłby się, że to tylko jego prywatne zdanie i jego metody i że są inne szkoły – których rzeczywiście nauczyłem się później, po jego śmierci, już z doświadczenia, eksperymentów albo rozmów z innymi artystami. Obecnie maluję na bardzo różne sposoby, ale jego rady były idealnym i bardzo konkretnym punktem startu dla samouka.

J.M.S.: Była to relacja mistrz – uczeń?

N.L.: Beksiński nie znosił określenia „Mistrz” (z dużej litery, co gorsza). Z dwóch powodów: W kontaktach międzyludzkich zawsze dążył do relacji poziomej, a nie pionowej, i chwała mu za to. Nie chciał być traktowany jako ten „wyżej” w hierarchii. Po drugie, słowo „Mistrz” kojarzy się z dziewiętnastym wiekiem i niesie swoistą pretensjonalność tamtych czasów, podobnie jak wspomniane wcześniej tempery jajeczne, oleje lniane i tak dalej. Nigdy nie dał mi odczuć, iż jest moim belfrem, chorobliwie podkreślał wręcz, że „to tylko jego zdanie”. Ja z kolei odczuwałem to jak rozmowy z dziadkiem, który się nie zestarzał umysłowo, czyli zwykłym kumplem, tyle że w ciele siedemdziesięciolatka. Oczywiście różnica doświadczeń sama narzucała relację typu orzeł – orlik, ale poza tym nigdy nie poczułem w nim tego, co kryje się pod słowem „Mistrz”. Przede wszystkim dlatego, że niczego ode mnie nie wymagał. Żaden z nas nigdy nie widział drugiego przy pracy.

J.M.S.: W trakcie trwania waszej znajomości przeszliście z formy zwracania się do siebie per pan na per ty?

N.L.: To dosyć kuriozalne, zważywszy na staż znajomości – ale nie. Za duża różnica wieku, a poza tym z mojej strony przejście na „ty” byłoby spoufaleniem. Zawsze było mi głupio zaproponować, bo proponuje starszy. Beksiński parę razy się przejęzyczył i zamiast „Poda mi pan cukier?” powiedział „Podaj mi, proszę, cukier”, ale nie pociągnąłem tego. Z trudnych do zdefiniowania powodów wolałem taki rodzaj cienkiej granicy i on chyba też, skoro nie nalegał. Nigdy nie poruszyliśmy i nie rozwiązaliśmy tego tematu „oficjalnie”, jak to robi większość ludzi.

J.M.S.: Jaki był stosunek Beksińskiego do twojego naśladownictwa? 21 października 2000 roku napisał do ciebie: „Panie Łukaszu, ten Pański obraz jest już tak widoczną kompilacją kilku moich obrazów, że można wręcz mówić o fotomontażu. Wie Pan, że tego nie pochwalam”.

N.L.: Myślę, że inny artysta byłby bardziej bezwzględny. Z perspektywy czasu widzę, że nie trzeba było bardzo odmiennego obrazu, aby uznał, że to już nie jest zrzyna. Myślę, że przez to było mi wtedy trudniej się wyzwolić z estetyki. Inny artysta by to u młodszego szybciej wytępił, ale być może stopniowy detoks, do którego musiałem wtedy dojrzeć, był bezpieczniejszy niż metoda awersyjna typu cold turkey.

J.M.S.: Czekałeś na jego opinie odnośnie do tego, co akurat namalowałeś i jak to namalowałeś?

N.L.: Był delikatny, uważał, żeby mnie nie urazić w swoich bezpośrednich zwrotach. Na początku na pewno. Rzadko pytałem go wprost: „I co, jak ten nowy obraz?”, ale przez pierwsze trzy lata był naprawdę jedynym profesjonalnym źródłem oceny, na jakie mogłem liczyć. Część moich obecnych obrazów na pewno by mu się nie podobała, bo to już bohomazy bliższe abstrakcjonistom z lat 50. niż jego estetyce, ale nad tym musiałem pracować jakieś kolejne sześć lub siedem lat. Uwolnienie się z uzależnienia stylu jest chyba tak samo ciężkie, jak uwolnienie się z uzależnienia od narkotyków. Pewne sposoby prowadzenia pędzla, oświetlenia, a przez pierwsze trzy lata nawet całe motywy obrazu grawerują się w mózgu, tym bardziej jeśli masz raczej pozytywne oceny otoczenia. Pamiętam dokładnie konkretne obrazy i walkę z samym sobą, żeby namalować coś, czego Beksiński w życiu by nie chciał namalować. W końcu się udało – teraz maluję skrajnie różne obrazy, czasami abstrakcję, a czasami fotorealizm. Wtedy byłem spętany. Myślę, że to jedna ze skaz samouctwa – na ASP nie pozwoliliby mi się nagiąć do tego stopnia. Ale odbyłoby się to kosztem nasiąknięcia innymi charakterystycznymi nawykami, które widać na każdej wystawie studentów. Fakt, że zacząłem szukać swojej drogi i ją znalazłem, w jakiś sposób usprawiedliwia tamten okres zrzynania. Myślę, że jego śmierć, na ironię, przyśpieszyła ten proces, bo nagle straciłem z nim kontakt. Gorzej, gdybym zatrzymał się na tamtych czasach na zawsze. „Dorosłych” epigonów Beksińskiego jest dosyć sporo, widać to w sieci.

Ilustracja 5. Norman Leto, Christina essen essen, 2009, olej/płótno

J.M.S.: Kiedy się patrzy na ten okres z perspektywy twojej ówczesnej osobowości, twojego stanu psychicznego, wyłania się obraz bardzo niepewnego siebie młodego chłopaka, niebywale wrażliwego i wręcz zagubionego w kwestiach fundamentalnych, mierzącego się z ogromnym poczuciem wstydu oraz z natręctwami i nerwicami. Z drugiej strony inteligentnego, pełnego pasji do tego, co robi, i głęboko skrywającego wiarę w swój talent. Jaką rolę odegrał Beksiński w twoim dojrzewaniu, w kształtowaniu się twojej osobowości?

N.L.: Z perspektywy czasu widzę, że najbardziej umocnił we mnie specyficzną tendencję: obserwuję i oceniam rzeczywistość za pomocą prawdopodobieństwa, a nie faktów. Mówiąc prościej, zawsze waham się przed stwierdzeniem czegoś ostatecznie, dogmatycznie lub „na pewno”, bo każda myśl generuje u mnie za dużo wątków i możliwości pobocznych. To wada i zaleta – pozwala przewidywać różne sytuacje na podstawie małych sygnałów, ale jednocześnie blokuje człowieka w sytuacjach prostych, wymagających szybszej reakcji. Beksiński wszystko waży, bardzo dużo u niego „chyba”, „wydaje mi się”, „być może”, „każdy widzi inaczej” – nigdy nie jest pewien, zero dogmatyzmu w mówieniu. Gdyby to przełożyć na prostszy język, wyglądałoby to mniej więcej tak: „Myślę, że 65% społeczeństwa jest głupsze od przeciętnego naukowca, ale jestem o tym przekonany w 75%”. Wartość 100% – czyli fakt namacalny – nie istnieje. Nawet jak dostaniesz pięścią w twarz – ten ostatni 1% jest zarezerwowany na filozofię typu: „A skąd pewność, że to była pięść, a nie zlepek atomów, nazywany inaczej w każdym języku?”. Nie wiem, czy wyrażam się jasno, ale chodzi mi o sposób, w jaki pracuje umysł ciągle kwestionujący nawet najprostsze fakty. Tę cechę miałem od dziecka, ale wymiana myśli z Beksińskim sprawiła, że się to jeszcze umocniło. Po latach tej korespondencji wyklarowało mi się wyraźniej niż kiedykolwiek, że nawet gdybym chciał, to jestem mało impulsywny, a bardzo podający rzeczy w wątpliwość. Myśląc kategoriami lat 90.: osobowość bliższa Stanleyowi Kubrickowi niż impulsywnemu Axlowi Rose.

J.M.S.: Beksiński napisał do ciebie 22 grudnia 2003 roku: „To, co Pan pisze, mógłbym napisać o sobie tymi samymi, co do przecinka, słowami. Takie stany mijają. Ja też obecnie jestem w podobnym dołku”.

N.L.: Chodziło o mój ówczesny stan psychiczny i wrażenie odrealnienia – to znaczy uczucia, że wszystko, co dzieje się wokół mnie, jest sztuczne i jakby niedostępne. Jak jakiś film bez większego sensu. Dzisiaj też miewam takie stany, ale myślę, że między 17. a 23. rokiem życia mózg nie jest jeszcze ustabilizowany. Nowe połączenia mieszają się ze starymi, powstaje wiele ubocznych efektów dojrzewania tego organu. Stąd powszechna egzaltacja i nadmierne poczucie dramatyzmu, dosyć częste u młodych ludzi. Niektórym się udaje ustabilizować, a innym nie. Oczywiście wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem, bo nie widziałem tej studni z zewnątrz. Dlatego przeżywałem to bardziej egzystencjalnie. Dziesięć lat później pięcioletnia praca nad filmem Photon zadziałała niejako przeciwdepresyjnie – bo zrozumiałem, że istnieją chemiczno-biologiczne podstawy fatalnego samopoczucia. Dzisiaj, jeśli zalewa mnie czarna chmura, wiem, że nie należy panikować, tylko czekać, aż minie, i przyglądać się temu niejako z zewnątrz. Wtedy miałem mniej techniczne, a bardziej egzystencjalne spojrzenie, przez co każda taka chmura wydawała się ostatnia – że skończy się pobytem w zakładzie zamkniętym.

Ilustracja 6. Norman Leto, Kuwejt 2, 2014, olej/płótno

J.M.S.: Trudno było ci w tamtym okresie odnaleźć się w otaczającej rzeczywistości?

N.L.: To ogólny i znany problem nerdów, odmieńców i tym podobnych osób. Jeszcze gorzej, gdy mieszka się w mieście mniejszym niż, powiedzmy, ćwierć miliona osób. Ciężko znaleźć kogoś, z kim można pogadać o niszowych sprawach. Trzeba pamiętać, że w 2002 roku internet dopiero się rozwijał i ówczesne przemiany dopiero później pozwoliły uświadomić sobie, że na świecie jest wiele osób myślących podobnie. To było z jednej strony ulgą, a z drugiej rozczarowaniem z rodzaju: Cholera, nie jestem taki wyjątkowy jak w Bochni. Wiele tematów, które nie pasują do grupowych spotkań – szeroko pojętych imprez – jest we mnie też dzisiaj. Gdy ktoś zapyta, co wczoraj robiłem, a ja szczerze odpowiem: „Wczoraj siedziałem przy sekwencji Photonu pokazującej kinetochory w każdej naszej komórce. Musiałem użyć pluginu Krakatoa, a potem partycjonować cząsteczki prt, żeby uzyskać realistyczne zachowanie mikrotubuli tkwiącej w termicznym drżeniu. Na koniec kolapsowałem stacka, w nadziei, że uda się całość zapisać w jednym obiekcie prt, ale nie – wszystko się posypało. Więc wieczorem czeka mnie robota od nowa. Myślę, że tym razem spróbuję rozwiązać ten problem przy pomocy tensorów – ze wsparciem kwaternionów w polu wektorowym, wiesz, w tej wtyczce Stoke MX. No i najważniejsze – dzisiaj uaktualnili Octane render i można już renderować woksele z formatu vdb. Czyż to nie jest wspaniałe?” – to z taką gadką ciężko być party animal. Zawsze przegrasz z kumplem – kierowcą tira, który zniszczy cię tysiącem zabawnych anegdot przystępnych dla każdego. Być może to główny powód, przez który unikam imprez, alkoholu i tym podobnych zgrupowań socjalnych. W rodzinie nie miałem i nie mam ani nerdów, ani artystów. Rodzice byli zawsze bardzo dobrymi i przyzwoitymi ludźmi, ale nie wyróżniali się jakimś nietypowym zawodem czy sposobem bycia. Na szczęście w Bochni i w Krakowie miałem paru kolegów w moim wieku, z którymi mogłem rozmawiać o swoich sprawach. W Warszawie chyba odizolowałem się bardziej, głównie ze względu na coraz większą satysfakcję z pracy nad filmem i obrazami. Pracownię mam daleko od centrum wydarzeń socjalnych, co też nie pomaga w zdobywaniu przyjaciół.

J.M.S.: W kwestii funkcjonowania w życiu dnia codziennego – było ciężko?

N.L.: W wieku dziewiętnastu lat byłem bardzo niecierpliwy. Chciałem już żyć ze swojej sztuki. Potem się to na szczęście udało, ale w latach 1999–2000 dorabiałem sobie, wykonując wspomniane wcześniej prace 3D. Były to różne rzeczy (na przykład praca nad elementami do wideoklipów). Kolega miał firmę, która to robiła bez presji, bez hierarchii. Dobrze to wspominam, bo tam zdobyłem doświadczenie w grafice, i co ciekawe – tam zobaczyłem po raz pierwszy album Beksińskiego. Tak czy inaczej, od szesnastego roku życia coś tam już zarabiałem, ale docelowo chciałem żyć ze sztuki, z własnych rzeczy, zamiast męczyć się z klientem, który ma zawsze rację. Dotarło do mnie bardzo szybko, chyba już w wieku maturalnym, że nie nadaję się do pracy w standardowym ośmiogodzinnym trybie pracy, z szefem nad sobą.

J.M.S.: Przeprowadziliście wiele poważnych rozmów o tym, co niepoznawalne, tajemnicze, niedostępne zmysłom, ale też często pisaliście o sprawach dnia codziennego. Beksiński udzielał ci rad, jak należy zachować się w danych sytuacjach społecznych, choć, paradoksalnie, sam często postępował wbrew przyjętym zasadom.

N.L.: Jeśli chodzi o wprowadzanie mnie w sytuacje życiowe, społeczne – tak, chodziliśmy do McDonalda przy stacji Służew. To wszystko, jeśli chodzi o socjalizację. Swoją drogą, wegetarianin albo zwolennik zdrowego odżywiania miałby problem z nawykami żywieniowymi Beksińskiego. Na szczęście lubię fast food i coca-colę, co upraszczało nam kwestie jedzenia podczas parodniowych wizyt, rozmów.

J.M.S.: A czy listownie przekazywał ci swoją wiedzę na temat twoich problemów, z jakimi on również się borykał?

N.L.: Jeśli to było częścią którejś z anegdot – jak najbardziej. Jego opowieści były na tyle ciekawe, że niekiedy prosiłem go o ich powtórzenie. Wtedy żartobliwie obruszał się: „Co to ja jestem, wojak Szwejk?”, a potem i tak opowiadał. O operacji, i znieczulaniu nosa kokainą (gdy ja miałem akurat operowaną przegrodę nosową i pierwszy w życiu kilkudniowy pobyt w szpitalu). O tym, jak niewybuch rozpieprzył mu kawałek palca. O tym, jak to żona miała problemy z cofaniem samochodem. I tak dalej. To przewijało się przez anegdoty, ale nie czułem w tym mentorstwa czy jego rozczarowania, gdy rozwiązywałem różne problemy po swojemu.

J.M.S. Wprowadził cię do znanego sobie świata artystycznego, pokazywał utarte przez niego szlaki?

N.L.: Z wprowadzeniem w tzw. świat artystyczny to nie było tak prosto. Dlaczego? To środowisko dzieli się na różne podkategorie, jak zresztą każda struktura społeczna. Wewnątrz świata artystycznego panują niuanse, są frakcje, pisma aktualnie bardziej obciachowe niż inne, instytucje, w których lepiej być niż w innych, krytycy bardziej lub mniej szanowani. To oczywiste. Beksiński ze swoimi fotografiami i rzeźbami należał kiedyś do polskiej awangardy, do artystów, nazwijmy to, idących w „szpicy”, szukających nowych rozwiązań, eksperymentujących. Później, w latach 60., nagle zaczął rysować i malować fantastyczne postacie i krajobrazy, co natychmiast wkurwiło ludzi z dotychczasowego otoczenia. Zaczął być nazywany ilustratorem, a nie malarzem, co zresztą nie jest dalekie od prawdy – obrazy z lat 70. to bardziej ilustracje, dopiero rzeczy z lat 2000. zaczęły być mniej konkretne na rzecz malarskości. W każdym razie w kręgach awangardy Beksiński stał się niemile widziany, wręcz obciachowy. Oczywiście miał swój krąg, nazwijmy go realizmem fantastycznym – byli klienci, magazyny, krytycy, galerie. Miał świadomość tego, że w niektórych nowoczesnych kręgach nasza znajomość może mi zaszkodzić, o czym mnie przestrzegał. Więc nie chwaliłem się za bardzo. Po jego śmierci, po napisaniu Sailora i po całkowitej zmianie formy i treści, moje prace pojawiły się w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Na zbiorowej wystawie nazwanej Establishment. Tam poznałem innych artystów w moim wieku – Wojtka Bąkowskiego, Tomka Kowalskiego, Radka Szlagę i tak dalej. Zrobiło się z tego coś w rodzaju nowej fali. To w jakimś sensie dokończyło detoks z Beksińskiego i po raz pierwszy poczułem, że robię coś naprawdę bliskiego aktualnemu „ja”. Ludzie, którzy lubili moje wczes­ne rzeczy oraz prace Beksińskiego, odwrócili się, kręcąc nosem na to, że zacząłem robić filmy, że zacząłem malować bohomazy i tym podobne. To była naprawdę duża zmiana, należy pamiętać, że kilka lat wcześniej, w 2002 roku, moje prace były reprodukowane w magazynach z tzw. outsider art obok prac schizofreników, autystyków lub byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Ciekawe towarzystwo, gdy tak teraz o tym myślę.

Podsumowując: na pewno dzięki Beksińskiemu uwierzyłem – sprzedając pierwsze prace – że można utrzymać się ze sztuki, ale dalszej drogi w nowym dla mnie środowisku musiałem szukać sam. Z wyżej wymienionych względów.

J.M.S.: Kiedy Beksiński uznał, że byłeś już gotowy, próbował zainteresować twoją twórczością swojego byłego marszanda, Piotra Dmochowskiego.

N.L.: Tak, ale nasza znajomość była bardzo powierzchowna, wymieniliśmy kilka e-maili. Kupił ode mnie jeden obraz. Oni już byli po wielu przejściach w relacji galeria – artysta.

J.M.S.: Beksiński w wielu listach opowiadał ci o ich znajomości. Jak odbierałeś tę kontrowersyjną historię? Jak przebiegała twoja współpraca z Piotrem Dmochowskim?

N.L.: Każdy sprzedający artysta zna te układy miłość – nienawiść, przypominają małżeństwa. Ich relacja była burzliwa, między innymi dlatego, że w tle zmieniała się też sytuacja Polski, zmieniały się ceny, dolary traciły na wartości – nie chodziło tylko o personalne przepychanki.

J.M.S.: Poznaliście się w bardzo trudnym emocjonalnie czasie dla Beksińskiego. Niecały rok przed twoim pierwszym listem zmarła jego ukochana żona, a kilka miesięcy po rozpoczęciu waszej korespondencji jego syn Tomek, po wielu próbach, popełnił samobójstwo. W jednym z wywiadów artysta mówił o swoim wyobrażeniu ojcostwa: „Przez najgorszy okres będzie się nim zajmować żona, a ja będę miał kumpla, z którym będziemy mieli takie stosunki równe, będziemy interesować się tym samym, będziemy sobie dyskutować”. Nie udało się to z synem. Z tobą, pomimo dużej różnicy wieku, nawiązał relację „kumpelską”. Można ośmielić się o wniosek, że w jakiejś części zrekompensowałeś mu poczucie zawodu, że nie udało się to z synem?

N.L.: Nie byłem jego jedynym kolegą – najmłodszym, ale nie jedynym. Natomiast podejście, w którym żona robi brudną robotę, a facet dostaje gotowego kumpla, jest raczej skazane na niepowodzenie. Beksiński był naprawdę przenikliwym typem, być może to, co powiem, zabrzmi okrutnie – ale znał siebie na tyle, że od początku wiedział, iż nie nadaje się na ojca. Nie każdy musi być ojcem lub matką i nie każdy się do tego nadaje. Beksiński był maszyną do malowania – z własnego wyboru. Nie wiem, być może żona nalegała na dziecko i czuł, że jej to pomoże, być może była to presja czasów i otoczenia, w jakich żyli, być może chciał i wydawało mu się, że uda się połączyć człowieka pracującego po kilkanaście godzin dziennie z dobrym ojcem? Prawdopodobnie wszystko po trochu. Nie sądzę, aby traktował mnie choćby trochę jak syna, bo on nie znosił odpowiedzialności za czyjekolwiek decyzje – bał się tego jak ognia i wiedział, że jest odpowiedzialny tylko za siebie. Za decyzje kumpla łatwiej czuć się trochę mniej odpowiedzialnym niż za decyzje dziecka – nastolatka.

J.M.S.: Rozmawialiście o tym, co Beksiński przeżywał po samobójstwie syna?

N.L.: Tak, przede wszystkim przytaczał to porównanie, które padło w filmie Ostatnia rodzina: Tomek, oczekując na wodospad niosący dla każdego z nas śmierć, wolał siedzieć na kaktusie niż w wygodnym fotelu. Nie byłem fanem Tomka, nie znałem jego audycji radiowych, bardziej interesowała mnie osobowość Zdzisława, więc nie pytałem o Tomka tak często jak inni. Być może to też mu w jakiś sposób odpowiadało, bo niezbyt chętnie mówił o Tomku po śmierci. Tym bardziej że sprawa samobójstwa była świeża. Ciężko o tym mówić, bo sprawy śmierci są zawsze tematem przykrywanym: widzę to w sposobie pisania o śmierci u Beksińskiego. Nie dramatyzuje, nie traci kontroli, potrafi używać dowcipnych skojarzeń jeszcze w czasie umysłowej żałoby. Nawet ze śmierci najbliższych można wyciągnąć trochę kreatywnych skojarzeń. Też tak mam – co z przerażeniem odkryłem po śmierci swojego dziadka, na pierwszym pogrzebie, na jakim byłem. Poczułem coś, co ciężko nazwać i ciężko się tym chwalić, być może w języku niemieckim albo japońskim mają na to słowo. Rodzaj kilkuprocentowej satysfakcji z nieznanego, które właśnie się stało, albo raczej rodzaj rauszu wywołanego surrealizmem sytuacji. Często gdy umiera ktoś nagle lub widzimy jakąś katastrofę, mamy poczucie, że to się nie dzieje naprawdę. Połączenia w mózgu muszą się nagle przekonfigurować (z „można przytulić” na „nigdy więcej nie będzie można przytulić” itp.). To przepinanie połączeń odczuwamy subiektywnie jako wrażenie nierealności. Zwłaszcza w pierwszych godzinach po zdarzeniu. I właśnie wtedy można wyłowić coś wartościowego. Ten jeden procent z absolutnego strachu lub rozpaczy.

J.M.S.: Beksiński 10 sierpnia 2000 roku napisał: „Przerabiałem ten temat przez 40 lat z moim synem i poniosłem klęskę, chociaż niech mi Pan wierzy, że dałbym sobie fiuta obciąć, jeśli mógłbym mu w czymś pomóc. Została mi samotność i gorycz porażki (jeśli już mam operować stylem Harlequina) oraz nieprzytomne pieprzenie rozmaitych dziennikarzy, którym wydawało się, że rozumieją to, co mówiłem im ja i inni ludzie, którym z kolei wydawało się, że rozumieją to, co im mówił Tomek. Tak więc na dodatek wyszedłem na głównego winowajcę losu mojego syna, bo Tomek „nie był kochany”, a na dodatek ja malowałem pesymistyczne obrazy. Ma Pan to, czego nie miał on, czyli drugiego człowieka, ową Alicję, którą wydaje się Pan cenić. Na Boga, niechże Pan tego nie rozpieprzy, bo potem nie da się niczego już odbudować, a to jest najważniejsze, co można na tym świecie mieć. Jestem w tej dziedzinie profesjonalistą, bo straciłem wszystkich i nie mam już nikogo”.

N.L.: Decyzja o samobójstwie to zazwyczaj wypadkowa tak wielu czynników, że nie da się wskazać winowajcy (poza niektórymi przypadkami, ale nie w przypadku Tomka). Współczesna psychologia jest bezradna w przewidywaniu samobójstw i ciężko tego od niej oczekiwać. Jakiś znany młody człowiek wyskakuje z okna. Samobójstwo. Psycholog w mediach: „Był za mało kochany przez rodziców”. Świadkowie: „Nieprawda, był rozpieszczany”. Psycholog w mediach: „Więc wszystko jasne – wyskoczył dlatego, że był zbyt rozpieszczany”. Samobójstwo czterdziestoletniej osoby to już decyzja takiego kalibru, że podejmuje się ją na swoją odpowiedzialność. Winić za to rodziców, to jak winić swoich dziadków za to, że ich poczęli. Można tym regresem przyczyny i skutku iść jeszcze dalej. Potworne uproszczenie, ale uproszczenia lepiej nam siedzą w głowach i łatwiej się je przekazuje na piśmie. Poza tym, z mojej perspektywy, Beksiński nie był winien śmierci Tomka o tyle, że w tej konkretnej sytuacji, przy jego osobowości i tempie pracy, ciężko byłoby być dobrym malarzem i dobrym ojcem jednocześnie.

J.M.S.: Również miałeś takie doświadczenie w swoim życiu. Niegdyś (2003 rok) bliska ci osoba odebrała sobie życie.

N.L.: Tak. Parę miesięcy po naszym rozstaniu Alicja popełniła samobójstwo. To był dziwny okres mojego życia. Na przestrzeni bodajże dwóch lat trzy samobójstwa wśród znajomych i niedługo potem śmierć Beksińskiego. Takie zagęszczenie na pewno sprzyjało myśleniu o własnej egzystencji w sposób inny, niż myślimy w przypadku śmierci z przyczyn naturalnych. Nie wiem i nie próbuję już odgadnąć, jakie były przyczyny. Miała bardzo porządnych rodziców, podobno była w kimś zakochana, zbliżała się matura i pierwsze znaki poczucia odpowiedzialności za siebie, mówiła o niepokoju podczas zachodów słońca – ale to nie są wystarczające powody, żeby przewidywać odebranie sobie życia. Na pewno była wrażliwą osobą. Ale to nie mógł być wystarczający powód.

J.M.S.: Trzydziestego marca 2003 roku napisałeś do Beksińskiego: „Na pewno śmierć Alicji przywołała bardzo dziwne uczucie, które jest we mnie teraz, uczucie niezależne od braku możliwości odwrócenia czasu. Czy pojęcie »transcendentalny« oznacza wszechprzenikalność jakiegoś nieopisywalnego uczucia, o którym nie da się nawet powiedzieć, czy jest przyjemne, czy nieprzyjemne?”.

N.L.: Tak mam do dzisiaj, chociaż nie wierzę w życie po śmierci. Z tego powodu nie odwiedzam grobów, bo nie czuję, że tam ktokolwiek leży. Wolę utrzymywać zmarłych we własnej głowie jako zapis żywych wspomnień – i nie potrzebuję do tego namacalnego totemu z kośćmi pod ziemią. Gdy mózg przestaje już całkowicie pracować, świadomość zanika i zostaje ciało. Martwe ciało i miejsce jego spoczynku już mnie nie interesuje. Najważniejsze jest podtrzymanie żywych, ruchomych wspomnień. Niemniej jednak dławienie w gardle lub łzy tuż po zasunięciu płyty grobowej są reakcją nie do zatrzymania – ze względu na symbolikę.

Ilustracja 7. Norman Leto, Egoista-C -For Photon Help, 2017, olej/płótno

J.M.S.: Zarówno ciebie, jak i Beksińskiego spotykały bardzo ciężkie emocjonalnie doświadczenia. Zastanawiałeś się kiedykolwiek, czy ludzie, którzy zajmują się twórczością, ogólnie uznawaną za „mroczną”, przyciągają do siebie – bądź też do osób sobie bliskich – równie nieprzyjemne sytuacje?

N.L.: Im dłużej obserwuję rzeczywistość, tym bardziej skłaniam się ku trzeciej opcji – należałoby najpierw sprawdzić to pod kątem statystyki: „nienaturalna śmierć wśród klimaciarzy vs nienaturalna śmierć wśród przeciętnych obywateli”. Dopiero później, ewentualnie, można szukać irracjonalnych przyczyn. W kontekście późniejszego morderstwa dokonanego na Beksińskim ta wymiana e-maili była w pewnym sensie prorocza. Ale to nie sprawiło, że zaczynam wierzyć w mroczne siły ciągnące do ponurych ludzi.

J.M.S.: W początkowym okresie korespondencji wykazywałeś skłonności depresyjne. Beksiński przejawiał w swym myśleniu wiele przygnębiających wizji świata: „Problemy, które Pana gnębią, należą do naszej wspólnej ludzkiej kondycji: wszyscy umrzemy, nasze życie nie ma celu i nie ma sensu” (20 czerwca 2000, 19:57). Z drugiej strony, paradoksalnie, można odnieść wrażenie, że „tchnął w ciebie życie”. Pomógł ci odnaleźć się w otaczającej rzeczywistości, w zrozumieniu ludzi i ich natury, ale także w zrozumieniu i zaakceptowaniu siebie?

N.L.: Mam większe tendencje do natrętnie wracających myśli niż do typowej depresji, przed którą broni mnie codzienna chęć do pracy nad swoimi rzeczami. Być może jeszcze nie sięgnęła tak daleko, żeby zabrać mi tę ochotę? Natrętne myśli mogą dotyczyć obaw o wypadki, krzywdy bliskich ludzi, pustki egzystencji i tak dalej. Mają tę cechę, że im bardziej człowiek je odpycha, tym bardziej wracają, i jedynym sposobem na nie jest próba przeczekania, przyjrzenia się im z zewnątrz, nawet jeśli trwa to parę miesięcy. Leki wprowadza się wtedy, kiedy żadna z tych metod samonaprawy nie działa. Też byłem w takim okresie. Czasami pomagają większe zmiany w życiu, wymagające zerwania z przyzwyczajeniami (a w efekcie zmiany struktur w mózgu). W każdym razie nigdy nie odbierało mi to ochoty do pracy, przysłowiowej weny. Nawet jeśli zabierało wszystkie inne chęci. Problemy z nastrojem raczej pchają mnie do sztalug.

J.M.S.: Dociekałeś, dlaczego na waszych obrazach pojawiały się właśnie takie elementy rzeczywistości i zostawały przedstawione akurat w taki sposób?

N.L.: Tak, była to ciekawość naukowca: dlaczego akurat tak, a nie inaczej? Skąd Beksiński wziął akurat taki sposób malowania morskiej piany? Dlaczego wiele z jego obrazów ma perspektywę z pozycji kogoś małego, patrzącego w górę, a ja raczej skłaniam się do perspektywy „z góry”, czyli z punktu widzenia powyżej horyzontu? Dlaczego Beksiński nie byłby w stanie namalować czegoś współczesnego – na przykład telefonu komórkowego lub układu scalonego? Jeśli to nie przechodziło mu przez pędzel, to dlaczego? I tak dalej. Takie pytania miały duże znaczenie w znalezieniu własnej drogi twórczej. Czemu więc nie spróbować czegoś, czego wcześniej nigdy bym nie chciał namalować? Kij golfowy. Pole Mokotowskie. Coś realnego. Hiperrealistyczny portret dziewczyny lub krajobraz. Teraz widzę, jak bardzo istotna była dla mnie taka forma dociekliwości.

J.M.S.: Obserwowałeś związek pomiędzy wydarzeniami w twoim życiu a tym, co malowałeś?

N.L.: W tamtych czasach raczej nie. Teraz o wiele bardziej. Maluję właśnie wybuch kanistra z benzyną, bo piszę scenariusz dotyczący zamachów na World Trade Center. Wiesz, że część paliwa z uderzających samolotów spłynęła pionami wind aż do parteru i dopiero tam się zapaliła? Dziewięćdziesiąt pięter. Jeśli pytasz o związek obrazów z codzieńnością, to mniej więcej tak to działa.

J.M.S.: Tworzenie to dla ciebie forma uwolnienia emocji, oczyszczenia, komunikacji z otoczeniem, a może coś zupełnie innego?

N.L.: Najlepsze słowo to uspokojenie i wprowadzenie umysłu w specyficzny rodzaj rytmu i narracji: „tu weź podciągnij, za bardzo odstaje, przesuń ciężar – co oni mieli dzisiaj na myśli, mówiąc o Islandii? – niebieski jest za niebieski, weź to zrób bledsze – kiedy psu wygoi się łapa? – ten rejon nieba trzeba zaczernić bardziej, bo przeważa” i tak dalej. Taki strumień swobodnych myśli ciągnie się wtedy godzinami i bardzo mnie to uspokaja. Im bardziej szczegółowy obraz, tym bardziej uspokaja, ale czasami muszę dla równowagi namalować coś w dziesięć minut, jakieś duże płótno. Malowanie pozwala też wrócić do bardziej analogowego świata, bo dużo czasu spędzam, robiąc wspomniane wcześniej symulacje, renderingi, licząc wektory – dosyć ścisłe sprawy. Od tego trzeba odpoczywać, robiąc coś analogowego.

Ilustracja 8. Norman Leto, Islandia (Czarny piasek), 2009, olej/płótno

J.M.S.: W pierwszych latach waszej korespondencji, a mianowicie 11 września 2001 roku, dokonano pierwszego ataku terrorystycznego w USA, tj. ataku na World Trade Center, w którym zginęło około trzech tysięcy ludzi. Rozmawialiście o tym tragicznym wydarzeniu? Miało ono jakiś wpływ na twoją ówczesną sztukę?

N.L.: To było pierwsze wydarzenie w historii, które naprawdę tąpnęło we mnie do tego stopnia, że poczułem strach o przyszłość. Drugą wojnę znałem tylko z opowieści. Upadek muru berlińskiego – pamiętam, ale byłem za mały, żeby rozumieć, co to znaczy, natomiast atak na WTC dział się na żywca. Dzień później w „Newsweeku” pokazano grzyb atomowy, z nagłówkami sugerującymi nadejście konfliktu światowego. Byłem rok lub dwa po komisji wojskowej (jeszcze istniał pobór powszechny), więc wszystko wydawało się prawdopodobne... Dla żartu zacząłem pisać do ZB o sobie jako o snajperze w trakcie trzeciej wojny, ale pamiętam, że niepokój o jutro nie był wtedy zabawny. Beksiński przeżył wojnę światową, głęboki socjalizm, stan wojenny i wiele innych, miał więc do tego większy dystans. Dzisiaj już nie reaguję z aż takim niepokojem na wydarzenia dotyczące terroru, tym bardziej że trudno będzie przebić 11 września – zarówno pod względem skali zdarzenia, jak i jego ikonograficzną wręcz estetykę. Zdarzenia z 11 września na moje obrazy raczej nie wpłynęły. Natomiast musiały zostać we mnie głęboko, na tyle, że ponad piętnaście lat później, w 2017, zaczynam pracę nad filmem poruszającym ten temat.

J.M.S.: Poruszaliście temat filozofii życia, sensu istnienia, hamletowskie „być albo nie być”, snuliście rozważania na temat czasu, przestrzeni w kontekście jednostki. Dostrzegalne są zbieżna wrażliwość i podobne poglądy.

N.L.: Ta zbieżna wrażliwość sprawiła, że zaczęliśmy korespondować na stałe. Poczucie solipsyzmu trawiło mnie jako dwudziestolatka dosyć mocno – nie byłem w stanie uwierzyć, że to, co widzę, jest „realne”, miałem poczucie filmu przed oczami i nie było to krótkie déjà vu, tylko uporczywie trwające przeświadczenie. Próbowałem to w jakiś mętny sposób tłumaczyć niektórym rówieśnikom, dopiero Beksiński nie miał problemu ze zrozumieniem, bo zdarzało mu się to odczuwać dosyć często. Wikipedia wtedy była w powijakach albo jeszcze nie istniała i znalezienie czegokolwiek na ten temat w sieci było niemożliwe, tym bardziej w bibliotece, chodzenie od psychologa do psychologa też pewnie nic by nie dało. Po prostu nie wiedziałem, co mi jest. Beksiński w jakiś sposób pomógł mi się z tym oswoić, i co więcej – mogliśmy się dość sprawnie poruszać w tych mętnych, trudnych do wysłowienia stanach umysłu.

J.M.S.: Jak Zdzisław Beksiński postrzegał ludzi i naturę ludzką?

N.L.: Na pewno z cierpliwością. Do dzisiaj wydaje mi się niezwykłe, że chciało mu się czytać te moje listy, własnoręcznie pisane, po pięć lub sześć kratkowanych kartek A4. Byłem początkowo wyjątkowo upierdliwy w zalewaniu Beksińskiego e-mailami. Aż mnie zęby swędzą, gdy to dzisiaj czytam. Tyle delikatnych i mniej delikatnych sugestii, żebym tak nie napierał. A mimo wszystko odpisywał. Dzisiaj też zdarzają się fani mojej sztuki, którzy robią to samo wobec mnie, i wiem, jak trudna jest to sytuacja – empatia nie pozwala przemilczeć, a z drugiej strony odpisując na wszystko, całkowicie przestanę pracować i stanę się własnym sekretarzem. Dopiero w listach z roku 2001 ta asymetria mojego bezustannego nacisku jakoś się wyrównuje. Teraz to widzę z perspektywy, wtedy byłem zbyt blisko. Byłem przecież jednym z wielu, którzy czegoś od niego chcieli. Przyglądał się ludziom i ich problemom z boku, uważając, aby się zbytnio nie zaangażować w cokolwiek, na co nie miał bezpośredniego wpływu. Potrafił pomagać – do tego stopnia, że ludzie zaczęli z czasem z tego korzystać coraz częściej, aż do chamskich granic. Opowiadał, jak jedna z fanek, która odwiedziła ZB z facetem (nie pamiętam kontekstu), zapytała, czy nie dałby jej obrazu w prezencie. Zgodził się. Gdy go zapytałem, czemu dał, skoro nie był to nikt bliski, odpowiedział, że nie znalazł dobrej wymówki, choć też był zaskoczony. Sprzedawał wtedy obrazy po dwadzieścia pięć tysięcy od ręki. Mnie bardziej zdziwiła bezczelność tej osoby, pomimo bliskiej znajomości nie przyszłoby mi do głowy, żeby sępić od niego cokolwiek. Pamiętam, że przepłacał robotnikom, którzy robili remonty. Nie był dusigroszem. Jak pięknie sam powiedział: głupców nawet „podziwiam”. Za sprawność do szybkich reakcji. Za wesołą naturę ludzi w rodzaju „pierdolnięty zawsze uśmiechnięty”, zazdrościł tego niektórym, wiedząc jednocześnie, że nie można mieć wszystkiego – talentu, wyglądu, przebojowości i wesołkowatości. Gdy robotnicy coś spieprzyli albo dziennikarze coś przekręcili, potrafił jechać po nich równo – ale nigdy bezpośrednio – raczej wyżywał się na ludziach w piśmie, w listach, w dziennikach. Nie obrażał nikogo w kontakcie osobistym. Wolał mówić, niż słuchać, pomimo wewnętrznego smutku potrafił opowiadać tak, że słuchacze – mnie się też to zdarzało – tarzali się ze śmiechu po dywanie.

J.M.S.: Drugiego października 2004 roku napisał: „Przecież, u licha, tzw. normalny człowiek jest ambiwalentny i niekonsekwentny. Konsekwencję zwykło łączyć się z paranoją lub fundamentalizmem, co zresztą chyba prawie na jedno wychodzi”.

N.L.: To jedna z moich ulubionych wypowiedzi. Ilekroć słyszę, że jakiś zamachowiec właśnie wysadził się w powietrze w Kabulu, przypominam ją sobie i od razu mi lepiej.

J.M.S.: Fragment listu Beksińskiego z 26 marca 2003 roku: „Najogólniej to jest tak, że wszyscy chcieliby być po słusznej stronie, a takiej strony nie ma – są tylko różnice interesów. Obraz sprawiedliwej walki dobrego ze złem wyprodukowały religie, a ochoczo podjęło Hollywood. Lata indoktrynacji zrobiły swoje. Mój Boże, wszyscy jesteśmy pacyfistami, ale pacyfizm to niestety utopia. Zawsze silne wrażenie robił na mnie wiersz Tuwima Do prostego człowieka – no ale to przywilej poetów: wyrażać uczucia. Gorzej jest, gdy ktoś widzi w uczuciach albo drogowskaz, albo receptę na rzeczywistość. Prawda jest taka: Uniwersalnej Racji nie ma. Są racje jednej i drugiej strony. Silniejszy wygra, tak jak to bywa w sporcie. Na dodatek siła nie zawsze przekłada się na uzbrojenie. Na dodatek wszyscy kłamią jak najęci i pseudoracje »dla publiczności« przedkładają nad ukryte powody rzeczywiste. Pędzą liczne sztuczne zające jak na psich wyścigach, a naród wrzeszczy na ulicach, bo ma poczucie moralnej wyższości. Emisariusze racji sztucznych i rzeczywistych, niezależnie od wysokich stanowisk, jakie mogą zajmować, są najczęściej omylnymi durniami (tak jak większość ludzi na świecie), stąd wszystko staje się podwójnie nieoczywiste”.

N.L.: Powyższy przykład to jego standardowe psioczenie, gdy miewał gorszy dzień lub zdenerwował go jakiś urzędnik na poczcie. Raczej na piśmie, bo podobnej tyrady nie puściłby nikomu w oczy. Słowa „głupiec” niekiedy nadużywał, ale ciężko mu się dziwić – rzeczywiście był odmieńcem w przekroju całego społeczeństwa. Czasami warto nauczyć się szybko dzielić ludzi na głupców i nie-głupców, choćby po to, aby nie wahać się i nie wikłać w układy z ludźmi budzącymi w nas wątpliwości. Albo nie przejmować się niektórymi opiniami. Oczywiście w rzeczywistości to rozgraniczenie jest nieco mniej binarne.

J.M.S.: Jak Beksiński postrzegał kobiety? To jego słowa z 10 czerwca 2002 roku: „Wracając do dziewczyny, to czy ona śpiewa, czy też gra na instrumencie? Bo, nawet moje dwie poprzednie sprzątaczki chciały zostać piosenkarkami. Jedna nawet przyniosła mi nagrania demo. To jest chyba zaraźliwe i przenosi się drogą kropelkową w metrze, tramwajach, kinach i kościołach, tylko jeszcze o tym nie wiemy. […] W czasach mej młodości chciały być aktorkami filmowymi. W USA i byłym ZSRR chcą zostać pornogwiazdami. Będzie jeszcze jakaś Skłodowska-Curie czy już nie ma na to szans? Tyle że Skłodowska-Curie była podobno dosyć ostra w sprawach damsko-męskich i w zaliczaniu panów, więc jeśli marzy się Panu kura domestica, to niewykluczone, że piosenkarka stanowi lepszy wybór”.

N.L.: Z dzisiejszego punktu widzenia to trochę kontrowersyjna wypowiedź, ale Beksiński dorastał i żył w czasach, kiedy pojęcia „kura domowa”, „matka Polka” i wszystko, co za nimi idzie, nie były tak odbierane jak dzisiaj. Na pewno nie był seksistowski, ale był wygodny – kobiety wokół robiły za niego bardziej prozaiczne czynności. To przykład, gdzie skrajnie się różniliśmy (i nadal różnię) od Beksińskiego. A więc myśląc jego kategoriami – zamiast wygodnej „kury domestica” (jak określił to Beksiński), zawsze wybiorę przeciwieństwo – intrygującą „chujową panią domu”, z którą będę mógł porozmawiać o kinetochorach i 3D Studio. Inne różnice też oczywiście występowały: kwestia podróżowania po świecie, upodobań w życiu intymnym i w wielu innych, dosyć fundamentalnych sprawach.

Ilustracja 9 Norman Leto „Któraś z silnych kobiet, 2009 r., olej/płótno

J.M.S.: Jaki miał stosunek do ludzkiego ciała i cielesności? W swoim liście z 6 stycznia 2004 roku napisał: „Nasza cielesność w ogóle jest obrzydliwa. Wydalanie, wytrysk spermy, ślinienie się. Przypominamy te potwory z horrorów, które nieustannie ociekają jakimś śluzem, tyle że przywykliśmy do tego, że gówno jest w dupie, a smarki w nosie. Jeśli zaczyna cieknąć z nietypowej dziury, wydaje nam się to obrzydliwe przez swoją nietypowość. Po francusku jest jakieś takie gwarowe określenie na istotę ludzką, którego nie pamiętam, ale znała je moja żona: Worek z gównem. Ja osobiście wolałbym czerwienić się jak burak ćwikłowy, niż z lada powodu mieć sraczkę”.

N.L.: Pamiętam zabawną sytuację z mojej drugiej albo trzeciej wizyty na Sonaty u ZB. To było po śmierci Tomka. Beksiński kupił sąsiednie mieszkanie w bloku, żeby powiększyć swoje dotychczasowe lokum. Zakładał, że może tam mieszkać ktoś, kto będzie musiał się nim opiekować na wypadek ciężkiej starości. Było potwornie surowo, pachniało akrylem i nowością. Białe sterylne meble i telewizor z magnetowidem. Brak stołu albo łóżek. Tylko krzesła. Wpadliśmy na pomysł obejrzenia Odysei kosmicznej na tamtym nowym telewizorze, była emitowana na którymś kanale telewizji satelitarnej. Po seansie zaczęliśmy rozmawiać o filmie, ale było już późno i w telewizorze pojawiły się programy erotyczne, a później ostrzejsze porno. To było dziwaczne tło dla naszych egzystencjalnych rozmów o kosmosie, zwłaszcza w momentach zadumy lub przerwy na kolację. Podczas przerwy Beksiński zamyślony patrzy na owe porno i pyta retorycznie: „Odyseja odyseją, ale zauważył pan, że scenariusze pornoli są zawsze takie same w sensie kolejności pozycji? Najpierw ona klęczy przed nim, potem on wisi nad nią, potem ona siedzi na nim przodem do kamery, potem na nim tyłem do kamery, a na końcu dziewczyna znowu klęczy, ucieszona, jakby to był lukier czy coś takiego”. Większość ludzi raczej byłaby skrępowana wobec gościa i przełączyłaby program, ale nie Beksiński. On oglądał to jak film przyrodniczy. Miał na pulpicie sporo tzw. dialerów łączących go przez modem ze stronami porno. Nie było jeszcze stałego łącza. Marzyło mu się bycie podduszonym przez władczą kobietę, ale zdawał sobie sprawę z tego, że rzeczywistość zazwyczaj przegrywa z wyobrażeniem: „I widzi pan, zamówiłbym sobie taką dziewczynę do domu, ale wiem, że udawałaby władczą za forsę, bo to przecież jej smutny codzienny zawód, a widać by po niej było, że to prosta dziewczyna zarabiająca na życie, od razu wyszłaby słoma z butów, coś by powiedziała nie tak i czar natychmiast pryśnie”. To był człowiek o bogatej wyobraźni. W pewnych kwestiach, zwłaszcza cielesnych i seksualnych, był wręcz jej niewolnikiem. Gadał w wywiadach o swojej sraczce i niemożności podróżowania z jej powodu, co najmniej jak jakiś Charles Bukowski lub artysta konceptualny. Nie miał problemów z mówieniem na głos o ciele i cielesności, miał natomiast za dużo blokad, żeby przenieść słowa w rzeczywistość.

J.M.S.: Jak ty postrzegałeś w tym czasie swoje ciało i cielesność innych? Dwudziestego siódmego lutego 2003 roku napisałeś do Beksińskiego: „À propos brudu, lepkości i brudzenia deski klozetowej. Załączam swój portret, wystarczyło trochę podkręcić poziomy i wyostrzyć tu i ówdzie. Jesteśmy obrzydliwi”.

N.L.: Moje postrzeganie ciała ludzkiego niewiele zmieniło się od czasów dzieciństwa. Mam niestety niewygodne przewrażliwienie dotyczące estetyki ludzkiego opakowania. Dla większości ludzi pójście na plażę, gdzie opala się przekrój całego społeczeństwa, jest do wytrzymania. A ja musiałem przez takie coś przejść jak najszybciej, z oczami wbitymi w piasek (tłuste od oliwki ciała, pieprze, raki, błyszczące czerniaki, blizny otłuszczone). Oczywiście każdy powie, że go to obrzydza, ale w jakiej skali od jeden do dziesięciu? Dzieci tego nawet nie zauważają u swoich babć. Nie chodzę w krótkich spodniach, bo wstydzę się swoich chudych nóg – przede wszystkim przed samym sobą. Natomiast jeśli chodzi o dziewczyny, z którymi się spotykałem, albo żonę – były i są szczupłe z natury – tak zwany typ modelki. Z jakiegoś powodu bardziej intrygują mnie kształty kanciaste niż obłe. Dlatego że sam jestem chudy? To kiepskie wytłumaczenie, znamy przecież sytuacje odwrotne. To ciekawe zagadnienie z psychologicznego punktu widzenia. Dlaczego niektórych pociągają grubi ludzie, a innych – prawie anorektyczni? Niektórych moich kolegów w ogóle nie obchodził wygląd. Jeśli chodzi o mnie, miałem kiedyś wieloletnie problemy z cerą, które mogły wpłynąć na moją otwartość do innych ludzi, ale to raczej kiepskie wytłumaczenie. Teraz nie mam problemów, a jestem jeszcze bardziej zamknięty. Z wiekiem akceptacja własnego wyglądu przychodzi sama – mogłoby być dużo gorzej. Tak sobie tłumaczę.

Ilustracja 10 Norman Leto „65000 włosów”, 2008 r., wizualizacja danych

J.M.S.: Borykałeś się z wieloma dolegliwościami, odwiedzałeś wielu lekarzy, obawiałeś się chorób wręcz śmiertelnych, a lekarze ciągle nie znajdowali nic poważnego, nie mogli zdiagnozować twoich przypadłości.

N.L.: Tak, ale widzę, że hipochondria była dla mnie bardziej dotkliwa niż teraz. Wszystko było wtedy bardziej przerażające. Ale na hipochondrię też są metody.

J.M.S.: Wracając do procesu twojego dojrzewania, przeobrażania się, w 2001 roku postanowiłeś zniszczyć swoje dotychczasowe prace. Przyjąłeś też pseudonim Norman Leto. Co cię pchnęło do takiego czynu? Czy to symboliczny akt – rozpoczęcie uniezależniania się?

N.L.: Trzeba te dwie rzeczy oddzielić, bo ta historia zaczyna mutować na zasadzie głuchego telefonu. Prace zniszczyłem w 2001, ale Norman Leto pojawił się dopiero w 2006, przy okazji pisania książki Sailor. Co do niszczenia – prawie każdy artysta coś niszczy na poszczególnych etapach. Oczywiście palenie bardziej działa na wyobraźnię świadka niż zamalowanie nieudanego obrazu – co nadal robię nagminnie. „Czemu niszczysz, czemu zamalowałeś? Mógłbyś przecież komuś dać. Sprzedać”. Zamalowuję, bo się wstydzę, nie chcę żyć ze świadomością, że gdzieś to jeszcze wisi na ścianie, albo co gorsza – zostanie w przyszłości moją jedyną DOStępną pracą. Niszczenie na pewno jest oczyszczające i pozwala na łatwiejsze rozpoczęcie pracy nad świeżym obrazem. Polecam. Byle się nie rozpędzać.

J.M.S.: W 2002 roku odbyła się pierwsza wystawa twoich obrazów. Jak została przyjęta?

N.L.: Niestety nie pamiętam z niej zbyt wiele, poza własnoręcznym malowaniem sporego, czarnego szyldu, który później wisiał nad wejściem do bocheńskiego muzeum. Mam ten szyld do dzisiaj. Cieszę się, że dyrektor tego muzeum, Jan Flasza, zaufał mi i nie wstydził się pokazać takiego żółtodzioba w państwowej instytucji. Na standardy muzeum były to bardzo dziwaczne prace. Takie gesty pomagają bardziej uwierzyć we własne możliwości, zwłaszcza początkującym.

J.M.S.: Twoja twórczość zyskała na popularności? Zacząłeś sprzedawać więcej obrazów?

N.L.: Na pewno w mieście rodzinnym, czyli Bochni, ludzie zaczęli mnie bardziej kojarzyć z dziwacznymi rysunkami. To już zaczęło się w szkole średniej. Pierwszy rysunek, jeszcze nie obraz, sprzedałem do Australii za 250 dolarów. Pamiętam chodzenie po wypłatę do banku. Nie lubiłem bankomatów. Dolar był po 4,40 złotego. Takie bzdury pamiętam. To było duże kieszonkowe, starczało na miesiąc funkcjonowania. Potem było coraz lepiej, coraz bardziej wierzyłem, że to chyba mój zawód, moja praca.

J.M.S.: Podejrzewano cię, zresztą tak jak Beksińskiego, o kontakty z diabłem, o satanizm. Jak reagowałeś na takie oskarżenia?

N.L.: Reagowałem podziwem – niezwykłe, jak bardzo informacje potrafią być zniekształcane. Dzięki temu zacząłem rozumieć, że informacja to dosyć nieprzewidywalny, niemal żywy organizm, rządzący się swoimi prawami. Drugi raz poczułem to po napisaniu Sailora. Trzeci raz po Photonie. Za każdym razem inne mutacje, inne skojarzenia. Można tym nawet trochę sterować. Ale dlaczego wtedy powstawały tak mroczne skojarzenia? To dosyć oczywiste, jeśli ktoś wrzuca wszystko do tego samego worka. Tym bardziej że miałem i mam nadal raczej racjonalne podejście do rzeczywistości. Tego typu przedstawienie „zła wcielonego” mnie nie interesuje – to zbyt ludzkie i banalne wyobrażenia.

J.M.S.: Korespondencja między tobą a Beksińskim z czasem uległa widocznym przeobrażeniom. Odniosłem wrażenie, że pod wpływem twojej szczerości, czasem wręcz rozbrajającej, zwierzania się z rzeczy bardzo intymnych, wstydliwych, coraz chętniej otwierał się przed tobą. Zdejmował, warstwa po warstwie, swoje maski i pokazywał coraz głębiej siebie.

N.L.: Jestem przekonany, że miał głębsze, ogromne pokłady – takie, które ciężko opisywać innej osobie, albo nawet ciężko dotknąć za pomocą sztuki. Zastanawia mnie natomiast to, jak funkcjonował, przez tyle lat nie mogąc o pewnych rzeczach czy fantazjach rozmawiać z żoną – po to, żeby jej nie było przykro, bo było jasne, że w codziennym życiu małżeńskim jego fantazje byłyby trudne do zrealizowania. Po śmierci żony trochę więcej odkrywał w wywiadach, bo nie było już nikogo bliskiego, kogo mógłby zranić przy zdejmowaniu kolejnych masek. Powstało parę książek na jego temat, już po śmierci, w których były jakieś domniemania o romantycznej miłości do swojej masażystki, pani po pięćdziesiątce. Niczym z Harlequina. Nie pamiętam tytułu. W to nie wierzę – kto znał Beksińskiego, wiedział, że u niego umysł działał inaczej. Nie ukrywałby tego tak starannie. Myślę, że ktoś, być może owa pani, nadinterpretował jego normalną potrzebę kontaktu i rozmowy z innymi ludźmi. Film Ostatnia rodzina portretuje go bardzo dobrze, na tyle, na ile można wycisnąć z medium filmowego. Taki właśnie – realny – Zdzisław za cholerę nie pasuje do sporych pokładów miłości. Nawet jeśli brzmi to pięknie i rozczulająco.

J.M.S.: W waszej korespondencji Beksiński coraz częściej i coraz bardziej ochoczo odbywał sentymentalną podróż do swojej przeszłości i dzieciństwa. Zadawałeś dużo pytań. Miałeś w sobie dużą ciekawość młodego człowieka, która bardzo pobudzała go do refleksji. Dzielił się z tobą swoimi wspomnieniami, pisał o swoich rodzicach, o domu, w którym dorastał, o trudnych relacjach z apodyktycznym ojcem, o borykaniu się z naciskami społecznymi, o zakładaniu rodziny i o życiu rodzinnym, o żonie i o relacji z synem. Czy nie masz wrażenia, że trochę „przy twojej pomocy” rozliczał się ze swoim życiem?

N.L.: Niekiedy tak, ale niezupełnie, bo czasami widziałem, że w wywiadach z lat osiemdziesiątych powtarzał dokładnie to samo, co widać w naszej korespondencji. Jakby miał z góry wypracowane przez lata dobrze działające anegdoty.

J.M.S.: Beksiński był pogodzony ze sobą, z tym, jaki był, ze swoimi słabymi stronami, na przykład z brakiem asertywności. Umiał o tym mówić, nawet wielokrotnie o tym żartował. Przyjmował swoje życie takim, jakie było, umiał się w nim odnaleźć. Dlaczego nie udało mu się przekazać tego synowi? Tomek nie akceptował rzeczywistości. Bardzo boleśnie jej doznawał.

N.L.: Umiał się odnaleźć w świecie, który sam zaaranżował, w swoim mieszkaniu. Gdyby ktoś próbował go zabrać samolotem do Nowego Jorku, gdzie nie byłoby toalety co pięćdziesiąt metrów – od razu dostałby sraczki i pogubiłby się jak małe dziecko. Sam o tym wspominał, gdy pytałem go, czemu nigdy nie był za granicą. Tak więc ta kontrola sytuacji i akceptacja życia były tylko częściową prawdą.

Tomek był odrębną jednostką, a Beksiński nie chciał nigdy nikomu mówić, jak ma żyć i co ma robić. Był zbyt miękki, żeby wejść w misję prostowania cudzego życia, niezależnie od tego, jaki obrało kierunek. Nie wiem natomiast, jak rodzice wychowywali Zdzisława. Niewiele na ten temat rozmawialiśmy.

J.M.S.: Na początku waszej korespondencji borykałeś się z wieloma problemami natury emocjonalnej, np. z brakiem poczucia własnej wartości, przygnębieniem, melancholią, dezorientacją w życiu itp. W dalszej części waszych listów widać w tobie znaczną zmianę. Pomimo spadków formy pisałeś, że masz coraz częściej dobry nastrój, obciąłeś włosy, zacząłeś ubierać się bardziej kolorowo. Co twoim zdaniem miało na to wpływ?

N.L.: Dorastanie i związane z tym oswajanie lęków. Okres końca szkoły średniej był dla mnie najbardziej stresującym fragmentem życia. Później było już łatwiej. Ale teraz znowu przestałem się ubierać kolorowo. I bez napisów.

J.M.S.: Oprócz malarstwa i grafik komputerowych połączyła was również inna pasja, a mianowicie filmy. Beksiński był wielkim wielbicielem tego rodzaju kreacji. Ty poszedłeś o krok dalej i zacząłeś sam je tworzyć. Rozpocząłeś od nagrywania amatorskich, pojedynczych scen, którymi entuzjastycznie dzieliłeś się z nim. Wspierał cię? Zachęcał cię do rozwijania tej umiejętności?

N.L.: Wychowywał się w czasach, kiedy filmy robili tylko ludzie z odpowiednim wykształceniem – to była prawie jedyna droga, żeby dostać do ręki sprzęt filmowy. Trzeba było być specjalistą. Beksiński był fotografem, a naturalnym przedłużeniem fotografii jest film. Przyjął z zachwytem nowinki z lat 80. – pierwsze przenośne amatorskie kamery z możliwością wielokrotnego nagrywania, montowania z magnetowidu, bez użycia chemii, wielkiego stołu montażowego. Zaczął filmować wszystko jak leci, co znamy już z kin. Natomiast wiedział, że wkroczenie na teren filmu w tak późnym czasie (miał już koło pięćdziesiątki) może być nieudane, nigdy więc tego nie rozwijał, na przykład w stronę pracy z aktorami. Bo to już bardzo poważny krok twórczy, krok w zupełnie inny wszechświat. Mnie kibicował, bo widział, że jestem w dobrym wieku, żeby zacząć i zdążyć te tematy ogarniać. Tym bardziej że sprzęt w latach 2000. był już bardzo tani. Pierwszą kamerę (Sony Digital8) kupiłem z pomocą jego klienta, Marcina. Teraz mam już za sobą pełen metraż z Andrzejem Chyrą w roli głównej – Photon, który zdobył nagrodę publiczności podczas 17. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Mówię o tym, bo cieszę się, że nie odpuściłem – dobrze, że Beksiński mnie nie zniechęcał, choć film to bardzo ciężka droga. O wiele cięższa niż najtrudniejsze nawet zmagania z malarstwem.

J.M.S.: Wasza znajomość z Beksińskim to również kilkudniowe spotkania w Warszawie, u niego w mieszkaniu. Jak one przebiegały?

N.L.: To może zabrzmi dziwnie, ale nie starałem się wtedy nagrywać sytuacji w swojej pamięci, a raczej koncentrowałem się na byciu tam – efekt jest taki, że niewiele pamiętam z kolejności czy nawet liczby odwiedzin. Mój umysł niezbyt dobrze rejestruje takie rzeczy. Raczej jednosekundowe urywki, kadry. Tak więc jeśli chodzi o relację ze spotkań – nie robiłem notatek – to jestem rozczarowujący. Pamiętam rzeczy typu: klatka schodowa, Beksiński w dżinsach stoi w progu, chłód z włączonej klimatyzacji, zapach farb – trochę inny niż w mojej pracowni, patrzenie, jak ma zrobioną sztalugę, zabawa tabletem, który ZB właśnie sobie kupił, smak pepsi max, której miał nieograniczony zapas, rozmowa o aparatach fotograficznych, aparat słuchowy w uchu ZB – kolor cielisty, wyobrażanie sobie, jak wyglądało to mieszkanie dwadzieścia lat wcześniej, zastanawianie się, gdzie spała jego żona, kolejna dłuższa rozmowa, pójście spać do gościnnego pokoju, gdzie za zasłonką stoją zapasy pepsi max. I tak dalej. Tak funkcjonuje nagrywanie w moim umyśle, byłbym kiepskim świadkiem w sądzie.

J.M.S.: Beksińskiemu pisanie średniej długości e-maila zajmowało około pół godziny, a jednak pisaliście do siebie coraz częściej, bo po kilka e-maili dzieńnie. Wasze rozmowy były również ważne dla niego. W jednym z listów napisał ci: „wyładowuję się w wyzwiskach pisanych w dzienniku lub w listach takich jak do Pana”. Myślisz, że traktował cię jak przyjaciela?

N.L.: Nigdy nie wiem, gdzie kończy się kolega, a gdzie zaczyna przyjaciel. Podobno każdy to wie. Nie byliśmy chyba nigdy aż w takiej potrzebie, aby „kolega” był niewystarczający. Myślę, że Beksiński robił wszystko, żeby jednak być niezależnym – nikogo nie prosić o pomoc ani nie obnażyć się całkowicie i opuścić gardę, jak czasem robi się to wobec przyjaciela. Potrafił do nowo poznanych osób mówić bez ogródek o wielu rzeczach, nad którymi przeciętny człowiek wstydziłby się nawet zastanawiać. To mogło tworzyć u rozmówcy fałszywe przekonanie, że jest bliżej Beksińskiego niż inni. Tak więc nie potrafię jednoznacznie powiedzieć, czy traktował mnie bardziej jak przyjaciela, czy po prostu kumpla. Różnica wieku też zmienia charakter tej relacji. Po nałożeniu się tych wyżej wymienionych aspektów mogę powiedzieć, że na pewno było to dość niezwykłe kumplowanie się.

J.M.S.: Z czasem zaczęliście coraz częściej do siebie dzwonić i rozmawiać przez Skype’a. Umawialiście się listownie na rozmowę telefoniczną. Tak było swobodniej? Zmieniła się forma, a czy zmieniła się też treść?

N.L.: W ciągu godziny gadania przez telefon można zadać o wiele więcej pytań niż w e-mailu, nawet jeśli na piśmie można udzielić trafniejszych i bardziej przemyślanych odpowiedzi. Na początku te rozmowy telefoniczne były potrzebne, bo chciałem po prostu wiedzieć wszystko o farbach olejnych i tak dalej. Problem ze słuchawkami był taki, że po godzinie rozmowy bolało już ucho, kończyły się preteksty do zadawania kolejnych pytań, no i świadomość, że być może nadużywa się cierpliwości starszego człowieka. Tak więc rozmowy telefoniczne były bardziej techniczne niż światopoglądowe. Później zrezygnowaliśmy z telefonów na rzecz korespondencji – można było załączać zdjęcia, odpowiadać, kiedy się chce, i tak dalej. Internet stał się dla mnie ogólnodostępny i tani jakoś po 2001 roku. W 1999 lepiej było pisać ręcznie albo dzwonić, jeszcze nie miałem chyba nawet stałego łącza w domu – pierwsze e-maile często odbierałem lub pisałem w kafejkach internetowych. O ile pamięć mnie nie myli, ze Skype’a nigdy nie korzystaliśmy.

J.M.S.: Myślałeś wtedy o samotności Beksińskiego? Zdawałeś sobie sprawę z tego, jak bardzo czuł się osamotniony? W jego dziennikach był to ciągle pojawiający się temat.

N.L.: W dziennikach, w pracach, w wypowiedziach. Czasami czuję rodzaj stłumionego przerażenia, gdy myślę o jakiejś bliskiej starszej osobie, która mieszka już sama – na przykład jeden z rodziców. Jak starsi ludzie zasypiają w tych pustych, ciemnych mieszkaniach, ze świadomością, że kolejnym etapem życia będzie już śmierć? Zwłaszcza gdy coś boli. Często mają lepszy nastrój niż młodzi. Czy na starość mamy jakieś mechanizmy zabezpieczające przed totalną depresją wynikającą z braku perspektyw? Mam nadzieję, że tak, że dostajemy jakiś narkotyk. Ludzie starsi krzątają się, robią swoje sprawy, jakby nie zauważali, że niedługo się to skończy. Trochę wstyd zapytać wprost, jak oni to robią. Więc tak, myślałem o Beksińskim w ten sposób, ale też wiedziałem, że jego psychika bywa ambiwalentna – być może czerpał pewną satysfakcję z tej samotności, jakiś rodzaj świętego spokoju? Mówił, że po śmierci żony i Tomka poczuł pewną swobodę, ale to swoboda faceta, któremu tramwaj obciął nogi – nie musi już się martwić o nowe buty czy skarpetki. Inna sprawa, że do końca co chwila go ktoś odwiedzał, próbował wyciągnąć na spotkanie, korespondencje i telefony. Jak na samotnika miał i tak duży przerób gości. Są osoby samotne, starsi, którzy nie mają przywileju bycia kimś znanym, choć są równie wrażliwi – nie wychodzą z mieszkań od lat, siedzą tam gdzieś we własnych głowach – w kamienicach za Wisłą i w każdym większym mieście. Nikt nawet nie zorientuje się, że umarli. Beksiński aż tak samotny nie był, mimo wszystko, przynajmniej ja tak to sobie relatywizuję.

J.M.S.: Wasze ostatnie spotkanie. Kiedy się odbyło i jak wyglądało?

N.L.: Nie odwiedzałem go aż tak często i nigdy nie zakładałem, że każde spotkanie może być tym ostatnim.

J.M.S.: A teraz, kiedy wiesz, że to było ostatnie spotkanie. Pamiętasz je?

N.L.: Pamiętam tylko, że jak zawsze – po pożegnaniu i wyjściu z klatki schodowej w stronę metra – spojrzałem za siebie na ogromny służewiecki blok. Beksiński uśmiechał się w oknie, z aparatem w ręku. Robił mi zdjęcie. Dla rewanżu zrobiłem mu zdjęcie w tym samym momencie i poszedłem do metra. Te zdjęcia powinny być zawarte w korespondencji e-mailowej. Brzmi bardzo ładnie na zakończenie wywiadu, ale muszę zepsuć efekt. Być może to było pożegnanie po pierwszej wizycie...

J.M.S.: Zastanawiałeś się wtedy, jak będzie wyglądało twoje życie bez Beksińskiego? Obawiałeś się jego śmierci?

N.L.: Jakoś o tym nie myślałem, bo jak na swoje lata wyglądał młodo – zainteresowanie nowościami technicznymi, dowcip, gęste włosy, kawał chłopa, często uśmiechnięty. Nie wyglądał na swoje lata i nie był chorowity, poza dolegliwościami standardowymi dla starszych osób. Chyba traktowałem go tak jak moich kolegów rówieśników – to znaczy dopóki nie widzisz kogoś w krytycznym stanie, nie myślisz raczej o tym, jak bez niego potoczy się życie. Tym bardziej jego śmierć była zaskoczeniem.

J.M.S.: Dwudziestego drugiego lutego 2005 roku, w ostatnim e-mailu do Beksińskiego napisałeś: „Witam, ja tylko piszę kontrolnie – czy wszystko OK?”. Artysta już wtedy nie żył. Jak dowiedziałeś się o jego śmierci?

N.L.: Zadzwonił do mnie mój bliski kolega, Mateusz Rudek. Ilekroć stało się coś złego, ktoś umierał (na przykład Alicja), akurat on przynosił tę wiadomość. „Przejebana sprawa – weź sprawdź sobie w sieci. Beksiński nie żyje”.

J.M.S.: Otrzymałeś tę tragiczną informację. Jaka była twoja reakcja?

N.L. : Nie przypominam sobie jakichś gwałtownych reakcji rozpaczy ze swojej strony. Przede wszystkim byłem zdziwiony – jak to się mogło stać? Były podejrzenia – jak to zwykle bywa, gdy ginie ktoś znany – typu spiskowego. Że sam to zamówił i zaaranżował. Że kazał się udusić. Wszystko to pasowało laikom do jego obrazów, więc się niosło. Ja czekałem na jakieś konkrety. Dzwonił do mnie człowiek zajmujący się śledztwem, żeby zapytać o parę detali, i poinformował, że są już blisko wyjaśnienia. Nie zajęło im to długo. Dopiero po rzeczowym potwierdzeniu zacząłem odczuwać żal – wcześniej chciałem wiedzieć, co się stało.

Zastanawia mnie banalność tej zbrodni, nawet jeśli znam pojęcie „banalności zła” i statystykę, prozaiczność morderstw na tle rabunkowym. Gdyby był to film, motywy zabójcy byłyby za słabe, aby widz to kupił jako prawdopodobną scenę. Nie mówiąc o nędznej próbie zacierania śladów – jakby młody zabójca szedł tam bez przekonania i sam zdziwił się tym, co zrobił.

Ilustracja 11. Norman Leto, Trójka Złodziei, 2008, olej/płótno

J.M.S.: Było ci trudno po jego śmierci?

N.L.: Przez jakiś czas tak, na szczęście czas goi niektóre rany. Tym bardziej że w tym czasie przeniosłem się do Krakowa, do nowego mieszkania przy skrzyżowaniu Lubicz i Westerplatte. Planowałem to jeszcze przed śmiercią Beksińskiego, ale mieszkanie nie było gotowe pod wynajem. Całkowicie zmieniło się środowisko, po jakimś czasie pojawiła się bliska osoba, zakochałem się i tak dalej. Zmieniły się więc też moje prace. Brzmi to teraz, jakby to był gładki proces, ale na początku – w nowym mieście, w pustym mieszkaniu, w całej tej grobowej atmosferze świeżej jeszcze sprawy – było rzeczywiście ponuro i ciężko. Prozaiczna konieczność odnalezienia się w nowej sytuacji zawsze pomaga w takich chwilach. Jest mniej czasu na poczucie beznadziei.

J.M.S.: Czy jego śmierć coś zmieniła w tobie?

N.L.: Było to zamknięcie jakiegoś rozdziału. Młodość a dorosłość. Coś w tym rodzaju.

J.M.S.: Dlaczego Norman Leto?

N.L.: Norman to imię bohatera z mojej powieści Sailor. To jest książka częściowo autobiograficzna i główna postać to moje nieco zniekształcone alter ego. Imię i nazwisko wpadło mi w oko podczas usuwania spamu ze skrzynki pocztowej. Jakiś losowy generator nazw, typowy dla spamerów, musiał wypluć takie zestawienie. Pisząc książkę, mieszkałem w Krakowie z dwójką przyjaciół. Mieli dostęp do powstającego na bieżąco tekstu – pierwsze sito krytyków. Zaczęli, chyba dla żartu, mówić na mnie Norman. Nie oponowałem, bo jak wiemy z podwórka, blokowanie przezwiska tylko pogarsza sytuację. Gdy mnie tak przedstawiali znajomym, nie protestowałem. Rozniosło się. Nie sądziłem, że się przyjmie i że będę aż tak kojarzony z podmiotem z książki. To dosyć ciekawe, oczyszczające przeżycie, takie przetasowanie tożsamości. Pierwszy nakład Sailora szybko zniknął. W tym lub w przyszłym roku planujemy z wydawcą zrobić drugi, bo obecnie podobno krążą podniszczone i pokreślone egzemplarze pierwszego wydania.

Trochę odchodzę od pytania. Żeby tak naprawdę opisać genezę przepoczwarzenia w Normana, musiałbym opisać cały okres i otoczenie, w jakim znalazłem się niemal zaraz po śmierci Beksińskiego, bo nie ma jednej prostej odpowiedzi. Imię i nazwisko ze spamu to tylko wybór słów, ale powody trudniej mi zanalizować, bo nie jestem obiektywny. Musiałbym wejść w szczegóły biograficzne. Być może jakiś psycholog odnajdzie głębsze tropy, ja jestem w tym bardzo kiepski.

J.M.S.: Zechcesz opowiedzieć więcej o tym, jak zmieniło się twoje życie po śmierci Beksińskiego?

N.L.: W 2005 wyprowadziłem się do Krakowa. Do mieszkania w kamienicy przy ulicy Westerplatte, bardzo fajne, duże miejsce. Większość obrazów albo została w Bochni w pracowni, albo została rozdana. Miałem dzięki temu poczucie, że zaczynam nowy rozdział, poza tym było to wygodne do przeprowadzki – wszystko mieściło się w torbie z Ikei, nie licząc komputera. Zmiana otoczenia, jak wspomniałem wcześniej, na pewno ułatwiła świeże spojrzenie na obrazy. W tym samym czasie, mówiąc trywialnie, poderwała mnie dziewczyna z Warszawy, która stała się później pierwowzorem dla Nel – książkowej postaci z Sailora. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę pisał książkę tego typu. Przez znajomość z tą osobą rzeczy zaczęły się dziać bardzo szybko – za szybko jak na nerwicowca z Bochni, który bał się jechać pociągiem do Warszawy. Dziewczyna, za którą należało ciągle gonić na trasie Warszawa–Kraków, jak by na to nie patrzeć, na pewno pomogła mi w wyleczeniu nerwic lokomocyjnych. Beksiński miał gorzej, bo miał na dodatek nerwową sraczkę, którą się chwalił w każdym wywiadzie. Ja miałem silne stany lękowe, i to udało się zlikwidować dzięki ciągłym podróżom. Z Westerplatte było blisko do dworca. Zrobiłem się odważniejszy w podróży. Myślę, że ta dziewczyna byłaby zaskoczeniem dla Beksińskiego – głowa ogolona na łyso, po ciężkim wypadku, piękna i dziwna. Pomyślałem, że warto notować te wszystkie wydarzenia, bo funkcjonowaliśmy trochę nienormalnie. Stopniowo zaczęło się to przeradzać w powieść, do której dołożyłem swoją cyfrową naturę. Nie chciałem, żeby narrator nazywał się tak jak ja, bo ta książka ma jednak charakter fabularny, więc o ile pojedyncze sceny są prawdziwe, to ogólna linia scenariusza jest fikcyjna. Zacząłem więc szukać dobrego nazwiska. Wylosowałem Normana Leto, metodą wspomnianą wcześniej. Dziewczynę nazwałem Nel. Nie podaję tu prawdziwych imion, bo nie mamy już kontaktu i niegrzecznie pisać cokolwiek bez prośby o pozwolenie. Na to zaczęły nakładać się nowe doświadczenia z pierwszych wystaw w Warszawie – w CSW. Ten wątek też pokazuje się w książce Sailor. Filmu jeszcze nie planowałem. Najpierw była książka.

Ilustracja 12. Norman Leto, Gainsborough Ex-Portrait, 2007, olej/płótno

J.M.S.: Jak wtedy przekształcało się twoje malarstwo?

N.L.: To było przeciwieństwo tego, co robiłem w Bochni. Ze skrajności ilustracyjnej w ciągu roku przeszedłem na rzeczy zupełnie abstrakcyjne. Początkowo zacząłem wprowadzać coraz więcej obiektów realistycznych. Zmieniłem kąty patrzenia. Zacząłem bardziej rozmywać krawędzie i przestałem dopieszczać to wszystko najmniejszym pędzlem – aby odejść od ilustracji, a zająć się problemami malarskimi. Wcześniej nie rozumiałem różnicy między ilustracją a malarstwem. Potem, oprócz prac realistycznych, pojawiła się nowa odnoga – rzeczy skrajnie ekspresyjne, część fanów dotychczasowych prac natychmiast się odwróciła („bohomazy”), ale pojawili się inni. Robiłem obrazy w postaci wełnianego swetra naciągniętego na krosno, pomalowanego lakierem do grzejników. Malowałem obrazy z zamkniętymi oczami – na dużym białym materacu powieszonym na ścianie.

Ilustracja 13. Norman Leto, Ilustracja zniszczony patrzeniem, 2007, olej/materac

I co ciekawe, było to przyjemne, myślałem, że takie rzeczy nie przejdą mi przez pędzel. Nie do wyobrażenia przed śmiercią kolegi. Po raz pierwszy, dzięki sporej a taniej pracowni – przy ul. Jagiellońskiej – mogłem pozwolić sobie na obrazy ponadczterometrowe, wielkie formaty też wpływają na sposób malowania i na wybór innych motywów niż te mniejsze.

Ilustracja 14. Norman Leto w pracowni przy ulicy Jagiellońskiej w Krakowie

Teraz prowadzę dwie gałęzie jednocześnie, w zależności od nastroju – albo ekspresyjne prace malowane w piętnaście minut, albo realistyczne obrazy malowane przez trzy tygodnie. Dostrzegłem niedawno, że jedne wpływają na drugie w ciekawy sposób. Obecnie przyglądam się tym wzajemnym oddziaływaniom i staram się tym nie sterować. Zobaczymy, jak pójdę dalej. W tej pracowni mieliśmy też komputer z projektorem, często było tak, że jednocześnie malowałem, a mój kolega Jacek siedział na podłodze i pisał coś w rodzaju symulatora człowieka. Program, który wyglądał jak gra Sims, tyle że w otoczeniu ludzi pierwotnych. Rzucałem pomysłami, jak konstruować algorytmy zachowań tej postaci. Malowanie w takim otoczeniu nie sprzyjało malarstwu fantastycznemu czy klimaciarskiemu. Malowałem raczej szybkie rzeczy w rodzaju płuc Patricka Swayze z czarną plamką farby na jednym z nich – Swayze umarł wcześniej na raka. Te obrazy były skrajnie ekspresyjne, ale wtedy poczułem po raz pierwszy, że da się wyczyścić z jakiegokolwiek wpływu, tyle że jest to ciężka praca. W międzyczasie znajomość z książkową Nel się rozleciała, na mnie większość ludzi mówiła już Norman, bo czytali brudnopisy powstającej książki. Nie za dobrze znosiłem samotność w tamtym dużym mieszkaniu, poznałem dziewczynę, która była bibliotekarką na jednej z krakowskich uczelni. Rok starsza ode mnie, była przeciwieństwem poprzedniej – dążyła do jakiejś stabilności, miała w planach założenie rodziny i tak dalej.

Ilustracja 15. Norman Leto, Photon Help Gift – Autostopowicz, 2017, olej na płótnie

Po paru latach uciekłem niemal sprzed ołtarza – sala weselna była już wybierana. Tak się złożyło, że moja krakowska galeria załatwiła mi pokaz w zbiorowej wystawie w Nowym Jorku, w galerii Vertexlist, nie wiem, czy wciąż istnieje. To była wystawa nowych mediów, pokazałem więc prace wideo i jeden niewielki obraz. Pierwszy pobyt w Nowym Jorku trwał zaledwie tydzień, ale po powrocie do Krakowa odbiłem się i pojechałem raz jeszcze, tym razem na kilka miesięcy. To było dosyć ryzykowne, gdy dzisiaj na to patrzę – wyjazd bez konkretnych widoków na nocleg i raczej improwizacyjna postawa. Absolutne przeciwieństwo tego, co działo się ze mną wcześniej. Było dosyć ciężko, skończyło się w szpitalu Hackensack, poznałem tam uroki mocniejszych leków przeciwbólowych, w efekcie uzależnienie od leku, który w książce nazwałem Omega, żeby nie szerzyć lekomanii wśród potencjalnych czytelników. Tak czy inaczej, te kilka miesięcy w Stanach całkowicie wyleczyło mnie z absurdalnych lęków związanych z pobytem w obcych miastach, na dworcach, lotniskach.

Co do leków przeciwbólowych: ze wspomnianą dziewczyną, tą spokojniejszą, mieliśmy psa, rasa gończy polski, którego nazwaliśmy Tramal. To opioidowy lek, słabszy od morfiny, ale uzależnia. Pies rzeczywiście działał na mnie przeciwbólowo, a raczej przeciwdepresyjnie. Był wymóg wychodzenia na długie spacery w przerwach podczas malowania lub ślęczenia przy 3D Studio.

Ilustracja 16. Norman Leto, Wspomnienie jeszcze z Bochni, 2000–2017, olej/płótno

No więc pies Tramal był Tramalem, dopóki się nie rozstaliśmy z właścicielką. Nie mogłem zabrać psa do Stanów, został więc u dziewczyny, która ze względu na uraz do nazwy leku przechrzciła go na Kolor. Ciekaw jestem, czy rozpoznałby mnie po tylu latach.

Mówię o tych sprawach po to, aby ktoś, kto przeczyta naszą korespondencję z Beksińskim, miał choćby szkicowe pojęcie o innym charakterze późniejszych lat. W tym kontekście zabawnie czyta mi się teraz jeden z e-maili, w którym jako dwudziestolatek w wielkim oburzeniu skarżę się Beksińskiemu, że moja ówczesna dziewczyna, Alicja, zapaliła marihuanę. Beksiński okazał się mniej radykalnym konserwatystą niż ja z tamtych czasów. No więc zawsze istnieje ryzyko obserwacji żyjącej osoby przez pryzmat książki, a korespondencja dotyczy przeszłości, od 1999 do 2005 roku. Tego, jako Norman, się trochę boję – zniekształceń.

Ilustracja 17. Norman Leto, Tramal, 2007, foto 3D

J.M.S.: Jak zapamiętałeś Zdzisława Beksińskiego?

N.L.: Mniej więcej tak, jak pokazali to w filmie Ostatnia rodzina. Byłem na planie filmu, twórcy zaprosili mnie, żebym porozmawiał z głównym aktorem o pewnych niuansach zachowania Beksińskiego, o jego drapaniu się po łydkach i tym podobnych detalach. Gdy na prośbę Andrzej Seweryn na chwilę zamienił się w Beksińskiego, byłem zaskoczony, mój mózg przez chwilę nabrał się, że gada do mnie Zdzisław. No ale ciężko, aby było inaczej przy Sewerynie. Później byliśmy w mieszkaniu Beksińskiego. Tyle że zrekonstruowanym w hali zdjęciowej. Tu już zacząłem czuć się nieswojo – stoję obok doppelgangera Zdzisława w mieszkaniu na Sonaty, w którym przecież kiedyś byłem. Z drugiej strony, moment – ale to hala zdjęciowa i mieszkanie z lat 70., więc co ja tu robię? Pracownia była tak dobrze zrekonstruowana pod względem układu i rekwizytów, że naprawdę złapałem jakiś poznawczy dysonans. Miejsca, fotele, w których siedzieliśmy podczas rozmów. Jak w jakimś bardzo realnym śnie. Zdziwiły mnie tak silne własne odczucia na „fałszywym” przecież planie.

J.M.S.: Nie wszyscy oglądali Ostatnią rodzinę. Gdybyś mógł w kilku słowach opisać nam ten obraz połączony z dźwiękami, który został w twojej pamięci.

N.L.: Dźwięki – jego sąsiedzi musieli nienawidzić utworów Mahlera. Raz dał mi pokaz swojego standardowego poziomu głośności podczas malowania. Musiałem zakryć uszy, jak na lotniskowcu. Nie słucham głośno muzyki, a wiem, że dla ludzi słuchających jej głośno ZB był nieznośny. To tak jak z ostrymi przyprawami do jedzenia u Tomka. Być może się pojedynkowali? W toalecie miał mały odtwarzacz CD z płytą podpisaną „Muzyka do WC”. Włączyłem – okazało się, że to Wagner, Cwał Walkirii, i tak dalej... Wszystko, żeby gość mógł zamaskować wstydliwe dźwięki za pomocą muzyki klasycznej. Tego nie było w filmie.

Obrazy – patrzyłem przede wszystkim pod światło na jego obrazy, jak grubo kładł farbę, jak uzyskiwał taki połysk, czy chciało mu się samemu robić te ramy w latach 70. Jedne pokoje były zrobione w boazerii i nią pachniały, inne – te odnowione – były w białym laminacie i szarym linoleum na podłodze – całkowicie praktyczne, jak w wojsku, tyle że biało. Poza obrazami, dla Beksińskiego estetyka była prawie nieistotna. Wyłącznie funkcjonalność. Chyba w którymś miejscu wisiała praca jego kolegi, ale nie pamiętam szczegółów. Lubił wieszać swoje obrazy w mieszkaniu, upychał je rzędami, jakby były tryptykami (choć nie były). Nie było mowy o oddechu dla dość sporych obrazów w niedużym przecież, blokowym mieszkaniu. Ja lubię skrajny minimalizm i niezaśmiecające umysłu wnętrza, więc ta laboratoryjna syntetyczność odnowionego mieszkania nie przeszkadzała – raczej mnie uspokajała. Wszystko nowe. Lodówka, telewizor, butelki w lodówce, klimatyzacja, ramy okienne, kuchenka, drukarka, komputer – wszystko było nowe. Pachniało nowością, linoleum. Fakt, że byłem u niego tuż po tym, jak urządzał się na nowo po śmierci żony i Tomka, więc mam nieco inne wspomnienie niż na przykład Dmochowski lub inni, którzy znali każdy etap przepoczwarzania się tego lokum. W filmie Ostatnia rodzina widzimy mieszkanie głównie z czasów przed rokiem dwutysięcznym.

J.M.S.: Podsumowując waszą znajomość, kim był dla ciebie Zdzisław Beksiński?

N.L.: Starszym kolegą o wyjątkowym doświadczeniu życiowym i zawodowym.

J.M.S.: Uczestniczyłeś w jego pogrzebie w Sanoku?

N.L.: Nie. Z powodów, o których mówiłem wcześniej. Nie potrzebuję grobowców, żeby o kimś pamiętać. Z mojej perspektywy pogrzeby są wyłącznie dla pozostałych żywych, a nie dla zmarłego.

J.M.S.: Beksiński mawiał, że składamy się z innych ludzi. Jak dużo zostało w tobie Beksińskiego?

N.L.: Trudno powiedzieć... Jakieś dziesięć, dwanaście procent?

J.M.S.: Jak wygląda twoje obecne życie?

N.L.: Podobnie jak wtedy – za dnia pracuję, wieczorami robię filmy. Przez ostatnie pięć lat powstawał Photon (107 minut, film dokumentalny, wyst. Andrzej Chyra – przyp. red.). Moje życie ponownie stało się bardzo regularne, bo scenariusz do Photonu był ciężki i tego wymagał. Musiałem przestudiować różne dziedziny – od fizyki kwantowej do biologii molekularnej. Nie dałoby się skupić za czasów Sailora i Nel. Film jest już gotowy, za chwilę ruszam z nim w objazd po świecie, w polskich kinach będzie w październiku 2017. Zaczynam już pisać kolejny scenariusz i mam więcej czasu na malowanie.

Ilustracja 18. Norman Leto, Photon Help Gift – Głęboka Rosja – Deep Russia, 2017, olej/płótno

W życiu osobistym – mam niezwykłą żonę – od paru lat, jesteśmy w bardzo dobrej relacji, dzięki czemu mogę w całości poświęcać się pracy. W przeszłości było z tym gorzej. Problemy z bliskimi, kłótnie, zawsze uniemożliwiają skupienie i nie dają mi siły twórczej jak w przypadku niektórych artystów. Dzieci nie posiadam. Po domu biegają dwa wyżły – to chyba mój sposób na samotność i dobry pretekst do spacerów, bo unikam imprez i tym podobnych wydarzeń. Ciekawe, że Beksiński nie lubił zwierząt, zwłaszcza w domu. Podsumowując – patrząc z zewnątrz, przez okno, dzieje się u mnie niewiele. Natomiast w głowie, na kolejnych obrazach i z nowym scenariuszem – jest dużo świeżego.

J.M.S.: Udało ci się zaakceptować siebie?

N.L.: W kwestiach „zewnętrznych” i wyborach życiowych – tak. W kwestiach twórczych nigdy, i mam nadzieję, że do końca będę wobec siebie surowy. To motywuje.

J.M.S.: Byłeś zafascynowany malarstwem Zdzisława Beksińskiego. Czy coś się zmieniło?

N.L.: Już bez żarliwości neofity. Ale nadal mam kilka ulubionych obrazów. Zwłaszcza dosyć monochromatyczna praca z 1986 roku. Przedstawia sylwetki wrośnięte korpusami w słup. 1980–1986 to był czas, kiedy przestał robić rzeczy ilustracyjne i powoli wycofywał się z tematyki fantastycznej. Tomek tej zmiany nie mógł ojcu wybaczyć.

Ilustracja 19. Norman Leto Paiting eroded by beingg observed, 2010, olej/płótno

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

PODZIĘKOWANIA

DROGI CZYTELNIKU

*

ROZMOWA JAROSŁAWA MIKOŁAJA SKOCZENIA Z NORMANEM LETO (ŁUKASZEM BANACHEM)

KORESPONDENCJA

2000

2001

2002

2003

2004

2005

BIOGRAFIA NORMANA LETO:

FILMOGRAFIA:

SPIS ILUSTRACJI ZAMIESZCZONYCH W WYWIADZIE:

Table of Contents

PODZIĘKOWANIA

DROGI CZYTELNIKU

*

ROZMOWA JAROSŁAWA MIKOŁAJA SKOCZENIA Z NORMANEM LETO (ŁUKASZEM BANACHEM)

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Detoks. Zdzisław Beksiński, Norman Leto. Korespondencja, rozmowa Zdzisław Beksiński. Opowiadania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002