Żona doskonała

Żona doskonała

Autorzy: Roberto Costantini

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 3.20 zł

Po międzynarodowym sukcesie Trylogii Zła komisarz Balistreri powraca w thrillerze wciągającym czytelnika w zapierający dech w piersiach wir suspensu.

 

Rzym 2001 roku. Dwie pary, amerykański profesor włoskiego pochodzenia Victor Bonocore i jego żona Nicole Steele, prokurator Bianca Begnini i jej mąż Nanni Annibaldi. Dwa małżeństwa jak wiele innych, czasem szczęśliwe, czasem mniej. Między nimi niebezpieczna dwudziestolatka, Scarlett Steele. Wokół roztacza się półświatek Głuchoniemego i Dziurkacza, ustawianie zamówień publicznych, hazard, lichwa i okrutna śmierć dziewczyny, Donatelli. Wszystko wygląda na kolejny akt przemocy wobec kobiet, morderca zostaje szybko wykryty i sprawiedliwości staje się zadość. A może nie?

 

Kiedy ginie kolejna osoba, Michele Balistreri, naczelnik sekcji zabójstw wydziału kryminalnego prowadzi śledztwo wspólnie z prokurator Biancą Begnini. Oboje tworzą mieszankę wybuchową, sposób prowadzenia śledztwa gwałci wszelkie reguły prawa, a jego wynik to kompletna klęska. Aresztowanie podejrzanych wywołuje międzynarodowy kryzys dyplomatyczny. Wszystko źle się kończy.

 

Po dziesięciu latach nieoczekiwane spotkanie popycha Balistreriego do ponownego zajęcia się sprawą, w której nie znaleziono winnych. A skoro nie jest za późno na sprawiedliwość, może nie jest też za późno na miłość i życie? A może szansa ostatecznie przepadła.

 

„Balistreri jest jednym z najbardziej udanych bohaterów współczesnego kryminału”. The Independent

Tytuł oryginału: LA MOGLIE PERFETTA

Copyright © 2016 by Marsilio Editori S.p.A. in Venezia

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki:

Zdjęcie autora: © Giliola Chistè

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Maria Zając, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-416-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Z notatek Giovanniego Annibaldiego, psychoterapeuty, przez bliskich nazywanego Nanni

CZĘŚĆ PIERWSZA

Niedziela, 29 kwietnia 2001

Poniedziałek, 30 kwietnia 2001

Środa, 1 maja 2001

Środa, 2 maja 2001

Czwartek, 3 maja 2001

Piątek, 4 maja 2001

Sobota, 5 maja 2001

Niedziela, 6 maja 2001

Poniedziałek, 7 maja 2001

Piątek, 11 maja 2001

Sobota, 12 maja 2001

Niedziela 13 maja 2001

Poniedziałek, 14 maja 2001

Wtorek, 15 maja 2001

Środa, 16 maja 2001

Czwartek, 17 maja 2001

Piątek, 18 maja 2001

Piątek, 18 maja 2001

Sobota, 19 maja 2001

Niedziela, 20 maja 2001

Poniedziałek, 21 maja 2001

Noc z poniedziałku na wtorek, 21/22 maja 2001

Wtorek, 22 maja 2001

Środa, 23 maja 2001

Czwartek, 24 maja 2001

Piątek, 25 maja 2001

Sobota, 26 maja 2001

Niedziela, 27 maja 2001

Wtorek, 29 maja 2001

Środa, 30 maja 2001

Interludium

CZĘŚĆ DRUGA

Niedziela, 27 listopada 2011

Poniedziałek, 28 listopada 2011

Wtorek, 29 listopada 2011

Środa, 30 listopada 2011

Czwartek, 1 grudnia 2011

Niedziela, 25 grudnia 2011

Poniedziałek, 26 grudnia 2011

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Mileny, Caroliny i Fabrizia

Z NOTATEK GIOVANNIEGO ANNIBALDIEGO, PSYCHOTERAPEUTY, PRZEZ BLISKICH NAZYWANEGO NANNI

Nie istnieje małżeństwo doskonałe. Co najwyżej – w najlepszym razie – związek może zbliżać się do doskonałości. Tego właśnie moi pacjenci nie chcą zaakceptować. Logika i statystyka nie pozostawiają złudzeń: jest wykluczone, by osoba, którą mamy przy boku na całe życie, była tą najwłaściwszą, zdolną darować nam pełnię życia, by była dla nas partnerem najlepszym z możliwych. Albowiem ludzie żenią się i wychodzą za mąż albo zbyt wcześnie, albo z niewłaściwych pobudek. Jedni biorą ślub w bardzo młodym wieku, kiedy nie znają nawet samych siebie. Inni wiążą się w wieku dojrzalszym, ale robią to na zgliszczach swoich życiowych porażek, dlatego szukają kogoś, kto nie będzie przypominał ludzi, którzy przysporzyli im cierpień w przeszłości. Są tacy, co zawierają małżeństwo, bo czas najwyższy to zrobić, a nie dlatego, że znaleźli właściwego partnera. Jest więc oczywiste, że maksimum tego, co da się osiągnąć z czasem, to przywiązanie i wzajemny szacunek. Nic więcej nie jest możliwe.

A miłość?

Staram się wytłumaczyć swoim pacjentom, że miłość jest właśnie tym: długotrwałym przywiązaniem i wzajemnym szacunkiem.

A inna miłość, panie doktorze? Ta prawdziwa? Ta, która sprawia, że szybciej bije serce?

Co mam powiedzieć? Że istnieje, że jest gdzieś na świecie osoba dla ciebie idealna, ale lepiej, żebyś nigdy jej nie spotkał. Ponieważ nasze wychowanie, reguły, więzy, którymi spętaliśmy się wraz z upływem czasu, są niczym złota klatka. Wyjście z niej jest możliwe jedynie za cenę ogromnego cierpienia, które trzeba będzie zadać albo znieść, i nie jesteśmy ani na tyle silni, ani wystarczająco słabi, by wyrwać się z niej i zapomnieć. Będziemy zmuszeni do wyrzeczeń, lepiej więc takiego doświadczenia sobie oszczędzić.

Mąż doskonały i żona doskonała są gotowi na wszystko, by ochronić tę ich niedoskonałą, a jednak bezcenną jedność.

Są gotowi nawet zabić.

Bo Nietzsche nie miał racji: nie miłość jest poza dobrem i złem, lecz związek.

Głuchoniemy

W tym szambie musisz się urodzić. Tak jak ja pół wieku temu. Musisz się tu urodzić i żyć. Przymierać głodem w podłej dzielnicy albo żyć jak książę na piazza di Spagna, Awentynie czy wzgórzach Parioli. A najlepiej jedno i drugie, bo wiadomo, że granica jest nieszczelna. Że w Rzymie między plebsem a książętami zachodzi, jak to się mówi, nieustanna osmoza, ciągły ruch ludzi, projektów i narkotyków. I naturalnie płynie szmal, rzeka szmalu, ale tak jakoś płynie, że do większości trafia go mało, a my, nieliczni, zgarniamy go całe mnóstwo.

Musisz znać wszystkie miejsca, od szulerni na Tor Bella Monaca i San Basilio po ekskluzywne kluby nad Tybrem i restauracje blisko parlamentu. Musisz znać wszystkich w tym szambie. Polityków, urzędników państwowych, sztywnych adwokatów i rozlazłych doradców biznesowych. Masz ich w Rzymie, ilu tylko zechcesz. I musisz jeszcze poznać tych, co strzelają bez zastanowienia i z zimną krwią, którzy gdy trzeba, potrafią sprawić, że wyżej wymienieni srają w gacie, a jakby co, walą z broni prosto w pysk zdrajcom albo tym, co stanęli im na drodze.

Musisz być jak to miasto, pierdolić wszystko i wszystkich, być hojnym z konieczności i gotowym sprzedać własną matkę, jeśli trzeba. Tu mamy jedyny w swoim rodzaju kontekst, najlepszy na świecie. Tu nikt naprawdę nie umiera z głodu, jak w Meksyku czy Kolumbii, za to każdy chce więcej. Dlatego łatwo jednego zastraszyć, a drugiego przekupić. Nie ma tu lwich serc i gladiatorów, jest za to codzienna głucha walka, którą toczą ze sobą szacowni na pozór ludzie. Wielu z nich, zwłaszcza tych najpotężniejszych, kradnie codziennie i już nawet przestało to zauważać.

Odłóżmy na bok narkotyki, dziwki, hazard. Tym się zajmują ci naprawdę wielcy, mafia, ‘ndrangheta, camorra. Kokę to ja tylko wciągam, zupełnie tak samo jak porządni obywatele. My jedynie spokojnie żyjemy z pieniędzy, co nikomu nie szkodzą. No bo w końcu te pieniądze, co je kradniemy, to czyje są? Państwa? Miasta? A czym jest to całe państwo i miasto? Ludźmi? Nikim jest. Nie kradniemy przecież biedakom, te pieniądze są, jak to się mówi, publiczne. Czyli są wszystkich i niczyje. Lepiej jak my je sobie weźmiemy. Potem, jakby co, pożyczymy je biedakom, tym wszystkim sklepikarzom i właścicielom barów, pożyczymy na dobry procent. Dobry dla nas, ma się rozumieć.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Niedziela, 29 kwietnia 2001

Głuchoniemy

Architekt Aimone jest trochę zdenerwowany.

– Dochodzenie prowadzi ta pieprzona prokurator Benigni. Musimy się jej pozbyć.

Greppi, adwokat, kwituje to śmiechem.

– Mnie ona wygląda na komunistkę, a do tego jest fanką Juventusu, kibicuje drużynie, która chce nam ukraść puchar. Ale przecież nie możemy jej zabić!

Przez przeszkloną ścianę salonu patrzę w stronę pełnowymiarowego olimpijskiego basenu mojej willi przy via Appia Antica. Jest niedzielny poranek przewiany przez scirocco1, zbyt upalny jak na koniec kwietnia. Mój trzyletni syn pedałuje na trójkołowym rowerku dokoła basenu, a starszy, ośmioletni, pod czujnym okiem filipińskiej opiekunki hula na składaku między zaparkowanymi na trawie ferrari i land roverem. Potem robi wiraż wokół braciszka na trójkołowcu i śmiga przy samej krawędzi basenu. Chłopak jest odważny i trochę bez wyobraźni, taki jak ja, kiedy byłem mały. Nie odpowiadam architektowi i adwokatowi, jakbym nic nie słyszał. To dlatego nazywają mnie Głuchoniemym. I niezbyt mi się oni podobają, ani architekt z lewicy, ani adwokat z prawicy.

Zresztą te wszystkie podziały to tylko pieprzenie, nie ma już ani lewicy, ani prawicy. Dawno temu przestałem w to wierzyć. Dziś są tylko ci, co się znają na rzeczy, i ci, co dostają w dupę.

Aimone zapala fajkę. Udaje intelektualistę, pana architekta, bo ma dyplom, który sobie załatwił, szantażując dziekana uzależnionego od kokainy. Od mojej kokainy. Ubiera się wyszukanie, szkoda tylko, że został mu akcent robola. Ale dzięki dyplomowi zasiada w wielu komisjach przetargowych.

– Ależ mecenasie drogi – mówi architekt – ja tylko tak mówię, żarty sobie stroję. Nikt nikogo nie zabije, a zwłaszcza pani prokurator. Ale ten konkurs musimy wygrać. Opinią techniczną sam się zajmę. Tyle że z ofertą trzeba się zgłosić w ciągu tygodnia. A ten Caruso naprawdę zapierdala. Nie sądzicie?

Mecenas Vito Greppi kiwa głową.

– Firma Carusa oferuje bardzo niskie ceny. Ten gnojek bierze Murzynów, którzy mało kosztują, i nikomu nie płaci łapówek. Żeby z nim wygrać, trzeba się pożegnać z zyskiem.

Aimone naciska.

– Musimy go załatwić. Nasz przyjaciel tego oczekuje i bynajmniej nie prosił o to jak o grzeczność. A w ten sposób załatwimy dwa problemy naraz. Pomożemy jemu, pomożemy sobie.

Nie podoba mi się ta cała historia. A szczególnie teraz, kiedy tak stoję i patrzę na moje dzieci. Podłożyć bombę do kosza na placu albo w pociągu to jedno, kto by, kurwa, znał tych, co tam zginęli. Ale kazać zabić konkretną osobę, nawet nie wroga, do tego niewinną? Córkę kogoś, kogo znam od lat, z kim prowadziłem wspólne interesy? To zupełnie co innego. Tylko że Caruso zawsze był uparty, do przesady uparty. A prosi nas o to Amerykanin, on ma na Sycylii i w Ameryce przyjaciół, z którymi nie powinniśmy się kłócić.

Odwracam się, patrzę na Greppiego.

– Zleć to dziś wieczorem, Vito. Tylko weź takich ludzi, co nie mają z nami nic wspólnego.

– Już o tym rozmawiałem z Dziurkaczem. Zna dziewczynę z widzenia i ma właściwych przyjaciół.

Gianni Tozzi, chłopak wygolony na łyso, z tymi pierdolonymi tatuażami. Nazwali go Dziurkacz w północnym zakolu Stadio Olimpico2, bo nie stroni od noża i poza stadionem nieźle dziurawi ultrasów z przeciwnych klubów. Wziąłem go do pracy na moich budowach tylko dlatego, że jest siostrzeńcem dyrektora banku, który nie robi mi problemów z obrotem gotówką. Przez te dwa lata Dziurkacz się wyrobił. Z chuligana zdolnego wypruć komuś flaki w dyskotece albo przed stadionem za jedno spojrzenie więcej niż trzeba stał się skutecznym egzekutorem rat lichwiarskich pożyczek i opłat reketierskich od sklepikarzy.

– Zgoda, ale Dziurkacz jest od nas. Powiedz mu, że sam ma tego nie robić, tylko nająć jakiegoś kumpla.

– Oczywiście, bez obaw.

– A teraz was pożegnam, idę z żoną i dziećmi na mszę.

Poniedziałek, 30 kwietnia 2001

Balistreri

Za pierwszym razem, w lipcu 1982, to był brzeg Tybru. Później, przez niemal dwadzieścia lat w policji, przeróżne miejsca: od wysypisk śmieci do luksusowych willi. To chyba napisał Chandler: Ale jakie to ma znaczenie, skoro już nie żyjesz?

Przez te lata nauczyłem się jednego.

Znaczenie ma to, co przedtem, nie to, co potem.

Widziałem pogodę w oczach ludzi zabitych niespodziewanym strzałem w głowę albo otrutych we śnie. Widziałem strach u ofiar, które nieoczekiwanie zobaczyły przed sobą lufę pistoletu albo nóż i zrozumiały, że już za chwilę ich nie będzie. I widziałem tę nieznośną spokojną rezygnację, nieomal ulgę tych, którzy zanim rozstali się z życiem, przeszli przez piekło.

Patrzę w oczy Donatelli Caruso, która zginęła na tej plaży, mając dwadzieścia jeden lat, i wiem, że umierając, była szczęśliwa, że to już koniec.

– Proszę sfotografować jej oczy – mówię technikowi z kryminalistyki. Potem zwracam się do dyżurnego lekarza sądowego. – A potem niech pan jej zamknie powieki.

Ostia znajduje się jakieś pół godziny drogi z Rzymu. Ludna w zimie, przepełniona w lecie z powodu licznych plaż, kąpielisk i dyskotek pod gołym niebem.

Donatella Caruso przyjechała tu wczoraj wieczorem, żeby skorzystać z pierwszego ciepłego weekendu tego roku i wraz z setkami rówieśników potańczyć na piasku w klubie Beach Dance. Tyle wiemy na pewno od koleżanki, z którą przyszła i która około trzeciej nad ranem zaczęła jej szukać, żeby razem wróciły do domu. Nie znalazła jej w dyskotece, komórka Donatelli była wyłączona, w końcu więc dziewczyna zebrała się na odwagę, zadzwoniła do jej rodziców, a ojciec powiadomił policję w Ostii. Ciało znaleziono o świcie w szatni zakładu kąpielowego Dwa Wiosła, pięćset metrów od dyskoteki, z której zniknęła młoda Caruso. Policja w Ostii natychmiast powiadomiła moją jednostkę, czyli sekcję zabójstw.

– Który prokurator ma dyżur?

Inspektor Antonio Coppola, czterdziestoletni z okładem neapolitańczyk o ciętej ironii, typowej dla południowca wyrosłego w poczuciu dyskryminacji ze strony rodaków z północy, pracował już w sekcji zabójstw, kiedy objąłem jej kierownictwo. Koledzy przezwali go Krasnalem, ale niski wzrost ani trochę nie powstrzymuje go przed okazywaniem paniom niezwykłej atencji, która kosztowała go już dwa rozwody, a mnie zmusza, by trzymać go z dala od przesłuchiwania pięknych kobiet. I to nawet teraz, kiedy żyje w szczęśliwym małżeństwie i ma syna.

– Ezio Conti, już go powiadomiłem. Ma dyżur, ale nie przyjedzie. Powiedział, że ma do pana zaufanie, i prosi, by dać mu znać po powrocie do Rzymu. Leń śmierdzący…

Na szczęście taka jest większość prokuratorów. Nie pojawiają się na miejscu zbrodni, czekają na raporty, dają ogólnikowe instrukcje, które mogę nagiąć do mojego sposobu prowadzenia śledztwa. Ezio Conti jest doskonałym przykładem. Ale nie podoba mi się, że Krasnal wypowiada się w ten sposób o przedstawicielu wymiaru sprawiedliwości.

– Nie twój interes, Coppola. Wolisz zostać tutaj z kryminalistyką i lekarzem sądowym, żeby zebrać pierwsze informacje, czy chcesz jechać do Rzymu i powiadomić rodziców, zanim się dowiedzą z radia?

Wyraźnie zbladł.

– Wolę zostać tutaj, dottore. Jeśli pan chce, pójdę przepytać personel dyskoteki i zakładu kąpielowego, już ich kazałem wezwać.

– Dobrze. Porozmawiaj jeszcze z tą koleżanką, która była z nią na dyskotece. Zobaczymy się potem u mnie.

Puszcza do mnie oko.

– W każdym razie ten gość to naprawdę straszny nierób…

No przecież nie przywalę kurduplowi. Zwłaszcza tak sympatycznemu.

Nanni

Kobieta płacze. Szepcze coś pod nosem.

– To moja wina, że mnie zdradziłeś, kochanie. Za często zostawiałam cię samego.

Mąż kiwa głową.

Patrzę na nich, siedzących naprzeciwko mnie, ale już nie słucham tego, co mówią. Jest dopiero pięć po dziewiątej, to spotkanie z pierwszymi pacjentami tego dnia, a ja już mam dosyć.

Wysłuchiwanie par to moja praca. Codziennie, z wyjątkiem sobotniego popołudnia i niedzieli, przyjmuję pacjentów w gabinecie mieszczącym się w dzielnicy EUR, na południowym krańcu Rzymu, w wolnostojącej willi z ogrodem i parkingiem dla samochodów na tyłach. Gabinet wybrała Bianca, tak samo jak meble i niemal wszystko w moim życiu.

Zamiast być psychoterapeutą, mógłbym zostać sprzedawcą albo politykiem, w sumie wyszłoby na to samo. Miałbym talent i do tego, ale zarabianie pieniędzy na słuchaniu jest znacznie prostsze. Pary siedzą przede mną i opowiadają te same warianty tych samych problemów. Złudzenia miłosne, które stały się jak klatki. Tym bardziej to dla nich frustrujące, że sami zamknęli się w środku i wyrzucili klucze. Jednak nie poddają się codziennemu smutkowi, niekiedy nawet sami przed sobą zaprzeczają jego istnieniu. Wiedzą, że jest za późno na wyjście z klatki, że lepiej zostać w środku razem z tym, kogo już znają. Nawet jeśli dawna miłość straciła blask, a seks, jeśli w ogóle go uprawiają, pozostał czystą rutyną, przyszłość jawi im się jako ratunek przed przeszłością, a zgoda na to, co jest, wydaje się sposobem, by mniej cierpieć w oczekiwaniu na dzień, kiedy życie się skończy. Przychodzą do mnie, by odnaleźć utraconą miłość, mimo że w głębi serca doskonale wiedzą, że choć ona istnieje, to nie ma co jej szukać między nimi. Przychodzą do mnie, bo boją się zrobić jedyną rzecz, która pomogłaby im znowu znaleźć miłość, to znaczy zaryzykować, rzucić wszystko i szukać jej gdzie indziej.

Wiem, że istnieje tylko jeden sposób, by naprawdę im pomóc: sprawić, by uwierzyli, że dadzą radę wytrwać i że świat na zewnątrz jest zbyt okrutny.

Słucham ich i za każdym razem myślę o swoim małżeństwie, które po dwunastu latach wciąż się dobrze trzyma, niczym silnik samochodu wyprodukowanego w starych dobrych czasach. Oczywiście, że zdarzają się nam z Biancą różnice poglądów, ale nigdy nie kończą się prawdziwymi kłótniami. W najgorszym wypadku robimy tak, jak ona chce, i nie mam nic przeciwko temu, bo w zamian ona daje mi wszystko. Dobrą atmosferę, wsparcie, nawet seks uprawiany bardziej z czułością niż z namiętnością.

Ale czy my się jeszcze kochamy?

Pytanie okrutne, bezmyślne, prowadzące do samookaleczenia. Pytanie dręczące marzycieli i romantyków: moich pacjentów.

Pytanie niepotrzebne.

Życie nie może wyglądać jak rollercoaster. Bianca jest właśnie osobą, która obniża pagórki i podnosi doliny.

Balistreri

Rzym Rzymowi nierówny. Jest Rzym luksusowych kamienic przy via della Camilluccia, pięknych starych pałaców na Parioli i Prati, willi i błyszczących wieżowców na EUR. Jeśli coś znaczysz, bo pochodzisz z bogatej rodziny, masz dobrą pracę albo umiesz kraść, mieszkasz w takim lub podobnym miejscu. Zaś inni mieszkają w takich miejscach jak Carusowie. W Rzymie estetycznie mniej pociągającym, ale znacznie prawdziwszym.

Niewielka willa w dzielnicy Ottavia, położona między linią kolejową a zakładem blacharskim, już jest oznaką jeśli nie emancypacji społecznej, to na pewno sukcesu ekonomicznego. Zadbany ogródek, pomalowane framugi, pastelowe kolory, meble wykonane przez zaprzyjaźnionego stolarza.

Dzwonię, drzwi otwiera mi dziewczyna na oko osiemnastoletnia, doskonała kopia Donatelli Caruso, o twarzy ściśniętej niepokojem. Pokazuję jej legitymację policyjną, tę ogólną, nie identyfikator sekcji zabójstw.

– Nazywam się Michele Balistreri, zastałem rodziców?

– Tak. Ja jestem Alessandra, siostra Donatelli.

Prowadzi mnie przez korytarz, słyszę głosy i telewizor gadający w tle. Muszę się pospieszyć, zanim wiadomości telewizyjne powiadomią całą zgromadzoną wspólnotę, że ich córka, siostra, wnuczka, siostrzenica, bratanica, przyjaciółka została pobita, zgwałcona i uduszona.

Za pierwszym razem, niemal dwadzieścia lat temu, kiedy spotkałem rodziców Elisy Sordi przed moim gabinetem, ograniczyłem się do „Przykro mi” i zamknięcia im drzwi przed nosem, by nie patrzeć na wykrzywione cierpieniem twarze. Postarzałem się od tamtego czasu. Wtedy miałem nieco po trzydziestce, teraz jestem po pięćdziesiątce. Ale upływ czasu mnie nie zmienił. Papierosy, whisky, kobiety, których ciała wykorzystałem, nie troszcząc się o to, co miały w duszy, nie pomogły mi pogrzebać przeszłości ani nie sprawiły, że zapragnąłem jakiejś przyszłości dla siebie. Nie jesteśmy ani trochę twórcami własnego losu, odgrywamy nieistotną rolę w czymś, czego nie rozumiemy, a nasze wielkie indywidualne tragedie nie znaczą więcej niż życie mrówki, którą rozdeptałem przed chwilą, idąc przez ogródek.

Wykonuję jedynie swoją pracę. Szukam morderców, dopóki ich nie znajdę. Nie potrafię pocieszać, nie umiem zrozumieć bólu ojca i matki. Dlatego dziś łatwiej jest mi patrzeć im w oczy, kiedy mówię te same słowa, które wypowiedziałem w 1982 roku do rodziców Elisy.

– Przykro mi.

Nanni

Wyszła ostatnia para pacjentów, jest dziewiętnasta, po tej godzinie już nie przyjmuję. Przeznaczam na spotkania z pacjentami siedem godzin dziennie od poniedziałku do piątku i cztery w sobotnie przedpołudnia. Ta praca od dawna jest czystą rutyną i tłamsi mój talent, ale to się już niedługo skończy. Nagrania z tysięcy terapii przetworzę w bestseller i zamknę ten przeklęty gabinet.

Wstaję od biurka, zamykam notatnik, odsuwam na bok okienną zasłonę. Stary ford fiesta Bianki już tam stoi. Jak zawsze punktualna. Od dnia, w którym ją poznałem.

Wtedy najpierw zobaczyłem ramiona i kark, dopiero potem twarz. Siedziałem w tej bibliotece od trzech godzin i nie potrafiłem skoncentrować się na książkach. Nic w tym dziwnego, zawsze taki byłem. Wolałem słuchać, niż czytać. Rozmawiać bardziej, niż studiować. Jak to wszyscy mówili: otwarty charakter. Słuchałem muzyki przez słuchawki, poszpanowałem trochę przed jakąś studentką nowiuśkimi butami marki Nike Air Max 1, które ściągnąłem sobie ze Stanów, trochę pobujałem w obłokach. Ale podczas gdy niemal wszyscy od czasu do czasu wstawali, odwracali się, przeciągali, wychodzili do toalety albo szli pod dystrybutor z napojami, te ramiona i kark, od kiedy przyszedłem, wciąż znajdowały się w tym samym miejscu, nieruchomo pochylone nad książkami. Zobaczyłem dwie koleżanki, uściskałem je, a kiedy powiedziały mi, że chciałyby się podpiąć pod moje nowe lewisy 501, roześmiałem się. Dopiero wtedy po raz pierwszy odwróciła głowę i przez krótką chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Patrzyła nie tyle z irytacją, ile z niedowierzaniem. Nie potrafiła zrozumieć, jak ktoś może się śmiać w bibliotece. Odruchowo uśmiechnąłem się do niej. A przecież nie uśmiechałem się nigdy do dziewczyny, zanim do niej nie podszedłem. I nigdy nie przejawiałem inicjatywy. Ot, luksus bycia przystojnym. I technika opanowana dzięki przedwcześnie zdobytym doświadczeniom. A jednak uśmiechnąłem się do niej. Jej kark był znów pochylony nad książkami. Podszedłem do dziewczyny, dotknąłem jej ramienia.

To był rok 1987. Miałem wtedy dwadzieścia sześć lat, ona dwadzieścia pięć. Wciąż męczyłem się na psychologii, podczas gdy ona w przedterminie i z najwyższą notą zdążyła się obronić na prawie, a wówczas kończyła aplikację i właśnie przygotowywała się do konkursu prokuratorskiego, który oczywiście wygrała. W 1989 skończyłem wreszcie studia i się pobraliśmy. Jeśli chodzi o dzieci, to Bianca chciała, żebym zrobił wcześniej podyplomówkę i staż. Dopiero wtedy odstawiła pigułki antykoncepcyjne i w 1990 urodził się Luca. Nic nie zostało pozostawione przypadkowi.

Słońce jeszcze nie zaszło, dni robią się coraz dłuższe i w powietrzu czuć już nadchodzące lato. Wsiadam do samochodu, całuję Biancę w policzek. Jedzie z prokuratury, z pewnością miała stresujący dzień. A jednak wygląda nienagannie. W biurowej toalecie poprawiła makijaż i nałożyła szminkę, by być doskonała dla świata, a w pierwszej kolejności dla mnie.

Jest jednak bledsza niż zwykle.

– Coś nie tak, Bianca?

Kręci głową.

– Dziś rano znaleziono zwłoki dwudziestojednoletniej dziewczyny. Jakiś zboczeniec wyciągnął ją z dyskoteki w Ostii, skatował, zgwałcił i udusił. Nanni, jak w ogóle mogą istnieć tacy ludzie?

Moja żona zajmuje się przede wszystkim korupcją i przestępstwami gospodarczymi, zna tylko ten rodzaj zła. Nie najmroczniejszą część ludzkiej duszy. Tę, wolno mi powiedzieć, znam lepiej ja.

– I ty masz się zajmować tą sprawą?

– Nie, na szczęście nie. Dyżur miał ten idiota Ezio Conti. Ale znam ojca tej dziewczyny z powodu innego śledztwa, które prowadzę. Porządny gość.

Postanawiam zmienić temat, jej praca nigdy mnie nie interesowała.

– Jutro jest święto. Gdzie pójdziemy na kolację?

Takie jest nasze życie, uregulowane w każdym szczególe. Praca, szkoła Luki, wszystkie wieczory w domu z wyjątkiem wigilii świąt, kiedy wychodzimy sami albo w towarzystwie zawsze tych samych przyjaciół. A potem uprawiamy seks, jako że następnego dnia można się wyspać.

Pokazuje mi kartonik, zaproszenie do auli uniwersyteckiej.

– Szef prokuratury dostał je z uniwersytetu i przekazał nam. Dyskusja panelowa, a potem poczęstunek. Może być?

Dyskusja nosi tytuł Etyka i badania naukowe, wystąpić ma jakiś kardynał i niejaki Victor Bonocore, naukowiec, o którym nigdy jeszcze nie słyszałem. Temat zupełnie mnie nie interesuje, ale nauczyłem się nie sprzeciwiać Biance, jeśli to nie jest absolutnie konieczne.

– Dobra, jedziemy.

Dojeżdżamy do audytorium uniwersyteckiego odrobinę spóźnieni, dyskusja już się rozpoczęła i sala jest prawie pełna. Siadamy z żoną w ostatnim rzędzie. Pięćdziesiąt metrów przed nami, na katedrze, stoją trzy fotele. Po lewej siedzi kardynał w purpurowej sutannie. W środku Anselmo Guidi, zastępca redaktora naczelnego „Il Domani”. Po prawej z pewnością ten naukowiec, Victor Bonocore.

Z tej odległości wygląda mi na mężczyznę pod pięćdziesiątkę, wysokiego i barczystego, o czarnych gładkich i nieco zbyt długich włosach lekko przyprószonych siwizną, ze szpakowatą brodą i w okularach z grubymi szkłami. Ma na sobie dżinsy, czarny golf i szarą tweedową marynarkę. Wicenaczelny „Il Domani” ciepło go przedstawia:

– Profesor Bonocore urodził się w Stanach Zjednoczonych, gdzie ukończył studia i założył prężnie działające przedsiębiorstwo. Po jakimś czasie zbył swoje udziały w firmie i od kilku lat wykłada na Uniwersytecie Nowojorskim oraz prowadzi badania z zakresu nowych technologii stosowanych w medycynie. Od czerwca zeszłego roku przebywa w Rzymie na rocznym urlopie naukowym. Victor jest człowiekiem dyskretnym, nie znajdziecie jego nazwiska w gazetach czy w telewizji. Przez te kilka miesięcy zdążyliśmy się zaprzyjaźnić i miałem przyjemność wielokrotnie z nim rozmawiać. Nie o matematyce i technologii, ale o etyce. Dziś po raz pierwszy zgodził się wystąpić publicznie, za co mu bardzo dziękuję.

Oczekiwałem ze strony Bonocorego uśmiechu, skinienia głową, jakiejś grzecznościowej frazy. Ale nic nie mówi, wydaje się wręcz mało zainteresowany tym, co się wokół niego dzieje.

Anselmo Guidi oddaje mu głos.

– Victor, opowiesz nam o walce ze złem?

Bonocore nie uśmiecha się, nie dziękuje, nie wita publiczności. Bez żadnych wstępów zaczyna mówić. Przyzwoitą włoszczyzną z amerykańskim akcentem. Nie korzysta z mikrofonu. Nie patrzy na salę, wpatruje się we własne dłonie splecione na brzuchu. Mówi cicho, toteż z głębi sali podnosi się szmer niezadowolenia, ale Bonocore tym się nie przejmuje. Kontynuuje wpatrzony w czubki swoich butów.

– Matematyka i fizyka wykorzystane w medycynie… bombardowanie komórek mające na celu zatrzymanie rozwoju raka… defekty genetyczne. To jest walka o dobro… Złem jest ten, kto w jakikolwiek sposób stawia nauce przeszkody. Niestety, w tej walce nie wszyscy… Kościół… Natura jest chaotyczną, nielogiczną siłą. Nauka stara się nadać jej porządek, którego na początku nie ma. Gdyby istniał dobry Bóg stworzyciel, nie potrzebowalibyśmy nauki. To czyni jeszcze bardziej absurdalnym fakt, że przeszkody stawiają przed nami właśnie wierzący.

Kardynał uśmiecha się z niewzruszonym pobłażliwym wyrazem twarzy. Nie dziwi mnie jego spokój. Księża przeszli z ambon do telewizyjnych studiów. Pewnie chodzą też na kursy wystąpień publicznych. Czeka, aż Guidi odda mu głos, potem uśmiecha się do publiczności, dziękuje Guidiemu i wszystkim obecnym i zwraca się grzecznie do naukowca:

– Jeśli dobrze zrozumiałem, profesor Bonocore uważa, że samo istnienie zła, wojen i chorób automatycznie przeczy istnieniu Boga. Że wyrażanie zastrzeżeń wobec niektórych form badań naukowych jest opowiedzeniem się po stronie zła. Co do reszty, relatywizm nie uznaje za pewnik niczego, nie tylko Boga. Dla nas, katolików, to jedynie dekadencja rozumu. Absolutyzm.

Bonocore nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Nie czekając, aż Guidi odda mu głos, wtrąca:

– To w religiach monoteistycznych panuje absolutyzm. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” nie jest bynajmniej zasadą liberalną. A tego dobrego wszechmocnego Boga nie da się pogodzić z miliardami złośliwych komórek pożerających ciało dziecka.

Widzę, że kardynał zaczyna nieznacznie kręcić się w fotelu. Nie jest przyzwyczajony do takiej szorstkości ze strony adwersarza. W przesłodzonych debatach z włoskimi intelektualistami, bardzo uważającymi, by nie obrazić katolików, takie zachowania nie miałyby miejsca. Stara się kontrolować ton i mówić grzecznie:

– Istnieją takie rodzaje zła, które służą wyższemu dobru, profesorze.

– Wyższemu i niewidocznemu dla nas, zwykłych śmiertelników, kardynale?

– Istnieje również osąd serca. Znacznie starszy niż studia nad cząsteczkami i Internet.

Na twarzy Bonocorego pojawia się grymas. Wydaje się zadowolony, że wyprowadził kardynała z równowagi. Jego głos brzmi jak szyderczy syk:

– Drogi kardynale, pewność jest czymś bardziej obiektywnym od nadziei. Dam przykład. Mężowie przynoszący do domu pieniądze są pewnością, a mężowie wierni żonom tylko nadzieją.

Szmer na sali, kilka nerwowych śmiechów, żadnego aplauzu. Ręce Bianki są nieruchome, blade, splecione na podołku. Boję się, że ma zamiar zapytać mnie o to, co przed chwilą powiedział Bonocore, więc wstaję z miejsca.

– Kochanie, przepraszam, duszno mi, potrzebuję zaczerpnąć powietrza.

Mógłbym być bardziej dyplomatyczny, powiedzieć: „Muszę iść do toalety” albo: „Muszę zatelefonować do pacjenta”. Ale jestem mądry. Małe kłamstwa są niepotrzebnym wystawianiem się na niebezpieczeństwo, trzeba się do nich uciekać tylko wtedy, gdy to naprawdę konieczne, inaczej człowiek się przyzwyczaja i zaczyna ryzykować. A moja żona jest prawdziwą ekspertką w wychwytywaniu kłamstw, to jej zawód.

Wychodzę z auli. W sali obok są już przygotowane stoły z poczęstunkiem. Wchodzę i proszę kelnera o kieliszek prosecco, a potem przez drzwi balkonowe wychodzę na taras.

Słońce już zaszło i na tarasie palą się słabe światełka. Jest tam tylko jedna dziewczyna, pewnie ma jakieś dwadzieścia lat, stoi tyłem do mnie oparta o balustradę, pali papierosa i sączy coś, co wygląda na białe wino. Blondynka, cieniowane włosy opadają jej swobodnie na ramiona. Ma na sobie czarny top z cieniutkimi ramiączkami i obcisłe dżinsy. Niezwykle zmysłowa sylwetka, choć dziewczyna ma nie więcej niż metr sześćdziesiąt pięć wzrostu.

Musiała wyczuć moją milczącą obecność, bo odwraca się błyskawicznie i patrzy na mnie rozbawionym wzrokiem.

– Oglądasz mi tyłek?

Mówi po włosku z silnym amerykańskim akcentem. Moje skrzywienie zawodowe sprawia, że jestem przyzwyczajony do kontrolowania własnych reakcji. Spokojna obojętność w odpowiedzi na agresywność. I zachowanie zimnej krwi nawet wobec wyjątkowo pięknych kobiet. Moja specjalność. Najlepszy sposób, by je zaintrygować.

– Nie interesuje pani konferencja?

Wzrusza ramionami, odgarnia jasne włosy, przygląda mi się. Wiem, co widzi. Mężczyznę około czterdziestki, ale młodzieńczego, w dobrej formie fizycznej, o wciąż ciemnych, dobrze przyciętych i ułożonych włosach, przystrzyżonych wąsikach, w szytym na miarę szarym garniturze, błękitnej koszuli i krawacie drogiej marki. Zastanawiam się, czy zauważyła obrączkę na palcu serdecznym.

– Ksiądz rozmawiający z największym materialistą, jakiego świat nosił? Ależ to nuda! Chcesz pociągnąć?

Wyciąga w moją stronę zapalonego skręta. Ma małe subtelne dłonie, pozostające w harmonii z resztą delikatnego, lecz wspaniale uformowanego ciała. Paznokcie pomalowała na różowo, tak samo jak usta. Doskonale jej pasuje ten kolor. Czuję słodki zapach jej perfum i krem nawilżający na ramionach muśniętych promieniami pierwszego w tym roku gorącego słońca.

– Dziękuję pani, ale nie palę.

– Powinieneś. To znacznie bardziej lepsze niż słuchanie tamtych dwóch.

Pomimo właśnie popełnionego błędu jej włoski jest naprawdę dobry jak na Amerykankę. Podobnie jak włoski tego antypatycznego naukowca. Uśmiecham się do niej grzecznie, ale bez poufałości. Nie mam nic przeciwko małemu flirtowi. Karmi moje ego, a nie powoduje szkód, jeśli tylko Bianca tego nie widzi.

– Mimo to dziękuję.

Patrzy z lekko przechyloną głową, jakby taksowała mnie wzrokiem. Trzyma skręta w pięknie zarysowanych ustach, zaciąga się i wypuszcza dym w taki sposób, że obłoczek przechodzi między nami. Przypomina mi bitą śmietanę na lodach, na które co niedziela zabierała mnie babcia, gdy byłem dzieckiem.

– To nie jest sam tytoń. Według mnie posmakowałoby ci.

Zbyt osobiste komentarze. Narcyzm, brak pewności siebie. Uśmiecham się z powodu swojej odruchowej diagnozy i grzecznie kręcę głową. W starych dobrych czasach próbowałem trawki, Bianca jednak nic o tym nie wiedziała. Jak wspominałem, niedopowiedzenia tak, kłamstwa nigdy.

– Niemniej dziękuję, nie. A teraz muszę wrócić do środka. Do żony.

Pokazuję obrączkę. Robię tak zawsze w pewnych sytuacjach. I tak wiem, że to ich bynajmniej nie odstręcza, a raczej pociąga.

Dziewczyna się odwraca, niedokładnie gasi skręta na balustradzie i wyrzuca jeszcze tlący się niedopałek na plac poniżej tarasu. Odwraca się, żeby na mnie popatrzeć.

– Jak się nazywasz?

Wyciągam rękę.

– Giovanni Annibaldi.

Ignoruje moją dłoń, po raz kolejny spogląda na mnie ironicznie.

– No dobrze, Johnny. Ja jestem Scarlett.

Odwraca się do balustrady. Jakbym właśnie znikł albo nigdy wcześniej się nie pojawił. Z audytorium dobiegają oklaski i dźwięk poruszających się ciał oznajmia, że dyskusja się zakończyła. Wracam do sali z przekąskami w tej samej chwili, gdy pojawia się w niej Bianca wraz z kolegami z prokuratury. Arcynudne towarzystwo. Skręcam i kieruję się do baru.

Poczęstunki po dyskusjach panelowych zazwyczaj są nudne. Rozmowy z nie zawsze trzeźwymi nieznajomymi ograniczone do tematyki spotkania. Po pewnym czasie zaczynasz powtarzać własny punkt widzenia z lekkimi wariantami dostosowanymi do rozmówców, którzy ze swej strony robią to samo. Jeśli będziesz nieuważny, ryzykujesz, że przedstawisz się dwa razy tej samej osobie albo powtórzysz to samo komuś, z kim już rozmawiałeś. Musisz więc być skoncentrowany z błahych powodów. Głupia i bezużyteczna fatyga, dlatego kręcę się w kółko z martini w ręku i unikam rozmów.

W głębi sali dostrzegam Victora Bonocorego stojącego z pełnym kieliszkiem obok wicenaczelnego z „Il Domani”. Wysoki brodaty profesor wygląda jak Mefistofeles. Otacza go wianuszek pań wpatrzonych w niego z mieszaniną podziwu i lęku, może dlatego, że nie rozumieją, co mówi. Pan naukowiec bez wątpienia ma swój urok. Urok, który nazwałbym mrocznym albo złowieszczym. Ale wiem, że kobietom podobają się takie typy. Zwłaszcza gdy są intelektualistami i mają kupę forsy. Z przyjemnością zbliżyłbym się i posłuchał, co mówi, bardziej z zawodowej ciekawości niż innych powodów. Biance jednak to by się nie podobało, więc trzymam się na dystans.

W innym kółku widzę moją żonę rozmawiającą z kardynałem i kilkoma innymi osobami, między innymi jest tam Ezio Conti, prokurator na tym samym co ona szczeblu kariery, mizogin, który widzi w Biance zagrożenie, choć jednocześnie uważa ją za nieco zbyt rozwiniętą sekretarkę.

– Johnny!

Odwracam się, Scarlett uśmiecha się do mnie, wciąż ma w ręku kieliszek z winem. Obok niej stoi szczupła wysoka kobieta w eleganckim płaszczyku, nieco nieodpowiednim do pogody. Ma piękne zielone oczy, spokojne jak morze w słoneczny bezwietrzny dzień, i rude włosy upięte w kok przytrzymywany srebrną spinką. Z pewnością nie skończyła jeszcze trzydziestu lat, ale ma ubranie, fryzurę i spojrzenie prawdziwej damy.

– Przedstawiam ci Nicole – mówi Scarlett.

Kobieta wyciąga rękę. Ma długie zimne palce. Krótkie paznokcie bez lakieru.

– Giovanni Annibaldi, bardzo mi miło.

Uśmiecha się grzecznie.

– Nicole Bonocore, mnie również.

Przez chwilę stoję zaskoczony.

– Pani jest córką…

Jej uśmiech mówi mi, że nie muszę czuć się zakłopotany pomyłką.

– Żoną.

Jednak jestem poirytowany. Powiedziałem coś, nie pomyślawszy wcześniej. Takie rzeczy czasem robił młody Nanni. Ale nie doktor Giovanni Annibaldi. Również Nicole mówi całkiem poprawnie po włosku, tyle że z bardzo silnym amerykańskim akcentem. Scarlett wykonuje lekki ukłon, bezczelnie eksponując dekolt.

– A ja jestem jej młodszą siostrą. Scarlett Steele, bardzo mi przyjemnie.

Czuję na sobie oczy Bianki. Staram się być grzeczny, a jednocześnie szybko się uwolnić.

– Bardzo mi miło, pani Bonocore, panno Steele. Teraz…

Nicole już ma mnie pożegnać, lecz wtrąca się Scarlett:

– Nicole, dlaczego nie przedstawisz pana Annibaldiego swojemu bossowi?

Używa dokładnie tego określenia, „boss”. Nicole nie wydaje się zbita z tropu.

– Nie sądzę, by pan Annibaldi był zainteresowany. Poza tym chcieliśmy już wrócić do domu. Victor nie lubi przebywać wśród wielu ludzi. Może innym razem, panie Annibaldi?

Czuję, że robi to z grzeczności, by wybawić mnie z kłopotu. Wyczuła, że nie zależy mi na tej prezentacji.

Scarlett rzuca mi ironiczne spojrzenie.

– Powinnaś ich poznać, Nicole. Johnny słuchał Victora z wielkim zainteresowaniem!

Odwraca się i zostawia nas samych. Patrzymy na siebie.

– Naprawdę chce pan poznać mojego męża?

Teraz to moja kolej, by wybawić ją z kłopotu. Odpowiadam płynną angielszczyzną:

– Byłoby mi miło, pani Bonocore. Pani mąż rozumuje i przedstawia swoje przekonania w sposób bardzo ciekawy z perspektywy mojej pracy. Ale rozumiem, że to nie jest dobry moment.

Patrzy na mnie z wdzięcznym uśmiechem.

– Jest pan teologiem czy filozofem, panie Annibaldi?

– Ani jednym, ani drugim. Jestem psychoterapeutą i specjalizuję się w terapii par.

W milczeniu kiwa głową przez dłuższą chwilę, jakby pomyślała sobie coś przykrego.

– A więc może naprawdę powinnam poznać pana z moim mężem. Ale jak pan już powiedział, nie tutaj.

Przez chwilę stoję zbity z tropu, już mam zadać pytanie, Bianca jednak wciąż nas obserwuje. Zbieram się do grzecznego pożegnania, lecz Nicole Bonocore mnie uprzedza:

– Do widzenia, dottor Annibaldi.

Na szczęście Bianca nie pyta mnie o nic. Rosa, nasza gospodyni, kucharka, opiekunka do dziecka i moja sekretarka na odległość, czeka na nas w domu.

– Luca śpi od jakiegoś czasu. Po kolacji przez dwie godziny rysował, potem poczytałam mu trochę Harry’ego Pottera i zasnął.

Dziękujemy jej, żegna się z nami. Czyścimy zęby, Bianca zmywa makijaż i wkłada jedną ze swoich świątecznych koszul nocnych. Tę na wieczory, kiedy uprawiamy seks. Zbliżenia z Biancą są od dawna mało satysfakcjonujące. Ona się stara. Zdecydowanie pragnie, by coś, co podtrzymuje działanie związku, było przyjemne, a jej małżeństwo nie może być niedoskonałe z jej winy. Tymczasem to nie jest ani jej, ani moja wina, to po prostu naturalny skutek upływu lat, stresu związanego z wychowaniem Luki i zmęczenia pracą.

Z początku seks był czymś fundamentalnym dla naszej relacji. W pewnym sensie był jedynym momentem, kiedy dawałem Biance więcej, niż dostawałem. Teraz także w tym aspekcie powoli odpuszczam, a Bianca zamienia się w gejszę, pielęgniarkę czuwającą przy wezgłowiu męża, który często nie daje rady. Ale nawet moją porażkę Bianca traktuje jako swoją. Zmienia więc nocne koszule, wypróbowuje masaże i fantazje. Gdyby nie moralne ograniczenia wynikające z wychowania wypożyczyłaby film pornograficzny.

Zawsze była uważna na moje oczekiwania, wspierająca i pocieszająca, gdy trzeba. Ale Pasja, ta przez duże P, z wolna odeszła. A ja nie jestem jednym z moich pacjentów, włóczęgą szukającym utraconych emocji. Mam już kobietę swojego życia i pozostałem jej materialnie wierny. Nałożyłem sobie bardzo jasne zasady: flirt i nic więcej, szczekać tak, gryźć nie. I nigdy z kobietami, z którymi Bianca miała albo mogłaby mieć jakikolwiek kontakt. Granica między myślą a uczynkiem może i etycznie nie istnieje, ale jest konkretna i jasno wyznaczona.

Środa, 1 maja 2001

Balistreri

Ilekroć o siódmej rano w dzień świąteczny idę pieszo przez centrum Rzymu, myślę o tragicznej i niewymownej konieczności wojen. Nie tylko dlatego, że redukują liczbę ludzkości, ale także dlatego, że mogą poprawić jej jakość, czyniąc z ocalałych osoby bardziej świadome i szanujące innych.

Zamykam się w swoim starym gabinecie na trzecim piętrze. Zatrzaśnięte jak zawsze okiennice odgradzają mnie od najpiękniejszego widoku na świecie. Otwieram okna jedynie wcześnie rano i w nocy, a w ciągu dnia tylko na krótko, gdy powietrze tak bardzo przesiąka dymem z moich gitane’ów, że goście nie mają czym oddychać. Tam na zewnątrz nic mi się nie podoba.

Coppola wchodzi bez pukania. Nie jest punktualny i nie podoba mu się, że musi przyjść do kwestury w dzień świąteczny. Siada, nie pytając o pozwolenie.

– Widział pan, dottore, ilu włóczęgów na ulicy?

Wiem, że to kolor skóry tych biedaków sprawia mu problem. Wbił sobie do głowy tę gadkę, że zniszczą naszą cywilizację.

– W Afryce umierają z głodu, Coppola.

– I przyjeżdżają tutaj jeść nasz chleb? Zabierać pracę naszym dzieciom?

Zmieniam temat.

– Przesłuchałeś wszystkich świadków?

– Świadkowie nic nie wnieśli. Dzieciaki nawalone piwem i innym świństwem, ni chuja nie wiedzą.

– Coppola, już ci mówiłem…

– Przepraszam, wymsknęło mi się.

– A co znalazł lekarz sądowy?

Krasnal kręci głową.

– Według medyka, który był na miejscu, dziewczyna została pobita, zgwałcona i uduszona. Ale to nawet głupi by wiedział. Na szczęście dodał, że śmierć nastąpiła między pierwszą a drugą w nocy.

– Ślady?

– Kryminalistyka zabezpieczyła całkiem dużo, także DNA, i w kabinie, i na piasku obok. Ale musimy poczekać, żeby dowiedzieć się więcej.

Wstaje, idzie otworzyć okno. Do środka wdziera się hałas ulicznego ruchu.

– Słuchaj, Coppola, to mój pokój. Zamknij okno.

– Ale dottore, tu tak cuchnie papierosami, że nie da się oddychać. A w ogóle to zabronione…

– Wiesz, Coppola, jest mnóstwo wolnych miejsc na komisariatach w górskich pipidówkach. Doskonałe powietrze. Mam poprosić, żeby cię tam przenieśli?

Zamyka okno i siada.

– Rozmawiałeś z koleżanką Donatelli, z którą poszła na dyskotekę?

Nie patrzy na mnie, jest obrażony.

– Jakiś czas były razem, tańczyły i piły, ale po pierwszej już jej nie widziała. Były tam setki osób, bramkarz w lokalu też nie pamięta Donatelli, za dużo dzieciaków wchodziło i wychodziło.

– Dziewczyny brały jakieś narkotyki?

Coppola się krzywi.

– Koleżanka Donatelli mówi, że nie. Że Donatella była przeciwna narkotykom, zero skrętów, żadnej ecstasy. Ale zobaczymy, co powie autopsja.

– Zakład kąpielowy?

– Jest jeszcze zamknięty, otwierają za trzy tygodnie. Drzwi do szatni nie miały nawet kłódki.

– Znalazłeś coś jeszcze?

– W bazie danych mamy mnóstwo przypadków dziewczyn pobitych i zgwałconych w pobliżu dyskoteki. Ale znacznie mniej zabójstw. No i złapaliśmy winnych, wszyscy siedzą. Myślę, że ten z wczoraj to ktoś taki, co może już wcześniej bił i gwałcił, ale po raz pierwszy zabił. Tylko że jak tacy zaczynają…

Cały Coppola. Ogląda zbyt wiele amerykańskich filmów i lubi dreszczowce.

– Dobra, Coppola. Zanim zbudujemy teorię o nowym seryjnym zabójcy, rozważmy inne hipotezy.

– Typu przypadkowy zboczeniec, który przeciągnął strunę?

– Porozmawiamy po sekcji zwłok. A ty przez ten czas przygotuj raport dla prokuratora.

– Dziś święto, Contiego nie ma w prokuraturze, będzie jutro.

– A więc masz więcej czasu. Wracaj do domu do Lucii i Cira i odpocznij jak wszyscy inni Włosi. Donatelli Caruso to nie zrobi różnicy.

Uśmiecha się.

– Dziś Ciro kończy dwanaście lat. Chce pan zobaczyć, jaki już jest duży?

Z dumą pokazuje mi fotografię dzieciaka stojącego pomiędzy obojgiem rodziców. Ma oczy Coppoli i jest bardzo wysoki, jak matka.

– Gratulacje, Coppola, wracaj do nich.

Spogląda na mnie przez chwilę.

– Wieczorem przychodzą do nas krewni i znajomi na imprezę. Proszę do nas wpaść, co pan tu będzie robił, dottore?

Przyjmuje za oczywiste, że nie mam nikogo, z kim mógłbym spędzić świąteczny dzień – i ma rację. Nie mam nikogo, z kim miałbym ochotę go spędzić.

– Dzięki, Coppola. Mam umówioną kolację, pożycz Cirowi wszystkiego najlepszego ode mnie.

Nanni

Kiedy wstaję z łóżka, jest po dziesiątej. Jeśli tylko mogę, śpię do późna. Oczywiście Bianca jest już na nogach, kto wie, od jak dawna. Dobiega czterdziestki i wciąż jest szczupła, codziennie rano od szóstej do siódmej zakłada na uszy słuchawki i ćwiczy na elektrycznej bieżni. Nie słucha muzyki, ma nagrania z przesłuchań i podsłuchów. Jestem od niej tylko rok starszy i wszyscy mówią, że wyglądam na trzydzieści lat z tą moją aurą intelektualisty, włosami wciąż nietkniętymi siwizną, gładką skórą, opalenizną nabytą na żaglówkach, zadbanym zarostem i eleganckim ubraniem. Twój mąż wygląda jak nastolatek. Bianca uśmiecha się, kiedy jej to mówią znajomi. A jednak czterdzieste urodziny koszmarnie mi ciążyły i wielką imprezę, przygotowaną na moją cześć przez Biancę i przyjaciół, przeżyłem prawie jak pogrzeb.

Zastaję ją w pełnym słońca salonie. Włosy ma mokre po prysznicu. Skończyła swoją godzinę na bieżni, przygotowała śniadanie dla Luki, dopilnowała, żeby umył zęby, na pewno mu powiedziała, by odrobił lekcje. Teraz siedzi w fotelu i studiuje dokumenty przyniesione z pracy, zwyczaj, którego nie aprobuję. W kuchni stół jest nakryty do śniadania także dla mnie.

Gdy tylko mnie widzi, uśmiecha się, odkłada papiery, wstaje i daje mi całusa. Potem zapala gaz pod przygotowaną wcześniej kawiarką. Wie, że mocne gorące espresso razem z lekturą „Il Domani”, po które już zdążyła zejść do kiosku, to mój ulubiony początek dnia.

Bianca jest kobietą, którą każdy chciałby mieć u boku. Ale czasem myślę, że nikt poza mną nie chciałby jej mieć u boku na zawsze. Niezależnie od tego, jak bardzo stymulujące to doświadczenie, nie jest proste żyć z kimś, kogo przez cały czas postrzegasz jako osobę lepszą od siebie. Z kimś, kto jest przy każdej okazji gotowy wziąć na siebie problemy. Swoje i cudze. Taka już jest. Kiedy miała dwanaście lat, straciła ojca policjanta, którego zastrzeliła camorra, a w liceum do samego końca opiekowała się chorą na raka matką.

Dlaczego związała się ze mną? Dlaczego mnie wybrała do swojego projektu rodziny doskonałej?

Jestem pewien, że z początku główną rolę odegrał mój wygląd i seks. No i to, że kiedy ją poznałem, ja też zaczynałem pragnąć stabilizacji.

Ale później, z upływem czasu? Dziś, kiedy znamy się od czternastu lat, a małżeństwem jesteśmy od dwunastu?

Bianca wraca na fotel i z powrotem zagłębia się w swoich papierach. Ja przebiegam wzrokiem po tytułach w „Il Domani”, popijając kawę. Na pierwszej stronie artykuł o tragicznej śmierci dziewczyny, Donatelli Caruso. Nie mam najmniejszej ochoty czytać tego tekstu, pod którym podpisany jest niejaki Franco Romero.

Gdzieś w rogu na stronie doniesień lokalnych umieszczono krótką notatkę o wczorajszej debacie w auli uniwersytetu. Nie wiedząc dobrze czemu – albo udając przed samym sobą, że nie wiem – idę do komputera i wpisuję w Google hasło victor bonocore. Wyświetla się parę stareńkich odnośników do publikacji w amerykańskich czasopismach naukowych. Na jakiejś stronie znajduję szczątkową biografię. Syn włoskich imigrantów, urodzony w Nowym Jorku, pięćdziesiąt cztery lata. Po ukończeniu liceum został przyjęty do Princeton. W krótkim czasie ukończył fizykę, a następnie matematykę, po czym udał się do Kalifornii, gdzie na Uniwersytecie Stanforda obronił doktorat. Był jednym z pionierów rewolucji technologicznej w Dolinie Krzemowej. Jego założona w 1985 roku firma była jedną z pierwszych, które umiały połączyć komputery w sieć. Dziesięć lat później Bonocore sprzedał swoje udziały w firmie i powrócił do swoich ukochanych sal uniwersyteckich. Znów przeprowadził się na wschód i wybrał Uniwersytet Nowojorski. Tam wykładał i prowadził badania.

Bianca odkłada na chwilę dokumenty. Ściąga okulary, patrzy na mnie, nie wstając z fotela.

– Nanni, mam mnóstwo zaległych dokumentów, a po obiedzie muszę wpaść do prokuratury. Możesz zająć się Lucą? Musi odrobić lekcje, nie chciałabym, żeby spędził cały czas na robieniu zdjęć na balkonie.

Czuję irytację, z pewnością nie to miałem w planach na dzisiaj. Wszechobecność pracy mojej żony denerwuje mnie, zajmuje nienależne miejsce. A pilnowanie Luki to ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę. Nasz syn to najnormalniej wyglądający jedenastolatek, jednak bardzo małomówny i słabo wchodzący w relacje z innymi. W szkole się obija, jego jedynymi pasjami są rysunek i fotografia, co zawdzięcza aparatowi, który mu kupiliśmy. Ja uważam, że problem przekracza nasze możliwości i że należałoby zaprowadzić go do specjalisty, ale Bianca się nie zgadza. Jest zdania, że to zależy tylko od nas, od naszej miłości i obecności przy nim. Przy czym to ja jestem tym nieobecnym, a ona tą wszechobecną. To walna bitwa, w której ona jest generałem, a ja zwykłym żołnierzem, jak zresztą we wszystkim, co robi. Ale może właśnie jej głosu Luca słuchał za wiele od samego urodzenia. A teraz instynktownie zbliża się do mnie, a oddala od niej. Woli mnie od nieustannie stojącej nad nim matki. Tylko że ja mam już swoich pacjentów i potrzebuję własnej przestrzeni do życia. Wchodzenie w relację z tym dzieckiem, moim synem, stanowi dla mnie niesłychany wysiłek. Nie chcę jednak dyskutować z Biancą.

– Spokojnie, zajmę się nim.

– Dziękuję, Nanni. Co robisz?

– Bonocore, kiedy był młody, naprawdę był biznesmenem i odniósł sukces. Na pierwszy rzut oka bym nie powiedział.

– Mnie wydał się bardziej aferzystą niż naukowcem. I to dość mrocznym aferzystą…

Znam osądy mojej żony i jej uprzedzenia wobec ateizmu, relatywizmu i mężczyzn robiących seksistowskie żarty.

– Nie ma wyglądu i zachowań dżentelmena, fakt. Ale skoro dzięki pierwszym patentom mógł sprzedać udziały we własnej firmie za ogromne pieniądze, to musi być naprawdę zdolny.

– Istnieją naprawdę zdolni ludzie, którzy nie robią ogromnych pieniędzy. Skąd to wszystko o nim wiesz?

Otóż i moja kochana pani prokurator.

– Rzuciłem okiem na Wikipedię.

– Powiedziałabym, że to było długie rzucenie okiem. Takie wrażenie zrobiły na tobie jego przemyślenia czy jego piękne córki?

Jej irytacja z powodu mojej rozmowy z Nicole i Scarlett nie bierze się z podejrzliwości. Nigdy nie wątpiłaby w moją wierność. To bardziej instynktowna antypatia do tego rodzaju dziewczyn jak Scarlett. Do ciała używanego jako broń.

– To nie jego córki. Ta wyższa to żona. A druga to siostra żony.

Bianca krzywi się lekko.

– Przynajmniej żona nie zachowuje się jak durna wobec mężczyzn starszych od niej o dwadzieścia lat.

– Bianca, takie jak Scarlett lubią prowokować i się bawić. To jeszcze dziewczynka.

Patrzy na mnie ze zdziwieniem.

– Scarlett? Przedstawiliście się sobie?

Jak zawsze jestem roztargniony. Muszę bardziej uważać przy Biance.

– Ona się przedstawiła. Ja tylko odpowiedziałem.

Aż dotąd wszystkie fakty są zgodne z prawdą. A niewypowiedziane pragnienie to nie grzech. Co najwyżej przemilczenie. Bianca z powrotem zagłębia się w papiery, a ja w swoje myśli.

Bianca szybko sprząta po obiedzie, potem wchodzimy do pokoju naszego syna. Luca rysuje swój ulubiony temat: dwa ogromne smoki, a pomiędzy nimi niewielka postać księcia, który broni się przed nimi z mieczem w ręku.

Bianca gładzi go po głowie.

– Synku, mama musi iść do pracy. Tato z tobą zostanie. Będziesz odrabiał lekcje?

Luca nie odrywa się od rysowania i nie odpowiada. Bianca całuje go, potem mnie i wychodzi do prokuratury.

Luca patrzy na mnie.

– Nie lubię arytmetyki.

– Zrobimy tak: weź zeszyt, ja ci podam właściwe odpowiedzi, napiszesz je, a potem wrócisz do rysowania.

Szeroko otwiera oczy.

– A mama?

– Mama ma dużo zmartwień, nie dodawajmy do tego jeszcze twoich zadań domowych.

Wygląda na zadowolonego.

– Czyli to tajemnica?

Wiem, że to nie kłamstwo, a kolejne niedopowiedzenie. Bianca przejrzy zeszyt syna, zobaczy zrobione zadania i będzie spokojna.

– Tak, Luca. No to bierzmy się do tego i zaraz znów będziesz mógł rysować.

Zajmuje nam to piętnaście minut. Potem dzwonię do Rosy.

– Bianca musiała jechać do biura, a mnie coś wypadło. Mogłabyś przyjechać i przypilnować Lucę?

Jak zwykle Rosa jest dyspozycyjna i już pół godziny później dociera do nas do domu. Zostawiam jej syna i wychodzę.

Pogoda jest cudowna i do centrum idę pieszo. Aleje wzdłuż Tybru pełne są turystów, młodzieży i par, często z dziećmi. Przyszli klienci i materiał do mojej książki.

Oglądam witryny sklepów pozamykanych z racji święta. Mój nowy obiekt pożądania nazywa się Nokia Communicator 9210 i będzie w sprzedaży za miesiąc. Pewnie, że kosztuje koszmarnie dużo, ponad dwa miliony lirów. Ale przynosimy do domu dwie wypłaty, Bianca nieco więcej ode mnie, a dom dostaliśmy od moich rodziców, więc nie mamy na głowie ani czynszu, ani kredytu do spłacenia. I chcę być wśród pierwszych posiadaczy tego telefonu. Zatrzymuję się przed witryną sklepu firmowego Gucciego. Wracają do mody spodnie z kantem i zaszewką, krój, który bardzo dobrze na mnie leży. Oczywiście kosztują paręset tysięcy lirów, ale wiem, że bardzo dobrze będę w nich wyglądał. Nagle słyszę, że ktoś mnie woła.

– Johnny!

Scarlett Steele stoi w grupie swoich rówieśników. Obcisłe dżinsy odkrywają opalony pępek. Zajada się lodem. Uśmiecha się i podchodzi do mnie.

– Johnny! Taki przystojniak jak ty nie ma nic lepszego do roboty jak samotny spacer?

Powstrzymuję uśmiech. Pochlebstwo robi na mnie wrażenie, ale ona nie może się o tym dowiedzieć.

– Lubię samotne spacery.

– Co za głupota!

– Pracuję, panno Steele.

Patrzy na mnie, jakbym był szalony.

– Robisz sobie ze mnie jaja?

Cierpliwie się uśmiecham.

– Piszę książkę. Kiedy spaceruję, obserwuję ludzi.

Przez chwilę obawiam się, że byłem trochę zbyt pompatyczny i że dziewczyna mnie wyśmieje. Ale nie, wydaje się pod wrażeniem.

– Jesteś pisarzem?

Ciekawe, dlaczego na kobietach takie wrażenie robią mężczyźni, którzy mogą o sobie powiedzieć, że są pisarzami. Może wyobrażają sobie, że są bardzo inteligentni i wyjątkowo wrażliwi.

– Jestem psychoterapeutą i pracuję z parami. I piszę książkę na ten temat.

Dziewczyna chichocze.

– W takim razie powinieneś przeprowadzić ze mną wywiad, Johnny! Jestem ekspertką od nieszczęśliwych mężów i narzeczonych! Jeśli mnie odwiedzisz, wszystko ci wyjaśnię.

Podaje mi bilecik. Przez moment myślę, że to wizytówka, potem się orientuję, że to reklama lokalu Food and Drink.

– Wieczorami pracuję jako kelnerka w tym pubie na Zatybrzu. Jeśli wpadniesz, opowiem ci coś o twoich parach, Johnny…

Biorę bilecik, wsadzam do kieszeni, podaję jej rękę i żegnam się formalnie. Kiedy odchodzi, patrzę na jej tyłek.

Jeden z najpiękniejszych, jakie widziałem. Ciekawe, jaka ona jest…

Zaskakuje mnie ta druga część mojej myśli. Mówię sobie, że to normalne u czterdziestolatka. Nieco odważniejsze myśli. Ale tylko myśli. Wracam do oglądania spodni w witrynie sklepu Gucciego.

Środa, 2 maja 2001

Balistreri

Wygląda na to, że Ezio Conti wypoczął. Opalenizna na twarzy wskazuje, że spędził wolny dzień na świeżym powietrzu, wyciągnięty na leżaku. Znamy się od dawna, pracowaliśmy razem przy innych sprawach. Wszystkie rozwiązane. Siedzi za swoim pięknym biurkiem i patrzy na mnie i Antonia Coppolę niezadowolonym wzrokiem.

– Nie wydaje mi się, żebyście zrobili wielkie postępy.

Coppola kręci się niespokojnie obok mnie. Nie znosi Contiego. Straszny snob i do tego wysoki. Ale tym razem prokurator ma rację. Wiele nie mamy. Może nawet nic.

Conti patrzy na mnie.

– No więc? Mamy w mieście seryjnego zabójcę? Nie jesteśmy przecież w Ameryce. I jak się zdaje, nie mamy nierozwiązanych spraw podobnych do tej.

– Rzeczywiście. To nie seryjny zabójca.

Spogląda na mnie pytająco.

– A z czego to wnioskujesz, Balistreri?

Coppola chrząka. Lubi wprawiać Contiego w zakłopotanie.

– Przepraszam, panie prokuratorze. Jeśli znajdzie pan czas na lekturę wstępnego raportu kryminalistycznego…

Podaje mu egzemplarz, choć raport wysłałem mu wczoraj e-mailem. Tylko że Conti był nad morzem i z pewnością nie miał jak go zobaczyć.

Czyta teraz, podnosząc brew już po pierwszych zdaniach.

– Brak spermy w pochwie?

Coppola uprzedza moją odpowiedź:

– Użył prezerwatywy, panie prokuratorze. Ewidentnie sądzi, że jego DNA jest w naszej bazie danych, czy to z powodu gwałtu, czy innego przestępstwa. W międzynarodowych bazach danych mamy niewielu gwałcicieli i seryjnych zabójców, którzy używają prezerwatywy.

Conti odkłada kartki.

– Przypadkowy zboczeniec z prezerwatywą w kieszeni?

– Widziałeś wstępny raport z sekcji zwłok? – pytam.

Patrzy na mnie z irytacją. Pewnie, że nie widział.

– Czytałem go, Balistreri. I nie znalazłem tam nic użytecznego.

– Donatella Caruso nie była pijana, poziom alkoholu we krwi jest taki, że mogłaby prowadzić samochód. I nie brała żadnych prochów.

Prokurator traci cierpliwość.

– No i co z tego?

– Dziewczyna była w doskonałej formie fizycznej. Wiesz, jaki sport uprawiała? Karate. Trenowała codziennie.

– Rozumiem. Ale jeśli tamten był uzbrojony, na pustej plaży mogła mieć nawet czarny pas i nic…

– To nie była pusta plaża, panie prokuratorze. Donatella poszła z koleżanką potańczyć do tłocznej dyskoteki. Gdyby ktoś chciał ją wyciągnąć siłą, stawiłaby opór, skoro była trzeźwa. A bramkarz w lokalu z pewnością by coś zauważył.

– Może poszła zapalić papierosa na plaży przed dyskoteką i tam ją dopadła ta bestia.

– Nie paliła. Co więcej, plaża przed dyskoteką jest oświetlona i bramkarz widziałby ją albo słyszał krzyki.

Conti patrzy na mnie z rosnącą irytacją, a Coppola doskonale się bawi.

– Pewnie wyszła z dyskoteki na spacer w stronę kąpieliska, gdzie ją napadnięto.

– Pół kilometra, sama, po ciemnej plaży, panie prokuratorze? Może i tak, ja jednak sądzę, że było inaczej.

Teraz Conti przestaje ukrywać złość.

– Słuchaj, Balistreri. Już od lat w prokuraturze znosimy cierpliwie twoje grubiaństwo, a wiesz dlaczego? Bo masz szczęście i dobrych ludzi w wydziale, którzy za ciebie znajdują morderców. Ale jeśli nie przestaniesz się tak zachowywać, porozmawiam z moim szefem, prokuratorem Abbiatim, a on porozmawia z twoim szefem, kwestorem…

Wstaję, a Coppola razem ze mną.

– Znał ją, panie prokuratorze. Podszedł do niej w dyskotece i pod jakimś pozorem przekonał ją do spaceru po plaży, aż do kąpieliska. Tymczasem do usłyszenia.

Kiedy wychodzimy, Coppola chichocze.

– Wie pan, co o panu mówią w kryminalnym i prokuraturze, dottor Balistreri?

– Nic mnie to nie obchodzi, Coppola.

– Właśnie. Zimny facet bez serca, tak mówią. Ale pan ma łeb, a to jest tysiąc razy więcej warte.

– Słuchaj, Coppola, nic mnie to nie…

– Wiem. Ale mogę przynajmniej powiedzieć, dlaczego wolę pracować u pana mimo tych pańskich manier i cuchnącego gabinetu?

Patrzę na tego półtorametrowego człowieczka. Też go lubię, może z powodu jego wzrostu, a może przez jego wady.

– No dobrze, Coppola. Powiedz i więcej już o tym nie rozmawiajmy.

Puszcza do mnie oko.

– Miesiąc temu był u nas kurs dla wszystkich naczelników sekcji, pamięta pan? O tym, jak motywować podwładnych.

– Nie pamiętam i…

– Nie pamięta pan, ponieważ był pan jedynym naczelnikiem, który tam nie był. Wykręcił się pan chorobą.

– Miałem atak nadkwasoty.

– Nadkwasoty, akurat! Tamtego dnia widziałem pana na kolacji z zajebistą cipą.

– Coppola!

– Przepraszam. W każdym razie nie jest pan typem, który chodziłby na kursy, gdzie uczą, jak posuwać podwładnych od tyłu i bez mydła.

Odpuszczam. Na Krasnala nie ma sposobu.

Czwartek, 3 maja 2001

Nanni

Rosa jest pomocą domową doskonałą. Numer stacjonarny mojego gabinetu został przekierowany na jej komórkę i w ten sposób może wykonywać dla mnie pracę sekretarki. Dzwoni do mnie między jedną a drugą parą pacjentów:

– Właśnie telefonowała dziewczyna z amerykańskim akcentem. Miss Steele. Zostawiła mi numer.

– Teraz nie mogę. Przypomnij mi o tym kiedy indziej – odpowiadam instynktownie.

Nie mam zamiaru rozmawiać ze Scarlett Steele. Nie za pośrednictwem Rosy, to by była wielka nieostrożność. Tym bardziej że Bianca widziała ją ze mną i wiem, co sądzi o dziewczynach typu Scarlett.

Ale po południu Rosa telefonuje ponownie:

– Znów dzwoniła Miss Steele.

Postanawiam zmierzyć się z sytuacją. Inaczej Scarlett będzie dalej do mnie wydzwaniać, a nie chcę, by Rosa zapamiętała to nazwisko. Każę sobie przedyktować numer i dzwonię.

– Panno Scarlett – zaczynam bardzo formalnym tonem.

Słyszę lekki śmiech. Ale to nie jest bezczelny śmiech Scarlett. To śmiech zażenowania.

– Nie jestem Scarlett, dottor Annibaldi. Jestem Nicole Steele.

Już drugi raz popełniam gafę wobec tej kobiety, ale ona zdaje się tym nie przejmować.

– Przepraszam, dottore. Powinnam była podać swoje nazwisko po mężu, a teraz pomyślał pan, że to moja siostra próbuje się z panem skontaktować.

Nie mam nic przeciwko temu, że Nicole uważa, iż nie miałem ochoty oddzwaniać do jej siostry. Odpowiadam po angielsku:

– Tak, to prawda. Jak mogę pani pomóc?

Ona też kontynuuje po angielsku:

– Po naszym spotkaniu przedwczoraj na uniwersytecie przemyślałam różne rzeczy. Chciałabym, żebyśmy z Victorem rozpoczęli terapię u pana.

– Pani Bonocore, są dwa podstawowe założenia, które trzeba spełnić, by podjąć terapię: trzeba być przekonanym, że to może pomóc, i należy osobiście wybrać terapeutę.

– Sądzę, że oba są spełnione.

– Za pozwoleniem, pani Bonocore, z tego, co słyszałem tamtego wieczoru, wnioskuję, że pani mąż nie jest typem chętnym do poddania się psychoanalizie. Poza tym on mnie nie wybrał.

Kobieta wzdycha.

– W pewnym sensie ma pan rację. Victor nikogo by nie poprosił o pomoc. Ale wierzę, że byłby skłonny podjąć terapię, gdybym mu ją zasugerowała, skoro mówi, że mnie kocha i nie chce mnie stracić.

– A dlaczego właśnie ja?

– Ponieważ trudno jest mi mówić o pewnych sprawach, a tym bardziej po włosku. A pan świetnie mówi po angielsku.

– No dobrze, ale pozostaje jeszcze to, że pani mąż mnie nie zna. W porządku, skoro tak pani uważa, proszę mu to zaproponować, a potem zobaczymy.

– Chciałabym lepiej wiedzieć, jak mu to przedstawić. Czy możemy się spotkać i porozmawiać o tym osobiście?

– Przyjmuję pacjentów do siódmej, a o ósmej jem kolację z żoną i synem.

– Mogę być w pana gabinecie kwadrans po siódmej. Zabiorę panu tylko kilka minut.

Doświadczam jednocześnie dwóch emocji. Nie powinienem mieć nic wspólnego z siostrami Steele. Ale nie chcę odmówić.

– Dobrze. Czekam na panią kwadrans po siódmej, ale będę miał tylko parę minut.

Balistreri

Pamela Neri ma zaledwie dwadzieścia lat. Drży, nie potrafi powstrzymać łez. Niezwykle trudno wydobyć coś użytecznego od przerażonego świadka, na dodatek kompletnie rozbitego po śmierci najbliższej przyjaciółki.

Jesteśmy u niej w domu. Siedzi na kanapie pomiędzy swoimi rodzicami, naprzeciwko Coppoli i mnie.

– Donatella była nadzwyczajną dziewczyną. Dobrą i koleżeńską. Wysportowaną. Przyjaźniłyśmy się jeszcze w liceum, przed zrobieniem dyplomu z księgowości. Potem ja poszłam na studia, a ona do pracy w firmie ojca.

– Miała chłopaka?

Ociera łzę.

– Już nie. Od kiedy rok temu zerwała z Paolem…

‒ Długo byli razem?

Pamela próbuje się uśmiechnąć.

– Sześć lat. Od kiedy skończyła czternaście. Jej pierwsza i jedyna miłość.

– I dlaczego zerwali?

– Bo dziewczyny często dojrzewają szybciej od chłopaków. Donatella była bardzo dojrzała, skończyła szkołę, zdobyła zawód, pracowała, a Paolo parę razy oblał egzaminy, był zafiksowany na piłce nożnej i tam tracił czas, należał do ultrasów Lazio, chodził na wszystkie mecze w Rzymie i na wyjeździe. W końcu Donatella musiała go rzucić…

– Dla innego? – pyta Coppola.

Zdecydowanie kręci głową.

– Nie, choć wymyśliła sobie, że kogoś ma, by przekonać Paola, że ma się od niej odczepić. Wie pan, czasem to jedyny sposób.

– Pamięta pani nazwisko Paola? – pytam.

– Oczywiście, Paolo Maestri, mieszka w tej samej dzielnicy co Carusowie, niedaleko ich domu.

– Czy ostatnio kręcili się wokół Donatelli jacyś chłopcy?

– Jacyś tak, ale nikt, na kim by jej zależało.

– Przychodzi pani na myśl ktoś szczególny? Może jakiś bardziej natrętny chłopak?

Zastanawia się chwilę.

– Nie wiem o nikim takim. A Donatella by mi powiedziała.

Teraz przychodzi najgorsza część.

– Tamtego wieczoru w dyskotece… Pojechałyście tam same autem Donatelli, tak?

– Tak, oczywiście. Tylko my dwie.

– Byłyście z kimś umówione na miejscu?

– Nie, często jeździłyśmy same się pobawić.

– Tańczyłyście tam same?

– Tak, przez dłuższy czas. Później wie pan, jak to jest, ludzie się gubią w tłoku na parkiecie, potem odnajdują i znów tracą z oczu. Tylko że w pewnym momencie Donatella całkiem znikła…

Znów zaczyna płakać i spojrzenie ojca daje mi do zrozumienia, że czas kończyć.

– Jest pani pewna, że nie widziała jej byłego chłopaka w lokalu?

Kręci głową.

– Nie było go.

Coś w tej zdecydowanej odpowiedzi mnie zastanawia.

– Skąd ma pani tę pewność? Tam były setki osób…

– Ma pan rację. Chodziło mi o to, że go nie widziałam, a Donatella mi powiedziała, że Paola tam nie ma.

– Donatella powiedziała, że Paola tam nie ma? A skąd jej taka myśl przyszła do głowy?

– W pewnej chwili podczas tańca znalazłyśmy się blisko chłopaka, który miał na ramieniu taki sam tatuaż jak Paolo, orła z herbu Lazio. I wtedy Donatella powiedziała coś takiego: Wiesz, że wciąż tęsknię za Paolem? I wolałabym, żeby on tu był obok zamiast tego bandziora.

– Bandziora? Napastował was?

Dziewczyna kręci głową.

– Nie, ani trochę. Tyle że ten facet obok orła miał wytatuowany dwusieczny topór. A Donatella zawsze udzielała się w lewicowych środowiskach, chodziła do centrów społecznych.

Na moment milknę. Dwusieczny topór, symbol Ordine Nuovo, skrajnie prawicowej organizacji, do której sam należałem w początkach lat siedemdziesiątych.

– Czy ten facet z wami rozmawiał? – pytam.

– Nie, przy muzyce na pełen regulator nie da się rozmawiać.

– Może go nam pani opisać? – pyta Coppola.

– W tłumie i przy tych psychodelicznych światłach niewiele widać. Ale był wysoki i potężnie zbudowany. Łysa głowa, zdaje się, że miał taki mały śmieszny zarost na podbródku.

Pamela znów zaczyna płakać. Żegnamy się. Gdy jesteśmy w samochodzie, Coppola dzwoni, by znaleźli adres Paola Maestriego. Potem spogląda na mnie.

– Pan wie, co oznacza dwusieczny topór, dottore?

– Wiem, Coppola. Ale nie wszyscy w Ordine Nuovo byli mordercami. Jedni tak, inni nie.

– Ale ten gość z łysą pałą, tatuażami, bródką…

– Coppola, jesteśmy policjantami. Osądzamy fakty, nie osoby.

– Naprawdę? Czy jeśli weźmiemy dziesięciu takich jak on i dziesięciu normalnych, co nie należą do ultrasów, bez tatuaży, to według pana mamy takie samo prawdopodobieństwo, że będzie wśród nich przestępca?

Zapalam gitane’a, a on otwiera okienko.

– Nie, Coppola, nie takie samo. Ale jeśli do przestępców zaliczysz też oszustów podatkowych, łapówkarzy i łapowników, to bardziej prawdopodobne jest, że będzie nim ktoś z tych, których ty nazywasz normalnymi.

Nanni

Punktualnie o siódmej piętnaście słyszę dźwięk dzwonka. Otwieram drzwi, za którymi stoi Nicole Steele w długiej szarej narzutce na szmaragdowozielonym żakiecie, w białej bluzce i czarnej spódnicy za kolano. Rude włosy okrywa jej szara apaszka, oczy chowają się za dużymi ciemnymi okularami. Nie potrafię ocenić, ile może mieć lat. Niewiele, oceniając po skórze, znacznie więcej, sądząc po zachowaniu. Piękna, lecz seksualnie obojętna kobieta. Zbyt chłodna, zbyt grzeczna, zbyt małżeńska. Całkowite przeciwieństwo siostry.

– Proszę, pani Bonocore.

Uznałem, że taka forma będzie najwłaściwsza.

Przez przedpokój wchodzimy do mojego gabinetu z biurkiem, fotelem, skórzaną kanapą i jeszcze jednym fotelem. Wszystkie meble wybrała i kupiła Bianca. Jak zawsze okiennice są przymknięte, a w rogu pomieszczenia, naprzeciwko fotela i kanapy, pali się lampa z abażurem. Nadmiar światła odbiera poczucie zaufania, ciemność napawa strachem. Ale rozproszone światło uwalnia duszę.

Nicole Steele nie zdejmuje narzutki ani apaszki, ja też jej tego nie sugeruję. Gestem wskazuję jej fotel, a sam przesuwam swój w taki sposób, żeby usiąść naprzeciwko. Nicole niepewnie patrzy na kanapę.

– Używam jej do terapii par.

Sprawia wrażenie zaniepokojonej.

– To znaczy, że para siada na kanapie?

– Albo jedno na kanapie, a drugie na fotelu. Pozwalam im wybrać, nie decyduję za nich.

– Bo to już jest pierwsza wskazówka?

– Niekiedy tak. Chcę tylko, by pacjenci czuli się tu dobrze.

Siada na skraju fotela, nie opierając się. Wygląda, jakby była w gotowości, by natychmiast wstać i wyjść. Nie zamierzam jej niczego ułatwiać, to ona prosiła o spotkanie.

– Przepraszam bardzo, że zajmuję panu czas, dottor Annibaldi. Ale mam problem, z którym nie potrafię sobie poradzić, i pomyślałam, że mógłby mi pan pomóc.

– Jak już pani powiedziałem przez telefon, zanim rozpocznę serię spotkań z pacjentami…

– Ja i mój mąż się kochamy. Ale może pobraliśmy się za szybko i pojawiły się spięcia.

– Jak już mówiłem, potrzebna jest wola obojga pacjentów, by można podjąć terapię.

– Victor nie chce mnie stracić. Zgodzi się, jeśli go o to poproszę. Jak często będziemy się musieli spotykać?

– Proszę porozmawiać z mężem, potem zobaczymy. Chcę się nad tym zastanowić, pani Bonocore.

Jest już siódma trzydzieści i najpóźniej za kwadrans muszę wyjść, jeśli mam się nie spóźnić na kolację. Nicole musi czytać mi w myślach, bo wstaje.

– Musi pan wrócić do domu, dottore.

Kiwam głową i też się podnoszę. Koniec rozmowy. Wychodzimy tylną bramą, od strony ogrodu. Czerwone bmw Z3 parkuje obok mojego mercedesa. Nicole otwiera drzwi, już zamierza wsiąść, ale zatrzymuje się na chwilę. Słońce zaczęło zachodzić, ściąga ciemne okulary. Prawie czarny siniec pod lewym okiem jest odpowiedzią na pytanie, którego nie chciałem jej zadawać.

Jaki ma pani problem z mężem?

Grzecznie podaje mi rękę. Potem wsiada do samochodu.

– Tak czy inaczej dziękuję, dottor Annibaldi.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żona doskonała Zło nie zapomina Korzenie zła Jesteś złem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer