Dzienniki 1954-1955

Dzienniki 1954-1955

Autorzy: Agnieszka Osiecka

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 7.34 zł

Osiecka zakochana, osądzana i bezlitośnie szczera w swoich zapiskach.

Kolejny tom dzienników, bez którego nie sposób zrozumieć dziś Agnieszki Osieckiej. „Wolę być Niekochaną niż Grafomanem” – notuje. Osiecka w latach 1954–1955 poznaje jednego z najważniejszych mężczyzn swojego życia, debiutuje w STS-ie i ma szansę wrócić na łono Związku Młodzieży Polskiej, ale nie obejdzie się bez ostrej oceny kolegów i koleżanek.

Ona – zawsze kilka kroków do przodu przed innymi. Rozwija swoje talenty i świetnie punktuje epokę.

Rok 1955 był przełomem w życiu Agnieszki Osieckiej, ale ona wtenczas tego nie wiedziała. Owszem, co nieco przeczuwała, niczego jednak nie mogła wiedzieć na pewno. Znamienne, że notując wrażenia z ważnej wystawy w Zachęcie, przy obrazie „Zraniony stół” Fridy Kahlo postawiła dwa znaki zapytania.

Z pewnością wielu czytelników będzie zaskoczonych obrazem poetki, jaki wyłania się z kart tej książki.

Początek 1954 r. był dla Agnieszki Osieckiej czasem niezwykle trudnym. Sąd Centralny ZG ZMP zajmował się wówczas kwestią jej ewentualnego powrotu do organizacji. Podczas obrad koledzy ze studiów dziennikarskich zarzucali jej niesłychane rzeczy, np. „obcość m.in. w… uczesaniu”. Zarzekali się nawet, że jeśli dojdzie do rehabilitacji Osieckiej, oni rzucą legitymacjami. Takie rzeczy działy się wiosną, potem było już tylko gorzej. Osiemnastoletnia diarystka odkryła bowiem, że „ma w sobie dwie istoty, które siebie wzajemnie nienawidzą”. Jedną z nich była beznadziejna sentymentalistka, drugą – kobieta na wskroś próżna. Moje »powodzenie« jest zagadką dla mnie i dla moich najbliższych. […] Im większa jest moja obojętność dla »nich wszystkich« i im bardziej mnie męczą, tym więcej ich się koło mnie kręci. I tym »energiczniej«. Ale »próżność« nie pozwala mi dać im ostatecznego »kosza«. Raz więc pisała o sobie: Dochodzę do wniosku, że gdybym miała ciut większy temperament, to byłaby ze mnie nie lada kurwa. Chwilę potem reflektowała się i składała najrozmaitsze przyrzeczenia: Jeżeli za 3–5 lat nie przestanę być taka jak teraz i jeżeli Janusz będzie taki jak teraz, to wyjdę za niego za mąż. […] I jeszcze jedno postanowienie: nigdy, nigdy już nie »uwiodę« chłopaka ot, tak, »dla sportu«. Jeżeli się kiedyś kimś zajmę, to tylko dlatego, że zakiełkuje we mnie jakieś prawdziwe uczucie. Aż w końcu stało się – zakochała się bez wzajemności w pewnym Ryśku, którego nie umiała do siebie przywiązać, bo to był „człowiek-artysta, człowiek-treść, człowiek-bogactwo, a nie chłopczyk, którego treścią jest nic albo trochę, marzeniem ja, a on dla mnie – niewiele więcej ponad »rzęsy i loki« – zdobycz!”.

Osiecką twórczo rozwijały rozczarowanie, rozpacz i niespełnienie. Nic więc dziwnego, że w pierwszej połowie 1955 r. zaczęła wreszcie publikować teksty w prasie kulturalnej, zorganizowała z przyjaciółmi teatrzyk, a potem DSS, w końcu też wzięła się do przekładania poezji rosyjskiej. Latem spotkała Witolda Dąbrowskiego – jednego z najważniejszych mężczyzn w jej życiu. Chwilę później zadebiutowała w STS-ie jako autorka tekstu piosenki. Choć stała się modna i popularna, histeryzowała, że w porównaniu z kolegami z STS-u niczego jeszcze nie osiągnęła. Z jednej strony zdawała sobie sprawę, że niespełnienie artystyczne u dziewiętnastolatki to „histeria i… próżność”, z drugiej – marzyła o napisaniu „epopei »antyodwilżowej«”, w której wyraziłaby swój niejednoznaczny stosunek do ówczesnych przemian społeczno-politycznych.

Wolę […] być Niekochaną niż Grafomanem – deklarowała. Szkopuł w tym, że jako pisarka czuła się bardzo niepewnie: Straszne jest to, że usiłuję opisywać świat tylko dlatego, że nie umiem go namalować. Kombinowała, że może powinna wyjść za mąż za malarza: Mogłabym temu człowiekowi wiele pomóc. Skąd wiem? Ot, choćby ze zdziwionych okrzyków Byka – »Ty się znasz!!«. Mogłabym pomóc, a sama miałabym jakąś cząsteczkę siebie w tym jego malowaniu. Ale czybym go nie znienawidziła?.

Agnieszka Osiecka (1936–1997) – polska poetka, autorka tekstów piosenek, pisarka, reżyser teatralny i telewizyjny, dziennikarka. Od 1954 roku związana była ze Studenckim Teatrem Satyryków (STS), gdzie zadebiutowała jako autorka tekstów piosenek. Prowadziła w Polskim Radiu Radiowe Studio Piosenki, które wydało ponad 500 piosenek i pozwoliło na wypromowanie wielu wielkich gwiazd polskiej estrady. Od 1994 roku była związana z Teatrem Atelier w Sopocie, dla którego napisała swoje ostatnie sztuki i songi. Dorobkiem Agnieszki Osieckiej zajmuje się założona przez córkę poetki Agatę Passent Fundacja Okularnicy.

Agnieszka Osiecka pośmiertnie została odznaczona przez Prezydenta RP Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Copyright © Agata Passent, 2018

Przypisy i indeks

Karolina Felberg-Sendecka

Opracowanie wstępne materiałów archiwalnych

Marta Dobromirska-Passent

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Korekta

Irma Iwaszko

Projekt graficzny

Zbigniew Karaszewski

Książka powstała we współpracy

z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej.

Zdjęcia z Archiwum Fundacji.

Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. dołożył wszelkich starań, by dotrzeć do wszystkich właścicieli i dysponentów praw autorskich do zdjęć zamieszczonych w niniejszej książce. Ze względu na to, że do dnia oddania książki do druku nie udało się ustalić niektórych auto­rów zdjęć i źródeł ich pochodzenia, wydawca zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia osobom uprawnionym, których tożsamości nie udało się ustalić, niezwłocznie po zgłoszeniu się ich do wydawcy.

ISBN 978-83-8123-610-2

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

ZESZYT XXXI1

A[GNIESZKA] OSTOJA OSIECKA2

[8 X 1953 – 11 X 1954]

1 Brązowy zeszyt z wytłoczonym na okładce napisem: BRULJON [!] AKADEMICKI.

2 Ostoja (a właściwie: Bożena Ostoja) – pseudonim urodzonej 9 października 1936 r. Agnieszki Osieckiej. Używała go w dziennikach od 1949 r., a zapożyczyła od ojca Wiktora Osieckiego, który pod pseudonimem Ostoja wstąpił w 1937 r. do Związku Autorów i Kompozytorów Scenicznych.

5 I 54 – nudno i pracowicie.

6 I 54, środa

Jak wyżej.

Poza tym czytam Brandysa Między wojnami3. Wdzięczna mu jestem za tę książkę. Troja miasto otwarte4 czytam drugi raz i, jak poprzednio, z nie mniejszym napięciem i „odniesieniem do samej siebie” – niż przedtem.

Pamiętnik Juliana Szarleja5 wywiera na mnie w pewnych okolicznościach owo rzadkie u mnie wrażenie, że wszystko jest bez sensu i właściwie nie warto etc… Słowem, przenosi mnie w świat pojęć owych pięknoduchów, dla których Pankrat6 ma tyle litości (tzn. pogarda plus współczucie), a nasz Litwin7 tyle nienawiści. Mam z tymi ludźmi, tak czy inaczej, wiele wspólnego i nie przestanę mieć, zanim [!] nasze życie nie stanie się atrakcyjniejsze i dopóki ja sama nie stanę się „kimś” (budownictwo dla przyszłych pokoleń nie ma dla mnie w żadnym wypadku uroku). Wiem, że nasza Droga jest słuszna, tylko, niestety, diabelnie trudna i mało na niej owych sukcesów efektownych, które są podstawą mego dobrego samopoczucia (należę do odmiany ludzi, których „laury” nie skłaniają do spoczynku, a stanowią bodziec i, przeciwnie, porażki raczej zniechęcają, niż pobudzają. Dopiero ich przemyślenie skłania [do] rozpoczęcia wysiłku na nowo, ale też bez zapału, a z suchym postanowieniem i nadzieją na „laury”, które dopiero naprawdę „rozbudzą” mnie).

I dobrze się dzieje, że zaraz po Julianie mówi u Brandysa Pankrat. Daje odpowiedź, słuszną i ludzką, na wszystkie znaki zapytania, do których prowokuje mnie Julian (sam ich nie stawiał, bo nie chciał8 wiedzieć, a raczej było mu wszystko jedno), no i raczy patrzeć na takich jak Julian – przede wszystkim bez cielęcego, bałwochwalczego podziwu, z jakim zwykle do wnętrza pięknoducha zaglądam.

A ludzie (publika w kinie i teatrze i jej reakcje, „masa” studencka) są tak okropni, że prowokują do odwrócenia się z niesmakiem. I nawet łatwo się za to rozgrzeszyć – przecież sama ich wszystkich nie „wychowam”, nie nauczę odczuwać piękna, a za to oni „psują mi krew”.

Byłam na Rzeczpospolita zapłaci Auderskiej: przeciętna sztuka, przeciętnie grana. Jeden Grabowski świetny w „takiej sobie” roli Stańczyka9 – on tworzy rolę, a nie rola jego.

Wczoraj ciekawa rozmowa z ojcem10 o Brandysie. Zagadnienie „łopatologii” i jej złego oddziaływania na artystyczne walory utworu. Ja: „Sztuka polega na tym, żeby pisać tak, że czytelnik po przeczytaniu sam dopowiada sobie komentarz taki, jakim by go napisał autor, gdyby go napisał” i „Trzeba rzucić parę kresek (ale jak??) i zapytać – »no i co pan na to?«”.

Ojciec mówi o Aragonie, o Priestleyu i Marcelim Prouście11.

Mama kupiła znowu sporo nowych książek: do poprzedniego Diderota i Filantropa doszły jeszcze Ludzie i zdarzenia Andrzejewskiego, Za białym murem A. Seghers i Nowela fantastyczna Tuwima12. A czasu na czytanie piekielnie mało w porównaniu z tym, co jest do przeczytania. A ostatnie wakacje, poza literaturą teatrologiczną, zmarnotrawiłam w najwyższym stopniu!

Napisałam komentarz o literaturze niemieckiej, w który włożyłam sporo pracy, ale wyszła przydługa kobyła (jak na komentarz) i dla nieokreślonego czytelnika. Ale niesmak po niej nie pozostał – przydało mi się szczególnie zbieranie materiału. Powtórne przeczytanie Siódmego krzyża13 A[nny] Seghers wywarło na mnie oszałamiające wrażenie. Niektóre sceny, gdy przymknę oczy, widzę i przeżywam jeszcze teraz z równą siłą.

Była dziś bardzo ciekawa próba zespołu dramatycznego. Obgadywaliśmy pomysł inscenizacji na temat W-wy. Poddałam myśl, wywiązała się cała bardzo zapalona wymiana koncepcji i wspólnie stworzyliśmy całkiem ciekawy szkic. Jeszcze mi się nigdy tak ciekawie „kolektywnie” nie myślało.

Prof. Płatkow powiedział mi dzisiaj: „Pani dobrze mówi po francusku”. Bardzo się z tego cieszę – jest to jednak jedyny język, w jakim zrobiłam krok naprzód w ostatnich czasach. Na resztę brak mi czasu. Co zrobić? A lektoraty nic nie dają. Po kursie wezmę się za to [!] solidnie. Liczę bardzo na Edka14. On mi pomoże we francuskim, a ja jemu w niemieckim i angielskim15. No i czytać!! Czytać po angielsku. Czytać po angielsku i po rosyjsku co najmniej tyle, co [!] po francusku i po niemiecku! No i tłumaczyć sobie z włoskiego – od Wielkiej Nocy będę co jakiś czas kupować „Unitę”16.

Obżeramy się z ojcem czekoladą i pomarańczami i zaczyna mi się poprawiać humor, który mam ostatnio nadkwaszony. Męczy mnie ograniczoność niektórych osób z mego otoczenia i brak czasu, którym mogłabym swobodnie rozporządzać. Boję się silnie zarywać nocy, bo czeka mnie podstępna sesja (kolektyw17, egzamin z kryminalistyki!).

Myślę o Andrzeju18. Ciekawe, co byłoby, gdyby… Głupie – co by było, gdyby słoń do karafki wlazł!

7 I 53, czwartek19

Jestem w stanie dość silnej depresji, której przyczyny nie umiem dokładnie określić. Oczywiście – sporo nauki i trudności z nią związane (bardzo mi trudno opanować duży, pamięciowy materiał), zła organizacja studiów, którą ostatnio odczuwam szczególnie silnie, wreszcie „zmora” egzaminów na kursie – wszystko to wpływa na marne samopoczucie. Ale nie tylko to. Jestem zła i rozdrażniona z powodów, które kiedy indziej wywołałyby tylko grymas niesmaku albo zostałyby przyjęte jako coś zupełnie naturalnego. Odczuwam potrzebę kogoś, z kim mogłabym pomówić (nie o tej „depresji” oczywi ście – to fanaberie, które tak [czy] inaczej miną, gdy odpocznę i doprowadzę w sobie wszystko do jakiego takiego porządku) o wszystkim – choćby o pamiętniku Juliana Szarleja, kogoś, kto by przewyższał mnie pod względem moralnym i intelektualnym, a właściwie pod każdym względem. Moi najbliżsi – Mama i Janusz20 – nie mogą mi tego zastąpić, bo Mama jest subiektywna i co by nie mówiła [!], chodzi jej o pewne określone sprawy, a Janusz jest za prosty. Dystans, jaki niezależnie od nas powstał między Èlise a mną, niszczy tę ewentualność, a Alina21, posiadając ogromną inteligencję i umysł obserwacyjny oraz umiejętność wypowiadania swoich spostrzeżeń, za bardzo jest pozbawiona mojego zaufania, no i – również za dawno nie szperała we mnie.

Nie sądzę, aby przy pewnych warunkach trudno było mnie zrozumieć – trudność tę widzą odnośnie [do] siebie tylko ci ludzie, którzy żyją w sferze mniemania o sobie, a nie rzeczywistego stanu rzeczy, a o to siebie nie podejrzewam, miewam większe złudzenia co do ludzi niż do samej siebie i bardziej też jestem w stosunku do samej siebie bezlitosna. Toteż zrozumieć mnie nietrudno. Natomiast ocenić nieco trudniej, zwłaszcza widząc we mnie tyle, ile ja o sobie wiem. Chodzi mi tu przede wszystkim o stosunek mój do literatury i o odpowiedź na dręczące pytanie, które mnie w związku z nim bardzo „obchodzi” – czy przy takim jak jest obecnie stanie rzeczy będę mogła wydać plon, o jakim marzę. Jedyne, co utwierdza mnie w przekonaniu, że „tak”, to fakt, że podejrzewam rozmaitych wielkich pisarzy o tę samą pobudkę. Jeżeli „ambicja” (żeby to tak pokrótce nazwać) dyktuje rzeczy ludzkie i piękne, to czy można przesadzać, że się „nie uda” – właśnie dlatego, że dyktowała [to] ambicja, a wszystko inne było wtórne?!

Jestem człowiekiem, który odszedł od „tamtych”, bo mają fałszywą i nieludzką ideologię, treść, a do „tych” jeszcze nie doszedł, bo mają brudne paznokcie i nie umieją rozmawiać moim językiem. Stąd wypływa „teoretyczność” mojej wiedzy i moich poglądów22. Tacy właśnie szlachetni teoretycy jak ja i Andrzej stoją bezwzględnie „po tej” stronie barykady, ale z tymi, w których tłumnie stoimy, nie mamy nic wspólnego poza wspólnym wrogiem i odległym, choć pięknym celem, jakim jest komunizm. To jest niby wszystko, a jednak „na co dzień” – niewiele.

I nie zbliżymy się do tych ludzi i ich spraw dopóty, dopóki lata wykształcenia i równouprawnienia nie doprowadzą ich do naszego poziomu albo dopóki my sami nie nauczymy się z nimi współżyć (prawdziwie!), jeszcze zanim oni tam dojdą.

I to drugie „dopóki” jest jedynie słuszne. Andrzej bardzo się wstydzi, że jest inaczej, i wierzy, że jednak dojdzie do tego, czego od siebie wymaga.

Ze mną jest dużo, dużo gorzej.

Przydam się społeczeństwu nawet wówczas, jeżeli nie dojdę tam nigdy, ale powinnam i chcę dojść. To jest dużo trudniejsze, niż się o tym mówi i myśli tak na co dzień. Tu trzeba nie tylko uprzejmej miny i współczucia (choćby najszczerszego, bo przecież wynikłego z głębokiej solidaryzacji [!]) z tzw. prostym człowiekiem. Tu trzeba jeszcze masę umiejętności, delikatności i serca (Jestem na najlepszej drodze – Gdańsk – sierpień 1954 r. {praktyka – „teren” etc.}). To jest sprawa nie tylko mego pełnego dojścia do moralnej doskonałości człowieka, który chce być komunistą. To jest jeszcze sprawa tego, czy potrafię napisać rzeczy dla naszych czasów ważne. Dlaczego Auderska i Broszkiewicz23 piszą swoje najlepsze rzeczy na tematy historyczne? Dlatego, że nie posiadają [!] z ludźmi, którzy stanowią te 90% w Polsce i którzy są narodem – nic wspólnego poza wspólnymi pojęciami. Co jest dla tych ludzi ważniejsze – marksistowskie, słuszne i ciekawe ustawienie na nowo spraw królowej Bony, Szopena i Mickiewicza24 – czy też sprawy ich własnego życia? No bezsprzecznie te drugie. Ale mało jest autorów, którzy potrafiliby powiedzieć o nich z równie [!] talentem i równie ciekawie, jak mówią o sprawach historii naszej literatury i sztuki. To, że tak hucznie i dokładnie na nowo ustawiamy Matejkę25, jest w obecnej sytuacji przejawem nie tylko dobrych stron naszego życia. Ci „ustawiacze” zdają egzamin wobec historii, ale marnie im idzie z egzaminem wobec człowieka.

I od tego właśnie „dojścia” zależy, czy tacy jak Andrzej i ja zdołamy zdać ten drugi egzamin – stokroć ważniejszy.

Popełniłam już jeden „grzech”. Powinno być tak – „wierzę w człowieka, chcę być komunistą”. Mam zacięcie do pióra, więc tędy dojdę do tych spraw. Chcę pisać. U mnie było inaczej: chcę pisać, ale Gorki26 powiedział, że „kto nie może w nic uwierzyć, ten nie powinien żyć”. Skoro „żyć” – a więc i pisać. Wtedy dopiero „uwierzyłam”.

To nie jest w porządku, mimo że (jak to przed chwilą wyraziłam – znajdzie ją) być może plon będzie taki sam. Tego dziewiątego „grzechu” jednak nie chcę popełnić. Brandys powiada, że socjalizm, żeby nie wiem ilu Szarlejów odeszło, potrafi stworzyć swoją własną kulturę. Ale do tego nie dojdzie się na drodze (nie wiem jak marksistowskiego!!) „ustawienia” królowej Bony. To jest potrzebne, ale nie przede wszystkim. Na ogół pomarańcze podaje się dopiero na deser.

No a ja na razie może umiem napisać coś i nieźle o Słowackim, ale na pewno nie potrafiłabym napisać choćby tak prościutkiej, a przecież dobrej sztuki jak wczorajszy Kret27! I jeżeli za 10 lat pozostanę wewnętrznie taka jak teraz, to i wtedy nie będę tego potrafiła – choćbym już umiała pisać o Słowackim nie „nieźle”, a wspaniale.

Lenin28 powiedział, że o „wielkości pisarza stanowi to, w jakim stopniu dotknął podstawowego konfliktu epoki”.

A ktoś inny, nie pamiętam kto – powiedział jeszcze bardzo dawno – „Życie jest walką”.

A ja chcę być wielkim pisarzem. I będę walczyć – aż do czasu, kiedy przekonam się, że nic z tego nie wyjdzie. Wtedy zostanę nauczycielką i będę się starała wychować innych tak, żeby żaden z nich, zanim wybierze sobie przyszłość, nie patrzał na świat przez pryzmat siebie, ale żeby spojrzał na siebie przez pryzmat świata.

Wieczorem

Jest mi smutno z powodu Janusza.

Ciężkie są te pierwsze dni nowego roku.

Janusz bywa przykry i złośliwy w drobiazgach. W takich drobiazgach, że nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie to, iż czuję, że robi to z jakąś intencją, tylko nie wiem jaką. Może zrobiłam mu jakąś przykrość (nie jestem w ciągłym obcowaniu aniołem) i tak się „mści” albo po prostu mniej mu na mnie zależy niż przedtem i chce mi to dać do zrozumienia, żeby przy ewentualnym zerwaniu było mi lżej? Bo ja wiem. Tak czy inaczej – smutno…

Nie chce mi się uważać (siedzę na kursie). Nie chce mi się uczyć techniki i geografii. Nie chce mi się jeździć na Kasprzaka29.

Chcę być na plaży nad cudnym jeziorem, czytać Feuchtwangera30, pływać, łazić po lesie, rozmawiać z ciekawymi ludźmi, mieć w pokoju masę świeżych kwiatów, mrużyć oczy i patrzeć na promień słońca sączący się przez zielone soczyste liście, głas­kać pięknego kota syjamskiego, patrzeć na obłoki, leżąc na plecach pod drzewami, jeść pieczone kasztany w Tyrolu, mieć oswojonego jeża, śmiać się, śmiać, śmiać!!!!

Jestem zmęczona. Równie bezpodstawnie, jak – bardzo.

Zresztą wiem dlaczego: źródłem moich zapałów i energii jest sukces, nie porażka. No a ja – niewiele miałam tego bodźca ostatnio, a przede mną – kupa pracy. I żaden sukces się nie szykuje.

A w ogóle to – ironia losu. „La poule aime la coq, mais le coq aime la cochon – et c’est la vie”. Mais mois, je les n’aime pas – pas un que l’autre et c’est la plus triste chose de ma vie, qui peut être hereuse mais aussi, bien sûre, elle peut être… Mais ce n’est pas temps encore pour penser comme ça31.

10 I 54, niedziela

Uczymy się geografii. Materiał jest ciekawy, ale opanowanie go przychodzi mi z wielką trudnością. Nigdy nie miałam wielkich złudzeń co do pamięciowej strony moich zdolności, ale teraz jest gorzej, niż mogłabym przypuszczać. Zdać zdam – ale jak?!

Kolektyw mi nie pomaga, raczej szkodzi. Tylko przy przedmiotach „problemowych” jest inaczej.

Jedynym „wytchnieniem” (tu już chodzi nie tylko o geografię – nie dałam się przecież „sfetyszyzować”) są czarujące seminaria z prof. Wolpem32 (literatura romantyczna), z których wychodząc, czuję się po prostu bogatsza, mądrzejsza, no i – języki, szczeg[ólnie] francuski.

Osobiste życie – żadne. Projekty jak zawsze śmiałe i dalekie. Marzenia uparte. Jestem teraz bardzo „skrystalizowana” – noszę w sobie żywą deklarację – prawdziwy program minimum z „maximum”. Tylko z tym programem minimum to różnie bywa.

Na dworze cudowny śnieg. W przyszłą niedzielę idziemy do Muszkatów33. Pierwszy raz mam taki „interesowny stosunek do ludzi” – patrzę na nich i myślę o tym wyjeździe do Paryża. Nie mam nadziei, ale to nie przeszkadza mi pragnąć. Tym bardziej że moje własne życie wypełnia mi tylko nauka i literatura. To jest ([–] w moim wypadku) wiele, no ale samym tym i przyszłością – żyć nie należy.

A tymczasem moje życie towarzyskie powoli sprowadza się do zera. Podobno człowiek ze wszystkiego wyrasta – z majtek, z przyjaciół. Tylko że z tymi ostatnimi sprawa jest bardzo skomplikowana – trudniejsza niż z kupnem nowych majtek.

Nie mogę się uskarżać, że ludzie mnie opuszczają. Nie! To ja z nich „wyrastam”. Może jednocześnie i oni ze mnie. W każdym razie boleśnie odchodzimy.

Pozostało mi dwoje ludzi bliskich – Mama i Janusz. Ale to są ludzie (szczeg[ólnie] Janusz), którzy pozwalają do siebie mówić i ewentualnie – rozumieją. Nie ma wymiany. Jasiek Malarzyna34 jest wyspą, na której ląduję rzadko, ale coraz mniej nieśmiało. Cóż – to nie jest wszystko.

Czasem po prostu tęsknię za Kaliną35. Właściwie nie było okresu, w którym mogłybyśmy się przekonać, czy naprawdę wzajemnie dla siebie coś możemy znaczyć. Cały nasz stosunek można nazwać tendencją do zbliżania. Do samego zbliżenia brak nam okazji, czasu, no i – energii. Czasami czytam po raz x-ty ten „list” Kaliny i mam nadzieję, że tak nie zostanie. Zwłaszcza że…

Czystość sumienia człowieka nie jest miernikiem jego przydatności.

Wieczorem

Wizyta Janka Rajskiego36. Ostra dyskusja na temat pamiętników Władysława Mickiewicza37. Ja – że ten człowiek cały czas kłamał. Janek – że o nim kłamią.

Potem Janek, że… „nie lubię specjalnie Tuwima”. Mama: „Jak taki gówniarz śmie się tak wyrażać o Tuwimie! Patrzy na niego przez pryzmat tego, że był Żydem, któremu każdy »endek«38 mógł dać w twarz. Wiersze Tuwima i taki czytelnik jak Janek, to jak prawdziwe »perły i wieprze«”39.

W radio – cudowny artykuł [!] – wspomnienie Erenburga40 o Tuwimie.

„…Julian Tuwim był poetą natchnionym. Być może polega to na tym, że wśród tysięcy słów potrafił znaleźć jedno, które odzwierciedlało najbardziej osobiste, najgłębsze, najbardziej skomplikowane uczucia ludzkie”.

„Jest bardzo wielu ludzi, którzy piszą wiersze – liryczne i nieliryczne, rymowane i bez rymów… Tak już jakoś jest – potrzebne są i wiersze. Jest bardzo mało – poetów”.

12 I 54, wtorek

Dostałam dzisiaj – piątkę z „komentarza niemieckiego” (o literaturze, o przyjaźni etc.), a w piątek dowiedziałam się na cudnym, jak zwykle, seminarium z literatury z prof. Wolpem, że mały wywód o „romantyczności” napisałam „całkiem, całkiem po ludzku i żywo, plastycznie”. I jedno, i drugie sprawiło mi dużą radość.

Wczoraj zjechałam pół Warszawy samochodem – cały czas sama prowadziłam i dobrze szło. Teraz dopiero jestem z tego zadowolona.

Geografia idzie jak rąbanie kamieni, ale odrobinę lepiej niż w niedzielę.

18 I 54, poniedziałek

Taki, zdawałoby się, niepozorny dzień – osiemnasty. Styczeń. Poniedziałek. Szary ranek. Tłok w autobusie. Wykład z ekonomii – cyfry, cyfry…

A potem – rozmowa z Litwinem i:

„Poprosiłem cię, bo chciałem jeszcze porozmawiać z tobą o rzeczach związanych pośrednio ze »sprawą tych indeksów«41. Chcę ci powiedzieć, że uważam zarzuty wysunięte przeciwko tobie na zebraniu koła za głęboko niesłuszne i krzywdzące. Tak samo za głęboko niesłuszną, lewacką [?] i niewychowawczą uważam uchwałę, która wtedy zapadła. Ja nie znam i nie miałem żadnych zastrzeżeń co do twoich przekonań politycznych. Twoje wyskoki traktowałem jako rzeczy niepoważne, przypadkowe. W zeszłym roku broniłem cię – i wybroniłem. Nie zmieniłem stanowiska i w tej sprawie. A to była trudna, bardzo trudna historia – ta twoja sprawa. Organizacja zetempowska i partyjna do dziś jeszcze, o ile po wszystkich moich »bojach« zgadza się ze mną co do merytorycznej strony całej »tamtej sprawy« i związanych z nią zagadnień, o tyle w konkretnej twojej sprawie nie w pełni i nie zawsze się ze mną zgadza. Musiałem się przeciwstawić i wyższym, stojącym nade mną administracyjnym czynnikom.

A ty w dodatku zrobiłaś wiele głupstw. I niepotrzebnie uderzyłaś w pokorę, kiedy wiedziałaś przecież, jak jest naprawdę i…”.

W tej chwili zadzwonił telefon. Litwin rozmawiał ciepłym, wesołym, spokojnym głosem – takim jak ze mną przed chwilą. Że biurokratycznie przygotowuje się młodzież do pracy na wsi, że to trzeba zmienić, że oni chłopom duby smalone opowiadają…

Myśli latały mi po głowie dzikie i wyprawiały najprzeróżniejsze harce. Wiedziałam jedno na pewno: było dwóch ludzi, którzy mogli mnie „wtedy” sądzić – to był Litwin i – ja sama. Myślałam, że to całe piekło, „dramatyczny” nastrój, splot czynników, tragikomiczna, ludzka „zmienność” (jeśli nie nazwać tego przewrotnością), wreszcie moja głęboka – za głęboka jak na pobudki ludzi, którzy mnie chcieli „skazać” – samokrytyka, wyolbrzymiona sprawa „wpływów” (owo biedne, zaprowadzone przez 16-letnią pannicę „na manowce” stadko 30 dorosłych osób42!!) – myślałam, że wszystko to sprawiło, że Litwin przestał mi wierzyć.

Był jedynym, wobec którego czułam się winna. Wiedziałam, że usunięcie mnie z ZMP43 było niesłuszne. Wiedziałam, że według statutu może i zasługuję na to, ale nie w porównaniu z tymi, którzy mnie usuwali. Nie było tam żadnego człowieka, który głosował „za” z czystym przekonaniem, że chodzi mu o słuszność sprawy. Zrozumiałam to wszystko, przemyślałam wiele, znalazłam kierunek i drogę – no i ten okruch pogardy – dla tych wszystkich zaperzonych prokuratorów, dla biednego „stadka” sprowadzonych przeze mnie na manowce, dla Janusza, który taki był „współczucia godny” (te wpływy, wpływy…). I myślałam, że straciłam przyjaźń Litwina.

A tymczasem ten człowiek powiedział mi to wszystko tak prosto i serdecznie i siedzi tu przede mną, bliski, silny; kochany. Patrzałam na jego czarne, gęste włosy przetkane na skroniach srebrnymi nitkami i nie mogłam oderwać od nich oczu – tak samo jak w czasie rozmowy nie mogłam przestać patrzeć mu w oczy. Czułam wdzięczność – ogromną, gorącą, nie do wyładowania.

Wielką drogę do komunizmu przeszłam sama. No – z książką! A kiedy wreszcie przyszłam, to ci, którzy się już mienią komunistami, odpychają mnie, robią groźny cyrk, potworny i śmieszny jarmark „wykazań [!] się”. Dużo mnie śmieszy i złości. Kpię z tego. Za [!] miesiąc [!], po plenum44, podobne słowa, w podobnej formie – wołają z gazet, z książek, z trybuny, ze sceny. Ale przedtem jeszcze – „oni” odsuwają mnie od siebie. Odsuwają mnie, mimo że żaden z nich nie jest ode mnie lepszy. To jest wielka próba. Mogłabym odejść. Zostaję, chociaż jest bardzo ciężko. I teraz ten jedyny człowiek, który miałby prawo nie chcieć sobie w ogóle zawracać tym wszystkim głowy – mówi:

„Wierzę tobie”.

Krzyczało to wszystko we mnie. Miałam chęć podejść do niego, pocałować go w tę srebrną, kochaną, mądrą skroń i powiedzieć dwa proste słowa – „jesteś dobry”. Ale tak nie można. Czekałam.

Skończył rozmowę. Powiedział, że chce nie tylko po prostu powiedzieć mi to wszystko. Że chce również, żebym się „dopominała o swoje prawa” – aż do Zarz[ądu] Głównego i wyżej włącznie. Że to usunięcie szłoby za mną przez całe życie. Że tego można uniknąć, tylko trzeba się o to bić. Mam to robić, a on mi wszędzie, we wszystkim i na każdym froncie pomoże.

Nie wiem, czy to nie za dużo, czy warto to dla mnie wszystko robić. Może o tyle, że jeżeli sprawa będzie dobrze poprowadzona, to posłuży za przykład, jak należy pracować po ludzku z żywymi ludźmi. Wtedy będzie to miało znaczenie wychowawcze, ogólne i gra będzie warta świeczki.

Nie wiem, jak dalece Litwin jest pewny wygranej; nie wiem, ile miał i będzie jeszcze miał przeze mnie kłopotów; nie wiem nawet, na ile mu się to wszystko „opłaci” – tzn. czy warto, czy ludzie zrozumieją, czy to nie będzie trochę demagogia.

Wiem na pewno tylko jedno: ten człowiek mi zaufał. I zyskał sobie we mnie kogoś więcej niż przyjaciela i coś dużo, dużo więcej niż wdzięczność. A ja teraz nie mogę

Mu pomóc!!!!! (VI 54)45

25 I 54, poniedziałek

Brrr… Ależ mnie strach obleciał! Dzisiaj po południu zdajemy stylistykę, a rano chciałabym zdać z piątą grupą ekonomię (5 dni przed terminem – miałabym potem parę dni spokoju). No i denerwuję się. Jest wpół do dziesiątej, egzamin za półtorej godziny, a ja nie mam pewności, czy asystent zgodzi się na to, czy nie. Swoich wiadomości jestem raczej pewna, ale to nie przeszkadza tzw. działaniu nerwu błędnego, czyli, mówiąc po prostu, „intrygowaniu w dołku”!

W piątek, w równie panikarskim nastroju, no i „po długich a ciężkich cierpieniach”, zdałam egzamin z geografii (5!). Po egzaminie gadaliśmy z profesorem – strasznie sympatyczny jegomość – taki miły gangster w okularach. Był zadowolony z grupy, że aż ha! No i my byliśmy we wspaniałych humorach. Co do mnie, to połowę egzaminu (ZSRR) zawdzięczam Januszkowi, bo gdyby nie on, to sama nie dałabym rady się tego wszystkiego nauczyć.

„Kryzys”, jaki przeżywaliśmy z Januszem, minął i jest już zupełnie szczęśliwie, tylko egzaminy wplatają w tę szczęśliwość odrobinę nieszkodliwych nerwów. M.in. dlatego nie mogę teraz dużo o tym pisać.

Przedwczoraj spędziłam niespodziewanie bardzo miły wieczór: około szóstej położyłam się do łóżka z ekonomią i „kułam”. Telefonów była gromada, ale Mama tłumaczyła cierpliwie, że… „nie ma, nie było i nie będzie”. Aż tu zadzwonił Janek46 i Mama się „złamała”. Okazało się, że siedzą z Januszkiem L.47 u Janka, piją, gadają i „muszą mnie widzieć”, a Janek ma gorączkę, więc żeby przyjść koniecznie. „Przyszłam koniecznie”, mimo że byłam przedtem rozebrana, no i przegadaliśmy (i przepiliśmy) cudnie cały wieczór. Piliśmy jakieś bułgarskie, radzieckie i nie wiadomo jakie wina, ale tragedii jakoś nie było, tylko Januszek zrobił się smutny, powiedział, że to ja go zdradziłam, a nie on mnie, i grał na fortepianie wszystkie melodie z tych czasów. Janek, jak zwykle, opowiadał krew w żyłach mrożące historie.

Sprawa ojca Januszka – podobno na najlepszej drodze.

Wczoraj po kolektywie był u mnie mały bridge48 i przy okazji trochę tańcowania. Chciałam z tego względu zatrzymać *Janusza, ale mi się to nie udało, bo musiałabym zatrzymać wszystkich, a Mama powiedziała, że jeżeli Anita49 zostanie, to ona wyjdzie, i w ogóle denerwowała się bardzo Anity bezczelnością. Dzwoniła do Janka, żeby jakoś ją „wyrzucili”, jeżeli ją tu zastaną etc., etc. Niesmaczne.

Wieczór był udany, ale ja – śpiąca i zmęczona. Kolektyw męczy teraz bardziej niż przedtem – Janusz i Marzena50 rozumieją wszystko w lot i przy x-tym tłumaczeniu zaczynają się wygłupiać. Wtedy tamtym dwojgu i mnie robi się przykro i robota źle idzie.

W sobotę w Dziennikarzu51 powiedziano mi w ścisłej dyskrecji, że po trzecim roku kursuje wieść, jakoby moja Mama rozsiewała plotkę, że „Litwin dlatego usunął (!!!) mnie z ZMP, że ja nie chciałam z nim uciąć romansu”. Oburzyło mnie to z wszystkich możliwych punktów widzenia. Powiedziano mi to w celu „życzliwego ostrzeżenia” („bo wiesz, Litwin i tak się wszystkiego dowiaduje, więc lepiej, żebyś była na to przygotowana”), ale osoba ta nie wiedziała, jaki jest rzeczywisty stosunek Litwina do mnie (w związku z tą rewizją uchwały etc.). Tymczasem ja sama muszę po prostu to wszystko Litwinowi zakomunikować. Powiem po prostu, że zobowiązano mnie do niewymieniania nazwiska tej osoby. Przecież on nie może w to uwierzyć – chociażby dlatego, że to krzywdziłoby tak bardzo moją Mamę!!!

29 I 54, piątek

Jest bardzo pięknie. Dni płyną mroźne, słoneczne, śnieżne – jak roziskrzone kryształki nanizane na promyk słońca. Wieczorem śnieg skrzypi i śpiewa pod nogami, i mruga miliardem wesołych oczek – gwiazdeczek. Niebo jest bardzo granatowe, a w dzień siwo-niebieskie, jakby posrebrzone mrozem. Na szybach kwiaty, mozaiki i różne „postimpresjonistyczne” cuda. Marzną uszy, nosy, policzki, palce i zęby, gdy je pokazać w uśmiechu. I nawet ja miewam czerwony nos!

Dzięki przedterminowemu zdaniu tamtych dwóch egzaminów zyskałam tydzień wakacji. Nie leniuchuję, ale jednak wszystko, co teraz robię, jest odpoczynkiem. Śpię długo, po dziesięć i dwanaście godzin. Około dziesiątej zaczynam tzw. jazdy na samochodzie (po 13-tym52 lutego będę już miała prawo jazdy – ha!), które bardzo polubiłam (co tu dużo gadać – przyjemnie jest ujarzmiać takie mechaniczne bydlę), potem mam kolektyw z ekonomii (nie męczy mnie to – tłumaczyć lubię i umiem, a materiał czerpię już teraz tylko „z głowy”), a wieczorem czytam, czytam, czytam…

Kończę Brandysa, przeczytałam Grodzieńską i Kłopoty z talentem, no a potem zabiorę się chyba do Feuchtwangera, ale zacznę od Goi53!

We wtorek byliśmy na włoskim filmie Rzym godzina jedenasta54, który był jednym z moich najsilniejszych przeżyć tego rodzaju.

Sposób, w jaki reżyser potrafił zbliżyć nas do poszczególnych ludzi za pomocą paru dosłownie rysów, zastąpił tomy „psychoanaliz” i socjologicznych traktatów. Jest to pierwszy film współczesny, który potrafił tak prawdziwie i pięknie ukazać życie (oczywiście mam na myśli filmy, które widziałam). Janusz powiedział: „doskonały ideowo i artystycznie”.

To prawda – pod względem wymowy ideowej dorównuje Nędzy filozofii i Kapitałowi Marksa, a pod względem artyzmu – obrazom Leonarda55.

Pod względem człowieczeństwa – temu, co Gorki czuł o człowieku.

30 I 54, sobota

Znowu „nurzam się” w Puszkinie56. To jest bardzo szczęśliwie – wczytywać się w znajome, kochane wiersze, które były ze mną wtedy, kiedy nie było nikogo ani niczego innego. Będę pisała referat o Jego bajkach i lirykach – no i stąd ta okazja do nowej „kąpieli w Puszkinie”.

No i przypominam sobie Tynianowa i Nowikowa57. Książka Nowikowa, podobnie jak Grossman58, wywiera na mnie takie samo silne i swoiste wrażenie jak dawniej. U Nowikowa jest tyle „skondensowanego słońca” krymskiego59, że…

Ale nie chcę powtarzać x razy tych samych słów, które napisałam już przy „pierwszym czytaniu”60. Co do Tynianowa – uderzał mnie kiedyś chłodny, ukryty cynizm tej książki. Widziałam go w takich zdaniach:

„Ludzie uczuciowi – to maszyny, które nie znają swego mechanizmu, poruszane siłą ślepego przyzwyczajenia, nakręcane przez wychowanie”.

Zresztą cytowałam to chyba już kiedyś61. Teraz rozumiem tę książkę i intencje autora trochę inaczej, głębiej. Sądziłam zawsze i sądzę, że do pisania o tej epoce i o jej ludziach (jak zresztą do pisania w ogóle) potrzebna jest – obok znajomości epoki [i] ludzi – również i wielka miłość. Pretensje moje do Tynianowa skupiały się właśnie w zarzucie, że brak mu tej miłości. Teraz patrzę na to trochę inaczej: ona jest, tylko nie pozwala mu na zaślepienie. Zaślepienie, które grozi każdemu; które jest zupełnie naturalne, ale przed którym trzeba umieć się obronić. Co prawda, u Nowikowa jest tej miłości dużo, dużo więcej, a zaślepienia nie ma. To samo u Grossmana. To jest zresztą wyjątkowo piękna książka.

Я вас любил: любовь ещё, быть может,

В душе моей угасла не совсем;

Но пусть она вас больше не тревожит;

Я не хочу печалить вас ничем.

Я вас любил так искренно, так нежно,

Как дай вам Бог любимой быть другим62.

Jakie to straszne uprzytomnić sobie, że ten piękny, ukochany mój poeta, mądry znawca serca ludzkiego – był człowiekiem tak bardzo nieszczęśliwym.

Odczuwam to szczególnie silnie i tak jakoś bardzo osobiście, kiedy przeżywam śmierć Puszkina. A przeżywam ją wciąż na nowo – najsilniej chyba, gdy czytam Lermontowa63 (ten jeden wiersz, mimo całego przekonania o niedorzeczności takiego „stanowiska”, określa cały mój stosunek do Lermontowa. Stosunek jak do kogoś, z kim razem opłakiwałam śmierć najbliższego człowieka – i oboje nie wstydziliśmy się naszych łez). A już po obejrzeniu w Polskim Ostatnich dni64 „boli” mnie, gdy czytam u samego Puszkina:

День каждый, каждую годину

Привык я думой провождать,

Грядущей смерти годовщину

Меж их стараясь угадать.

И где мне смерть пошлет судьбина?

В бою ли, в странствии, в волнах?

Или соседняя долина

Мой примет охладелый прах?65

A w niespełna 10 lat później:

„Погиб поэт, невольник чести

Пал, оклеветанный молвой...”66.

Gorzka odpowiedź, jak na takie pytanie.

Trzech ludzi powiedziało o sobie „non omnis moriar”67. Pierwszy odważył się na to Horacy, drugi – Puszkin, trzeci – Tuwim. Żaden z nich nie omylił się.

Było jeszcze wielu, którzy mogliby również powiedzieć to o sobie – i także nie omylić się. Najwięcej było chyba takich, którzy myśleli tak o sobie – i pomylili się. I to grubo.

Bardzo, bardzo pragnęłabym nie należeć do tej ostatniej grupy. Nie wiem, czy nawet jeśli będę miała prawo tak sądzić, zdobędę się wtedy na odwagę wypowiedzenia tego. Ale chciałabym, aby ktoś powiedział to o mnie. I żeby to była prawda: „Non omnis moriar”.

4 II 54, czwartek

No, sesja za nami.

Zostały mi po niej trzy uczciwie zapracowane piątki w indeksie i jedna „czwórka z przygodami” (z techniki wydawniczej): zdawaliśmy wczoraj. Przygotowana byłam z rzeczy „pozatechnicznych” marnie (żeby nie powiedzieć dokładniej), ale jakoś udało mi się zdobyć u asystenta pięć. Dopiero Kafel68, który co prawda zazwyczaj piątkowiczów nie pyta, zagiął na mnie parol – no i cudem uszłam z czwórką. Brr… Straszne to było. W dodatku już po postawieniu stopnia (sama zrezygnowałam z piątki i prosiłam o cztery i święty spokój) Kafel wdał się ze mną w zawiłe wywody na temat rozmaitych opinii o mnie jako o „cudownym dziecku”, które wydają mu się grubo przesadzone. Zgodziłam się i powtórzyłam po raz nie wiem który, że zdaję sobie z tego sprawę i dopiero przyszłość może wykazać, co jestem warta. Ale to mu nie wystarczyło i zaczął się zabawiać w „psychologiczne igraszki” – jak sam to nazwał – to znaczy w zabawę w sądzenie o człowieku na podstawie kilkukrotnych parominutowych rozmów. Z długich i mętnych wywodów wynikał wcale przekonujący morał, że najbardziej okrzyczane perły bywają fałszywe (a to dlatego, że się nie uczą „perłowato” techniki).

Wyszłam czerwona i zła jak chrzan, opowiadając na prawo i na lewo o psychologiczno-wyroczniowatych wywodach Kafla i o tym, że mam dość wszelkich tego typu rozważań o mnie bez krztyny wiedzy o mnie.

Ale teraz, kiedy pomyślę o przyczynach moich nerwów, to mam ochotę zrobić do siebie łobuzerskie oko i powiedzieć samej sobie porozumiewawczym tonem, że wywody wywodami, ale najbardziej to się panna zezłościła dlatego, że zdobycie tanim kosztem ostatniej piątki „do korony” nie powiodło się. Takie to już ze mnie przewrotne stworzenie. Zresztą może nie takie przewrotne – ostatecznie każdy prawie uczył się techniki tylko dla stopnia. A Zbyszek umiał 3/4 tego co ja i dostał 5! Więc można się powściekać, no nie?

Ale poważnie mówiąc, to należałoby się w sprawie Zbyszka porządnie zastanowić. Zbyszek jest zdolny i w miarę inteligentny. Brak mu jednak samodzielności zarówno w życiu, jak i w nauce. Ponieważ za to drugie, nie tylko ze względu na kolektyw, ale i na przyjazne stosunki, jakie nas łączą, czułam się w pewnym sensie odpowiedzialna, więc starałam się jakoś temu przeciwdziałać. Długie, przyjacielskie i zakończone zazwyczaj rozsądnymi wnioskami rozmowy między nami nie wnosiły jednak nic nowego do Zbyszkowej praktyki: na wszystkie kolektywy Zbyszek przychodził nieprzygotowany, słuchał mnie na ekonomii i stylistyce, Janusza na technice – i zdawał, w dodatku z nadspodziewanie dobrym wynikiem. Zdawał sobie z tego sprawę na tyle, że przyznawał otwarcie – „nie zasłużyłem na taki stopień”. No i całował mi rączki po egzaminach. Ale nie zdawał sobie sprawy na tyle, żeby przełamać wszelkie chęci pójścia na łatwiznę i samemu „przysiąść fałdów”.

No i co zrobić z takim fantem? Przecież nie mogę, kierując się krótkowzroczną „przyjacielskością”, tolerować nadal takiego stanu rzeczy – i w najlepszej wierze „łamać mu skrzydła”. Cóż, kiedy wszystkie wysiłki, rozmowy i ostrzeżenia nie przynoszą rezultatów!

Zbyszek obiecuje „gruntowną zmianę” po sesji. Tym razem poczekam jeszcze, a jeśli teraz skończy się na niczym, to trzeba będzie chyba uciec się do kontrastu, do ostateczności i zaprzestać w ogóle wspólnej nauki z nim. Może jakiś inny kolektyw po prostu zmusi go do pracy.

Miłość jest piękną rzeczą. Nawet jeśli jest taka jak nasza: *gdzie całe szczęście zawarte jest w marzeniu o pełnym szczęściu i w pełnych wyrazu słowach – „trzy długie lata”.

„Любовь никогда не бывает без грусти, Но это лучше, чем грусть без любви”69.

Życie człowieka jest pasmem tęsknot i rozczarowań.

Wieczorem

O Boże, Boże, którego nie ma! Mimo to zwracam się do Ciebie, a zawsze gdy się chce wykrzyczeć, trzeba się wykrzyczeć do kogoś.

Więc krzyczę:

Czuję się tak, jak w któryś tam czwartek, kiedy histeryzowałam, że „nie dam rady”. Potem minęło, nasza sesja poza techniką była lekka i ciekawa. A teraz wróciło – z furią i z bólem, i z ciągłą skłonnością do „histerii”. Łażę po świecie, śmieję się, gadam i gardło mam pełne łez.

Bo ja chcę, żeby było lato, a jest zimno i mróz. Chcę pływać i czytać wiersze, a muszę chodzić na kurs i zdać te sześć diabelskich egzaminów. Mam w dupie karburację70 (a to ciekawe urządzenie!!) i rozmaite podwozia, a muszę się tego kuć. Ale z tego będę miała chociaż prawo jazdy, a tego bardzo chcę.

Najgorzej jest z prawem. Poszłam tam wtedy, kiedy wahałam się między SGSZ-em71 a dziennikarką. Teraz już zdecydowanie zwróciłam się w stronę literatury i w całym tym ciągnięciu za sobą prawa72 nie widzę celu. Że jednak mam na to siłę – ciągnę. Po co ja to robię – tylko dla ojca.

To jest chyba bez sensu. Nie wiem. Zdam te dwa egzaminy, zdam jeszcze piętnaście, no i co? Po co mi to? Ja chcę pisać. A po cholerę mi w tym te wszystkie paragrafy, że „może się przydać”? Bzdura! W takim stopniu to wszystko może się przydać.

Mnie się nie chce tego uczyć! Chce mi się płakać. I spać, ale nawet spać nie mogę, bo głowa mnie boli jak cholera.

Gdyby nie Janusz, to zostałaby ze mnie teraz tępa złość, garść marzeń i coś na kształt rozpaczy.

I jeszcze jedno –

[dwa zdania z lewej strony spięte klamrą:]

to, czego wymaga ode mnie Litwin. Och, jak ja się boję tej całej „sprawy”.

Kiedy Tolo Szarlej odchodził od ludzi, pojęć i sumienia swojej klasy, to przyjęły go mocne, serdeczne ręce.

A ja przeszłam tę drogę sama z książką, a teraz, już po dojściu, zrobiono przy okazji jednego z moich błędów czy potknięć wielką hecę. Co miało boleć, zabolało, co miało pomóc, pomogło.

I już – koniec. Właśnie – a tu raptem okazuje się, że nie – nie koniec. O Boże, niech będzie koniec. Ja nie chcę robić drugiej hecy. Ja nie wytrzymam. Ja nie chcę, żeby oni się znowu grzebali w moim wnętrzu, a właściwie w jakimś spaczonym, obcym pojęciu, jakie sobie o nim wytworzyli. Ja tego nie chcę, nie chcę, nie chcę. Jeżeli nawet nie mam racji – to nie chcę.

Za półtora roku wrócę do ZMP. Może gdy skończę uczelnię, to „zrehabilituję się” do reszty i natrafię na kolektyw, z którym dojdziemy do porozumienia. Ale teraz ja chcę tylko spokoju.

Spokoju!!!

Czasami jestem pewna, że zwariuję.

Towarzyszu Litwin, ja nie mam siły. Ja nie jestem takim człowiekiem, jakiego Wy chcecie we mnie widzieć.

Ja jestem taka sobie dziewczynka, która ma oczy w mokrym miejscu i zadawnioną skłonność do życia w cieplarnianej atmosferze.

Chcę schować głowę w piasek za cenę spokoju.

Towarzyszu Litwin, nie róbcie ze mnie żadnego „cudownego dziecka”.

Ja potrafię dawać sobie radę w życiu, które pieści, i wśród delikatnych, wrażliwych, subtelnych ludzi. Takiej rzeczywistości nie ma. A ja nie mam siły nawet zacząć się hartować (Mam siłę. Chcę mieć).

Histeryczka. Daję sobie 5 minut na doprowadzenie siebie do porządku.

Żeby nie być jak ten zabłąkany smarkacz Jesienin73. Janusz!!!

8 II 54, poniedziałek

Jutro mam dwa egzaminy – jeden na prawie (ustroje), drugi na kursie. W środę – jeden na kursie. W czwartek dwa i w sobotę dwa.

19-go – państwowy w Ruchu74.

Czuję się jak przyrząd do rejestrowania wiadomości.

Mocno↑ rozklekotany.

9 II 54, wtorek

„Wyrzec się nadziei – to przestać żyć. Jedynie duma chroni przed utratą rozsądku”.

(Tynianow)

11 II 54, czwartek

No, mam kupę roboty za sobą. Jeszcze trzy egzaminy na kursie, w tym jeden łatwy – i już. Jestem zmęczona, ale już teraz widzę, że powodem tego jest nie praca, której rzeczywiście jest mnóstwo, ale ja sama. Od któregoś tam dnia, kiedy wpadłam pierwszy raz w histerię „jak ja sobie z tym wszystkim tam poradzę”, trwam w stanie jakiegoś straszliwego lęku przed tym, że mi to wszystko przestanie leźć do głowy, że w ogóle nie wytrzymam itd. A tymczasem „to wszystko” lezie jakoś do głowy (i to wcale nie gorzej niż np. na początku sesji!) i w dodatku nie jest wcale takie nudne, chociaż trudne piekielnie. Egzaminy, choć długie i wyczerpujące, odbywają się w przyjemnej, miłej atmosferze. Tylko we mnie jest coś nie w porządku. Złoszczę się i denerwuję jakby „na zapas”. Jestem zmęczona tym, że się obawiam zmęczenia, i jestem zdenerwowana tym, że „nie wytrzymam”, i że trzeba łapać „drugi oddech” i gwałtownie brać się w karby. A tymczasem do takiego rozpaczliwego finiszu jeszcze daleko i siły właściwie mam kupę, tylko… rozsądku nie staje. Wiem zresztą, skąd się to wzięło – bałam się przecież swoich możliwości. No i – za bardzo się bałam.

No, ale że robota, to robota. Przy którymś tam z rzędu systemie półosiek75 jęknęłam głucho, załkałam gorzkimi łzami, powtórzyłam z hamletowskim gestem coś w stylu „O Boże, za czyjeś winy te cierpienia, ach!” – no i nauczyłam się półosiek, po czym pojechałam na egzamin i zdałam go chlubnie po dwóch godzinach „mąk piekielnych”.

Cały dzień walił śnieg. Tutaj u nas świat jest jak zaczarowany, ale na mieście sytuacja tragiczna. Samochód ciągnie jak po piachu i na bezpośrednim biegu76 dyszy, aż żal bydlęcia.

Dziś po egzaminach przyszłam do domu i wygłosiłam wielkie przemówienie na temat stanu, w jakim się znajduję. A więc – zmęczenie psychiczne do ostatnich granic. Nerrrrwy. Nie mam na nic ochoty – ani nawet na spanie, na jedzenie, na czytanie, na bieganie, na sranie. Nie chce mi się w ogóle nic, nie chce mi się nawet odpocząć.

Śmieję się w tej chwili, ale w tym jest dużo prawdy. Bardzo „stępiałam” i poza chwilami, kiedy jestem z Januszem, odczuwam to bardzo silnie. W tej chwili zresztą mniej niż „zwykle”. Nażarłam się wspaniałych czekoladek (to tak „z rozpaczy”), nagadałam się z ojcem, poczytałam Diderota, zapaliłam mocnego grunwalda77 – no i jakaś jestem mniej zwariowana niż przedtem. Jeszcze się w sobotę pomiotam i już. Potem będzie Niedziela i śnieg, i szczęście, i wszystko, a potem będę się już miotać „twórczo”, będę pisała o Puszkinie (wybacz mi, mój wieszczu! To nie będzie napisane nawet nieźle. W każdym razie nie będzie pozostawało w żadnym stosunku do mojej miłości do Ciebie – chyba że w odwrotnie proporcjonalnym).

Ależ zima, ależ zima!!!

A jutro idziemy z Januszem na wystawę postępowych plastyków zachodnich78!!

Byliśmy na drugiej części Lubow Jarowaja (Szwandia79 cudny, reszta – radziecka i w trochę lepszym guście niż dawniej, w dużo gorszym niż człowiek wymaga), na Rimskim-Korsakowie (dużo pompy, nic człowieka, droga wystawa) i na Wiośnie w Moskwie (szmira. Dwie postaci zbliżone do ludzkich. Cienie zacięcia satyrycznego. A w ogóle wstyd pokazać taki film w dwudziestym wieku)!

Żaden z tych filmów nie da się przeżyć jak Rzym. Dają się tylko oglądać.

Byliśmy jeszcze na Przygodzie na Mariensztacie80. Miłe, swoje – warszawskie. Zresztą nieprawdziwe – malowanka.

Gdybym nie widziała w życiu dobrych filmów, byłabym nim zachwycona.

Ależ ten Diderot jest złośliwy!

12 II 54, piątek

„Prawdy, prawdy! Prawda – powiecie – jest często sucha, pospolita, płaska. Jeśli być prawdziwym, to jak Molière, Regnard, Richardson, Sedaine; prawda ma swoje strony uderzające, które się chwyta, gdy się ma talent… ale gdy ktoś nie ma? – Nie powinien pisać”.

Kubuś81

„Typowe jest nie tylko to, co się spotyka najczęściej, lecz to, co najpełniej i z największą ostrością wyraża istotę danej siły społecznej. Nie oznacza bynajmniej jakiejś średniej statystycznej… Świadome przejaskrawienie, wyostrzenie obrazu, nie wyklucza typowości, lecz w pełniejszej mierze ujawnia ją i podkreśla”.

Malenkow82

„Człowiek to nie obrabiarka i nie ameba – to coś znacznie bardziej skomplikowanego”83.

Ilia Erenburg (z Burzy)

13 II 54, sobota

No, co tu dużo gadać – dobrze jest! Zdać przez 3 tygodnie 11 egzaminów – to nie byle co. Jestem więc prawie zadowolona z siebie, a byłabym zupełnie zadowolona, gdyby nie fakt, że zbytnio pofolgowałam nerwom; gdybym zdała te same 11 egzaminów, ale bez pogryzionych do krwi warg, a z uśmiechem i spokojem – (to by dopiero była sztuka!). Zawsze mówiłam sobie, że upór przy nauce powinien być radosny – a tu nagle pozwoliłam sobie o tym zapomnieć. No ale to trudno – fakt, że dobrze poszło i kwita.

Byliśmy z Januszem w Zachęcie na wystawie prac postępowych plastyków „zza tamtej strony żelaznej kurtyny84”. Przeraźliwie nieśmiało sądzę o malarstwie i wszelkich „sztukach plastycznych”, ale tym razem otwarcie powiadam, że to wszystko nic niewarte. Gdyby taka sytuacja istniała np. w literaturze, to mielibyśmy zamiast książek Erenburga – same biuletyny Rady Pokoju85. Wszystkie (no – prawie wszystkie) obrazy są deklaratywne, „afiszowate” jakieś: Głód, Bezrobocie, Robotnik. Najgorzej to już z obrazami typu „robotnik”. Po pierwsze, jest to zwykle jegomość z obojętnym wyrazem twarzy, ze spracowanymi dłońmi, siedzący na pieńku lub popychający jakąś nieskomplikowaną maszynę. No i co z tego? A bo ja wiem. Sam autor chyba też nie wiedział. Jedyna pociecha to to, że robotnicy wiedzą, o co im chodzi, a poza tym to te prace są jakoś bliźniaczo do siebie podobne w „stylu”. To znaczy, że np. brazylijskie, meksykańskie czy argentyńskie obrazy i rysunki nie różnią się niczym charakterystycznym od innych, np. duńskich. Czy oni sądzą, że na tym polegać ma realizm? Było też parę rzeczy w stylu „nieboszczyk w trumnie pali fajkę” czy „krowy szwajcarskie grają na mandolinie” (czy gitarze – nie pamiętam, to z Erenburga), no ale o tym nie warto mówić.

Swoją drogą, gdyby tzw. następne pokolenia miały sądzić o nas tylko na podstawie naszej sztuki – kiepsko byłoby z tzw. reputacją u potomnych. Newerly powiada: „Jak świat światem nie było jeszcze takiego bogactwa przemian i konfliktów i takiej – powiedzą – szarzyzny w literaturze” 86.

I dalej: „Wszędzie, we wszystkich niemal krajach nowy wiek strzelał zawsze geniuszami, i to nie jednym, ale zawsze dublami: Goethe i Schiller, Byron i Shelley, Hugo i Balzak87, Mickiewicz i Słowacki, Puszkin i Lermontow. Niepowtarzalny, złoty wiek literatury, zwłaszcza rosyjskiej, wiek przemian… A teraz – co u licha – drzewko się wysiliło czy schodzimy na manowce”.

Powtarzam – wstyd mi zawsze mówić cokolwiek malarstwie, ale myślę, że pod tym względem sytuacja tam jest teraz identyczna. Może i gorsza, a właściwie – trudniejsza. Przypominają mi się i przypominały mi się przez cały czas pobytu na wystawie fragmenty kapitalnej książki Kwiatkowskiego Kłopoty z talentem, którą czytałam niedawno. Można by powiedzieć, że sprawa wygląda tak: trzeba malować inaczej, ale jak malować?! Oto jest pytanie.

Erenburg mówi o tym wszystkim tak ślicznie i prościutko:

„ – Ale zaczekaj, czy naprawdę podoba ci się malarstwo czerwonych?

– Nie, tandeta.

– Salvador Dali lepszy?

– Nie, powiedziałem ci kto lepszy – Rafael”.

Był dzisiaj u nas (podczas mojej nieobecności) Jasio Malarzyna i zostawił Dziewiątą falę88 po polsku. Rzuciłam się na nią łapczywie, zaczęłam wertować i wreszcie dałam się „wciągnąć” na dobre. Czytałam ją w sierpniu po rosyjsku, ale teraz przeżywam ją na nowo. Nie będę się rozpisywała w superlatywach o Erenburgu – bo nie umiem „pochwalić” go swoimi słowami. Najwyżej cytując. Chcę tylko zanotować pewne aktualne wrażenie związane ze sprawami z Fali. W tej książce jest gromada żywych Amerykanów. Niektórzy skończeni dranie (co nie znaczy „schwarzcharaktery”89), inni nieźli ludzie, ale tumany: wierzą w „czerwone niebezpieczeństwo”90. A teraz jest konferencja berlińska91. I dopiero teraz, słuchając komunikatów, rozumiem, dlaczego obrady konferencji będą naszym wielkim zwycięstwem, jeżeli nawet „konkretnych wyników nie przyniosą”. Przecież wypowiedzi i wnioski Mołotowa92 (genialne!!!) zaniosą właśnie wszystkim takim „tumanom” i „otumanionym” prawdę o naszej polityce. I ci wszyscy będą mogli sobie myśleć, co chcą, o naszej gospodarce, o kulturze, o modzie i o czym się da, tylko nie o jednym – nie będą mogli myśleć, że my chcemy wojny. A stąd już malutki krok do wniosku – kto wobec tego chce wojny. I to ma nie być zwycięstwo?!!

Zresztą i „konkrety” też są*: w „trójce” zachodniej jest rozłam. Bidault głosował za wnioskiem radzieckim w sprawie Austrii, Eden miał zastrzeżenie (niewielkie), Dulles93 się wstrzymał.

A w ogóle to Mołotow proponuje natychmiastowe zawarcie traktatu pokojowego z Austrią, wycofanie wojsk (choćby dziś w nocy!), no i warunki takie: żadnych sojuszów przeciw państwom, które walczyły z Hitlerem, żadnych baz wojennych, zabezpieczenie przed Anschlussem94. Projekt układu o bezpieczeństwie zbiorowym – przygważdżający (taki jasny, mądry, tak przejrzyście przeciwstawny wszystkim „układom ogólnym”!).

Jak to imponująco brzmi: żadnych gróźb o użyciu siły, żadnej siły w stosunkach międzynarodowych, rozwiązanie spraw jedynie na drodze rokowań. I to jest wniosek, nie mrzonka. Wniosek, który wydrukują wszystkie gazety na świecie.

Bo przecież… „wojna nie zabija konfliktów, tylko dzieci”.

W poniedziałek wchodzi na ekrany włoski film Nadziei za 2 grosze95. Och, żeby nie był gorszy od Rzymu.

15 II 54, poniedziałek

„Ну, вот – не обернулся – а водку черты взяли”96 – ani się człowiek obejrzał, jak skończyły się pracowite „wakacje” i jutro zaczynają się wykłady. Wydaje mi się z drugiej strony, że choć czas pędził jak szalony i egzamin gonił za egzaminem, to jednak od normalnych wykładów dzieli mnie bardzo wiele. Tak się jakoś „odzwyczaiłam”. A najgorsze to to, że się za nikim nie stęskniłam. Nigdy (tzn. za czasów „przeduniwersyteckich”) nie miałam tak mało przyjaciół. To jest tym smutniejsze, że nie ja tu zawiniłam. A tak bym chciała z kimś szczerze, entuzjastycznie się witać. Kalina, Marek97 – jacy oni piekielnie dalecy! Kocham ich bardziej za to, że ich „wyczuwam”, niż „znam”.

Jest wpół do dwunastej. Machnęłam właśnie paskudny reportaż dla Kupisa98 (w dodatku nie na temat – pisałam o wystawie w Zachęcie, która ma z Warszawą tyle tylko wspólnego, że w niej się znajduje, a z IX Plenum gówno) i mam ochotę jakoś godnie spędzić resztę nocy – nad Erenburgiem czy Puszkinem: ze względu na egzaminy przestrzegałam „idealnego” trybu życia i chodziłam spać o dziesiątej, więc mam teraz ochotę „pobradziażyć się [!] po staremu”.

Gosposi urodziła się wnuczka99!! Strasznie się wszyscy ucieszyliśmy, a potem gosposia pojechała do Irki na wieś – zawieźć wózek i w ogóle nacieszyć się do woli. Pewno jutro przyjedzie (miała już być dzisiaj, ale jakoś nie przyjechała) i będzie opowiadać. Żeby się tylko nic nie stało!

Śnieg zaczyna topnieć. Wichura teraz taka, że aż huczy w kominie. Z niedzielnych nart pewno będą nici. Jeżeli w chwili, gdy będę jechała do Zakopanego, znowu zerwie się halniak100, to uwierzę w tzw. pecha.

Mam „bliźniaczka”. Ten bliźniaczek (urodził się 9 X 36 r.!) to Mietek Jankowski, kolega z kursu. Trzymamy się ostatnio razem, jeszcze z takim „grubym Adamem”, no i uśmiechem rozładowujemy egzaminacyjne nerwy (notabene to nie byle jaka sztuka – w sobotę zdawała jedna dziewuszka z XIV kompletu elektryczność siódmy raz i oblała).

Z tego Mietka jest strasznie miły, kochany chłopak. Ma łobuzerskie oczy i ślicznie się śmieje. Pracował na jakiejś budowie, a potem mu się znudziło. Inteligentny jak sam diabeł, ale uczyć mu się zbytnio nie chce. A w ogóle żwawy chłopak i dobry kolega.

Egzamin w Ruchu zdaję razem z nim i z Adamem (5 III – przesunęli). Zrobimy sobie jeszcze razem „generalną repetycję” – no i chyba zdamy. Obiecaliśmy sobie obficie „oblać” to prawo jazdy!!

17 II 54, środa

Zaliczaliśmy dzisiaj warsztaty – trzeba było odpowietrzać hamulce, rozmontowywać chłodnicę i jeszcze grzebać się przy instalacji elektrycznej – no, ale szczęściem jakoś poszło. Wzięliśmy dzisiaj (tak „dla sportu”) jazdę na siódemkę. Ależ nas staruszek wymęczył – zawiódł nas w jakieś kręte uliczki i kazał zawracać, jeździć tyłem, wyjeżdżać w jakieś zakazane bramy i furtki – słowem akrobacja. Ale bardzo się z tego cieszymy – na normalnej drodze człowiek czuje się przez to w samochodzie jak ryba (o rany, co ja piszę!! – no, jak stary szofer).

Gosposia przyjechała! Dzidziuś podobno jest śliczny. I ma mieć na imię Agnieszka. I ja mam być chrzestną Mamą!!!! Irka czuje się świetnie, tylko mróz tam na wsi siarczysty co się zowie! Jeszcze gorszy niż u nas. No i strasznie się boją zaziębić.

Ojej, muszę czytać Zamek kaniowski i Krasińskiego101. Może to jest profanacja, ale nudne to dla mnie straszliwie. Brrr… Same duchy, sensu mało, a ideologia bokiem wychodzi. „Głucho wszędzie, pusto wszędzie, głupstwo było, głupstwo będzie…”102.

19 II 54, piątek

*Maciuś103 bardzo chory. Zapalenie płuc.

Gdyby ktoś mnie zapytał, za co kocham Puszkina, nie odpowiedziałabym. Co najwyżej dałabym mu Jego wiersze i radziłabym czytać – czytać, czytać, aż zrozumie. I sam znajdzie odpowiedź. A tu tymczasem muszę pisać. Leży przede mną sześć białych kartek papieru [!]. Leżą i kpią. Bo po co ja się zgłosiłam do tego referatu! Nie dość, że napiszę źle, to jeszcze gromadka profanów będzie potem przy mnie „oceniać Puszkina” na podstawie „głębokiej znajomości”… Деревни104 i paru bajek.

Piszemy wciąż o wielkich ludziach i zdarzeniach i rzadko kiedy te nieudolne wypowiedzi nasuwają refleksję o „profanacji”. Ale jeżeli mam pisać o Puszkinie, o Tym, który jest dla mnie Kimś więcej niż poetą i człowiekiem – jest bliskim człowiekiem, powiernikiem, przyjacielem i, jak mówią cynicy, „bóstwem literackim” – to jakżeż tu nie myśleć o „profanacji”! Jak nie złościć się na te sześć (tylko sześć!!!) białych kartek, które urągają tej „miłości na sześciu kartkach”, której nie umiem odtworzyć. Oj, głupia, głupia.

Późno wieczorem

Napisałam. Jeszcze gorzej niż przypuszczałam. Był Jasio Malarzyna. Mówiłam, że nie wierzę w to, że będę pisać. Przeklinałam chwilę, kiedy poszłam na dziennikarstwo – nie dość, że nie będę pisać, to otrzymam zawód, którego nie cierpię.

Jaś był dobry.

5 III 54, piątek

No – teraz naprawdę mogę być z siebie dumna – zdałam dziś egzaminy w Ruchu. I mam prawo jazdy (zawodowe!) w kieszeni. Ale jestem, jak zawsze w takich wypadkach, tylko bardzo zmęczona.

Przyszliśmy już o wpół do pierwszej i robiliśmy „giełdę”. Potem u miłego siwego pana (miły, ale po jednej złej odpowiedzi oblewał) zdawaliśmy teorię. Z podwozia miałam sprzęgło i skrzynię biegów, z silnika różnice między dwu- i czterotaktem, z elektryczności elektromagnetyczny wyłącznik i skład chemiczny elektrolitu, a z karburacji budowę gaźnika Zenith105. Mietka obciął na olejeniu. Mnie poszło „na 5”. Z przepisów tak samo. Nawet nieszczęsne skrzyżowania poszły mi jak po maśle. Trzeba było odpowiedzieć jeszcze ze wszystkich znaków – zasad wyprzedzania i wymijania, oświetlenia, stanu technicznego samochodu i z szybkości. Uczyłam się dużo i „żmudnie” (dzisiaj robiłam powtórkę od piątej rano, a przecież i przedtem siedziałam nad tym sporo).

Z jazdą poszło, jak zawsze, gorzej. Ponieważ „dziadek” skrzyczał mnie za flegmatyczność, więc przy egzaminie przesadziłam i wrzuciłam dwójkę zaraz po jedynce i silnik zgasł. Musiałam zaczynać od rozruchu i było mi strasznie wstyd, tym bardziej że jazdy próbne szły nam wszystkim dobrze, chociaż „dziadek” burczał jak zawsze. Instruktor, ten z Rady, był niezwykle „sfinksowaty” i ponury. Brr…

No i jestem szoferem.

Referat o Puszkinie podobał się prof. Wolpemu i wypadł, mimo słabego czytania, dużo „serdeczniej”, niż przypuszczałam. Wiem, że stać mnie na więcej, ale właśnie dlatego, że mam taką pokaleczoną duszę, każda taka ocena jak ta Wolpego ma dla mojego samopoczucia duże znaczenie. A Wolpe mówił o samych zaletach i osobiście mu się podobało!

W komentarzu chińskim za dobry uważam tylko pomysł i za „jaką taką” – pierwszą część. Reszta nudna. Styl niechlujny. Dostałam znowu 5, ale sama nie jestem tutaj z siebie zadowolona.

Rozmawiam ostatnio więcej z Markiem. Już teraz wiem, że nie tylko ja żałuję naszej utraconej przyjaźni. Mówimy ze sobą szczerze i prawie swobodnie. Mówię „prawie”, bo krępuje mnie jedna myśl – obawa przed tym, aby się nie stać nudną i niepotrzebną. Nastrój tych rozmów jest osobliwą mieszaniną smutku i radości. Zajmujemy u siebie w życiu pewien margines i może chcielibyśmy zajmować więcej, ale to jest nieosiągalne.

Byłam w Sądzie Centralnym ZMP i rozmawiałam z Duraczem. Teraz otrzymali wezwanie ci, na których się powoływałam (miałam wymienić ludzi, którzy mogą wypowiedzieć się na moją korzyść i, z drugiej strony, „najsroższych” oskarżycieli). Litwin jest mądry, dobry i wymagający (przed paroma dniami rozmawialiśmy i powiedział, że spodziewa się po mnie bardzo wiele. Obiecałam dużo pracować). Ludzie poza Markiem są przeważnie fałszywi. Marta T.106, przestraszona wystąpieniem Litwina na zebraniu sprawozd[awczo]-wyb[orczym], wycofała się ze swego poprzedniego stanowiska.

Jestem zmęczona, a przez to mój stosunek do ludzi jest bardziej niż kiedykolwiek grą. Bo chcę odpoczywać i nie ślęczeć nad niczym, nie radzić i nie gadać, ale muszę to wszystko robić, więc gram. A ponieważ zmęczenie jest dość silne, więc gram źle. Muszę chyba bardzo „sztucznie” wyglądać.

Byliśmy przedwczoraj w Grójcu obejrzeć Forda Eifla107. Samochód okazał się nieciekawym gratem, ale całą podróż, męczącą i błotnistą, zamieniliśmy sobie w cudną eskapadę. Grójeckie stare miasto i błotnisty rynek, i kaprawy brudny zmierzch – to ci dopiero prowincja! Pachnie Tuwimem i kwaszonymi ogórkami.

Powietrze mocno pachnie wiosną. Na ulicach nieciekawie i ogromne błoto. Dziś wiał cudowny, pachnący wiatr.

W sobotę byliśmy aż na dwóch zabawach: studenckiej w Ośrodku Dzien[nikarzy] na Krochmalnej108 i na „balu” w DD. Cudnie było – i tu, i tu. Chociaż charakter oczywiście całkiem inny. W ostatni 4109 mieliśmy zebranie (nieudane) i byłam zła.

Red. Jaszuński rozpoczął w „Życiu W-wy”110 ciekawą dyskusję o czasie studenta.

Mamy wykład z historii lit[eratury] powsz[echnej] (wykłada prof. Roman Karst111). Potrafiłabym lepiej.

8 III 54, poniedziałek

– * – * – * –

12 III 54

13 III 54, sobota

21 III 1954, wiosna! Może nie??

22 III 54, poniedziałek

Już tyle czasu minęło, odkąd ostatni tu raz pisałam, że sama nie wiem, od czego zacząć. Jak to zrobić, pamiętniczku kochany, staruszku poczciwy, żebyś znów stał się moim dobrym przyjacielem, kiedy pióro nie wystarcza dla wyrażenia tego, co się we mnie dzieje! A przecież i to jest w gruncie rzeczy ubogie. I nie tak żyję, jakbym chciała i jak powinnam od siebie wymagać.

Jedno, co pewne – wiosna (i to, że piekielnie żal marzeń).

27 III 54, sobota

Leżę w łóżku, bo mam jakąś anginę i zapalenie gardła czy coś w tym rodzaju. Zaczęło się już ze dwa tygodnie temu – bolało jak sam diabeł, a ja łaziłam. Dopiero teraz mnie tak „zmogło”, że się położyłam. Wyglądam paskudnie – sińce pod oczami i ziemista cera. To zresztą nie tylko spowodowane złym fizycznym samopoczuciem. Nerwowo żyłam ostatnio. „Zmęczyli mnie ludzie”. Ciągle, dzień w dzień, ktoś przychodzi. Telefon się urywa. Lutek, Henryk112, trzej Jankowie. Najmilsi ludzie w ten sposób obrzydzają mi siebie. Podobnie było w zeszłym tygodniu z Markiem – „Bóg mi świadkiem”, że jest mi bardzo drogi, no ale ileż można przesiadywać u kogoś. I do tego ten wieczny, cierpliwy uśmiech na twarzy, oryginalne koncepty i temat do konwersacji. Doszło do tego, że kiedy chciałam przygotować się do konsultacji z historii, to znalazłam na to czas między 11-tą a 3-cią w nocy. A kiedy Mama wróciła w środę z urlopu i zaczęła opowiadać rozmaite, zajmujące skądinąd historie, to nie mogłam po prostu słuchać. Dostawałam jakiegoś wewnętrznego szału. Chciałoby się krzyczeć: „Przestańcie do mnie mówić!!”. Ale teraz jest już lepiej – wszyscy „udzielają się równomierniej”, a ja osiągnęłam większą równowagę wewnętrzną. Byłam bardzo zmęczona.

W poniedziałek usiłowałam odejść od Janusza. Nic z tego nie wyszło. Powiedziałam mu „nie kocham”, rozmawiałam o poprzednim stanie półkłamstwa, a po paru godzinach brakowało mi słów dla wypowiedzenia113 miłości, którą czułam.

Potem doznałam gromady sprzecznych uczuć. Jedne z nich można by pokrótce zawrzeć w słowach: „Teraz dopiero rozumiem, jak bardzo Ciebie kocham”. Inne napawały mnie pogardą dla siebie samej: jak to, więc już jestem niezależna od swojej woli? Więc nie umiem od niego odejść?

Powiedziałam o tym w czwartek Jankowi R[egulskiemu] (wstał już dość dawno i przychodzi od czasu do czasu, czasem sam, czasem z Januszkiem). Spodziewałam się, że mnie wyśmieje lub zbeszta za brak decyzji, za „ofiarowatość”, za wieczne niepotrzebne skrupuły.

Tymczasem nagle spoważniał i powiedział coś całkiem innego:

– A, widzisz, w takich wypadkach trzeba bardzo uważać – te rzeczy podświadome są właśnie najważniejsze. To jest właśnie miłość. I nie można w takich wypadkach przejmować się tym, co ci mówią inni, „nawet” tata czy najlepsi przyjaciele. Ważne jest to, co Ty czujesz, a nie jakieś uboczne sprawy. I jak się do tego nie zastosujesz, to zrobisz krzywdę nie tylko jemu, ale i sobie. I przede wszystkim sobie!

Miałam z ojcem niedawno przykrą rozmowę. Zrobiłam uwagę w związku z tym, że samochód nasz jest tylko dwuosobowy, a ja tak bym chciała wszystkich wozić. Ojciec wybuchnął: „Nie wiem, pojęcia nie mam, skąd u ciebie taki jakiś niedorzeczny, ślepy altruizm. Ciągle tylko coś komuś robisz, coś dajesz, poświęcasz się. Przecież wciąż widzę, słyszę, oglądam zdjęcia: a to komuś niesiesz plecak, a to pełno dzieci na tobie siedzi, a to płaczesz, że nie możesz komuś dać prezentu. Wydajesz pieniądze, uczysz kogoś! A po cholerę ci to wszystko. Czy tobie ktoś kiedyś pomógł, czy dał ci coś. Przyjechaliśmy do Polski114 i byłaś chora, umierałaś prawie. To cię twój własny wujek115 wyrzucił z mieszkania na ulicę. Była ta sprawa z tym ZMP. Palcem nikt nie kiwnął, żeby ci pomóc, no, jeden Marek. Ja nie rozumiem, skąd u ciebie ten jakiś lokajski, kamerdynerski stosunek do życia. Ciągle tylko, żeby wszystkim [było] dobrze, wygodnie, wciąż się uniżasz, uśmiechasz, ciągle coś komuś załatwiasz. I myślisz, że oni są tobie wdzięczni? Skąd! Oni się śmieją, rozumiesz, w kułak się z ciebie śmieją!!”.

Wywarło to na mnie wrażenie. Nie zmienię się pod wpływem rozmaitych pełnych goryczy wywodów w jakąś zatwardziałą egoistkę, ale wiem, że coś w tym wszystkim jest nie w porządku.

Mama wróciła z Sobieszowa116 opalona i pełna silnych wrażeń. Opowiada niezliczone anegdoty pozbierane wśród tej intelektualnej śmietanki, usłyszane w czasie niezliczonych spacerów i leżakowań. Przydałby się i mnie taki wypoczynek, ale z Januszem! Inaczej nie byłby to wcale odpoczynek.

Ja nie mogę bez Niego być.

Wczoraj czułam się fatalnie. Miałam silną gorączkę, gardło aż rwało. Gdy zamknęłam oczy, paliły mnie i po czerwonej przestrzeni latały nieprzytomnie jakieś złote żyłki. Myślałam, że może przyjdzie Janusz, usiądzie przy mnie, położy mi rękę na głowie i będzie trochę lżej, ale nie przyszedł. Tylko pod wieczór przyszedł Marek i pletliśmy byle co. Czułam się okropnie i po prostu czekałam, aż wyjdzie: przyjaźń, nawet z takim cudnym człowiekiem jak Markus, nie może nic pomóc w takich chwilach.

Dzisiaj przyszedł Janusz z Anitą. Ale był jakiś „niewyraźny” – daleki i jakby zły. Nawet nie mogłam ani go usiłować udobruchać, ani zorientować się w jego nastroju, bo ani na chwilę prawie nie zostawiano nas samych (ojciec spał, a gosposia miała gościa i Mama siłą rzeczy musiała być z nami). Jest mi teraz smutno i chyba jeszcze bardziej tęskno niż wczoraj. A może nie bardziej, tylko tak jakoś „przykro tęskno”. Bo nie mogę już sobie tworzyć takich cudnych obrazów-urojeń – za silne jest wrażenie tego sztywnego popołudnia. Swoją drogą, to ja żebym była w nie wiem jak złym humorze, to nie wywierałabym tego na Januszu, gdyby był chory.

Chciałam jeszcze pisać o ślicznej książce Wieriesajewa Wspomnienia i trochę chociaż o filmie Piątka z ulicy Barskiej117, ale tak mnie znowu boli gardło i głowa, że nie mogę.

Jaśku!!!

28 III 54, niedziela

Po paru prawdziwie wiosennych dniach znowu zimno i szaruga: śnieg z deszczem, błoto. Aż się wierzyć nie chce, że przed paroma dniami było już tak pięknie. Czuję się podle. Wprawdzie ani gardło już tak nie boli, ani głowa, ale jestem jakaś „osłabiona”, jak to określa gosposia. Wstałam i ledwo połaziłam trochę, zrobiło mi się szaro zupełnie przed oczami, tak że prawie nic nie widziałam, i jakoś nieprzyjemnie mdło, i musiałam zaraz usiąść. I tak wciąż. Połażę, postoję i zaraz muszę się chociaż oprzeć o coś, żeby się nie przewrócić. Diabli nadali! Skąd do mnie takie świństwo? Łapy mam jak białe płótno i gębę jak wypłosz. Chciałam udać nagle ozdrowiałą i pojechać po południu do Janusza, ale nie widzę możliwości. No, ale trzeba się jakoś wziąć w kupę. Pójdę jutro na uczelnię, połażę, rozruszam się.

Przeczytałam niedawno Wspomnienia Wieriesajewa. Czytając tę książkę, doznawałam wrażeń podobnych do tych, które towarzyszyły mi przy czytaniu trylogii młodzieńczej Tołstoja118, może nawet silniejszych: Wieriesajew nie dorównuje zapewne Tołstojowi w artyzmie, ale zbliża mnie do niego wspólnota punktu widzenia, z jakiego patrzymy się na sprawy światopoglądowe i obyczajowe poruszane we Wspomnieniach.

Książka napisana jest niezwykle prosto i bezpretensjonalnie, a jednocześnie serdecznie i ciepło. Sam Wieriesajew porównuje ją kilkakrotnie we wstępie do „spowiedzi”. Psychika dziecka, atmosfera domu i najbliższego otoczenia stopniowo przeobrażającego [się] w środowisko, pierwsze wrażenia i refleksje przechodzące stopniowo w poglądy, cały skłębiony światek uczuć i doznań, pierwsze rozczarowania i potknięcia – wszystko to przedstawia Wieriesajew z jakąś nadzwyczaj subtelną umiejętnością łączenia znajomości tych wszystkich zjawisk ze strony dziecka czy dojrzewającego chłopca i jednocześnie ze strony dobrego, mądrego pisarza.

Jednocześnie, nie wychodząc poza świat doznań i spostrzeżeń dziecka, później chłopca, poznajemy cały zespół zjawisk i ludzi: Tuła, kapitalnie reprezentująca duszną Rosję na przełomie wieków, posiadłości podmiejskie krewnych Witii119 wraz z panującymi tam stosunkami, arystokracja i inteligencja tulska, świetnie nakreślone psychologiczne typy (ojciec – liberał, zawzięty moralizator; babcia – nieskończonej dobroci człowiek) – wszystko to żyje w książce.

W części drugiej Wspomnień, poświęconej latom studenckim, obserwacje nad [!] otoczeniem, rozmaite wnioski, wierne oddanie klimatu światopoglądowego, a właściwie braku idei wśród ówczesnej młodzieży, rozważania poświęcone ówczesnemu poziomowi nauki, profesorom, metodzie wykładania – biorą wyraźnie prym nad przemianami wewnętrznymi doroślejącego Witii. Uniwersytet Petersburski, potem dorpacki120, wzrost ruchu rewolucyjnego wśród młodzieży obok dekadenckiego gnicia i burżujowskiej bezmyślnej awanturniczości, szarlatanerię niektórych profesorów i geniusz drugich [!] ukazuje nam Wieriesajew coraz częściej, tak jakby już wówczas oceniał to wszystko tak, jak teraz on i my to oceniamy. Ale to nie razi – chłopak jest już dorosły i niezwykle inteligentny, a życie wyraźne, nieubłagane. Czemuż by nie miał tak patrzyć?

Od kiedy widziałam Rzym, godzina 11, po każdym filmie odczuwam wrażenie jakby niesmaku i rozczarowania: „To nie to” – myślę. I potem dopiero zbieram rozproszone refleksje. W latach [19]47, [194]8, [194]9 widziałam masę filmów, które wywierały na mnie oszałamiające wrażenia, ale były to wrażenia najrozmaitszej jakości, a ja nie potrafiłam zdać sobie z tego sprawy. Pamiętam, był taki niesamowity film U progu tajemnicy121, pełen dreszczy i nonsensów, a ja przeżyłam go zupełnie tak samo, jak wiele dobrych, wstrząsających filmów psychologicznych. Teraz wszystko to zdążyło się już porządnie zatrzeć w mojej pamięci i trudno urobić mi sobie o nich zdanie. Rzym był pierwszym filmem od czasu, kiedy jako tako potrafię patrzeć na sztukę, który mnie „wziął”, „pochłonął”; filmem, który, gdy się go ogląda, nie pozwala pamiętać o tym, że jest „ekran” i „widownia”. Nie pamięta się nawet, że się jest sobą. Jest się po prostu kolejno każdą z tych osób, która coś na ekranie przeżywa. Gdy na Rzymie walił się dom, bałam się tak, jakby to mnie miały lada chwila przygnieść mury, a gdy Lucia wróciła do swego męża malarza, płakałam ze szczęścia.

Kiedy po Rzymie zobaczyłam Piątkę z ulicy Barskiej, nasz pierwszy dobry film powojenny, najpierw pomyślałam sobie, że „to nie to, ale zawsze coś”, a potem zaczęłam się zastanawiać nad brakami. Bo z Rzymem było tak: człowiek wychodził z kina oszołomiony, trochę nieprzytomny i myślał: „Czyżby ten film naprawdę był bez żadnych »minusów«?”. Na drugi dzień rano dochodził do wniosku: „Tak, to było dzieło sztuki naprawdę bez minusów – takie żywe!”. Kiedy się wychodziło z Piątki, wrażenie również było silne (choć nie takie, jak po Rzymie), pierwsza refleksja podobna. Za to na drugi dzień zupełnie inna myśl: „Tam musi być gromada minusów!”.

Te „minusy” wyłażą szczególnie, gdy się pójdzie na Piątkę drugi raz: film daje się wtedy oglądać „na chłodno”. I wtedy wyłazi cała gromada ludzkich „bladości” i rozmaitych drobnych niekonsekwencji, które w znacznym stopniu osłabiają całość. Jedne z nich zauważyłam sama, inne podsunął mi Janusz ze swoim niezwykle wyostrzonym, nieubłaganym (szczególnie przy sprawach filmowych) zmyśle obserwacji, inne wreszcie podsunęli mi autorzy rozmaitych (licznych) wypowiedzi w prasie.

A więc – zbyt mało uwypuklona przez kontrasty przemiana chłopców (od początku są „za sympatyczni”), zbyt deklaratywna postać Hanki, zbyt „mefistofeliczny” czarny charakter, majster konserwatysta, pijak i rozrabiaka, który pod koniec okazuje się współpracownikiem obcych dywersantów…

Słowem, rzecz można określić tak:

Jest to pierwszy film polski, który się przeżywa, a nie ogląda. I jest to jego wielki, zasadniczy „plus”, zaleta, która powinna, jak to się mówi, „wytyczyć drogę”.

Z drugiej strony, choć nie ma w nim przełomu „pozaekranowego”, to ten pokazany nie jest jeszcze dostatecznie pogłębiony (choć zupełnie niepogłębiony też nie jest i to również jest ważne); choć nie ma ludzi papierowych, to są tacy, którzy, gdyby ich z ekranu puścić w życie, rady by sobie nie dali, choć nie ma szwarzcharakterów [!], jest przecie „mefisto”, no i ten „nieszczęsny niedowład realistycznej motywacji” przy psychologicznej koncepcji Macisza (Treugutt mógłby tu wywrzeć całą swą pasję człowieka, który wymaga żelaznych konsekwencji nawet od Słowackiego i nawet w Balladynie122).

Słowem – całość wyszła doskonale,

lecz każda cząstka ma swoje „ale”.

W kolorze Piątka była żółto-złota jak pomarańcz [!] w słońcu, a czasami czerwonawa jak płomień albo ruda jak ogon lisa. Pod koniec była burozielona jak woda kanałów, gdzie odbywały się ostatnie sceny filmu. A w ogóle ładna.

Byliśmy niedawno w DD na meksykańskim filmie Paloma123. Niedobry film: akcja wlecze się wokół tego, że on wrócił z więzienia do swojej wsi, gdzie zastał ją z dzieckiem (nie jego), chce jej przebaczyć, ale ona sama nie pozwala i skazuje się na pokutę – samotność. Między rywalami czai się zemsta. Ona cierpi i płacze (jest zaledwie parę scen w filmie, podczas których nie płacze), on zgrzyta zębami lub błaga ją, aby wróciła. Wreszcie się pobierają, ale są nieustannie bojkotowani lub prześladowani przez szykanowanych przez bogatego rywala mieszkańców wioski i bandytów. Wreszcie następują dwa w miarę efektowne starcia z bandytami, konie pędzą lub padają, lasso o mało nie zostało wyrzucone, błyskawice rozbijają się po niebie, burza szaleje. Jest źle. Koniec. Zdjęcia czasami piękne, a zawsze ciemne, dłużyzny okropne, egzotyka meksykańska… jednostajna, chłopcy zachwyceni sombrerami i wściekli, że „już, już miał wyrzucić lasso, a ten nie wyrzucił!!”. Konie piękne.

Aha, byłam na Strażnicy124. Ciekawy (radziecki) film sensacyjny. Wspaniale napisał o nim Płażewski w „Życiu Literackim”125 (lubię poglądy Płażewskiego na film, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że w znacznym stopniu wzmaga tę sympatię i „ubezkrytycznia” fakt, że mój duch przekory został tak bardzo ujęty przez otwarcie głoszoną przez Płażewskiego niechęć do tandety i ideologicznego frazesu w filmie radzieckim. Czy po tej krytyce warto zakończyć apostrofą: „Idźcie obejrzeć. Chyba warto. Nasza, socjalistyczna sensacja filmowa raczkuje. Liczne jej potknięcia to choroba dziecięca. Pokażmy, że może być lepiej, ale cieszmy się tym, co jest. Obejrzeć warto. Zresztą, gdybym – całkiem niesłusznie – napisał, że nie warto, nikt by mnie nie posłuchał! To tak, jakbym wskazując na jakiś słabszy artykuł w »Dookoła Świata«126, nawoływał: Nie kupować tego pisma.

I ten film, i to pismo, są nam bardzo potrzebne”.

[dopisek z lewej strony:] Jaś Jaś, mój Jaś

À propos „Życie Literackie”. Jest tam kapitalny artykuł Polewki127 pt. Co robić – trzeba się śmiać. Mowa o tandetnym humorze w programach satyrycznych: „…Po jego artykule (jakiegoś Krawczykowskiego128) powinniśmy krakowskim teatrom wybaczyć w myśl napisu w argentyńskiej knajpie:

»Uprasza się nie strzelać do

pianisty, bo on robi, co może«”129.

Notabene to było do niedawna „hasło”, którym kierowała się niemal cała nasza krytyka: „Nie bądźcie nieubłagani, przecież oni robią, co mogą – to jest socjalistyczna sztuka (?)”. I młodzież w szkole przerabiała obok Pana Tadeusza… Na budowie Konwickiego130.

Teraz wprawdzie nikt poza Newerlym i Brandysem nic nie napisał, ale przynajmniej się ludziom w prasie literackiej bzdur o tym nie plecie.

Przed chwilą dzwonił Marek – we wtorek rozprawa w Z[arządzie] G[łównym] w Sądzie Centralnym. Wszystko, co mogłam w związku z tym odczuć i przemyśleć – zdążyłam już przeżyć. Jakżeż bym chciała mieć to za sobą. Marek mi dodaje otuchy, ale mnie nie trzeba tego teraz. „Mnie trzeba, żeby był koniec”. To wszystko nie znaczy wcale, że nie zależy mi na obrocie sprawy. Ja bardzo chcę wrócić do ZMP. W każdej pracy społecznej, czy „na zakładzie”, czy na zebraniu, a szczególnie np. podczas warty zjazdowej131, czuję się strasznie źle jako „wytrącona z organizacji”. Tym bardziej że rozmaite niewiele warte typki spokojnie paradują w krawatach132.

Bardzo dawno nie widziałam Litwina. A strasznie chciałabym go już zobaczyć. Niechby wcale ze mną nie rozmawiał, niechby tylko był i patrzał, głaszcząc od czasu do czasu charakterystycznym ruchem swoje srebrno-czarne skronie. Gdyby był moim krewnym albo bliskim przyjacielem, mówiłabym jemu „Sasza”133.

Mam wziąć udział w konkursie czytelniczym ZMP.

Chciałabym w pierwszym rzędzie pisać o Archipelagu ludzi odzyskanych134, ale z tą książką to jest tak jak z wierszami Puszkina: chciałoby się rzucić Newerlemu na szyję i dziękować mu za nią, a nie pisać jakieś coś, co jeszcze nie jest recenzją, a już jest bzdurą.

Solski135 zaczyna setny rok życia. Złośliwi twierdzą, że trzeba go będzie zastrzelić na Sądzie Ostatecznym.

31 III 54, środa

Jestem taka szczęśliwa, taka szczęśliwa, taka szczęśliwa!!!!!

Wczoraj była rozprawa w Z[arządzie] G[łównym]. Odbywała się nie w pokoju Sądu Centralnego, tylko na górze, w sali Prezydium Z[arządu] G[łównego]. Piękne zielone kotary, posąg Stalina136 i jeszcze czyjś, podłużny, owalny stół przez całą prawie długość sali, wygodne fotele. Siedzieliśmy razem – oni i my – i całość miała charakter rozmowy, mądrej, rzeczowej, swobodnej rozmowy. Najpierw króciutko mówiłam ja, potem Aśka137. Mówiła o samych zaletach, ciepło, serdecznie i jak zwykle chaotycznie. Potem Ulka Szwaja138 – jak zwykle namiętnie i tonem oskarżenia pod adresem naszej organizacji, o złym stylu pracy z ludźmi, o nieumiejętności wychowawczego podejścia, o zamykaniu oczu na sprawy istotne i ważne, o wyolbrzymianiu błahych, o nieumiejętności ponoszenia odpowiedzialności za nic i w związku z tym szukaniu „ofiary”, o zastraszaniu itd. Marek wygłosił nader poważne i rozsądne przemówienie na temat: Organizacja może odrzucać tylko ludzi niepotrzebnych, a ja takim człowiekiem nie jestem... I motywacja. Edka Sobczaka jako ówczesnego przewodniczącego koła poprosili o sformułowanie zarzutów. Nie umiał tego zrobić, wił się w niekonsekwencjach. Ten, który prowadził rozprawę, średniego wzrostu jasny blondyn o gładkiej, otwartej twarzy i jasnych, spokojnych oczach zadawał mu pytania, z których Edek nie mógł wybrnąć. Z właściwym sobie dowcipem (znamy go już z przemówienia na jednym z naszych zebrań) pytał np.: „No ale jakiego rodzaju były te jej wypowiedzi o aktywistach? Takie, że »ale ci mędrzec, patrzcie go«, tak?

– Właśnie, coś w tym rodzaju.

– No, to dopiero kontrrewolucja!”.

Śmieliśmy się. W ogóle sąd (ten gość przewodniczył, Duracz, jeszcze jeden kolega, którego twarz dobrze skądsiś pamiętam, ale nie znam nazwiska, i dwie niewiasty – jedna bardzo przyjemna, wtrącająca od czasu do czasu mądre, miłe słowo) stworzył taką atmosferę, że naprawdę człowiek czuł się tam dobrze i swojsko.

Krystyn Dąbrowa139 nie umiał powiedzieć nic konkretnego i porządnie mu się za to dostało: jako przedstawiciel Dzielnicy oświadczył mianowicie, że Dzielnica tej skomplikowanej sprawy w ogóle jeszcze nie tknęła. Najpierw wykpili go dowcipnie za tego rodzaju „ułatwienia”, no a potem nastąpiło porządne „mycie głowy”.

Wreszcie przystąpiono do zarzutów. Odczytano oświadczenie Białka, Pietrzyckiego, Jakimowskiego140 i Andrzeja Leszczyńskiego. Pierwsze trzy były takie same bzdurne jak wypowiedzi ich autorów w czasie trwania Sprawy. Jakimowski dopatrywał się mojej obcości m.in. w… uczesaniu (przew[odniczący] mruknął: „Patrzcie, patrzcie, materialistycznej fryzury mu się zachciewa…”), a wszyscy kończyli swoje oświadczenia tym, że jeżeli ja wrócę do organizacji, to oni rzucą legitymację.

W związku z tym przew[odniczący] powiedział Krystynowi w „formie instrukcji” (ale to już później, po ogłoszeniu decyzji), że jeżeli tak zrobią, to należy te legitymacje od nich przyjąć, ale już ich nie oddawać. No bo tego rodzaju postępek świadczy o ich stosunku do organizacji.

Andrzeja oświadczenie było poważne, rzeczowe i bardzo ostre. Sformułował tam wszystkie słuszne i niesłuszne zarzuty, stojąc na stanowisku, że nie należy teraz przywrócić mi praw.

Odpowiadałam kolejno na zarzuty – najpierw sprostowałam bzdury na temat jakiegoś szantażowania Anity, kwestię udziału w sprawie Ryśka (to już zresztą wszyscy znali i wystarczyło, żebym zasygnalizowała), złośliwych uwag o profesorach itp. (m.in. podtrzymywałam to, że Kowalewski mówi nudno i źle itp.). Potem mówiłam jeszcze o moim stosunku do ludzi, który jest dla mnie w chwili obecnej sprawą niejasną (zarzuty brzmią: „kpiący, lekceważący”, a przecież ja myślę zupełnie inaczej. A dobry dowcip i „ciętość” lubię u każdego), no i o najpoważniejszej sprawie – rodzaju mojej krytyki – „krytykanctwie”.

Atmosfera spowodowana szczerym, prostym, ujmującym sposobem bycia tych ludzi powodowała, że mówiłam spokojnie i rozsądnie, nie bojąc się, że cokolwiek powiem w swojej obronie lub dla sprostowania, będzie poczytane jako nieszczere „wybielanie się”. Toteż to, co mówiłam o swoich błędach, było tym razem naprawdę samokrytyką, a nie przerażonym „kajaniem się”.

W Andrzeja oświadczeniu uraziło nas wszystkich jedno: Andrzej określił mój stosunek do niego (ostatnio) jako lizusostwo. Przecież ze względu na zmianę, jaka w nim zaszła, wszyscy się do niego zbliżyli, a więc i ja, i nic w tym nie widziałam nienaturalnego! I rozmawialiśmy ze sobą wiele: nigdy mi w oczy o tym i o wielu swoich „poglądach na mnie” wyrażanych w oświadczeniu nie powiedział! Tylko Aśka wiedziała o tym, ale i na niej oświadczenie wywarło wrażenie – była oburzona. Przew[odniczący] powiedział: „No cóż, powoływaliście się na niego. To bardzo źle, że przedtem Wam tego nie powiedział. Widzicie – przyjaciół poznaje się w biedzie”.

Potem wszystko przybrało już charakter zupełnie swobodnej rozmowy. Przew[odniczący] mówił: „Myślę, że z tym waszym stosunkiem do ludzi to nie taka znów bardzo zawiła sprawa. Wszyscy znamy wasze wewnętrzne talenty i możliwości. Powiadacie, że wam zarozumialstwo nie grozi, ale czy nie jest charakterystyczne dla was tego rodzaju zjawisko: Bóg was nie obdarzył i zewnętrznie żadnym mankamentem, większość tzw. brzydkiej płci z waszego otoczenia dobrze to odczuwa, a co najmniej z pięciu jest »stale zakochanych«. W takiej sytuacji o człowieku, któremu wy się nie podobacie, sądzicie, że to jego wina... Czy nie jest tak?”.

Trwało jeszcze trochę, a potem „przeprosili nas na chwilę”. Staliśmy potem w hallu albo kręciliśmy się (nikt nie mógł spokojnie usiedzieć) i patrzyliśmy się na siebie roziskrzonymi oczami: tak się złożyło, że wśród obecnych świadków miałam samych „obrońców”, a i Krystyn jakoś się przejął atmosferą, mimo że w toku sprawy starał się być „maksymalnie neutralny”. Wszyscy wiedzieliśmy – dobrze jest.

Potem nas zawołali spowrotem141. Przew[odniczący] ogłosił decyzję – uchwała Koła zostaje uchylona, legitymację mają mi jutro oddać, a decyzję ogłosić Kołu. Dyskusji żadnej ma nie być, a jeżeli będą jakieś wątpliwości, to kierować do sądu po wyjaśnienie. Można „apelować” już tylko do Zjazdu.

Po decyzji przew[odniczący] mówił mi jeszcze o wymaganiach, jakie oni mnie stawiają i jakie ja powinnam sobie stawiać, o tym, czego się spodziewają po mnie, no i o pracy naszej organizacji, o konieczności dalszej zmiany stylu (teraz znowu z kolei „martwota” zamiast „reżimu”) i o pomocy, jakiej nam zawsze w tym udzielą.

No i koniec. Pytali nas jeszcze (a to już poza protokołem), czy się cieszymy (!!!), i kazali dać przepustki pod stempel (bo tu u nas biurokratyczna instytucja, że ho, ho!), pytali o sesję, „o walki z logiką” i już – wyszliśmy. W hallu Aśka i Ulka rzuciły się na mnie i dalejże mnie całować!!! Bredziłyśmy potem coś długo i bez sensu ze szczęścia, a Marek dostojnie pocałował mnie w nos. Potem pędziliśmy jak wariaty po schodach (z czwartego piętra!) i wszyscy się śmieli. Edek wyglądał jak przystojny słoń w ataku apopleksji. W ogóle przez cały czas uśmiechał się najbardziej czarującym ze swoich uśmiechów, mówił mi miłe rzeczy, a w czasie sprawy zachowywał się jak cielę, ale jak przyzwoite cielę.

Potem pętaliśmy się razem do MDM-u142, a potem miałam z Markiem iść kupować „coś na kolację” dla niego, ale zamiast tego poszliśmy na krem i pletliśmy trzy po trzy. Miałam ochotę fikać kozły ze szczęścia.

Pierwszą znajomą osobą, jaką spotkałam dziś po WF-ie, była Wanda Agacka143. Na środku Nowego Światu144 rzuciłyśmy się na siebie i powtarzałyśmy w kółko, że się cieszymy. A wczoraj z Mamą wykręciłam młynka po pokoju i wyściskałyśmy się jak dawno nie.

To było 30 marca

1954 roku między

godziną 16-tą a 22-gą.

ZMP

Było razem 40 piratów

Pozostała z nich garstka, ot ta

Reszta w brzuchach rekinów spoczynek swój ma

Został Roger, Fernando i ja

[strofa spięta z lewej strony klamrą:]

Ahoj, chłopcy, ahoj

broń honoru pir[ackiej] bandery

Idź w bój, idź w szturm, idź w krew

Bądź podobny do krwawej pantery

A Fernando don Costa Pirata

Doświadczenie życiowe też ma

Nic dziwnego, nie jedno już lato

Pod banderą piracką już gna

{

A ja jestem dowódcą tej zgrai,

Wielką sławą się cieszę wzdłuż i wszerz

Od Meksyku aż hen do Hawai,

Słynę [?] wszędzie gdzie krwawa jest rzeź

{

Na pokładzie wrogiego okrętu

Żeglujemy na łup i na krew

Z hasłem naszym „krew za krew”

Idziemy na bój. Krwawy Roger, Fernando i ja

{Ahoj…

Ludzie, kochałam was,

bądźcie ludzcy!



Te słowa napisałam tutaj w czasie trwania „sprawy indeksów” w chwili załamania – wtedy, kiedy było we mnie tyle miejsca na cichą rozpacz, histerię i myśli o samobójstwie. Dobrnęłam wreszcie do tego miejsca w pamiętniku i... Kto by się spodziewał, że te słowa będą miały takie szczęśliwe sąsiedztwo – tyle radości, tyle radości!

(27 IV 54 M[arian] Brandys145 – otwarcie mówi o ludzkim i o partyjnym­ punkcie widzenia!!!!!)

31 III, wieczorem

Stało się nieszczęście: do gosposi przyszła depesza z domu: „Niech Mamusia przyjeżdża, Danusia chora”. Gosposia strasznie płakała i rozpaczała. Irka miała już w zeszłym roku dziecko, chłopczyka, który umarł na zapalenie opon mózgowych. Wtedy też podobno przyszła do niej depesza i dlatego dzisiaj rozpacz jej była tym większa. Gosposia w ogóle nie chciała wierzyć w to, co Mama jej czyta, myślała, że tam jest napisane coś jeszcze straszniejszego. Dopiero przy pomocy pani Boguszowej146, naszej dozorczyni, jakoś ją zdołała Mama uspokoić (mnie nie było jeszcze w domu).

Jeżeli to dziecko, nie daj Boże, umrze, to to będzie dla niej straszny cios. Wszystkie marzenia, wszystka praca (strasznie ciężka), nawet większość rozmów – wszystko to było dla tego dzieciaka i przez dzieciaka. Janek, Irki mąż, w ogóle nie pracuje, bo na swoim nie może – ojciec, kułak147, wyrzucił go z domu za to, że się ożenił z biedną dziewczyną. A do spółdzielni nie chcą go przyjąć, bo jest synem kułaka. Powinien albo to starać się wyjaśnić, albo starać się o pracę w miasteczku czy nawet w Warszawie i rozstać się na jakiś czas z Irką, i mieszkać w hotelu robotniczym, ale on boi się „tatula”, no i podobno bardzo go kocha, a poza tym to jest leń i pozwala chętnie utrzymywać się gosposi. Oni mieszkają w okropnych warunkach – w jakiejś klitce na poddaszu (z blaszanym dachem) w rozparcelowanym dworze, a teraz mieli się przeprowadzić. Myślałyśmy z gosposią, że postarają się o mieszkanie gdzieś w miasteczku albo bliżej miasta, a tymczasem w ostatnim liście Janek pisze, że się wynoszą do jakichś Mrozów148, jeszcze dalej od miasta.

I jeszcze chce koniecznie zaraz od „kochanej mamy” czterysta złotych. Nawet napisałyśmy mu w związku z tym sążnisty list, ale znowu mówi gosposia, że w tych Mrozach może chociaż dla dziecka będzie lepiej. Oni nie mieli w zimie podczas tych okropnych mrozów węgla i ledwo tam wytrzymywali w tej swojej blaszanej klitce.

Rodzice Janka mają podobno całkiem prywatny i obszerny domek, ale nawet przez myśl im nie przeszło, żeby Irka z maleństwem mogła chociaż przez te mrozy i teraz tam pomieszkać. Gosposia mówi, że jeżeli przez te warunki temu dziecku się coś stanie, to ona im tego nie daruje. No pewno! A Janek chce, żeby jego ojciec był chrzestnym Danusi!!

O Boże, Boże, ja już zupełnie nie wiem, co z gosposią będzie, jeżeli ta mała umrze (przecież na wsi wysyłają telegramy tylko wtedy, jeżeli się dzieje coś okropnego!). Myśmy już jej przyszłość całą wróżyły i takie plany snułyśmy! A w piątek miałyśmy iść kupować sweterek niebieski i wstążki, i taki odświętny becik do chrztu!! Gosposia ma zaraz jutro przyjechać, jeśli nic strasznego, to sama, a jak źle, to z Danusią, i ojciec ją ma umieścić w klinice Barańskiego149. Ale żeby to tylko pomogło. I w ogóle co jej może być – przecież gosposia mówiła, że jest taka tłuściutka, różowa i zadowolona. Najgorsze jest to czekanie. Siedzimy z Mamą i palimy jednego papierosa po drugim, i w ogóle nie możemy się do niczego zabrać. Ojciec już telefonował na wszelki wypadek do tej kliniki, żeby zarezerwować miejsce.

Jeszcze cała noc i cały dzień czekania!

1 IV 54, czwartek

Gosposia nie przyjechała. Najpierw bardzo się denerwowaliśmy, ale teraz doszliśmy do wniosku, że to pewno dobrze się złożyło – przecież gdyby Danusia była bardzo chora, to gosposia by z nią tu przyjechała.

„Oblewamy” dzisiaj samochód – pełno w domu najrozmaitszych frykasów, gromady słodyczy, winko i Mama roześmiana od ucha do ucha – jak zawsze po pierwszym. Mama nakupowała książek, słowem, jest w domu „dla każdego coś miłego”.

Nie mogę w tych warunkach tworzyć, bo Mama mi zagląda (przez ramię).

Na uczelni strasznie ryczeliśmy z wypocin Marzeny (na końcu pamiętnika zanotowałam co cenniejsze „cytaty” i wybór naszych „satyr”150) i w związku z tym cały czas gadałam „wierszem” (Marzenowym), ale Marzenka była klawa – żartowała razem z nami ze swego „po co piszę, po co śnię, kiedy on nie kocha mnie” i gratulowała mi z całej duszy mego ZMP-owskiego zwycięstwa.

Dzisiaj po zajęciach miałam zebranie wydziałowej komisji K[ulturalno]-O[świa­towej] i zostałam jej przewodniczącą. Będzie dużo roboty, ale takiej jak lubię. Śmieliśmy się mnóstwo, bo takie cięte grono (asystent Bili J., Kalina, Danka Zagrodzka, Hanka Stolarczyk151 itp.). Dowcipnie było i wesoło, a jednocześnie sporo załatwiliśmy. Towarzystwo żwawe, ale niezdyscyplinowane, to samo zresztą tzw. masy u nas. Ale ja sobie dam radę, „żeby patyki z nieba leciały”.

Dostałam list od Teda152. Cudny, ale odpiszę jutro – miałam teraz trochę roboty z planami pracy K[kulturalno]-O[światowej] dla egzekutywy, no i gadaliśmy trochę z rodzinami… Późno już.

A jutro – samo uganianie się – rano trzeba odebrać prawo jazdy w Ruchu, potem załatwić wszystko w CWKS-ie153, potem obejrzeć dokładnie wóz i pojeździć trochę, a potem chciałam jechać na mistrzostwa na AWF154 (pierwszy dzień), ale chyba nie zdążę nawet wpaść, bo u nas zebranie w grupie. No trudno, oby tylko było ciekawe.

[relacja z ferii z lewej strony obramowana czerwoną kredką, cała strona „przekreślona” dopiskiem:] A gdy zamykam oczy, widzę Tatry w śniegu.

7 IV 54, środa

Deszcz. Las. Tęsknota. Tatry

8 IV 54, czwartek

Kasprowy155. Mgła. Śnieg zły – oblodzenie.

9 IV 54, piątek

[dopisek z lewej strony]: – narty

√ Zjazd z Kasprowego. Zadyszka. Leszek i Staszek R., „Signor Walentino”.

10 IV 54, sobota

Ze wszystkimi na Małej Łące156. Wesoło. Dużo męczącej, dobrej jazdy. I słońce. Szymek, Hanka, Tita157 – mnóstwo kawałów. Potańc. Spacer w nocy do Kościeliskiej158. Stach159.

11 IV, niedziela

√ Z narciarzami na zawodach na Goryczkowej160: wspaniała droga – Tatry, śnieg, słońce! Alina i górale śpiewają. Popołudnie: zachód słońca i Szymek gra na harmonii.

Wieczorem – „gra na nerwach” Jurkowi i Stefanowi (narciarze) i Szymkowi J. Alka wściekła. A gówno, właśnie, że nie pójdę z nimi do żadnego Jędrusia161! Lubię tańczyć, ale nie ze wszystkimi.

Noc – spacer, gwiazdy. Cygańskie osiedle Kiry162.

12 IV, poniedziałek

√ Znowu od rana wali śnieg. Idziemy na Małą Łąkę. Fantastyczna jazda. Zmęczenie i dużo radości. Słońce i śnieg. Po południu – skonane leżymy i śpiewamy.

Всегда на московском просторе

В горе звезды Кремля в снеге

И, как реки встречаются в море,

Так встречаются люди в Москве.

Нас веселой толпой окружила,

Подсказала простые слова,

Познакомила нас, подружила

В этот радостный вечер Москва.

И в какой стороне я ни буду,

По какой ни пройду я траве,

Друга я никогда не забуду,

Если с ним подружился в Москве.

Не забыть мне очей твоих ясных

И простых твоих ласковых слов,

Не забыть мне московских прекрасных

Площадей, переулков, мостов,

Скоро встанет разлука меж нами,

Зазвенит колокольчик: »Прощай!«

За горами, лесами, полями

Ты хоть в песне меня вспоминай163.

13 IV, wtorek

√ Wspinaczka na dechach pod Czerwone Wierchy (Heniek Zguda, Stach, Jurek Mroczek164, Kaczor, ja). Szałowy zjazd – przed sobą tylko wierzchołki świerków, no i świst w uszach.

14 IV, środa

√ Rano w Zakopanem165. Potem na nartach koło Gronika166. Trochę słońca. Zdjęcia i wygłupy z Jolką i Wojtkiem. Wieczorem bridge – Edek S., Mroczek, Lech, Hanka i ja.

√ 15 IV, czwartek – Przygoda

Na Kasprowym – zatrzymani przez WOP167 (porucznik ma rozkaz wyjazdu, a został na dole; następna kolejka nie idzie, bo wichura) – Pestka, Janek168, Stach, Tolek Jera, Lech, Edek, ja. Wreszcie zjazd. Burza śnieżna! Lęk przed śmiercią. Nic nie widać. Śnieg wali w usta i zamyka oczy. Podejście na Kowaniec169. Względny spokój. Nartostrada cudowna – prawdziwe „białe szaleństwo”. Kocham góry i narty!!! Nie chcę, nie chcę stąd wyjeżdżać!

Po południu – wspólne „przeżywanie wrażeń”. Gadamy – Lech, Stach, Pestka i ja.

Potem mówimy o miłości, o temperamencie, śmiejemy się i dokuczamy Ticie. Kawały, bridge, Edek, wesoło.

16 IV, piątek

Wali śnieg. Robię zdjęcie świerków w ogromnych białych czapach – „Wielkanoc” w Tatrach.

Lech, Kot170, Janek, Stach, Edek S., Hanka, Pestka, Alka – wszyscy tacy cudni, klawi. Dobrze. Narciarze, „górole” też takie cudne „równe” chłopaki.

17 IV, sobota – Kasprowy. Lech

18 IV 54, niedziela

Podróż z Leszkiem i Kotem. „Puchaty”, przytulny wagon drugiej klasy, karty, wspomnienia z gór – no i Warszawa – zabłocona, zapłakana deszczem, mokra, nieprzytulna. I dom – jak zwykle: wrażenie luksusu, gromady słodyczy, pomarańcze, jabłka, kłopoty z odnowieniem samochodu, radosne przywitanie.

A we mnie aż wszystko płacze i dusi się z żalu za górami! Żeby nie te całe chrzciny, to siedziałabym tam jeszcze cztery dni. Cztery, całe cztery dni w górach!!! Nie – pięć!!!

Pełno w domu prasy literackiej, ostatnie wydawnictwa – drugi tom Stila, Spekulanci Erßenbecka171. „Nowa Kultura” pełna burzliwych wypowiedzi naszych pisarzy w związku z dziesięcioleciem172. „Szpilki” i „Przekrój” rozkrzyczane rysunkami Jean Effela, „Prasa Polska”173 najeżona satyrami na prasę, a w „Życiu W-wy” nowy artykuł, tym razem Broszkiewicza, o muzyce lekkiej i tanecznej, o piosence, o jazzie. Wszystko to ciekawe i ważne, i w stylu „to lubię” – ale z równym powodzeniem można było przeczytać to cztery dni później albo w Zakopanym [!].

Kiedy zamykam oczy, widzę Tatry w śniegu.

!!!!

W przedpokoju na podłodze leżą narty, dwie odrapane deski, takie nieważne i niepotrzebne. Obok mocno nadwyrężone kijki – jeden z porwanym paskiem. Leje deszcz albo siąpi obrzydliwa mgła (?). A w Zakopanym [!], gdy wyjeżdżaliśmy, ludzie jeździli na nartach po Krupówkach174! My sami, gdy zjeżdżaliśmy z Kasprowego, mogliśmy nie wsiadać w Kuźnicach175 w autobus, tylko jechać aż do ronda na nartach.

Wszyscy, ze Stachem na czele, namawiali mnie, żebym została – ale jak?!!!

O ja głupia – trzeba było zadepeszować, że mam coś złamane, i siedzieć w górach do 21-go.

Wieczorem

Czuję, że pójdą w ruch daaawno niezapuszczane sieci. Czuję też, że „połów” nie będzie łatwy, no i, co najważniejsze, jeżeli się uda, skończy się tak pożądanym „odwróceniem roli”. Narreszcie! (Co to znaczy

J. Czerniakowski176)

A gdy zamykam oczy, widzę wciąż Tatry w śniegu. I wszystko inne w gruncie rzeczy nie ma ani sensu, ani znaczenia. Ani rodzice, ani Janusz nie rozumieją – patrzą, jedni pobłażliwie, drudzy z goryczą, ale nikt ze zrozumieniem. A góry całe roziskrzone, całe w śniegu. Las pachnie, pachnie, pachnie...

Ciekawe, co oni teraz tam robią.

Wielkanocny wieczór... Tańczą chyba. Ktoś może gra na gitarze. A my, późnym wieczorem, poszlibyśmy do Kir. A Cygany grają, oj grają!! Cygańskie skrzypce, las, góry. Wszędzie tyle śniegu, tyle śniegu… Oni będą tam jeszcze do środy. Sobota, niedziela, poniedziałek, wtorek…

O rany, zwariuję!!

A tu jeszcze mnie obstawiają różnymi pomarańczami i frykasami.

A żeby to wszystko diabli wzięli!!!!!!!!

21 IV 54, środa

„…A kiedy zamykam oczy, wciąż widzę Tatry w śniegu” – ojej, co z tobą, dziewczyno! Staraście, a dupaście! Trzeba się jakoś wziąć do kupy.

No więc byłam na chrzcinach Danusi. Najpierw deszcz, potem piękne słońce. Piłam strasznie z chłopami i mieliśmy taki humor, że prawie ze wszystkimi jestem na „ty”. „Uwiodłam” swego kuma – Wacka (ale przystojny chłopak, niech go!) i całowaliśmy się cały wieczór („Boże, przebacz nam grzesznym!”), a na drugi dzień, cudownie słoneczny i wiosenny, bardzo długo rwaliśmy zawilce w olszynowo-wiązowym gaju oblężonym przez wrony. Irka z Jankiem mieszkają w strasznej chałupinie, ale Janek dał się wreszcie namówić na spółdzielnię, więc się strrrasznie cieszę! Na podstawie tych wszystkich spraw napisałam opowiadanie Na swoim177: takie sobie, jak na mnie to dobre (i jak na razie). Przyjechałyśmy w strasznych warunkach – urwali mi ucho od walizki i jakieś dziecko o mało mi nie zrobiło siusiu na głowę. Jeden pan trzymał mi cały czas cholernie ciężkie wiadro na biodrze, a potargana jak nieboskie stworzenie niewiasta przez całą podróż, nie wiem, jakim sposobem, wisiała w górze, pod samym sufitem. Kilku chłopaków jechało od Małkini178 na dachu. W nylonach mam same oczka i szwy. W W-wie na dworcu nie mogłam znaleźć gosposi (usiadłyśmy osobno) i nie miałam forsy, bo cały portfel był u niej. Jechałam na gapę z duszą na ramieniu i z oberwaną walizką w kącie, pod ścianą, żeby wszyscy myśleli, że to nie moja.

W domu wszyscy mają katar i bez przerwy siorpią nosami, co w trakcie pisania doprowadza mnie do szaleństwa, w którym równie mało jest miłości dla rodziców i innych tym podobnych okropnie szlachetnych uczuć, co sensu w moim pisaniu.

Dostałam czarujący list od Marka. Pierwszy raz miałam do czynienia z tego rodzaju „utworem”, w którym występowały obok siebie i w najlepszej zgodzie dwa tak odrębne zjawiska jak miłość i inteligencja.

O Boże, zwróć nam też rozum, który nam odebrałeś!!

„Dziwna miłość”

24 IV 54, *czwartek179

[tekst przekreślony do słów „spraw i ja”:]

Uch, jestem zła jak pies! Pojechałam wczoraj z Malarzyną i jego koleżkami na plein air180. Zdobyli z ASP-u jakąś ciężarówkę i jechali Wałem Miedzeszyńskim181. Przy moim ogrodzie zatrzymali się i Jasio wpadł po mnie. Było już koło dziesiątej, ale obiecywali solennie, że na trzecią będziemy z powrotem. Tymczasem zjechaliśmy szmat świata; najpierw robili wszystko, tylko nie malowali. Jul182 był cudny – rozkręcił się i niemalże dosłownie „stawał na głowie” (zaczęliśmy się gimnastykować). Wreszcie powiedzieli, że mają mało oryginalne światło. Czekali więc mimo moich mało ważnych protestów kupę czasu, aż wreszcie byłam w domu... o wpół do szóstej. Było bardzo, bardzo cudnie, ale ja chciałam koniecznie być na naradzie przod[owników] naszego roku. Miało tam stanąć sporo ważnych spraw i ja też miałam przygotowaną efektowną wypowiedź.

Przyjechał Marek z pękiem cudownie pachnącego białego bzu; przyszły oba Januszki, było bardzo wesoło. Trochę się rozkręciłam, ale teraz, sądząc po tym, co przebąkuje Jasiek, wiem, że narada była dość ciekawa, i złoszczę się, że tak parszywie wypadło183.

Ojej, jak ja się strrrasznie teraz nudzę na wykładach, nawet na tych dobrych (historia teraz) – po prostu nie chce mi się ani uważać, ani w ogóle uczyć. Aaaa...

24 IV, sobota

Zabawa wydziałowa. Cudowne humory, Janusz. „Sam szał”, jak dawno nie. Tańczyliśmy walca, że aż ha!

25 IV, niedziela

Znowu tańczę wesoło. Ale to już „nie to”. Henryk, Stach.

27 IV, wtorek

Fil[ozofia] marksistowska jest...

„Filozof jest maszyną ludzką, jak każdy człowiek, ale jest to maszyna, która dzięki swej mechanicznej konstytucji zastanawia się nad swymi ruchami... Jest to zegar, który czasami sam się nakręca”.

(z Wielkiej Encyklopedii184

przypisywane Diderotowi)

2 V 54, niedziela

Co ja wyprawiam, co ja wyprawiam!!!!

Ale zacznijmy „ab ovo”185 (chyba nareszcie dostatecznie przejrzałam siebie, żeby móc to „wyprawianie” zrozumieć i... przekląć).

Mam w sobie dwie istoty, które siebie wzajemnie nienawidzą; nienawidzą się tym bardziej, że nienawiść ta i z jednej, i z drugiej strony jest bezsilna. Jedna strona to uczucie, a druga to, nazwijmy ją tak, próżność.

Zaczęło się już dawno, właściwie jeszcze „przed Jerzym”186. Nie kochałam wtedy i nie byłam kochana, ale bardzo pragnęłam miłości. Z chwilą jednak, gdy wydawało mi się, że już, już ją znalazłam (Mały Jurek, Boguś R187.), nie mogłam wyrzec się dalszego „łypania okiem” na prawo i lewo: byłam złakniona powodzenia. Ewa nazywała to chęcią trzymania dwóch (czy więcej) srok za ogon, a tata mówił, że „mam serce jak Brama Floriańska”188. To nie było serce. Ale na razie mniejsza z tym.

Trzeba mi było człowieka, który zaspokoiłby jedno i drugie – uczucie i ową „próżność”. Słowem, człowieka, który pochłonąłby mnie „bez reszty”. Tym człowiekiem był Jerzy: kochałam go, a jednocześnie imponował mi tak bardzo (dopiero w tej chwili zdaję sobie sprawę z jakości tego imponowania), że nie tylko nie odczuwałam potrzeby dodatkowych „hołdów”, ale związek z Jerzym i pysznienie się nim wydawały mi się najwyższym szczytem marzeń.

Później nigdy już tak nie było.

Przez długi okres czasu [!] najbliższym mi człowiekiem był Stach. Nie kochałam go, ale było mi z nim dobrze; zresztą naprawdę był moim przyjacielem. Ale mnie to nie wystarczało. Ba! – żeby tylko o to chodziło: ja po prostu wstydziłam się tego. Wciąż stwarzałam pozory, że mój stosunek ze Stachem właściwie nie istnieje, że to bagatela. Wstydziłam się go. Najrozmaitszymi sposobami dawałam otoczeniu do zrozumienia, że właściwie „jestem wolna”, i otwierałam furtkę najrozmaitszym „adoratorom”. Stach najpierw nic nie rozumiał, robił sceny, był zazdrosny. Potem przejrzał mnie, nabrał odrobinę pogardy, ale nie przestał cierpieć, szczególnie wściek­ły na własną bezsilność. Wreszcie zahartował się, nabrał zagranej, a z biegiem czasu coraz prawdziwszej obojętności i zaczął mawiać, że dałam mu „szkołę życia”.

Czułam się wobec Stacha nie w porządku. Ba, czułam się po prostu świnią i nie raz o tym pisałam. Ale przywiązanie nie pozwalało mi zerwać z nim (wiedziałam, że to egoizm), a za łapczywa byłam na powodzenie, żeby zrezygnować z łapania wciąż nowych „ofiar”. Na czym polegał mój stosunek do tych chłopców (i polega)? Właściwie na „zwodzeniu”: krztynka nadziei (i nic albo prawie nic więcej), od czasu do czasu jakiś potańc, teatr czy wizyta w domu, koleżeńskie lub przyjacielskie stosunki. Za mało tego było, żeby to traktować jako zdradę (tym bardziej że Stach znał charakter tych znajomości), ale za wiele, aby zamykać oczy.

Wreszcie, po wielu „powrotach”, zerwałam z nim ostatecznie nie dlatego, że wreszcie zwyciężyło sumienie, ale dlatego po prostu, że przywiązanie i to trochę uczucia, jakie dla niego miałam, zupełnie wygasło.

Byłam wolna, zupełnie wolna. Nareszcie miałam prawo „szaleć”. Ale była to wiosna ubiegłego roku – zaczęła się czarująca przyjaźń z Januszem, która prędko pogłębiała się i przeradzała w uczucie z najprawdziwszego zdarzenia. Rozwojowi tego uczucia przeszkadzały dwie rzeczy: moja wieczna skłonność do łowienia wciąż nowych ofiar, no i ból po niedawno utraconej przyjaźni Marka i gwałtowna potrzeba jej odzyskania przeradzająca się w chwilach egzaltacji „na ten temat” w coś w rodzaju miłości.

„Skutki tych przyczyn” nie kazały na siebie czekać: „flirt” z Leszkiem Kubickim, Leszek S. i Gotfryd Gremlowski189 w Zakopanym [!], wreszcie, już grubo później, w Torzymiu190, wciąż narastające myśli o Marku, tym liczniejsze, im bardziej obojętne i krótkie były jego listy (w tym tkwię cała ja).

Był przecież okres – październik, listopad ubiegłego roku – kiedy miłość dla Jaśka zwyciężyła wszystko inne. Ale się skończył – i to nieprawda, że skończył się dlatego, że Janusz nie zachował się tak, jakbyśmy tego później pragnęli, „w sprawie indeksów”, ani nie dlatego, że miał za małe ambicje intelektualne. Bzdura! To były tylko sposoby, w jakie starałam się usprawiedliwić siebie w oczach Jego i swoich: jako przyczyny prawdopodobne (choć nieprawdziwe!) nadawały się do wmówienia.

Tymczasem chłopaki potraciły na moim punkcie głowy. Moje „powodzenie” jest zagadką dla mnie i dla moich najbliższych. Alina i Stach wyrażali się o nim w podobny sposób: mówili, że znają dziewczęta o wiele ładniejsze, a przede wszystkim zgrabniejsze, bardziej interesujące, no i „lepiej ubrane” niż ja, a które nie mają ani w połowie takiego powodzenia jak ja. To jest fakt, ale to niczego nie wyjaś­nia! Mój stosunek do tego „zjawiska” bywał najrozmaitszy. Skoro tylko się zaczęło, wprawiło mnie w zdumienie (nie miałam podstaw się tego spodziewać), a potem w zachwyt. To zresztą nic dziwnego: nie ma kobiety, której by to nie schlebiało.

Ale później, najgorzej ostatnio, przekształciło się to w jakiś niesamowity ciężar, który targam ze sobą, ale którego nie mam siły się pozbyć. Im większa jest moja obojętność dla „nich wszystkich” i im bardziej mnie męczą, tym więcej ich się koło mnie kręci. I tym „energiczniej”. Ale „próżność” nie pozwala mi dać im ostatecznego „kosza”. Zresztą, mimo że w tej chwili wyrażam się o nich jako o „moim utrapieniu”, to przecież większość z nich to są naprawdę sympatyczni chłopcy, no i moi dobrzy koledzy.

Trwało to wszystko „jako tako”, aż wreszcie pogmatwało się i wybuchło. Januszowi było ze mną coraz ciężej; ja, w miarę jak się „wściekał”, bywałam coraz częściej rozdrażniona. Robiłam mu przykrości191 (obiecywałam przyjeżdżać i nie przyjeżdżałam; w domu kręciło się pełno chłopców). Do tego doszła „sprawa Marka”. 8 marca wyznał mi miłość. Przedtem już doszło do ożywienia stosunków między nami i cieszyłam się na to, że może odrodzi się stara przyjaźń. Wyznanie wywołało we mnie całą gromadę sprzecznych uczuć. Górowała jakaś dzika, opętańcza radość ze zwycięstwa (trochę mimowolnego). Odpowiedziałam prawie wyznaniem.

Od tego czasu stosunki zaczęły być nieznośne. Gdybym chciała przebywać ze wszystkimi, którzy chcieli ze mną przebywać, nie starczyłoby godzin w dobie. Ja sama czułam się dobrze, jedynie będąc z Jaśkiem. Dla Marka traciłam powoli prawie całą sympatię. Odczuwałam chwilami niemalże złość na niego za to, że odpowiadał na moją przyjaźń albo obojętnością, albo miłością, ale nigdy tym, czego pragnęłam. Było mi strasznie ciężko, ale nie potrafiłam się od tego ciężaru uwolnić.

W sobotę była, jak już kiedyś pisałam, zabawa wydziałowa. Z rozmaitych względów powinnam bawić się z Markiem. Ale czułam taką potrzebę bycia z Jaśkiem i On był taki cudny, że nie mogłam się temu oprzeć. Spędziliśmy cudowną noc. A w poniedziałek miałam do Niego przyjechać i nie przyjechałam. Potem czułam się podła. Zebrałam całą siłę woli i zerwałam z Jankiem. To nie było to, co kiedyś ze Stachem: ja Jaśka kocham. Kocham go gorąco, namiętnie, ale kocham go tak, jak kochać umiem – a to nie jest dobra miłość. Zmusiłam się do tego, aby się tej miłości wyrzec. I udawało mi się to.

Tymczasem stosunki moje z Markiem i jego przyjacielem Edkiem S. układają się źle. Marka nie stać na to, aby mnie zrozumieć – na to trzeba być Januszem. Dlatego, nie mogąc mi robić scen, prawi mi morały. Przedwczoraj, po filmie, na którym byłam z Markiem i Edkiem, pojechałam w tajemnicy na ASP na zabawę. Wygłupiałam się z „Pataszonami”192, „szalałam”... Było cudnie. Przyszedł Edek. Nazajutrz wyraził w rozmowie z Markiem „najwyższe oburzenie”, powiedział nawet: „Albo ja, albo ona”.

Wczoraj po południu poszliśmy z Markiem na Rynek193. Jedliśmy lody, tańczyliśmy... Słuchałam jego „oceny mnie” i byłam przerażona: ależ oni oceniają mnie nie jako swobodną, roześmianą dziewczynę, ale jak jakąś rozwydrzoną kurtyzanę!! Z jednej strony byłam wściekła, z drugiej, ze względu na chorobę Marka i moją przyjaźń dla niego, „postanowiłam poprawę” (w duchu, w słowach i tak by to nic nie dało). Wyobrażałam to sobie tak: przyjaźń z Markiem w ramach „wydziałowych”. A poza tym można przecież czasem „w konspiracji” pobyć sobie z kimś innym.

Wszystko było na „najlepszej drodze” – właśnie spotkaliśmy Edka i chciałam rozpocząć czas skruchy.

Wtedy zjawił się Jasiek. Cudny i bezczelny. Poprosił mnie do tańca i „porwał”. Chciałam do nich wrócić, ale nie wróciłam. Mógł mi w tym pomóc, ale nie chciał. Byliśmy ze sobą gorzko, nieprzytomnie szczęśliwi.

Gnałam potem piechotą do domu (z placu Unii – 117 nie szło, a ja wpad­łam w Polną194 i leciałam przed siebie). Wiał przeraźliwie zimny wiatr. Wszystko we mnie kipiało: „wyrzuty sumienia” i gromady skrupułów w stosunku do Marka i Edka, wściekłość na ich sposób oceniania mojej postawy, no i, przede wszystkim, „burza namiętności”, to, czego „nieodczuwaniem” tak się kiedyś chwaliłam!

[tekst spięty z lewej strony klamrą:]

Jaś, Jaś, żebyś ty wiedział, jak niedobra jest moja miłość nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie! Jak mnie jest bez ciebie strasznie, strasznie, strasznie!! W nocy wyciągam ręce i trafiam na przeraźliwą pustkę.

Jestem bez ciebie sama, taka samotna, że zdaje mi się – mur jakiś odgradza mnie od świata. I sama nie wiem, co jest gorsze – szczęście przebywania z Tobą czy nieszczęście oddalenia.

Jeśli „w towarzystwie” ktoś się koło mnie „kręci”, sprawia mi to jeszcze jaką taką przyjemność („z przyzwyczajenia”), ale z chwilą gdy zostaję „sam na sam”, np. z Markiem, nudzę się potwornie i wściekam się tak, że mam ochotę wyrzucić go za drzwi. Mówię, że „jestem zimna” i „myśl o mnie, co chcesz”, i nie zgadzam się na pocałunki. Zaczynam „ich wszystkich” nie cierpieć.

„Łapczywe” spojrzenia mężczyzn, które kiedyś przyjmowałam obojętnie, jeżeli nie z zadowoleniem, teraz przyprawiają mnie o wściekłość. Jestem jak nałogowy pijak na widok alkoholu, który odebrał mu szczęście, a którego przecież wyrzec się nie może.

[tekst spięty z lewej strony klamrą:]

Jakżeż ja tej drugiej, „nałogowej” siebie nienawidzę i jak ja Ciebie, Jaś, kocham!

Kocham Twoje mądre, nadzwyczajne rozumienie mnie, kocham Twój sposób mówienia, Twoją ironię, Twoje oczy, Twoje ciało. Kocham nawet to, że mi nie chcesz ułatwić odejścia, że mnie doprowadzasz do takich oto stanów, że męczysz siebie i mnie, że jednocześnie potrafisz się śmiać, że jesteś taki w tym wszystkim silny (A jednak i to się skończyło).

Trzeci dzień Maja (poniedziałek)

Powietrze pachnie, trawa pachnie, ziemia i kwiaty pachną. Topole zakwitły żółtymi puszkami (od „puszek”, nie „puszka”) słodyczy. Wiosna!

Janek Janek

Janek Janek

Pietnasty dzień Maja

Ojej, jak dawno nie pisałam! A działo się to i owo!

No, ale zacznijmy od początku (i tak nie mam nic lepszego do roboty poza pisaniem i czytaniem).

Drugiego Maja, była to niedziela (o rany, co za styl!), pojechałam do Janusza. Natknęłam się u niego na Lenka i razem poszliśmy oglądać kolarzy, którzy jechali m.in. Szosą Wilanowską195.

Lenek to koleżka Janusza ze szkoły. Teraz jest na SGSZ-cie. W sobotę (1 Maja) był z Jankiem na Starówce i orientuje się w Janka sercowych sprawach. Trochę kpiarz, trochę cynik, zawzięty „antyfeminista”, prawi człowiekowi nadęte komplementy, w których tylko bardzo nieinteligentna istota mogłaby nie dostrzec impertynencji.

Na Szosie Królewskiej spotkaliśmy dzieciaki i tatę Janusza196. Potem żarliśmy słodycze i oglądaliśmy kolarzy, a potem pojechaliśmy z Jankiem na premierę do Teatru na Żoliborzu197. Teatr śliczny, ale program (teksty!) – bardzo wielka lipa.

Czułam się bardzo głupiutko szczęśliwa i bardzo zakochana. W poniedziałek („trzeci dzień Maja”) wyszliśmy chyba o 11-ej z wykładów (tzn. najzwyczajniej urwaliśmy się) i powędrowaliśmy piechotą na Sadybę198. Byliśmy zakochani w wiośnie i sobie. Znowu było „Aguś” i „mąż”, a Janek kazał mi wierzyć, że „teraz” to ja już naprawdę, bo on wie, że ja nie mogę przestać go kochać. Fatum, los, szczęście, czyli miłość.

We wtorek („czwarty dzień Maja”) pojechałam do CWKS-u po zwolnienie z biegów narodowych. Lekarz klubowy dał mi to zwolnienie i na dodatek skierowanie do kliniki na obserwację (tarczyca), gdzie się „niniejszym znajduję”. Odtąd zaczęło się ganianie za zaliczeniami („żeby być w porządku jeszcze przed szpitalem”) i ciągłe wizyty w klinice kończące się wiecznym: „w przyszłym tygodniu”. No ale przecież nie to było „treścią życia”. Najcudniej było, kiedy się pojechało do Janka i lazło się daleko na łąki.

Zaraz w środę („piąty dzień Maja”) pojechałam do Janka na rowerze. Miałam masę kłopotu z wyszykowaniem roweru i w dodatku jeszcze po drodze nawalił mi wentyl (pomógł mi jakiś rykszarz na placu Trzech Krzyży199). U Janka dzieciaki szalały na rowerze (Danka się nawet nauczyła jeździć), a my łaziliśmy po łąkach albo leżeliśmy „nad wodą ciemną i czystą”200 (właściwie nie bardzo czystą, ale za to śliczną – pełną wodorostów, liści od lilii i nenufarów). Wieczorem zgubiliśmy Wojtka aparat, ale szczęśliwie się znalazł, a potem pojechaliśmy popatrzeć na Starówkę (po rower przyjechałam na drugi dzień).

W piątek piekłam się straszliwie na mieście, załatwiając mnóstwo spraw, a po południu byłam na bardzo, bardzo ciekawym seminarium Wolpego o „drodze Jacka Soplicy”201 (że nie od grzechu do świętości, tylko inaczej). W sobotę wieczorem był u mnie Jasiu Malarzyna (a może to nie w sobotę? Mniejsza o to – w każdym razie któregoś dnia). Siedzieliśmy do północy na balkonie i przebudowywaliśmy świat.

Niebo miało być takie pomarańczowawe jak białe wino, gdy patrzeć pod słońce, chmury srebrne podszyte różowym, a drzewa właśnie takie jak ta topola nad balkonem – seledyn przetkany brylantami rosy. Coś jeszcze było o błękicie, ale nie pamiętam. Człowiek miał tęczę w głowie i dowolnie nią rozporządzał. Wyobrażaliśmy sobie Janka, jak się wdrapuje po drabinie aż do nieba i maluje obłoki. I że w domu każdy będzie miał zamiast pieca małe słoneczko, które codziennie będzie wyprowadzał na spacer na smyczy.

W niedzielę były prace przy budowie Parku Kultury202. Zocha203 przyszła z małym psiakiem ze złą mordką (bo on jest dorosły, a wszyscy myślą, że nie, i okropnie mu dokuczają, i on się denerwuje). Kiedy Zocha rzucała cegłę, to psiak myślał, że to zabawa, i ganiał. Musiała go zabrać do domu, boby się biedak zamęczył.

Potem pojechałam do Janka. Gimnastykowałyśmy się mnóstwo z Danką i pływałam w jeziorze, chociaż tego dnia, jak na złość, wcale nie było gorąco. Wszyscy mieliśmy szatańskie humory.

W poniedziałek Janek chciał mnie sprzedać za piwo, ale nikt nie chciał.

We wtorek przyjechał do mnie Marek i powiedziałam mu wszystko, co sądzę o naszym stosunku: że się do siebie rozczarowaliśmy (on patrzy na mnie jak na wroga, a ja z przerażeniem dostrzegam w nim nudziarza i moralistę) i że kontynuowanie tego wszystkiego w takiej formie nie ma najmniejszego sensu. Marek był na to przygotowany. Potem poszłam do Janka Regulskiego.

Spędziłam czarujący wieczór przy kawowym likierze i wspaniałym torcie, więc niewiele się nad poprzednim zastanawiałam, ale teraz jest mi bardzo przykro.

Nie mogę kochać Marka i nie ma najmniejszej potrzeby, żebym tego od siebie „wymagała”, ale po tym wszystkim, co on dla mnie zrobił, jaki on dla mnie był, ja nie powinnam się wobec niego tak zachować, jak to się zdarzało. Wyrządziłam mu krzywdę, niesprawiedliwość.

A sama wiem najlepiej, jak to boli.

No więc jestem w klinice. Dr Bubień powiedział mi na wstępie, że to jednak potrwa co najmniej dwa tygodnie, i zniknął. Mieli mi robić dzisiaj jakieś badanie i nie robią. Cholera. Jestem w ładnej, bardzo słonecznej sali, z jakimiś sympatycznymi niewiastami. Ze sportowców jest tu tylko jedna lekkoatletka od nas z CWKS i Staszek Stryczula204 (migdałki). Nasz pokój ma duży balkon z jednym leżakiem, na którym właśnie siedzę. Co prawda wcale nie jest za ciepło, ale wolę tu mieć gęsią skórkę, niż leżeć w łóżku i wąchać szpitalniane zapachy. Wczoraj był u mnie Jasiek Rajski i, jak wszyscy, wróżył mi co najgorsze. Poza tym zresztą był, jak na siebie, czarujący. W autobusie spostrzegłam Henryka, który wciąż mówił, że ma interes do Janka (a wiedział, że Janek będzie u mnie), ale go nie zaprosiłam. I Jankowi prorokowałam, że ta ich przyjaźń nie potrwa dłużej niż maximum rok. Powiedział, że jest tego samego zdania, ale niech sobie będzie tak jak jest. Poza tym plótł głupstwa o wyobraźni, samotności, komunizmie i kobiecej głupocie. Dał mi prztyka w nos, kazał szanować Lorda i poszedł.

A poza tym to „nie jest mi smutno i nie płaczę, ani mi nie zbrzydł świat”, ale to ostatecznie nic przyjemnego siedzieć na jakimś durnym tarasie i patrzeć, jak wywożą na taczkach nieboszczyków na sekcje. Tyle tylko pociechy, że drzew dużo, że od czasu do czasu pokaże się słońce, no i że mam ze sobą Gogola Obywateli i nowy „Teatr”205.

Najpierw się bardzo wstydziłam, żeby tak mieli zaraz zacząć do mnie przychodzić, ale jak Janek do mnie jutro nie przyjdzie, to się wścieknę.

Ogromnie się cieszę, że Mama coraz bardziej go lubi – sama mi to dziś powiedziała. I jeszcze: „My to mamy z Januszem takie same »nastroje« w stosunku do siebie”. Jak z nim rozmawiam, to czuję, jak się wzajemnie „podglądamy”.

Pełno tu łazi oswojonych gołębi.

Właśnie pożarłam obiad. Okropne gówno – wszystko niesłone i ci, co mogą, to sobie sami dosalają. No to jak sobie „dosoliłam”, to tak solidnie, że ledwo przełknęłam. Brrr... Czuję się, jakbym miała Morze Kaspijskie206 w gębie. I wszystko się je łyżką. No to jak się chcę rozerwać, to sobie wyobrażam, że jestem u czubków, żrę łyżką, bo takam niebezpieczna.

O Boże, jak ja się boję nudy!

Osiemnasty dzień Maja

W niedzielę był upał. Marian Plewa (płotkarz od nas z klubu), Janusz – szermierz, Stryczulka, Teresa i ja (słowem, cała „Klinika Zdrowego Człowieka”207) wdrapaliśmy się na dach i opalaliśmy się. Przypaliłam się zdrowo i nareszcie jestem przyjemnie brązowa na gębie. Przy schodzeniu z dachu na nasz taras miałam okropnego pietra. Na domiar złego chłopcy przy ściąganiu mnie z góry pooddzierali mi rękawy od szlafroka (no niezupełnie, ale trochę). Przez pół dnia „cięłam się” z Marianem (diabelnie inteligentny i złośliwy chłopak, kawalarz nie lada), a przez drugie pół przyjmowałam gości i razem z Teresą zażerałam się czekoladą. Była [!] Mama i Jasio, i Stach. Tata też; jest cudny. Staszek Stryczula dokuczał mi, że „moja sympatia” nie przyszła, a przecież gdyby naprawdę chciała, toby przyszła. Głuptas z tej naszej małpeczki! Przecież Janusz musi czytać Emancypantki208!

Wczoraj brali mi krew z żył i byłam trochę osłabiona, ale i tak pętałam się prawie cały dzień po parku i czytałam Obywateli. Dziś mnie prześwietlali chyba z pół godziny. Brrr... Jest pochmurno i od czasu do czasu pada deszcz. Paskudztwo. Piszę, czytam i postanawiam od jutra uczyć się historii.

Jedna szalenie dowcipna kobitka opowiada hece o lekarzach i studentach. Stara panna – adiunkt z polonistyki209, jak zwykle robi jakieś konspekty, pije czarną herbatę i daje tematy do kawałów (gdy wychodzi, bez przerwy toczy się debata, że trzeba jej chłopa). Czasami robi zgorszone miny, że latam z Teresą zamiast się kuć.

O rety, jak ten czas wolno mija.

Lecz trzeba się rozstać, by spotkać się znów.

„Mann hörte das Rauschen das Merres wie das Atmen eines Riesen, der Untert einer Düne über sieben Jahrhunderte hinweg ein kleines Nickherchen macht”210 (Boris Diaczenko – Berliner Institut).

The Mirror of the Sea – Conrad211. Czytać!!!

Dziewiętnasty dzień Maja

„Qui de nous n’a eu sa terre promise

son jour d’extase et sa fin en exil?”212.

Amiel

Dwudziesty trzeci dzień Maja, Niedziela

Wcale nie jest majowo. Zimno i deszcz.

Czytam, uczę się trochę i rozmawiam z Teresą. Każdą chwilę między jedną ulewą a drugą wykorzystujemy na to, żeby chociaż trochę połazić po dworze. Leczy mnie dr Siciński213 – spec od sportowych spraw. Ze wszystkich badań i zabiegów męczy mnie najbardziej prawie codzienne pobieranie krwi. Ze względu na dietę i mało ruchliwy tryb życia jem mało i dlatego to ciągłe oddawanie krwi osłabia. Tarczyca to tak jak jakiś złośliwy soliter214 czy inny drań w organizmie. Zrobiła mi np. takiego „psikusa” jak niedokrwienie. „Jeszcze rok – powiadają – i byłaby porządna anemia”. Brrr...

Żeby się oswoić ze szpitalnym życiem, trzeba sporo silnej woli. Potem już można czytać, śmiać się i nawet nie myśleć o śmierci. To ostatnie jest najtrudniejsze, bo na każdym kroku ociera się tu człowiek o straszną chorobę i o śmierć. A im człowiek bardziej chory, tym goręcej, tym bardziej szamocząco i dziko rwie się do życia. Zupełnie inna byłaby atmosfera, gdyby ta Klinika Zdrowego Człowieka stanowiła jakiś odrębny dział, a tak to zarówno chłopcy, jak i my jesteśmy na [!] ogólnych salach razem z ciężko chorymi i to wpływa w dużym stopniu na samopoczucie. Całe szczęście, że w przyszłym tygodniu obie już stąd wyjdziemy: przybycie dra Sicińskiego wyraźnie przyśpieszyło tok badań. W środę będą mi rwać korzenie od zębów (dwa!). Okropnie się boję.

W czwartek przyszedł do mnie Marek. Mimo wszystko, co może się mnie nie podobać w jego „morale”, to jednak zdaję sobie sprawę z tego, że jestem wobec niego nie w porządku, co przy całej sytuacji spowodowało, że jego wizyta podziałała jak żywy wyrzut sumienia. Marek jednak zachował się bardzo serdecznie i prosto, tak że sądzę, że obecne skrępowanie i dziwaczność naszych stosunków może minąć i zapanują między nami zupełnie godziwe, serdeczne, koleżeńskie stosunki.

Dwa razy byli u mnie Janusz i Anita. Cieszę się bardzo, że są w dobrej komitywie, bo najwyższy czas, żeby się to jakoś ułożyło: przecież do bardzo niedawna Anita była niemalże przywódczynią anty-Januszowej opozycji w moim otoczeniu. Od pewnego czasu zaczęło to się zasadniczo zmieniać i np. ostatnio w czasie ich wizyt u mnie w szpitalu zauważyłam, że odnosi się do Janusza bardzo serdecznie, ciepło. Janusz za to potrafi jej od czasu do czasu powiedzieć jakąś zniecierpliwioną czy niegroźną uwagę czy też „przyciąć” bardziej złośliwie niż niewinnie. Ale nie jestem skłonna doszukiwać się za tym niczego (np. jakiejś niechęci do Anity czy też traktowania jej zachowania jako narzucania [się]), bo to raczej Janusza „styl”. Na [!] Anity sposobie bycia obserwuję czasem tę samą karykaturę mnie, co np. kiedyś w Teresie215. To już stara, przemyślana i przedyskutowana sprawa: jestem dość silną indywidualnością, a więc, jak to się mówi, „wywieram wpływ”, ale często prowadzi to do „przegięcia” u osób podlegających temu wpływowi. U Teresy polegało to na jakimś niemalże bikiniarstwie216. Nauczyłam ją rozsmakowania w tańcu, w winie, w pewnej swobodzie bycia... A ona poszła o krok dalej – w kierunku hałaśliwej, nie zawsze smacznej wesołości. To, co u mnie i np. u mojej Mamy było wesołe czy wdzięczne – u niej bywało niemalże błazeńskie.

Anita wzięła ode mnie również pewne zewnętrzne cechy sposobu bycia, których używa przy [!] odpowiednim (np. moim) otoczeniu w sposób właśnie karykaturalny. Ja sama zresztą popadam w to czasami, tylko zdaję sobie sprawę z tego i staram się tego unikać.

Tymczasem Anita, a często i Janusz robią z tego pewne „rozwydrzenie” (rozumiem pod tym skrótem zresztą szereg zjawisk dotyczących sposobu bycia) i wcale tego nie dostrzegają. Moja swoboda, swoboda Aliny czy mojej Mamy bywa np. zabawna. U nich – nierzadko – niesmaczna. Sama, np. na uczelni czy w domu, współuczestniczę w za daleko wędrujących żartach i „rozmówkach”, a Anita nigdy potem nie „reflektuje się”, a wprost przeciwnie – bawi ją to i cieszy, że może się przy kimś tak zachowywać. Często w rozmowie we trójkę wywierają oboje z Januszem wrażenie popsutych dzieci, bardzo z siebie zadowolonych.

No, ale skończmy z psychologią.

Chciałabym właściwie zanotować to i owo z naszych dyskusji z panią Rzełuską [!] nad złożonym schematyzmem Obywateli (wzruszający referat, ale jednak referat zbeletryzowany), ale piekielnie bolą mnie plecy przy takim pisaniu bez biurka.

Deszcz!! Deszcz, deszcz!!!!

Są takie chwile szpitalnianej pustki: kiedy np. książka „utyka” w jakimś miejscu akcji i chciałoby się zacząć robić co innego – pójść gdzieś, pośmiać się... A tu ani nie ma dokąd pójść, ani nie ma z czego się śmiać. Albo kiedy urwie się rozmowa czy skończy się chwila serdecznego śmiechu (przy Marianie P[lewie] to często się zdarza – chłopak żywy jak iskra, bardzo bezczelny, bardzo chłopięcy i bardzo z tym wszystkim miły) i przykro zadźwięczy cisza. Wtedy217, no i zawsze rano, zaraz po przebudzeniu się, robi się bardzo ciężko na duszy. Na takie chwile trzeba mieć najwięcej siły. Teraz, kiedy wiem, że niedługo wyjdę, to przestaje być takie istotne, ale kiedy straszono mnie miesiącem pobytu tutaj – to wcale nie przychodziło łatwo. Jeszcze ta uparta tęsknota za Jankiem! Ja zdawałam sobie sprawę z tego, że on nie ma czasu (jakoś bardzo rozwlekle idą zaliczenia – z mojego punktu widzenia, tzn. po błyskawicznym, z konieczności, załatwieniu „tychże”), no i że przecież, jak każdemu, zależy mu na stopniach, ale ta świadomość w niewielkim stopniu ułatwiała mi ten tydzień oczekiwania.

Dobrze, że chociaż Janusz, bardzo zajęty stopniami i przebywający w sympatycznym otoczeniu, nie przeżywa specjalnie tego rozstania! To też trochę pomaga – świadomość, że jemu jest lżej.

Przeczytałam Ziemię krwi i przemocy Jorge Amado218. Bardzo piękna książka.

Właściwie lepiej byłoby, gdyby Anitka i Janusz dziś nie przychodzili – przywieźli do nas dwie bardzo ciężko chore kobiety. To ich „przygniata”.

Czytam „lektury” do historii. Ten Gerber219 jest beznadziejny! Podał np. Zdradzony naród Kahna220, podczas gdy to obejmuje okres od 1919 r., a nasz temat – do pierwszej wojny światowej! A przecież jest choćby Claude!! Czyżby on sam tego nie czytał?! No bo to jest przecież historia, a nie ekonomia, i te daty to nie bagatela.

O rrrety, jak ja się boję tej dentystki.

Przeczytane (lub przypomniane):

1) Meksyk – Kisch

2/) Raj amerykański -||-

3) JG Farben Sasuly

4) Hiszpania – Borejsza (odpow[iednie] rozdziały)

5) Ziemia krwi i przemocy – Jorge Amado

6) China geheim – E[gon] E[rwin] Kisch221

Czytać jeszcze:

1) Kuczyńskiego222

2) o Indiach

3) notatki z ekonomii

25 V 54

Mam diagnozę!! Brrrr... „Coś okropnego”: tarczyca niewiele znaczy (mam tzw. wole obojętne i to minimalne). Natomiast cała historia bierze się stąd, że mam niedokrwienie, czyli anemię (sic!). Byłam strasznie zdziwiona, ale doktorzy wytłumaczyli mi, że to wcale niekoniecznie musi się brać z jakiegoś „niedożywienia” itp. A u mnie jest tak – zamiast 5 mil[ionów] czerwonych ciałek mam ok. 3. A te, które mam, są „niedobre”, tzn. że zamiast 100% hemoglobiny mają 50%. Hemoglobina łączy tlen. No a ponieważ mam jej tak mało, więc jestem „niedotleniona” – stąd to „duszenie się” przy lada jakim wysiłku. Ale to się da wyleczyć. Skąd to się u mnie wzięło, to jeszcze nie bardzo wiedzą – trochę na tle „sercowo-nerwowym”, trochę na tle jakiegoś schorzenia szpiku (stamtąd „pochodzi” krew), które będą mi właśnie dzisiaj badać (przez wiercenie dziury w mostku). Bardzo, bardzo się tego boję.

Jak tylko mi mówią, że choroba powstała na tle nerwowym, to czuję taką nienawiść do wszystkich „Blasków”223, że na zmianę wstyd mi za siebie, a jednocześnie – no, „mordować” bym mogła. Całe szczęście, że to podobno niejedyna przyczyna całej historii.

Och, jak się boję!!!

3 VI 54, czwartek

Niektórzy, kiedy jest im zupełnie ciężko i nie mają do kogo ani do czego się uciec, zwracają się do niezawodnego: „Boże przenajświętszy”. Może po to zresztą tego boga wymyślono i dlatego właśnie tak się go niektórzy kurczowo trzymają. Cóż, mają „ostatnią ucieczkę” – co z tego, że utopijną.

Nie mam do kogo mówić, ale krzyczę w przeraźliwą pustkę (po co? – nie wiem): Boże przenajświętszy!!!

Dowiedziałam się dziś na uczelni, że Litwin nie jest już naszym dziekanem, tylko Halpern224. Dlaczego? Dokładnie nie wiadomo. Wanda mówi, że ktoś bardzo mu „szkodził” w ministerstwie (podobno Jaszuński!) i że zarzucano mu nieliczenie się z ZMP, z egzekutywą, z wszelkim kolektywem. A przecież tak niedawno okazało się w wielu sprawach (szczególnie nauka!!), jaki mianowicie u nas był ten kolektyw. Sam Lenin mówił, że nie ci mają rację, których jest dużo, ale ci, którzy naprawdę mają rację. Ale w życiu najczęściej bywa, że tym ostatnim, jeśli są w mniejszości, nie zostaje nic poza własną racją.

Moja rozpacz jest jakaś tępa, beznadziejna.

Jestem zupełnie bezsilna. Nie mogę mu nic pomóc, nie mogę działać, nie mogę z nim porozmawiać i, jeżeli jest mu bardzo ciężko, być dla niego kimś dobrym i ważnym. Jestem bezsilna i niepotrzebna. A tak chcę wiedzieć o tym wszystko, chcę wziąć udział w jakiejś walce, chcę nie być tak przeraźliwie niepotrzebną i bezsilną!!

Jest mi strasznie. W ogóle jestem ostatnio jakaś przygnębiona i nudna – przykrości, jakie mam w domu w związku z Januszem, treść mojego obecnego życia, wreszcie ciężar owego „spoważnienia”, które bezsprzecznie w ostatnim roku we mnie nastąpiło – cóż, wszystko to „robi swoje”. Zresztą nikt nie kwapi się tego zrozumieć. Marek, który bardzo chciał przyjacielskich stosunków ze mną po zakończeniu „próby miłości”, teraz, kiedy rozmawia ze mną, powiada: „Ale ty żeś się nudna zrobiła, aż strach!”.

A Janusz, mimo że wiedział o sprawie Litwina, miał do mnie dzisiaj pretensje, że jestem „jakaś taka ponura”… I mówił, że gdybym była taka jak teraz w zeszłym roku (tzn. taka „spoważniała”), to nigdy by się mną nie zajął. Czasami czuję się tak, jakbym prowadziła z moim rozmówcą jakiś niemy dialog:

„Ja bardzo przepraszam, ale ja jestem zmęczona, a czasami nawet trochę smutna. Tak – naprawdę, wstyd mi bardzo – właśnie smutna. I tak jakoś, widzisz, miałam pewne przeżycia... Śmieszne u mnie? No więc może nie przeżycia – przykrości... kłopoty... No i, wstyd mi bardzo – jakoś, jak to mówią, »spoważniałam«. Więc nie gniewaj się, że na chwilę przestanę trochę błaznować, no i... i może – pozwól mi na to – nie powiem nic ciekawego”.

Ale rozmówca jest rozczarowany.

„Przecież to nie jesteś ty. Ty powinnaś być zabawna. Nie pozwalam ci być nudną. Pomyliłaś widocznie role. To przecież do ciebie należało – bawić otoczenie. Inaczej to... ja przepraszam, ale tak to ja się z tobą nie bawię”.

Ale mnie to zjawisko, samo w sobie, nawet bardzo nie boli. Ja rozumiem, że przy tym, jaka byłam, jaka się stałam, nie mogło się stać inaczej. Ale to się zmieni. Ja sobie dam radę z sobą.

Te wszystkie refleksje nasunęły mi się tylko w związku z zachowaniem dzisiejszym Janusza.

Mama o mało się razem ze mną nie rozpłakała. Jej stosunek do Litwina jest prawie taki sam jak mój, mimo że Mama go wcale osobiście nie zna.

Dlaczego, dlaczego ja nie mogę mu pomóc!!

Nawet dowiadywać się muszę bardzo ostrożnie. Dzisiaj np. kiedy przyszłam do domu i powiedziałam o wszystkim Mamie, to pobeczałam się. Chciałam jechać do Dziekanki225, dowiadywać się o szczegóły. Mama ledwo mi „przetłumaczyła” jakoś, że jeżeli w tym stanie się tam pokażę i zacznę o tym gadać, to mogę mu tylko zaszkodzić.

Ładna cena wątpliwych „informacji”!

Leży koło mnie cała gromada książek Orzeszkowej226 – chciałam się solidnie, z wielkim zapałem przygotować do literatury. Ale teraz

6 VI 54, niedziela

Nie ma chyba stosowniejszej okazji do zapełnienia luk, jakie poczyniły się w mojej znajomości naszej literatury: [zarówno] słaba pamięć i niedbalstwo, jak prawie dwutygodniowy okres przed egzaminem z historii literatury polskiej. Wszystkiego zrobić się nie da, ale można zrobić wiele. Toteż czytam, czytam i jeszcze raz czytam. „Sprzyja” temu ostatnio fakt, że źle się czuję i np. dzisiaj nie mogłam ruszyć się z domu. Przeczytałam więc połowę drugiego i trzeci tom prześlicznego Nad Niemnem, porobiłam roztrzepane notatki i wzięłam się za Bene nati227, które też połknęłam jednym tchem, mimo iż, oczywiście, ani w połowie takiego wrażenia na mnie nie wywarło jak Nad Niemnem. Przeczytałam też potężną i świetnie napisaną przedmowę Piotra Chmielowskiego (jest to śliczne wydanie z 1891 ilustrowane przez Piotra Stachiewicza)228.

W ogóle, im lepiej poznaję Orzeszkową, tym głupsze i bardziej jednostronne wydaje mi się moje poprzednie do niej uprzedzenie. Chmielowski świetnie „ustawił” wszystkie jej plusy i minusy, a plusów jest o wiele, wiele więcej.

O sprawie Litwina ani o nim samym niczego konkretnego się nie dowiedziałam. Myśl o nim nurtuje mnie bez przerwy i mimo że zachowuję się spokojnie i nie wpadam w żadne histerie, jest mi w dalszym ciągu tak strasznie, jak tego pierwszego wieczoru. Może dlatego najlepiej czuję się przy książce – tutaj doskonale daje się dokonać (mimo że to paradoksalnie brzmi) jakiś podział uwagi między treść książki a tę schowaną myśl i powodujące nią uczucie. W rozmowie jestem tępawa i nierówna. Ot, po prostu, łatwiej mi być zajętą biernie niż czynnie.

Z jakąś zupełnie nieuzasadnioną odrobiną nadziei oczekuję środy, kiedy to Litwin będzie egzaminował czwartą grupę i może zdołam odczytać coś z jego twarzy, no i z plotek (nie na wiele się to zda, skoro nie otwiera możności działania, ale zawsze...). A potem, 19-go, zdaję u Niego egzamin z dziennikarstwa. Nie myślę w tej chwili wiele o tym, że trzeba się będzie nauczyć sporo nudnych rzeczy, ale przede wszystkim o tym, że będzie to bądź co bądź rozmowa z nim i da mi możność wyciąg­nięcia jakich takich wniosków o jego nastroju. Nie mam piątkowych ambicji co do tego egzaminu, ale muszę go dobrze zdać (to wcale nie będzie łatwe – brrr... Cóż ja wiem o obecnym kryzysie w USA albo o rolnictwie w ZSRR229 – mam na myśli konkrety), bo to byłoby straszne, gdyby on się teraz do mnie rozczarował. A ja jestem w stanie przy mojej niewiedzy (niektóre tematy dotyczące obecnej polityki – fakty!!) palnąć nie lada głupstwo. Trzeba więc będzie na parę dni rzucić Orzeszkową i Prusa i zasiąść, poziewując, do rozmaitych КПСС в резолюциях230.

12 VI 54, sobota

Czuję się zadręczona sobą. Nikt o tym nie wie, bo to same powikłane głupstwa. A jednak – ciężko.

„Trafiają się kobiety z defektem moralnym, niezdolne kochać nic i nikogo, prócz swoich przelotnych kaprysów, podobnież i mężczyźni; jest to tak dobra wada jak głuchota, ślepota albo paraliż, tylko mniej widoczna”231 (Prus).

Czyżby to było właśnie to? Odganiam się od twierdzącej odpowiedzi, jak od myśli o śmierci. A fakty potakują same.

A przecież ani Janusz i drogie z nim współżycie, ani wcześniej skończona niż zaczęta znajomość z Ryszardem, ani Stach (tylko dlatego, że umie osądzić i że mu „nie zależy”), ani wreszcie żaden z przelotnych flircików czy przyjaźń z Markiem – w żadnej swojej fazie – to przecież nie jest miłość!!

Czy można nazwać kochaniem stan, który nie przeszkadza nudzić się w czasie „sam na sam” z kochanym rzekomo człowiekiem, który pozwala na rozstania lub skrócenia spotkań z najbardziej błahych powodów, który, wreszcie, dopuszcza do jednoczesnego myślenia o innych osobach lub marzeniach o tej jednej, nieistniejącej (może na razie tylko?)?! A to męczy. Męczy szczególnie, jeżeli życie polega tylko na treningu (nie przeczę, że solidnym, ciekawym i poprowadzonym pod serdecznym, czujnym, mądrym okiem „taty” – Heńka) i na leniwym przygotowywaniu się do nietrudnego, notabene, dalszego ciągu sesji egzaminacyjnej.

Byliśmy niedawno na kremie z Ludwikiem i Szafskiem, kiedy przyszedł pan Zygmunt Wieliński232 i poprosiliśmy go, żeby się do nas przysiadł. Zaczęliśmy mówić o miłości. Pan Zygmunt był chyba tuż po narkotyku (bo w wyśmienitym humorze) i mówił ciekawie o rozmaitych swoich obserwacjach, o zdaniach swoich znajomych i o poglądach pisarzy (Harrison233): „Kochać można wiele razy; a nawet w chwili agonii, tuż przed śmiercią, człowiek tęskni za miłością”.

A jeżeli całe życie ma być tylko wypełnione tęsknotą za miłością lub tylko namiastką miłości, cóż wtedy?!!

Z Litwinem nic nie wiadomo. Podobno jednak bardzo źle.

Gryzę się więc tymi dwiema sprawami, trenuję jak mogę najmocniej i z dużą satysfakcją (masę mi to daje), czytam, robię notatki, od czasu do czasu wysłuchuję na pół ironicznych „kazań” Stacha i nikomu się nie zwierzam.

Jedyne chwile, kiedy jestem sobą, to te, kiedy jest Eliza (tak rzadko! I to bez winy żadnej z nas).

Przed chwileczką dzwonił Ryszard, umówiłam się z nim do Kameralnej, ale znowu (Bristol234) Mama stroi fochy, że to na noc (a jak miałam 14 lat, to ani słówka protestu...), więc chyba nic z tego nie będzie, bo nigdy nie zniżam się do żadnych tego rodzaju starć z rodzicami. Gdyby mi bardzo zależało na chłopaku, to i bez starć robiłabym, co chcę, a kiedy jest jak jest, to zachowuję spokój w rodzinie.

Przed Kameralną jeszcze idę z Ludwikiem na Wesele Figara235. W zeszłym tygodniu byłam na Żołnierzu Królowej Madagaskaru236, tak że swą złą passę teatralną mogę uważać za skończoną.

Przyjechała Gwardia na turniej piłki wodnej i wczoraj widziałam się z Leszkiem Stelmaszykiem237. Serdecznie go lubię, więc bardzo się ucieszyłam (no, bardzo jak bardzo – tak jak na to mnie teraz stać). Je me sens parfaitement blaisée, naturellement seulement dans ces affaires238.

Ej, pannica, pannica.

Sama nie wiesz czego chcesz.

Przykro mi tylko, że jednak nudziłaś się kiedyś ze mną.

Szkoda wielka, że nie potrafisz odróżnić realnego uczucia od chwilowych nastrojów239.

15 VI 54, wtorek

Oj, co racja, to racja.

Nieskończenie wiele zostało napisane na temat cierpień, zmagań i uczuć człowieka niekochanego: jakże niewiele (albo jak nieprawdziwie) mówi się i pisze o cierpieniu człowieka niekochającego!!

A przecież jestem w tysiąckroć bardziej „erotycznym”, czy jak to nazwać, nastroju niż wtedy, gdy jestem kimś jednym na serio zajęta: wtedy kwili coś we mnie, szepcze „Kocham”. A teraz ryczy coś, płacze, rwie się, przesłania wiele innych spraw, wypacza całą mnie: „Nie kocham!!!!”. I: „Dlaczego?!!”.

Eliza mówi, że oprócz zasługi losu widzi też w swojej miłości zasługę swoją. Czyżby u mnie to była moja wina?! Ale jakimże sposobem? Dlaczego?! Próżność

Nie mogę się uczyć. Ale to już nie ze względu na „Mоe душное состояние”240 (umiem przecież panować nad sobą i to nie w takich sytuacjach, jeśli tylko zechcę), tylko na przedmiot (dziennikarka) – nudy potworne, a przecież trzeba coś umieć. Trzeba umieć więcej niż przeciętnie, a raczej, jak zawsze, trochę efekciarsko. Bo ten egzamin jest ważny. Pamiętam o tym mimo całe lenistwo i wstręt do przedmiotu (nie do całego...) i bardzo, bardzo pragnę nie zrobić zawodu Litwinowi. Ot, umieć na uczciwe 4. Mój stosunek do Litwina jest jedną z niewielu rzeczy trwałych i mocnych, które ostały się bezwzględnie wobec tego fermentu wewnętrznego, który przeżywam. Jest mi z tym ciężko. Wierzę, że to przejdzie, ale w każdym razie nie przed końcem sesji. Sesja, tj. konieczność uczenia się, chociaż mi się potwornie nie chce, rozdrażnia mnie, powoduje, że jestem niedobra, szorstka i nawet zła dla otoczenia (poza basenem) i nie bardzo umiem z tym sobie poradzić.

Noc, deszcz. [–] – ulewa! Do wpół do jedenastej rozmowa z Jankiem Rajskim „o duchach, diabłach i kobietach”241.

Dużo jaśminów, róże, maki, chabry: pełen pokój oprawy do szczęścia. Tylko szczęście, szczęście…

„Ainsi va la vie

Ainsi va l’amour

ainsi vont les jours

Ainsi vont les nuits

Ils apportons des chagrins

Ils apportons des joie…”242. Czyli – „tak się plecie na tym najpiękniejszym ze światów…”.

Dobrze, że wiem, że Janusz już mnie nie kocha (Nieprawda). Przynajmniej nie mam tego dodatkowego piekła sumienia – poczucia, że ktoś się ze mną męczy.

A tak, to cóż – ot, widzi, że „nie wiem, czego chcę”. I już.

Mam skręconą nogę. Bolało bardzo, teraz mniej: pobiłam dziś rekord życiowy na 200 (4,15/4,122), potem szum w uszach i kłuje serce. Ale już dobrze. Fajnie!!

Trenuję mocno. Heniek wspaniały.

A Stach... „Zazdrość jest dzieckiem pychy lub szaleństwem głupca” (Fredro243).

„Nie ma miłości bez zazdrości, ale jest zazdrość bez miłości”.

No cóż – mądrością nie grzeszę.

Czytałam satyryczny numer „Prasy Polskiej”. Dowcipne!

27 VI 54, niedziela, zresztą to wszystko jedno.

Rację, wielką rację miał Sienkiewicz, mówiąc o samowiedzy jako o wielkim udręczeniu człowieka (Bez dogmatu244). I do tego ten katar – coś okropnego.

Ale żarty żartami. Mój stan przedstawia się dość opłakanie: „Pusto wszędzie, głucho wszędzie, głupstwo było, głupstwo będzie”245.

Najważniejsze to sprawa Janusza i mamy. Zresztą one się nierozdzielnie łączą i jedna wypłynęła przy okazji drugiej.

Mama bardzo ostro oponowała przeciwko mojej przyjaźni (nazwijmy to tak) z Jankiem. Znała charakter tych „przypływów i odpływów”, „niebezpiecznych” dla mnie (i ta opinia!), a dręczących dla niego, i nie wahała się ostro im przeciwstawiać (gdyby to była Miłość, miałaby pewne skrupuły, mimo że na pewno jej by nie chciała – tata!!). Wreszcie „bomba wybuchła” – po imieninach Mamy Janusza, gdzie poszłam, kłamiąc, że idę gdzie indziej. Postanowiliśmy zerwać zupełnie całą „znajomość”246.

Tymczasem do całej sytuacji dołączył się jeszcze jeden „element”. Ojciec był w ostatnich dniach dosłownie podły dla Mamy. Wczoraj płakała strasznie, a ja, usiłując wytłumaczyć jej wszystkie jej błędy, które do tego doprowadziły, pobeczałam się sama, a to przede wszystkim dlatego, że wyobraziłam sobie, co byłoby, gdyby: Mama od początku nie odnosiła się z co najmniej rezerwą do Janusza i do jego rodziny; nie utrudniałaby mi życia i nie pomagała uśpionym wątpliwościom w przebudzeniu się; gdyby w ten sposób nie zmusiła mnie do szukania w Januszu jakiegoś „stalowego oparcia” – prawdziwie „dorosłego” i odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania, których nie mógł mi udzielić; gdyby zaprzyjaźniła się z rodziną Janusza, co dałoby jej tysiąc razy więcej niż wyczekiwanie na łaskawe słowo-kaprys ojca i wysługiwanie się cioci; słowem, gdyby otoczyła naszą miłość tym wszystkim, co dawała nam rodzina Janusza – wtedy, jak jakaś wątła, ale zdrowa roślina, nasza miłość może nie załamałaby się tak, a raczej wzmocniła, i nie zastąpiłaby jej ta przeraźliwa pustka z odrobiną „smaku goryczy” na dnie i brakiem tej radości życia, która kiedyś pieniła się we mnie na sam dźwięk takich słów jak „wakacje!!”, „słońce”, „kwiaty”, „lato”...

Ten żal za tym, co „mogłoby być”, a co utracone, [co] pozostawiło taką pustynię, spowodował jakąś wewnętrzną szarpaninę. W ostatni, pożegnalny wieczór z Jankiem byłam przez cały czas o jeden krok od tego, żeby znowu „wrócić”. Przydatna w tym wypadku samowiedza i gorzka nauka doświadczenia powstrzymały mnie od tego.

W rezultacie Janusz jest nieszczęśliwy, i Mama, i ja również. A wszystko przeze mnie, przez to, że nie umiejąc kochać, a bardzo pragnąc miłości, krzywdziłam ludzi kłamstwem o niej. Musiało się to na mnie kiedyś zemścić.

Janusz pojechał do Dembicy247 (Danka będzie tam na kolonii, a Janusz w charakterze kierownika kult[uralno]-oświat[owego]). Nawet nie wiem, czy już tęsknię za nim i czy będę tęskniła. Czuję się po tym wszystkim jak wyrżnięta obuchem w łeb. I nic tylko jedna kołacząca się po głowie myśl: „Dlaczego ja się nie cieszę niczym? Dlaczego mi tak pusto i źle? Czy ja już nigdy nie będę sobą – wesołą, żwawą, szczęśliwą smarkulą. Ja się boję takiego życia!!!”.

I do tego ten potworny, duszny upał i naprawdę straszliwy katar – pętam się w tym wszystkim jak zaczadzona.

W niedzielę (równo za tydzień) wyjeżdżam z ojcem do Orłowa248 (ojciec mnie tylko odwozi). Będzie tam mnóstwo znajomych (Henryk Karski – u wujka w Sopocie, Ryszard Lassota u jakiś znajomych w Sopocie – na tydzień, a później jedzie do Zakopanego do Halamy, gdzie mnie koniecznie chce zaciągnąć i już „poczynił przygotowania” – Janek i Jerzy Rajscy, Ziutek, Jasio Wyganowski249), ale oddałabym tych wszystkich sympatycznych chłopców za towarzystwo jednej inteligentnej i miłej dziewuszki, z którą mogłabym w jednym pokoju spać, łazić razem na plażę, gadać, nie krępując się niczym, i nie musieć wić się między jakimiś dzikimi wymaganiami i pretensjami, silić się na dowcipy na dancingach i umiejętnie lawirować, kokietować, udawać... W dupie mam moje poprzednie łakomstwo na powodzenie u mężczyzn. Zawsze zgadzałam się z tym, że kobieta kokietuje wszystko i wszystkich, zawsze i wszędzie, i w każdym wieku, a teraz chodzę z postronkiem zamiast włosów i kicham, kicham, kicham. Wciąż kicham.

Jeżeli za 3–5 lat nie przestanę być taka jak teraz i jeżeli Janusz będzie taki jak teraz, to wyjdę za niego za mąż.

I jeszcze jedno postanowienie: nigdy, nigdy już nie „uwiodę” chłopaka ot, tak, „dla sportu”. Jeżeli się kiedyś kimś zajmę, to tylko dlatego, że zakiełkuje we mnie jakieś prawdziwe uczucie. Czuję się podła i nieszczęśliwa (tak dalece, że przestaję się bać mocnych słów). I nic mi to nie pomaga, że Janusz, mimo że jeszcze kocha, przebaczył mi i rozumie mnie, i że Mamie jest trochę lepiej, bo wie, że nie jest taka strasznie sama.

Ja strasznie, strasznie chcę być szczęśliwa! Chociaż w taki sposób, w jaki byłam przedtem – ale szczęśliwa!!!

Chcę sprzedać pierścionek i jechać nad morze z Mamą albo z Teresą, ale Mama się nie zgadza. A tak to w pierwszy pochmurny dzień albo w samotny wieczór powieszę się albo zwariuję, albo sama już nie wiem co.

Ja chcę czuć, że żyję i że życie to wielki skarb.

Nie mam miłości, nie mam Organizacji, nie mam, chyba, talentu, nie mam, na razie (miejmy nadzieję), na to wszystko nadziei.

Piekło i szatany. Przestałam umieć śmiać się z siebie.

I po co Sienkiewicz napisał tę książkę albo raczej po co ja ją przeczytałam – to piekielnie oddala tę „nadzieję na nadzieję”.

Przedwczoraj zdałam ostatni egzamin (literatura polska). Ze wszystkich zaliczeń i egzaminów mam piątki. Jeszcze raz: „Każdemu to, na czym mu mniej zależy”250.

Sądzę, że bliższe poznanie Adolfa Rudnickiego albo wyleczyłoby mnie z tych niemodnych spazmów, albo doprowadziłoby do „konsekwentnego końca”.

I to mówię ja – głosicielka „filozofii szczęścia”. Mareczek powiedziałby: „Oj sceniaku, sceniaku!”.

No i co z tego? Nawet czytać nie mam siły. Jasio pojechał wczoraj na plein air do Sandomierza251. Pożegnaliśmy się serdecznie, rycząc ze śmiechu (!).

Szczęśliwy – ma cel.

O Boże! Być maniakiem, grafomanem, histeryczką – wszystkim, tylko nie sobą teraźniejszą, nie Leonem Płoszowskim252 – „geniuszem bez teki”, jakimś wytworem karkołomnej drogi od małpy do Człowieka i... z powrotem. Cóż to bowiem jest przerafinowanie i pustka, jak nie nawrót do nicości?

„Cóż więc jest?

Co zostało nam,

co wszystko wiemy

Dla których żadna z wiar

już nie wystarcza?

Jakaż jest przeciw włóczni

złego twoja tarcza

człowiecze z końca wieku?...

Głowę zwiesił niemy”253.

(Tetmajer)

W radio grają Czy czasem tęsknisz...254.

Muzyka jest jak zwiędłe liście.

28 VI 54, poniedziałek

Jedyne, co zapobiega pragnieniu śmierci, jest nie zastanawiać się nad życiem.

I: „Kto nie potrafi w nic uwierzyć, ten nie powinien żyć”. (Gorki)

30 VI 54

„Chleba naszego powszedniego daj nam, Panie, i daj nam wszystko, co zechcesz, ale uczyń nas na podobieństwo Boswella. Rano, we dnie i w nocy daj nam żyć wrażeniami zewnętrznego świata, a zachowaj nas od myśli o ciemnych sprawach kryjących się we wnętrzu wszelkiej rzeczy”. (H.G. Wells, Dolores255)

4 VII 54, niedziela

Dziś wyjeżdżam nad morze. Pogoda znośna – niemrawe słoneczko. Ze względu na nawał koncertów tatuś nie jedzie ze mną, tylko mamusia. Cieszę się z tego.

A potem – słońce (oby!), plaża, morze i (wątpliwe) przyjemności towarzyskie.

„Вот – я не могу писать всего. Но ведь это ещe совсем не всe: Я буду ждать Его. За мною – две прекрасные ночи; а передо мню? Не знаю”256.

9 VII 54, piątek

Gdybym wiedziała, że brak nadziei może w konsekwencji doprowadzić do tak szczęśliwych rezultatów, gotowa bym była na zawsze zrezygnować z tego przyjemnego uczucia. Bo jest dobrze:

Mieszkam w niziutkim seledynowym domku – ni to chatce, ni to willi. Domek posiada, oprócz kuchni i łazienki, tylko dwa pokoje. W jednym mieszkam ja, a drugi, który stanowi coś pośredniego między pokojem a werandą, zajmują bardzo sympatyczni państwo Mikułowie z Krakowa.

„On”, dowcipny i złośliwy, pracuje w Akad[emii] Górn[iczo]-Hutn[iczej]257 i pisze teraz jakąś ciekawą pracę, o której mi trochę w przystępny sposób opowiedział, „Ona” – miła kurka domowa. Mają 3-letnią córeczkę Basię, czarującego dzieciaka, który przychodzi do mnie np. o siódmej rano i pyta: „Prosem paniom, dlaczego pieją koguty?”. Mój gospodarz, pan Jerzy Pesikowski258, jest młodym „słomianym wdowcem”. Ma już dwoje dzieci, które teraz wyjechały na miesiąc razem ze swoją mamą, i młody tata przypomina sobie w samotności czasy, kiedy był „piękny i młody”. „Wyprowadził” się do maleńkiego domku – altanki w ogrodzie – i tak spędza urlop.

Nasz domek otoczony jest sporym ogródkiem, dobrze utrzymanym i otoczonym gęstym żywopłotem. Od morza dzieli go tylko promenada pełna róż i plaża.

Teraz właśnie siedzę w ogródku i patrzę na morze. Jest dopiero parę minut po siódmej, ale słońce, królując na niebie bez chmur, dobrze już przypieka. Piękny, poczwórny jaśmin „ustawiony” w tej chwili „pod światło” wygląda jak bukiet białych różyczek w słonecznej aureoli. Morze jest błękitne, ale jakby leciutko przesłonięte poranną mgiełką, a na horyzoncie ciągnie się szeroki srebrny pas. Cała tafla morza jarzy się miliardem srebrnych płomyczków.

Być może jest to Ryszard Lassota, Orłowo, 1954 r.

Dzień po naszym przyjeździe spędziłyśmy w gwarnym i pstrym Sopocie. Przedwczoraj chłód i deszcz trzymał nas mnóstwo czasu w domu, a wieczorem Mama wyjechała, odwieziona do Gdyni przez jakiegoś sympatycznego marynarza piękną skodą259 (za darmo {!}).

Wieczór był wietrzny, zimny, ponury, pełen tęsknoty.

Po przyjściu do domu słuchałam razem z panem Jerzym radia i pieściłam czarnego, trochę dzikiego kota. Potem gadaliśmy do późna – przeważnie o przeżyciach wojennych (bardzo bogate u pana Jerzego, pełne włóczęg po świecie i ciekawych przygód) i o... polityce (skutki słuchania przeróżnych audycji radiowych). Na ten temat mamy niemalże identyczne poglądy.

Wczoraj była cudowna pogoda. Rano byłam z moimi sąsiadami i z Andzią i Alim (dzieci pani Stasi) na plaży. Była lekka fala i pływało się, szczególnie w kierunku brzegu, fantastycznie.

Teresa Wilk, Orłowo, lipiec 1954 r.

Już po odejściu państwa M[ikułów] zawarłyśmy razem z Andzią znajomość z mnóstwem wesołych chłopaczków z kolonii. Zaczęło się od rzucania w siebie kamieniami, a skończyło się na „przyjaźni”. Wyrobiłam sobie u nich „markę” pływaniem i tym, że się nie wściekałam o te kamienie. Była kupa śmiechu.

Po południu wybraliśmy się z panem Jerzym na daleki spacer w stronę Sopotu. Gdzieś w okolicy dawnej granicy kąpaliśmy się (fale były teraz większe i dobrze „bujały”. Wieczorem, po zamknięciu oczu, odczuwałam jakby lekkie kołysanie – jak to bywa często zaraz po przyjeździe nad morze), potem poszliśmy dalej. Dotarliśmy, idąc ścieżką prowadzącą brzegiem rwącego strumienia zmieniającego się na większych pochyłościach w wodospad, aż do miejsca, gdzie na pół dziki orłowski pas zamienia się w sopocki park, i zawróciliśmy.

Po drodze siedzieliśmy jeszcze trochę na zwalonych nad miniaturową „przepaścią” pniach i patrzyliśmy na pędzącą w dole wodę. Tatry to nie były, ale spaść tam... Brrr... Wracaliśmy inną drogą – miedzą polną. W zbożu pełno było maków.

Rozmawialiśmy o Paustowskim, o Londonie, o Defoe260, trochę o współczesnej literaturze polskiej, o morzu i o duperelkach.

Już w samym Orłowie spotkaliśmy Zbyszka Smarzewskiego z jakąś koleżanką. Oboje mają tu praktykę – ona w „Głosie”261, on w radio. Miny w związku z tym dość kwaśne.

Wieczorem znowu gadaliśmy i słuchaliśmy radia do późna.

BBC mówi ostro o stosunku USA do dopuszczenia Chin do ONZ262. Pobyt delegata Czangkaiszewskiego w ONZ nazywają oszukaństwem (!) i mówią: „Rząd, który siedzi tylko na Formozie263, nie może pretendować do przedstawicielstwa wielomilionowego narodu chińskiego, który go wyrzucił”.

Nie byle jaka satysfakcja słuchać takich słów!! Powiadają, że jedyne, co mogą mieć przeciwko Chinom, to „moralne potępienie”, a polityka – to co innego. Tu dyktują fakty. Życie.

Anglia potępia też amerykańską nagonkę na ruch wolnościowy narodów Azji i podciąganie go na każdym kroku pod „dywersję Moskwy” etc. Trzeba to rozgraniczyć – powiadają. I: „Polityka naszego przyjaciela jest w tych wypadkach z gruntu błędna”.

A we Francji – piekło. „Doktór [!] Adenauer” coraz bardziej obnaża w złości swoje zakrzywione na kształt Hackenkreuzów264 szpony.

Możemy się cieszyć – gmach trzeszczy u podstaw.

No – jazda na plażę.

Czasami po prostu nie mogę opędzić się od myśli o tym, jak wspaniale byłoby, gdyby Janek tu był! Boże! Ten domek jak „chatka dla zakochanych”, morze, cudowna droga do Sopotu i do Gdyni wybrzeżem, lasy, forsa, z którą można robić, co się chce (czyli „trwonić na lody”)!! Bajka!

Ryszard jest już od dawna w Sopocie, Henryk z Jankiem od wczoraj. Na razie jednak nie mam najmniejszej ochoty się ujawniać – przynajmniej póki jest pogoda.

Teresa Wilk, Orłowo, lipiec 1954 r.

Wieczorem

Już ciemno. Przez otwarte okno płynie do pokoju zapach róż. Tuwimowski wiatr pieści drzewa. Gęsty jaśmin w moim wazoniku zwiesił smutno główki. Kot śpi. W radio dobra muzyka. Siedzę w zabawnym foteliku z czerwonymi poręczami i od czasu do czasu spoglądam na drzwi, a nuż otworzą się – i wejdzie... „Ktoś”.

Miał rację pan Jerzy, mówiąc o swoim domku jako o „chatce dla zakochanych”.

Agnieszka Osiecka z nieznajomą dziewczynką, Orłowo, 1954 r.

Dzisiaj na plaży moi znajomi z kolonii (strasznie żwawe chłopaki. W wodzie wyprawiamy niestworzone brewerie, zresztą na plaży też) powiększyli się o sporą gromadkę. Uśmieliśmy się serdecznie, bo przyszedł jeden z ich młodych wychowawców, czerwony jak rak blondynek, straszliwie „zalotny”. Zaproponowaliśmy mu, że chętnie zademonstrujemy mu sposób zawarcia naszej znajomości, ale oczywiście metodą poglądową i na jego osobie.

Uczyłam trochę pływać ojca Basi, mego sąsiada, a w przerwie między tym wszystkim popłynęłam sobie back-crawlem265 aż za molo. Cudnie mi się pływało (była fala, ale taka dobra fala), ale na nieszczęście przypłynął śliczny biały stateczek kapitana portu gdyńskiego i skorzystawszy z okazji, że się na nich zagapiłam, kazali mi zawrócić. Jeszcze ratownik na mnie „nakrzyczał”.

Na obiad i „na loda” pojechałam sobie do Sopotu. Spotkałam tam Zosię Skórzankę z jakimś młodzieńcem, oboje bardzo rozpromienieni, i Elę Fleischer266. Pogadałyśmy sobie i pojechałam do domu. Znowu nie zadzwoniłam do Henryka. Nie chce mi się.

Oho, wrócił pan Jerzy z Gdyni i przyszedł na codzienną gawędę. Kończę pisaninę.

10 VII, sobota

Plaża orłowska (opaliłam się, że hej!). Sopot – niespodziewane spotkanie z Ryszardem (olśniewająco opalony, nieprzyzwoicie elegancki, wspominający o jakimś „liście z pogróżkami” wysłanym do mnie do W-wy à propos Zakopane etc.; notabene list, jak się okazało, Mama przysłała – bardzo dowcipny), „five” w Grand Hotelu267. Lody, muzyka – na „5”.

Wieczór na kortach – Joasia, radosne spotkanie z Tadkiem „et company”268. Koncert walca wiedeńskiego na kortach. Powrót do domu wybrzeżem z Tadkiem. Las w nocy i morze w nocy. Robaczki świętojańskie. Zapach. Potem – przy radio i butelce miodu – z panem Jerzym. Bardzo późno – spać.

W międzyczasie (ok. południa) – wspaniała burza.

11 VII 54, niedziela

Otwarcie młodzieżowego międzynarodowego turnieju tenisowego269. Kolorowe flagi. Białe stroje i pomarańczowe korty. Słońce. Piękna gra Rumunki Namian (cudownie zgrabna dziewczyna) z Węgierką Solyom270. Ładne i trudne zwycięstwo Tadeusza z Naumowiczem, Janusza K.271 z Jañculescu (Rumunia)!! Piękna gra (i zwycięstwo) naszego pociesznego Gąsiorka272 z Unverdrossem (NRD)!!

W domu dowiaduję się, że był Karski. „Odkryli” mnie. To nic – postanowienie zorganizowania miłych i luźnych, nieobowiązujących stosunków towarzyskich.

12 VII 54, poniedziałek

Na plaży w Sopocie z Jankiem Rajskim i Jasiem Wyganowskim. Co za mądry, inteligentny gość z niego. Jasiek – czarujące, niesforne szczeniątko. Wspólne kpinki z H[enryka] Karskiego. Ten odchodzi obrażony uwodzić gąsiątka (pełno tu i ślicznie). Gdzieś na horyzoncie krąży Jerzy w gronie dam. Bez wrażeń.

Morze cudowne: czyste, śliczne dno, wolno wypływać bardzo daleko. Szalupą z trzema nowymi znajomymi „w dal”, stamtąd skok do morza. Pycha!!

Po południu – trochę korty. Ładna gra Bogny Banasiówny273 z młodziutką Wild (NRD). Jakie miłe, prawdziwie koleżeńskie i naprawdę na poziomie stosunki panują w tym tenisie!

Wieczór – listy od Tereni i Janka.

Kończę Manhattan Transfer Johna Dos Passosa274. Piekielnie żywa książka. Tylko Novo-Yorczyk [!] z krwi i kości mógł tak napisać! Dobra przedmowa Sinclaire’a275.

Roxana276 Defoe – gorsza niż przypuszczałam.

„Powieść tendencyjna” w pewnym stopniu. Morał!

13 VII, wtorek

Pochmurno. Morze popielate jak niebo i zupełnie spokojne, tylko z wierzchu troszkę przymarszczone, jakby pokryte nieprawdziwą, bo lekką warstewką rtęci.

Teraz już wieczór. Pomiędzy chmurami uparcie przedziera się księżyc – jest pełnia. Tłusty, blady kpiarzu – powiedz, czy jutro będzie pogoda?!

Jestem zakochana w tenisie.

Czuję, że mimo tzw. warunków zdrowotnych nauczę się jako tako machać rakietą – właśnie na przekór zamiarowi pozostania wiecznym kibicem.

Myślę o Litwinie – Boże, jakie to denerwujące – to wieczne: nic nie wiem i nic nie mogę!

14 VII 54, środa

Przyjechał Ludwik W[alunkiewicz] (zatrzymał się w Gdyni) i przywiózł wspaniałą czekoladę, którą Basia nieprzyzwoicie się „przeżarła”. Wieczorem byliśmy w Gdyni na niezłej sztuce o Rewolucji: Tragedia optymistyczna (Wiszniewskiego277). Gdyby nie patetyczno-masówkowi278 „zapowiadacze”, całość byłaby mocniejsza.

Dobrze przedstawiony anarchizm rozkładający armię od wewnątrz, odważne „przyznanie się” do rzezi i piekła, prawdziwe spojrzenie na trudności – to plusy. Za dużo zbytecznego komentarza – minus (najważniejszy). Kobieta Komisarz – mimo wszystko – bladawa. Za idealna.

15 VII, czwartek

Leniuchowałam do południa, na przemian śpiąc i czytając Cervantesa Bruno Franka279 (dobre).

Nieprzytomna wichura, na zmianę – to słońce, to deszcz. Wiatr aż się zachłystuje gwizdem, świstem, sykiem, szumem... Groza.

Po południu ma wpaść Ludwik. Co ja mam z nim zrobić? Cenię jego intelekt, ale ostatecznie całe jego „wnętrze” jest mi tak znane, a przy tym tak beznadziejnie, głupio zakochane (tyle że nie natrętnie), że aż strach.

To jego żebrzące o litość nieśmiałe spojrzenie przy słowach: „Znowu drwisz!”. Brrr...

Och, żeby już wreszcie była znowu pogoda!

Co z tego, że teraz świeci słońce, kiedy wiatr urywa korony drzewom. Łażę w czerwonym swetrze z długimi rękawami – i to ma być lipiec!!

No nic, niech sobie będzie tak jeszcze przez cały tydzień, tylko na przyjazd Janka i ewentualnie Tereni niech się zrobi ładnie. Nie ma wiadomości od Marka. Szkoda, bo mogłabym akurat teraz tam pojechać (w sam raz pogoda na podróż).

16 VII 54, piątek

„Siedem dni tłustych, siedem dni chudych” – tamten tydzień piękny, ten, poza wczorajszym popołudniem – brzydki. Na humor jednak (o dziwo!) wpływa to minimalnie. Odpoczywam. Po Januszowej histerii u mnie w domu podwójnie doceniam znaczenie swobody. „Prowadzę” się „szalenie przyzwoicie”, a przecież poczucie tego, że mogę wyprawiać, co mi się podoba, jest źródłem wiecznej radości.

Wczoraj po południu wichura i wspaniałe słońce. Wybrzeżem do Sopotu (nigdy mi się chyba nie znudzi ta przepiękna droga). Ludwik jako tako – nienudny. Na kortach serdeczna rozmowa z Tadeuszem. Dzisiaj gra z Jañsco280: O Boże, co to by było, gdyby... Ojej, ale nie ma prawie nadziei. Jutro Tadek chce iść na plażę, „zapomnieć o tenisie” itd. A tymczasem zimno, wiatr, często deszcz...

Wieczorem na kawie w Fali, potem romantyczny wieczór w postaci... prasowania koszul pana Jurka.

Dziś pogoda nadal zwariowana.

A wczoraj po południu tak pięknie...

Kończę Cervantesa – bardzo dobra książka.

W Sopocie wciąż wpadam na Ryszarda – on z kobietami, ja z mężczyznami. Wesoły, porozumiewawczy uśmieszek i – adieu281. Umówiliśmy się na plaży, a pogoda taka, że możemy się tylko podziwiać przy takich okazjach.

Już drugi dzień nie mam żadnych listów. Nie lubię.

17 VII, sobota

Czytam Wilka morskiego282 Londona. Pogoda do południa wstrętna. Po południu na kortach z Tadkiem, potem five w Grand Hotelu, potem długa, ciekawa rozmowa u mnie. Mimo że dość podobni do siebie, mamy sobie sporo ciekawych rzeczy do powiedzenia. Lubimy się i rozumiemy. Orkiestra (Bob Figety) w Grandzie naprawdę dobra.

Listy od Jasia Malarzyny, z domu, od Teresy S., Jurka Szafska, Marka, przedtem jeszcze od Kaliny – cudnie.

18 VII, niedziela

Przedpołudnie – czytam, śpię. Leje. Popołudnie – finałowe spotkanie Jañsco–Javorsky, przy przewadze Javorsky’ego przerwane ze względu na deszcz. Jutro koniec. Z Tadkiem i Januszem Kwiatkiem na five w Grand Hotelu. Potem piękna pogoda, pachnący wieczór. Powrót z T[adeuszem] piechotą do Orłowa. Na promenadzie pretensjonalna ławeczka wśród wielu róż. Niebo i morze bardzo piękne.

W Piotrusiu283 wszystko jest mi drogie – jego wspaniała przyjaźń dla Janusza, miłość tenisa, głęboka wrażliwość i nerwowość. Sposób bycia, ładna angielszczyzna i zapatrywania zbliżone do moich (politycznie bardziej w prawo). Z garstki ludzi, którzy byli moimi przyjaciółmi w czasie „sprawy indeksów”, on jeden nie przywołuje mi przykrego wspomnienia tych czasów.

Gdy przyszłam dziś na taras dla zawodników z nim, Zbyszkiem Wójtowiczem i Maniewskim284, stanęłam oko w oko z Jerzym R[ajskim] i Jasiem W[yganowskim] (wprowadził ich Kudliński). Sprawiało mi satysfakcję (nie tak bardzo, tylko „próżną”), że mnie „tam” i „tak” widzą. Potem, już po raz drugi, widziałam się z Karskim w Grandzie.

Pojutrze tenisiści wyjeżdżają. Wybieram się z Tadkiem na 1–2 dni do W-wy (oczywiście nie na dłużej). I to, i powrót tutaj wydają mi się bardzo przyjemne. Tylko jeżeli nie uda nam się samolot, to nie będziemy na występach Karasińskiego285. Trudno – to chyba jeszcze nie ostatni raz. Poznałam dzisiaj najpiękniejszego chłopca, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam. Jest bardzo popsuty przez kobiety i życiowe powodzenie w ogóle, więc przypuszczam, że znajomość ta, jeżeli nawet jakimś cudem niezupełnie przelotna, nie będzie ciekawa, ale patrzenie nań jest przyjemnością, choćby ze względów czysto estetycznych: czarne włosy, piękna głowa, masę wdzięku w uśmiechu – dużo Włocha, trochę kapryśnej kobiety.

Przyjechała żona pana Jurka, młodziutka, ładna kobieta. Za to dziecko – wrzask­liwy pulpecik.

Ludwika unikam – nie mam na niego czasu. I wczoraj, i dziś „pukał do mych drzwi”, ale nie zostało mu otworzone. (O zgrozo!).

London – wspaniały.

Tenisiści, Sopot, 1954 r.

19 VII, poniedziałek

Pogoda znów brzydka. Trochę słońca w czasie porannego finału. Wygrał Javorsky; Ryczkówna286 ma 3 miejsce (wygrała z czarującą Rumunką Panovą).

Przed projektowanym wyjazdem do W-wy na dni 21 i 22 mocno się waham. Jego plusy:

1) zobaczę Teresę i „wezmę” ją z sobą (dziś dostałam wstrząsający list; co do wyjazdu [nic] nie jest pewne – raczej tak)

2) zobaczę Spartakiadę287

3) Tadeusz

4) dom i „zawsze atrakcje”.

Minusy: 1) forsa, forsa i jeszcze raz forsa.

Zaoszczędziłam tu parę groszy, ale raz, że jutro są Tadka urodziny i muszę mu kupić coś ładnego, a dwa, że nie mam pojęcia, ile oni mi przyślą (mają przysłać dziś). Wyjście ustalam takie: jeżeli przyślą mi tyle, że po odliczeniu prezentów i kosztu wypadu warszawskiego zostanie mi 350 zł – pojadę. Jak nie, to nie. Tylko wyślę telegram do Tereni – „przyjeżdżaj!”.

Sama mogę tu oszczędzać a oszczędzać, tym bardziej że na wszystkich dancingach itp. chłopcy płacą, ale Teresa musi tu mieć wszechstronnie przyjemny pobyt i basta. I tak wszystko, co mogę dla niej zrobić, jest bez porównania mniej, niż jej potrzeba. Wprawdzie Tadeusz ma masę pieniędzy i chciałby całą warszawską eskapadę wziąć na swój koszt, ale na to ja się nie mogę zgodzić.

Być może jest to Marita Koszel, Gdańsk, 1955 r.

21 VII 54, środa

Przedwczoraj, tzn. w poniedziałek, odbyło się zakończenie finałów. Zuzzi Ryczkówna wygrała z Panovą, a Jasio z Vadem288. Vad, jak później i dla mnie stało się to oczywiste, jest bardzo miłym człowiekiem, ale na korcie zachowywał się fatalnie. Tym większy Jasio miał doping.

Wieczorem był bankiet w Grand Hotelu. Ze znajomych naszych tenisistów (czyli takich jak ja) był kolega Tadka Andrzej Sielecki, bardzo przystojny, inteligentny chłopak, student ASP w Toruniu (a w ogóle warszawiak), jego „donna”– Magda – bardzo ładna i elegancka sopotczanka289 i ich znajomi Zbyszek i Bogdan. Z tenisistów przy naszym stoliku siedzieli: Tadek (oczywiście), Jañsco, Vad, Karpač (mistrz juniorów Węgier) – Węgrzy i Panova – Rumunka. Oczywiście w miarę rozwijania się rozmowy ten skład się bardzo zmieniał, ale tak było na początku i później przeważnie. Zaczęło się od oficjalnych przemówień we wszystkich aktualnych językach, rozdania nagród i wymiany proporców i upominków między drużynami. Potem było śpiewanie Maryniki i Konika290, skandowanie nieśmiertelnego „Wenger, Polak – dwa bratanky i do szably, i do szklanky”, jedzenie, picie i wreszcie – taniec. Oczywiście przez cały czas dużo śmiechu. Myślałam jednocześnie w kilku językach – wszyscy Węgrzy mówią po niemiecku i po angielsku, za to Rumuni tylko po francusku, troszeczkę po rosyjsku. Przy naszym stoliku przeważyła wreszcie angiel­szczyzna, także i między sobą, tzn. Andrzej, Tadek i ja mówiliśmy po angielsku (notabene przez ten jeden turniej, dzięki ciągłemu używaniu, miałam lepszy „trening” w językach niż po miesiącach nauki).

[tekst na stronie tłem dla dopisanych ołówkiem, zakreślonych i opatrzonych gwiazdką liter:] A J

Dendy Vad podchmielił sobie, ale był z tym taki miły, że wszyscy dawno zapomnieli o jego nieopanowaniu na korcie. Jañsco bardzo piękny, rozrywany przez kobiety i nie bez ochoty „zagarnięty” na jakiś czas przez Magdę, Żulietta Namian spokojnie czarująca, Angelescu wpatrzony w nią jak w tęczę, Janusz K[wiatek] – „o ile” czarował Zuzzi, ja „wiernie” trzymałam się z Piotrusiem, Fanfan la Tulipe291 – Maniewski (bardzo go polubiłam) bawił się z Bogną Banasiakówną. Andrzej najpierw wesoło plótł z nami po polsku i po angielsku, wreszcie spochmurniał. Był w żałobie i nie mógł tańczyć. Myśleliśmy, że to mu się daje we znaki, ale nagle sam zaczął: „That’s my black day”292. Zrobiliśmy nic nierozumiejące miny. „Don’t bluff”293. Magda. Jañsco: „But it’ll finish now. She shall remember”294. Później, gdy wychodziliśmy, uparł się zostać w barze, mimo że Magda „znalazła się” i usiłowała mu to wyperswadować. „Nie, moja droga, nie, nie. Dość tego. Dość. Obcy ludzie mówią o tobie!”. Powtarzał jeszcze „nie, nie” w rozmaitym, stanowczym kontekście, a ona stała śliczna ze swoją białą, teraz całą w rumieńcach buzią i z dwiema różami przy wielkim, okrągłym dekolcie czarnej bluzki. Spojrzała na mnie i miała prawie „łzy w głosie”: „No, moja droga, co byś zrobiła na moim miejscu? Czekać, aż wytrzeźwieje??!”. Obojga było mi strasznie żal (tacy byli śliczni i smutni, i oboje byli jednakowo nie w porządku wobec siebie). „Cóż, radziłabym jutro usiłować się porozumieć”.

Podobno to jest „sentyment na ukończeniu”, ale wierzę, że po tej burzy będzie jeszcze piękna „sielanka”. Te rzeczy nie giną w burzach, tylko zamierają mdło i nudno i same się rozłażą (przeważnie).

Ale wróćmy do bankietu: była to kolorowa, wesoła „wieża Babel”. Jedno zdanie powtarzało się po parę razy w 3, 4 językach, nierzadko pomagając gestem! Piliśmy dobre coctaile i jedliśmy melbę295 z ananasami. Z kolacji pamiętam tylko zająca z czymś niedobrym. Orkiestra wspaniała. O godz. 12-ej, tzn. gdy zaczął się dzień urodzin Tadka, złożyliśmy mu z Andrzejem życzenia i dałam mu piękne, w granatowym płótnie, ze srebrnym tłoczonym nagłówkiem i kredowym papierem, angielskie wydanie Martina Edena296 i maskotkę – czarnego kota z zielonymi ślepiami (ulubione zwierzę Tadka – on jest prawdziwy „koci tata”). Książkę zadedykowałam: „For my dear friend Blue Peter (isn’t this name better for you than the first one – »Black Peter«?). Agnes”297. Skończyło się wszystko około drugiej. Rumuni i Bułgarzy zaraz wyjechali. Węgrzy mieli jechać razem z nimi, ale się „pogubili”. Jañsco z kimś tam przewracał kosze na plaży i chcieli się kąpać.

Gdy wracaliśmy do domu, na jasnym już niebie pełno było gwiazd. Obudziło mnie pukanie w szybę. To, uprzedzając i niwecząc moje warszawskie zamiary (które wreszcie zostały powzięte – forsa przestała być problemem), przyjechała Mama. Wizyta miła, ale jakże nie w porę!!

Mama poszła spać, a do mnie przyjechał Tadek i poszliśmy na plażę. Mimo że dął silny wiatr, jednak morze było spokojne jak szafirowa lśniąca tafla i słońce przypiekało. Woda zimna, czysta, rozkoszna, kropelki piany przy Motylu rozedrgane złotem.

Obiad zjadłam z Tadkiem w Grand Hotelu, a potem „pognaliśmy” (było już późno – pociąg odchodził o 1628) do Hotelu Nadmorskiego po rzeczy. Dopiero w taksówce doprowadziliśmy graty i siebie do porządku. Za [!] chwilę została tylko smużka dymu ciągnąca się za odjeżdżającym pociągiem, głupie wrażenie, że czegoś zapomniałam (puste ręce, w których niosłam trzy rakiety w słodkobłękitnych pokrowcach), moja łopocząca na wietrze niebieska pelerynka, no i włosy przeraźliwie roztrzepane.

Obudziłam mamę, która przespała prawie cały dzień, i poszłyśmy na (bardzo dobry!) występ Karasińskiego, Elizabeth Charles i René Glaneau298 na kortach. Mimo dźwięków jazzu i upajających murzyńskich i francuskich piosenek korty wydały mi się opuszczone i trochę smutne!

Dzisiaj był nieciekawy dzień i brzydka pogoda.

Mimo całej wrodzonej mamie słodyczy cieszę się, że wyjeżdża. Atmosfera domu, jaką z sobą przywozi, ciągłe sprzątanie typu „uganianie się za każdym pyłkiem”, rozmowy o ubraniach i o tatusiu i węszenie za sprawami Janusza – wszystko to jest dla mnie jeszcze nie do zniesienia i przywodzi wspomnienia stanu, którego się bardzo boję. Poza tym nie mam tutaj towarzystwa odpowiedniego dla nas obu – a swoich znajomych mama nie spotkała – więc przy braku pogody dłuższe wspólne wakacje byłyby dla mnie udręką. Kto wie, czy nie gorszą niż np. pobyt dłuższy teraz w domu. Współżycie ludzi ze sobą zależy przecież nie tylko od nich samych i od ich wzajemnego stosunku, ale i od warunków, jakie ich otaczają.

Pojutrze prawdopodobnie przyjedzie Terenia, a 25 Janusz. Listu do Teresy, mimo że prosiła, nie zdążę już przecież napisać, ale trzeba jutro zatelegrafować.

Ok. 2-go sierpnia zaczyna się w Sopocie ogólnopolski turniej tenisowy. Chciałabym koniecznie wkręcić się do redakcji sportowej i z tej racji siedzieć na turnieju. Ze względów finans[owych] byłoby to też nie do pogardzenia (Vad był tu korespondentem radia węgierskiego, a Zbyszek – „Sztandaru Młodych”299 – oto i źródła informacji). Tatuś przyjedzie do mnie nie na pewno – właściwie jest mi to obojętnie. Jako „kontrola” będzie i tak aktualny (będę chyba w Sopocie), a jako (prawdziwie nieoceniony) towarzysz – i tak nieaktualny (moja praca w dzień, a jego wieczorem).

Ryszard wygląda na obrażonego. Mamy po temu takie same racje, a raczej oboje nie mamy ich wcale. Do tej pory było mi to jednak na rękę, i to bardzo.

Dzisiaj na molo „dogonił” nas Jasio Wyganowski. Plotkowaliśmy o Janku Rajskim. Dzieciak wygląda teraz prześlicznie, ale głuptas, nic się znowu nie uczy, tak pewny jest protekcji, a przecież grozi mu wojsko, a medycyna to nie filozofia japońska albo agrotechnika!

Słuchałyśmy teraz radia: całe trzęsie się od owacji 22-lipcowych300 (tutaj niestety wcale się tego nie czuje, tylko flagi o czymś mówią). I pomyśleć, że mogłabym dzisiaj spędzić „jeden szalony dzień” w Warszawie, a jutro wyjechać razem z Terenią.

I może zdążyłabym wpaść do J[anusza] i zobaczyć „maluchy”!

Pokój w Indochinach!!

22 VII 54, czwartek

„This was my black day”301. Mama zaczęła znowu zadręczać mnie o Janusza. Doszło do dramatycznych scen, które jak zwykle nic nie wyjaśniły. O co właściwie Mamie chodzi? O opinię! Bo samą potrzebę dyskretnego poflirtowania rozumie. No i o – „obiekt”. Z tym nie ma racji, ale jakże ją przekonać.

Dopięłam tylko tego, że rozstałam się z nią w zgodzie i... z odrobiną niesmaku.

Wieczór – przepiękna pogoda. Morze jak jeden olbrzymi szafir. Towarzystwo Magdy, potem Ryszard. Przegadaliśmy całą sprawę. Wnioski – prawie żadne.

23 VII 54

Od dziś czekam na Terenię. Pogoda przepiękna – ani jednej chmury na niebie. Wstałam już o szóstej, a teraz, mimo że dochodzi dopiero siódma, nie mogę doczekać się chwili, kiedy będziemy szły na plażę. Takie słońce!! Słońce i wiatr.

Do południa siedziałam na plaży z Jasiem Wyganowskim i Jasiem Rajskim. Potem lunął deszcz i w przerwie między jednym jego „atakiem” a drugim pojechałam do domu. Na piątą umówiłam się z Jasiem W[yganowskim] na five. Spóźniłam się fatalnie, bo lało, a ja musiałam odpowiedzieć na list od Marka. Od Jasia Malarzyny i od Jules’a dostałam takie liścidło, że nie sposób je naprędce przeczytać, a co dopiero odpowiedzieć na nie. Na five poznałam kolegów Jasia W[yganowskiego] – dwóch braci Helsztyńskich (synów tego sławnego anglisty, autora Ave Roosevelt, Od Szekspira do Joyce’a): młodszy, Przemek, skończył magisterski kurs prawa, teraz razem z Jasiem, a starszy, Jurek, robi doktorat na politechnice302 na elektryczności. Obaj bardzo mili chłopcy. Byli jeszcze w towarzystwie ładnej dziewuszki w błękitno-zielonej sukience, sympatii Przemka. Wieczór był pod każdym względem udany. Jutro Grand Hotel urządza, „zamiast five”, wycieczkę statkiem na Hel303. Oczywiście gra ich doskonała orkiestra. Jeżeli będzie tak ładnie jak dzisiaj (wieczór znowu był śliczny), wybierzemy się tam w dzisiejszym składzie plus ewentualnie Terenia. Chociaż jutro się jej nie spodziewam. Jeżeli nie przyjechała dziś, to przyjedzie dopiero 25-go. A w niedzielę, również „w tym składzie”, wybieramy się na noc na dancing do Grandu – będzie to pożegnanie państwa Helsztyńskich z morzem, bo w poniedziałek wyjeżdżają do W-wy. Mają pięknego czarnego mercedesa304 i nim jadą. Mają jeszcze jedno miejsce wolne w samochodzie i mogłabym się z nimi zabrać, gdyby... wyjeżdżali parę dni później (chcę widzieć się z Markiem ok. 1-go).

Na niedzielę szykuje się też jakaś wycieczka owym mercedesem. To zresztą zależy od pogody i od przyjazdu Tereni.

Dostałam list od Tadka. Niespodziewanie umarła mama Janusza Kwiatka. Obaj są pogrążeni w takiej rozpaczy (Ona zastępowała matkę Tadkowi), że doprawdy nie wiem, co jemu napisać.

24 VII, sobota

Mimo wczorajszego pięknego popołudnia i wieczoru dziś znowu brzydko i „deszczowo”. Słońce pokazuje się tylko bardzo rzadko – „na złość”. Z Jasiem W[yganowskim] umówiłam się dziś na plaży, a po południu miałam z nim i z Helsztyńskim iść na ten pływający five, czyli jechać statkiem na Hel. Skoro jednak z plaży nici, więc nie bardzo wiem, co robić. Teraz (dochodzi dwunasta) załatwiałam duperelki na mieście, łaziłam trochę i siedziałam w domu, czytając „starego” łgarza Ossendowskiego (Kraj Ludzi, bogów i zwierząt305). Opisy przyrody i przygód dalekie od artystycznej doskonałości, a antyrewolucyjność często przemawiająca za rewolucją. Powinni za kilka lat wydać parę jego książek z dobrym wyczerpującym komentarzem obrazującym rzeczywistość306.

Terenia i Janusz postawili mnie w denerwującej sytuacji: ani jedno, ani drugie nie napisało. Kiedy ona właściwie przyjedzie? Może jutro razem z J[anuszem]?

29 VII 1954, czwartek

Niedziela – leje deszcz. Przyjechała Terenia i Janusz! Siedzimy w domu, potem ja na „pożegnalnym” five z Helsztyńskimi i Jasiem W[yganowskim]. Noc.

Poniedziałek – leje deszcz. Siedzimy w domu – czekamy na pogodę; spacer w stronę Gdyni.

Wtorek – cudowny spacer stromym, lesistym urwiskiem w stronę Gdyni. W dole pod „załomami” z piaskowca – szmaragdowo-szare morze. Dziki zakręt orłowskiego cypla z fantastycznym suchym pniem drzewnym. Malarski. Po południu – Gdańsk, śliczna, zrekonstruowana staromiejska ulica Długa307; kino (Ulice Cudów), długa włóczęga – „Gdańsk od kuchni”. Mieszkamy już na werandzie. [dopisek z lewej strony:] Gdańsk – włóczęga

Środa – wspaniała pogoda – plaża w Sopocie. Woda chłodna, ale pycha! Potem film Wagary308. („Postulare grandi”)[–]

Czwartek – zwariowana pogoda. Oliwa309 – wspaniały park, katedra – organy, historia jak zjawa. W oranżerii gwizdnęłyśmy kawałek kaktusa. Słońce w parku przez baldachim z liści jak złote plamy, w katedrze przez witraże – jak smugi tęczy. Obiad w Gdańsku, potem w Stogach310. Wspaniała plaża, las brzozowo-mieszano-iglasty (prześliczny!!), jezioro w lesie. Jak tam musi być cudnie w upalny dzień! (Na plaży i w lesie i tak jest cudnie. Odbicie lasu i nieba w wodzie jeziora – najpiękniejsza „akwarela”, jaką widziałam). Humory mamy świetne. [dopisek z lewej strony:] Oliwa – Gdańsk

Piątek –

2 VIII 54, pon[iedziałek]

Nie wiem, jak nazwać to, co odczuwam – rozpacz – przerażenie czy po prostu nieszczęście. Jestem w takim stanie nerwów, że właściwie nie umiem go określić. I nie odczuwam potrzeby pisania (!). Robię to tylko dlatego, żeby wypełnić czas, który muszę jakoś „przeistnieć”.

Ale znowu trzeba zacząć od drobiazgów:

W sobotę była niemrawa pogoda (o Jezu, nie mam siły o tym paplać!!! Ale coś trzeba robić. Opanuj się!!!), więc powinnyśmy, według umowy, pojechać do J[anusza]. Nie zrobiłyśmy tego. Już siedząc w pociągu do W-wy, zobaczyłyśmy go na dworcu. Poprosiłam, żeby nam kupił herbatników – „Nie chce mi się. Wam się nie chciało do mnie przyjechać, więc...” etc., etc. Jestem przyzwyczajona do tego rodzaju dziecinad Janusza i jestem zdania, że ta głupota niknie przy jego istotnych zaletach, ale w związku z tym, co się ze mną dzieje i o czym napiszę, dyskredytuje go prawie zupełnie (oczywiście nie chodzi o głupie herbatniki czy o podarcie czerwonego kostiumu, czy jakikolwiek szczególny przejaw jego braku dojrzałości. Chodzi o to, o czym one świadczą).

Być może jest to Janusz Pelz z nieznajomą, Jastrzębia Góra, 1954 r.

Janusz jeszcze nie ma w ogóle pojęcia o życiu. Robią to wychowanie i książki, zresztą nie o to mi teraz chodzi. W W-wie dowiedziałam się, że ojciec już tu pojechał311 – nie pisali mi o tym, żeby mi nie popsuć „eskapady”, no i, jeżeli o ojca chodzi, nie tylko dlatego.

Chodziłam z Mamą po sklepach, kawiarniach i ulicach. Po południu z Markiem na Starym Mieście, znowu kawiarnia, życzenia imieninowe, bój o miejsce – tłok w pociągu, sielskie pożegnanie, jego miłość.

Po męczącej podróży straszliwie zaziębiona (mam potworną chrypę) przyjechałam tu trochę „nieprzytomna”. Ojca nie było u mnie. Mój gospodarz powiedział, że mieszka on w sąsiedniej willi Uroda Morza. Przyszedł do mnie, zanim jeszcze wyjechałam na praktykę. Mimo że sama czułam się potwornie i wszystko widziałam jakby przez sen.

(dramat, pijaństwo, happy end – nie warto kończyć... pani Józefina312)

22 VIII 1954, niedziela313

Zaniedbałam kompletnie pisanie o tym, co się dzieje, na rzecz samego dziania się; a ponieważ nadal dzieje się mnóstwo, więc „nadrabianie zaległości” zostawiam na Warszawę, a teraz poględzę sobie tylko o tym, co jest. No cóż, najlepiej zacząć tak byle jak:

Właściwie wcale nie wiedzieliśmy, czy ostatecznie pojedziemy do Jastrzębiej Góry314, czy nie. Na rozsłonecznionym niebie mocny wiatr kłębił coraz gęstsze obłoki. Samochodu długo nie było, a całą rzecz organizował Janusz Pelz, więc pokazał się w godzinę po projektowanym czasie (około 13-tej). Wreszcie pojechaliśmy, nieprzytomnie nażarłszy się gruszek. Ryszard miał na sobie „amerykańską” kurtkę z kapturem i czarne okulary. Do tego opalenizna i słońce. Był mocny i śliczny. W Jastrzębiej wspaniałe, strome, zalesione stoki, urywające się nagle tuż nad samą plażą; na plaży czarna chorągiewka, a na morzu olbrzymia sztormowa fala – wielkie białe kotłowisko, huk i słońce. Wieczorem jakieś niewydarzone „spotkanie z masami” przy zgrzytach adapteru, Janusz trochę smętny, ale z powodzeniem wyswatany Krystynce S.315. Wymknęliśmy się z Januszem Pelzem i pokazywał mi morze szalejące w nocy. Potem poszłam tam z Ryśkiem. Staliśmy na szczycie skarpy. W dole, niemalże prostopadle pod nami huczało morze i miotało się, dzikie i wspaniałe, aż po horyzont. Było ciemno, tylko przez cieńszą warstwę chmur przeświecał niekształtny Księżyc i kładł szeroką, gęstosrebrną smugę między nami a horyzontem. Fantastycznie powyginane, dziwaczne sosny były jeszcze czarniejsze od nieba. To było niesamowite i piękne. Jak zawsze, nie umieliśmy wobec siebie o tym mówić. Ktoś jednak wspomniał, że i bez słów nie zapomnimy o tym.

Jeszcze przedtem, gdy szliśmy tam, Ryszard oznajmił mi, że ma mi do „ogłoszenia” kilka „komunikatów”. Szło o to, że wszystkie jego zamierzenia związane ze mną pozostają wciąż aktualne, że go ciekawię i że go zaskakuję, i podoba mu się to, co piszę (to znaczy to drukowane). Gadałam dwuznacznie. Co miałam mu powiedzieć? Że po prostu nie wiem, na co się zdecyduję? Plotłam przecież coś w tym rodzaju.

Ma takie wspaniałe czarne oczy. Kiedy dotknąć jego włosów, są zaskakująco twarde i sztywne, a wyglądają jak czarny jedwab. Uśmiecha się drapieżnie, tak „wilczo”, albo podobnie jak Litwin, i kpiarsko. Jest złośliwy, dowcipny i za bezczelny. Nie jest zdolny pokochać, ale jest zdolny być wiernym w namiętności. Nie wymagam wierności od ludzi – wspominam tylko o tym, jak przy zwyczajnym stwierdzeniu faktu. Jest mniej świeży, mniej dziecinny, mniej „życio-chłonny” niż ja. Wolę patrzeć na morze niż grać w bridge’a, wolę pływać, grać w siatkę, niż pić wódkę i mówić abstrakcyjne kawały. Jesteśmy podobni – w egocentryzmie, w sposobie bycia cynikiem, trochę w dowcipie, trochę w sposobie bycia „w ogóle”.

Nie zawsze drwię ze wszystkiego. To jest właściwie rzecz humoru. Ryszard chyba zawsze. Pieniądze ceni namiętniej niż ja. Ale to rozumiem. Mogłoby nam być razem dobrze – zmierzam w stylu życia gdzieś w jego stronę, w pobliże. Że przede wszystkim chcę swojej sławy, przyjemności, talentu – to jasne. Ale jest pierwszym mężczyzną, którego mogę traktować serio. Jest samodzielny, jest bardziej życiowo doświadczony niż ja, byłby „panem”, mimo że wiedziałabym, że robię przecież to, co chcę.

O co mi chodzi w wahaniu? O trudność zdecydowania się na natychmiastowe fizyczne zbliżenie? Tak, w dużym bardzo stopniu. O to, że miałabym ochotę raczej na miłość i czasami wierzę, że to się jeszcze stanie? Trochę. O co jeszcze? A bo ja wiem... Zobaczymy. Rzecz musi się rozstrzygnąć gdzieś teraz.

Hm, jest ciepły, prawdziwie domowy wieczór. Ładne światło na stole, dobry niemiecki jazz w radio. Nie marzę o Ryśku – zastanawiam się. Zorganizowanie sobie osobistego życia z nim oznaczałoby żyć ciekawie, z daleka od uczelnianych sprawek i płaskich, Januszowo-domowego typu domowych kłopotów, bez skrępowania finansowego (à propos – samochód podobno już prawie cacko), w ładnej harmonii „Braciszkowie316 – Ryszard”, w takim stylu, jakiego chcę...

Zobaczymy.

Nie mam nic do stracenia, chciałabym tylko ustrzec nas oboje od niesmaku.

Jestem już trochę zmęczona pisaniem w gazecie. Od paru dni zwolniłam tempo i świadomie trochę leniuchuję.

Jutro jednak z chęcią napiszę o Dumnej legendzie w Teatrze Lalek (Fenikowskiego317). Co za czarująca poezja!

25 VIII, środa

Recenzja z Legendy (przeciętnie inteligentna, nieśmiało samodzielna) – do druku.

Po południu słońce w Sopocie, przypadkowe spotkanie i łazęga ze złotym olbrzymem Tadkiem W. (poznałam go w Interklubie – przystojny, przeciętniak), potem five ze Sławkiem318. Rysiek – na jeden taniec i dużo, trochę tylko wmówionego wrażenia. Korty – zdjęcia z Bogdą, Bogdanem Maniewskim et comp[any], cudny Filutek od Lengrena. Wieczorem Kumoszki z Windsoru319.

26 VIII 54, czwartek

Wstałam o piątej. Wszędzie była rosa. Po przejściu przez płot otrząsałam się jak pies. Po ósmej byłam w Elblągu320. Rozległe miasto, całe w zieleni, basen, kanał i zalew... Wypiłam w brudnawym hotelu pyszną kawę, na którą czekałam 20 minut. Początek konferencji nauczycieli wiejskich był nudnawy. Za oknem dużo jarzębiny i słońca. Potem wszystko tak jak w artykule, tylko więcej serca. Ci ludzie źle ubrani, a piękni w swoim prostym entuzjazmie... O mało się nie pobeczałam, mówiąc z tą Kamińską.

Zostałam dłużej na dyskusji i wracałam z trzema przesiadkami. Gdzieś koło Tczewa321 miałam już gotowy szkic artykułu. Było mi diablo radośnie i jak zawsze w takich wypadkach byłam dla wszystkich straszliwie uprzejma i nie odburkiwałam zaczepiającym mnie mężczyznom. Było bardzo jasno. Niebo miało taki kolor, jakby złoto słońca pomieszało się z jego błękitem i rozmazało się w nieokreślony blask. Jakiś babsztyl w obrzydliwej sukni i drucianych okularach czytał owiniętą w „Wolność”322 niemiecką książkę. Ale nie przejmowałam się tym – kiedy spotykam się z takimi ludźmi jak dziś, to bardzo mocno wierzę, że będzie dobrze. W sąsiednim przedziale zaśmiewało się dziecko – jakimś takim rozkosznie zaraźliwym, łaskoczącym śmiechem. Uspokajał je głęboki, kobiecy alt. Jadłam gruszki i czekoladę. W kolejce elektrycznej jakiś pan wysypywał mnóstwo drobnych, ale i tak miał humor. Na kolanach trzymał prześliczną maleńką dziewczynkę w krótkiej żółtej sukience w różyczki i w sweterku z niebieskiej angory. Miała olbrzymie buroniebieskie oczyska i mnóstwo złotych pierścionków na głowie. W rączce trzymała ładny brązowy koszyczek, całkiem pusty.

Kiedy zbliżałam się do domu, morze już zasypiało okryte szarawą mgiełką. Za mną niebo nurzało się w pretensjonalnych różowościach, które, bliżej horyzontu, przechodziły w czerwoną, wróżącą wiatr łunę. W ogrodach i pod drzewami zapadł już mrok. Mocno pachniała maciejka i hałasowały świerszcze.

[dopisek wcześniejszy z bieżącym komentarzem323:] Chcę żeby tu był koniec sierpnia. Chcę, żeby nigdy nie było końca sierpnia.

Po pokoju krzątała się śliczna pani Basia i nakrywała stół świeżym obrusem. Postawiła na nim wazon ze złocistymi „turkami”324. Żarłam kolację, czytając cudne Jajko i ja325, a radio wariowało w jakimś jazzowym rytmie.

Zapadła noc i przez okno wpływał z ogrodu silny zapach rosy, morza, i chłodu.

Jest w rosyjskim takie śliczne określenie: „Наслаждаться жизней”326. To właśnie robię.

Jest już późno, bo długo pracowałam nad artykułem. Ale nie jestem zmęczona.

Życie jest cudne. I gdyby istniał jakiś bóg, to dzień i noc dziękowałabym mu za to i za te trochę urody i zdolności oraz za te wszystkie zalety i wady, które pozwalają mi tak właśnie odczuwać wszystko, jak odczuwam, i przeżywać tyle dobrych chwil.

Tylko nie zawsze mam odwagę myśleć o tym, że będę musiała stąd wyjechać. To wszystko, co przeżyłam w budzie i w domu, było nie tylko bolesne – było wstrętne. Za nic nie chciałabym zatracić teraźniejszej siebie w atmosferze tamtych dni. Muszę być silna, ostrożna, mądra i wesoła. I szczera wobec siebie. À propos szczerości: nigdy nie odczuwałam prawdziwej potrzeby posiadania przyjaciółki czy przyjaciela. Owszem, pragnęłam być komuś przyjaciółką, ale nie na odwrót. Czasami dobrze było mieć w krytycznym momencie jakieś oparcie w człowieku, ale przyjaźń... Lubię gadać z Èlise, jest mi bliska, to samo kiedyś Marek. Ale...

Stąd pewno ten wieczny dialog, jaki z sobą toczę, i uwaga, z jaką się obserwuję – za siebie i za innych. Właściwie to coraz lepiej sobą zarządzam.

Tylko z Ryszardem sprawa otwarta. Chcę obudzić w sobie coś silnego. Ale jeżeli to się nie uda (i to bardzo nie uda), to nie zdecyduję się.

Co za wspaniała noc!

28 VIII 54

Konia z rzędem za pozbieranie myśli!!

Pożegnalna kawa na praktyce. Komplementy, Невский проспект327 w nagrodę, szczere, zdławione słowa podziękowania i ogromna radość, i dużo smutku, lęku, goryczy, że jadę. Pożegnanie – pijany koszykarz, drogi, dobry Marcinkowski – Kajtek rewolucjonista, kpiący Malwiński, Walicki, którego się boję, bo artykułu nie zrobiłam, [---czyk] Święcicki328, taka przemiła starsza pani z bufetu na dole... Niedobre rozstanie z Januszem P[elzem] – mieliśmy gdzieś iść dziś we dwoje. Byłam okropnie, straszliwie sztuczna. Może tego nie widział, ale było głupio. Zaprzepaściłam go (a właściwie wrażenie wywarcia wrażenia). To był jedyny, na razie, malutki zgrzycik.

Potem – korty. Tadzik – daleki i sztywny, czasem „na siłę” [jest] trochę taki jaki był. Czuję, że mogę to zmienić, ale idę do Grandu. Sławek, Ryszard, Ryszarda towarzystwo z Michałem Kote[------], młodym reżyserem z Wrocławia na czele. Mam wrócić na korty (Bogda! Tadzik „w ogóle”), ale Michał, R[yszard], Sławek – do Sławka! Po drodze – Tadzik et comp[any] – głupio tłumaczę się, umawiam się na jutro. Czuję się grubo nie w porządku i głupio. Tadzik swoją drogą tak obojętny, że nie wiem i poza, czy coś się zmieniło? Nieważne – tylko mi głupio.

U Sławka – radio, trochę wódki z herbatnikami, oni olśnieni pokojem, książkami, rysunkami Sławka, „Atelier” etc. Gadają – bredzą Gałczyńskiego329, Shakespeare’a po angielsku, śpiewają jazz, improwizują, mówią wiersze, których nie rozumiem. Czuję się na marginesie, gapię się w Ryszarda, trochę serio, a trochę, żeby go sobie wmówić (to, co jest naprawdę, to troszeczkę mało), to widzi już kilka dni Sławek. Jest olśniony Michałem i Ryśkiem – widzę, że „przeszłam mu” – może niezupełnie, ale bardzo. Z Michałem i Ryszardem do Sopotu. „Błagam Boga” o odwagę na tę noc. Zostajemy we dwójkę! Łazimy (jest już dziesiąta) szukać pomidorów po Sopocie. Ryszard, trochę wstawiony, śmiertelnie zmęczony i niewyspany, trochę tak sobie plecie jakieś rozwierzgane, wspaniałe bzdury. Kupujemy (??!!) masę pomidorów i ogórków – Ryszard wygłasza wspaniale bzdurne przemówienie do sprzedawcy.

Jakieś wiersze, noc, gazowe latarnie, drzewa, piosenka „Siedzimy razem na sopockim brzegu morza”.

U Ryśka robi się okropnie, szczególnie kiedy przestał bredzić. Inicjatywa w moich rękach. Chcę iść; wstałam. Nie ma niebieskiej piżamy, którą mi obiecał. Poszłam (nie spodziewałam się, idąc na górę, że to zrobię, a on?). Miałam nadzieję, że będę bardzo pragnęła zawrócić. Nie. W pociągu i w ogóle taka nawałnica myśli, że sama nie wiem co. I czy pójść jutro do Ryszarda, czy nie, i napisać, że tęsknię, że to gorsze niż ból zęba… A przecież toby była nieprawda, tylko po prostu chcę „przemóc się” i ułożyć sobie życie właśnie z nim. Bo to byłoby właśnie takie ciekawe. I gdybym była 2–3 lata młodsza (!!!), to mogłaby być miłość.

Chce mi się płakać i tupać nogami, a było tak cudnie. Ale może tak jest lepiej. Nie tylko pobyt się skończył, ale i Tadzik przestał mnie wielbić i przyjaźnić się ze mną, i Sławek przestał się kochać i podziwiać, i Janusz P[elz] przestał się dłużyć – będzie to drzazgą we wspomnieniach, ale przecież „jest czas rodzenia się i czas kwitnięcia, i czas śmierci”330. Ta drzazga nie będzie zresztą piekła – stępi się w listach, powoli zamierających. Tylko z Ryszardem sprawa otwarta. Nie, nie otwarta: piszę się na ten experyment.

On mówi: „To przecież nie zmieni biegu twego życia”. Owszem, nada mu nowego pyska. Inaczej czeka mnie chandra – gorsza niż zeszłoroczna, jesienna. Litwin i Marek, dom, i pusto, i nudno, i znowu te gęby na uczelni i na basenie, i gosposia, i...

Tak – decyduję się na ten experyment.

I w ogóle – właśnie, że pójdę spać.

O Jezu, jutro trzeba stąd jechać!!

Gdybym się zakochała w Ryszardzie, byłabym szczęśliwa, ale może i tak będę zadowolona.

Cholera, pokpiłam kilka spraw (Nieprawda!).

31 VIII 54, wtorek

Kiedy w sobotę w nocy łaziliśmy z Ryszardem po Sopocie i on tak wspaniale bredził, świeciły gwiazdy. Ale kiedy obudziłam się w niedzielę, wszystko było szare i mokre. Od ledwo widocznego, zamglonego morza wiał zimny wiatr. Powiedziałam Ryszardowi, wychodząc, że przyjdę nazajutrz o dziesiątej. Nie pojechałam do niego, tylko do Gdańska – zostawiłam w szufladzie (w redakcji) tę cudną tęczową czapeczkę narciarską od Krzysia. Nie było jej! Oparłam głowę o biurko i wybuchnęłam płaczem. Nie umiem w tej chwili powiedzieć, jak mi ten płacz pomógł. W każdym razie wychodząc, czułam, że mi się coś w sercu uśmiechnęło do słońca, które się właśnie pokazało. Nie wysiadłam w Sopocie. Pojechałam do Orłowa i poszłam z Wandzią robić zdjęcia. Potem poszłam piechotą do Sopotu – pożegnalny spacer. Morze niebieskie, aż serce boli. Fotografowałam samotne sosny na szczycie nadmorskiej skarpy i wisusów na poziomo pochylonej nad polami wierzbie, i białe żagle, bardzo dalekie. W Sopocie poszłam na plażę i płynęłam daleko, pijąc łagodno-słoną wodę dużymi haustami. Potem poszłam na korty, ale nikogo już nie było – gry skończyły się rano. Poszłam do Bogdy – strasznie się ucieszyła! Potem z nią i z Januszem K[wiatkiem], Tadzikiem i Jasiem poszliśmy w stronę Jelitkowa331 i nam [?] robiłam zdjęcia. Potem pożegnanie przy winku u chłopców w Nadmorskim. Tadzik zapakował prędko swoje rzeczy i przyjechał ze mną do Orłowa. Było już ciemno i wszystko poszło odtąd bardzo prędko. Najpierw wbiegłam po ciemnych, ponurych schodach do Ryszarda. Nie było go, zostawiłam świstek: „Nie mogłam wczoraj u Ciebie zostać, bo czułam się jak w lichym filmie. Nagle film stał się zupełnie podły i poszłam sobie. Teraz chciałam powiedzieć ci »do widzenia«. Tęsknię jak sto tysięcy diabłów (nigdy nie widziałam tęskniącego diabła, ale to tak właśnie musi wyglądać)”.

Potem zwariowane pakowanie (piorunem!), droga na dworzec pod nieprzytomnie rozgwieżdżonym (jak w Zakopanym [!]) niebie, puszysty, smutny przedział drugiej klasy i pusta ciemność za oknem. Obok – Tadzik taki serdeczny i daleki, z pyszną czekoladą i „rozumiejącą miną” (tzn. „wiem, że nie chcesz wracać, że coś tam zostawiasz, i troszkę ci współczuję”).

Przez całą drogę, gdy udawałam, że śpię, usiłowałam zebrać myśli. Niewiele z tego wyszło. W domu duszno, pachnąco, nudnawo. Kiedy jakaś nieznośnie chyża pobieda332 podwiozła mnie pod dom, mocno zabiło mi serce, a może zastanę jakąś niespodziankę? Ale nie – wszystko było nieznośnie takie jak przedtem, jak zawsze. Najpierw z energiczną furią rozpakowałam manatki, a potem rzuciłam się na tapczan i bardzo krótko płakałam. Po kąpieli położyłam się spać i leżałam prawie do wieczora, mimo że słyszałam, co się dzieje – każdy krok i każdy dzwonek telefonu. Dopiero Braciszkowie wyciągnęli mnie z łóżka. Byłam zwariowanie wesoła. Oni też. Wycałowaliśmy się i „odprawiliśmy” tradycyjne, przerywane wybuchami śmiechu, „zwierzenia”. Gadali o życiu w Mielnie333, o Hance, o jajecznicy z 20 jajek...

Dzisiaj była obrzydliwa, późnojesienna (!) pogoda – straszna wichura i tak ciemno! Przyjechała Wandeczka i łaziłam z nią po W-wie – MDM z kremami, schody ruchome, Starówka, zoo334, potem z dzieciakami na wale na rowerze.

Wieczorem Mama przerażona moją twarzą – „Tak dziś źle wyglądasz, (nie) płakałaś?!”. Udaję, że się uśmiecham, o tak, coraz lepiej – śmieję się!! Gadam z ożywieniem, idę z nią na kawę, obżeram się gruszkami; jestem miła dla jakiejś pani, opowiadam, że Sławek przyjedzie do mnie na urodziny335, że „wydaje” własne pismo – takie cudne i pstre „Atelier”; że jest lepszym grafikiem niż literatem i dziennikarzem; że Rysiek jest naprawdę tak dowcipny i złośliwy, i tak cudnie bredzi Gałczyńskiego; że Michał mówi Shakespeare’a tak, że motyl na kamieniu sercem szarpie, i że wszyscy trzej tak samo biliby się z „Andersem na białym koniu”336 jak ja, ale że nam przeważnie nie wierzą, i że to nieważne – jeżeli będziemy silni, to na pewno tacy jak my będą tworzyć socjalistyczne, kolorowe pojutrze; że Sartre u Sławka to jak piosenka, że ten Anglik, co w Moulin Rouge gra Toulouse-Lautreca337, chodzi na kolanach, bo on był tak maleńki, i że właściwie koniecznie chciałam do domu przywieźć kotka, takiego czarnego z białym krawatem, ale jak? Tyle paczek...

Coś przecież widzą, bo mówią: „Myśmy przecież ci nie bronili zostać…”. Ale ojca oczy tam w Orłowie – silniejsze nawet niż jego argumentacja. Tak często robię dla nich takie rzeczy. A Ryszard mówił tak prosto i pewnie: „Nie wierzę, żeby to było muszę przez duże M”. I jeszcze teraz takie „katowskie”: „Jak tak bardzo chcesz, to jedź tam z powrotem. My ci przecież...”. O nie, teraz już tam nie pojadę. I postaram się być dobra, wesoła.... Wszyscy przecież chcieli dla mnie najlepiej. Naprawdę!

I kiedy jest znów wieczór i radio gra tak cichutko, a na biurku więdną pretensjonalne różowe astry, zaczynam zamykać okres, który przeżyłam. Te dobre dni, pełne radości i nowych wrażeń i doświadczeń, serdecznych ludzi i mniejszych i większych sukcesów dodały mi siły. Ze „starych rzeczy”, tych dobrych i ważnych, odzyskałam „spokój” i radość wewnętrzną, i dużo humoru, nabrałam pewności siebie, jeszcze trochę ogłady, umiejętności świadomego współżycia z wartymi tego ludźmi i utrzymywania siły i spokoju wobec wroga, jeszcze bardziej pokochałam rozwichrzoną, cygańską i tę posągową, piękną sztukę, i dobry jazz, i nastrój, i wino, i życie ciekawe i kolorowe, i prędkie.

Zebrałam siły i utrwaliła się u mnie taka zwyczajna, codzienna mądrość życiowa – ta odrobina rozwagi. Jest mi jeszcze bardzo źle, że skończył się „Gdańsk, sierpień 1954” i że tak bardzo, bardzo fałszuję „Siedzimy razem na sopockim brzegu morza” i nie mogę usłyszeć, „jak to idzie naprawdę”, ale pamiętam o jednym – że tego wszystkiego nie zaprzepaszczę.

Moje życie będzie barwne, ciekawe, ciągle inne, pełne. Będę się starać nie przejść obojętnie obok Człowieka ani Natury, ani Sztuki i nie zatrzymywać się przy gównie. Ot, co.

Myślę o Ryszardzie – i kiedy żrę (aż do nieprzyzwoitości) gruszki, i kiedy zasypiam, i kiedy plotę coś trzy po trzy, i kiedy staję z Wandzią przed klatką z małpami z napisem „Koczkodan niebieskolicy”... Myślę nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę; że się troszeczkę łudzę – a nuż [z] nim będzie jakoś dobrze i miło, kiedy wróci? Tyle opowie o swoich wrześniowych przygodach „tam” i sam, jak taka czarna klamra, zepnie „to” i „tamto” „życie”. Może właśnie z nim będzie już w najbliższym czasie ciekawie i kolorowo, trochę „egzotycznie” i „inaczej” – z postrzelonymi, cygańskimi wariactwami, z poezją jak szampan, z humorem, z wesołym artystycznym bractwem, z jakąś nową, na razie tak trudną do przyjęcia namiętnością. Może... To dobrze, że jest się czego uczepić – taka „perspektywka”, niezbędna u mnie do utrzymania równowagi. A jak nie, to nie...

Teraz można sobie fałszywie pod nosem burczeć „Siedzimy razem na sopockim brzegu morza” i marzyć, i wyobrażać sobie rozmaite miłe i zabawne sytuacje (a te najmilsze to takie z zupełnie szczenięcych jeszcze „snów”, a jednak aktualnie jeszcze – „on” i „ja” na balu, cudowna suknia; „taka śliczna para” i tłum wielbicieli, lody, melby i lustra, i tak dobrze, a przecież w nas nie tylko próżność...), jakieś życie „drugie” i troszkę zakonspirowane, wspólne dążenie do jakiejś dorzecznej pisaniny, jakiś ładny wyjazd – może już naprawdę do Zakopanego (chciałabym – może taki właśnie początek byłby dla mnie najłatwiejszy).

A jak nie, to nie...

Przede mną jest nie pusty miesiąc, ale dużo ciekawej lektury, mimo wszystko wezmę się za to [!] po prostu i bez skomlenia. Mimo że „gdy zmrużę oczy, widzę wciąż gwiazdy w morzu” – oduczam się być histeryczką!

Krótko i węzłowato – „przyszłam do siebie”. I nie odejdę przez byle „Недуг, которого причину давно бы отыскать пора, подобный английскому сплину, короче: русская хандра”338…

4 IX 54, sobota

Ogród ciężko oddycha, pachnie. Już drugi dzień prawdziwie letni i skwarny. Leżę na kocu pod wysokim niebieskawym świerkiem, a w niewysokiej żółknącej trawie broją słoneczne plamki. Dzieciaki tłuką patykami po koronie jabłoni i piszczą, gdy uda im się zrzucić kilka, niedojrzałych jeszcze, jabłek. Przez konary niziutkiej, a rozłożystej jak baldachim utkany z zieleni morelki dobrze jest patrzeć na niebo: do niedawna jeszcze wypłowiałe i smutne, teraz jest bardzo mocno błękitne, głębokie aż do zawrotu głowy. Po Wiśle, głośno burcząc, pływają ślizgacze339.

Czytam Paustowskiego Dalekie lata i Opowieść o lasach340. Jego książki są jednocześnie i muzyką, i malarstwem, i najcudniejszą poezją... Ta przyroda – taka żywa i wspaniała, i ludzie, pełni prostoty i miłości, i jego własna, porywająca miłość życia... Nie wyobrażam sobie chwili, kiedy mi zabraknie tych książek. Zacznę wtedy wszystko czytać od początku – jak Puszkina.

Ojej, jak gorąco! Wyobrażam sobie, jak wspaniale jest teraz nad morzem.

Dostałam list od Bogdy. Zaraz jej odpowiedziałam i napisałam do Sławka. Chciałabym, żeby i Ryszard się odezwał, ale to do niego mało podobne – list w takiej sytuacji. A byłabym go bardzo ciekawa.

Zdjęcia znad morza słabe (film!!). Może te z Jastrzębiej będą lepsze, no i te Jacka.

Dostałam przed chwilą list od Sławka. Strasznie się ucieszyłam i zaraz napisałam olbrzymią epistołę o słońcu, o ptasich wyspach, o Paustowskim jako o moim nauczycielu, o ewentualnym przyjeździe na Wybrzeże etc. etc.

„Pisarz powinien widzieć tak dużo, aż strach pomyśleć. Powinien wszystko rozumieć. Powinien pracować jak wół i nie uganiać się za sławą. Tak! Otóż to właśnie! Niech pan idzie do wszystkich chałup, na jarmarki i do fabryk, i do domów noclegowych. Niech pan obejrzy wszystko, co się da – teatry, szpitale, więzienia, kopalnie. Żeby życie przepoiło pana jak spirytus walerianę. Żeby z tego wyszła prawdziwa tynktura. Wtedy będzie pan mógł ją ludziom dawać jak cudotwórca balsam”341.

Paustowski – Dalekie lata

(Maleńka dawka trucizny)

„A kiedy się zbyt długo czeka, radość zmienia się w szczególny rodzaj smutku”.

(Dalekie lata)

„Wszystko w lesie mówi o wielkiej potędze życia: kołysanie się wierzchołków drzew, nawoływania ptaków, łagodne światło.

A wieczorem, gdzieś w pobliżu leśnych wód, zasiada człowiek przy ognisku, a razem z nim zasiada cisza. Na niebie zapalają się gwiazdy stokroć jaśniejsze niż nad miastami przysłoniętymi chmurą kurzu. Patrząc na nie, człowiek zaczyna rozumieć ogrom wszechświata, zaczyna pojmować, czym jest zasłużony odpoczynek i spokój ducha. Świat ogarnia noc pełna świeżych zapachów, przymglonego blasku, rosy, krzyku nocnych ptaków. A przed nami setki takich nocy i świtów, dni i wieczorów, gdy nad naszą ziemią rozpościera się ni to mgła, ni to dym ognisk. Być może o tym myślał Czechow. Nie wiem”342.

Paustowski – Opowieść o lasach

„Każdy człowiek powinien w ciągu życia zasadzić choć jedno drzewo, inaczej byłby istotą martwą, suchym polanem”343.

5 IX, niedziela

Cały dzień (co za upał!!) przesiedziałam nad Żeromskim344. Najbardziej namiętnie grzebałam się w olbrzymim tomisku Dzienników345. Nie kocham tego pisarza, ale rozumiem, dlaczego jest wielki.

Śpiewa Marysia Koterbska346

„…Tak już bywa, że czasem

Coś nie składa się, nie,

Jakiś zawód i uśmiech już gaśnie,

Bo kochałeś złudzenia swe

A tu piosenka, prosta i malutka,

Skądś przybiegła i mówi ci dziś,

Że nie wolno pogrążać się w smutkach,

Że radośnie przez życie masz iść.

Zwykła mała piosenka

Przyfrunęła z nieba jak ptak…”347.

Jestem diablo zmęczona tą orką nad Żeromskim. Postanowiłam nie przebałaganić września, a jedyne, co mogę w tym robić celu, to czytać, czytać... Notuję przy tym kupę, no i pocę się na słońcu... Jest przecież jak w lipcu. A nad morzem, nad morzem... Tutaj tylko żrę jak cholera, to mnie „pocieszało”. Ale mam nauczkę – trzeba było nie przyjeżdżać. Taka chciwość, wcale niepotrzebna. Mama szczerze mówi – trzeba się było uprzeć, wyjaśnić...

Nie chce mi się iść do dentysty ani do dr[a] Bubienia, ani do okulisty (chociaż lewe oko jest już takie słabe, że np. tych liter samym lewym okiem chwilami wcale nie widzę. Czytać nim nie mogę wcale. Diabli nadali). Co za upały. Jutro rano popędzę na basen, chociaż towarzysko mi to wcale nie odpowiada. Pierwszy raz „pomoczę” ten kostium nie w morskiej wodzie po tak długiej przerwie.

6 IX 54, poniedz[iałek]

Nie pływałam – basen zamknięty, bo kręcą scenę do filmu fabularnego o pływaczce – „sadowiarce” i jej perypetiach. Proponowali mi statystowanie. Odmówiłam – krępuję się ze względu na wciąż „przytłustą”, moim zdaniem, figurę.

Spotkałam na U[niwersytecie] (chodzę po książki) Kalinę i kupę ludzi, m.in. Andrzeja. Jedni (Jurek J., Baśka T.348) – bardzo fajni, weseli, tych z typu Andrzeja znoszę bez histerii, spokojniej niż się spodziewałam. Pojutrze jadę do Kaliny, może na parę dni. Spotkałam też Krysię Sz., która wpadła do W-wy, a w ogóle siedzi w redakcji i jutro wraca do Gdańska. Strasznie smutno. Jeżeli tylko wyskrobię jakieś pieniądze (??!), to wyrwę się tam jeszcze, chociaż na dwa dni. Zatrzymam się u Bogdy, a może u Ryśka, chociaż sobie to praktycznie nie bardzo wyobrażam. Kazałam Kryśce wyściskać tego Czarnego Małpoluda.

Idę z Braciszkami na Złodzieje i policjanci349 [!] do Dziennikarzy. Włoski film. Jestem bardzo ciekawa.

Czytam Dostojewskiego (po polsku) i Galsworthy’ego350 (po angielsku).

„You’re perverse, brother Wilfred, the young woman said

And your tongue is exceedingly wry;

You do not look well when you stand on your head –

Why will you continually try?”351.

J[ohn] Galsworthy

„…albowiem socjalizm jest nie tylko kwestią proletariatu, czyli tzw. czwartego stanu, lecz w najistotniejszej swej treści zagadnieniem ateizmu, zagadnieniem współczesnego ateizmu, wieży Babel, wznoszonej bez Boga i nie gwoli osiągnięcia niebios z ziemi, lecz dla ściągnięcia niebios ku ziemi”352.

F[iodor] Dostojewski

„Ten, kto przed sobą samym kłamie i własnego kłamstwa słucha, prawdy żadnej już nie widzi ani w sobie, ani dookoła siebie, a przeto traci szacunek dla siebie i dla innych. Zasię, nie szanując nikogo, kochać przestaje; a chcąc z braku miłości zagłuszyć się i rozerwać, oddaje się namiętnościom i grubym rozkoszom i dochodzi do zezwierzęcenia w nieprawości swej…”353.

Dostojewski

11 IX 1954, sobota

„Powiedz mi, jak mnie kochasz.

– Powiem.

– Więc.

– Kocham Cię w słońcu. I przy blasku świec.

– Kocham Cię w kapeluszu i w berecie.

W wielkim wietrze na szosie i na koncercie.

W bzach i brzozach, i w malinach, i w klonach.

I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.

I gdy jajko roztłukujesz ładnie –

Nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.

W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.

I na końcu ulicy. I na początku.

I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz. (Ryszard u Sławka – dwa tygodnie

W niebezpieczeństwie. I na karuzeli. temu – w niedzielę)

W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.

Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.

I wiosną gdy jaskółka przylata.

– A latem jak mnie kochasz?

– Jak treść lata.

– A jesienią, gdy chmurki i humorki?

– Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.

– A gdy zima posrebrzy ramy okien?

– Zimą kocham Cię jak wesoły ogień.

Blisko przy Twoim sercu. Koło niego.

A za oknami śnieg. Wrony na śniegu”354.

K[onstanty] I[ldefons] Gałczyński

Jest mi dobrze. A tak się bałam! Tak się bałam, że z chwilą, kiedy skończą się te „dobre, najlepsze wakacje” – skończy się wszystko co dobre. Przecież zamknęłam się: ogród i gorące, samotne dni, i Paustowski. A kiedy wracając z biblioteki, spotkałam koleżankę z egzekutywy – najzwyczajniej w świecie, w fizyczny, dotkliwy sposób zabolało mnie serce. A Marta… Zimne, zaciśnięte usta i wrogie oczy. A jednak jest dobrze. Ja jestem inna trochę po tych wakacjach, i ci, z którymi jestem, są dobrzy.

Na przykład przedwczoraj. Nie – albo jeszcze „dawniej”. To było na początku tygodnia. Zadzwonił Jasio Wyganowski – że jest już w W-wie, że się kłania, i żeby przyjść na przystań Ogniwa – to jest już prawie pod wsią Las355, cudny, opuszczony basenik na Wiśle. Poszłam tam z Januszkiem Lichomskim, Jasio był ze swoim przyjacielem, też prawnikiem, bardzo podobnym w „stylu” do Jasia – olbrzymim grubasem Krzysztofem Jaczuskim. Woda – „miodzik”, anegdoty, błyskotliwa rozmowa, słońce, wiatr... Cudnie było. Odtąd chodzę tam codziennie. Wpada po mnie Januszek Lichomski albo Janek Rajski i siedzimy tam całą kompanią. Wczoraj nawet był Bogdan P[awelski]. Zorganizowali naprędce ­bridge’a, a ja szalałam z Jasiem R[ajskim] w wodzie. W środę chyba byłam z Jasiem Wyganowskim w Nowym Świecie356. Natknęliśmy się tam na Jerzego, Bohusia R[eszkę] i Ziutka. Siedliśmy przy ich stoliku. Czuję się teraz swobodnie przy Jurku – podobnie jak w Sopocie. Obaj Rajscy mają [!] autorytet Jasia i sam fakt, że „On” mnie „adoruje”, sprawia mi dużą satysfakcję. Janek udaje, że jest zazdrosny. Nie dostał się na akademię. Grozi mu wojsko. Łudzimy się głupstwami, staram się być dla niego bardzo dobra. Szczególnie pierwszego dnia, tzn. nazajutrz po Nowym Świecie (wprawdzie tam go nie było, ale Jerzy mi go „przysłał”), kiedy do mnie przyszedł, zauważyłam, jak źle wygląda – prześliczne oczy były zapadnięte i zmęczone. To, że zaczął chodzić na plażę i śmiać się, przypisuję w dużym stopniu sobie. Wiem, że jako kobieta mu się ani trochę nie podobam, wiem, że nie widzi we mnie przyjaciela ani powiernika, ale staram się mu stworzyć jakąś miłą atmosferę. Chciałabym móc mu rzeczywiście pomóc. Przedwczoraj spędziliśmy z Braciszkami taki trochę zaczarowany wieczór. Zgasło światło. Potem jakby jeszcze „zgasł księżyc” (po prostu wyłączono również latarnie). Widać było tylko tańczące trzy ogniki papierosów. Chłopcy grali na fortepianie, śpiewali… Mówiliśmy o życiu, o miłości i o naszej przyjaźni. Wszyscy troje byliśmy szczerze wzruszeni. „Nawet” Janek. Bardzo ich kocham.

Późno, już koło dziesiątej, kiedy Mama przyszła, poszliśmy połazić. Zawędrowaliśmy do Januszka i pani Lichomska357 dała nam ciastek i herbatę. Była taka kochana. Strasznie dawno jej nie widziałam!

Wczoraj byłam z Jasiem Banuchą i Bogusiem Radkiczem u Jallot, Belga, słuchać koncertu z płyt Yves Montande’a358. Wracaliśmy przez Stare Miasto. Ukrad­łam w gruzach czarnego kotka z granatowymi ślepkami. Strasznie dziki. Bogdan mówił, że on tak mruczy z „ukontentowania”. Ale potem zrobił się zupełnie „szalony w oczach” i trzeba go było odnieść z powrotem.

Dzisiaj, zanim przyszedł Janek Rajski i byliśmy na plaży, miałam nadzwyczajną wizytę:

Przyszedł młody człowiek, blady, z rozwianym włosem i bardzo egzaltowany. Przedstawił się (Janusz (!) Popławski) i długo przepraszał, że obcy, że wcześnie, że śmiał... Krótko: chodzi o to, że napisał scenariusz filmowy, już prawie zatwierdzony, że myślał o mnie jako podobiźnie swojej bohaterki i że prosi mnie o zagranie głównej roli. Byłam naprawdę szczerze i głęboko wzruszona.

Scenariusz (aktorka z prowincji), który znam tylko ze streszczenia w przedmowie, troszkę naiwny, ale pomysł cudny i śliczne projekty zdjęć – jeżeli zostanie ostatecznie zatwierdzony, to zrobię wszystko (choć przypuszczam, że nie na wiele mnie stać), żeby przyczynić się do tego, żeby (ojej – „żeby, żeby...”) ludzie uwierzyli w to, że warto działać i żyć dla sztuki, na prowincji... To takie bliskie. Furory nie zrobię, ale może kogoś przekonam...

Braciszkowie, Janek W[yganowski], Krzysztof, Janek B[anucha], Boguś, Stach, z którym dziś przewędrowałam sobotni, wesoły wieczór warszawski... – strasznie jestem im wdzięczna za te pogodne dni. Przestaję czuć się rekonwalescentem, a zaczynam, trochę ostrożnie, czuć się pogodnym (po prostu), radosnym człowiekiem.

Chciałabym tęsknić za Ryszardem. Może dlatego, że w ogóle chciałabym za kimś tęsknić, kogoś jednak... kochać. Dlatego ten wiersz. Kiedy czytam go, toną [?] jakieś miligramy tęsknoty ciemne. Nastrój tego wieczoru, chwila tkliwości i pytanie Ryśka: „A kiedy będziemy sami?”. Och, żebyśmy właśnie wtedy mogli zostać sami. Na chwilę. Właśnie wtedy, właśnie na chwilę... Na dnie mego temperamentu leży źdźbło perwersji. Brrr... A może się jednak zakocham. Tak chciałam w to uwierzyć, kiedy rozmawiałam o tym z Barbarą w Dąbrówce359. Barbara teraz chora (nie lubię mówić o niej „ciocia”). Jak będę miała za co, to kupię jej kwiaty. „Tak” nie pójdę do niej.

Na jutro Jasio W[yganowski] szykuje jakąś tajemniczą eskapadę „en deux”360. I nie chce powiedzieć dokąd. Wolałabym iść ze wszystkimi na plażę, ale jestem ciekawa. Czytałam Dygasińskiego361. Dość żmudnie mi szło. Teraz oddycham Gałczyńskim. Zaczarowane wiersze.

(14 IX 54), wtorek

„Już kocham Cię tyle lat – na przemian w mroku i śpiewie.

Może to już jest osiem lat – a może dziewięć, nie wiem.

Splątało się wszystko, zmierzchło, gdzie ja, – gdzie ty, sam nie wiem

I czasem myślę w pół drogi – że ty to rewolta, klęska i mgła,

a ja – twe rzęsy i loki”362. K[onstanty] I[ldefons] Gałczyński

„Proszę, proszę rozgość się, serdeczny,

Rozejrzyj się dokładnie po wszystkim –

to jest czajnik – prawda jaki śmieszny?

Z gwizdkiem.

To mruczenie? Powiem Ci w sekrecie

jest mruczeniem Kota Salomona.

A ta pani zamyślona, z kwiatami

To moja żona”363. K[onstanty] I[ldefons] Gałczyński

Trotz alles schönes, was kann ich jetzt schreiben, sehe ich gegen mich sebst, abscheulich aus. Ich vollte (mich) um sieben uhr mit Handy trefen, aber ich kann nicht (und ich wuβte, daβ ich so tuhn verde) sondern ich saβ beim Brüderchen. Als ich mit ihm von dort gang (es, war schon ein Uhr später) – er war noch da. Es war dumm! Dan saβen wir zu Hause und warteten auf die Mutter (wir sollten zusammen Kaffee trinken gehen) und Handy telefonierte. Was konnte ich sagen? Ich sagte, daβ ich zahle ihm mit der selber Monete und s.w. Aber war er verstaund und böse und – traurig. Ich sagte J., daβ ich ein Recht hatte um so zu sagen. Und nachdem, Abends, schrieb ich ein Brief zu Handy – daβ ich weiβ jezt er sagte von mir schlimste Sachen und darum... Brr – daβ ist aber abscheulich.

Und par Minuten, hatte ich so, mit meinen Bruder die kleine Untericht! Und mit dem R. bin ich auch nicht in Ordnung. Ich weiβ nicht vie heiβ es im Deutsche – sumienie364.

Wieczorem

Dzwonił Janusz Popławski i umówiłam się z nim w czwartek w Telimenie365. Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo chciałabym, żeby to się wszystko udało z tym filmem. Ale nie potrafię w to uwierzyć. Wydaje mi się, że nie przyjmą scenariusza albo wyrzucą mnie z tej całej historii – co ze mnie za aktorka! A co znaczą same dobre chęci.

Napisałam do Sławka – wczoraj dostałam list, który znów mnie tak ucieszył, że hej! Wczoraj był cudny dzień. Najpierw Janek zdał ekonomię na „4”, potem jadłam z nim lody u Galińskiego366, a na ulicy był wiatr i słońce. Wieczorem u Januszka pokładaliśmy się ze śmiechu, a potem „wzięliśmy” Mamę na kawę i znów ryczeliśmy ze śmiechu (mimo przygody z Heńkiem).

Śniła mi się dziś Danusia G[azda]. Po południu – telefon od niej (!). Prosiła, takim biednym, kochanym głosikiem, żeby przyjść do nich, chociaż się „gniewam na Janusza”. Jak ja mam to jej wytłumaczyć?! Napisałam do Janusza, żeby to za mnie zrobił.

„– Kto jesteś?

– Lunatyk we śnie krążący.

– Co robisz?

– Błądzę, obłędny i śpiący.

Płynę, ślizgam się lekko po księżycowej polanie.

– Dlaczego?

– Nie wiem.

– Muszę iść!

– Biedny!...

– A ty się nie daj!

– Nie mogę”367. Tuwim

29 IX 1954, środa Sopot

Ubiegły tydzień znów przesiedziałam na Wybrzeżu: przyjechała Bogda na zawody tenisowe i „wzięła mnie z sobą”.

Cały tydzień pobytu na Wybrzeżu upłynął mi pod znakiem zbierania materiału do scenariusza filmowego o wrześniu [19]39 roku w Gdańsku (Janusz Popławski wciągnął mnie do współpracy nad tym) – a więc biblioteka pachnąca starym drewnem, żółtym papierem i szczurami, rozmowy w redakcji, obrzydliwe faszystowskie „Danziger Vorposten” i „Neueste Danziger Nachrichten”368, wspomnienia Knauffa etc. Poza tym – cudowna, słoneczna i chłodna, pstrząca się liśćmi i szumiąca siwym albo szafirowo-srebrnym morzem – jesień. Babie lato w słońcu, morze w słońcu, liście i rosa, chłodne wieczory... Gazowe latarnie we wspaniałych alejach, pachnący las sosnowy w górnym Sopocie369 z uśpionymi uliczkami, roziskrzone molo w nocy, samotne sosny na skarpach nadmorskich, szyszki, orzechy i kolorowe, kolorowe liście – dębowe, klonowe i te z leszczyny. Długie wieczory w tajemniczej „jaskini” Sławka z czarnym kotem pełznącym po ścianie, z półkami pełnymi cudnych książek, z nastrojem gorącej, twórczej pracy – początek książki o Murzynach i Indianach, artykuły o Sartrze, o piosence, o plastyce... Nowe szkice i nowe pomysły. Dobra kawa, cichutki, doskonały jazz. Sławek mnie pokochał. Chciał mnie zatrzymać na Wybrzeżu. Powiada: „Rozbij namiot, nie wiem, co zrób, ale zostań”. Jest gotów czekać dwa lata, a żeby mieć większą pewność i cudną, radosną nadzieję – ożenić się ze mną (teraz).

Mój Boże – gdybym go kochała, to zostałabym po prostu jego kochanką. Moglibyśmy się pobrać albo nie – to już nie byłoby ważne. Sławek jest cudny, a za te wakacje, takie ważne w moim życiu, jestem mu nieskończenie wdzięczna. I za dyskusje o sztuce, o życiu, za książki, zwierzenia, godziny wypełnione po brzegi nastrojem wieczoru. Ale nie kocham go. Powiedziałam mu to. I nie pokocham go. Tego mu nie powiedziałam. I gdy zobaczymy się 9 X na moich urodzinach, też mu tego nie powiem.

Dopiero może w zimie. On jest dorosłym mężczyzną. Za te parę miesięcy będzie to bolało znacznie, znacznie mniej. Może będzie tylko ukąszeniem komara, a może nawet – najwłaściwszym zakończeniem całej historii – takim właśnie, które pozostawi po niej najcudniejsze wspomnienie niezamglone „kroplą goryczy”, a jeżeli... to małą kropelką.

Były jeszcze wieczory w domu Bogdy, głęboki fotel, odblask gazowej latarni na meblach, skrzypiące podłogi starego domu i muzyka Bogdy – stare, małe pianinko, zręczne paluszki, cygański, czarny profil na tle czarnej, błyszczącej szyby, delikatna jak mgiełka chustka na ramionach – jak szmatka z księżycowego blasku. I Szopen, Schubert, Rossini370... Jazz... Czardasze371… Hiszpańskie bolero. Najwspanialszy czardasz, jaki grała Bogda, dotąd jeszcze dźwięczy mi w uszach.

Przywiozłam małe, szare kociątko (kotka) – wesołe jak diablę; rozpieszczone przeze mnie – szkoda gadać! Od dwóch dni nic nie robię, tylko siedzę na konferencji twórczej sekcji filmowej SPATiF372. Przemówienia mam tak szczegółowo zanotowane w notesie, a refleksje tak namiętnie wczoraj wytoczyłam w liście do Sławka, że nic tu o tym nie dodam. Chyba to, że bardzo chciałabym, abym już niedługo i ja miała coś do powiedzenia na takim zjeździe – z perspektywy dokonanego dzieła.

Dzisiaj rano widziałam się z Markiem i gadaliśmy trochę.

Za dziesięć minut przyjdzie Janusz Popławski i zaczynamy pierwsze posiedzenie nad scenariuszem. Nie można powiedzieć, żebyśmy się nadzwyczajnie rozumieli. W ogóle, gdyby nie fakt przyjęcia Aktorki przez CUK373, nie przypuszczałabym, że ten chłopak ma jakieś zdolności – jest bardzo niewyrobiony towarzysko, niezręcznie egzaltowany, pozbawiony poczucia humoru, zamiast „nas” mówi „nasz” i w sposobie bycia przypomina mi Ludwika. (Gdzie przysłowiowa [!] swoboda aktora?). W stos[unku] do „sław” – bałwochwalczy. Teorię sztuki zna słabo. Oczytanie raczej przeciętne i nienadzwyczajna chęć ani umiejętność zastanawiania się nad konstrukcją psychologiczną postaci.

Z chęcią popracuję nad tym scenariuszem, bo to będzie dla mnie doskonała szkoła, ale nie wierzę w powodzenie tej historii. Nie znam warsztatu i, co tu dużo gadać, w ogóle nie umiem jeszcze pisać. Może moje pomysły w związku z tym tematem przydałyby się dobremu, doświadczonemu scenarzyście, moje poglądy na sposób, w jaki powinna przemawiać idea w sztuce, a więc i w filmie, są na pewno słuszne, postać Ewy mogłaby być naprawdę żywa i śliczna – no ale to nie wystarcza. Janusz P[opławski] znowu jest jakimś namiętnie goniącym intrygę klecicielem fabuły niezapominającym o umiejętnym, jak dobrze zagojona blizna, doczepieniem „tła”.

To wszystko nie wystarczy, aby stworzyć wartościową rzecz. Można za to wiele się nauczyć. Jedno, co oboje posiadamy na pewno w dostatecznej ilości, to dużo, dużo żarliwości.

Janusz P[opławski], zdaje się, świata nie widzi i nie bardzo chce widzieć poza sztuką i swoją drogą do sztuki, a ja znowu ćwiczyłam to i doszłam do momentu, gdzie najpierw jest miłość życia, ludzi i sprawy, a potem – droga do oddania tego w sztuce. Nawet nie wiem, czy on się czuje komunistą... Chyba o tyle, o ile [!] ja do niedawna – żeby mieć jakąś wiarę. U niego – nić przewodnią tego, co pisze.

30 IX 1954 r., czwartek

To, co czuję, dałoby się pokrótce określić tak: nigdy dotąd nie wyobrażałam sobie tego, co napiszę. Marzyłam o twórczości; wierzyłam w nią; traciłam wiarę; prowadziłam długie dyskusje z sobą na temat idei w sztuce; pragnęłam gorąco... Ale nie wyobrażałam sobie. Za to „widmo” przepowiedni Ewy: „Ty nie masz zmysłu intrygi. Ty nie napiszesz nigdy powieści np. Może jakieś rozprawy...” – snuło się za mną długi, długi czas. Teatr – oczywiście teoria teatru, krytyka literacka, reportaż – oto możliwość. Samodzielna twórczość – marzenie. Może nawet i cel. Ale nie „wyobrażony”.

Wczorajszy wieczór z Januszem P[opławskim] nad zasadniczą treścią scenariusza był dla mnie głębokim przeżyciem. Ani w czasie spaceru nad morzem, kiedy pierwszy raz „zobaczyłam” swoją Ewę, ani długie „godziny myśli” w pociągu, ani chwile (jak to Bogda nazywała) „natchnienia” w czasie jej wieczornych koncertów, kiedy to rodziła się pierwsza wersja Piotrusia, gazeciarza i dziadka, sceny z gazetą i dramat Ewy – wszystko to jeszcze nie pozwoliło mi uprzytomnić sobie z taką jak wczoraj wyrazistością tego, że będę pisać; że na pewno będę pisać; że żarliwość i praca, i serce, i upór – jeśli będą nadal takie same (oby silniejsze) – doprowadzą do celu.

Nie mam ani pewności, ani nadziei, że to, co napiszemy, pójdzie do realizacji. Nie mam nawet przekonania, że to będzie dobre, chociaż może jednocześnie być najlepszym, na jakie [!] mnie stać. Ale mam pewność, że to będzie ważny i dobry początek.

Te cudne wakacje, które „postawiły mnie na nogi”, ta nowa wiara, Braciszkowie i dużo silnej woli – to musi wystarczyć na „danie sobie rady” z uczelnią i ze sobą na uczelni.

Spokoju, jak najwięcej spokoju!

Ojej, jaki ten kociak słodki! Mogę się z nim godzinami bawić, leżąc na podłodze. Liże mnie po nosie, oczach i policzkach, wplątuje się we włosy, szarpie, tarza się, wiesza na firankach i jeździ jak na huśtawce, mruczy, zasypiając, i skacze dziko po pokoju jak fryga. A śpi ze słodko skrzyżowanymi łapkami.

Jasio Malarzyna powiedział wczoraj: „Daj spokój, zamęczysz kota – to go cyckiem przyduszasz, to mu nos odgryzasz...”. Ojej, ale co ja mam zrobić, kiedy on taki fajny, taki śliczniuchny!

Januszek L[ichomski] dzisiaj zdał parazytologię374. Byliśmy z nim i ryczeliśmy pod drzwiami. A potem poszliśmy na „ciuchy”375 szukać balowej sukni dla mnie, ale nie znaleźliśmy, tylko była kupa śmiechu.

Dzisiaj wieczorem Jasio W[yganowski] i Przemek Helsztyński przyjeżdżają tym Przemka czarnym mercedesem, z którym wiąże mi się tyle sopockich wspomnień, i gdzieś się „wypuszczamy”. Cudnie.

Dziś ostatni dzień „na wolności”.

8 X 1954, piątek

Właśnie zabierałam się do pisania, kiedy Pieszczotka, wyraźnie obrażona na mnie za to, że opuściłam przytulny kąt na kanapie przy kominku i zostawiłam ją tam samą, zaczęła piszczeć i mruczeć. Nie było rady – wróciłam na kanapę. Pieszczotka zaraz wdrapała mi się na kolana, wspięła się na tylne łapki, przednimi objęła mnie za szyję i dalejże lizać po nosie, ustach, policzkach... A potem – w jak najlepsze zaczęła układać się do snu.

Teraz łazi po biurku, trąca łapką stalówkę, siada

[dopisek wcześniejszy z bieżącym komentarzem:] Co tu będzie? (6 II 54) Sytuacja pt. „Niech żywi nie tracą nadziei”376.

na zeszycie i usiłuje włożyć nos w atrament.

Albo pomaga mi oglądać francuski program Théatre National377, obgryzając zdjęcia.

Na punkcie francuskiego teatru straciłam głowę. We wtorek wślizgnęłam się z Anitką na rządowe przedstawienie Cyda378. Nawet nie było straszliwego tłoku i po odrobinie nerwów znalazłyśmy się na [!] sali (bileterki w drzwiach – bystre i jędzowate, ale jakoś się udało) i nawet siedziałyśmy.

I Cyd, i Don Juan379, którego widziałam w środę, wystawiony był bez dekoracji – czarne kotary i drobne szczegóły dekoracyjne jak fotele, tron czy jakiś kamień lub stołek. Za to stroje – wspaniałe. Żeby określić grę aktorów francuskich, nie umiem znaleźć słów. Cudowna dykcja, głęboki, niski „timbre”380 głosu kobiet, przepiękny – czysty wiersz, niezrównana mimika (Sganarell381 w Don Juanie!!), subtelne „wygranie” każdego szczegółu roli… To były jedne z największych, najsilniejszych przeżyć artystycznych w moim życiu.

Splecenie satyry, prawdy życiowej, komizmu, najgłębszego uczucia i fantastycznej przenośni w Don Juanie, jakaś „nieziemska” gra Jean Vilara382 w roli tytułowej i najlepsza, jaką widziałam w życiu, kreacja komiczna (czy tylko komiczna?) Daniela Sorano w roli Sganarela, przepiękna „francuszczyzna”… Jeszcze do tej pory nie ochłonęłam.

Wrócą po 15-tym i będą grali Ruy Blasa i Skąpca383. Postaram się dostać na to, no i koniecznie jeszcze raz na Don Juana. Przedwczoraj odbyło się to „z przygodami”:

Przyjechałam pod teatr za pięć siódma. Cały plac limuzyn, tłum gapowiczów z szumem i wyciem szturmuje drzwi, ludzie z biletami nie mogą się dostać, milicjanci bezradni, portierzy wściekli, tłum faluje i napiera – ha, co się dzieje!!!! Ludwik, Jasio B[anucha], Witek! – łażą z nosami spuszczonymi na kwintę.

Ja tymczasem przyłączyłam się do towarzystwa z ambasady francuskiej i pcham się z nimi. Zdenerwowani, mnąc bilety i przeklinając naszą policję [!] i bałagan – wycofali się. Podeszłam i powiadam: „Pardon, Madame, je vous pris, disez, quand nous serons à la porte, que je suis avec vous”384. Na nic błagania, tłumaczenia („Seulement un mot, un mot, comprenez vous”385)… Nic: „Non, non, non, nous avons seulement quatre billets, comprenez vous”386.

Kłócąc się z nimi, dobrnęłam do drzwi. Jedna z Francuzek jakoś się przedostała do wewnątrz, a tam zatrzymał ją portier. Francuz podał mu ponad głowami bilety i krzyczy, że żona, że bilety, że bałagan...

A ja razem z nim, no i wykłócam się, broniąc naszej „policji”387 i „entuzjazmu mas”. Przedarliśmy się jakoś przez milicjantów, brnę dalej, ale portier złapał mnie za rękaw już w połowie hallu, zawołał milicjanta i dalejże wrzeszczeć: „Znamy takich Francuzów, znamy!!”. Ja nie daję za wygraną i plotę trzy po trzy po francusku. Nie miałam już nadziei, bo na dobre zaczęli się ze mną szarpać, gdy raptem zostałam sama na środku hallu, a portier z milicjantem pobiegli łapać grupkę gości, która się wdarła, korzystając z zamieszania. Teraz ja z kolei skorzystałam i zwiałam do szatni w kącie. A potem – po trzy schody, galopem na górę. Tymczasem z bileterką poszło jak po maśle: „Madame, s’il vous plait le programme” – „Merci”388. I już. Gong, muzyka, początek przedstawienia. Na przerwie spotkałam Edwarda S[obczaka], który się dostał, otworzywszy drzwi wytrychem.

A potem kwiaty – mnóstwo kwiatów i długo owacja: „Jean Vilar, Jean Vilar, Jean Vilar...”.

Czytam olbrzymią Antologię dramatu rosyjskiego, no i na nowo pławię się w Ostrowskim – Las, Burza, Panna bez posagu, Do wójta nie pójdziemy, Wilki i owce, Intratna posada389. Wyobrażam sobie, jak ja bym to wszystko wystawiła, jakie byłyby dekoracje, jak obsadziłabym poszczególne role… Strasznie lubię takie zajęcia – mogę nad tym siedzieć godzinami, a na wykładach wściekam się z nudów i z tęsknoty za robieniem czegoś ciekawego. A wczoraj byłam na Późnej miłości Ostrowskiego390 w Estradzie. To jednak było dużo lepsze niż „moje” inscenizacje w nieprawdziwym teatrze wyobraźni. Kiedy wychodziłam, to byłam taka szczęśliwa, jakby to mnie samej przypadło w udziale szczęście Ludmiły i Koli391. Cudny Kola! A o Lebiedkinie392 z całej duszy myślałam sobie: „A dobrze ci tak”. Gruszecka393 w roli matki Koli była wspaniała!!! W ogóle cały zespół z Ludowego394 (oni są tylko gośćmi w Estradzie) poprawił się o klasę. Doskonałe przedstawienie!

Na uczelni nijako – tzn. Organizacji się nie czuje, atmosfery naukowej też – ale ludzie trochę „wyswobodnieli”, stali się przyjemniejsi, a dziewczyny wyprzystojniały i do reszty potraciły cnotę przez wakacje. Anitka wychodzi za mąż w lecie (gość ok. 30-tki [!], ale żwawy i taki, jakiego jej trzeba), ma cudne zdjęcia i fajny humor, Kalina gzi się z Machulem395, Marzena cudna „trzyma się” dzielnie mimo bólu po stracie Lutka, bardzo wysubtelniała, wyprzystojniała, ślicznie opowiada o swojej robocie w redakcji, o Mazurach i o planach [na] życie. Przesiedziałam z nią niedzielny wieczór w pustym i ciemnym hallu Domu Dziennikarza, gadając o życiu, głupstwach i nastroju tego wieczoru pełnego ciemnych kątów i muzyki (na dole w kawiarni grał pianista).

Z Ryśkiem jak zawsze plątanina.

11 X 54, poniedz[iałek]

Kończę zeszyt. Szkoda. Tyle się tego przetoczyło przez te kartki. Taki rok!

Zeszyt się kończy, ale żadna z nowych, zaczętych spraw nie kończy się.

Sławek... Był cudny. Dobry, mądry i taki wariat kochany... Właśnie. Wcale nie kochany, w każdym razie przeze mnie. Nie kocham go i nie wyjdę za niego za mąż, a więc i nie mam prawa przyjaźnić się z nim. To byłby frazes, nie przyjaźń. Wiemy o tym oboje, mówiliśmy dużo o tym we wrześniu u niego i u mnie na urodzinach. Mam dać odpowiedź na Gwiazdkę.

Hm... Nie trzeba czekać do Bożego Narodzenia, żeby ją znać. Ale On ma nadzieję. W redakcji domyślają się trochę i tak się cieszą, i tak plotkują, że aż hej! Kajtek Marcinkowski, szczególnie po moim niedawnym liście, w którym opowiedziałam mu, dlaczego to lato z nimi było dla mnie takim ważnym, cudownym przeżyciem, uważa, że jestem „skarb prawdziwy”, i jest taki dobry!! To będzie trudne, sprawić mu ból.

Powtarzałam mu: „Nie kocham ciebie, nie kocham ciebie, nie kocham!”. A Sławek: „Będę czekał”.

Gdańsk...

Nie wiem jako kto i nie wiem kiedy – ale na pewno tam wrócę.

Scenariusz –

pisany...

Ale z gry chyba „nici”.

Rysiek – cóż, „plątanina”, ale po urodzinach przestałam (a szkoda) odczuwać cokolwiek „na ten temat”. Może kiedy zobaczę go, zacznie mnie to znowu bawić, ale czy bawić się w to dalej?

A więc – same znaki

zapytania.

Koniec któregoś tam tomu.

Ende396

[strona pokryta rozmaitymi dopiskami, symbolami, znakami, podpisami:]

Był w lesie duży staw

A w stawie tysiąc żab.

Dumały, kumkały,

W słoneczku się grzały, Agnes Osietzky

A wszystkie leniwe aż strach. A[gnieszka]Osiecka A[gnieszka]Osiecka

Gnuśniały żaby tak,

Aż ktoś na pomysł wpadł

Że trzeba to zmienić, Agnes Osietzky

Lenistwo wyplenić

Lenistwo wyplenić, ot tak: I sport zaprowadzić wśród żab

[tekst z prawej strony spięty klamrą, która łączy się z podpisem „Agnieszka”:]

Dziś skaczą, pływają,

Już klub własny mają,

a świetnym trenerem jest rak

Więc nic dziwnego, że

dziś każda żaba wie,

Że świetna drużyna

Żab klub z Żabięcina

Pobija rekordy aż strach. Agnieszka

Każda afera ma swego Homera

-||-

migrena

-||-

Szopena

-||-

draka

-||-

Balzaka

-||-

Szekspensa

-||-

Rubensa

-||-

szmira

-||-

Szekspira

-||-

idiota

-||-

Herodota

-||-

niedojda

-||-

Herojda [!]

-||-

idylla

-||-

Vergila

Prejbisz [?]

Smóloka [?]

wzwyż

A. Osiecka A. Osiecka A. Osiecka

A. Osiecka A. Osiecka A. Osiecka A. Osiecka

[na stronie szkic twarzy, rozmaite dopiski, znaki, symbole, podpisy:]

Stendhal397

Stendhal Niech ci nie będzie smutno, co? Piszę do góry

Źle mi. Smutno mi okropnie smutno

J. Kalinka

Obrzydliwiec

Wojtko Pocieszy tylko na

Ja

„I będę ciebie widzieć i o tobie będę śnić, a ty jak zwykle będziesz sobie żyć”.

Vive la vie!398

30 IX 54

Z rzeczownikami policzalnymi w liczbie pojed[ynczej] – a

przy wyliczaniu cech psych[ologicznych] albo zawodu czy coś.

[część strony oberwana, część pokryta rozmaitymi symbolami, znakami, do­­piskami:]

Ćw[iczenia] III Ang[ielski] 11 X 54

VI Continues – zwyczajny w odróżn. od simple pres[ent].

IV str. 18 na wyrażenie futurity

ma kilka czasowników, w których nie wolno używać cont[inuous] (see, bee, hear, listen, feel, love, like)

I so, also neither either

also tylko w formie twierdz. przecz.

We have a beautiful room so have they

In colloquial speech we should use the confronted forms.

II George don’t know this person; neither do I.

(myślę)

I wonder when I

wander

(spaceruję)

R[yszard] Lassota R[yszard] Lassota R[yszard] Lassota

[część strony oberwana, część pokryta rozmaitymi rysunkami, symbolami, znakami, dopiskami] Marx na wycieczce

Saxon

genitive

Dziewczynka, która mu pokazywała język…

Artists

[na trzeciej stronie okładki wklejona fotografia brzegu morza:]

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

ZESZYT XXXI. A[GNIESZKA] OSTOJA OSIECKA

A[GNIESZKA] OSIECKA. 19 II 54 – [13 III 54]

ZESZYT XXXII. [9 X 1954 – 27 XI 1954]

Z[ESZYT] XXXIII. [27 XI 1954 – 1 III 1955]

AGNIESZKA OSIECKA. [26 II 1955 – 8 IX 1955]

BIAŁY DUNAJEC. 17 [VIII 55] – 23 VIII 55. A[GNIESZKA]

1 IX 55

GDAŃSK, WRZESIEŃ 1955. WARSZAWA, 10 IX 55 – [25 IX 55]

[6 X 1955 – 16 X 1955]

20 X 1955 – [15 I 1956]

ANEKS. OKRUCHY MORZA

NOTA EDYTORSKA

ERRATA

3 Między wojnami (1948–1951) – tetralogia Kazimierza Brandysa (1916–2000), pisarza, eseisty, scenarzysty.

4 Troja miasto otwarte (1949) – powieść Kazimierza Brandysa stanowiąca trzecią część tetralogii Między wojnami. Agnieszka Osiecka przeczytała tę książkę w 1952 r.

5 Julian Szarlej – bohater powieści Troja miasto otwarte.

6 Wacław Pankrat – bohater powieści Samson stanowiącej pierwszą część tetralogii Między wojnami Kazimierza Brandysa.

7 Aleksander Litwin (1909–1984) – prawnik, historyk, wykładowca, działacz komunistyczny. W latach 1951–1954 był prodziekanem i dziekanem Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Do 1959 r. pracował w Zakładzie Historii Partii przy KC PZPR (Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Szesnastoletnia Agnieszka Osiecka rozpoczęła w 1952 r. na Uniwersytecie Warszawskim studia dziennikarskie oraz prawnicze, co rodziło rozmaite komplikacje, które pomagał jej przezwyciężyć Litwin. Poza tym Agnieszka Osiecka raz po raz wchodziła w konflikty w grupą oraz wykładowcami – dość powiedzieć, że wątpiła w niektóre założenia socrealizmu i nadto otwarcie dzieliła się swymi przemyśleniami. Pierwszy raz jej pozycja na uczelni skomplikowała się i była dyskutowana przez rozmaite gremia kilka tygodni po rozpoczęciu studiów – zamieszanie wokół niej stanowiło konsekwencję jej przyjaźni z Teodorem Szczepańskim, niejakim Tedem (zob. przyp. 152, s. 69), którego już w październiku 1952 r. relegowano z uczelni, „bo politycznie »nie w porządku« i chuligan”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1952, red. Karolina Felberg-Sendecka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, s. 452. W toku 1953 r. Litwin wielokrotnie musiał wstawiać się za młodziutką studentką, do której miał zresztą najwyraźniej jakąś słabość: „Poszłam do Litwina. Usiedliśmy. Mówił o moim zachowaniu, o tych wszystkich głupstwach, które plotę, o zaufaniu, którym on mnie darzy, ale którego aktyw nasz, wyśmiewany wciąż przeze mnie – odmówił mi. Wspominał o »ostatnim wybryku«. Udałam tu, że nie wiem, o co chodzi (naprawdę nie mogłam inaczej). Potem przeszedł do »drugiej sprawy«. To było cudowne, to było jak uzdrowienie, jak fala ciepła w tym moim lodowatym piekle… Chodziło o »moje zainteresowania«. Mówiłam o ich »rozproszeniu«, o tym, że wciąż jeszcze sama nie wiem, jak sobie z nimi poradzić. Że literatura, i te »kwestie międzynarodowe«... Litwin powiedział, że uważa, iż trzeba moje studia ustawić na literacko-filozoficznych torach. Że można zrealizować to przez szczegółowe studiowanie literatury powszechnej (chodzić na odpowiednie seminaria polonistyki, rusycystyki, romanistyki etc., etc.) i filozofii (uczęszczanie na odpow[iednie] seminaria na filozofii). Byłam zdziwiona, oszołomiona, prawie szczęśliwa. – Przecież ja wcale nie wiedziałam, że są, że mam takie możliwości... – Od tego ja tu jestem, żeby te możliwości przed wami otwierać. Umówmy się tak – jeżeli podoba się wam ten projekt, to przyjdźcie do mnie za parę dni i ułożymy plan waszych studiów literackich na całe cztery lata tak, żebyście wyszły od nas jako materiał na co najmniej takiego reportażystę literackiego jak Kisch. Cóż, dobrze? Mało powiedzieć »dobrze«!! Jak strasznie mało!! Tu człowiek nabroił (przecież moje herezje polityczne, w gruncie rzeczy skierowane przeciw f o r m i e, a nie t r e ś c i, są jednak uderzeniem w to wszystko, o co walczyli i za co życie oddawali tacy ludzie jak nasz Litwin), a ten, który powinien skrzyczeć i ukarać, powiada: »Pójdź, dziecię, ja cię uczyć każę« i otwiera potężną, dobrą rękę, taki raj niezasłużony, o jakim marzyć nie śmiałam. Literatura, krytyka, teatr francuski, potem Rosja XIX wieku – całe światy cudów, w których znam ledwo ścieżek parę!!”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, red. Karolina Felberg-Sendecka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017, s. 116–117. Agnieszka Osiecka niezwykle polegała na dziekanie: „Czuję się jak rekonwalescent. Jestem bardziej zmęczona, smutna i osłabiona niż przez cały czas tego kotła. Boję się rozmowy ze wszystkimi tymi, którzy mego »kotła« nie znają (Ala! [Krzcińska, zob. przyp. 21, s. 15]). Boję się jutrzejszego Z[arządu] W[ydziałowego], gdzie nikt nie będzie tak serdecznie ze mną rozmawiał jak Litwin i gdzie mam (to czuję) – nawet wrogów. Boję się swojej własnej, jasnej i barwnej przyszłości, której nie jestem godna. Boję się samej siebie i o siebie: mam »w środku« jakiś osad tragizmu, jakieś poczucie i znajomość tego, jak może ciężko być człowiekowi, świadomość, która nie pozwala łatwo wrócić mi do mego poprzedniego, stałego niemalże, stanu wewnętrznej pogody, żywiołowej radości życia (»żeby było perliście, rzęsiście«)”, tamże, s. 117.

8 Rozstrzelenia, powiększona czcionka, słowa wzięte w ramki i podkreślenia dodane przez Agnieszkę Osiecką w momencie sporządzania notatki dziennej oddane zostały w tekście głównym przez druk rozstrzelony. Podkreślenia, które autorka dodała później (np. przy okazji lektury i redakcji własnych zapisków), zostały zachowane w tekście głównym. Poprawki i dopiski, których autorka dokonała później, oddane zostały za pomocą pogrubienia. W przypadkach szczególnych rozstrzeleniom, podkreśleniom i innym wyróżnieniom towarzyszy komentarz w przypisie.

9 Rzeczpospolita zapłaci (reż. Józef Wyszomirski, premiera 19 lipca 1953 w Teatrze Narodowym im. Wojska Polskiego w Warszawie) – sztuka Haliny Auderskiej (1904–2000), pisarki, dramatopisarki, scenarzystki, redaktorki, leksykografki, posłanki na Sejm PRL. Władysław Grabowski (1883–1961) – aktor teatralny i filmowy. W Rzeczpospolita zapłaci wcielił się w postać Stańczyka, błazna Zygmunta I Starego.

10 Wiktor Osiecki (1905–1977) – urodzony w Belgradzie syn Wiktorii i Stefana Osieckich, ojciec Agnieszki Osieckiej, pianista, akordeonista, akompaniator, kompozytor, dyrygent. Grę na fortepianie studiował w Konserwatorium Wiedeńskim. Karierę muzyczną rozpoczął we Lwowie – grał m.in. w lokalach Franciszka Moszkowicza. W latach trzydziestych przeniósł się wraz z Moszkowiczem do Warszawy. Grywał na dancingach w Adrii, był kierownikiem muzycznym teatru Perskie Oko, wespół z Wiktorem Tychowskim prowadził orkiestrę gitar hawajskich i akompaniował w kawiarni artystycznej Sztuka i Moda. Po II wojnie światowej był pianistą w Orkiestrze Jazzowej Charlesa Bovery’ego, grał w odbudowanej kawiarni Adria, a później w znajdującej się w hotelu Victoria restauracji Canaletto, wreszcie został kierownikiem muzycznym w warszawskim teatrze Syrena. Skomponował m.in. tango Uśmiech twych ust. Czasem współpracował z córką – opracował muzycznie na przykład jej sztukę Łotrzyce (1970). Wiktor Osiecki poślubił w 1935 roku Marię Sztechman (zob. przyp. 12, s. 11) i miał z nią jedno dziecko, urodzoną w 1936 r. Agnieszkę. Małżeństwo to nigdy jednak nie było szczęśliwe, a w późnych latach 40. znajdowało się właściwie w permanentnym kryzysie. Niewykluczone, że to właśnie z uwagi na trudną sytuację domową Agnieszka Osiecka zaczęła prowadzić regularny dziennik (pierwszy wpis miał miejsce 18 maja 1949 r.). Wiktor Osiecki wielokrotnie wyprowadzał się od żony i córki – przynajmniej od 1951 r. pomieszkiwał u artystki estradowej Józefiny Pellegrini (zob. przyp. 312, s. 132) na ulicy Francuskiej 21/3, czyli w bliskim sąsiedztwie. Agnieszka Osiecka doskonale orientowała się w sytuacji rodziców: „Mama wie i przeżyła mało, a jest tym tak zmęczona i przewrażliwiona, jakby przeżyła naprawdę ciekawe życie. Marzy o spokoju. To jest wstrętne, okropne. Tak mi Mamy żal. Nie mogłabym być taka jak Ona. Prędzej mogłabym być taka jak ojciec, chociaż on jest podły. Układa sobie życie tak, jak mu jest względnie wygodnie. Chociaż się męczy nieraz, wie jednak, że jest Panem swojej męki, panem swej sytuacji”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki. 1945–1950, wstęp Andrzej Zieniewicz, red. Karolina Felberg, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 370. Z kolei w notatce z 9 lutego 1951 r. Agnieszka Osiecka pisała: „Uspokajałam matkę. Surowo, po prostu i surrealnie odradzałam głupie, impulsywne postępki itp. Ojciec robił z Matką, co mu się podobało, i co gorsza doskonale wiedział o swoim wpływie na nią. Mama męczyła się piekielnie. W chwilach rozpaczy groziła ojcu, że pójdzie sobie i rzuci to wszystko, ale zrealizowała to tylko raz i na przeciąg [!] kilku godzin. W takich wypadkach ojciec groził Jej tym, że wtedy on też pójdzie i ja zostanę sama. To był dobry, trafny szantaż. W rezultacie, nawet po solidnym zdecydowaniu, że pójdą do adwokata – zostawali. Och, było setki, tysiące drobnych epizodów i epizodzików, spraw i sprawek. Powoli oswajałam się z sytuacją, przyzwyczajałam się do myśli, że właściwie »nie mogę być pewna dnia ani godziny«, mało – że w każdej chwili mogę stracić matkę (ojciec był już dawno właściwie stracony) lub oboje rodziców”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, red. Karolina Felberg-Sendecka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014, s. 60–61. Osieccy rozwiedli się w 1959 r. Po latach Agnieszka Osiecka opowiadała o ojcu następująco: „Ojcu zawdzięczam usposobienie trampa, niechęć do nacjonalizmu, rzemieślniczy nieco stosunek do sztuki, sceptycyzm w ocenie ludzi oraz swoiste szwejkowsko-galicyjsko-okupacyjne poczucie humoru”, Agnieszka Osiecka, Mój dom rodzinny. Ich dwoje i ja, „TiM”, 25 listopada 1988, nr 48.

11 Louis Aragon (1897–1982) – francuski pisarz, poeta, działacz komunistyczny. John Boynton Priestley (1894–1984) – angielski pisarz, dramatopisarz, scenarzysta, krytyk literacki, eseista i publicysta. Właśc. Marcel Proust (1871–1922) – pisarz francuski.

12 Maria Osiecka (1910–1994) – urodzona w Warszawie córka Mieczysławy i Józefa Sztechmanów, matka Agnieszki Osieckiej. Przed drugą wojną światową kierowała lokalami gastronomiczno-rozrywkowymi w Warszawie (Ziemiańską, Sztuką i Modą) i zakopiańską Watrą. W Sztuce i Modzie poznała Wiktora Osieckiego (zob. przyp. 10, s. 10), za którego wyszła w 1935 r. i któremu urodziła rok później swoje jedyne dziecko. Podczas okupacji niemieckiej prowadziła wraz z mężem w Warszawie lokal Watra, po wojnie pracowała w administracji państwowej (m.in. w Ministerstwie Budownictwa). Należała do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) od początku jej istnienia. Po rozwodzie z Wiktorem Osieckim skupiła się głównie na sprawach córki, z którą mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu przy Dąbrowieckiej 25/3. W 1985 r. Agnieszka Osiecka wyznała: „Żyję w nieustannym wirze, nie prowadzę gospodarstwa, często wyjeżdżam, śpię pięć godzin na dobę, przeprowadzam trudne rozmowy, godzę zwaśnionych, wiecznie otacza mnie tłum ludzi, ale nie mogę liczyć na nikogo, w życiu codziennym pomaga mi tylko matka”, Przepraszam, że żyję? Z Agnieszką Osiecką rozmawia Joanna Jaworska-Grabowska, „Kobieta i Życie”, 4 września 1985, nr 36. Denis Diderot (1713–1784) – francuski filozof, pisarz, krytyk i encyklopedysta. Filantrop, Ludzie i zdarzenia – felietony Jerzego Andrzejewskiego (1909–1983), pisarza, publicysty, scenarzysty, redaktora, posła na Sejm PRL I kadencji, współzałożyciela Komitetu Obrony Robotników i Komitetu Samoobrony Społecznej. Felietony pochodziły z lat 1951–1952, a w formie książkowej ukazały się w latach 1952 i 1953. Za białym murem – opowiadania Anny Seghers (właśc. Netty Reiling-Radványi, 1900–1983), niemieckiej pisarki i działaczki komunistycznej. Przekład na język polski Janiny Mareckiej i Marii Wołczackiej ukazał się w 1953 r. Właśc. Polska nowela fantastyczna (1949) – antologia opowiadań zebranych przez Juliana Tuwima (1894–1953), poetę, pisarza, satyryka, tekściarza, tłumacza. Agnieszka Osiecka mogła znać dwutomową edycję z lat 1952–1953. Obok Aleksandra Puszkina (zob. przyp. 56, s. 33) i Leopolda Staffa Julian Tuwim był jednym z ulubionych poetów Agnieszki Osieckiej. W notatce z 28 grudnia 1953 r. Osiecka zawarła tylko jedno zdanie: „Umarł Julian Tuwim”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 436. Podobnie lakoniczny zapis („Umarł Józef Stalin”) umieściła Osiecka pod datą 6 marca 1953 r., zob. tamże, s. 110. Nastoletnia Osiecka uważała się za ateistkę i nie bardzo wiedziała, jak w związku z tym pisać o śmierci – było to dla niej każdorazowo doświadczenie uniemożliwiające narrację. Informację o śmierci ukochanego dziadka Józefa Sztechmana (zob. przyp. 83, s. 312), zapisała w notatce z 22 stycznia 1952 r. za pomocą młodzieżowego szyfru, zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1952, dz. cyt., s. 74.

13 Siódmy krzyż (tyt. oryg. Das siebte Kreuz, 1942) – powieść Anny Seghers. Przekład na język polski Janiny Mareckiej i Marii Wołczackiej ukazał się w 1950 r.

14 Edward Sobczak (Edek, Francuzik) – kolega ze studiów dziennikarskich. „Tańczyłam kilka razy z Edkiem Sobczakiem – to jest taki bardzo przystojny chłopak, który przyjechał ostatnio z Francji. Uśmiecha się ślicznie, za to tańczy wręcz odwrotnie (niestety!) – to taki francuski trochę styl, ale nie ten najlepszy. Edek ma miękką blond czuprynę, przeraźliwie bez sensu (to się mówi rozwichrzone. Ale dlaczego ma być rozwichrzone, kiedy to wcale nie od wiatru, tylko tak z przyzwyczajenia?!), miłe, niebieskie oczy i usta rozkapryszone i bardzo żywe. W ogóle typ człowieka, któremu nie patrzy się w oczy, tylko na usta. Są zresztą jeszcze inni – tacy, którym się patrzy ot, tak – po prostu w twarz. Ci są zazwyczaj bez wyrazu i prędko się ich zapomina. Mniejsza zresztą o urodę i »wyrazy«”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1952, dz. cyt., s. 510.

15 Agnieszka Osiecka nauczyła się języka niemieckiego we wczesnym dzieciństwie od niani Niny (Baby, Czarnej Wrony), która mieszkała za okupacji z Osieckimi na Jakubowskiej: „Moi rodzice pracowali po drugiej stronie rzeki, w kawiarni Watra i ja byłam dużo sama w domu. Byłam z babcią i dziadkiem, którzy byli cudowni i kochani, ale byłam też z taką panią Niną, której się straszliwie bałam. Można by dumnie powiedzieć, że to była guwernantka. No to był ktoś pomiędzy guwernantką a nianią. I ja ją nazywałam w moim pamiętniku »Czarna Wrona«, ponieważ była czarna i ponieważ nie dawała mi jabłka. Rodzice, kiedy pozostawiają dziecko pod opieką jakiejś niani, myślą, że to dziecko ma jakieś cudowne przygody, natomiast ja pamiętam, że ona cały czas, kiedyśmy szły na spacer, gdzieś tu właśnie nad Wisłę, gdzie przedtem tak cudnie się z ojcem bawiłam – cały czas obierała bardzo starannie jabłko, które następnie bardzo starannie wkładała sobie do buzi i mi nie dawała ni kawałka. Zawsze na nią mówiłam »Wrona«, ale »Wrona« miała też jedną zaletę: mianowicie, kiedy byłam naprawdę małym dzieciakiem, nauczyła mnie niemieckiego, więc już miałam jeden język z głowy”, Agnieszka Osiecka – rozmowy o zmierzchu i świcie, cz. 1 (Dzieciństwo), reż. Magda Umer, TVP 1996, zob. także, Agnieszka Osiecka, Dzienniki. 1945–1950, dz. cyt., s. 35. Z kolei języka angielskiego Agnieszka Osiecka uczyła się wraz z niektórymi znajomymi (np. z Jerzym Rajskim, zob. przyp. 186, s. 79) u metodystów, a więc w jedynej niepaństwowej placówce w Warszawie – w Szkole Języka Angielskiego (English Language College, od 1921 r.). Założona przez amerykańską misję metodystyczną placówka jeszcze przed wojną zyskała sporą renomę, a po drugiej wojnie światowej stała się praktycznie bezkonkurencyjna (zwłaszcza w latach 50.). Szkoła od dziesięcioleci nieprzerwanie działa przy Kościele ewangelicko-metodystycznym w Polsce i mieści się przy placu Zbawiciela na ulicy Mokotowskiej 12. Lata 1949–1956, czyli czas, kiedy uczyła się tam Osiecka, były dla szkoły wyjątkowo trudne, bo szkoła, jako placówka kościelna, była nieustannie inwigilowana przez służby bezpieczeństwa i straciła statut szkoły publicznej, przez co każdego roku musiała ubiegać się o przedłużenie licencji na nauczanie. Dodatkowo trwała indoktrynacja wśród nauczycieli (część z nich to byli obcokrajowcy), do których raz w tygodniu Ministerstwo Oświaty przysyłało na obowiązkowe wykłady instruktora marksizmu-leninizmu.

16 Właśc. „L’Unità” (1924–1926 i 1944–2000, 2001–2014) – włoski dziennik stanowiący do 1991 r. oficjalny organ Włoskiej Partii Komunistycznej.

17 Agnieszka Osiecka już w pierwszych dniach studiów dziennikarskich dała się poznać jako bystra i sumienna studentka, stąd to właśnie ją wyznaczono na koordynatorkę kolektywu – grupy, z którą wespół miała przerabiać materiał. Kolektyw Agnieszki Osieckiej współtworzyli: Jerzy Dąbrowski, Anita Schneck, Zbigniew Mejer (Mejerek, zm. 2005, komentator sportowy, działacz sportowy, pracował m.in. w „Przeglądzie Sportowym”), Zbigniew Smarzewski (Smarzeszczak, 1933–2000, dziennikarz, komentator sportowy, współtwórca Dziennikarskiej Spółdzielni Satyrycznej, DSS). Spotkania kolektywu odbywały się u Osieckich: „Do kolektywu mam żal: Mamusia była bardzo chora i każdy najmniejszy hałas ją denerwował. Bolało ją strasznie. Nawet „chuligany” (zob. przyp. 46, s. 29), gdy im o tym powiedziałam, zachowywały się »jak myszki«, mówiły niemalże szeptem. A wiem, jak to im trudno przychodzi, wziąwszy pod uwagę ich »rozbisurmanienie« i swobodę, do jakiej są u mnie przyzwyczajeni. Mój »kolektyw«, który zresztą nadal bardzo lubię, strasznie mi jazgotał, powtarzali jakieś piosenki na akademię (Jurek śpiewa równie ładnie, jak donośnie) i w stosunku do mnie byli jacyś tacy rozbałaganieni. Hm, mówiło się tyle i teraz jeszcze się mówi o moim zarozumialstwie. A przecież są wypadki, w których (wiem o tym) mam prawo czuć żal do otoczenia o pewną niesprawiedliwość, jaka mi się z jego strony dzieje. To nie żadne roztkliwianie się nad sobą, ale po prostu określenie sytuacji: przecież ja ostatecznie uczę ich po 5–6 godzin tego, czego sama nauczyłam się przez godzinę, a co im z kolei beze mnie by bardzo trudno przyszło. A oni potrafią przyjść, »wypompować« mnie do granic przeciętnej ludzkiej wytrzymałości i jeszcze robić szum i hałas, kiedy proszę, żeby się uspokoili, bo obok leży Mama i jęczy z bólu! Przecież nie będę na nich krzyczała jak »pani« na dzieci w ochronce. Chyba na rozumienie tych rzeczy nie wstyd jest być wystarczająco dorosłym”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 20.

18 Andrzej Leszczyński (zm. 1996) – kolega ze studiów dziennikarskich, sympatia (a potem mąż) Agnieszki Barlińskiej, zob. przyp. 137, s. 62. Po studiach został asystentem na Wydziale Dziennikarstwa UW, pracował m.in. w „Trybunie Ludu”. W notatce z 31 stycznia 1953 r. Agnieszka Osiecka pisała o swoich planach sylwestrowych następująco: „Ostatecznie idę z Januszem [Gazdą, zob. przyp. 20, s. 14], Aśką [właśc. Agnieszka Barlińska] i Andrzejem na ASP, na »Bal Plastyków«. Andrzej popełnił w związku z dzisiejszym wieczorem pewne »faux pas«, które do pewnego stopnia psuje mi humor, ale myślę, że na samej zabawie, jeżeli będzie naprawdę przyjemnie, to wrażenie to minie”, tamże, s. 438.

19 Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być 7 I 54, czwartek.

20 Janusz Gazda (Czarodziej, Janek, ur. 1934) – kolega ze studiów dziennikarskich, sympatia Agnieszki Osieckiej. Po studiach dziennikarskich skończył Studium Filmowe Aleksandra Jackiewicza w Państwowym Instytucie Sztuki, a w 1961 r. zdał na Wydział Reżyserii łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej (PWSTiF), gdzie Agnieszka Osiecka studiowała od 1957 r. Pracował jako krytyk filmowy, redaktor, scenarzysta i filmoznawca. Agnieszka Osiecka wiele miejsca poświęciła relacji z Januszem Gazdą w notatkach dziennikowych z 1953 r. – przykładowo, w zapisku z 11 grudnia 1953 r. odnotowała: „Wczoraj, jak zawsze w czwartek, miałam męczący dzień, a na koniec w dodatku nieprzyjemną rozmowę z Januszem. W naszym wzajemnym stosunku zaznacza się jedna rzecz: Janusz nie jest i nie chce być także i moim przyjacielem. Ot, tak – zwyczajnie. Kochamy się (?) i już, ale ja »jako taka« nie bardzo go obchodzę, chociaż on sobie wcale nie zdaje sprawy z tego. Choćby taka rzecz: Janusz jest często w obcowaniu przykry, męczący. Plecie bzdury do takiej przesady, że dawno przestaje to być dowcipne. Ja nie mam wielkich wymagań, ale troszeczkę chyba trzeba umieć wymagać od siebie samego, a Janusz co? Jest ze mną, »bredzić« mu przyjemnie (nawet tak »do przesady«), więc wszystko w porządku. A że ja się męczę? A »gówno«, co go to obchodzi! Albo taki drobny fakt: miałam wtedy tę telefoniczną scysję z Mamą. Jedyna refleksja Janusza na ten temat była: jestem wściekły, bo teraz będę musiał sam tam siedzieć i nudzić się. Nie cierpię żadnego roztkliwiania się i też nie o to mi chodzi. Uważam tylko, że powinniśmy się więcej starać o to, żeby się rozumieć (Janusz rozumie mnie o tyle, o ile ja mu siebie „wyjaśniam”), no i powinno nam na sobie trochę „głębiej” zależeć i to nie tylko jednostronnie. A Janusz jest niedelikatny i, co najważniejsze, nie stara się nim być. A to boli. Ja rozumiem, że Janusza sprawy, kłopoty i konflikty są o wiele ważniejsze niż moje, ale czy to znaczy, żeby tych moich w ogóle nie dostrzegać?”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 422–423. Z kolei w notatce z 31 grudnia 1953 r. pisała: „Janusz czuje się ostatnio bardzo źle, głowa boli go gorzej niż zawsze, a lekarze, jak zawsze, nic albo prawie nic nie wiedzą. Nie mogę się [!] patrzeć, jak on się męczy, a przecież jestem bezsilna”, tamże, s. 437.

21 Elżbieta Kalicka (Èlise, Eliza) – koleżanka z klasy, studentka Akademii Medycznej. Chodziła z Agnieszką Osiecką do XII Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie („Skłodowska”), które mieściło się przy ulicy Obrońców 31 na Saskiej Kępie. Pisała dziennik i wymieniała się zapiskami z Agnieszką Osiecką. „Eliza Kalicka – kocham Ją. Jest najlepsza, najukochańsza, najszczersza, naj, naj, naj, naj... Czasem Jej nie lubię, ale i tak Ją kocham, bo jest taka, jaka jest (o tyle, o ile wiem, i o tyle, o ile nie wiem). Kocham za wszystko i jeszcze więcej niż wszystko. O Niej myślę i o Niej czuję per »Èlise«. Tylko czasami mam ochotę dać Jej po mordzie, ale to nic. Stawia mi jak najczarniejsze horoskopy, a ja Jej jak najlepsze, najjaśniejsze, najpromienniejsze. Zobaczymy”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, dz. cyt., s. 391. Alina Krzcińska (Ala, Alka, w pierwszym tomie dzienników błędnie jako Alicja) – pływaczka z CWKS-u (zob. przyp. 153, s. 69), absolwentka szkoły im. Mikołaja Reja w Warszawie. „A l i n a K r z c i ń s k a – chodzące nieszczęście z pretensjami. Lubi podkreślać fakt, iż nie zrozumie jej ten, kto nie jest i nie będzie nieszczęśliwy jak ona (np. ja). Lubi otoczenie tzw. ludzi żywych – prostych, dobrych, szczerych i wesołych. Umie popsuć swym humorem humor całemu towarzystwu, jak również zmienić go w ciągu 5 minut. W miarę inteligentna; pod względem nauki – niemalże tępa i niechętna. Nudzi jej się w życiu. Męczy się w stylu »gnijącej w zastoju« burżujki. Z góry zakłada, że (dlatego, że jest sobą) nie dojdzie do celu, i nie próbuje tego nawet wtedy, gdy jej się w tym chce pomóc. Częściowo jest, częściowo udaje »subtelnie wrażliwą«. Pozuje, że nienawidzi w ludziach pozy. Zdolna do krytyki i tolerancji, lecz nie do zrozumienia. Samokrytykowana, zrezygnowana i [w] skrajnej depresji. Lubi, gdy się nad nią rozczulić. Poza z gatunku półnieświadomych. Pływa z ambicją”, tamże, s. 390.

22 Językiem dorastającej w stalinizmie Agnieszki Osieckiej była, rzecz jasna, nowomowa, którą dziewczynka nie tylko posługiwała się w sposób absolutnie naturalny, ale do której potrafiła także podejść krytycznie, rewizyjnie, a czasem nawet autoironicznie: „Przyszłam na uniwerek z galaretą zamiast światopoglądu. Składało [!] się na to szereg czynników. Przede wszystkim kontrasty. Kontrasty między teorią, o której czytałam i której się uczyłam, a praktyką, o którą się ocierałam, i między tym wszystkim, co mi wpajano, i w co z takimi czy innymi zastrzeżeniami usiłowałam wierzyć, a tym, co mówiono w domu. Co do teorii: świetnie wykładana u nas w szkole biologia, podstawy marksizmu na NOP-ie, ujęcie Różańskiej [Stefania Różańska, nauczycielka języka polskiego] na polskim – wszystko to spowodowało, że mój światopogląd, właśnie od strony teoretycznej, stał się »par exellence« materialistyczny. Z praktyką sprawa była o wiele bardziej skomplikowana. Przede wszystkim (chociaż dziwnie to brzmi) stykałam się z nią rzadko i na niewielu frontach. Mianowicie stosunek mój do współczesnej rzeczywistości kształtował się na wąskiej płaszczyźnie przejawów panującej ideologii i jej skutków dla literatury. To było dosyć naturalne: w szkole była dyskusja, w domu dyskusja, otoczenie odpowiednio dobrane – cóż chcieć, Saska Kępa [zob. przyp. 105, s. 226]. Gdzie indziej mówiło się i utyskiwało się na tematy bliższe życiu – mówiło się więc o cenach, o tzw. sprawach bytowych. I jednocześnie uświadamiało się sobie często to, co się mimo wszystko od tego ustroju otrzymało. W moim życiu nie było mowy o niczym podobnym. Krytyki »niedomagań« nie przeprowadzało się pod kątem tego np., »że znowu jednak jest drogo«, czy że »trudno się dostać do lekarza w ubezpieczalni«, tylko pod kątem, że »Życie Literackie« jest »o niebo« gorsze niż przedwojenne »Wiadomości«, że w literaturze krzewi się schemat, w muzyce sztampa, w malarstwie szmira. A trzeba dodać, że był to okres (a więc lata 1949–1952), kiedy było na co narzekać. Czasy zupełnie ostatnie zaznaczają się niezwykle silnym przełomem w naszym życiu kulturalnym, »Życie«, »Kultura«, »Teatr« są przepełnione polemiką, trwa cały bój o uczłowieczenie literatury i sztuki w ogóle. Wtedy to wszystko było w powijakach. To jedna rzecz. Druga to kwestia tej strony jak najbardziej rzeczywistej naszej rzeczywistości – o ile mi się w ogóle ukazywała. A ukazywała mi się w opowiadaniach ojca z wyjazdów »w teren«, w naszych wspólnych wyprawach w czasie wakacji, gdzie człowiek stykał się bezpośrednio z ludźmi z innego środowiska, rozmawiał z górnikami, chłopami... Ukazała mi się wreszcie już niemalże w szerokiej rozpiętości w czasie pracy w harcerstwie. Widziałam: zrezygnowało się ze starych metod, nowych nie wymyśliło się. Organizacja zamiast uczyć – »doszkala«, zamiast wychowywać – »organizuje«, zamiast bawić – nudzi. Z tymi wszystkimi obserwacjami i z najrozmaitszymi wnioskami i próbami wniosków przeszłam na uczelnię. Były przede mną dwie, a nawet trzy drogi: Pierwsza to uogólnić te wszystkie spostrzeżenia »in minus« i sformułować taki wniosek: teoria socjalistyczna jest niezgodna z samą istotą człowieka, z siedzącym w nim głęboko »duchem własności« i wewnętrznym przymusem konkurencji (o czym często mówili np. tatuś i Anita), i dlatego nie wytrzymuje próby rzeczywistości. Trzeba więc »siedzieć cicho«, stosując »bierny opór«, same reakcyjne myśli. Na to za wiele już rozumiałam i byłam... za mądra. Druga droga to zrozumieć, że kolejki, drogi chleb, brak jazzu i zła literatura, jeżeli nawet nie są wynikiem »trudności etapu«, a błędów, to i tak nie mogą przesłaniać »istoty rzeczy«, czyli samego sedna ustroju. A rozumieć to wszystko w taki właśnie sposób, to oznaczało nie stawać wszędzie i zawsze okoniem, skończyć z dziecinnym i głupim duchem przekory i jeżeli krytykować, to krytykować poważnie, z wyraźną socjalistyczną intencją i w ogóle w odpowiedni sposób. W tłumaczeniu na uniwersytecki język: być w aktywie, ale zamiast być jakimś ślepym fanatykiem, widzieć wszystko w taki właśnie jasny sposób i tak to niedwuznacznie krytykować. Na to byłam za głupia. A może – nazwijmy rzecz po imieniu – to byłoby trudne, a mało efektowne. Oczywiście ani z jednego, ani z drugiego nie zdawałam sobie sprawy z chwilą, gdy nie poszłam tą drogą. Była jeszcze jedna droga. Droga idąca możliwie najbardziej po linii mojej całej galaretowatej osobowości, błyskotliwej inteligencji, swoistego dowcipu, umiłowania rozmaitych odmian »rozrabiactwa«, braku odpowiedzialności za psikusy mojego »duszka przekory« i wreszcie jakiejś wiecznej tendencji do robienia sobą i wokół siebie dużo hałasu (niekoniecznie rozmyślnie). Była to droga »stawania okoniem« zawsze i wszędzie, droga kpienia ze wszystkich... i wszystkiego. (Nie występuję teraz przeciwko ironii i dowcipowi, bo nie przestaję i nie przestanę uważać ich za najwyższe wykwity ludzkiego intelektu, ale też jest różnica między zastosowaniem a zastosowaniem). To, którą z tych dwóch dróg pójdę, zależało w dużym stopniu od tego, jak zacznę swoje postępowanie na uczelni i jak się ułożą stosunki. A zaczęło się od »sprawy Teodora Szczepańskiego«. Nie, zaczęło się dużo wcześniej – rejestracji ZMP-owców i komisji, która podeszła do nas jakoś strasznie bezdusznie. Potem, mimo mego dużego »stażu organizacyjnego«, nie otrzymałam żadnej funkcji. W najrozmaitszych »instancjach«, z jakimi się stykałam, zauważyłam biurokratyzm i bezduszne »aktywniactwo«. Do tego doszło moje wewnętrzne nieskrystalizowanie, no i – sprawa nauki, która przesądziła Sprawę. Po prostu byłam rozczarowana. Przy minimalnym wysiłku z mojej strony zrobiono zaraz ze mnie »asa«. Nie stawiano mi wymagań, jakich się spodziewałam; nie było przedmiotów, którymi się można by było pasjonować. Dyskusja była poniżej poziomu najmniej udanej dyskusji w szkole czy w domu. To zrażało. Ludzi ciekawych spotkałam »po tamtej stronie barykady«: Teodor, Marek [Kubera – zob. przyp. 97, s. 47]. Właśnie Teodor, człowiek pod wyżej wymienionymi względami bardzo w moim typie – ten sam problem, te same „dane” i możliwości trochę większe od moich, i wszechstronniejsze wiadomości z dziedziny sztuki – »skończył marnie« jako »wróg klasowy«, dzięki »informacjom« kilku... »przyjaciół«. Odtąd sprawy rozwijały się konsekwentnie po wiadomej linii. Ów i tak groźny i mało ludzki, daleki »Zarząd« miał do mnie zastrzeżenia. I nie miał zaufania. To był dla mnie żer. Poza tym »stosunki« na uczelni, wszelkie odcienie naszego życia i naszej literatury. Kpiłam, dowcipkowałam, ironizowałam – ile wlezie. I nie zastanowiłam się nad tym, że taki stosunek do »formy« nie każe się w niczym domyślać mojego innego, pozytywnego stosunku do treści, do istoty. Przychodziłam z całym moim fermentem i humorem do ludzi słabych albo zdezorientowanych, wątpiących, ale siedzących cicho, i stwarzałam atmosferę, »że przy mnie można mówić głośno«. Siałam wątpliwości, budziłam odruchy buntu i nic nie wyjaś­niając, a raczej zaciemniając wszystko – odchodziłam. Najgorszy wróg nie mógłby mieć lepszych rezultatów, niż ja osiągałam w taki sposób. Nikt nie musiał i nie mógł przewidywać, że za tym wszystkim kryje się socjalistyczny w gruncie rzeczy światopogląd!! Robiłam »obiektywnie wrogą robotę«. A wpływ miałam. I dlatego Litwin miał rację. I żeby mi wierzyć, nie ma żadnych podstaw, że się zmienię, że zrozumiem. Gdzie gwarancje”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 391–394.

23 Jerzy Broszkiewicz (1922–1993) – pisarz, dramatopisarz, scenarzysta, eseista, publicysta, felietonista, redaktor pism kulturalnych i muzycznych. Agnieszka Osiecka uwielbiała jego Kształt miłości (opowieść o Fryderyku Chopinie z 1950 r.) i jego powieść Obcy ludzie z 1948 r.

24 Bona Sforza d’Aragona (1494–1557) – w latach 1518–1557 królowa Polski i wielka księżna litewska, żona Zygmunta I Starego, matka Zygmunta Augusta i Anny Jagiellonki. Fryderyk Chopin (Szopen, 1810–1949) – pianista i kompozytor. Wiktor Osiecki często grywał jego kompozycje w domu przy Dąbrowieckiej. Adam Mickiewicz (1798–1855) – poeta, pisarz, dramatopisarz, publicysta, tłumacz, działacz społeczno-polityczny. W toku 1953 r. Agnieszka Osiecka wielokrotnie wracała do toczącej się wówczas debaty o dzieło wieszcza. Znała m.in. stanowisko Kazimierza Wyki, Mieczysława Jastruna (Mickiewicz, 1949) i Stefana Żółkiewskiego (Spór o Mickiewicza, 1952).

25 Jan Matejko (1838–1893) – malarz, historiozof, wykładowca. W końcówce 1952 r. przetoczyła się w prasie dyskusja o sztuce, w tym również o Janie Matejce. Agnieszka Osiecka mocno angażowała się w debatę o literaturze i teatrze, natomiast w kwestiach dotyczących sztuk plastycznych polegała na zdaniu Jana Banuchy, zob. przyp. 34, s. 21, zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 405–406, 427.

26 Maksym Gorki (właśc. Aleksiej Maksimowicz Pieszkow, 1868–1936) – rosyjski pisarz, dramatopisarz, publicysta. W stalinizmie był to jeden z największych autorytetów Agnieszki Osieckiej.

27 Juliusz Słowacki (1809–1849) – poeta, pisarz, dramatopisarz. Kret (reż. Józef Wyszomirski, premiera 21 grudnia 1953 r. w Teatrze Narodowym im. Wojska Polskiego w Warszawie) – sztuka Jerzego Lutowskiego (1923–1985), lekarza, pisarza, dramatopisarza, scenarzysty i publicysty.

28 Włodzimierz Lenin (właśc. Władimir Iljicz Uljanow, 1870–1924) – rosyjski rewolucjonista, działacz polityczny i społeczny, pisarz, myśliciel, teoretyk ideologii komunistycznej, przywódca rewolucji październikowej i lider partii bolszewickiej.

29 Ulica Marcina Kasprzaka – ulica na Woli w Warszawie. Agnieszka Osiecka jeździła tam w związku z rozpoczętym w ostatnich tygodniach 1953 r. „kursem motorowym”: „Jeżeli chodzi o nowości i oszczędności, to ojciec kupuje w październiku auto, z czego wynika konieczność chodzenia na kurs motorowy (bardzo mi miło) oraz perspektywa uczęszczania na wykłady boso lub w imitacji butów (mniej mi miło). Urodzin oczywiście też nie będzie, ale czegóż się nie robi dla samochodu!”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 268.

30 Lion Feuchtwanger (właśc. Jacob Arje, 1884–1958) – niemiecki pisarz i dramatopisarz.

31 „La poule aime la coq, mais le coq aime la cochon – et c’est la vie”. Mais mois, je les n’aime pas – pas un que l’autre et c’est la plus triste chose de ma vie, qui peut être hereuse mais aussi, bien sûre, elle peut être… Mais ce n’est pas temps encore pour penser comme ça (fr.) – „Kura kocha koguta, ale kogut kocha świnię – i takie jest życie”. Ale ja ich nie kocham – ani jednego, ani drugiego. I to najsmutniejsza rzecz w moim życiu, które mogłoby być szczęśliwe, ale mogłoby oczywiście być też… Ale to nie jest jeszcze czas na myślenie w ten sposób (przeł. red.).

32 Henryk Wolpe (1899–1966) – historyk literatury, filozof, wykładowca, działacz komunistyczny.

33 Być może chodzi o Mariana Muszkata (właśc. Maus Mendel Muszkat, 1909–1995), prawnika, sędziego wojskowego, wykładowcę i działacza komunistycznego. Pracował na UW – specjalizował się w prawie międzynarodowym i wojskowym oraz stosunkach międzynarodowych.

34 Jan Banucha (Janek, Jasiek, Malarzyna, Pataszon, 1934–2008) – kolega z Domu Harcerza (DH), absolwent IV Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza w Warszawie („Mickiewicz”), od 1951 r. student warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych (w 1957 r. ukończył Wydział Malarstwa). Jako malarz, scenograf, kostiumograf współpracował m.in. ze Studenckim Teatrem Satyryków (zob. przyp. 137, s. 241), warszawskim Teatrem Powszechnym, Teatrem Polskim w Szczecinie i Telewizją Polską. „Janek Banucha – superoryginał. Malarz. »Ars pro arte«. Wielbiciel impresjonizmu. Patrzy na świat i ludzi przez kolorowe okulary i widzi w promieniach słońca. Jest przyjemnie dowcipny, jedynie w miarę złośliwy. Stąd duży talent satyryczno-literacki. Wielbiciel geniuszu i cyganerii w literaturze i w życiu – w ludziach. Szuka kolorów. Obserwuje. Udaje, że czuje, jak Colas Breugnon, nektar wina. Bywa »zachwycony« oraz drwiący à la »sceptyk-artysta«. Udaje czasem, że nienawidzi banalności. Pisze cudowne listy i rozumie, co to znaczy po mojemu »cudownie«. »Kocha włóczyć się«. Pochłania książki i kocha się we Francji, w barwie i we mnie. Można mu bardzo długo bez powodu wymyślać – bez skutku”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, dz. cyt., s. 389–390.

35 Kalina Godlewska – koleżanka ze studiów dziennikarskich, sympatia (a potem żona) Henryka Machula (kolegi ze studiów dziennikarskich, zob. przyp. 395, s. 161), a następnie Andrzeja Godlewskiego. Pracowała w „Wiadomościach”, „Słowie Polskim”, „Domu i Ogrodzie”. Mieszka we Wrocławiu. „Kalina jest pierwszą dziewczyną, jaką spotkałam, o moich poglądach, podobnym do mojego usposobieniu i jednocześnie »na moim poziomie«. To brzmi potwornie zarozumiale – ten »poziom«. A jednak nie zdarzyło mi się w życiu spotkać dziewczynki, nad którą nie posiadałabym zdecydowanej przewagi intelektualnej (poza Elizą – ale tu znowu poglądy...). Zdaję sobie z tego sprawę i nie wpływa to bynajmniej na mój stosunek do koleżanek. Ot, stwierdzam fakt. Kaliną jestem trochę zachwycona, trochę oczarowana, a trochę to mi jakoś »po prostu« przychodzi zrozumieć, co mówi i pisze, że aż mi serce fika koziołki z radości i popiskuje – jak to klawo, że są tacy ludzie na świecie. Kiedy czytam coś Kaliny, to tak jak Tołstoja – mam ochotę powiedzieć – »Oho, bracie, mamy ten sam ‘sposób reagowania’!«. Kalina teraz »stoi w pustce« – to znaczy, że nie ma większych zmartwień jak to, że nie ma żadnego zmartwienia, a jednak... Robi na ten temat takie »podsumowania życia i siebie« jak ja w tym okresie, kiedy się biłam z tymi »nieprzyjemnościami prawniczo-zetempowsko-markowo-osobistymi« (ho, ho!!)”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 153, zob. przyp. 41, s. 24.

36 Jan Rajski (Lord, Mały Lord, Rajskie Dziecko, Wielkie Trzy po Trzy, 1934–2015) – przyjaciel z czasów szkolnych, brat Jerzego Rajskiego, zob. przyp. 186, s. 79. Po drugiej wojnie światowej zamieszkał z rodziną w domu przy ulicy Walecznych 16 na Saskiej Kępie. Należał do paczki grającej w siatkówkę w ogrodzie Osieckich. Często odwiedzał Agnieszkę Osiecką, która pomagała mu w nauce (zwłaszcza języków obcych oraz przedmiotów humanistycznych). Po maturze w 1953 r. próbował dostać się na medycynę – za pierwszym razem nie został przyjęty, ostatecznie jednak skończył medycynę (specjalizował się w onkologii i radioterapii), a nawet został profesorem nauk medycznych. Był mężem aktorki Barbary Burskiej, która wspominała jego relację z Osieckimi następująco: „Agnieszka znała bardzo dobrze całą rodzinę Rajskich. Tak. Kolegowała się z Jerzym (ur. 1933), Jankiem (ur. 1934), do szkoły chodziła z ich przyrodnią siostrą – Teresą Pendzińską (najstarszym dzieckiem pani Rajskiej), a w domu Rajskich bawiła się z maleńką wówczas Marylką (najmłodszym dzieckiem pani Rajskiej). [...] W pewnym momencie Jerzy poróżnił się z Agnieszką, a Janek nie – nadal przychodził do uzdolnionej humanistycznie koleżanki po pomoc w wypracowaniach z polskiego. Tak. Janek nadal do nich przychodził i, co więcej, bardzo był zaprzyjaźniony z matką Agnieszki. Jej mama była kobietą wielkiej klasy – była cudowną, przepiękną, ciepłą panią, córką prawdziwego przedwojennego pułkownika. Janek lubił słodycze, a ona robiła cudowne ciasta, więc on do niej przychodził i – zdarzało się – długo z nią rozmawiał. To były zresztą czasy, kiedy Osiecki odszedł od pani Osieckiej do Pellegrini – czego Agnieszka nie mogła mu darować (i słusznie zresztą). W każdym razie często pod nieobecność Agnieszki Janek rozmawiał z jej matką. A jak już Agnieszka przyszła, to o czym rozmawiała z Jankiem? Zwierzała mu się. Janek ją kiedyś zwyzywał za miłość do jakiegoś wojskowego z Legii – takiego nieciekawego faceta bez palca. Agnieszka mówiła Jankowi: »Zobaczysz, on będzie w przyszłości generałem«. Dużo sobie mówili, radzili się siebie, ale i też wzajemnie krytykowali – jak to przyjaciele. Mówili sobie prawdę. [...] Jacy oni byli: Agnieszka, Janek, Jerzy – to pokolenie urodzone przed wojną, a wychowane w stalinizmie? Niezwykli. Dorastali w okropnych czasach, a umieli się fantastycznie bawić”, Z Barbarą Burską rozmawia Karolina Felberg-Sendecka, w: Karolina Felberg-Sendecka, Koleżanka. Wspomnienia o Agnieszce Osieckiej, wybór, red., oprac. Karolina Felberg-Sendecka, Warszawa 2015, s. 21–22.

37 Pamiętniki – wydane w trzech tomach dzieło autobiograficzne Władysława Mickiewicza (1838–1926), pisarza, wydawcy, działacza polityczno-kulturalnego, syna Adama Mickiewicza. Kolejne tomy Pamiętników ukazywały się w 1926, 1927 i 1933 r.

38 Endek – przedstawiciel Endecji (właśc. Narodowa Demokracja, ND), skrajnie prawicowego stronnictwa politycznego powstałego w Polsce pod koniec XIX w., a założonego przez Romana Dmowskiego (1864–1939), polityka, pisarza, publicysty, ministra spraw zagranicznych, posła na Sejm Ustawodawczy RP.

39 „Rzucić perły przed wieprze” – wyimek z Biblii stanowiący popularny związek frazeologiczny oznaczający spotkanie rzeczy cennej czy wartościowej z publicznością, która nie jest w stanie docenić danego zjawiska.

40 Ilia Erenburg (1891–1967) – radziecki poeta, pisarz i publicysta. Jeden z autorytetów Agnieszki Osieckiej, zob. tejże, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., 406–407.

41 W listopadzie 1953 r. wypłynęła „sprawa indeksów”, w której winnym był ewidentnie Janusz Gazda (to on podpisał się za wykładowcę w indeksach swoich koleżanek i kolegów), ale największe konsekwencje poniosła jego dziewczyna – głównie za to, że zbyt żarliwie broniła go na forum publicznym. W efekcie pod koniec listopada Agnieszka Osiecka została usunięta z ZMP, co zresztą dokładnie opisała w dzienniczku, zob. tamże, s. 380–403. Nawiasem mówiąc, nie był to pierwszy raz, kiedy próbowano dyscyplinować ją w ten właśnie sposób, zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki. 1945–1950, dz. cyt., s. 152–155. Po latach autorka Białej bluzki relacjonowała tamtą sytuację następująco: „Oto był u nas asystent, który prowadził jakieś szczególnie niepopularne ćwiczenia. […] Nikomu nie chciało się chodzić do niego po zaliczenia. I oto pewnego dnia jeden biegły w piśmie student doszedł do wniosku, że bez trudu potrafi podrobić podpis owego nieszczęsnego asystenta. Zaczęliśmy się po kolei zgłaszać po ten fałszywy podpis, aż cała rzecz wyszła na jaw, no i zaczęła się awantura. […] Rozszalała się komisja dyscyplinarna. Wzywali nas, najpierw chyba grupkami, a potem pojedynczo, i zasypywali pytaniami: »Jak do tego doszło, dlaczego to zrobiłeś«, i tak dalej. Trwało to i trwało. Wreszcie, po jakimś czasie, liczba wzywanych zaczęła gwałtownie topnieć. Na całym roku gruchnęła wieść, że kto złoży dobrą samokrytykę, temu dadzą spokój. I rzeczywiście. Ludzie wywijali się jeden po drugim. Nawet sam nieszczęsny »podpisywacz« wykręcił się w końcu sianem. Podobno jego samokrytyka była doskonała! W końcu nas – »wichrzycieli« – została mała garstka. Zaczęłam się bać. Powiedziałam wszystko w domu. Moja matka też zaczęła się bać. Postanowiłam złożyć »dobrą« samokrytykę. Ba, ale jak to zrobić? Widocznie nic sprytnego nie przyszło mi do głowy (mściło się rozhecowane dzieciństwo) albo po prostu było już za późno. Ktoś na moim »fakultecie« przeprowadził następujące rozumowanie: Na Wydziale Dziennikarskim stał się, co tu dużo gadać, skandal. Skandal moralny i polityczny. Niemożliwe jest, aby aż tylu naszych studentów pragnęło splamić honor najbardziej upolitycznionej placówki uniwersytetu. Zatem sprawa jest jasna: grasuje wśród nich ktoś, kto ustawicznie mąci i sieje ferment. Ktoś, komu zależy na tym, aby na naszej właśnie uczelni zdarzały się skandale… No tak. Od słowa do słowa postanowiono wyłowić najgorszych mącicieli, wywalić ich z ZMP, a następnie złożyć wniosek do rektora o usuniecie ich z uczelni. Pointa jest jasna: nolens volens wpakowałam się do najściślejszej ekstremy. Na zebraniu, na którym wyrzucono mnie z ZMP, było ponad sto osób. Ludzie wstawali i przemawiali, niektórzy kompletnie bez sensu, myląc mnie z innymi koleżankami. Dołożyli mi sporo: że jestem agentem Radia BBC (nieprawda), że mamy w domu biały telefon (prawda; z »ciuchów«), że chodzę do kościoła (wtedy: nieprawda), że śmiałam się na masówce po śmierci Stalina (nieprawda). […] Na długim, trwającym do późnej nocy »zebraniu wyrzucającym« – zaczęłam się nagle łamać. Każde słowo tego rodzącego się załamania mam w pamiętniku, ale przykro mi to czytać. […] Wymyśliłam sobie bowiem taką oto konstrukcję: – A może oni, moi koledzy, mają rację? Może ja naprawdę, obiektywnie, jestem wrogiem ludu? Cóż znaczy to, że ja gdzieś tam, w głębi duszy, jestem socjalistką utopijną i wielbicielką Wandy Odolskiej, skoro na zewnątrz wydzielam z siebie jedynie ferment, mąt i czarną farbę? Tak, tak! Oni na pewno mają rację. Może ja i SUBIEKTYWNIE chcę dobrze, ale OBIEKTYWNIE jestem wrogiem ludu, i jako taki – powinnam zginąć?... Zaczęłam rozmyślać o samobójstwie. Gaz? Okno?... […] zgodnie z przewidywaniami mamy, zabrali mi indeks i złożyli wniosek o wyrzucenie mnie ze studiów. Sprawa zaczęła się ślimaczyć i przeciągać, a ja, na wszelki wypadek, chodziłam dalej na zajęcia. Zimą pięćdziesiątego czwartego [….] dziekan Litwin wstawił się za mną do zetempowców i zrobiono mi w końcu »sprawę rehabilitacyjną« w Sądzie Centralnym ZMP. Trwało to znowu godzinami, uwolniono mnie z zarzutu trockizmu (który notabene przedtem wcale nie padł) i oddano mi legitymację, indeks i tak dalej”, Agnieszka Osiecka, Szpetni czterdziestoletni, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008, s. 145–148.

42 Tuż po wydaleniu z ZMP Agnieszka Osiecka zapisała pod datą 26 listopada 1953 r. następujące słowa: „A na marginesie tego wszystkiego: mam ochotę powiedzieć tym wszystkim, którzy tak ładnie, mądrze i samokrytycznie mówili, że ślepo ulegli mojemu wpływowi, i to aż tak, że nie dostrzegli we mnie wroga i sami zbłądzili: A co wy jesteście warci, moi przyjaciele? Co jesteś wart ty, Januszku, na przykład, który, starszy ode mnie, aktywista i »działacz«, nie potrafiłeś odgraniczyć dobrego i złego i pod wpływem »niebieskich oczu« zacząłeś nie tylko czytać dobre książki, ale i robić bałagan, i fałszować podpisy? Co jesteś wart ty, dostojny »aktywie« grupy pierwszej, z cnotliwą a praworządną Zosią Chojnacką [zob. przyp. 203, s. 87] i wszechwiedzącym, dojrzałym Andrzejem na czele, który dałeś się poprowadzić rozbrykanej, napuszonej smarkuli do całego »buntu« w imię hultaja Danielewskiego [Ryszard Danielewski, 1933–1990, kolega ze studiów dziennikarskich, sekretarz PZPR na Wydziale Dziennikarstwa UW, dziennikarz, publicysta, współtwórca Programu II TVP] i to wobec świętych i potężnych intencji!! Co jesteś wart szanowny, a praworządny aktywie grupy pierwszej, który otrzymałeś mnie na wychowanie, a potem chlałeś rozkosznie i wywijałeś rozmaite amerykańskie wygibasy na »bibce« u Krysi L[ipińskiej, koleżanka ze studiów dziennikarskich] i u wroga – Danielewskiego? Co jesteś warta cała, 30-osobowa grupo pierwsza, która (taka ślepa i niedoświadczona!) dałaś się poprowadzić za rączkę zarozumiałej kozie bez »stosunku« i »oblicza« do grzechu i teraz tak bardzo żałujesz, że aż... zbiłaś smarkulę za wszystkie czasy. Niech popamięta, że nie wolno robić takich psikusów, jak sprowadzenie z właściwej drogi 30 dorosłych prawie osób. To przecież niegodziwość – skądże by te 30 osób miało mieć tyle oleju w głowie, żeby sami [!] nie pozwolić na takie »psikusy«! Bardzo kocham ludzi. I bardzo się śmieję. Uważam, że jest tyle rodzajów śmiechu, że można w nich wyrazić wszystkie prawie uczucia. A co dopiero okruch pogardy”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 402–403.

43 ZMP (Związek Młodzieży Polskiej, 1948–1957) – wzorowana na radzieckim Komsomole młodzieżowa organizacja ideowopolityczna, powołana do realizowania polityki partii komunistycznej wobec młodzieży. Podstawowym zadaniem ZMP było kształcenie nowych pokoleń w duchu panującego systemu oraz upolitycznianie oświaty i wychowania. Związek propagował rozbudowę przemysłu, kolektywizację wsi i współzawodnictwo w pracy oraz starał się kształtować „nowego człowieka” – antytradycjonalistę, komunistę, materialistę. Mimo że do związku nie przyjmowano osób z rodzin i grup społecznych uznanych za wrogie politycznie, była to organizacja masowa (w szczytowym momencie zrzeszała około 2 mln członków – prawie 40% młodzieży). Osobom niezrzeszonym groziły konsekwencje, np. nieprzyjęcie na studia wyższe. Przynależność do ZMP pomagała w karierze zawodowej, stąd powodem do zrzeszenia się był nierzadko konformizm. Po przesileniu politycznym w październiku 1956 r. ZMP rozwiązano (w styczniu 1957 r.) i powołano na jego miejsce nową organizację młodzieżową – Związek Młodzieży Socjalistycznej (ZMS). Agnieszka Osiecka była aktywistką ZMP od 1949 r. i w ramach swoich obowiązków kierowała sekcją agitacyjno-propagandową, była sekretarką szkolnego koła, pracowała jako instruktorka wychowania fizycznego w praskich organizacjach wychowawczo-oświatowych, m.in. w Domu Harcerza. O ZMP pisała „organizacja” – częściej jednak „Organizacja”. W odróżnieniu od współczesnego harcerstwa ZMP posiadało realny wpływ na rzeczywistość: „Aktywiści z ZMP w zielonych koszulach z krawatami nie wytworzyli co prawda właściwej dla swojego wieku subkultury, przeciwnie, przejęli dorosłe, partyjne obyczaje: zebrania z referatami, sprawozdania, pracę agitacyjną. A przecież ich wiek miał zasadnicze znaczenie. Postać zetempowca ma dziś jak najgorsze konotacje, gorsze nawet niż postać dorosłego aktywisty (przypomnijmy udział ZMP w kolektywizacji wsi!), być może dlatego, że partia próbowała wykorzystać w celach ideologicznych związany z młodością zespół romantycznych wyobrażeń. Po stronie młodości miała zatem stać szczerość, czystość intencji i… racja”, Justyna Jaworska, Młodzież: piękni dwudziestoletni, w: Obyczaje polskie. Wiek XX w krótkich hasłach, red. Małgorzta Szpakowska, W.A.B., Warszawa 2008, s. 207.

44 IX Plenum PZPR (29–30 października 1953 r.) – zjazd członków PZPR-u, o którym Agnieszka Osiecka w nocy z 30 listopada na 1 grudnia 1953 r. pisała: „Może to brzmieć nienaturalnie i przesadnie, a nawet fałszywie w moich sceptycznych ustach, ale tym niemniej [!] powiem to: IX Plenum Partii i związane z nim zagadnienia, przede wszystkim oczywiście początek przełomu w naszej kulturze, sztuce i... propagandzie, jest pierwszym posunięciem naszej władzy, które odegrało dużą i zasadniczą rolę w moim życiu osobistym. Nie chcę upraszczać sprawy: nie chodzi o same [!] IX Plenum. Chodzi o cały ogromny przełom, jaki się dokonuje na naszych oczach (i oby jak najprędzej przy naszym współudziale) na całym froncie walki o świadomość człowieka. A symbolem tego przełomu, jego podstawą i dokumentem jest IX Plenum niewątpliwie. Na skutek uchwał IX Plenum i dzięki ogólnej linii, którą na nim wytyczono, stanęło nareszcie całkiem jasno i ostro zagadnienie, a właściwie nie żadne »zagadnienie«, tylko zwyczajna ludzka sprawa – frontem do człowieka. I oto dzieją się rzeczy cudowne – prawie każdy numer pisma literackiego, prawie każdy wykład, prawie każde zajęcia polityczne, a nawet głosy na zebraniach przynoszą odpowiedź na najgłębiej nurtujące mnie pytania i wątpliwości. Jest mi tak, jakby dobre KC wzięło wszystkie moje pamiętniki i rozpatrzyło wszystko to, co było mądre i słuszne w moich »manifestach« ideologicznych i artystycznych, w moich wypowiedziach dotyczących naszej sztuki i propagandy – i w ogromnej większości wypadków przyznało mi rację. I natychmiast postanowiło wprowadzać te »moje« postulaty w życie”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 404–405. Agnieszka Osiecka zareagowała powyższymi słowami na wszczęte jesienią 1953 r. dyskusje na łamach prasy na temat doktryny socrealistycznej, zob. tamże, s. 405–411. Autorka Galerii potworów, choć antycypowała na kartach dziennika przemiany, jakie kilkanaście miesięcy później rzeczywiście doprowadziły do tzw. odwilży w kulturze, pozostawała względem własnych poczynań niezwykle krytyczna: „Co j a robiłam, żeby zrealizować w ramach moich możliwości swoje plany i poglądy, o których pisałam w pamiętnikach? Ano nic. Głosiłam »światoburcze«, cyniczne uwagi i pisałam pamiętniki, czekając, aż »dobra partia« zrozumie i zacznie realizować po kolei wszystko, co sobie marzyłam – sama palcem nie kiwając i jeszcze podstawiając partyjnej sprawie nogę na każdym kroku. Oczywiście, że konkretnie zdziałać mogłam niewiele. Ale mogłam przyjść np. z twórczą krytyką zamiast z kpinami i, gdybym mądrze postępując, a »głosząc swoje«, dostała się np. do zarządu koła, mogłabym przyczynić się do »uczłowieczenia organizacji«. To samo z programami artystycznymi. A ja nic – pisałam dobrze, robiłam źle. Teraz piszę o tym wszystkim, bardzo chcę jak najprędzej włączyć się do przełomu, przydać się, coś znaczyć... I jednocześnie pomyślałam o tych wszystkich, którzy teraz w ogóle się nie »ustosunkowali«, których to wszystko obchodzi właściwie tyle, co głos na ćwiczeniach zabrać czy tańsze pończochy kupić. I zastanawiam się, czy przypadkiem nie ta b i e r n o ś ć właśnie jest najpoważniejszym wrogiem w całej kampanii, w ogromnej bitwie o człowieka, w której »nowy etap« wkraczamy”, tamże, s. 411. Z perspektywy czasu Agnieszka Osiecka napisała: „Za właściwy początek odwilży, tej odwilży mitochłonnej i mitotwórczej, która mnie interesuje, uważam rok 1954 i słynne wówczas plenum KC pod hasłem »Troska o człowieka«. Za koniec tego okresu przyjmuję zamknięcie »Po Prostu«”, Agnieszka Osiecka, Szpetni czterdziestoletni, dz. cyt., s. 148.

45 Dopisek poczyniony w związku z usunięciem Aleksandra Litwina z funkcji dziekana, zob. s. 95–97.

46 Janusz Regulski (Rybka) – absolwent „Mickiewicza”, kolega Agnieszki Osieckiej ze studiów prawniczych. Należał do męskiego grona z Saskiej Kępy, z którym Agnieszka Osiecka zaprzyjaźniła się przy okazji studniówki w „Mickiewiczu” w 1952 r. i które nazywała „chuliganami”, „braciszkami” tudzież „trzema (lub czterema) muszkieterami”. Prócz niego do „muszkieterów” należeli: Andrzej Kasia (Jędrek, 1934–2002, późniejszy profesor na Wydziale Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego – znawca historii filozofii starożytnej i średniowiecznej; pierwszy mąż Igi Cembrzyńskiej), Bogdan Pawelski, Janusz Lichomski, a pod koniec 1952 r. również i Ludwik Kozłowski (Lutek).

47 Janusz Lichomski – kolega ze szkoły podstawowej, absolwent „Mickiewicza”, student Akademii Medycznej. W notatce z 23 listopada 1952 r. Agnieszka Osiecka, pisząc o Januszu Lichomskim, zwierzyła się przy okazji ze swych ambicji oraz niespełnień damsko-męskich: „W niedzielę były imieniny u Januszka. Jazz, bardzo dobre wino, taniec. Wśród tego, »uwielbionego« przeze mnie tła, okazuje się, że... Janusz ma »niewiastę« – dziewuszka zgrabna i ładna, że aż ha! Ruda (ślicznie ułożona) czuprynka, jasna buzia bez piegów (!), ślicznie błyszczące oczy, z lekka (z cudnym wdziękiem) zadarty nosek, białe, drobne zęby, ładnie, bardzo „po prostu” umalowane usta. Krótko mówiąc, »znawca« musiałby bardzo nie lubić rudych kobiet, żeby wybrać z nas dwóch – mnie (oczywiście mowa o urodzie. W sprawach »intelektualnych« biję ową Marylkę, ale to w tym wypadku nieważne). I znowu przekomiczna historia: »przeżywam« rzecz, że aż ha, niemalże »płaczę« Jędrusiowi w ramię i z trudem wygłupiam się przy stole. Czuję się jak zdradzona gęś i trzeba aż długiego „wymknięcia się” z towarzystwa i przechadzki w zaśnieżone (cudne, notabene) pole, żeby uprzytomnić sobie, jak ja postępuję z chłopcami (m.in. właśnie z Januszem). Mój »wianuszek« wielbicieli, ciągle wzrastający, z obowiązującą u mnie »demokracją« (przecież to są wszystko koledzy...), to całe moje uwodzenie chłopców i wodzenie ich za nos pod byle jakim pretekstem – to jest dopiero tzw. świństwo! (Co prawda, nieszkodliwe, ale też nie mówimy o losach świata, a o historii pewnego kaprysu, o czym nie należy zapominać). Wytłumaczyłam sobie to wszystko pięknie, ale niełatwo wyrzec się ramion, do których ma się ochotę przytulić w tańcu, tym bardziej że jakoś na żadne inne się tej ochoty nie ma! Toteż wróciłam do domu z »dwoma uczuciami« (styl!!!). Pierwsze – ha, wpadłam w dołki, które sama pod innymi kopałam, odczułam na swojej skórze, jak wygląda moja własna taktyka. Drugie – Smak goryczy! To drugie było w pierwszych chwilach oczywiście silniejsze, chciałam nawet »opis« tych rzeczy tak zatytułować, no ale tydzień minął i »smak goryczy« nie jest taki silny, może go nawet wcale nie ma... No ale jedźmy dalej: Janek – wszystkie uczucia i wnioski, teraz ten »smak goryczy« – summa summarum, jeden krótki wniosek: masz, panna, pociąg do mężczyzn, którzy cię mają »gdzieś«, i tu koniec filozofii. Głupio to skomentowane, ale sęk w tym, że sam »wniosek« nie jest taki głupi, jak to jego sformułowanie. Za to jaka ja jestem śmieszna w jego świetle!!!! »No bo tak«: załóżmy, że jest jakiś bal. Na balu tym obecnych jest 15 (!) moich »wielbicieli«. Z tych 14 kręci się koło mnie, a jeden, ten piętnasty, bawi się w najlepsze z panną X. Oczywiście łatwo się domyśleć, co się dzieje we mnie: »s z a l e j ę« za tym »piętnastym«”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1952, dz. cyt., s. 501. Z kolei 9 lutego 1953 r. młoda diarystka dopowiadała do historii sprzed kilku miesięcy następujące fakty: „A w ogóle, mimo to, że uchodzę za istotę o sporym powodzeniu, nie mam (według mnie) »szczęścia« do chłopców: kiedy w zeszłym roku o tej porze poznałam Januszka L[ichomskiego], »zakochałam się« w nim na pewien przeciąg [!] czasu tak, że zapomniałam o Jerzym [Rajskim – zob. przyp. 186, s. 79], zerwałam (to było chyba najpoważniejsze nasze »zerwanie«) ze Stachem [Kowalskim – zob. przyp. 159, s. 70] i byłam »w siódmym niebie«. Ponieważ jednak nasza sympatia zaczynała się i kończyła na tańcu, prędko się do tego przystosowałam i przyznam, że wcale nie zastanawiałam się, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Kiedy niedawno Janusz wspomniał mi, że traktowałam go wówczas jako »fordansera«, poczułam się zdziwiona i dotknięta – jak to, ja przecież traktowałam go wówczas identycznie tak samo, jak on mnie. Gdzież tu miejsce na tego rodzaju nieporozumienie? No, ale mniejsza o to – nigdy się chyba nie dowiem, co Janusz wtedy o mnie myślał i co czuł. Fakt, że było mi cudownie młodo, szaleńczo. Sama nie wiem, jak się rozwiało – chyba po prostu dlatego, że skończyły się zabawy, a zaczął basen, obóz, »nawrót Stacha«, no a potem uczelnia i – imieniny Januszka z Marylką i moją wielką, jakże niesłuszną i nieuzasadnioną »rozpaczą« – »Smak Goryczy«. Oczywiście prędko wyperswadowałam sobie te wszystkie naiwności i pozostałam najnormalniejszą w świecie (tyle że trochę „postrzeloną”) koleżanką Janusza. Nie mam do niego ani cienia żalu o to, że »miał dość« osoby, która »traktowała go jak fordansera«, a sama za źle tańczy na to, aby on ją w taki sam sposób traktował. Sama tylko nie wiem, czy Janusz z kolei wie, że był okres czasu [!], kiedy »traktowałam« go »trochę« inaczej. Ale tego to już się nigdy nie dowiem. Fakt faktem, że Janusza straciłam, a długa i męcząca Stachowa historia wreszcie się skończyła (»tak zupełnie« to też nie, ale za skończoną chcę ją uważać), Waldek [Bagłajewski – zob. przyp. 179, s. 262] zabłysnął i zniknął – tak że jestem wolna, nieskrępowana i czasem jest mi z tym oszałamiająco dobrze i wygodnie. Takie dzikie, upajające uczucie swobody po Stachowych »więzach«. Tylko z drugiej strony to stwarza czasem takie nieprzyjemne sytuacje, kiedy, mając jednocześnie kupę kolegów, w poszukiwaniu »partnera« pozostaję »na lodzie«. Tak prawdę powiedziawszy, to ten mój »lód« też nie jest pustynią, ale jakoś nikt z tych, którzy się tam znajdują, mi nie »odpowiada«. Wiem, że dobrze mogłabym się bawić tylko z jednym z Januszków [Januszki: Lichomski i Regulski], a skoro to jest niemożliwe, na żadnych potańcach mi nie zależy i »kwita«. Ojej, co ja zrobię?!!”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 78–80.

48 Bridge (ang.) – brydż, gra w karty. Agnieszka Osiecka stosowała zarówno jego angielską, jak i spolszczoną nazwę.

49 Zanotowana pod datą 9 maja 1953 r. relacja z wizyty aktywu uczelnianego w domu Anity Schneck wiele mówi o stosunkach międzyludzkich w stalinizmie: „Ulka [Palenga, koleżanka ze studiów dziennikarskich], Kalina i ja pojechałyśmy do wujostwa Anity, aby przekonać się, jak sprawa Anity wygląda z tej strony, i jak, w wypadku gdyby jej słowa były prawdą, można jej pomóc w sprawie mieszkania (Anita bowiem, »wyrzucona przez okrutnego wujaszka«, mieszka od kilku dni w Dziekance na »waleta« i rozczula nas opowieściami o swym tragicznym położeniu materialno-mieszkaniowo-samopoczuciowym). Szłyśmy ciekawe i z drżącym sercem. Otworzyła nam gosposia. Była co prawda lekko zdziwiona, ale nie wyrzuciła nas »od progów pana ministra« (jak to opowiadała o losie ewentualnych »gości tego domu« Anita). Weszłyśmy do cudnego mieszkania po brzegi wypełnionego luksusem, ciszą, książkami i dwojgiem ślicznych małych dzieci. Na widok książek, głębokiego fotela i biurka Ulce i Kalinie aż się oczy zaskrzyły – mieć takie warunki do nauki i wybrać (czy być skazanym na) Dziekankę!!! Ciotka, potężna dość niewiasta, wydała nam się w pierwszej chwili sucha, ostra i nieprzystępna. Oficjalnym tonem poprosiła nas głębiej, kazała siadać i grzechotkowatym głosem potakiwała Ulce, która wyjaśniała jej cel naszego przybycia i jej [!] sytuację wobec Anity pobytu w Dziekance (Ulka pełni tam jakąś funkcję, która nie pozwala jej zamykać oczu na »waletów«). Ale kiedy »ciocia« sama zaczęła mówić, od razu wszystko się zmieniło – stała się cudowna, kochana, bliska. Mówiła o tym, że kształcenie Anity to strata grosza publicznego (i to nie brzmiało w jej ustach jak frazes) – po pierwsze, ze względu na jej brak zdolności, po drugie – na kompletny brak zainteresowań sprawami nauki i światopoglądu i wrodzony wstręt do jakiejkolwiek samodzielnej pracy. Oburzała się na to, że Anita (mimo niezliczonych rozmów na ten temat) nic nie czyta, nie interesuje się literaturą – gdzież więc perspektywy odpowiedzialnej pracy dziennikarskiej czy właśnie literackiej. Mówiła o matactwach i dokuczliwych a ciągłych kłamstewkach Anity związanych z jej sposobem życia, którego hasłem było – maximum rozrywki – minimum nauki i myślenia; o nieumiejętności (i niechęci do jej nabrania) marksistowskiego myślenia; o stosunku do gosposi – człowieka pracy, której okazywała »wielkopański« niemalże brak szacunku; o światopoglądzie Anity opartym na szmatkach, lustrze i kontemplacji własnej buzi; o nieprzyjmowaniu krytyki wprost zadziwiającym (tzw. spływanie krytyki jak wody po kaczce)... My z kolei opowiadałyśmy o naszych obserwacjach dotyczących nauki Anity, jej niesamodzielności, lenistwie i braku ambicji. Przebiegałam myślą cały okres naszej wspólnej nauki w kolektywie, podczas której Zbyszek zdobył ważną umiejętność myślenia, a Anita – nic. Kalina i Ulka mówiły o próżności i egoizmie Anity, wspomniały o sprawie Ryśka. Konfrontowałyśmy to, co widzimy i słyszymy, z tym, co mówiła Anita o swoich warunkach w domu, kiedy przychodziła na kolektyw kompletnie nieprzygotowana albo kiedy łzawie uskarżała się na swe położenie i chorą mamusię, która ponoć jest równie leniwa i zdrowa jak Anita. Mówiłyśmy o położeniu materialnym (»ciuchy!«) Anity, lepszym niż którejkolwiek z nas, i jej chełpieniu się tym, o stosunku do brzydszych koleżanek, o gierkach i świństewkach przeprowadzanych niezawodną bronią wdzięku i sztucznej słodyczy. Przykłady były rozmaite, uogólnienia – te same. Co do wniosków: »ciocia« mówi, że przebywanie Anity na uczelni to strata pieniędzy dla państwa (ponieważ »zainwestowane« nic nie dadzą), że powinna iść do jakiejś szkoły choreograficznej czy zawodowej. Że my się z nią za bardzo pieścimy, że Anita powinna przejść twardą szkołę kłopotów życiowych, żeby się nauczyć uczciwej pracy i chodzenia prostymi drogami. Zgodziłyśmy się z tym, ale z jednym zastrzeżeniem: mimo wszystko nie ma formalnych podstaw, żeby usunąć Anitę z sekcji. Istnieje ponadto jakiś, jakby z lekka faworyzujący, stosunek »gór« do niej (Blasowa [zob. przyp. 223, s. 95]), co nie gwarantuje krytyce oddolnej poparcia krytyki odgórnej (odwrotnie jak u Ryśka i korzystnie dla »ofiary«). Tę sytuację trochę zmieni telefon wujka Anity do Litwina. Istnieje przypuszczenie, że Anita wykorzystała stanowisko wujka dla zaszachowania niektórych osób na [!] sekcji, wrażliwych na te rzeczy. Kalina mówi ponadto, że »solidarność rasowa«. Może trochę... Ale chyba jednak będzie się »wychowywać« Anitę. Tylko że to będzie bardzo trudne i może nawet okaże się bezskuteczne. Bo Anita to taki człowiek, którego nie wystarczy lekko nagiąć i wytknąć mu linię, jak to z większością z nas (w wypadku »sadowiarstwa« Andrzeja, pozostałości Kaliny i moich itp.). Ją trzeba połamać i zestawiać na nowo. Ona jest jednym z tych przypadkowych ludzi, którzy znaleźli się na naszym wydziale, z którymi nie wiadomo, co robić. Opłacalności włożonych w nią przy »wychowaniu« wysiłków nie gwarantuje jedno – zdolności. No bo jeżeli nawet da się zrobić z niej człowieka (w co wątpię – ma rozum dziecka, ale spryt dorosłej – w przeciwstawieniu do nas wszystkich – kobiety) – to ona się za to społeczeństwu nie zrewanżuje. »Filozof ani ekonomista, ani literat z Anity nie będzie« – mówiła cudowna komunistyczna ciocia”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 158–160.

50 Marzena Zielińska – koleżanka ze studiów dziennikarskich. Pracowała jako dziennikarka w Olsztynie.

51 Dom Dziennikarza (DD) – budynek położony przy ulicy Foksal 3/5. W PRL-u mieściły się tu m.in. sala kinowa, biblioteka, restauracja i siedziba działającego od 1951 r. Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

52 Agnieszka Osiecka bardzo często popełniała powszechne błędy w zapisie liczebników porządkowych.

53 Stefania Grodzieńska-Jurandot (1914–2010) – polska aktorka teatralna i estradowa, pisarka, felietonistka, satyryczka. Żona Jerzego Jurandota. Kłopoty z talentem (1953) – powieść Tadeusza Kwiatkowskiego (1920–2007), pisarza, satyryka, felietonisty, scenarzysty, krytyka. Goya (tyt. oryg. Goya oder Der arge Weg der Erkenntnis, 1951) – powieść Liona Feuchtwangera. Przekład na język polski Jacka Frühlinga i Janusza Grabowskiego ukazał się w 1953 r.

54 Właśc. Rzym, godzina 11 (reż. Giuseppe De Santis, premiera światowa 27 lutego 1952 r.) – francusko-włoski film neorealistyczny.

55 Nędza filozofii. Odpowiedź na Filozofię nędzy p. Proudhona (tyt. oryg. Misère de la philosophie. Réponse à la philosophie de la misère de M. Proudhon), Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej (tyt. oryg. Kapital. Kritik der politischen Ökonomie) – rozprawy Karola Marksa (właśc. Karl Heinrich Marx, 1818–1883), niemieckiego filozofa, ekonomisty i działacza rewolucyjnego, twórcy marksizmu, współzałożyciela Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników (tzw. Pierwsza Międzynarodówka, 1864). Leonardo da Vinci (właśc. Leonardo di ser Piero da Vinci, 1452–1519) – włoski artysta, uczony i myśliciel.

56 Aleksander Puszkin (1799–1837) – rosyjski poeta, pisarz, dramatopisarz. „Puszkina znam i rozumiem najlepiej ze wszystkich poetów, z których utworami się zetknęłam. Poezja Puszkina odegrała w moim życiu (to brzmi z lekka napuszenie »moje życie«) rolę niemalże osobistą. Potrafiłam »płakać łzami Puszkinowskich strof«. I od tego czasu umiem »czuć wierszem Puszkina« i to się już nigdy nie zmieni”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1952, dz. cyt., s. 451.

57 Jurij Tynianow (1894–1943) – rosyjski pisarz, historyk, krytyk i teoretyk literatury, scenarzysta. Autor trzytomowej powieści biograficznej Puszkin (tyt. oryg. Puszkin, 1936). Przekład na język polski opracowała Nadzieja Drucka. Iwan Nowikow (1877–1959) – rosyjski pisarz, dramatopisarz, eseista i historyk literatury. Autor powieści Puszkin na wygnaniu (tyt. oryg. Puszkin w izgnanii, 1936–1944), którą Agnieszka Osiecka czytała w 1952 r. w przekładzie na język polski Grzegorza Timofiejewa i Jana Nepomucena Millera z 1951 r.

58 Leonid Grossman (1888–1965) – pisarz rosyjski. Autor powieści Śmierć poety (tyt. oryg. Zapiski d’Archiaca, 1929), opowiadającej o Aleksandrze Puszkinie. W 1952 r. Agnieszka Osiecka czytała przekład na język polski Władysława Broniewskiego z 1949 roku.

59 Krym – półwysep nad Morzem Czarnym, na który zesłano Aleksandra Puszkina za współpracę z dekabrystami, zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 196–198.

60 Zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1952, dz. cyt., s. 496–497.

61 Zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, dz. cyt., s. 326.

62 „Ja was lubił: lubow’ jeszczo, byt’ możet, / W dusze mojej ugasła nie sowsiem; / No pust’ ona was bolsze nie triewożyt; / Ja nie choczu pieczalit’ was niczem. / Ja was lubił tak iskrienno, tak nieżno, / Kak daj wam Bog lubimoj byt’ drugim” (ros.) – „Kochałem Panią – i miłości mojej / Może się jeszcze resztki w duszy tlą, / Lecz niech to Pani już nie niepokoi, / Nie chcę Cię smucić nawet myślą swą. / Tak tkliwie, tak żarliwie – że daj Boże, / Aby Cię inny tak pokochać mógł”. Fragmenty wiersza ***Kochałem panią Aleksandra Puszkina, zob. tegoż, ***Kochałem panią, w: tegoż, Lutnia Puszkina, wybór, przekł. Julian Tuwim, oprac. Tadeusz Januszewski, Wrocław 2009, s. 76.

63 Michaił Lermontow (1814–1841) – rosyjski poeta, dramaturg, pisarz.

64 Ostatnie dni (tyt. oryg. Poslednije dni, reż. Józef Wyszomirski, premiera 26 listopada 1949 r. w Teatrze Polskim w Warszawie) – dramat Michaiła Bułhakowa (1891–1940), rosyjskiego pisarza, dramaturga, felietonisty, reportażysty, aktora, lekarza. Powstała w 1935 r. sztuka znana jest również jako Puszkin – pierwszy polski przekład na język polski Aleksandra Bachracha z 1949 r. zatytułowany został Aleksander Puszkin. Agnieszka Osiecka widziała tę sztukę 28 kwietnia 1950 r.

65 „Dień każdyj, każduju godinu / Priwyk ja dumoj prowożdat’, / griaduszczej smierti godowszczinu / mież ich starajas’ ugadat’. // I gdie mnie smiert’ poszlot sud’bina? / W boju li, w stranstwii, w wołnach? / Ili sosiedniaja dolina / Moj primiet ochładiełyj prach?” (ros.) – „Żadnego dnia, godziny żadnej / Przywykłem nie pomijać w myśli, / Wierząc, że pośród nich odgadnę / Już dziś godzinę śmierci przyszłej. // I gdzie mnie śmierć wyroczna czeka: / W boju, w wędrówce, w morza łonie? / Czy też dolina niedaleka / Ostygły popiół mój pochłonie?”. Fragment wiersza ***Czy błądzę po ulicach szumnych Aleksandra Puszkina, zob. tegoż, ***Czy błądzę po ulicach szumnych, przeł. Mieczysław Jastrun, w: Aleksander Puszkin, Wybór wierszy, oprac. Bohdan Galster, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1982, s. 293–294.

66 „Pogib poet, niewolnik czesti / Pał, oklewietannyj mołwoj…” (ros.) – „Poeta padł! – niewolnik czci – / Oszczerczą oczerniony mową…”. Początek wiersza Na śmierć Puszkina Michaiła Lermontowa, zob. tegoż, Na śmierć Puszkina, przeł. Wiesław Karczewski, w: Dwa wieki poezji rosyjskiej. Antologia, oprac. Mieczysław Jastrun, Seweryn Pollak, Czytelnik, Warszawa 1954, s. 253–255.

67 „Non omnis moriar” (łac.) – nie wszystek umrę; będę żył w swoich dziełach. Wyimek z Pieśni Horacego (właśc. Kwintus Horacjusz Flakkus, 65–8 r. p.n.e.), rzymskiego poety, satyryka, pisarza.

68 Mieczysław Kafel (1912–1971) – prasoznawca, wykładowca.

69 Właśc. „Lubow’ nikogda nie bywajet biez grusti, / A eto prijatniej, czem grust’ biez lubwi” (ros.) – Nie zdarza się miłość bez smutku /, a to przyjemniejsze niż smutek bez miłości (przeł. red.). Fragment Piosenki lirycznej (tyt. oryg. Liriczeskaja piesienka, sł. E. Dołmatowski, muz. J. Miliutin) z radzieckiej komedii Serca czworga (tyt. oryg. Sierdca czetyriech, reż. Konstantin Judin, premiera światowa 1945).

70 Karburacja – mieszanie paliwa płynnego z powietrzem w celu wytworzenia mieszanki palnej.

71 SGSZ (Szkoła Główna Służby Zagranicznej, 1950–1961) – warszawska uczelnia wyższa kształcąca kadry PRL-owskiej dyplomacji. Uczelnia zajmowała budynek przedwojennej Szkoły Nauk Politycznych przy ulicy Wawelskiej 56 (obecnie mieści się tu Krajowa Szkoła Administracji Publicznej). W 1951 r. Agnieszka Osiecka zakładała, że pójdzie na studia właśnie tam – o zamiarze takim pisała również w notatce z 8 lutego 1952 r., zob. tejże, Dzienniki i zapiski. 1952, dz. cyt., s. 102.

72 Po maturze w 1952 r. Agnieszka Osiecka rozpoczęła studia na Uniwersytecie Warszawskim na dwóch wydziałach – na dziennikarstwie oraz na prawie. Dyplom z dziennikarstwa obroniła w 1956 r., a z prawem rozstała się znacznie wcześniej. W 1957 r. rozpoczęła studia na Wydziale Reżyserskim w PWSTiF w Łodzi.

73 Siergiej Jesienin (Sieriożka, 1895–1925) – rosyjski poeta, pisarz i publicysta. Popełnił samobójstwo.

74 Ruch (od 1918 r.) – warszawskie przedsiębiorstwo zajmujące się przede wszystkim prenumeratą i kolportażem prasy oraz produktów szybko zbywalnych, założone przez Jakuba Mortkowicza i Jana Gebethnera jako Polskie Towarzystwo Księgarń Kolejowych RUCH Spółka z o.o. Od 1950 r. nazywało się Państwowe Przedsiębiorstwo Kolportażu, a obecnie – Ruch SA.

75 Właśc. półoś napędowa – część układu napędowego (wał) przenosząca napęd mechanizmu różnicowego pojazdu na koło napędowe.

76 Bieg bezpośredni – napęd przekazywany bezpośrednio, z pominięciem przekładni zębatych. W czasie biegu bezpośredniego dochodziło do najmniejszych strat mechanicznych, ponieważ koła zębate skrzyni obracały się bez obciążenia.

77 Grunwald – marka polskich papierosów bez filtra.

78 Właśc. Wystawa prac postępowych artystów plastyków – ekspozycja otwarta 6 lutego 1954 r. w Centralnym Biurze Wystaw Artystycznych (tak w latach 1949–1989 nazywała się działająca od 1860 r. Narodowa Galeria Sztuki Zachęta).

79 Lubow Jarowaja (tyt. oryg. Lubow Jarowaja, reż. Yan Frid, premiera 1953 r.) – radziecki film wojenny. Fiodor Szwandia – postać z filmu Lubow Jarowaja grana przez Igora Gorbaczowa (1927–2003), aktora radzieckiego.

80 Przygoda na Mariensztacie (reż. Leonard Buczkowski, premiera polska i światowa 25 stycznia 1954 r.) – komedia obyczajowa, pierwszy kolorowy pełnometrażowy film polski.

81 Właśc. „Prawdy! prawdy! – Prawda – powiecie – jest często sucha, pospolita, płaska; […] Jeśli być prawdziwym, to tak jak Molière, Regnard, Richardson, Sedaine; prawda ma swoje strony uderzające, które się chwyta, gdy się ma talent. – Tak, gdy się ma talent; ale gdy ktoś nie ma? – Gdy nie ma, nie powinien pisać” – wyimek z powieści Kubuś Fatalista i jego Pan Denisa Diderota, zob. tegoż, Kubuś Fatalista i jego Pan, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński, wstęp Marcin Cieński, weryfikacja przekładu i oprac. Elżbieta Skibińska-Cieńska i Marcin Cieński, Wrocław 1997, s. 42–43.

82 Właśc. „W ujęciu marksistowsko-leninowskim to, co typowe, nie oznacza bynajmniej jakieś średniej statystycznej. Typowość odpowiada istocie danego zjawiska społeczno-historycznego, nie jest po prostu zjawiskiem najbardziej rozpowszechnionym, najczęściej się powtarzającym, powszednim. Świadome przejaskrawienie, wyostrzenie obrazu nie wyklucza typowości (lecz w pełniejszej mierze ujawnia ją i podkreśla)” – wyimek z Referatu sprawozdawczego na XIX Zjedzie Partii o działalności WKP Gieorgija Malenkowa (1902–1988), radzieckiego działacza komunistycznego i polityka, w latach 1953–1955 premiera ZSRR.

83 Właśc. „Człowiek to jednak nie ameba i nie obrabiarka, to coś bardziej skomplikowanego!” – wyimek z powieści Burza Ilii Erenburga, zob. tegoż, Burza, przeł. Stanisław Strumph-Wojtkiewicz, Warszawa 1956, s. 124.

84 Żelazna kurtyna (ang. iron curtain) – metaforyczne określenie bariery między obozem komunistycznym a krajami Zachodu. Określenia tego użył Winston Churchill 5 marca 1946 r. w historycznym wystąpieniu w Fulton w stanie Missouri, w którym mówił m.in. o tym, że żelazna kurtyna podzieliła Europę – jej linia przebiega od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem, a na wschód od niej znajduje się strefa sowiecka. Niewątpliwie Churchill spopularyzował ten termin, choć jako pierwszy użył go do opisu porządku pojałtańskiego Joseph Goebbels w artykule opublikowanym 25 lutego 1945 r. w „Das Reich”.

85 Światowa Rada Pokoju (ang. World Peace Council, WPC, od 1950 r.) – organizacja powołana do działania na rzecz pokoju światowego w Warszawie, podczas II Światowego Kongresu Obrońców Pokoju w 1950 r. Finansowany przez Związek Radziecki organ był właściwie od niego zależny. Po rozpadzie ZSRR przekształcił się w międzynarodową organizację pozarządową z siedzibą w Atenach.

86 Igor Newerly (właśc. Igor Abramow-Newerly, 1903–1987) – pisarz, publicysta, redaktor, pedagog, działacz społeczny. Agnieszka Osiecka przyjaźniła się z synem Igora Newerly’ego – Jarosławem Abramowem-Newerlym (zob. przyp. 137, s. 241), z którym współtworzyła Studencki Teatr Satyryków (STS), zob. tegoż, Lwy STS-u, Warszawa 2005, s. 217–220 i in.

87 Johann Wolfgang Goethe (1749–1832) – niemiecki poeta, pisarz, dramatopisarz, wolnomularz. Fryderyk Schiller (1759–1805) – niemiecki poeta, dramaturg, teoretyk teatru, filozof i historyk. Byron (właśc. George Gordon Byron, 1788–1824) – angielski poeta, dramatopisarz i działacz polityczny. Percy Bysshe Shelley (1792–1822) – angielski poeta, dramatopisarz, pisarz, publicysta. Wiktor Hugo (fr. Victor Hugo, 1802–1885) – francuski poeta, pisarz, dramatopisarz, publicysta, grafik, polityk. Honoriusz Balzak (fr. Honoré de Balzac, 1799–1850) – powieściopisarz francuski. Napisał składający się z ponad 130 utworów cykl powieścio­wy Komedia ludzka (tyt. oryg. La Comédie Humaine), w którym zaczytywała się (z inspiracji Ludwika Walunkiewicza, zob. przyp. 232, s. 99) Agnieszka Osiecka już w szkole średniej.

88 Dziewiąta fala (tyt. oryg. Diewiatyj wał, 1952) – powieść Ilii Erenburga. Przekład na język polski opracowała Gabriela Pauszer-Klonowska.

89 Schwarzcharakter (niem.) – czarny charakter.

90 Czerwone niebezpieczeństwo (metafor.) – komunizm.

91 Konferencja berlińska (25 stycznia–18 lutego 1954 r.) – rozmowy ministrów spraw zagranicznych „Wielkiej trójki” (Stany Zjednoczone Ameryki, Wielka Brytania, ZSRR) i Francji dotyczące wojny koreańskiej, wojny indochińskiej oraz podzielonej między aliantów i Niemcy Austrii (w ostatniej z kwestii nie zdołano się porozumieć).

92 Wiaczesław Mołotow (właśc. Wiaczesław Skriabin, 1890–1984) – radziecki działacz komunistyczny i polityk. W latach 1931–1940 był przewodniczącym Rady Komisarzy Ludowych ZSRR. W latach 1939–1949 i 1953–1956 był ministrem spraw zagranicznych ZSRR.

93 George Bidault (1899–1983) – polityk francuski. Premier Francji w latach 1946, 1949–1950. Anthony Eden (1897–1977) – polityk brytyjski. Premier Wielkiej Brytanii i lider Partii Konserwatywnej w latach 1955–1957. John Foster Dulles (1888–1959) – polityk amerykański. Sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych w latach 1953–1959.

94 Adolf Hitler (1889–1945) – niemiecki dyktator i zbrodniarz wojenny. Przywódca III Rzeszy i twórca idei narodowego socjalizmu (nazizmu). Anschluss (niem.) – przyłączenie Austrii do Niemiec w 1938 r. Aneksją tą III Rzesza pogwałciła postanowienia traktatu wersalskiego z 1919 r.

95 Nadziei za dwa grosze (tyt. oryg. Due soldi di speranza, reż. Renato Castellani, premiera światowa 10 kwietnia 1952 r.) – włoski film obyczajowy.

96 „Nu, wot – nie obiernułsia – a wodku czerty wziali” (ros.) – Ani się obejrzysz, a wódkę diabli wzięli (przeł. red.).

97 Marian Kubera (Marek, Mareq, Markus, Serce Moje, ur. 1935) – kolega ze studiów dziennikarskich, sympatia Agnieszki Osieckiej. Aktor, reżyser, scenarzysta. Wraz z Agnieszką Osiecką współtworzyli Dziennikarską Spółdzielnię Satyryków (DSS), a potem przeszli do Studenckiego Teatru Satyryków (STS). Agnieszka Osiecka poznała Mariana Kuberę w trakcje egzaminów wstępnych na dziennikarstwo i trzymała się z nim w pierwszych tygodniach studiów. Kiedy jednak zaczęła przyjaźnić się i flirtować z innymi kolegami, Marian Kubera poczuł się nieco urażony i wyraźnie zdystansował się wobec koleżanki: „Marek. Uśmiechnięty kochany Marek, który moje brednie tolerował, a wykwity intelektu uwielbiał. Marek, z którym można było mówić godzinami, którego traktowało się z jakąś poufale-lekceważącą manierą, a do którego w gruncie rzeczy przywiązałam się tak jak do rzadko którego z moich oficjalnie uznanych przyjaciół...”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 114.

98 Tadeusz Kupis (1925–1998) – prasoznawca, wykładowca. „Kupis jest właściwie mądry gość. Czasem ślicznie mówi. Tylko jakoś słowami nakazuje szacunek, a postępowaniem lekceważenie. Ale w tym dużo naszej winy. A poza tym, to u niego, jak rzadko u kogo, widać ogromną walkę wewnętrzną o zlikwidowanie tej »rozbieżności między słowem a czynem«”, tamże, s. 232.

99 Helena Zaremba (zm. 2008) – gosposia w domu Osieckich. Miała córkę Irenę i wnuczkę Danusię, którą Agnieszka Osiecka trzymała w 1954 r. do chrztu.

100 Halniak (in. halny) – silny i porywisty wiatr wiejący zarówno w Karpatach, jak i Sudetach.

101 Zamek kaniowski (1828) – powieść Seweryna Goszczyńskiego (1801–1876), poety, pisarza, działacza społecznego i niepodległościowego. Zygmunt Krasiński (właśc. Zygmunt Napoleon Krasiński, 1812–1859) – poeta, pisarz, dramatopisarz, duchowny.

102 „Głucho wszędzie, pusto wszędzie, głupstwo było, głupstwo będzie…” – aluzja do „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, / Co to będzie, co to będzie?” – zawołania Chóru z Dziadów (cz. II) Adama Mickiewicza.

103 Maciej Sikorski (Maciulek, ur. 1947) – brat cioteczny i przyjaciel Agnieszki Osieckiej. Matematyk, wykładowca. Jedyne dziecko Barbary Sikorskiej, siostry Marii Osieckiej, zob. przyp. 115, s. 54.

104 Dieriewnia (ros.) – Wieś. Wiersz Aleksandra Puszkina, zob. tegoż, Wieś, przeł. Stanisław Strumph-Wojtkiewicz, w: Aleksander Puszkin, Wybór wierszy, dz. cyt., s. 53–55.

105 Zenith – marka gaźnika.

106 Marta Tomaszewska – koleżanka ze studiów dziennikarskich.

107 Grójec – miasto w województwie mazowieckim, siedziba powiatu i gminy. Położone na południe od Warszawy, od której jest oddalone o 45 km. Ford Eifel (1935–1940) – amerykańska marka samochodu. Model Eifel produkowano w niemieckim oddziale Ford Motor Company, który istniał od końca II wojny światowej do 1967 r.

108 Właśc. Ośrodek Szkolenia Dziennikarskiego – instytucja znajdująca się przy ulicy Krochmalnej na warszawskiej Woli. To tutaj odbywały się próby i premiera pierwszego programu Dziennikarskiej Spółdzielni Satyrycznej (DSS), zob. przyp. 74, s. 304.

109 Agnieszka Osiecka zapisała w ten sposób słowo „czwartek” – chodziło jej zapewne o wypadający właśnie w czwartek dzień 4 marca 1954 r.

110 Grzegorz Jaszuński (1910–2001) – dziennikarz, publicysta, korespondent. W latach 1949–1989 pracował w „Życiu Warszawy”. „Życie Warszawy” (1944–2011) – warszawski dziennik. Jedno z najważniejszych mediów opiniotwórczych w PRL-u.

111 Roman Karst (właśc. Adolf Tuchman, 1911–1988) – krytyk i historyk literacki, tłumacz, wykładowca.

112 Lutek – Ludwik Kozłowski, zob. przyp. 46, s. 29. Henryk Karski (1934–2006) – kolega Agnieszki Osieckiej, hrabia.

113 Trzy zamazane słowa.

114 Osieccy powstanie warszawskie przeżyli w Śródmieściu Warszawy – w piwnicy budynku stojącego przy ulicy Moniuszki. Po upadku powstania Osieccy udali się wraz z ludnością Warszawy do obozu w Pruszkowie, a potem przeniesiono ich do niemieckiego obozu pracy do Sankt Pölten, miejscowości w Dolnej Austrii (w północno-wschodniej Austrii), położonej 60 km na wschód od Wiednia, nad rzeką Traisen (dopływ Dunaju). Agnieszka Osiecka wspominała miejsce zesłania z ogromnym sentymentem, nazywała je „Miasteczkiem na dłoni”: „Myślę o moim cudnym »Miasteczku na dłoni«, o Kaiserwald[zie], Dunaju i Wiedniu, Alpach, fiołkach i Wiośnie. Wiem, czuję to, że nie mogłabym tam zostać na zawsze, ale tak bardzo pragnęłabym móc tam od czasu do czasu pojechać i zobaczyć czyste, błękitne niebo bez szumu ciężkich bombowców, i wsłuchać się w ciszę wsi podalpejskiej i Wiosny, niezakłóconej jazgotem lecących samolotów i złowieszczym hukiem padających dookoła bomb. Chciałabym widzieć pole koło domku państwa Lege zaorane i zasiane, a nie zryte lejami półtonówek. Chciałabym patrzeć na Dunaj, nie widząc dookoła siebie spustoszenia sianego wszędzie przez pierwszą linię frontu. Chciałabym chodzić po Wiedniu, Wienerwaldzie i Wiener Neustadt, nie widząc dookoła siebie ani mundurów hitlerowskich, ani nie czując strasznego oddechu wojny. Chciałabym po prostu zobaczyć i odczuć Wiosnę tam, gdzie już raz widziałam ją w chwilach, kiedy żyło się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, w kraju swoich wrogów, który pokochałam”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki 1945–1950, dz. cyt., s. 175–176. W 1945 r. Osieccy wrócili do zrujnowanej Warszawy i przez parę następnych lat dręczyli się myślami o tym, czy nie powinni byli zostać w Austrii albo osiąść we Lwowie (nastoletnią Agnieszkę Osiecką męczyły nawet sny na ten temat, zob. tamże, s. 201). Te rozterki wynikały przede wszystkim ze skomplikowanej sytuacji rodzinnej urodzonego w Belgradzie Wiktora Osieckiego, którego babka była Wołoszką, matka pół Serbką, a pół Wołoszką, ojciec zaś Polakiem mieszkającym na Węgrzech. Urodzony w 1905 roku w Belgradzie Wiktor Osiecki wcześnie stracił rodziców i dzieciństwo spędził wpierw w domu macochy w Wiedniu (tu uczęszczał do konserwatorium muzycznego), potem mieszkał u dalszej rodziny we Lwowie (tu rozpoczął karierę muzyka rozrywkowego). Mówił z akcentem. Był pianistą, akompaniatorem, kompozytorem. W dobrych chwilach czuł się obywatelem całego świata, a w gorszych – bezpaństwowcem. Kłopoty tożsamościowe Wiktora Osieckiego co rusz odzywały się w pisarstwie autobiograficznym jego córki: „»Monarchia austro-węgierska« – to tak obco, zagranicznie brzmi – trudno mi uprzytomnić sobie, że to właśnie moja ojczyzna. Cóż – Węgry, Austria, Jugosławia, Wołoszczyzna, Polska – oto »ojczyzny« moich przodków. Czy to dobrze, że mój ojciec wybrał obywatelstwo polskie? Myślę, że chyba tak. Jedyne, które może z nim konkurować – austriackie – odpada pod [!] moim »sądem«. Austriak tak bardzo scalił się z Niemcem i upodobnił do niego, że nie jest przez ogół ludzi od niego odróżniany. Nie chciałabym być Niemką, członkiem [!] narodu znienawidzonego przez świat ani za takiego [!] uważaną”, tamże, s. 442.

115 Najpewniej chodzi o Władysława Sikorskiego, szwagra Marii Osieckiej, a zatem męża Barbary Sikorskiej (1914–1978), która od 1948 r. była wdową i samotnie wychowywała Macieja Sikorskiego. „Basia była jedyną w naszej rodzinie osobą solidnie wykształconą i jakoś tak... natchnioną intelektualnie. Należała do ludzi, którzy czytują Pascala w oryginale, a mimo to nie cytują go przy każdej okazji”, Agnieszka Osiecka, Szpetni czterdziestoletni, dz. cyt., s. 20.

116 Sobieszów – dzielnica Jeleniej Góry. W latach 1945–1954 stanowił siedzibę gminy.

117 Wspomnienia (tyt. oryg. Wospominanija) – publikacja Wiktora Wieriesajewa (właśc. Wiktor Smidowicz, 1867–1945), rosyjskiego pisarza, historyka i lekarza. Przekład na język polski Remigiusza Kwiatkowskiego ukazał się w 1951 r. Piątka z ulicy Barskiej (reż. Aleksander Ford, premiera 27 lutego 1954 r.) – film fabularny na podstawie powieści Kazimierza Koźniewskiego pod tym samym tytułem.

118 Dzieciństwo (tyt. oryg. Dietstwo, 1852), Lata chłopięce (tyt. oryg. Otczestwo, 1854), Młodość (tyt. oryg. Junost’, 1857) – trylogia autobiograficzna Lwa Tołstoja (1828–1910), rosyjskiego pisarza, dramatopisarza, krytyka literackiego, pedagoga. Pierwsze z trzech opowiadań stanowiło debiut pisarski Tołstoja – Agnieszka Osiecka znała je przynajmniej od 1951 r.

119 Tuła – rosyjskie miasto nad rzeką Upą w Podmoskiewskim Zagłębiu Węglowym. Witia – zdrobnienie od imienia Wikientij (Wiktor).

120 Właśc. Petersburski Uniwersytet Państwowy (od 1724 r.) – rosyjska uczelnia państwowa w Sankt Petersburgu. W latach 1948–1989 nosiła imię Andrieja Żdanowa. Właśc. Uniwersytet w Tartu (in. Uniwersytet Dorpacki, est. Tartu Ülikool, od 1632 r.) – estońska uczelnia państwowa w Tartu. W XIX w. przemianowana została z rozkazu cara Aleksandra I na Cesarea Universitas Dorpatiensis.

121 U progu tajemnicy (tyt. oryg. Dead of night, reż. Alberto Cavalcanti, Charles Crichton, Basil Dearden, Robert Hamer, premiera światowa 4 września 1945 r.) – horror brytyjski.

122 Stefan Treugutt (1925–1991) – historyk literatury, krytyk teatralny, wykładowca. Balladyna (1834) – tragedia Juliusza Słowackiego.

123 Paloma (reż. Emilio Fernández, premiera światowa 6 lipca 1949 r.) – meksykański film obyczajowy.

124 Strażnica w górach (tyt. oryg. Zastawa w gorach, reż. Konstantin Judin, premiera światowa 7 listopada 1953 r.) – radziecki film wojenny.

125 Jerzy Płażewski (1924–2015) – krytyk filmowy, historyk filmu, redaktor. „Życie Literackie” (1951–1991) – tygodnik kulturalno-społeczny.

126 „Dookoła Świata” (1954–1976, od 2011 r.) – ilustrowane czasopismo podróżnicze dla młodzieży, w PRL-u wydawane przez RSW Prasa-Książka-Ruch w Warszawie, a obecnie przez Wydawnictwo Prywatne w Bydgoszczy.

127 Adam Polewka (1903–1956) – pisarz, publicysta, redaktor, tłumacz, działacz komunistyczny, poseł do Krajowej Rady Narodowej, na Sejm Ustawodawczy i na Sejm PRL I kadencji.

128 Zbigniew Krawczykowski (1916–1985) – krytyk teatralny, eseista, dramaturg, wykładowca, tłumacz, redaktor.

129 „Wisiała namalowana na tabliczce w jednej z tawern w Kolorado ok. 1860 roku, na wypadek, gdyby jakiemuś pijanemu kowbojowi muzyka nie spodobała się do tego stopnia, że postanowił grajkowi wpakować kulę z odległości stolika. Nie wiadomo dokładnie, kiedy słynne zdanie stało się obowiązującym prawem. Pewnego dnia jakiś sędzia uznał, że grający pianista nie może być zastrzelony w żadnym wypadku, bo kiedy gra, nie ma w dłoniach broni, a więc nie może być przeciwnikiem. Od tej pory strzelenie do pianisty, na dodatek w plecy, bo inaczej się nie da, jest zabójstwem, za które można zawisnąć na szubienicy”, Zbigniew Hołdys, Nie strzelać do pianisty, „Newsweek”, 27 czerwca 2013, http://www.newsweek.pl/opinie/zbigniew-holdys--nie-strzelac-do-pianisty,105628,1,1.html (dostęp 14 sierpnia 2017 r.).

130 Właśc. Przy budowie (1950) – powieść Tadeusza Konwickiego (1926–2015), pisarza, scenarzysty, reżysera, reportażysty.

131 Warta zjazdowa – działania społeczne i produkcyjne harcerzy podejmowane w trakcie zjazdu PZPR w celu uczczenia zjazdu i podkreślenia więzi harcerzy z partią.

132 Zob. przyp. 42, s. 25–26.

133 Sasza (ros. Sasza) – zdrobnienie od rosyjskiego imienia Aleksandr lub Aleksandra.

134 Archipelag ludzi odzyskanych. Opowieść historyczna z roku 1948 (1950) – powieść Igora Newerly’ego. „Archipelag jest w zupełnie innym stylu niż Pamiątka [z Celulozy] – jakiś lżejszy, milszy i bardziej po linii moich zainteresowań. Archipelag jest ni to powieścią, ni to reportażem – są to wrażenia Newerly’ego z pobytu na Mazurach. Newerly włóczy się po jeziorach na kajaku, łazi po lasach i wsiach i podgląda przyrodę i ludzi, a ściślej mówiąc, przemiany narodowościowe w psychice Mazurów i wszystkie związane z tym problemy. A udaje mu się jedno i drugie znakomicie”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 303.

135 Ludwik Solski (właśc. Ludwik Napoleon Sosnowski, 1855–1954) – aktor i reżyser teatralny. Urodził się 20 stycznia – setny rok życia zaczął zatem kilka tygodni wcześniej.

136 Józef Stalin (właśc. Josif Wissarionowicz Dżugaszwili, 1878–1953) – radziecki działacz polityczny, dożywotni dyktator Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR).

137 Agnieszka Barlińska-Wróblewska (Agnisia, Aśka, Leszczyńska, ur. 1933) – koleżanka ze studiów dziennikarskich, sympatia (a potem żona) Andrzeja Leszczyńskiego, zob. przyp. 18, s. 14. Pracowała w redakcjach „Walki Młodych”, „Sztandaru Młodych”, „Kobiety i Życia”, „Przeglądu Technicznego”, „Życia Warszawy”, „Gazety Wyborczej”. Jej drugim mężem był Andrzej Krzysztof Wróblewski (1935–2012), dziennikarz i publicysta „Polityki”, przyjaciel Daniela Passenta. „Na studiach wiele się nie nauczyłam i wiele nie skorzystałam, ale dzięki nim wróciłam do Warszawy, mojego rodzinnego miasta, i wyszłam za mąż. Andrzej Leszczyński imponował mi, był aktywny, pracowity, miał autorytet u kolegów. Pobraliśmy się, bo wiele par się wtedy pobierało na naszym roku. Był to jeszcze czas obowiązywania nakazów pracy i kto chciał dostać posadę w tym samym mieście, żeby być razem, musiał to formalnie usankcjonować. Andrzej dostał asystenturę na Wydziale, ja otrzymałam nakaz pracy do tygodnika, organu ZMP pt. »Walka Młodych«. I od razu zaczęłam pisać wielkie artykuły”, Agnieszka Barlińska-Wróblewska, Na ostatnim etapie, w: Grzeszni – niezlustrowani. Wspomnienia absolwentów Wydziału Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego (1952–1956), red. Jan Budkiewicz, Krystyn Dąbrowa, Zdzisław Kazimierczuk, Stanisław Kostrzewa, Władysław Sobecki, t. 3, Warszawa 2014, s. 10.

138 Urszula Szwaja-Wojtaszczyk – koleżanka ze studiów dziennikarskich.

139 Krystyn Dąbrowa (ur. 1934) – kolega ze studiów dziennikarskich. Pracował w redakcjach „Odnowy”, „Itd”, był działaczem komunistycznym i posłem na Sejm PRL VIII kadencji.

140 Tadeusz Białek, Zdzisław Pietrzycki, Jan Jakimowski – koledzy ze studiów dziennikarskich.

141 Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: z powrotem. W pierwotnej wersji Agnieszka Osiecka nie zrobiła błędu ortograficznego, ale przy dokonywanej ołówkiem redakcji dziennika zmieniła prawidłowo zapisane sformułowanie na zapis błędny (tudzież autoironiczny).

142 MDM (Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa) – wzniesione w Śródmieściu Warszawy w latach 1950–1952 osiedle mieszkaniowe, zaprojektowane przez Józefa Sigalina i Stanisława Jankowskiego. MDM stanowi przykład budownictwa socrealistycznego. W 2015 r. zostało wpisane do rejestru zabytków.

143 Wanda Agacka – koleżanka ze studiów dziennikarskich.

144 Nowy Świat – ulica znajdująca się w Śródmieściu Warszawy i współtworząca, wraz z Krakowskim Przedmieściem, Alejami Jerozolimskimi, ulicami Belwederską i Jana III Sobieskiego, Trakt Królewski.

145 Marian Brandys (1912–1998) – pisarz, reportażysta, dziennikarz i publicysta.

146 Bogusz i jego żona, pani Boguszowa, byli dozorcami domu przy Dąbrowieckiej przynajmniej od 1950 r.

147 Kułak – pogardliwe określenie chłopa sprzeciwiającego się kolektywizacji wsi i niechętnego władzy komunistycznej.

148 Mrozy – miasto w województwie mazowieckim, w powiecie mińskim, siedziba gminy.

149 Rajmund Barański (1894–1971) – lekarz, polityk, wykładowca. Kierownik I Kliniki Pediatrycznej Akademii Medycznej w Warszawie, współtwórca Instytutu Matki i Dziecka. W latach 1956–1960 kierował resortem zdrowia, a w latach 1960–1961 był ministrem zdrowia i opieki społecznej.

150 Najpewniej chodzi o zapiski ze stron 162–163.

151 Danuta Zagrodzka (1934–2007) – koleżanka ze studiów dziennikarskich. Dziennikarka, publicystka, korespondentka. Pracowała w redakcjach „Życie Warszawy”, „Życie Gospodarcze”, „Polityka”, „Przegląd Organizacji”, „Zarządzanie”, „Gazeta Wyborcza”. Hanna Stolarczyk-Grzegorczyk – koleżanka ze studiów dziennikarskich.

152 Teodor Szczepański (Ted) – kolega ze studiów dziennikarskich, relegowany z uczelni w październiku 1952 r., zob. przyp. 7, s. 8–9. W notatce z 17 września 1952 r. Agnieszka Osiecka streściła losy Teda następująco: „był m.in. w Niemczech Zachodnich w maju [19]45 r. jako młodziutki oficer i »syn pułku« ósmej armii amerykańskiej, we Włoszech i we Francji. Zna Wiedeń i czuje to, co w Wiedniu jest cudowne i godne kochania (a to samo już wystarcza, aby zyskać sobie u mnie sympatię; Ted oczywiście o tym nie wie). W swojej włóczędze po świecie poznał trochę »życie i ludzi« – jak to się banalnie określa – i miał możność pozostać za granicą jako »przybrane dziecko« mnóstwa osób (bo dużo było chętnych do zaopiekowania się małym, uroczym chłopakiem idącym odważnie wraz z dorosłymi do natarcia). Mógł zostać towarzyszem człowieka, który zajął się nim serdecznie i chciał umożliwić mu to, co jest jednym z pragnień Teda – karierę filmową. Ale Ted wrócił – wrócił do swojej przybranej rodziny, na którą pracował przez 3 lata, a obecnie stosunki »ułożyły się« tak, że Ted »mieszka« na dworcu! To jest smutna historia i wystarczyłaby, aby złamać człowieka. Ale Ted się nie załamał. Potrafi się szczerze śmiać i cieszyć, chociaż jest tym, czym jest: bezdomnym studentem niemogącym zrealizować ani swoich zamiłowań (i zdolności) malarskich, ani literackich. Ów Ted, którego chociażby za ten »nieugięty« stosunek do życia bardzo cenię, nie ma możności otrzymania miejsca w Domu Ak[ademickim], dopóki nie powie Litwinowi całej prawdy. To musiałoby być zwierzenie, a On nie może się na to zdobyć. To bardzo wzniośle, ale równie »niepraktycznie«. Otóż ja mam »cudowny pomysł« – ubłagam Ludwika W[alunkiewicza, zob. przyp. 232, s. 99], żeby »wziął« Teda do siebie! Na razie rzecz cała rozbija się o to, że nie mogę złapać L[udwika] w domu. Strasznie to denerwujące, ale uparłam się. Myślę, że Ludwikowi, mającemu się za komunistę, nie trzeba będzie tłumaczyć – »dlaczego?«. Tym bardziej nie dam mu nawet do zrozumienia, że liczę na pomyślny obrót sprawy. Ze względu na uczucia Ludwika. Żadna »szlachetność celu« nie usprawiedliwia, według mnie, takiego szafowania uczuciami. Bardzo pragnę, aby L[udwik] przestał mnie kochać, i nie zrobię nic, co dowodziłoby czegoś wręcz przeciwnego. A ta cała historia m u s i się udać (bez patetycznych uniesień i sentymentów – ot, musi)”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1952, dz. cyt., s. 418–419.

153 CWKS (Centralny Wojskowy Klub Sportowy, od 1916 r.) – wielosekcyjny klub sportowy z lewobrzeżnej Warszawy, obecnie nosi nazwę CWKS Legia Warszawa. Popularne miejsce spotkań warszawskiej młodzieży. Agnieszka Osiecka zaczęła trenować tu pływanie w 1949 r. – wtedy klub nazywał się Wojskowy Klub Sportowy Legia. W listopadzie 1949 r. ośrodek przemianowano na CWKS, ale Osiecka mówiła o nim czasami Legia. CWKS był w PRL-u popularnym wśród młodzieży miejscem spotkań towarzyskich.

154 AWF (Akademia Wychowania Fizycznego) – uczelnia ufundowana przez marszałka Józefa Piłsudskiego. Od 1949 r. nosiła nazwę Akademia Wychowania Fizycznego im. gen. broni Karola Świerczewskiego, a w 1990 r. przemianowano uczelnię na Akademię Wychowania Fizycznego im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie. AWF mieści się na warszawskich Bielanach.

155 Kasprowy Wierch (1987 m n.p.m.) – szczyt w Tatrach Zachodnich.

156 Hala Mała Łąka – dawna hala pasterska w Dolinie Małej Łąki w Tatrach Zachodnich.

157 Hanna Zwierzchaczewska – pływaczka z CWKS-u, uczennica szkoły im. Mikołaja Reja w Warszawie. „Na plan pierwszy naturalnie wystąpiła sprawa Hanki Z[wierzchaczewskiej]. Jak mi już było poprzednio wiadomo, Pani Ł[ukawska], wzruszona opowiadaniami Igi [Maria Łukawska – pływaczka z CWKS-u] i Hanki o położeniu Hanki, ofiarowała jej pomoc, zarówno materialną, jak moralną. Przekonawszy się jednak o ilości prawdy w „zwierzeniach” Hanki, dotknięta jej bezczelnym wyrachowaniem i zniechęcona całkowicie otrzymanymi wiadomościami o zajęciu Hanki, po prostu wypowiedziała jej dom. Na samo Igi zbliżanie do Hanki nie mogła działać radykalnie. Iga obiecała matce, że Hanki na imieninach nie będzie; podobno godzinę tłumaczyła Hance konieczność tego. I pani Ł[ukawska] była święcie przekonana o nieobecności Hanki. Tymczasem powiedziałam, że przecież Hanka była”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, dz. cyt., s. 429. Tita (Titka) – pływaczka z CWKS-u.

158 Dolina Kościeliska – dolina leżąca u podnóża Tatr Zachodnich, w której znajduje się m.in. Hala Pisana (dawna hala pasterska).

159 Stanisław Kowalski (Misiek, Stach, Stasiek, Staszek) – pływak z CWKS-u, młody komunista, pierwszy chłopak Agnieszki Osieckiej. Do 1952 r. był niewątpliwie jedną z ważniejszych osób w jej otoczeniu, choć relacja ta wcale nie była łatwa: „Wiem, że Staszek ciągle, na każdym kroku, coś mi »przebacza«. Jest bardzo dobry i bardzo kochający, chociaż ma swoje powody (może zresztą przesadzone), aby taki nie być. Sam zresztą wówczas powiedział: »Gdybym Ciebie przestał kochać, to bym Cię nienawidził«. Wiem o tym. Nietrudno się zresztą tego domyślić. Bardzo Stacha lubię i jest mi bardzo potrzebny. Zresztą, nie znaczy to wcale, że go tak bardzo wykorzystuję, udając miłość, bo przecież, [po] pierwsze, daję mu bardzo wiele z tego, na co mnie stać, po drugie, lubię go naprawdę bardzo, bardzo serdecznie i jestem mu wdzięczna za ogrom Dobra, jaki mi okazał”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, dz. cyt., s. 473. A w innym miejscu: „Tacy ludzie jak mój ojciec, Stach, no i Janek [Regulski] właśnie, ludzie, którzy są zawsze »górą« w walce o byt, są chyba (»w każdym razie na razie«) niezbędni i nie wierzę w skuteczność (a nawet konieczność) jakiegoś apelowania do nich o względy dla człowieka w swym posuwaniu się naprzód, zarabianiu, robieniu kariery... Trudno – są i pewno długo jeszcze będą. Ale nie chciałabym kochać takiego człowieka. W y ł ą c z n i e takiego człowieka. A Janek jest właśnie takim bardzo typowym żelaznym jegomościem, który zrobi karierę, dobrze się ożeni, a kiedyś, w dzieciństwie – płakał tylko ze złości”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 72–73.

160 Hala Gorczykowa (1360–1870 m n.p.m.) – dawna hala pasterska w Tatrach Zachodnich.

161 Jędruś – modny po wojnie i w PRL-u lokal gastronomiczno-rozrywkowy, mieszczący się na zakopiańskich Krupówkach. Słynął z dancingów.

162 Kiry – część wsi Kościelisko w województwie małopolskim, w powiecie tatrzańskim, w gminie Kościelisko. Kiry leżą u wylotu Doliny Kościeliskiej.

163 Właśc. „Wsiegda na moskowskom prostorie / Swietiat zwiezdy Kremla w sniegie / I, kak rieki wstrieczajutsia w morie, / Tak wstrieczajutsia ludi w Moskwie. / Nas wiesiołoj tołpoj okrużyła, / Podskazała prostyje słowa, / Poznakomiła nas, podrużyła / W etot radostnyj wieczier Moskwa. / I w kakoj storonie ja nie budu, / Po kakoj li projdu ja trawie, / Druga ja nikogda nie zabudu, / Jesli s nim podrużyłsia w Moskwie. / Nie zabyt’ mnie oczej twoich jasnych / I prostych twoich łaskowych słow, / Nie zabyt’ mnie moskowskich priekrasnych / Płoszczadiej, pierieułkow, mostow, / Skoro wstaniet kołokolczik: »Proszczaj!« / Za gorami, lesami, polami / Ty chot’ w piesnie mienia wspominaj” (ros.) – „Piękna jest przestrzeń nad Moskwą / świecą gwiazdy w błękicie, / i tak jak rzeki spotykają się w morzu, / spotykają się ludzie w Moskwie. / Moskwa otoczyła nas wesołym tłumem, / podpowiedziała proste słowa, / zapoznała nas, zaprzyjaźniła / w ten radosny wieczór. / I w jakimkolwiek kraju bym był, / po jakiej chodziłbym trawie, / nigdy nie zapomnę przyjaciela, / z którym zaprzyjaźniłem się w Moskwie. / Nie zapomnę twoich jasnych oczu / i twoich prostych, łagodnych słów. / Nie zapomnę przepięknych moskiewskich / placów, zaułków i mostów. / Zaraz stanie między nami rozłąka, / dzwonek zadzwoni – żegnaj, / Za górami, lasami, polami / wspominaj mnie chociaż w pieśni” (przeł. red.). Fragment Pieśni o Moskwie (sł. Wiktor Gusiew, muz. Tichon Chriennikow), piosenki pochodzącej z radzieckiego musicalu Świniarka i pastuch (reż. Iwan Pyrjew, premiera 17 listopada 1941 r.).

164164 Czerwone Wierchy – masyw górski w Tatrach Zachodnich. Henryk Zguda (Tata, Tatko) – pracownik CWKS-u. Jerzy Mroczkowski (Mroczek) – pływak z CWKS-u. W poprzednich tomach występują Andrzej Mroczek i Jerzy Mroczek. Nie sposób stwierdzić, czy to błąd Agnieszki Osieckiej, czy może w CWKS-ie było dwóch Mroczkowskich. W każdym razie Jerzy Mroczkowski był wybitnym polskim zawodnikiem i bardzo dobrze zaprezentował się na Mistrzostwach Europy w Turynie – pierwszej po drugiej wojnie światowej imprezie tej rangi, w której startowali Polacy, zob. przyp. 232, s. 99.

165 Zakopane – miasto w województwie małopolskim, siedziba powiatu. Agnieszka Osiecka mieszkała w Zakopanem jako dziecko (zob. przyp. 174, s. 75), a potem często przyjeżdżała tu na wakacje.

166 Najpewniej sportowcy z CWKS-u mieszkali w Kościelisku w Wojskowym Ośrodku Sportów Górskich na Groniku.

167 WOP – Wojska Ochrony Pogranicza (1945–1991).

168 Pestka i Jan Zelman (Janek) – pływacy z CWKS-u, para przynajmniej od 1953 r.

169 Najpewniej błąd Agnieszki Osieckiej: Kowaniec – dzielnica Nowego Targu tudzież potok stanowiący dopływ Czarnego Dunajca.

170 Mieczysław Kociszewski (Kot, Kotek) – pływak z CWKS-u.

171 André Stil (1921–2004) – francuski pisarz, poeta i działacz komunistyczny. W 1953 r. ukazały się dwa tomy Pierwszego starcia (tyt. oryg. Le premier choc, 1952), trylogii Stila w przekładzie na język polski Jerzego Lisowskiego. Ostatni tom trylogii opublikowany został w 1955 r. Spekulanci (tyt. oryg. Gründer, 1941, 1945) – dwutomowa powieść Fritza Erßenbecka (1897–1975), niemieckiego dramatopisarza, publicysty i aktora. Przekład na język polski Aleksandra Gutty’ego ukazał się w 1950 r.

172 „Nowa Kultura” (1950–1963) – tygodnik społeczno-literacki, w latach 1952–1956 organ prasowy Związku Literatów Polskich. „Powstanie pisma było jednym z praktycznych rezultatów tzw. ofensywy ideologicznej podjętej przez władze komunistyczne na początku 1950, zmierzającej do całkowitego podporządkowania sobie polskiego życia kulturalnego oraz ostatecznego dostosowania go do, uznanego za jedynie właściwy, ideologiczno-propagandowego wzorca sowieckiego. [...] Istotną, oznajmiająco-instruktażową wobec polskiego środowiska literackiego funkcję spełniały często podawane na łamach »Nowej Kultury« informacje o »osiągnięciach« sowieckiej kultury i nauki, w tym – liczne przedruki tekstów autorów sowieckich oraz relacje z ważniejszych wydarzeń sowieckiego życia kulturalnego, odbywających się tam kolejnych kampanii czy swoiście pojmowanych dyskusji (np. kampanii przeciwko zaniedbaniom krytyki literackiej czy dyskusji wywołanej językoznawczymi tezami J. Stalina). [...] Zapoczątkowane pod koniec 1953 procesy zapowiadające nadchodzącą odwilż polityczną i kulturalną znalazły swe odbicie również w treściach prezentowanych przez »Nową Kulturę«. Prasową sensacją było ogłoszenie fragmentów Pamiętnika uczennicy (1953 nr 48), którego treść zaprzeczała lansowanemu dotąd przez propagandę optymistycznemu obrazowi stanu świadomości młodzieży polskiej; publikacja ta wywołała burzliwą dyskusję na temat socjalistycznego wychowania oraz wychowawczej roli literatury. Odmienny od dotychczas obowiązującego, wyraźnie krytyczny wydźwięk miały także niektóre wypowiedzi uczestników ogłoszonej na początku 1954 r. redakcyjnej ankiety Pisarze wobec dziesięciolecia, w której wzięli udział (wśród ponad 40 uczestników) także twórcy od dłuższego czasu pozostający na uboczu oficjalnego życia literackiego. W 1955 roku redakcja już otwarcie zaangażowała się w odwilżowe przemiany, czego najbardziej spektakularnym przejawem była publikacja (na pierwszej stronie pisma) słynnego, jednoznacznie demaskatorskiego wobec stalinizmu Poematu dla dorosłych A. Ważyka (1955 nr 34). W końcówce 1956 r. pismo ogłosiło list otwarty pisarzy polskich, potępiający inwazję wojsk sowieckich na Węgry”, Grzegorz Wołowiec, „Nowa Kultura”, w: Słownik realizmu socjalistycznego, red. Zdzisław Łapiński, Wojciech Tomasik, Kraków 2004, s. 144–146.

173 „Szpilki” (1935–1994) – satyryczne czasopismo ilustrowane, wydawane w Warszawie. „Przekrój” (1945–2013) – tygodnik społeczno-kulturalny, wydawany w Krakowie (od 2002 r. w Warszawie, w 2011 r. wrócił do Krakowa), w 2016 r. wznowiony jako kwartalnik. Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: Jeana Effela. Jean Effel (właśc. François Lejeune, 1908–1982) – francuski malarz, karykaturzysta, ilustrator i publicysta. Rysownik podpisywał swoje prace inicjałami FL, dzięki czemu zafunkcjonował z czasem jako Jean Effel. „Prasa Polska” (1947–1990) – miesięcznik prasoznawczy, początkowo wydawany przez Polski Instytut Prasoznawczy, a w latach 50. stanowiący organ prasowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

174 Krupówki – deptak w centrum Zakopanego, na którym znajdują się liczne atrakcje dla turystów – m.in. miś, z którym można się sfotografować. „Człowiek potrzebuje w życiu czegoś stałego. Choćby nie wiem jak cygańsko, bujnie czy odkrywczo chciał żyć, potrzebuje stałych lądów, powtarzających się wątków, wiernych stworzeń. Od tego zależy jego bezpieczeństwo. Takim stałym elementem naszego pejzażu jest obecność białego niedźwiedzia na Krupówkach. […] Wspomniałam na początku rozdziału, że zdjęcia na Krupówkach – z niedźwiedziem, oczywista – robią sobie ludzie zaambarasowani: turyści. Nasza rodzina wszakże przeprowadziła się tuż przed wojną do Zakopanego »na stałe«. Ale to nie było naprawdę na stałe, bo cały album – pełen misia”, Agnieszka Osiecka, Na początku był negatyw, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014, s. 194, 198. Maria i Wiktor Osieccy prowadzili w Zakopanem kawiarnię Watra – w 1939 r. wrócili z trzyletnią córeczką do Warszawy.

175 Kuźnice – dzielnica Zakopanego, znajduje się tu stacja kolejki na Kasprowy Wierch.

176 January Czerniakowski (Janusz) – kolega Janusza Gazdy, student Politechniki Warszawskiej. Został inżynierem w Hucie Warszawa. Miał brata Krzysztofa i mieszkał w tym samym domu co Gazdowie. Agnieszka poznała braci Czerniakowskich w 1953 r., zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 434.

177 Na swoim – niezachowany tekst Agnieszki Osieckiej.

178 Małkinia Górna – wieś w województwie mazowieckim, w powiecie ostrowskim, siedziba gminy, leży nad Bugiem.

179 Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: 22 IV 54, czwartek.

180 Plein air (fr., dosł. na otwartym powietrzu, pod gołym niebem) – plener, otwarta przestrzeń służąca artyście lub operatorowi jako temat dzieła czy zdjęć.

181 ASP (Akademia Sztuk Plastycznych, 1950–1957) – warszawska uczelnia artystyczna, przemianowana w 1957 r. na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Wał Miedzeszyński – wytyczona na wale przeciwpowodziowym arteria biegnąca wzdłuż prawego brzegu Wisły. Zaczyna się przy moście Poniatowskiego i prowadzi na południe (przez Wawer) w kierunku Józefowa oraz Otwocka. Jest najdłuższą ulicą w Polsce (ok. 14,5 km). Na terenie Warszawy oddzielał osiedla mieszkalne (w tym m.in. Saską Kępę) od obszarów zalewowych Wisły, prawobrzeżnych przystani i ośrodków sportowo-rekreacyjnych (w tym MDK, w którym często bywała Agnieszka Osiecka).

182 Jules (Jul) – kolega Jana Banuchy, student z ASP.

183 Klika zamazanych linijek.

184 Wielka Encyklopedia (tyt. oryg. Encyclopédie, ou dictionnaire raisonné des sciences, des arts et des métiers, 1751–1766) – francuskie wielotomowe kompendium z zakresu nauki, sztuki i rzemiosła, stworzone przez tzw. encyklopedystów, wśród których znaleźli się m.in. Jean le Rond d’Alembert, Denis Diderot (redaktor główny), André Le Breton (wydawca).

185 Właśc. Ab ovo usque ad mala (łac., dosł. „Od jaja aż do jabłka”) – od początku do końca.

186 Jerzy Rajski (George, ur. 1933) – kolega z Saskiej Kępy. Maturę zdał w 1951 r. w Liceum Ogólnokształcącym im. Hugona Kołłątaja w Warszawie, potem studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim oraz w Strasburgu. Był dyrektorem Instytutu Prawa Cywilnego UW, wykładał m.in. na Sorbonie i w Berkeley. Pod koniec lat 40. grywał w siatkówkę w ogrodzie Osieckich, wtedy też – konkretnie zaś jesienią 1949 r. – sprawił Agnieszce Osieckiej zawód miłosny, który trzymał ją w emocjonalnym szachu co najmniej do 1953 r. Po wielu latach wspominała następstwa wydarzeń tamtej jesieni następująco: „Gdy miałam czternaście lat, kiedy to dziewczyna jest przewrażliwiona, płacze co pięć minut – kochałam się w chłopcu z naszej dzielnicy, synu naszych sąsiadów, starszym ode mnie, chudym, brzydkim, piegowatym, co mi nie przeszkadzało. On robił wszystko, by mnie upokorzyć. Działo się ze mną coś niedobrego. Chciałam nawet popełnić samobójstwo i już zamknęłam się w tym celu w łazience. Wtedy mama zawołała: »Zupa stygnie!« – »Jaka?« – »Pomidorowa«. – Tę lubiłam. Co mi szkodzi jeszcze zjeść – pomyślałam. I tak się wygrzebałam. Później przez wiele lat już nie umiałam kochać tak prawdziwie”, Żyję intensywnie. Z Agnieszką Osiecką rozmawia Barbara Henkel, „Kobieta i Życie”, 25 maja 1986, nr 21. Uczucia względem Jerzego wikłały Agnieszkę Osiecką w skomplikowaną relację z jego bratem, Janem Rajskim, zob. przyp. 36, s. 22. Jerzy i Jan Rajscy wprowadzili w życie Agnieszki Osieckiej duży zamęt, który ona określała mianem „Rajszczyzna”. Specyfikę „Rajszczyzny” dobrze oddaje zapisek dzienny z 4 grudnia 1949 r., do którego autorka wróciła trzy lata później, by postawić przy nim szereg autokomentarzy, zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki. 1945–1950, dz. cyt., s. 111–112.

187 Julian Włodarczyk (Mały Jurek) – kolega z siatkówki, sąsiad Osieckich. Postać niezidentyfikowana w pierwszym tomie Dzienników Agnieszki Osieckiej. Premierze Dzienników towarzyszył materiał w „Gazecie Wyborczej”, dzięki któremu Julian Włodarczyk zorientował się, że to on jest Małym Jurkiem: „»Polubiłam teraz chodzić z Rajskim i Jurkiem Małym – pisze Osiecka w czerwcu 1949 roku – czuję żywą sympatię dla Małego. 14 IV rozbił on sobie kolano, gdy skakał do tramwaju, i musiał jechać do szpitala. Bardzo głęboko to odczułam. Od tego czasu wszystko zaczęło się psuć, nawet pogoda«. – Po tym fragmencie poznałem, że chodzi o mnie – mówi pan Julian. – Skakałem do tramwaju na Brackiej. Tramwajarz, jak zobaczył, że skaczę, przyspieszył. Nie zdążyłem się złapać i upadłem na kolano, na jezdnię. Okazało się, że trzeba założyć gips. Na trzy tygodnie. I potem z tym gipsem grałem w siatkówkę – dodaje. […] Mały Jurek do Warszawy przyjechał jako trzynastolatek z podkieleckiej wsi, gdzie matka zajmowała się młodszym rodzeństwem, a ojciec pracował w szkole rolniczej. Zamieszkał ze starszym bratem w wyremontowanej przez niego małej kawalerce przy Dąbrowieckiej 32, naprzeciwko domu, w którym mieszkała Osiecka. – Miałem inną sytuację materialną niż moi koledzy: Rajscy, Reszkowie, Aga […]. Wszyscy byli z rodzicami, a ja z bratem. Rajscy mieli na Walecznych duże mieszkanie. Czułem się trochę inny. Oni jeździli na wakacje do Jastarni, a ja na wieś do rodziców. Ale nie dawali mi tej inności odczuć. Agnieszka pisze w Dziennikach, że wystąpiła o składkę na piłkę. Później pisze, że się z tej składki wycofała ze względu na moją sytuację. Nie miałem o tym pojęcia […]. Dużo się dowiaduję z książki. Na przykład ten fragment o Różnicy. Nie wiem, skąd ona wiedziała, że jeździłem do rodziców do Różnicy. […] Kontakt z paczką z siatkówki urwał się, kiedy Mały Jurek poszedł do liceum lotniczego. Później siatkówkę zamienił na wiosła, podrósł i przestał być Małym Jurkiem. Wyjechał do pracy do Mielca, spotkał dziewczynę, która później została jego żoną, został inżynierem. Dziś mieszka w Serocku, w domu z ogrodem. – Gdyby nie wasz artykuł, tobym się nie dowiedział o Dziennikach […]. Chyba nikt z nas nie wiedział, że ona pisała. Później wszyscy śpiewali jej piosenki, ja też. Słuchało się ich jak innych. No, może trochę inaczej, bo to przecież była Agnieszka”, Anna Szawiel, To ja jestem Małym Jurkiem, „Gazeta Wyborcza. Stołeczna”, 21 października 2013, s. 5. Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: Bohdan Reszka (Bohuś, 1933–2014) – kolega z siatkówki, kolega z klasy Jerzego Rajskiego, pływak z Ogniwa, od 1951 r. student Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, późniejszy leśnik. Przyprowadzał do ogrodu Osieckich na partię siatkówki także swoją siostrę Grażynę.

188 Ewa Sękowska (Ewcyk, Ewuśka) – koleżanka z klasy, w starszych klasach dojeżdżała do szkoły z Radości. Agnieszka Osiecka poznała ją w 1948 r. Obie dziewczynki rozpoczęły wówczas naukę w gimnazjum żeńskim na Saskiej Kępie. Intensywna przyjaźń dziewczynek (Agnieszka Osiecka nazywała ją wręcz „fanatyczną”) skończyła się latem 1950 r. w Sopocie, zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki. 1945–1950, dz. cyt., s. 270–286 i in. Brama Floriańska (Brama św. Floriana, od XIII/XIV w.) – krakowski zabytek na Starym Mieście, do którego odwoływał się Wiktor Osiecki, by formułować sądy na temat życia uczuciowego córki: „Moi chłopcy z siatkówki przywitali mnie z pewną oziębłością i niepotrzebnie się wygadałam, że się tak świetnie bawiłam – to nie dla nich, bo, oprócz Jurka R[ajskiego], żaden z nich na zabawy nie chodzi. Pod koniec wakacji grywaliśmy codziennie, ale teraz tylko 2–3 razy w tygodniu, bo nie mamy czasu. Wobec tego wyczekuję tej siatki jak zbawienia. Teraz jest już wszystko po staremu: Jurek R[ajski] za każdym razem się obraża i potem znowu przychodzi, Bohuś niezmiennie używa swego: »twardo«, »owszem, nie«, »przykro« itd. Słowem, piekę się w starym sosie. Tylko Janek przestał przychodzić. Cały czas był taki »z rezerwą«, potem nie przychodził, bo braciszek się gniewał, w końcu jawnie mi powiedział w telefonie [!], że nie będzie przychodził, bo się czuje tylko minusem i zawadą na boisku itd., itp. Z początku mi było bardzo żal, bo się nawet swego czasu trochę kochałam w Jasiu, ale teraz już mi przechodzi. Byłabym do niego telefonowała, ale dowiedziałam się, że jakaś dziewczynka jest w tym, a nie lubię zaczynać z babami. Powiedziałam sobie, że z Jasiem koniec i już. Jestem trochę zazdrosna, ale to tylko wtedy, kiedy go spotkam i patrzę na niego. Myślę wtedy, że go kocham i wszystko bym dla niego oddała. Ale to tylko moja stała wada – po prostu chęć zdobycia dla siebie każdego ładnego chłopca. Dzisiaj go właśnie widziałam i dlatego poświęciłam tyle miejsca temu głupstwu. Mniej więcej od tygodnia chodzę codziennie na Legię. Tak, właśnie teraz, kiedy już wszyscy przestają tam trenować, ja zaczynam. Jeżdżę codziennie, mam katar i nie mogę prawie oddychać, ale pływam, naturalnie, to pasuje do takiego wariata jak ja. Poza tym bujam się w Jurku. Swoją drogą, gdyby on mógł wejrzeć w mój umysł, a właściwie serce – [które jest] jak Brama Floriańska, według tatusia: gdy ktoś mi się podoba, zapominam o Jurku na śmierć. Gdy mi »atak« przechodzi, wracam »chwilowo« do stałego »trybu życia«. Pomimo to nie żyję już »od siatki do siatki«”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki. 1945–1950, dz. cyt., s. 59–60.

189 Gotfryd Gremlowski (Ghandi) – pływak z CWKS-u, olimpijczyk z Helsinek z 1952 r. „Przebałaganiłam dziś dzień. Spać mi nie dał Ghandi, bo przyszedł i siedział u mnie aż do obiadu (dobry pływak i wesoły »narwaniec«, ale kompletny brak kultury i wykształcenia), i nauczyć też nie zdołałam się za wiele”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 126.

190 Torzym (niem. Sternberg, od XIV w.) – miasto w województwie lubuskim, w powiecie sulęcińskim, siedziba gminy. Leży nad rzeką Ilanką i jeziorem Ilnem. Miejscowość przyłączono do Polski w 1945 r., ale prawa miejskie (utracone w 1945 r. wskutek zniszczeń wojennych) Torzym odzyskał dopiero w 1994 r. W 1953 r. do Torzymia na wakacje wybrali się państwo Gazdowie z dziećmi – Janusz Gazda zaprosił tam swoją ówczesną dziewczynę Agnieszkę Osiecką, a po latach wspominał te wakacje następująco: „Wiem na pewno, że odnotowała ten pobyt w dzienniku, a zapamiętałem to, bo jej dziennik tam w Torzymiu wpadł w ręce siostrzenicy naszej gospodyni, o której Aga napisała coś ironicznego – wynikła z tego wielka awantura; gospodyni głośno krzyczała na Agę. Moi rodzice i ja wzięliśmy wtedy Agnieszkę w obronę”. Zeszyt, o którym mowa, nie zachował się, zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 268.

191 Trzy zamazane słowa.

192 Pataszony – bohaterowie duńskiej komedii Pat i Pataszon w opałach (tyt. oryg. Lykkehjulet, reż. Urban Gad, premiera 29 listopada 1926 r.).

193 Rynek Starego Miasta (XIII/XIV w.) – prostokątny plac na Starym Mieście w Warszawie. W latach 1949–1953 zrekonstruowano zrównaną z ziemią w 1944 r. Starówkę. W szkole średniej Agnieszka Osiecka regularnie udzielała się przy odbudowie stolicy i zawsze wyrażała się o tego typu działaniach ze wzruszeniem oraz entuzjazmem.

194 Plac Unii Lubelskiej – warszawski plac w Śródmieściu, łączący Śródmieście z Mokotowem. Polna – ulica znajdująca się w Śródmieściu Warszawy, biegnąca od placu Unii Lubelskiej do placu Politechniki.

195 Szosa Wilanowska (in. Królewska Droga) – obecnie ulica Jana III Sobieskiego. Do lat 60. XX w. biegła praktycznie przez pola, współcześnie stanowi część Traktu Królewskiego. Rozpoczyna się przy alei Wilanowskiej, biegnie przez Mokotów (w tym Sadybę – zob. przyp. 198, s. 86), a na północy przechodzi w ulicę Belwederską.

196 Stefan i Wanda Gazdowie mieli piątkę dzieci. Janusz był najstarszy i miał cztery siostry, które Agnieszka Osiecka nazywała Gaździałkami (Dzieciakami, Maluchami): Irena Gazda-Dmowska (Kika, Ika), Maria Godzisz, Elżbieta Gazda-Steinkeller (zm. 2013), Teresa Tomaszewska-Jakubowska (Dana, Danka, Danuta, Diana). Agnieszka Osiecka mówiła do państwa Gazdów „mamo”, „tato” i ponoć bardzo się dziwiła, że rodzice Janusza Gazdy codziennie się całowali.

197 Teatr na Żoliborzu (od 1954 r.) – scena otwarta 1 maja 1954 r., w lipcu 1954 r. przemianowana na teatr Estrada, w latach 1957–1990 na teatr Komedia, w latach 1990–1994 na Teatr Północny, a od 1994 r. – znów – na teatr Komedia. Siedzibę teatru stanowi gmach zaprojektowany przez Barbarę i Stanisława Brukalskich, a wybudowany w latach 1948–1954.

198 Sadyba – osiedle stanowiące część warszawskiego Dolnego Mokotowa, położone w dolinie Wisły. W notatce dziennej z 25 maja 1953 r. Agnieszka Osiecka napisała: „Byłam z Januszem i jego rodzinką nad dużym, ładnym i głębokim jeziorem u nich na Sadybie. Pływa się tam wspaniale! Ale oprócz pływania robiłam jeszcze dużo przyjemnych rzeczy, a więc przede wszystkim szalałam z siostrzyczkami Janusza. Chlapałam się z nimi, dałam się ujeżdżać jak solidne bydlę pociągowe, gadałam o duperelkach i było strasznie klawo. Fantastyczne pętaki są te wszystkie Gaździałki! W Torzymiu będą mi nadal swobodnie jeździć po głowie, to na pewno będę miała o nich mnóstwo do napisania. A Janusz z jednego względu strasznie mi się podoba – że nie pozuje (a w każdym razie nie tak strasznie jak masa ludzi): jest w domu identycznie taki sam »jak zawsze«. A w ogóle to w tym rodzinnym gronie ma strasznie dużo wdzięku. Pływa okropnie, ale ostatecznie nie każdy może być zawodnikiem (złym zawodnikiem) Centralnego Wojskowego... i te de. Byłam jeszcze u nich w domu, poznałam strasznie klawych rodziców Janusza, bawiłam się z tymi berbeciami, byłam z Januszem na lodach i strrrrrasznie szczęśliwa przyjechałam do domu. Taki cudny, promienny dzień z cudnymi promiennymi ludźmi”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 185.

199 Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: rikszarz. Plac Trzech Krzyży (od XVIII w.) – wchodzący w skład Traktu Królewskiego plac w Śródmieściu Warszawy. Między trzecią a szóstą dekadą XVIII w. na placu stanęły dwie kolumny z pozłacanymi krzyżami wyznaczające początek Drogi Krzyżowej Kalwarii Ujazdowskiej (ufundował ją król August II), która biegła dzisiejszymi Alejami Ujazdowskimi do Grobu Chrystusa przy Zamku Ujazdowskim, oraz posąg świętego Jana Nepomucena trzymającego w ręku krzyż – od tych trzech krzyży pochodzi nazwa placu. W czasach szkolnych Agnieszka Osiecka często bywała w Ymce usytuowanej nieopodal placu Trzech Krzyży, zob. Agnieszka Osiecka, Dzienniki. 1945–1950, dz. cyt., s. 43 i in.

200 „Nad wodą ciemną i czystą” – początek wiersza Adama Mickiewicza, zob. tegoż, ***Nad wodą wielką i czystą..., w: tegoż, Wybór poezyj, t. 2, oprac. Czesław Zgorzelski, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1986, s. 339–340.

201 Jacek Soplica – bohater eposu Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z r. 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem (1834) Adama Mickiewicza.

202 Właśc. Centralny Park Kultury i Wypoczynku Powiśle (od 1952 r.) – kompleks parkowy położony na warszawskim Powiślu, stworzony w latach 1952–1964 przez Alinę Scholtzównę, Zygmunta Stępińskiego i Longina Majdeckiego. W 1992 r. przemianowany został na park Marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego.

203 Zofia Chojnacka (1927–2007) – koleżanka ze studiów dziennikarskich. Urzędniczka w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich.

204 Stanisław Stryczula (Stryczulka, ur. 1929) – biathlonista z klubu Legia Zakopane, reprezentant Polski na Igrzyskach Olimpijskich w Innsbrucku w 1964 r.

205 Staroświeccy obywatele – opowiadanie Mikołaja Gogola (1809–1852), rosyjskiego pisarza, poety, dramatopisarza, publicysty, wykładowcy. „Teatr” (od 1945 r.) – miesięcznik poświęcony sztuce teatralnej. W latach 1952–1981 ukazywał się jako dwutygodnik.

206 Morze Kaspijskie – słone jezioro reliktowe (największe jezioro świata), położone na granicy Azji z Europą.

207 Marian Plewa – lekkoatleta, płotkarz z CWKS Kraków. Teresa S. – koleżanka z pobytu w szpitalu. Klinika Zdrowego Człowieka – jednostka działająca przy Instytucie Naukowym Kultury Fizycznej w Warszawie, którą w latach 1953–1955 kierował profesor Tadeusz Orłowski.

208 Emancypantki (pierwodr. 1890–1893, wyd. książ. 1894) – powieść Bolesława Prusa (właśc. Aleksander Głowacki, 1847–1912), prozaika, publicysty, felietonisty, kronikarza, działacza społecznego.

209 Maria Rzeuska (1908–1982) – historyczka literatury, wykładowczyni. Od 1948 r. pracowała na stanowisku adiunkta w Katedrze Historii Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, ale w 1954 r. przeniosła się do Archiwum PAN.

210 „Mann hörte das Rauschen das Merres wie das Atmen eines Riesen, der Untert einer Düne über sieben Jahrhunderte hinweg ein kleines Nickherchen macht” (niem.) – „Było słychać szum morza jak oddech olbrzyma, który drzemie pod wydmą przez siedem wieków” (przeł. Tomasz Gajownik).

211 The Mirror of the Sea (1906) – książka wspomnieniowa Zwierciadło morza Josepha Conrada (właśc. Józef Teodor Konrad Korzeniowski, 1857–1924), angielskiego pisarza i publicysty. Przekład na język polski Anieli Zagórskiej był wielokrotnie wznawiany.

212 Właśc. „Qui de nous n’a eu sa terre promise, son jour d’extase, et sa fin en exil?” – „Kto z nas nie ma swojej ziemi obiecanej, swego dnia uniesienia i kresu wygnania?”. Wyimek z Fragments d’un journal intime Henriego Frédérica Amiela (1821–1881), szwajcarskiego filozofa, poety i krytyka, zob. tegoż, Dziennik intymny, wstęp Maria Janion, wybór i przekł. Joanna Guze, Czytelnik, Warszawa 1997, s. 43.

213 Alfred Siciński – lekarz z I Kliniki Chorób Wewnętrznych Akademii Medycznej w Warszawie, współpracownik Tadeusza Orłowskiego.

214 Soliter (fr. solitaire) – tasiemiec uzbrojony (pasożyt jelit).

215 Teresa Wilk (po mężu Deszczak, Terenia, ur. 1936) – koleżanka z klasy, biolożka. „Od 1948 roku chodziłyśmy razem do liceum, w 1952 zrobiłyśmy maturę, a kolegowałyśmy się jeszcze na studiach. Miałyśmy regularny kontakt gdzieś do 1958 roku. Pamiętam, że chodziłam do STS-u, żeby tam również podpatrywać dokonania Agnieszki. [...] Nasze drogi się zupełnie rozeszły. Pracowałam jako mikrobiolog w służbie zdrowia, a ona żyła w świecie literacko-artystycznym, ale bardzo dużo o niej myślałam, bo – muszę przyznać – Agnieszka wywarła na mnie ogromny wpływ. W młodzieńczych latach bardzo dużo jej zawdzięczałam. Do dziś wspominam ją jako dobrego człowieka. Mniej jako talent, a przede wszystkim jako dobrego człowieka, ponieważ Agnieszka w czasach, kiedy było mi bardzo ciężko, zupełnie bezinteresownie mnie wspierała”, Teresa Deszczak (z domu Wilk), Inna niż my wszystkie, w: Karolina Felberg-Sendecka, Koleżanka, dz. cyt., s. 27–28. „Teresa Wilk –inteligencja z typu zarodków geniuszu! Jest z zasady (z powodami) nieszczęśliwa – ma »szare« życie; rozumie je i nie chce, i nie umie wyrwać się z niego. Silny, choć niewłaściwie periodycznie zanikający kompleks niższości prowadzący do desperacji i rozgoryczenia z często niewybrednym »błaznowaniem« i osamotnieniem, zaskorupianiem się duchowym. Nieożywione wiarą i zapałem niepospolite zdolności literackie i ścisłe rozumowanie. Skłonność do egzaltacji, a następnie, po »ataku«, gwałtownego, sztucznie wywołanego otrzeźwienia”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, dz. cyt., s. 389.

216 Bikiniarze – najbardziej wyrazista w latach pięćdziesiątych XX w. subkultura młodzieżowa, nastawiona głównie na rozrywkę i codzienne przyjemności. Wyróżniał ich charakterystyczny strój (m.in. buty na grubej gumowej podeszwie – tzw. słoninie, skarpetki w jaskrawych kolorach, wzorzyste krawaty, szerokie marynarki, często w kratkę, wąskie spodnie), oni sami postrzegani byli jako element kosmopolityczny, prozachodni, szczególnie zaś proamerykański. Bikiniarze bywali wielbicielami jazzu. Jednym z ulubionych miejsc spotkań bikiniarzy w Warszawie były baseny CWKS-u, zob. Agnieszka Osiecka, Legia. Basen Legii, w: tejże, Szpetni czterdziestoletni, dz. cyt., s. 110–116.

217 Dwa zamazane słowa.

218 Ziemia krwi i przemocy (tyt. oryg. Terras do sem fim, 1943) – powieść Jorge Amado (1912–2001), pisarza brazylijskiego. Przekład na język polski Janiny Wrzoskowej ukazał się w 1949 i 1953 r.

219 Rafał Gerber (1909–1981) – historyk, archiwista, wykładowca.

220 Zdradzony naród (tyt. oryg. High treason. The Plot Against the People, 1950) – reportaż Alberta E. Kahna (1912–1979), amerykańskiego reportażysty, dziennikarza, fotoreportera. Przekład na język polski Alberta Liebfelda ukazał się w 1952 i 1953 r.

221 Meksyk (tyt. oryg. Entdeckungen in Mexiko, 1945), Raj amerykański (tyt. oryg. Paradise America, 1929), China geheim (Chiny bez maski, 1933) – publikacje Egona Erwina Kischa (właśc. Egon Kisch, 1885–1948), niemieckojęzycznego reportażysty, dziennikarza, pisarza, dramatopisarza. JG Farben (tyt. oryg. IG Farben) – publikacja Richarda Sasuly’ego (1913–2011). Hiszpania 1873–1936 – publikacja Jerzego Borejszy (właśc. Beniamin Goldberg, 1905– 1952), publicysty, wydawcy, działacza komunistycznego.

222 Być może chodzi o Stefana Marię Kuczyńskiego (1904–1985), historyka, pisarza i wykładowcę, a może o Jürgena Kuczynskiego (1904–1997), niemieckiego historyka ekonomii, działacza komunistycznego, agenta wywiadu radzieckiego i autora wydanej w Berlinie pracy Studien über Schöne Literatur und politische Ökonomie (1954).

223 Być może określenie pochodzi od Blasowej (albo Blassowej), działaczki komunistycznej i wykładowczyni. Agnieszkę Osiecką uczyła wiedzy o marksizmie i leninizmie.

224 Jan Halpern – redaktor „Życia Warszawy”, wykładowca, dziekan Wydziału Dziennikarstwa UW.

225 Dziekanka (właśc. Zajazd Dziekanka) – bursa Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina znajdująca się przy ulicy Krakowskie Przemieście 56 w Warszawie.

226 Eliza Orzeszkowa (1841–1910) – pisarka, publicystka, działaczka społeczna.

227 Nad Niemnem (1888), Bene nati (1891) – powieści Elizy Orzeszkowej.

228 Piotr Chmielowski (1848–1904) – historyk literatury, krytyk literacki, wykładowca. Piotr Stachiewicz (1858–1938) – malarz, ilustrator. Wydanie Bene nati z 1891 r., prócz przedmowy i ilustracji, zawierało także portret autorki.

229 ZSRR (ros. SSSR, Kraj Rad, Związek Rad, 1922–1991) – Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich (ros. Sojuz Sowietskich Socjalisticzeskich Riespublik).

230 KPSS w rezolucjach (Kommunisticzeskaja Partia Sowietskogo Sojuza w rezolucijach) (ros.) – Ko­mu­nistyczna Partia Związku Radzieckiego w rezolucjach. Początek tytułu wydawnictwa traktującego o rezolucjach i dokonaniach partii komunistycznej w ZSRR.

231 „Trafiają się kobiety z defektem moralnym, niezdolne kochać nic i nikogo, prócz swoich przelotnych kaprysów, podobnież i mężczyźni; jest to tak dobra wada jak głuchota, ślepota albo paraliż, tylko mniej widoczna” – wyimek z powieści Lalka Bolesława Prusa, zob. tegoż, Lalka, wstęp Henryk Markiewicz, t. 1, PIW, Warszawa 1956, s. 361.

232 Ludwik Walunkiewicz – pływak z CWKS-u, student, przez moment także sympatia Agnieszki Osieckiej. „Ludwik jest najciekawszym i najgłębszym człowiekiem, jakiego znam”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, dz. cyt., s. 10. Jerzy Szafrański (Szafa, Szafsko) – pływak z CWKS-u. „Jurek Szafrański – entuzjasta surowy i nieubłagany komunizmu i stalowych ludzi komunizmu. Silne instynkty samcze, przesłonięte wobec umiejących się odpowiednio zachować osób przyjemnym, lojalnym oraz szczerym i serdecznym koleżeństwem. Na ogół ordynarny i brutalny, bywa cudnie po prostu dobry i kochany... Kiedy mu źle, przyjaźni się ze mną i żali się. Jestem jedyną osobą, której odmienne nieco poglądy cierpliwie znosi. Umie ponosić porażki”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, dz. cyt., s. 389. Zygmunt Wieliński (1908–1997) – pływak i instruktor z CWKS-u. Żołnierz AK i uczestnik powstania warszawskiego. „W Turynie towarzyszył zawodnikom Zygmunt Wieliński, najwybitniejszy fachowiec w gronie polskich trenerów. Przez wiele lat kierował on Radą Trenerów Polskiego Związku Pływackiego, którą utworzył; był też głównym autorem wszystkich planów szkoleniowych, pierwszym polskim trenerem, któremu przyznano klasę specjalną”, Aleksandra Korolkiewicz, Pływanie, w: Księga sportu polskiego 1944–1974, Warszawa 1975, s. 323.

233 Najprawdopodobniej chodzi o George’a Bagshawe’a Harrisona (1894–1991), angielskiego szekspirologa i wykładowcę.

234 Ryszard Lassota (Czarny Małpolud, Ryś, ur. 1937) – student polonistyki, sympatia Agnieszki Osieckiej. Pisarz mieszkający od 1981 r. w Częstochowie. Restauracja Kameralna – restauracja przy ulicy Foksal 16, kulturalno-rozrywkowe serce powojennej Warszawy, kultowa knajpa PRL-u. Stałymi gośćmi lokalu bywali m.in. Leopold Tyrmand, Marek Hłasko, Agnieszka Osiecka, Janusz Głowacki, Roman Polański i Edward Stachura. Hotel Bristol (od 1901 r.) – ekskluzywny hotel przy ulicy Krakowskie Przedmieście.

235 Szalony dzień, czyli Wesele Figara (tyt. oryg. La folle journée, ou le Mariage de Figaro, reż. Józef Wyszomirski, premiera 4 czerwca 1954 r. w Teatrze Narodowym im. Wojska Polskiego w Warszawie) – sztuka Pierre’a-Augustina Caron de Beaumarchais (1732–1799), francuskiego dramatopisarza, pisarza, zegarmistrza, muzyka, dyplomaty i wolnomularza. Przekład na język polski opracował Tadeusz Boy-Żeleński.

236 Żołnierz Królowej Madagaskaru (reż. Janusz Warnecki, premiera 29 maja 1954 r. w teatrze Syrena w Warszawie) – sztuka Juliana Tuwima napisana na podstawie farsy Stanisława Dobrzańskiego (1847–1880), dramatopisarza, aktora i reżysera teatralnego, tłumacza i redaktora.

237 Gwardia (właśc. WKS Gwardia Warszawa, od 1948) – wielosekcyjny klub sportowy podlegający resortowi spraw wewnętrznych. Kompleks basenów warszawskiej Gwardii znajdował się przy ulicy Racławickiej i składał się z basenów pływackich oraz basenu do skoków (wyłączono go z użytku w latach 90., a dziś znajduje się w całkowitej ruinie). Leszek Stelmaszyk – pływak z CWKS-u.

238 Właśc. Je me sens parfaitement blessée, naturellement seulement dans ces affaires (fr.) – Czuję się szalenie zraniona, oczywiście tylko w tej sprawie (przeł. red.).

239 Tekst wpisany przez Janusza Gazdę. Podkreślenie w zdaniu drugim pochodzi od Agnieszki Osieckiej i prowadzi od niego strzałka do słów „Oj, co racja, to racja”.

240 Moje dusznoje sostojanije (ros.) – Stan mojej duszy (przeł. red.).

241 Aluzja do O duchach, diabłach i kobietach (1924) – książki Kornela Makuszyńskiego (1884–1953), poety, pisarza, publicysty, felietonisty, krytyka literackiego. W dzieciństwie i młodości był to ulubiony pisarz Agnieszki Osieckiej.

242 Właśc. „Ainsi va la vie / Ainsi va l’amour / Ainsi vont les jours / Ainsi vont les nuits / Apportant des joies, / Apportant des pleurs” (fr.) – Tak się toczy życie / tak się toczy miłość / tak się toczą dni / tak się toczą noce / niosą radości / niosą łzy (przeł. red.). Fragment piosenki Tak się toczy życie (tyt. oryg. Ainsi va la vie) w wykonaniu Yves’a Montanda (właśc. Ivo Livi, 1921–1991), francuskiego piosenkarza i aktora.

243 Aleksander Fredro (1793–1876) – poeta, komediopisarz, pamiętnikarz, wolnomularz.

244 Bez dogmatu (1891) – powieść Henryka Sienkiewicza (1846–1916), pisarza, publicysty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 1905 r.

245 Zob. przyp. 102, s. 48.

246 Fragment tekstu opatrzony z lewej strony zasuszonym kwiatkiem.

247 Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: Dębica – miasto w województwie podkarpackim, siedziba powiatu. Leży nad rzeką Wisłoką.

248 Orłowo – nadmorska dzielnica Gdyni. Na tutejszej plaży znajduje się drewniane molo.

249 Sopot – miasto w województwie pomorskim, siedziba powiatu. Agnieszka Osiecka przez całe życie była związana z tym kurortem – jako dziecko przyjeżdżała tu z rodzicami, a od 1994 r. ściśle współpracowała z Teatrem Atelier (od 1989 r.), który od 1997 r. nazywa się Teatr Atelier im. Agnieszki Osieckiej. Halama (od 1935 r.) – dom wypoczynkowy w Zakopanem przy ulicy Piłsudskiego 24, wybudowany dla gwiazd estrady (Lody i Zizi Halamy oraz męża Zizi, Ludwika Parnella). W 1950 r. stał się Domem Pracy Twórczej Stowarzyszenia Autorów ZAiKS – jego gośćmi są artyści sceniczni, pisarze, publicyści. Dom ZAiKS-u nosi imię Wawrzyńca Żuławskiego. W pensjonacie Halama umarł 27 grudnia 1953 r. Julian Tuwim. Agnieszka Osiecka wielokrotnie gościła w Halamie. Raz nawet, spędzając tam sylwestra z córką Agatą Passent, spotkała Jerzego Rajskiego. Józef Świątek (Ziutek) – kolega z klasy Jerzego Rajskiego i Bohdana Reszki. Jan Wyganowski (ur. 1932) – student prawa. Grywał w siatkówkę w ogrodzie Osieckich.

250 Aluzja do opowiadania Pałeczka, czyli każdemu to, na czym mu mniej zależy (1950 r.) Adolfa Rudnickiego (1912–1990), pisarza, eseisty. Agnieszka Osiecka znała to opowiadanie co najmniej od 1952 r.

251 Sandomierz – miasto w województwie świętokrzyskim, siedziba powiatu. Leży nad Wisłą.

252 Leon Płoszowski – bohater powieści Bez dogmatu Henryka Sienkiewicza.

253 Właśc. „Cóż więc jest? Co zostało nam, co wszystko wiemy, / dla których żadna z dawnych wiar już nie wystarcza? / Jakaż jest przeciw włóczni złego twoja tarcza, / człowiecze z końca wieku?... Głowę zwiesił niemy” – ostatnia strofa wiersza Koniec wieku XIX Kazimierza Przerwy-Tetmajera (1865–1940), poety, pisarza, dramatopisarza, taternika, zob. tegoż, Koniec wieku XIX, w: tegoż, Poezje. Wydanie zbiorowe, t. 1, Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska”, Warszawa 1923, s. 152.

254 Czy czasem tęsknisz (sł. Henryk Rostworowski, muz. Aleksander Wrubel, 1945) – piosenka wykonywana przez Henryka Rostworowskiego (1912–1984, aktor, konferansjer, piosenkarz, poeta, autor tekstów piosenek, pisarz, tłumacz) i Martę Mirską (właśc. Alicja Nowak-Reiniger, 1918–1991, piosenkarka).

255 Dolores (tyt. oryg. Apropos of Dolores, 1938) – powieść Herberta George’a Wellsa (1866–1946), angielskiego pisarza, publicysty, eseisty, redaktora, wykładowcy. Przekład na język polski Marii Skibniewskiej ukazał się w 1948 r.

256 „Wot – ja nie mogu pisat’ wsiego. No wied’ eto jeszczo sowsiem nie wsio: Ja budu żdat’ Jego. Za mnoju – dwie priekrasnyje noczi; a pieriedo mnoju? Nie znaju” (ros.) – Cóż – nie mogę pisać o wszystkim. Ale to jeszcze nie wszystko: będę na Niego czekała. Za sobą mam dwie przepiękne noce, a co jest przede mną? Nie wiem (przeł. red).

257 Akademia Górniczo-Hutnicza (AGH, od 1919 r.) – publiczna uczelnia wyższa w Krakowie. W 1949 r. Akademia Górnicza w Krakowie przemianowana została na Akademię Górniczo-Hutniczą, a 50 lat później otrzymała patrona – obecnie nazwa się Akademia Górniczo-Hutnicza im. Stanisława Staszica.

258 W liście wysłanym z „Orłowo k. Gdyni, ul. Plażowa 2, u p. Pesikowskiego [?]” Agnieszka Osiecka pisała: „Kochana Tereniu, I znów się tak złożyło, że się nie widziałyśmy szmat czasu! Znając dobrze moje życie, a Twoje »jako tako«, wiem, że to »nie nasza wina«. Jeżeli Ty też jesteś tego zdania i masz ochotę na to, żebyśmy się nareszcie rozgadały, to napisz do mnie, a odpisuję zaraz i dużo. Nie zaczynam listem, bo nie wiem, »co Ty na to« i czy jesteś w domu. Nad morzem ślicznie, tylko słońca mało. Całuję, czekam na słowo od Ciebie, Aga”, zob. Teresa Deszczak (z domu Wilk), Inna niż my wszystkie, dz. cyt., s. 39.

259 Skoda (od 1895 r.) – czeska marka samochodu. Od 1991 r. należy do Grupy Volkswagena.

260 Konstanty Paustowski (1892–1968) – rosyjski i radziecki pisarz, eseista, dziennikarz. Jack London (właśc. John Griffith Chaney, 1876–1916) – amerykański pisarz. Daniel Defoe (właśc. Daniel Foe, 1660–1731) – angielski pisarz i publicysta.

261 „Głos Wybrzeża” (1947–2005) – gdański dziennik stanowiący organ prasowy Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (KW PZPR). W latach 1953–1957 redaktorem naczelnym był Zbigniew Wojakiewicz.

262 BBC (British Broadcasting Corporation, od 1922 r.) – Brytyjska Korporacja Nadawcza. Największy publiczny nadawca radiowo-telewizyjny w Wielkiej Brytanii. ONZ (Organizacja Narodów Zjednoczonych, od 24 października 1945 r.) – międzynarodowa organizacja powołana w celu dbania o bezpieczeństwo międzynarodowe i przestrzeganie praw człowieka. Aktem prawnym regulującym działanie ONZ jest Karta Narodów Zjednoczonych, a jego siedzibą – Nowy Jork.

263 Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: delegata Czangkaiszekowskiego – od: Czang Kaj-szek (1887–1975) – chiński dowódca i polityk, przywódca Republiki Chińskiej. W 1949 r. w wyniku wojny domowej z komunistami przeniósł się na Tajwan, gdzie dożywotnio sprawował funkcję prezydenta. Do 1971 r. Republika Chińska z Tajwanu dzięki poparciu Stanów Zjednoczonych, jakim cieszyła się od 1954 r., reprezentowała na forum międzynarodowym – zwłaszcza zaś w ONZ – całe Chiny i posiadała głos w Radzie Bezpieczeństwa. Formoza (port.) – Tajwan, wyspa na Oceanie Spokojnym. Nazwę nadali jej Portugalczycy, którzy odkryli wyspę w 1517 r. i nazwali ją właśnie „Ilha Formosa” („piękna wyspa”).

264 Konrad Adenauer (1876–1967) – niemiecki prawnik i polityk. W latach 1949–1963 był kanclerzem Republiki Federalnej Niemiec (RFN). Właśc. Hakenkreuz (niem.) – krzyż hakowaty, swastyka, godło hitleryzmu i Trzeciej Rzeszy.

265 Back crawl (ang., in. back, backstroke) – styl grzbietowy.

266 Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: Zofia Skura – koleżanka z klasy. Elżbieta Fleischer-Wysińska (zm. 2014) – koleżanka ze studiów dziennikarskich, sympatia (potem żona) Kazimierza Andrzeja Wysińskiego, zob. przyp. 164, s. 253. Krytyczka teatralna, teatrolożka, eseistka, redaktorka „Dialogu”.

267 Five (ang., właśc. five o’clock tea – „herbata o piątej po południu”) – w powojennej Warszawie była to popołudniowa potańcówka, potańc. Grand Hotel – sopocki hotel wybudowany w latach dwudziestych XX w. Znajduje się nad zatoką, w pobliżu mola – jednego z ulubionych miejsc Agnieszki Osieckiej, zob. Agnieszka Osiecka, Molo, w: tejże, Szpetni czterdziestoletni, dz. cyt., s. 132–136. Agnieszka Osiecka spędzała w nim wakacje wielokrotnie, m.in. w 1950 r.

268 Tadeusz Piotrowski (Piotrek) – tenisista ziemny, sympatia Agnieszki Osieckiej. W Sopocie w 1954 r. rywalizował w grze pojedynczej mężczyzn i w grze podwójnej. W grze pojedynczej doszedł do ćwierćfinału, który przegrał z Antalem Jañsco, zob. przyp. 280, s. 119. „Et company” (fr., ang.) – i towarzystwo. Gra językowa Agnieszki Osieckiej, polegająca na zestawieniu francuskiego et z angielskim company. Żarcik ów pojawił się po raz pierwszy w zapiskach z 1952 r.

269 Właśc. Międzynarodowy Młodzieżowy Turniej Tenisowy w Sopocie.

270 Żulietta Namian – rumuńska tenisistka ziemna. Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: Solyon – węgierska tenisistka ziemna.

271 Wiktor Naumowicz (1933–2001) – tenisista stołowy i ziemny z klubu Ogniwo Radom i Broń Radom, trener, architekt. Janusz Kwiatek – tenisista ziemny. W Sopocie w 1954 r. rywalizował w grze pojedynczej mężczyzn, w grze podwójnej i w grze mieszanej. W grzej pojedynczej doszedł do ćwierćfinału, który przegrał z Javorskym. Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: Angelescu – rumuński tenisista ziemny. Janusz Kwiatek wygrał z Rumunem w pięciosetowym meczu.

272 Wiesław Gąsiorek (1936 –2002) – tenisista ziemny, trener. Wielokrotny mistrz Polski, mistrz Europy w grze podwójnej z 1971 r. W 1953 i 1954 r. zdobył tytuł mistrza Polski juniorów w grze podwójnej, a w 1954 r. został wicemistrzem Polski juniorów w grze pojedynczej.

273 Bogna Banasiówna (Bogda, Banasiakówna) – tenisistka, córka pani Banasiowej, u której mieszkała Agnieszka Osiecka, zob. przyp. 318, s. 134.

274 Manhattan Transfer (1925) – powieść Johna Dos Passosa (1896–1970), amerykańskiego pisarza, dziennikarza. Przekład na język polski Tadeusza Jakubowicza ukazał się w 1931 r.

275 Sinclaire Lewis (1885–1951) – amerykański pisarz, dramatopisarz. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 1930 r.

276 Roxana, czyli szczęśliwa kochanka (tyt. oryg. Roxana or The fortunate mistress) – powieść Daniela Defoe. Opatrzony przedmową Jana Kotta, ilustrowany przez Ottona Axera przekład na język polski Janiny Pawłowiczowej ukazał się w 1954 r.

277 Tragedia optymistyczna (tyt. oryg. Optimisticzeskaja tragiedija, reż. Lidia Zamkow, premiera 11 czerwca 1954 r. w teatrze Wybrzeże w Gdańsku) – sztuka Wsiewołoda Wiszniewskiego (1900–1951), radzieckiego dramatopisarza i pisarza. Przekład na język polski opracował Stanisław Nadzin.

278 Masówka – zebranie w zakładzie pracy lub szkole, zwołane przez działaczy partyjnych albo związkowych.

279 Cervantes (tyt. oryg. Cervantes) – powieść Brunona Franka (1887–1945), niemieckiego pisarza, poety, dramatopisarza. Przekład na język polski Wandy Kragen ukazał się w 1939 r.

280 Antal Jañsco – węgierski tenisista ziemny.

281 Adieu (fr.) – żegnaj.

282 Wilk morski (tyt. oryg. The Sea Wolf, 1904) – powieść Jacka Londona. Przekład na język polski Jerzego Bohdana Rychlińskiego ukazał się w 1947 r.

283 Piotruś – Tadeusz Piotrowski, zob. przyp. 268, s. 116.

284 Zbigniew Wojtowicz, Bogdan Maniewski (Fanfan le Tulipe) – tenisiści ziemni.

285 Zygmunt Karasiński (1898–1973) – pianista, skrzypek, saksofonista, kompozytor, dyrygent, autor tekstów piosenek.

286 Zuzanna Ryczkówna (Zuzzi) – tenisistka z Piasta Gliwice, potem z CWKS-u.

287 Spartakiada (od łac. imienia Spartakus, które nosił gladiator, przywódca powstania niewolników w starożytnym Rzymie) – masowe zawody sportowe organizowane w celu upowszechniania sportu. Pierwsza spartakiada odbyła się w ZSRR w 1928 r., potem organizowano je również i w innych krajach bloku socjalistycznego. Spartakiady utożsamiano z zawodami sportowymi dla robotników. Pierwsza polska spartakiada odbyła się 8–16 września 1951 r. w Łodzi oraz w Warszawie – wzięło w niej udział kilku kolegów Agnieszki Osieckiej.

288 Dendy Vad – węgierski tenisista ziemny.

289 Donna (wł.) – kobieta, pani, dama; pot. żona, ukochana. Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: sopocianka.

290 Marynika (sł. pol. Zdzisław Gozdawa, Wacław Stępień, muz. Henri Mălineanu) – fokstrot-polka wykonywana przez Chór Czejanda. Właśc. Wio, koniku (sł. Jerzy Jurandot, muz. Imre Garayi) – piosenka wykonywana przez Juliana Sztatlera.

291 Przezwisko Maniewskiego to aluzja do tytułowego bohatera filmu Fanfan Tulipan (tyt. oryg. Fanfan la Tulipe, reż. Christian Jaque, właśc. Christian Albert François Maudet, światowa premiera 20 marca 1952 r.), francusko-włoskiej komedii przygodowej.

292 That is my black day (ang.) – To jest mój czarny dzień.

293 Don’t bluff (ang.) – Nie blefuj.

294 But it’ll finish now. She shall remember (ang.) – Lecz to jeszcze nie jest koniec. Ona będzie pamiętać (przeł. red.).

295 Coctaile – koktajl. Melba – ulubiony deser Agnieszki Osieckiej.

296 Martin Eden (tyt. oryg. Martin Eden,1909) – powieść Jacka Londona.

297 „For my dear friend Blue Peter (isn’t this name better for you than the first one – »Black Peter«?) Agnes” (ang.) – „Dla mojego drogiego przyjaciela Smutnego Piotrusia (czyż to imię nie jest dla ciebie odpowiedniejsze niż poprzednie – »Czarny Piotruś«?). Agnieszka” (przeł. red.).

298 Elizabeth Charles – piosenkarka jazzowa. Występowała m.in. z Zespołem Jazzowym Zygmunta Wicharego. René Glaneau (właśc. Roman Środa, 1928–1997) – piosenkarz. Występował m.in. z Orkiestrą Zygmunta Karasińskiego i Zespołem Jazzowym Zygmunta Wicharego.

299 „Sztandar Młodych” (1950–1997) – dziennik dla młodzieży, organ prasowy ZMP.

300 22 lipca – rocznica ogłoszenia w Radiu Moskwa odezwy Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN, tzw. Manifestu Lipcowego) stanowiącej m.in. o powołaniu organów władzy tymczasowej na terenach wyzwolonych spod okupacji niemieckiej. Pierwszą siedzibą działającego od 21 lipca do 31 grudnia 1944 r. PKWN-u był Lublin. W PRL-u 22 lipca był świętem narodowym.

301 „This was m y black day” (ang.) – „To był m ó j czarny dzień” (przeł. red.).

302 Przemysław Helsztyński (ur. 1931) – prawnik. Jerzy Helsztyński (ur. 1927) – naukowiec i wykładowca. Ave Roosevelt. Panorama amerykańska (1949) – rozprawa Stanisława Helsztyńskiego (właśc. Stanisław Skorupka, 1891–1986), historyka literatury, anglisty, wykładowcy. Od Szekspira do Joyce’a (1939) – rozprawa Stanisława Helsztyńskiego. Książka wyszła ponownie w 1948 r. Politechnika Warszawska (PW, od 1915 r.) – warszawska uczelnia techniczna.

303 Właśc. Półwysep Helski (Mierzeja Helska) – piaszczysty wał o długości 35 km stanowiący ciąg zalesionych wydm, powstałych wskutek działania wiatru i prądu morskiego płynącego na wschód wzdłuż polskiego brzegu. Na krańcu półwyspu znajduje się miejscowość Hel, do której najprawdopodobniej płynął stateczek z Trójmiasta.

304 Właśc. Mercedes-Benz (od 1881 r.) – niemiecka marka samochodu, produkowana obecnie przez koncern Daimler AG.

305 Właśc. Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów. Konno przez Azję Centralną (tyt. pierwodr. Beasts, men and gods) – trylogia podróżnicza Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego (1876–1945), pisarza, dziennikarza, korespondenta, podróżnika, wykładowcy.

306 Antykomunistyczna działalność i takaż postawa Ossendowskiego zdecydowały o tym, że w PRL-u jego książki były zakazane (w 1951 r. wycofano je z bibliotek).

307 Ulica Długa – ulica biegnąca przez Główne Miasto w Gdańsku. Wraz z Długim Targiem tworzy Drogę Królewską. W 1953 r. otwarto na niej kino Leningrad.

308 Wagary (tyt. oryg. L’École buissonnière, reż. Jean-Paul Le Chanois, premiera 8 kwietnia 1949) – film francuski.

309 Oliwa (od XII w.) – dzielnica Gdańska granicząca od północy z Sopotem. W 1955 r. w Parku Oliwskim w setną rocznicę śmierci odsłonięto pomnik Adama Mickiewicza. Od tego czasu Park Oliwski nosi imię ­wieszcza.

310 Stogi – dzielnica Gdańska położona na Wyspie Portowej. Znajdują się tu Las Miejski i jezioro Pusty Staw.

311 Zapisek dzienny od tego miejsca do dopisku uczynionego później przekreślony ukośną kreską.

312 Happy end (ang.) – szczęśliwe zakończenie. Józefina Pellegrini (1921–2001) – aktorka, piosenkarka, artystka estradowa, wróżka, pisarka, druga żona Wiktora Osieckiego. Od 1949 r. występowała na koncertach organizowanych przez Estradę Stołeczną, Artos i Polskie Radio. Od 1957 r. związała się z teatrem Syrena, gdzie Wiktor Osiecki był z kolei kierownikiem muzycznym. Grała również w teatrze Buffo, współpracowała ze stołecznymi kabaretami. W 1977 r. wystąpiła w roli piosenkarki w filmie Antyki (reż. Krzysztof Wojciechowski). Po śmierci Wiktora Osieckiego zaangażowała się w parapsychologię i wróżbiarstwo – układała horoskopy dla gazet, radia i telewizji, pisała książki z dziedziny parapsychologii (Czytanie losu, 1994; Moje widzenie losu, 1996). „Pani Pellegrini – śpiewaczka, kochanka mojego ojca. Ma strasznie krótki wzrok, chorobę Basedowa i cudowny dar ujmowania sobie ludzi. Kocha do szaleństwa swych dwóch małych synków i po rozwodzie z mężem bardzo dużo dla nich pracuje i za mało leczy się. Jest bardzo dobra i cierpliwa, wyrozumiała dla ludzi. Nerwowa bez histerii”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1951, dz. cyt., s. 391.

313 Obok daty dziennej jedno starannie zamazane słowo.

314 Jastrzębia Góra – wieś w województwie pomorskim, w powiecie puckim, w gminie Władysławowo. Położona nad Morzem Bałtyckim.

315 Krystyna Szelestowska – koleżanka ze studiów dziennikarskich.

316 Braciszkowie – zob. przyp. 46, s. 29.

317 Dumna legenda (reż. Natalia Gołębska, premiera 16 czerwca 1954, Teatr Lalek w Gdańsku) – sztuka Franciszka Fenikowskiego (1922–1982), poety, pisarza, dramatopisarza, reportażysty.

318 Właśc. Inter Club – gdyński lokal gastronomiczny powstały w miejscu przedwojennej kawiarni Europa. Sławomir Sierecki (1924–2012) – pisarz, dramatopisarz, scenarzysta, dziennikarz, redaktor. Pracował w redakcji „Głosu Wybrzeża”, zob. przyp. 261, s. 111. „Był w moim życiu czas, kiedy należałam w Sopocie do »miejscowych«, a w każdym razie do półmiejscowych. Byłam studentką, przechodziłam praktykę dziennikarską w »Głosie Wybrzeża«, mieszkałam na ulicy Bieruta 39 u nieludzko dobrej pani Banasiowej, zawodowo trzymałam się spódnicy mego szefa – Sławomira Siereckiego, a towarzysko obijałam się między młodymi”, Agnieszka Osiecka, Molo, w: tejże, Szpetni czterdziestoletni, dz. cyt., s. 134.

319 Właśc. Wesołe kumoszki z Windsoru (The Merry Wives of Windsor, 1602) – sztuka Williama Szekspira (ang. William Shakespeare, 1564–1616), angielskiego dramatopisarza, poety, aktora. Agnieszka Osiecka stosowała zarówno angielską, jak i spolszczoną wersję jego nazwiska.

320 Elbląg (od 1237 r.) – miasto w województwie warmińsko-mazurskim, siedziba powiatu. Jest najniżej położonym miastem w Polsce – leży u ujścia rzeki Elbląg do Zalewu Wiślanego.

321 Tczew (od 1198 r.) – miasto w województwie pomorskim, siedziba powiatu. Leży nad Wisłą.

322 Najprawdopodobniej chodzi o: „Wolność” (1940–1941) – organ prasowy Organizacji Socjalistyczno-Nie­pod­ległościowej „Wolność”. W 1941 r. grupa weszła do PPS-WRN, a pismo „Wolność” wznowione zostało pod znakiem PPS-WRN.

323 Od czasu do czasu Agnieszka Osiecka wybierała losowo w dzienniku pustą stronę i zapisywała na niej swoje wątpliwości, pytania o przyszłość, marzenia.

324 Turki (pot.) – aksamitki.

325 Jajko i ja (tyt. oryg. The Egg and I, 1945) – pamiętnik Betty MacDonald (1908–1958), diarystki amerykańskiej. Przekład na język polski Marty Wańkowicz-Erdmanowej ukazał się w 1949 r.

326 Nasłażdat’sia żyzniej (ros.) – rozkoszować się życiem.

327 Niewskij prospiekt (ros.) – Newski prospekt. Opowiadanie Mikołaja Gogola.

328 Kajetan Marcinkowski (Rewolucjonista), Stanisław Malwiński, Franciszek Walicki – dziennikarze zatrudnieni w redakcji „Głosu Wybrzeża”. Bolesław Wit Święcicki (1901–1976) – dziennikarz, redaktor, działacz polityczny. W latach 1948–1966 pracował w redakcji „Głosu Wybrzeża”. Ojciec Wojciecha Święcickiego, zob. przyp. 56, s. 206.

329 Konstanty Ildefons Gałczyński (1905–1953) – poeta, satyryk, tłumacz. Agnieszka Osiecka znała się z jego córką Kirą Gałczyńską (ur. 1936), pisarką, dziennikarką, redaktorką.

330 Właśc. „Jest czas rodzenia i czas umierania, / czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono” – wyimek ze starotestamentowej Księgi Koheleta 3:2.

331 Jelitkowo – północna, nadmorska część Gdańska. Na plaży w Jelitkowie Potok Oliwski uchodzi do Zatoki Gdańskiej.

332 Pobieda (właśc. GAZ-M20 Pobieda) – radziecka marka samochodu produkowanego w latach 1946–1958 przez zakłady GAZ. Prototyp pobiedy (pol. „zwycięstwo”) powstał w 1944 r., a produkcja seryjna ruszyła w 1946 r. Pobiedę eksportowano poza ZSRR, m.in. do Polski, a od 1950 warszawska FSO posiadała licencję na produkcję wzorowanego na pobiedzie samochodu Warszawa M-20.

333 Mielno – miasto w województwie zachodniopomorskim, w powiecie koszalińskim, siedziba gminy. Leży nad Morzem Bałtyckim i jeziorem Jamno.

334 Właśc. Miejski Ogród Zoologiczny w Warszawie (od 1928 r.) – warszawski ogród zoologiczny usytuowany na prawym brzegu Wisły.

335 Agnieszka Osiecka urodziła się 9 października 1936 r.

336 Władysław Anders (1892–1970) – generał dywizji Polskich Sił Zbrojnych. W latach 1944–1945 i 1946–1954 był Naczelnym Wodzem Polskich Sił Zbrojnych, a w latach 1950–1954 sprawował funkcję następcy prezydenta RP na uchodźstwie. W 1954 r. władze emigracyjne mianowały go generałem broni. Od 1949 r. do śmierci piastował funkcję przewodniczącego Głównej Komisji Skarbu Narodowego, poza tym był prezesem Polskiej Macierzy Szkolnej i przewodniczącym Polskiej Rady Kulturalnej. „Tymczasem komunistyczne władze Polski Ludowej widziały w Andersie największego wroga i zajadle go atakowały. Nie bez przyczyny. Dla wielu Polaków w kraju, którzy nie utożsamiali się z reżimem, Anders – opromieniony sławą zwycięskiego wodza spod Monte Cassino – był symbolem nadziei na zmianę tragicznego położenia Polski. W latach 1945–1946, gdy liczono jeszcze na wybuch wojny między aliantami zachodnimi i ZSRR, spodziewano się, że gen. Anders powróci »na białym koniu«, by przynieść rodakom prawdziwą wolność i niepodległość. Do motywu »białego konia« odwoływała się też propaganda komunistyczna, by zohydzić generała jako reprezentanta dawnej, »pańskiej« Polski. Paradoksalnie, dwa konie, choć nie białe, gen. Anders otrzymał w prezencie od... radzieckiego dyktatora Józefa Stalina”, Szymon Morawski, Generał na białym koniu, Onet.pl, 19 maja 2004, http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/general-na-bialym-koniu/f0nw8 (dostęp 20 sierpnia 2017).

337 Jean-Paul Sartre (1905–1980) – francuski filozof, eseista, pisarz, dramatopisarz i działacz komunistyczny. W 1964 r. został laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, ale nie przyjął nagrody. Moulin Rouge (tyt. oryg. Moulin Rouge, reż. John Huston, premiera światowa 23 grudnia 1952 r.) – angielski film o malarzu Henrim de Toulouse-Lautrecu, w którego postać (a także w postać jego ojca) wcielił się José Ferrer (właśc. José Vicente Ferrer de Otero y Cintrón, 1912–1992), amerykański aktor i reżyser.

338 „Niedug, kotorogo priczinu / Dawno by otyskat’ pora, / Podobnyj anglijskomu splinu, / Korocze – russkaja chandra” (ros.) – „Bolączka – czas już jej przyczynę / Odciąć od zwykłych bajd i andron – / We mgle londyńskiej zwana splinem, / A po rosyjsku prościej: chandrą”. Fragment strofy XXXVIII (rozdz. I) dzieła Eugeniusz Oniegin Aleksandra Puszkina, zob. tegoż, Eugeniusz Oniegin, przeł. Adam Ważyk, Książka i Wiedza, Warszawa 1952, s. 43.

339 Ślizgacz – rodzaj łodzi motorowej.

340 Dalekie lata (tyt. oryg. Dalekije gody, 1946) – powieść Konstantego Paustowskiego. Przekład na język polski Jerzego Jędrzejewicza ukazał się w 1948 r. Opowieść o lasach (tyt. oryg. Powiest’ o lesach, 1948) – powieść Konstantego Paustowskiego. Przekład na język polski Andrzeja Miłosza i Wandy Odolskiej ukazał się w 1951 r.

341 Właśc. „Pisarz powinien widzieć tak dużo, że aż strach pomyśleć. Powinien wszystko rozumieć! Powinien pracować jak wół i nie uganiać się za sławą! Tak! Otóż to właśnie! Jedno mogę panu powiedzieć – niech pan idzie do wszystkich chałup, na jarmarki, do fabryk, do domów noclegowych. Niech pan obejrzy wszystko, co się tylko da – teatry, szpitale, kopalnie i więzienia. Tak! Wszystko! Żeby życie przepoiło pana jak spirytus walerianę. Żeby z tego wyszła prawdziwa tynktura. Wtedy będzie pan mógł ją ludziom dawać jak cudotwórczy balsam” – wyimek z Maleńkiej dawki trucizny, finalnego rozdziału powieści Dalekie lata Konstantego Paustowskiego, zob. tegoż, Dalekie lata, przeł. Jerzy Jędrzejewicz, Czytelnik, Warszawa 1956, s. 377–378.

342 Właśc. „Wielka siła życia widoczna jest we wszystkim: w kołysaniu się czubów drzew, w poświście ptaków, w łagodnym oświetleniu. A nad wieczorem, gdzieś koło wód leśnych, człowiek siada przy ognisku, zaś obok zasiada cisza. Gwiazdy, stokroć jaskrawsze niż pod kurzową zasłoną miast, zapalają się na niebie. Patrząc na nie człowiek zaczyna rozumieć cały majestatyczny ogrom wszechświata, zaczyna rozumieć, co znaczy zasłużony odpoczynek i spokój ducha. Nad ziemią zalega noc, pełna świeżych zapachów, przyćmionego światła, rosy, krzyku nocnych ptaków. A w przyszłości – setki takich nocy i świtów, i dni, i wieczorów, gdy się nad Rosją rozpościera ni to mgła, ni to dymek ognisk. Może o tym właśnie myślał Czechow. Nie wiem” – wyimek ­z po­­wieści Opowieść o lasach Konstantego Paustowskiego, zob. tegoż, Opowieść o lasach, przeł. Czesław Jastrzę­biec-Ko­złowski, Czytelnik, Warszawa 1956, s. 309–310.

343 Właśc. „każdy człowiek winien wyhodować w swym życiu jedno bodaj drzewo, bo inaczej jest on trupem i suchą szczapą…”, tamże, s. 310.

344 Stefan Żeromski (1864–1925) – pisarz, dramatopisarz, publicysta.

345 Dzienniki. 1882–1886, Dziennik. 1886–1887 – dwa tomy dziennika Stefana Żeromskiego, opracowanego i wydanego w latach 1953–1954 przez Jerzego Kądzielę. Tom kolejny (o latach 1888–1891) ukazał się w 1956 r.

346 Maria Koterbska (ur. 1924) – piosenkarka.

347 Fragmenty Małej piosenki (sł. Witold Zechenter, muz. Jerzy Harald, 1954), utworu wykonywanego przez Zbigniewa Kurtycza, a potem – Marię Koterbską.

348 Jerzy Jurczyński – kolega ze studiów dziennikarskich. Barbara Tadeusiak-Brzozowska – koleżanka ze studiów dziennikarskich.

349 Złodzieje i policjanci (tyt. oryg. Guardie e ladri, reż. Steno, Mario Monicelli, premiera światowa 29 listopada 1951 r.) – włoski film komediowy.

350 Fiodor Dostojewski (1821–1881) – rosyjski pisarz, publicysta, redaktor, tłumacz. John Galsworthy (1867–1933) – angielski powieściopisarz, poeta, dramatopisarz, nowelista. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 1932 r.

351 „You’re perverse, brother Wilfred, the young woman said / And your tongue is exceedingly wry; / You do not look well when you stand on your head – / Why will you continually try?” (ang.) – „Jesteś przewrotny, bracie Wilfredzie, powiedziała młoda kobieta. A twój język jest niezwykle krzywy; Nie wyglądasz dobrze, stojąc na głowie – dlaczego ciągle próbujesz?”. Wyimek z powieści Kwiat na pustyni (tyt. oryg. Flowering wilderness, 1932) wchodzącej w skład wielotomowej Sagi rodu Forsyte’ów Johna Galsworthy’ego.

352 Właśc. „…(albowiem socjalizm jest nie tylko kwestią proletariatu, czyli tak zwanego czwartego stanu, lecz w najistotniejszej swej treści zagadnieniem ateizmu, zagadnieniem współczesnego ateizmu, zagadnieniem wieży Babel, wznoszonej właśnie bez Boga, nie gwoli osiągnięcia nieba na ziemi, lecz dla ściągnięcia nieba ku ziemi)” – wyimek z powieści Bracia Karamazow Fiodora Dostojewskiego, zob. tegoż, Bracia Karamazow, t. 1, przeł. Aleksander Wat, PIW, Warszawa 1978, s. 37.

353 Właśc. „Ten, kto sam przed sobą kłamie i własnego kłamstwa słucha, prawdy żadnej już nie widzi ani w sobie, ani dokoła siebie, a przeto szacunek traci dla siebie i dla innych. Zasię nie szanując nikogo, kochać przestaje, a chcąc z braku miłości zagłuszyć sumienie i rozerwać, oddaje się namiętnościom i ordynarnym rozkoszom i dochodzi do zupełnego zezwierzęcenia w nieprawości swojej”, tamże, t. 1, s. 58–59.

354 Wiersz Rozmowa liryczna Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, zob. tegoż, Dzieła w pięciu tomach, t. 2, Czytelnik, Warszawa 1979, s. 423.

355 Ogniwo – klub sportowy. Las – wieś przy Wale Miedzeszyńskim, obecnie stanowi część dzielnicy Wawer.

356 Nowy Świat – kawiarnia na rogu Nowego Światu i ulicy Świętokrzyskiej. Występował tu m.in. kabaret Dudek.

357 Pani Lichomska – matka Janusza Lichomskiego. W notatce dziennej z 15 stycznia 1953 r. Agnieszka Osiecka zapisała: „Całe popołudnie przesiedziałam dziś u Janusza – przyszłam omówić z jego mamusią sprawę wyjazdu w góry, to raz, a w ogóle to »tak sobie« – u mnie nie można siedzieć (buduje się {kominek}), to się siedzi u Januszka. Lubię bardzo ich dom – prześliczne, eleganckie mieszkanie przepełnione ciepłą, wesołą, »wszędobylską« obecnością pani Lichomskiej. I ją samą też bardzo lubię – przyszłam dziś przed Januszem i siedziałyśmy sobie we dwie, plotkując po babsku. Jest bardzo »mamusiowata« i »ciepła«, zakochana we własnym mężu i synu, a jednocześnie pełna jeszcze energii, sił żywotnych i ochoty (oraz możliwości) do zabawy. Jest jeszcze ładna i bardzo apetyczna – jak świetne ciasteczka, które piecze”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 44.

358 Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: Yves’a Montande’a, zob. przyp. 242, s. 102.

359 Dąbrówka – południowa część warszawskiej dzielnicy Ursynów.

360 En deux (fr.) – we dwoje.

361 Adolf Dygasiński (1839–1902) – pisarz, publicysta, wydawca, redaktor, pedagog, działacz społeczny.

362 Właśc. „Już kocham cię tyle lat, / na przemian w mroku i w śpiewie, / może to już jest osiem lat, / a może dziewięć – nie wiem; // splątało się, zmierzchło – gdzie ty, a gdzie ja, / już nie wiem – i myślę w pół drogi, / że tyś jest rewolta i klęska, i mgła, / a ja to twe rzęsy i loki” – wiersz ***Już kocham cię tyle lat Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, zob. tegoż, Dzieła w pięciu tomach, t. 1, dz. cyt., s. 387.

363 Właśc. „Proszę, proszę, rozgość się serdeczny, / rozejrz się dokładnie po wszystkim; / to jest czajnik – prawda jaki śmieszny? / z gwizdkiem. // To mruczenie? Powiem ci w sekrecie: / jest mruczeniem kota Salomona. / A ta pani zamyślona, z kwiatami – / to moja żona” – wiersz Wizyta Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, zob. tegoż, tamże, t. 1, s. 347.

364 Trotz alles schönes, was kann ich jetzt schreiben, sehe ich gegen mich sebst, abscheulich aus. Ich vollte (mich) um sieben uhr mit Handy trefen, aber ich kann nicht (und ich wuβte, daβ ich so tuhn verde) sondern ich saβ beim Brüderchen. Als ich mit ihm von dort gang (es, war schon ein Uhr später) – er war noch da. Es war dumm! Dan saβen wir zu Hause und warteten auf die Mutter (wir sollten zusammen Kaffee trinken gehen) und Handy telefonierte. Was konnte ich sagen? Ich sagte, daβ ich zahle ihm mit der selber Monete und s.w. Aber war er verstaund und böse und – traurig. Ich sagte J., daβ ich ein Recht hatte um so zu sagen. Und nachdem, Abends, schrieb ich ein Brief zu Handy – daβ ich weiβ jezt er sagte von mir schlimste Sachen und darum... Brr – daβ ist aber abscheulich. Und par Minuten, hatte ich so, mit meinen Bruder die kleine Untericht! Und mit dem R. bin ich auch nicht in Ordnung. Ich weiβ nicht vie heiβ es im Deutsche – sumienie (niem.) – Mimo tych wszystkich pięknych rzeczy, które mogłabym teraz napisać, patrzę na siebie samą ze wstrętem. Chciałam się spotkać o siódmej z Handy, ale nie mogę (i wiedziałam, że tak zrobię), i zamiast tego siedziałam u Braciszka. Kiedy wychodziłam razem z nim stamtąd (była już godzina później) – jeszcze tam był. To było głupie! Potem siedzieliśmy w domu i czekaliśmy na Mamę (mieliśmy iść razem napić się kawy) i Handy rozmawiał przez telefon. Co miałam powiedzieć? Powiedziałam, że odpłacę mu tą samą monetą itd. Ależ był zdziwiony i zły i – smutny. Powiedziałam J., że miałam prawo tak powiedzieć. A potem, wieczorem, napisałam list do Handy – że wiem już, że mówił o mnie najgorsze rzeczy i dlatego… Brr – ależ to wstrętne. I w ten sposób miałam z moim bratem małą lekcję! I w stosunku do R. też nie jestem w porządku. Nie wiem, jak to jest po niemiecku – sumienie (przeł. Tomasz Gajownik).

365 Telimena – jedna z najstarszych kawiarni w Warszawie, ulokowana w pochodzącej z XIX w. kamienicy Kestnerów, pod adresem Krakowskie Przedmieście 27. W XIX w. funkcjonowała tu cukiernia Laurentego Tosio – w 1949 r. w odbudowanej ze zniszczeń wojennych kamienicy otwarto dwupoziomową kawiarnię Telimena. Od kilku lat mieści się tu Green Caffe Nero.

366 Józef Galiński – właściciel cukierni znajdującej się na rogu placu Trzech Krzyży i alei Ujazdowskich. Otwarta w 1909 r. cukiernia słynęła przede wszystkim z lodów. Lokal zlikwidowano w latach 90. XX w.

367 Właśc. „– Kto jesteś? / – Lunatyk we śnie krążący. / – Co robisz? / – Błądzę, obłędny i śpiący. / Płynę, ślizgam się lekko po księżycowej polanie. / – Dlaczego? / – Nie wiem. […] Muszę iść! / – Biedny!... / A ty się nie daj! / – Nie mogę” – fragmenty wiersza Rozmowa Julina Tuwima, zob. tegoż, Nowy wybór poezji, wybór, oprac., nota Juliusz Wiktor Gomulicki, PIW, Warszawa 2002, s. 227–228.

368 „Danziger Vorposten” (1933–1945) – organ prasowy gdańskiej NSDAP. Do 1940 r. wychodził jako „Der Danziger Vorposten”, potem jako „Danziger Vorposten”. Właśc. „Danziger Neueste Nachrichten” (1894–1944) – gdański dziennik. Długo pozostawał medium opiniotwórczym i ponadpartyjnym, lecz w 1933 r. opowiedział się po stronie NSDAP.

369 Właśc. Górny Sopot – zachodnia dzielnica Sopotu. Znajdują się tu m.in. Uniwersytet Gdański i Opera Leśna.

370 Franz Peter Schubert (1797–1828) – kompozytor austriacki. Gioacchino Rossini (1792–1868) – kompozytor włoski.

371 Czardasz (węg. csárdás) – węgierski taniec narodowy.

372 SPATiF (Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru i Filmu, 1950–1981) – powołana w 1918 r. jako Związek Artystów Scen Polskich (ZASP) organizacja zrzeszająca aktorów i twórców teatru, filmu, radia, estrady (współcześnie też telewizji). Od 1981 r. organizacja wróciła do dawnej nazwy, lecz nazwa „SPATiF” przetrwała w świadomości kulturowej za sprawą lokalu o tej nazwie w Alejach Ujazdowskich: „Znałam Agnieszkę przeszło trzydzieści lat. Gdzie się poznałyśmy, nie pamiętam. Może w STS-ie, może w SPATiF-ie po jakimś przedstawieniu? Rzadko wtedy umawialiśmy się w domach – młodzi, biedni, mieszkaliśmy kątem u rodziców albo w wynajmowanych ciasnych pokoikach gdzieś na mieście i SPATiF był zdecydowanie lepszym miejscem na spotkania towarzyskie. Często siadałyśmy z Agnieszką przy stoliku z Kaziem Korcellim, Ottonem Axerem i Januszem Minkiewiczem – to był wyjątkowy stolik, przy którym nie każdy mógł usiąść. W czwartki i w niedziele się tańczyło. Nie było orkiestry ani muzyki z płyt – mężczyzna w ciemnych okularach, którego nazywaliśmy chyba »ślepy Włodek«, grał na pianinie. Czasem, gdy nam się nudziło, przenosiłyśmy się do Melodii, którą Agnieszka bardzo lubiła. Dobrze się czuła z tym nocnym, cygańskim życiem – opisała je nawet w Szpetnych czterdziestoletnich. Potem dorośliśmy, zarobiliśmy trochę pieniędzy na własne mieszkania, były śluby i rodzenie dzieci. To bardzo zmieniło nasze życie, nawet życie tak intensywnie pracującej osoby, jaką była Agnieszka. Spotkania przeniosły się do domów. W stanie wojennym, gdy nie było można wyjść wieczorem na ulicę, zostawaliśmy u siebie na noc, dyskutując do rana. Zresztą SPATiF też nie był już ten sam. Wzrósł czynsz za lokal i żeby na niego zarobić, zaczęto wpuszczać ludzi z ulicy. Dzisiaj, gdy przychodzę tam czasem na klubowe obiady, rzadko spotykam kogoś znajomego. Sami przypadkowi ludzie, którym imponuje to, że mogą spotkać się w klubie aktora. Narzekają, że herbata nie taka, że cukier nie ten, że talerz zły...”, Barbara Wrzesińska, Każdy zna inny kawałek Agnieszki, w: Karolina Felberg-Sendecka, Koleżanka. Wspomnienia o Agnieszce Osieckiej, dz. cyt., s. 448–449.

373 CUK – Centralny Urząd Kinematografii (1952–1957).

374 Parazytologia – nauka badająca pasożyty oraz pasożytnictwo.

375 „»Ciuchy« były dla odwilżowej Warszawy tym, czym dla Paryża – Hale, dla Stambułu – bazary, dla Londynu – Marks and Spencer. Dziewczyna z mojego pokolenia czułaby się bez »ciuchów« jak Kopciuszek bez drugiego pantofla. A nawet – bez pierwszego. […] Bez »ciuchów« nie mielibyśmy pisarstwa Leopolda Tyrmanda [zob. przyp. 182, s. 364], ideologii Barbary Hoff, fenomenu pt. »Plastyczka«, olśniewających mariaży aktorek, słynnej urody warszawianek, a także – kilkunastu zgrabnych willi pod Nowym Targiem, paru pasjonujących procesów i niezliczonych wspomnień, plotek, piosenek, artykułów, a nawet, kto wie, czy nie doktoratów. Tymczasem ja, o zgrozo, nie rozumiem mody. Fakt zaś, że nie rozumiem mody, wpłynął z kolei na to, że nigdy nie »czułam ciuchów«. Z początku wydawały mi się podobne do stert odzieży porzuconych przez zmarłych. Dlaczego tak? Nie wiem”, Agnieszka Osiecka, Ciuchy, w: tejże, Szpetni czterdziestoletni, dz. cyt., s. 43–44.

376 Aluzja do strofy: „Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei / I przed narodem niosą oświaty kaganiec, / A kiedy trzeba – na śmierć idą po kolei, / Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec…” – wyimek z wiersza Testament mój Juliusza Słowackiego, zob. tegoż, Wiersze. Nowe wydanie krytyczne, oprac. Jacek Brzozowski, Zbigniew Przychodniak, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2005, s. 197–199.

377 Właśc. Théâtre National Populaire (TNP Théâtre de Chaillot) – paryska scena teatralna prowadzona w latach 1951–1963 przez Jeana Vilara (1912–1971), francuskiego aktora teatralnego i filmowego, reżysera i działacza kulturalnego, twórcę Festival d’Avignon (od 1947 r.). Zespół TNP występował w 1954 r. w Warszawie (w Teatrze Narodowym im. Wojska Polskiego i w Hali Gwardii), Krakowie (w Teatrze im. Juliusza Słowackiego) oraz w Katowicach (w Teatrze Polskim).

378 Cyd (tyt. oryg. Le Cid, reż. Jean Vilar, Théâtre National Populaire, 1949) – sztuka Pierre’a Corneille’a (1606–1684), francuskiego dramatopisarza i prawnika.

379 Don Juan (tyt. oryg. Don Juan, reż. Jean Vilar, Théâtre National Populaire, 1953) – sztuka Moliera (fr. Molière, właśc. Jean Baptiste Poquelin, 1622–1773), francuskiego dramatopisarza i aktora.

380 Timbre (fr.) – tembr.

381 Właśc. Sganarel – postać grana w Don Juanie przez Daniela Sorano (1920–1962), francuskiego aktora teatralnego i filmowego.

382 Błąd Agnieszki Osieckiej – powinno być: Jeana Vilara. Jean Vilar wcielił się w Don Juanie w postać Don Juana, a w Cydzie – w Don Fernanda.

383 Ruy Blas (tyt. oryg. Ruy Blas, TNP Théâtre de Chaillot, 1954) – sztuka Wiktora Hugo. Skąpiec (L’Avare, przedstawienie Jean Vilar, TNP Théâtre de Chaillot, Festival d’Avignon, 1952) – sztuka Moliera.

384 „Pardon, Madame, je vous pris, disez, quand nous serons à la porte, que je suis avec vous“ (fr.) – Przepraszam panią, proszę powiedzieć, kiedy będziemy przy drzwiach, że ja jestem z panią (przeł. red.).

385 „Seulement un mot, un mot, comprenez vous?“ (fr.) – Tylko jedno słowo, słówko, rozumie pani? (przeł. red.).

386 „Non, non, non, nous avons seulement quatre billets, comprenez vous?” (fr.) – Nie, nie, nie, mamy tylko cztery bilety, rozumie pani? (przeł. red.).

387 W PRL-u państwową służbą mundurową o charakterze policyjnym była Milicja Obywatelska (MO, 1944–1990).

388 „Madame, s’il vous plait le programme” (fr.) – Proszę pani, proszę program. „Merci” (fr.) – Dziękuję.

389 Antologia dramatu rosyjskiego – dwutomowa publikacja opracowana przez Wacławę Komarnicką i Pawła Hertza. Agnieszka Osiecka czytała tom pierwszy (Od Fonwizina do A. Tołstoja) z 1952 r. Las, Burza, Panna bez posagu, Do wójta nie pójdziemy, Wilki i owce, Intratna posada – sztuki Aleksandra Ostrowskiego (1823–1886), rosyjskiego poety, pisarza, dramatopisarza i prawnika.

390 Późna miłość (tyt. oryg. Pozdnaja lubow’, reż. Krystyna Zelwerowicz, premiera 29 kwietnia 1954 r. w Teatrze Ludowym w Warszawie) – sztuka Aleksandra Ostrowskiego. Przekład na język polski opracowała Wacława Komarnicka.

391 Ludmiła – postać z Późnej miłości grana przez Hannę Bielską-Poredę (1911–1993, aktorka teatralna) oraz Karinę Waśkiewicz (aktorka teatralna). Kola (właśc. Mikołaj) – postać z Późnej miłości grana przez Cezarego Julskiego (1927–1997, aktor teatralny i filmowy) oraz Kazimierza Zarzyckiego (1917–1993, aktor teatralny i filmowy).

392 Liebiedkina – postać z Późnej miłości grana przez Barbarę Kościeszankę (właśc. Barbara Kołakowska-Li­pińska, 1900–1974, aktorka teatralna) oraz Celinę Kubicównę (właśc. Cecylia Kubica-Wasilewska, 1926–1975, aktorka teatralna i filmowa).

393 Helena Gruszecka (1901–1982) – aktorka teatralna i filmowa. W Późnej miłości wcieliła się w postać Szabłowej.

394 Teatr Ludowy w Warszawie – warszawska scena teatralna. „Ludowy jest teatrem przedmieścia. Przychodzi do niego praska, niewyrobiona publiczność i słusznie robi dyrektor Z e l w e r o w i c z, dbając o zbliżenie między autorem a widzem. Tylko że Ostrowski i jego komedie nie wymagają pomostów, szczególnie tego rodzaju pomostów między rolą a odtwórcą. Wystarczy dobre, żywe, realistyczne wykonanie. Właśnie żywe i właśnie jak najbardziej serio. Idioci rzadko kiedy śmieją się sami z siebie i błaznują, a przeciwnie – noszą się dostojnie i poważnie, a przecież przeciętnie spostrzegawczy obywatel świetnie się bawi ich kosztem. I wyciąga wnioski”, Agnieszka Osiecka, Dzienniki i zapiski. 1953, dz. cyt., s. 327.

395 Henryk Machul – kolega ze studiów dziennikarskich, pierwszy mąż Kaliny Godlewskiej, zob. przyp. 35, s. 21–22.

396 Właśc. Das Ende (niem.) – koniec.

397 Stendhal (właśc. Marie-Henri Beyle, 1783–1842) – francuski pisarz, eseista, dyplomata i wolnomularz.

398 Vive la vie! (fr.) – Niech żyje życie!

Table of Contents

ZESZYT XXXI. A[GNIESZKA] OSTOJA OSIECKA

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dzienniki 1954-1955 Dzienniki 1953 Lubię farbować wróble Neponset Dzienniki 1952 Dzienniki 1951 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002