Ryzykowna gra

Ryzykowna gra

Autorzy: Ann Rosman

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.79 zł

Piątego czerwca 1916 roku brytyjski okręt wojenny HMS „Hampshire” tonie u wybrzeży archipelagu Orkady, a wraz z nim cała załoga i ówczesny brytyjski minister wojny lord Kitchener. Panuje opinia, że jednostka przewoziła niezwykle cenny ładunek. W kolejnych latach wielu nurków, ryzykując życiem, próbuje odnaleźć owiany tajemnicą skarb.

Niemal sto lat później w tej samej okolicy natrafiono na łódź żaglową dryfującą u brzegów jednej z wysp. Na jej pokładzie zostają odkryte ślady morderczej walki. Łódź należała do Bo Stenmana, emerytowanego nurka. Inspektor Karin Adler i jej kolega Folke udają się na Orkady, by wesprzeć w śledztwie miejscową policję.

Na miejscu zostają znalezione kolejne ciało i łódź. Próba ustalenia odpowiedzi na pytanie, co się tu wydarzyło, ujawnia coraz wyraźniejsze związki między zaginionym Bo a zatopionym przed laty okrętem: zorganizowana w latach 70. ekspedycja w celu zbadania wraku skończyła się katastrofą, a Bo Stenman z niejasnego powodu skłócił się z wieloma płetwonurkami.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

32.

33.

34.

35.

36.

37.

38.

39.

40.

41.

42.

43.

44.

45.

46.

47.

48.

49.

50.

51.

52.

53.

54.

55.

56.

57.

58.

59.

60.

61.

62.

63.

64.

65.

66.

Posłowie

Źródła i podziękowania

Szczególne podziękowania

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału:

Vågspel

Redakcja: Agnieszka Niegowska

Projekt okładki: Katarzyna Grabowska Studio & Visual

Zdjęcia na okładce:

© Nejron Photo / Shutterstock

© Max Earey /Shutterstock

© Wisiel / Shutterstock

© Dan Turdean / Shutterstock

© Orehova / Shutterstock

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © AnnRosman, 2016

First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden.

Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland.

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-645-6

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Mamy i Taty

Lekarstwem na wszystko jest słona woda – pot, łzy lub morze.

Karen Blixen

Prolog

5 czerwca 1916

Kapitan Herbert Savill stał na mostku HMS „Hampshire” i zmagał się z kipiącymi falami w cieśninie Pentland Firth. Rozszalały wiatr osiągnął siłę sztormu i nic nie wskazywało na to, by miał osłabnąć. Wręcz przeciwnie. Spienione bałwany rozbijały się z hukiem o dziób. Kaskady wody przelewały się przez pokład i wylewały z powrotem szpigatami. Pierwotny plan – by opłynąć Orkady od wschodniej strony, szlakiem systematycznie oczyszczanym z niemieckich min – musiał zostać zrewidowany w miarę nasilania się porannego wiatru. Postanowiono zatem wyruszyć w długą podróż do Archangielska, mijając wyspy od zachodu, od strony zawietrznej, osłoniętej od północno-wschodniego sztormu. Tymczasem wiatr cofał się, kręcił i obracał w sposób niepokojący i zaskakujący. Chmury zdawały się wyhamowywać i przyczajać w swej gonitwie po niebie, a całe morze jakby wstrzymało oddech. Centrum sztormu musiało przejść przez wyspy i teraz dla odmiany wiatr wiał od północnego zachodu.

Lord Kitchener, który po lekkiej kolacji odpoczywał w swojej kajucie, poinformował mostek, że wybiera się na górę.

– Nie taką pogodę zapowiadano, kiedy zdecydowaliśmy się zmienić trasę – powiedział, trzymając się drabinki.

Nie bez trudu zdołał wspiąć się na mostek i przejść do stołu nawigacyjnego. Tuż za nim, z rozbieganym wzrokiem, szedł jego ochroniarz. Poruszał się miękko i swobodnie, jakby miał przyssawki na dłoniach i stopach, w przeciwieństwie do ministra wojny, który obiema rękami chwytał się kurczowo wszystkiego, byle tylko nie upaść. Walczył, zamiast poddać się kołysaniu. Zupełnie jakby był w stanie zmusić fale, by zaczęły płynąć w inną stronę.

– Wiatr zmienił kierunek. – Kapitan Savill rzucił okiem na mapę.

Wyglądało na to, że cały Atlantyk uderzy w nich z potężną siłą. Za linią Orkadów nie było już niczego, co zatrzymałoby ocean. Jeśli teraz wydawało się, że fale są ogromne, to była to bagatelka w porównaniu z tym, jak mogły wyglądać za kilka godzin. Okręt powinien je wytrzymać. Był zbudowany z mocnej stali z angielskich hut, a na linii zanurzenia pokrywały go pancerne blachy grubości co najmniej piętnastu centymetrów. Savill nie miał też wątpliwości, że HMS „Hampshire” wytrzyma również ostrzał. Pytanie tylko, jak zniesie to załoga. Bitwa jutlandzka sprzed kilku dni spowodowała nieopisane straty. Każdy z pokładu kogoś stracił. Dawało się to odczuć na każdym kroku – rozmowy były przytłumione, nastrój wyraźnie przygasł.

– Niszczyciele nie zdołają utrzymać tempa za nami. Może powinniśmy kazać im zawrócić, sir?

– I tak nie ma z nich pożytku w naszym kilwaterze.

Kapitan Savill zauważył, że ocieniona sumiastym wąsem twarz lorda Kitchenera stawała się coraz bardziej blada. W siodle na koniu niezaprzeczalnie trzymał się pewnie, co widać było na większości zdjęć zrobionych w Egipcie i Sudanie, tu jednak jego postać wydawała się krucha. Nie ulegało wątpliwości, że morze nie jest jego żywiołem. Usiłował skierować wzrok ku horyzontowi, lecz niebo i ocean zlewały się w jedno i w końcu, bąknąwszy coś jeszcze, ruszył z powrotem do swojej kajuty, pokonany przez siły natury.

„Unity” i „Victor”, oba eskortujące niszczyciele, zwolniły, walcząc z kipielą wzdłuż skalistego wybrzeża wyspy Hoy. Podczas gdy „Hampshire” parł do przodu przez wzburzone wody ze stałą prędkością osiemnastu węzłów, one kołysały się na falach i coraz bardziej zostawały w tyle. Pięć po szóstej „Victor”, mniejszy z nich, poinformował, że jest w stanie utrzymać tempo jedynie piętnastu węzłów. Pięć minut później dowiedzieli się, że „Unity” nie osiągnie więcej niż dwanaście węzłów, które bardzo szybko zredukowano do dziesięciu. Było wpół do siódmej wieczorem. Znajdowali się na wysokości wyspy Hoy i widzieli światła Stromness, kiedy kapitan Savill polecił niszczycielom zawrócić do bazy w Scapa Flow i nie eskortować ich aż na północ Wysp Szetlandzkich. Stamtąd i tak „Hampshire” miał kontynuować swoją podróż bez eskorty.

I tak oto dwustumetrowej długości okręt wojenny z blisko siedmiuset członkami załogi przedzierał się samotnie przez sztorm, który wciąż się nasilał. Prędkość jednostki spadła i od godziny wynosiła jedynie trzynaście i pół węzła. Na pokładzie znajdowali się lord Kitchener i jego sztab, udający się do Archangielska w nadzwyczaj wyjątkowym celu. Czyli na spotkanie z rosyjskim carem. W panujących warunkach podróż mogła zająć więcej czasu, niż przewidywano, i raczej nikt nie nazwałby jej przyjemną. Choć kapitan Savill nie wątpił, że palacze w maszynowni sumiennie wykonują swoją robotę. Z nabrzmiałymi od wysiłku muskułami, osmoleni i zlani potem szufla za szuflą wrzucali węgiel do kotłów. Dzięki tym twardym chłopom i prawie dwom tysiącom ton węgla „Hampshire” powinien dotrzeć do celu.

Nieco z przodu od strony sterburty, w odległości około minuty, majaczyły wysokie skały Marwick Head. Rzut oka w kierunku lądu kilka chwil później zaświadczał niezbicie, że tempo zmalało jeszcze bardziej.

Huk wiatru nagle został zagłuszony odgłosem eksplozji, która wstrząsnęła całym okrętem. Wszyscy popędzili na swoje stanowiska, gotowi do obrony. Początkowo sądzono, że to atak łodzi podwodnej. Savill szybko jednak otrzymał meldunek, że nastąpiło coś jeszcze gorszego – natrafili na minę. Czyli jednak Niemcy tu byli. Mimo wszystko. Przekazał telegrafiście, żeby natychmiast wezwał pomoc, ale ledwie wydał ten rozkaz, światło na mostku kapitańskim zamigotało i zgasło. Wysiadło zasilanie. A bez zasilania nie działała łączność radiowa. Pozamykane na noc luki otwierały się jeden za drugim i na pokład, niczym szczury na tonącym statku, wypełzała załoga. Przemieszczali się na rufę, jak najdalej od wybuchu. Palacze, poparzeni gorącą parą w maszynowni, krzyczeli z bólu, mieli poszarpane ubrania i skórę usianą bąblami. Chmura duszącego brązowego dymu unosiła się przed mostkiem, utrudniając widoczność.

Lord Kitchener wszedł po drabince na mostek w towarzystwie swojego ochroniarza. Minister wojny był blady i kiedy mocno zaciskał dłonie na metalowych stopniach, wyglądał na dużo więcej niż swoje sześćdziesiąt sześć lat.

– Nabieramy potworne masy wody. – Te słowa padły z ust oficera, który pojawił się na mostku w kilka sekund po nim. – Sir – dodał pospiesznie dla uhonorowania ministra wojny, po czym ponownie zwrócił wzrok na kapitana. – Pancerne poszycie w bakburcie z przodu mostka jest rozerwane. Gigantyczna dziura, nie do załatania. Jest za duża. – Zamilkł w oczekiwaniu na rozkazy, podczas gdy żyła na jego skroni pulsowała intensywnie.

Miał na imię James. Dzielny marynarz, Szkot, który zawsze nosił w portfelu zdjęcia swoich dwóch synów. Zdaje się, że nadarzała się okazja, by je wyjąć. Kolejna eksplozja wstrząsnęła kadłubem.

– Gdzie macie magazyn amunicji? – spytał Kitchener.

Kapitan Savill zauważył, że „Hampshire” zanurza się coraz głębiej, czuł zmieniony ruch okrętu.

– Musimy dopilnować, żeby załoga znalazła się na łodziach – rzucił w kierunku Jamesa, po czym spojrzał na ministra wojny.

Lord Kitchener był opanowany, jakby odbywał inspekcję okrętu, a nie stał w obliczu utraty życia w piekle, które za chwilę miało się rozpętać. Stał blady, ale dość spokojny. Być może dlatego, że nie w pełni uzmysławiał sobie powagę sytuacji.

Oficer James podszedł kilka kroków, aby chwycić się poręczy.

– Sir. Duże szalupy…

– Musimy wziąć małe i tratwy, James – przerwał mu kapitan Savill, na co Szkot zasalutował i opuścił mostek.

Cyrkiel ześlizgnął się z ogromnej morskiej mapy pokrywającej stół nawigacyjny. „Hampshire” miał już duży przechył, a fale jakby próbowały wywrócić jego ogromny kadłub jak najszybciej.

– Dlaczego nikt ich nie opuszcza? – spytał lord Kitchener, wskazując na duże szalupy.

– Nie da się ich opuścić bez zasilania – wyjaśnił Savill. – Nie możemy też wezwać pomocy, ponieważ łączność nie działa. Możemy liczyć na pomoc jedynie z lądu. O ile wyślą nam łodzie na ratunek. – Westchnął ciężko, przeklinając w duchu ową przesadną ufność w nową technikę, jaką była elektryczność. – Musimy zacząć od małych szalup i tratew. Chcę, aby w pierwszej łodzi, którą spuścimy na wodę, zajął miejsce pan, sir.

Nigdy się nie dowiedział, czy ten usłyszał jego ostatnie słowa, ponieważ lord Kitchener i towarzyszące mu osoby ruszyli już na pokład. Widział, jak zmierzają ku szalupom, jak ponaglają ludzi, aby wsiadali do nich; widział także, jak mniejsze łodzie roztrzaskują się na kawałki o burtę okrętu, a ci, którzy znajdowali się w najbliższej łodzi, wyskakują z niej i rzucają się na złamanie karku do kipiącego, rozszalałego morza i w ułamku sekundy w nim znikają. Kapitan widział, jak niektórym udaje się dopłynąć do kilku większych tratew, i obserwował, jak pomagają sobie nawzajem wdrapać się na nie; jak duże szalupy też stopniowo wypełniają się ludźmi mającymi nadzieję, że gdy okręt będzie tonął, zerwą się z mocowań i odpłyną.

Dziesięć minut przed ósmą wieczorem, zaledwie kwadrans po tym, jak mina wyrwała dziurę w kadłubie, HMS „Hampshire” poszedł na dno. Jego dziób zniknął pod powierzchnią wody, języki ognia i dym buchały z części w okolicy mostka, aż wreszcie cała rufa powoli uniosła się tak wysoko, że widać było obie śruby; nadal się obracały. Ci, którzy próbowali się uratować na dużych szalupach, zostali wciągnięci przez wir powstały wokół tonącego kadłuba. W lodowatej wodzie roiło się od mężczyzn rozpaczliwie walczących o życie. Ojców, braci i synów. Na jednej z tratew początkowo znajdowało się sześciu ludzi, ale wiatr tak ciskał nią po morzu, że kiedy dobiła do lądu, zostało już na niej tylko dwóch. Większa pomieściła pięćdziesięciu rozbitków, lecz gdy morze wyrzuciło ją na brzeg na północ od Bay of Skaill, było już po pierwszej w nocy i lodowata woda oraz wicher tak wychłodziła ich organizmy, że większość z nich nie odzyskała przytomności. Z ich ust wydobywała się piana; tylko czterech się uratowało. Ostatnia tratwa ratunkowa Carleya, gdy zdołała na tyle oddalić się od tonącego statku, by nie została wessana w wir, mieściła czterdzieści osób. Kolejne trzydzieści wciągnięto na nią z wody. Lecz kiedy o świcie dobiła do czarnych skał w zatoce Nebbi Geo na północ od Bay of Skaill, jedynie sześć osób było jeszcze przy życiu. Leżały prawie nieprzytomne wśród martwych kolegów.

Mieszkańcy Orkadów pospieszyli na ratunek. Jednak próbujące odbić od brzegu łodzie zostały zatrzymane przez wojsko, a przeciwko zwykłym ludziom dobrej woli, którzy pojawili się na nabrzeżu z noszami, kocami i suchą odzieżą, wyciągnięto bagnety. Jedyne wyjaśnienie, jakie podano, sprowadzało się do tego, że HMS „Hampshire” płynął w tajnej misji dyplomatycznej i nie można ryzykować naruszenia ważnej tajemnicy przez kontakt z postronnymi osobami cywilnymi.

Rozbitkowie, którzy mimo wszystko zdołali wydostać się na ląd, zmarli tej nocy na okolicznych plażach. Kiedy nadszedł świt, światło dnia ujrzało jedynie dwunastu z siedmiuset członków załogi „Hampshire”. Już wtedy pojawiły się pytania dotyczące ładunku.

1.

Brakowało jeszcze pięciu minut do ósmej, gdy we wrześniowy poranek inspektor kryminalna Karin Adler wysunęła jedno z krzeseł stojących wokół stołu konferencyjnego w salce komendy policji przy Skånegatan i zajęła swoje miejsce. Kiedy odpływała promem z Marstrand, nie mogła się uwolnić od uczucia, że źle robi. Z nostalgią popatrzyła na las masztów w porcie i wsiadła do saaba. Jak na poniedziałek rano łodzi było wyjątkowo dużo. Przypuszczalnie ładna pogoda skłoniła wiele osób do przedłużenia sobie weekendu. Kiedy przejeżdżała przez Instöbron, słońce raziło ją w oczy. Przy przyczółku mostowym na Vrångholmen stał zaparkowany kamper, a dziesięć metrów od wody na składanych fotelach ze stolikiem między nimi siedziała jakaś para i jadła śniadanie. Karin Adler miała wielką ochotę zawrócić, włożyć kamizelkę ratunkową i wypłynąć gdzieś przed siebie. Może zdoła wyrwać się dzisiaj wcześniej i po południu wybierze się na przejażdżkę łodzią. Na przykład na Pater Nosterskären, żeby złowić trochę wargaczy kniazików, zapeklować je i mieć potem na przynętę na homary. Albo może tylko pójdzie na spacer na skały i wykąpie się w przejrzystej wodzie u brzegów wyspy. Na razie jednak była w samym środku miasta pełnego czerwonych świateł i tramwajów, spalin i ludzi, którzy z małymi słuchawkami w uszach pchali przed sobą wózki z dziećmi odprowadzanymi do przedszkola, chociaż myślami byli już w pracy. Karin zaczerpnęła głęboko powietrza. Po prostu trzeba starać się robić swoje i tyle.

Skinęła głową do dwójki kolegów, zdziwiona, że Robert jest już na miejscu, ponieważ zwykle wpadał w ostatniej chwili. Folke poprawił krawat w brązowy wzorek i otworzył notes na czystej stronie. Następnie ułożył przed sobą na określonych miejscach ołówek automatyczny, gumkę i marker. Oczywiście Folke nie używał słowa „gumka”, tylko stosował pełne określenie – „gumka do wycierania”. Następnie wziął do ręki ołówek i zaczął wyciskać grafit, tak by wystawał dokładnie tyle, ile trzeba. Robert łypnął na niego z ukosa. Karin podejrzewała, że korciło go, aby zamienić miejscami marker i gumkę, wręcz czuła, jak świerzbią go palce.

– Dzień dobry, mam nadzieję, że mieliście udany weekend – powiedział komisarz Carsten Heed, który właśnie wszedł do salki i obok komputera położył papierową teczkę. Na razie chyba nie zamierzał usiąść.

– Ja ciężko pracowałem – westchnął Robert, ściągając folię z bagietki. Miał podkrążone oczy.

Nic dziwnego przy trójce dzieci, pomyślała Karin. Po zakończeniu odprawy zamierzała spotkać się z Carstenem i poinformować go, że jest w ciąży. Chociaż to dopiero trzynasty tydzień, wolała wiedzieć, jak ma sobie wszystko zaplanować. Najchętniej zostałaby w czynnej służbie, obawiała się jednak, że to niemożliwe. Prawdopodobnie wyląduje za biurkiem. Westchnęła. A może lepiej trochę poczekać? Skoro odłożyła nawet rozmowę z własnymi rodzicami, to może i z tą powinna się na razie wstrzymać? Brzucha jeszcze nie było widać, mimo że ona wyraźnie go już czuła, poza tym i tak nosi dżinsy ze stretchem.

Carsten zdawał się nie słuchać Roberta. Miał lekko uniesione ramiona i wyglądał na spiętego.

– Dostaliśmy pytanie od policji z Orkadów – zaczął, kierując spojrzenie na Karin.

– Z Orkadów? – powtórzyła. – A o co chodzi?

Robert miał usta pełne pasty z krewetek, ale jego wysoko uniesione brwi wyrażały zdziwienie.

Carsten próbował włączyć pilotem projektor pod sufitem. Urządzenie zaskoczyło, lecz na ścianie ukazał się napis: „Brak zasilania”. Zaklął i na chybił trafił zaczął naciskać najpierw klawisze komputera, a potem guziki pilota, aż w końcu projektor zbuntował się i zgasł.

– Nowy model – powiedział Robert, po czym wytarł sobie usta serwetką, sięgnął po pilota i skierował go w stronę sufitu.

Po chwili dał się słyszeć szum urządzenia i na tablicy za plecami Carstena ukazało się zdjęcie. Zdjęcie jachtu. Z podniesionymi żaglami i niebiesko-żółtą flagą. Na burcie widniał czarny lub granatowy napis: „»Orca«, Marstrand”.

– Znaleziono szwedzką łódź bez załogi.

Karin skinęła głową i od razu pomyślała o linie asekuracyjnej. Kiedy wypływała daleko w otwarte morze, zawsze pilnowała, aby się nią zawiązać. Gdyby na Orkadach doszło do wypadku, sprawa powinna wylądować na czyimś biurku w tamtejszym morskim centrum poszukiwawczym i ratowniczym, a nie u nich.

– Stwierdzono ślady bójki na pokładzie – uzupełnił Carsten i nagle przerwał. – Krew – dodał, a jego słowa wypowiadane z duńskim akcentem i z zanikającymi końcówkami brzmiały jak cięte nożem.

– Gdzie ją znaleziono? – spytała Karin, pochylając się do przodu. – Dryfującą na wodzie czy przycumowaną? Była na kotwicy?

Carsten zajrzał do swoich papierów.

– Straż wybrzeża przyholowała ją do jakiegoś portu.

– Kirkwall? – rzuciła Karin, przyglądając się uważnie łodzi.

– Stromness – odpowiedział komisarz, znalazłszy odpowiednią informację w papierach.

Ta nazwa budziła wspomnienia. Przed oczami Karin pojawił się szereg obrazów – port, domy z kamienia, puby i wąskie zaułki. Uśmiechnęła się nieznacznie – chociaż siedziała w betonowym budynku w Göteborgu, niemal czuła wiatr znad Atlantyku wiejący nad zielonymi wyspami.

– Jest jakaś mapa? – spytał Folke.

– Na razie to nie ma wielkiego znaczenia – odparł Carsten. – Orkady leżą na północ od Szkocji.

– Nie ma znaczenia? – powtórzył Folke.

Karin widziała, że komisarz bardzo się stara, aby zachować spokój, i nie miała wątpliwości, że gdy tylko spotkanie się skończy, zaraz pójdzie do swojego pokoju, otworzy okno i zapali papierosa. Wstała i podeszła jak najbliżej ekranu, usiłując nie zasłaniać projektora. Chciała przyjrzeć się dokładniej. Chociaż sweter miała wyrzucony na spodnie, mniej czy bardziej świadomie wciągnęła brzuch.

– Wygląda na model Boström trzydzieści siedem – stwierdziła.

– To dobra łódka? – spytał Carsten. – Można nią daleko wypłynąć?

– Ta najwyraźniej dotarła aż do Orkadów – wtrącił Folke.

– Znam kogoś, kto miał taką – powiedziała Karin. – Dobrze się prowadzi w ostrym wietrze i ma mały dryf, waży siedem ton. Zdaniem właściciela jest beznadziejna do cofania i niezbyt łatwa w obsłudze.

– A może to on nie umiał jej obsługiwać – rzucił Folke, po czym założył nogę na nogę i spojrzał na Roberta.

Karin spostrzegła, że ta uwaga nie dotyczy już łodzi, tylko czegoś zupełnie innego. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z samochodem Roberta. Z głębokością bieżnika w jego oponach, którą Folke zmierzył po kryjomu monetą, albo z bajzlem w środku auta. Skórkami po bananach, zdrapkami i kubkami z McDonalda. Przy trójce dzieci nietrudno stracić kontrolę nad życiem. Karin chrząknęła głośno, próbując przywołać obu kolegów do porządku.

– O ile wiem, ten model produkowany jest w stoczni, w której Hallberg-Rassy budował swoje większe jachty. W gruncie rzeczy to dobra łódka. Co prawda ma finkil, ale jest całkiem porządna. – Jakby na potwierdzenie swych słów pokiwała głową, a potem spytała: – Jakiej pomocy oczekuje od nas policja z Orkadów?

– Finkil? – powtórzył za nią Folke.

Robert westchnął. Karin zdawała sobie sprawę, że Folke nie da za wygraną, dopóki nie uzyska odpowiedzi na pytanie, a tym samym oni wszyscy nie będą mogli posunąć się dalej.

– Upraszczając, można powiedzieć, że finkile są przytwierdzone do kadłuba śrubami, natomiast długie kile stanowią integralną część kadłuba. Łódź z długim kilem tnie wodę tak, jakby przesuwała się po szynach, podczas gdy łódź z finkilem jest łatwiejsza do manewrowania, tworzy mniejszy opór i często porusza się szybciej.

Folke stuknął ołówkiem w blat stołu.

– Wcześniej powiedziałaś, że łódź z finkilem jest trudna do sterowania, a teraz mówisz, że łatwiej nią manewrować. No to jak jest naprawdę?

– Powiedziałam, że właściciel uważał ją za trudną do sterowania. No więc – zwróciła się znowu do Carstena – czego od nas chcą?

– Czyli oddzielny kil może być bardzo niebezpieczny – wtrącił znowu Folke. – Bo jak się na przykład oderwie?

Widząc minę Roberta, Karin nie zamierzała już doprecyzowywać i wyjaśniać, że łódź mająca długi kil wcale nie musi być odlewana razem z nim w całości, lecz że nierzadko przykręca się go do kadłuba już po odlaniu.

– Pytają nas, czy nie moglibyśmy udać się pod adres właściciela łodzi i sprawdzić, czy kogoś tam zastaniemy. Na początek. – Carsten trzymał w palcach długopis jak papierosa. Prawdopodobnie w którymś momencie się zapomni i spróbuje się nim zaciągnąć.

– Czyli wiadomo, kto jest właścicielem? – dopytała Karin.

Komisarz włożył na nos okulary do czytania.

– Policja na Orkadach miała nazwy „Orca” i Marstrand, co spowodowało, że sprawa trafiła do nas. Obdzwoniliśmy towarzystwa ubezpieczeniowe i za trzecim razem natrafiliśmy na łódź i tym samym także na jej właściciela. Byłoby, rzecz jasna, tysiąc razy prościej, gdybyśmy mieli własny rejestr. Towarzystwo nazywa się Atlantica – wyjaśnił. – Rzeczywiście chodzi o model Boström trzydzieści siedem, ale jak telefonowaliśmy, jeszcze tego nie wiedzieliśmy.

– Okej – odezwała się Karin. – No to do kogo należy ta łódź?

– Do Bo Williama Stenmana. W Boże Narodzenie facet skończy sześćdziesiąt sześć lat. Urodził się w Göteborgu w czterdziestym siódmym. Ojciec nieznany. Matka umarła w dziewięćdziesiątym drugim. W sześćdziesiątym dziewiątym ożenił się z Leną Karlsson, ale w osiemdziesiątym dziewiątym rozwiódł się z nią. Mają dwie córki, Bodil i Katarinę. Emerytowany nurek, wygląda na to, że pracował w Norwegii. W osiemdziesiątym czwartym skazany za pobicie. To wszystko. Zameldowany w Tången na wysepce Klöverön. Tylko on jest zameldowany pod tym adresem. Próbowaliśmy dzwonić i na telefon stacjonarny, i na komórkę.

– Tången – powtórzyła Karin, zamiast „å” akcentując końcowe „e”. – Z jakiegoś powodu tamtejsi mieszkańcy tak to wymawiają. Leży w południowej części wyspy, niedaleko Korsvik. Nie ma jednak pewności, że to on wybrał się na Orkady. Mógł przecież wynająć łódź.

Carsten pokiwał głową.

– Nasi koledzy z Orkadów kontaktują się z lokalnymi portami i marinami, żeby ustalić, gdzie ta „Orca” przybijała. Może ktoś będzie pamiętał załogę. Ty chyba się orientujesz, jak to działa? – zwrócił się bezpośrednio do Karin.

– Po zatrzymaniu się w marinie łódź jest rejestrowana i trzeba uiścić za nią opłatę, która zależy od wielkości jednostki. Im łódź większa, tym wyższa opłata. Ale jeśli cumuje się w zatokach, wtedy można w ogóle nie natknąć się na nikogo. Co najwyżej z daleka widać pojedynczych żeglarzy albo rybaków. Tam jest zupełnie inaczej niż u nas, gdzie latem łodzie oblegają wszystkie brzegi.

– Mógł po drodze zahaczyć o Norwegię, zwłaszcza jeżeli tam pracował. Ale zacznijmy od ustalenia, czy ktoś jest pod tym adresem. Masz możliwość dostać się na Klöverön? Da się wynająć jakąś łódkę? Czy może doprowadziłaś już do porządku własną i usunęłaś ten wyciek oleju?

– Pożyczę od Johana. – Karin miała na myśli skäreleję swojego partnera. Stabilną łajbę z tworzywa sztucznego, zbudowaną w latach siedemdziesiątych w stoczni Nicander w Marstrand.

Carsten potaknął ruchem głowy.

– Okej. – Sprawiał wrażenie, jakby intensywnie myślał o czymś, o czym zapomniał. – Tången – powiedział, podkreślając końcówkę. – Weź ze sobą Roberta. A ty, Folke, chodź ze mną.

Zakończył spotkanie, a cienką tekturową teczkę z danymi Bo Williama Stenmana przekazał Karin. Na samym wierzchu leżało zdjęcie łodzi – model Boström 37.

Było tuż po dziesiątej, kiedy Karin uruchomiła silnik łodzi Johana i odbiła od pomostu w Blekebukten. A więc jednak wybrała się na przejażdżkę, chociaż okoliczności okazały się zupełnie inne. Minęła czerwone hangary na łodzie i stocznię Vollmar, która już nie była stocznią. Teraz odnowiony budynek można było wynajmować na różne uroczystości. Łodzie z nowożeńcami przybijały do nabrzeża, na którym girlandy proporczyków łopotały przymocowane do dźwigu. Obok stały budynki starej wytwórni śledzi marynowanych, już przed wieloma laty przerobione na nabrzeżne domy wakacyjne. Dawno temu pewna biedna kobieta o imieniu Ellicka mieszkała tu w prostej drewnianej chacie. Jedyny syn staruszki utopił się w porcie na jej oczach – jego łódka wywróciła się nagle, a on poszedł pod wodę. Karin próbowała sobie przypomnieć, gdzie czytała o tej historii – prawdopodobnie w jednej z opowieści Claesa Krantza o Marstrand. Po chacie Ellicki pozostały jedynie kamienie podmurówki, teraz stanowiące krótszą ścianę piwnicy Willi „Szczęście”. Karin pchnęła dźwignię gazu do przodu, z wdzięcznością myśląc sobie, że żyje w czasach, w których nie zawsze trzeba czekać na wiatr, aby móc gdzieś popłynąć.

Lato się skończyło i niewielka miejscowość ze swoimi drewnianymi domami i stałymi mieszkańcami oddychała z ulgą, że przetrwała kolejny sezon. Podczas gdy inni żałowali lata, Karin uważała, że wrzesień to ładny miesiąc. Chociaż wieczory były już ciemniejsze, kolory wydawały się w pewien sposób bardziej nasycone. Jakby intensywniejsze i wyrazistsze. A w ciągu dnia mogło być równie ciepło jak w najpiękniejszy dzień wakacji.

Cofnęła dźwignię gazu do pozycji luzu, aby poczekać, aż prom do Marstrand przepłynie. Robert zdjął kurtkę i popatrzył na zegar na wieży kościelnej. Złote cyfry na jego tarczy błyszczały w porannym słońcu. Po chwili wziął poduszkę i usiadł obok Karin na ławeczce na rufie.

– Jak myślisz, facet wynajął komuś łódź i teraz siedzi w domu i zastanawia się, co się mogło stać?

– Zawsze można mieć nadzieję.

– Ma prawie sześćdziesiąt sześć lat. Ile według ciebie Folkemu zostało do emerytury? – spytał Robert.

– Nie mam pojęcia. Nie wiem, ile on ma lat. A ty wiesz?

– Nie. – Ziewnął i przeciągnął dłońmi po twarzy.

– Zmęczony?

– Dwójka maluchów przyszła w nocy do naszego łóżka i potem nie mogłem zasnąć. Kiedy w końcu przeniosłem się do pokoju Leo, było już po czwartej. Leżałem i rozmyślałem o wszystkim i o niczym. Czy wszystkie rachunki są opłacone i czy dzieciaki odrobiły lekcje. Czy w ferie zimowe mamy gdzieś pojechać, czy odłożyć pieniądze na odwiert geotermiczny, czy istnieje życie po śmierci, czy zamknąłem auto i czy mam wizytę u dentysty w tym tygodniu, czy w następnym.

Karin wybuchnęła śmiechem.

– Sporo tego – skwitowała, machając jednocześnie ku łodzi płynącej z naprzeciwka, w której mężczyzna w pomarańczowym kombinezonie firmy Grundén ustawiał sprzęt wędkarski i jednocześnie sterował. – I do czego doszedłeś?

Robert też skinął głową rybakowi i powiódł za nim wzrokiem.

– Może by zająć się czymś innym? Na przykład zostać rybakiem.

– Ty? Na łodzi? – Karin znowu się roześmiała. – O tej porze roku wygląda to idyllicznie, ale wyobraź sobie parszywą pogodę w październiku czy deszcz ze śniegiem w grudniu. – Wskazała na zieloną boję kołyszącą się na wodzie w kanale Albrektsund. – Przeciwprąd – powiedziała i pchnęła dźwignię gazu. – Czasami lód pokrywa boje.

– Boja. Dziwna nazwa. Nie powinno się mówić znak nawigacyjny?

– Jak wolisz, możesz tak mówić. Jeśli jesteś zainteresowany i masz trochę czasu, Folke na pewno ci wyjaśni, dlaczego nazywa się je bojami.

– Zwariowałaś? Nie zamierzam go o nic pytać. No tak. Zaraz przyjdzie jesień, a potem znowu będą święta.

– Wyluzuj! Na razie nie ma co narzekać. Jest ciepło i wieczory są przyjemne. Ja na przykład lubię jesień. Przyjemnie jest posiedzieć w kokpicie w grubym wełnianym swetrze z nogami pod kocem. Albo zapalić w kominku i słuchać deszczu zacinającego o dach kabiny.

– Chyba miałaś na myśli ognisko? Czy Johan wie, że chcesz z powrotem przeprowadzić się na łódź? Powiedziałaś mu?

– Gdyby nie ten wyciek paliwa, nadal bym na niej mieszkała – bąknęła, mocniej ścisnąwszy rumpel.

Gałęzie brzóz zwisały aż do wody, a po obu stronach kanału pasły się krowy. Ostatni odcinek biegł między ścianami góry, którą częściowo wysadzono, i odgłos silnika odbijał się od nich echem. Potem minęli najbardziej wysunięte na południe boje. Czerwoną, zieloną, a na koniec stos pomalowanych na biało kamieni na cyplu wyspy Klöverön.

– Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale kiedyś było tu pełno wytwórni tranu – powiedziała, wskazując na Stensholmen i na nagie wyspy na południu. – Nic z nich nie zostało. Najwyżej tu i ówdzie resztki fundamentów, i nic poza tym. W ubiegłym roku wyniósł się nawet ostatni stały mieszkaniec Långö.

– Ale na Klöverön chyba mieszkają ludzie? Nie tylko Astrid Edman?

Karin skinęła głową i przed oczami stanęła jej Astrid Edman. Surowa kobieta, z którą zetknęli się w związku z pewnym śmiertelnym wypadkiem na wyspie. Rodzina Edmanów żyła tam od pokoleń i wywodziła się od niesławnego okolicznego pirata, który zmarł w 1854 roku.

– Owszem. Piętnaście czy szesnaście domów jest zamieszkanych przez cały rok.

– Nieźle.

– Z blisko sześćdziesięciu.

– Aha. To już trochę gorzej.

– Wyjmiesz cumy i odbojnice?

W zasięgu wzroku mieli trzy budynki. Duży biały dom ze starą stodołą tuż obok, brudnożółty barak, który, jak przypuszczała Karin, służył za domek letniskowy, i jasnoszary drewniak stojący samotnie dalej, na małym cyplu. Wszystko zgadzało się z opisem Johana, do którego wcześniej zadzwoniła. Pomalowana na czarno mina leżała jako ozdoba na górze obok. Podczas rozmowy Johan wspomniał jej nawet o wuju Fredriku, który w latach wojny rozbrajał miny. I nie wylewał za kołnierz. Może było to konieczne, aby stępić nerwy, skoro co rusz igrał ze śmiercią.

Ominęła płyciznę tuż przy pomoście. Pod powierzchnią wody widać było wodorosty.

– Sprytnie – zauważył Robert. – Wiedziałaś o tym?

– Myślisz, że przypadkowo je opłynęłam?

Wrzuciła wsteczny bieg i dodała gazu, utworzył się wir, po czym łódź zahamowała i zatrzymała się przy pomoście. Robert wyskoczył za burtę z przednią cumą i zaczepił ją o jeden z żelaznych pierścieni. Karin zrobiła to samo z tylną cumą.

– Okej. Jesteśmy w Tången – powiedział, po czym zdjął kamizelkę ratunkową i położył ją na ławce w kokpicie. – Chyba nikt jej tu nie zwędzi? – spytał, rozglądając się dookoła.

– Raczej nie – odpowiedziała Karin.

Dyskretnie sprawdziła zrobiony przez niego węzeł i ruszyła za nim ścieżką porośniętą przystrzyżoną trawą. Była wyłożona na spodzie kamiennymi płytami i wystarczająco szeroka, by od pomostu do domu móc podjechać wózkiem.

– Czyli wszystko, co jest potrzebne, trzeba przywieźć tu łodzią? – spytał Robert.

– Wszystko. Lodówki, jedzenie, bojlery i piece. A jeżeli cokolwiek się zepsuje, to też każdą rzecz trzeba wywieźć łodzią. Najpierw do Marstrand, a tam przeładować na samochód, żeby przetransportować dalej do utylizacji, na przykład do Kungälv.

– Czyli nie ma czasu na nic innego.

– A jednak ludzie tu mieszkają.

– Żeby zdążyć do pracy o rozsądnej porze, muszą chyba wstawać bladym świtem. Nic tylko bez przerwy odbijają i przybijają – podsumował Robert, człapiąc dalej.

– A na dodatek w listopadzie jest ciemno, i kiedy stąd wyruszają, i kiedy wracają do domu. Lód na cumach i na pokładzie. Nie, to raczej nie dla ciebie. Chociaż z drugiej strony, wyobraź sobie, że przyjeżdżasz sobie z pracy o tej porze roku i jesz kolację na skałach, a przed pójściem spać nurkujesz w morzu. Coś takiego jest warte każdej ceny.

Jasnoszary dom, który według wyciągu z ich rejestru należał do Bo Stenmana, był otoczony białym płotem. Furtka otwierała się ciężko, a kiedy Karin przyjrzała się bliżej, zauważyła, że na linie zawieszony jest kamień, który za pośrednictwem wielokrążka powoduje opór. Gdy tylko puściła furtkę, ta automatycznie zamknęła się za nimi. Sprytnie pomyślane. Karin widywała takie rozwiązanie na innych wyspach, w miejscach, gdzie ścieżki biegły przez pastwiska dla krów i owiec.

Robert minął pompę ręczną na podwórku i stanął na najwyższym z granitowych bloków tworzących schody. Zapukał do drewnianych drzwi wejściowych z taką energią, że Karin usłyszała, jak zadrżała w nich szyba.

Studnia tak blisko morza, czy do wody nie dostaje się sól? – zastanawiała się w duchu. Wyschnięte kwiaty pod płotem wyglądały tak nędznie, że chyba byłoby im wszystko jedno, czy woda jest słona, czy nie, byleby spadło na nie choć kilka kropel. Tyle że teraz i tak nic już by ich nie uratowało. Zdaje się, że przeżyły jedynie krzaki jeżyn, chociaż owoce też były marne i małe, i jeszcze czerwone. Raczej wątpliwe, by zdążyły dojrzeć przed pierwszymi przymrozkami.

– Chyba nie ma nikogo – stwierdził Robert, spoglądając na okna na piętrze, a potem nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte. Zapukał w nie jeszcze mocniej i krzyknął: – Halo! Jest tam kto? Jesteśmy z policji. – Nikt nie odpowiedział. – Co robimy? – zwrócił się do Karin.

– Przejdziemy się dookoła domu.

Zajrzeli przez okna do środka.

– Ani żywego ducha – powiedział Robert. – Chyba że ktoś leży na piętrze – wskazał na górne okna, gdy znowu znaleźli się na podwórzu od frontu.

– Sprowadzenie tutaj ślusarza zajęłoby trochę czasu – bąknęła Karin, po czym podeszła do drzwi i przyjrzała się im bliżej.

Robert ruszył za nią. Pochylił się i podniósł doniczkę stojącą na schodach, w nadziei, że znajdzie pod nią klucz.

– To byłoby zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe – rzekł.

– Musimy dostać się do środka – oznajmiła Karin. – Co myślisz o tym zamku? Wygląda na to, że po drugiej stronie jest okrągły skobelek.

Robert zerknął na drzwi i na zamek.

– Okej – odparł, po czym sięgnął po kamień i roztrzaskał szybę. Ostrożnie wyjął kawałki szkła, włożył rękę do środka i otworzył.

– Halo! Jesteśmy z policji – krzyknął znowu i omijając odłamki, wszedł do korytarza.

Na jednej ze ścian wisiał dzwonek pasterski. Było na nim wygrawerowane jakieś nazwisko, ale metal tak zaśniedział, że Karin nie zdołała odczytać liter. Zajrzeli do każdego pomieszczenia, by w końcu stwierdzić, że nigdzie nikogo nie ma. Potem ona sama przeszła powoli przez cały dom, aby spróbować wyrobić sobie obraz mieszkającego w nim mężczyzny. Unoszący się zapach przypominał jej letni dom dziadków na Ammenäs pod Uddevallą. Przyjemna woń, która dla niej zawsze wiązała się ze świeżo pieczonym chlebem i spiżarnią babci, była na tyle intensywna, że pachniały nią nawet stare kolorowe czasopisma leżące na stosie. W kuchni znajdowała się kuchenka opalana drewnem i okrągły stół pod oknem z widokiem na morze. Nad nim wisiała lampa naftowa. Karin popatrzyła przez szybę. Gdyby w domu był ktoś i nie chciał się z nimi spotkać, miałby dość czasu, żeby zniknąć po zauważeniu nadpływającej łodzi. Wyglądało jednak na to, że od dosyć dawna nikt tu nie przebywał. Martwe muchy schły na parapecie, a nierdzewny blat kuchenny pokrywała ledwie widoczna warstwa kurzu. Kilka rybich łusek leżało na matowych płytkach. Każdy, kto skończył dwanaście lat, wcześniej czy później stawał pochylony nad rybą, skrobał ją i oprawiał. Drewniane szuflady były jasnożółte i zniszczone. Rośliny na oknie zaskakiwały zielenią, ale okazały się sztuczne. Były równie wyblakłe jak tapety, za to podłoga wyglądała na nową. Kiepska imitacja drewna.

Na ścianie pokoju dziennego wisiała przypięta pinezkami mapa morska. Przedstawiała Morze Północne z widocznymi także Szwecją, Norwegią i Danią. Karin stała przed nią przez chwilę, gdy nagle wyrwał ją z zamyślenia głos Roberta, który postanowił wyjść na zewnątrz i obejrzeć składzik. Odkrzyknęła mu, że okej, i po chwili usłyszała odgłos zatrzaskiwanych drzwi wejściowych. Na stole w rogu stał zbiór mosiężnych przedmiotów i butelek, które – sądząc po przyczepionych do nich drobnych skorupiakach – kiedyś spoczywały na dnie oceanu. Karin przyjrzała się logowi burtowemu i naktuzowi oraz innym przyrządom, których przeznaczenia nie była pewna.

Wokół domu na cyplu panował klimat dawnych, pełnych trudu dni. Z jednej strony rozpościerało się morze, z drugiej ciągnęły się pastwiska i łąki. Karin dostrzegła drogę, która pięła się na wierzchołek wzniesienia, by potem zniknąć z pola widzenia. Biegła w poprzek całej wyspy aż do stoczni Bredelius. Stamtąd widać było wyspy Ko i Marstrand. Transport i logistyka stanowiły niewyczerpany temat rozmów na każdej wyspie pozbawionej komunikacji promowej. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat niewiele się tu w gruncie rzeczy zmieniło, pomyślała Karin, patrząc na lampy pod sufitem z grubego żółtego szkła. Mimo że dociągnięto tu elektryczność, trudno było oprzeć się wrażeniu, że mieszkańcy domu wcale nie polegali na tym wynalazku. Wskazywałyby na to stojące w wielu miejscach lampy naftowe. O ile się orientowała, kabel elektryczny biegł po dnie morza przez Instön aż tutaj. Może często dochodziło do przerw w dostawie prądu i stąd te lampy. Z pokoju dziennego wąski korytarz prowadził do niedużego pokoju o ścianach wyłożonych tapetą z trawy morskiej i z brązową wykładziną na podłodze. Była w nim wnęka z ciemnego drewna przypominająca kajutę. Zaciągając zasłonę w kratkę, dawało się ją odgrodzić od światła dziennego. Pod przeciwległą ścianą, obok wbudowanej szafy z dużymi gałkami z zielonego szkła, stało biurko i wielka marynarska skrzynia.

Barometr i zegar z mosiądzu były przymocowane na grubej lakierowanej listwie z drewna tekowego. Poniżej wisiało zdjęcie dwóch młodych mężczyzn w skafandrach płetwonurka. Obaj opaleni, białe zęby połyskiwały w ich smagłych twarzach, a włosy wystające spod paska maski ociekały wodą, jakby mężczyźni przed chwilą wyszli z morza. Jeden miał wąsy i jasne, wypalone słońcem włosy. Rudowłosy kolega obejmował go ramieniem i pokazywał jakiś przedmiot do kamery. Znalezisko właśnie wydobyte z dna? Karin zdjęła zdjęcie z haka i próbowała rozpoznać, co mężczyzna trzyma w dłoni. Potem odwróciła fotografię. „Szwedowi z okazji 30. urodzin!” – odczytała napis na rewersie napisany czarnym tuszem. Telefonem pstryknęła fotkę i odwiesiła portret na miejsce.

Biurko było zawalone papierami, książkami, gazetami i pocztą. Wyglądało na to, że papiery to wydruki z drukarki stojącej na krześle obok. Wszystkie po norwesku. Folke byłby zdruzgotany, gdyby zobaczył ten bałagan.

Pozostało wiele rzeczy do sprawdzenia, ale teraz najważniejsze jest znalezienie właściciela łodzi. Albo jego krewnych. Może ktoś jednak wie, gdzie on się podziewa.

Górna szuflada biurka – wypełniona papierami, spinaczami, taśmą klejącą, przyciskami i monetami ze wszystkich zakątków świata – ledwie dała się otworzyć. Jej dno niepokojąco wybrzuszyło się do dołu i przy zamykaniu mocno ocierało o niższą szufladę, w której Karin znalazła kalendarz, a głęboko na końcu także złoty medal z nazwiskiem Bo Stenmana wygrawerowanym pod napisem w języku norweskim: For edel dåd ved Alexander L. Kielland-ulykken 1980. Norweskie odznaczenie honorowe z płaskorzeźbą króla Olafa V.

Alexander Kielland. To nazwisko wydawało się Karin skądś znane, nie potrafiła jednak ustalić skąd. Znowu pstryknęła fotkę, następnie sprawdziła pozostałe szuflady, jedną po drugiej. W nich także znajdowały się wyłącznie papiery. Potem otworzyła szafę. Wewnętrzna strona drzwi była oklejona zdjęciami łodzi patrolowych i platform wiertniczych. Brytyjskich, amerykańskich i norweskich, z przewagą tych ostatnich. Karin rozpoznała niektóre z nazw.

Na wieszakach wisiały skafandry do nurkowania. Przykucnęła. Na dole szafy stały dwie żółte butle. Leżały też różnego rodzaju płetwy i buty. Niektóre wyglądały na wykonane z metalu i były bardzo ciężkie. Już miała się wyprostować i zamknąć drzwi, gdy nagle zwróciła uwagę na jeszcze jedno zdjęcie, przyklejone do ich wewnętrznej strony. Przedstawiało platformę wiertniczą – na tle granatowego morza widniała biała nazwa: Alexander L. Kielland. Na jednej z nóg platformy ktoś przekleił strzałkę, na której napisał: „Wypadek?”.

2.

Poniedziałek, 15 sierpnia 1977

Douglas siedział z długopisem w ręce. Dłonie nadal czuć mu było olejem. Robota przy komorze dekompresyjnej przeciągnęła się niespodziewanie i uporał się z nią dopiero około drugiej w nocy. Teraz usiłował się skupić na zapisach umowy, podczas gdy umysł nie nadążał za zawartymi w niej sformułowaniami. Uważne przeczytanie dokumentu zajęło mu dobrą chwilę. Dotyczyła zachowania tajemnicy. Miesiąc za granicą. A on nie miał pojęcia, ani dokąd wyjedzie, ani co będzie robił. Ogarnęło go takie samo dziwne uczucie jak wówczas, gdy dostał swoją pierwszą pracę jako nurek. Właściwie mógłby podpisać, nie czytając kontraktu. Po prostu zdać się na los. Intensywna praca i trudne warunki – tyle zdołał zrozumieć, ale z drugiej strony zapowiadało się na przygodę, o której kiedyś będzie mógł opowiadać swoim dzieciom! O ile będą je w ogóle mieli. To Annika sprawiła, że zaczął się wahać. Kiedy zdradził jej nieliczne szczegóły, które wiedział o projekcie, wyglądała na zaniepokojoną, choć dalej nakrywała do stołu i nie przerywała mu. Potrafiła doskonale czytać między wierszami. Słyszeć to, co rzeczywiście ktoś chciał powiedzieć. Chyba widziała, że mówi jak nakręcony, chyba zauważyła uśmiech na jego ustach i już wiedziała, że on po prostu musi to zrobić.

Bosse czekał na niego przed pokojem Torstena. W jego oczach był blask, jaki coraz rzadziej się w nich pojawiał. Wcześniej, wspominał Douglas, oczy Bossego lśniły w ten sposób, kiedy wracał do domu po długim pobycie na platformach, kiedy znalazł coś ciekawego w którymś z wielu wraków w okolicy Marstrand albo spotkał kogoś, kto wydawał mu się objawieniem. Mimo że w domu czekała Lena i dzieci.

Douglas skinął głową i uśmiechnął się.

– Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę – powiedział.

– Fakt. Uporałeś się z komorą? – spytał Bosse.

– Skończyłem o drugiej w nocy. Ale teraz wszystko gra.

Najchętniej przenocowałby w kajucie, jednak obiecał Annice, że wróci, jeśli tylko się da. Właściwie miał już wszystko na pokładzie. Całe wyposażenie, ubranie i trochę książek. Nie żeby się spodziewał, że znajdzie dużo czasu na czytanie. Rzadko tak bywało. Cała ta technika była dla niego zupełnie nowa. Zresztą jak dla wszystkich. Statek z komorą dekompresyjną – takie jednostki spotyka się tylko na Morzu Północnym. Bosse, który tam pracował, sprowadził tę nowinkę tutaj. Będą pierwsi w całej Szwecji, oświadczył nie bez dumy w głosie.

– Może uruchomilibyśmy na próbę? Co ty na to, żeby ustawić ciśnienie na siedemdziesiąt metrów?

Douglas zdawał sobie sprawę, że nic to nie da, jeśli powie, że nie ma takiej konieczności. Wprawdzie Bosse mu ufał, ale potrzeba kontroli była w nim silniejsza. Niewykluczone, że dzięki temu wciąż żyje, wykonując swoją robotę w zimnych wodach wokół platform na Morzu Północnym i w innych częściach świata. On nigdy nie odpuszczał i sprawdzał wszystko co najmniej dwa razy. Choć oczekiwał, że inni robią tak samo, nigdy na tym nie polegał. Być może przed wypadkiem Lassego zachowywał się inaczej. Douglas nie wiedział i na razie nie ośmielił się o to pytać.

Wyszli na keję, gdzie stała przycumowana „Deep Water”. Pięćdziesiąt metrów długości, granatowy kadłub i biała nadbudówka. Pierwotnie zbudowana dla angielskiej floty jako trałowiec, ale w swej karierze zdążyła już być także sejnerem, drobnicowcem, chłodniowcem i statkiem wielorybniczym.

Harpun służący do polowania na wieloryby, który był przymocowany na dziobie, został zdemontowany kilka miesięcy temu. Gigantyczne i okrutne narzędzie zbrodni z poplamionymi zadziorami, wbijającymi się w ciało zwierzęcia po trafieniu do celu. Douglas był obecny przy kupnie statku i słyszał ohydne opowieści o przebiegu polowania; na samo wyobrażenie czegoś takiego wywracało mu się w żołądku. Walka między ludźmi na pokładzie a wielorybem w wodzie była zdecydowanie nierówna, jak wynikało z tych bezwzględnych relacji. Gdy po dwudziestu latach kąpieli we krwi i w słonej wodzie harpun miał zostać zdemontowany, okazało się to wcale niełatwe. Uporczywie trzymał się pokładu i Douglas musiał się nieźle naharować, żeby porozkręcać poszczególne śruby. Wspomnienie wszystkich usłyszanych wcześniej historii też mu nie pomagało. Kiedy wreszcie ta okrutna broń zniknęła z pokładu i zaspawano dziurę po harpunie, od razu zrobiło się lepiej.

Jednak maszt z należącym do niego wyciągiem stojącym w przedniej części rufy, obok przedniego kołowrotka, zachowano. Takie urządzenie zawsze może się przydać. Cały system związany z nurkowaniem był natomiast nowy i specjalnie zaprojektowany z myślą o najbliższej ekspedycji.

Kiedy rok wcześniej Douglas w kowbojskim kapeluszu i z równie charakterystycznym teksaskim akcentem pojawił się w Dykeriteknik AB i przedstawił swoją sprawę, właściciele firmy bynajmniej nie potraktowali go całkiem serio. Osobą, która go tam ściągnęła, był Bosse.

On, mający bogate doświadczenie w nurkowaniu głębinowym i lata pracy na ekstremalnych głębokościach na Morzu Północnym, nie musiał się reklamować. Robili to za niego inni. Prawie każdy wiedział, kim jest Szwed, ale to nie do niego, tylko do jego szefa, Torstena, przyjechał porozmawiać Amerykanin John Steele. Obaj zniknęli w salce konferencyjnej. Amerykanin mówił długo. Następnie otworzyły się drzwi i Torsten wyszedł po Bossego.

– Can you do it? – Douglas usłyszał przez uchylone drzwi pytanie zadane przez Johna Steele’a.

Potem usłyszał głos Bossego, dopytujący o detale.

– Głębokość, czy coś wiadomo na ten temat?

Mówił o pływach, pogodzie i wiatrach, o typach statków i różnych sposobach nurkowania, mimo że w świecie Bossego liczyło się tak naprawdę tylko jedno. Amerykanin odpowiadał nieco ciszej – Douglas domyślał się, że pewnie wszyscy stoją pochyleni nad papierami, które gość prawdopodobnie przyniósł w dwukolorowej teczce na dokumenty, z krokodylej skóry. Być może w tubie, którą dźwigał pod pachą, znajdowała się mapa.

– Chciałbym skompletować własny zespół – oznajmił Bosse.

– Oczywiście.

– Kupimy statek i sami zbudujemy wyposażenie. Ale pan musi najpierw postarać się o pozwolenie na nurkowanie w tamtym miejscu. Czy jest pan świadomy, że to jest właściwie grób wojenny?

– Jeśli pan skompletuje ekipę i zadba o wyposażenie, ja zajmę się resztą. Alright?

– Olrajt.

Kiedy Amerykanin już poszedł i Bosse relacjonował Douglasowi nieliczne szczegóły dotyczące wyprawy, które mógł zdradzić, w jego głosie było to samo napięcie jak wówczas, gdy opowiadał o armacie z brązu znalezionej w archipelagu Pater Nosterskären. Oczywiście nie udało im się wydobyć tego znaleziska i obecnie pewnie ktoś inny chwali się nim jako wyjątkową ozdobą w swoim otoczonym parkanem ogrodzie w Marstrand albo trzyma w ukryciu w pokoju wypoczynkowym w piwnicy. Ale samo odkrycie czegoś na dnie, pierwsze dostrzeżenie obiektu – coś takiego nie ma ceny. Podekscytowanie, zanim wiadomo na pewno, co to jest, przeczucie, że to jedynie część i być może jeszcze więcej kryje się w osadach dennych – to są przeżycia niepowtarzalne. Potem trzeba podpłynąć ostrożnie, uważając, by nie wykonywać zbyt dużych ruchów płetwami i nie popsuć widoczności, i wreszcie można dotknąć własnymi dłońmi przedmiotu, który leży tam nietknięty od zatonięcia statku. Douglas dzielił to niezwykłe uczucie z Bossem. Gdy tylko Bosse opowiedział mu o planie Johna Steele’a, on też od razu zwrócił uwagę, że taka ekspedycja niestety nigdy nie dojdzie do skutku. Cmentarzysko z pierwszej wojny światowej – aby zejść w tym miejscu pod wodę, niezbędne jest pozwolenie brytyjskiego rządu. Niby dlaczego miałaby je dostać szwedzka firma nurkowa?

– To się nigdy nie wydarzy – oznajmił chłodno i zrobił dziurkaczem dziurki w dokumencie, po czym włożył go razem z teczką do zamykanej na klucz szafy za biurkiem.

Następnie obaj przeszli do omówienia bieżących prac i spraw, które ich czekały.

Trzy miesiące później John Steele wrócił z adwokatem o rzadkich włosach i ze swoją charakterystyczną teczką z krokodylej skóry. Otworzył ją i wyjął jakiś papier.

– Jeden z moich przyjaciół, Jonathan Aitken, jest członkiem brytyjskiego parlamentu – powiedział, przesuwając dokument przez biurko ku Torstenowi i Bossemu.

Pozwolenie na nurkowanie. Jak on tego dokonał? Jonathan Aitken? Bosse skądś znał to nazwisko. Przeczytał pismo dwa razy, żeby upewnić się, czy się nie myli. Nie ulegało jednak wątpliwości, że zawierało zgodę na nurkowanie. Dokument zezwalający AGUF, czyli Anglo-German-Underwater-Filming-Company, na robienie zdjęć i filmowanie na HMS „Hampshire”, który zatonął u wybrzeży Orkadów 5 czerwca 1916 roku.

– A kto to jest Anglo-German-Underwater-Filming-Company? – spytał Bosse.

– To my. A właściwie wy – wyjaśnił John Steele, po czym wskazując na swojego adwokata, dodał: – Tom omówi z wami szczegóły.

Powiedziawszy to, odszedł i zaczął oglądać fotografie wiszące na ścianach. Największa przedstawiała wodowanie statku o wyporności 240 tysięcy ton w suchym doku w stoczni w Arendal w 1975 roku.

Adwokat mówił przez czterdzieści pięć minut, od czasu do czasu wtrącał coś John Steele. Torsten zadawał pytania dotyczące finansowania projektu, podczas gdy Bosse chciał uzyskać jasność w kwestii samego wyposażenia.

– Muszę mieć wolną rękę – powiedział.

Jeśli pozwoli mu się swobodnie działać, wtedy rozwiąże wszystkie problemy. Ale kasę trzymał Torsten. Tak więc w ostateczności to jego Bosse będzie musiał przekonywać i z nim będzie musiał negocjować. Na razie jednak najważniejsze było to, żeby Amerykanie nie przestali wierzyć, że wystarali się o pozwolenie na nurkowanie dla właściwej firmy, i żeby nie poszli do kogoś innego.

– We would like to take you to a nice restaurant – zaproponował Torsten tak toporną angielszczyzną, że Bossemu aż zrobiło się wstyd.

Aby zrekompensować prostacki występ swojego przełożonego, przejął inicjatywę i zaczął mówić o nurkowaniu i platformie wiertniczej Borgny Dolphin, na której był ostatnio.

Cztery godziny później, po długiej kolacji suto zakrapianej winem, Torsten wziął Bossego na stronę. Był nieźle wstawiony i Bosse miał nadzieję, że jego szef nie zrobi z siebie widowiska. Wyglądało na to, że negocjacje zmierzają ku szczęśliwemu finałowi. Ostatnie detale mieli omówić następnego dnia. Wtedy też prawdopodobnie zostanie podpisana umowa.

– Ten Jonathan Aitken… – wymamrotał Torsten i po bratersku otoczył Bossego ramieniem.

– Mnie też to nazwisko wydaje się znajome – odpowiedział.

– Czy to przypadkiem nie on ma romans z córką Margaret Thatcher, Carol?

W poniedziałek 15 sierpnia, dokładnie pięć minut po dziesiątej wieczorem, odbili od nabrzeża przy Nowej Stoczni. Kapitan Göte wyprowadzał jednostkę z göteborskiego portu. Głuche dudnienie silników rozchodziło się po całym pokładzie. Równomierny, spokojny i znajomy rytm działał kojąco na Douglasa. Zrobił dodatkową rundę po pokładzie, żeby sprawdzić wszystkie mocowania. Właściwie to nie należało do jego obowiązków, ale niepokoiła go przede wszystkim gigantyczna pompa piaskowa. Jeśli takie monstrum zacznie przesuwać się przy wysokiej fali, może wyrządzić duże szkody. Wyglądało jednak na to, że była dobrze zabezpieczona napiętymi łańcuchami. Poza tym zarówno prognoza Szwedzkiego Instytutu Meteorologiczno-Hydrologicznego, jak i ta otrzymana faksem od synoptyków obiecywały dobre warunki. Tyle że on wciąż nie wiedział, dokąd zmierzają.

Stanął przy relingu i popatrzył przed siebie. Był przyjemny letni wieczór, statek płynął statecznie, mijając szare szkiery. „Deep Water” zostawiała za sobą żołtozieloną poświatę, a on miał poczucie, że śni.

– Mamy umowę na szesnaście dni – powiedział Bosse, zatrzymując się przy nim i opierając łokcie na relingu.

Douglas nie był akurat w tym momencie spragniony towarzystwa – chciał być sam i po prostu upajać się chwilą.

– Takie życie. Szkoda, że to taki krótki projekt – dodał Bosse po krótkim milczeniu.

– Przecież dobrze wiesz, że umowę można zmienić i przedłużyć. W razie czego wydeleguj Torstena, niech się wykaże – zasugerował Douglas.

– Torstena? – prychnął Bosse. – Niedawno słyszałem, jak on rozmawia z nimi przez telefon. Yes sir i No sir. Tańczy, jak mu zagrają. Po prostu żałosne.

– W końcu to nasi klienci – zauważył Douglas.

– Ale gołąbkami nie są, a projekt jest wspólny. Bez naszego know-how nie dadzą sobie rady. Przyznaję, to oni pojawili się z informacją o wraku i oni załatwili zgodę na nurkowanie, ale znowu nie ma wielu takich, którzy podjęliby się takiej roboty jak nasza.

Douglas odchrząknął.

– Ile nam jeszcze zostało? – spytał, mając na myśli to, jak długo będą płynąć do celu.

– Dwie doby, o ile nie zacznie nam wiać w twarz. Myślę, że pojutrze mniej więcej o tej porze będziemy na miejscu.

Minęli latarnię morską Gäveskär, i to tak blisko, że mogli wręcz zajrzeć przez okna do pomalowanego na czerwono mieszkania latarnika. Czerwone, zielone i białe sygnalizatory mrugały do nich życzliwie wzdłuż toru wodnego, aż w końcu od zachodu pojawił się wszechmocny snop światła latarni w Vinga. Za Vinga skierowali się na zachód.

Nagle otworzył się bulaj kambuza i zapach jedzenia dotarł do nich w tej samej chwili, w której rozległ się okrzyk w dialekcie z Donsö:

– Za piętnaście minut kolacja!

Balia, stutrzydziestokilogramowy kucharz, przez dużą część dnia był zajęty przyjmowaniem prowiantu na całą wyprawę. Z listą w ręce odhaczał skrzynię za skrzynią dostarczaną przez AB Donsö Fiskeredskap & Skeppsfurnering.

Stojąc na pokładzie, objaśniał, gdzie co chce umieścić. W gruncie rzeczy byłoby rozsądniej, gdyby został w kambuzie i na miejscu wskazywał, gdzie wszystko ulokować, bo w rezultacie skończyło się tym, że na przykład pudła z mrożonkami nie mogły trafić od razu do zamrażarki, ponieważ ta była zablokowana przez pudła z suchym prowiantem.

Douglas z niedowierzaniem patrzył, że człowiek po tylu latach spędzonych na morzu nie ma wypracowanych procedur. A może na kutrach, na których Balia pływał dotychczas, pracowało się inaczej? Choć raczej trudno było w to uwierzyć.

Zebrali się w mesie. Wszyscy oprócz kapitana Götego, który zastąpił za sterem sternika, aby ten mógł się posilić przed całonocną wachtą na mostku.

Balia przygotował dwie tace zapiekanych kanapek z szynką, krążkiem ananasa i grubą warstwą sera. Jajka na twardo, maślanka, herbata i kawa czekały wystawione na bufecie w mesie. Wciąż schodzili się ludzie. Pierwszy mechanik Sören przyszedł w swoim niebieskim kombinezonie. Bardzo pilnował tego, aby zwracano się do niego per chief, co było dosyć zabawne, ponieważ w maszynowni na dole pracował tylko on. Douglas słyszał go, jak spytał, który stół jest przeznaczony dla dowództwa, a który dla reszty załogi, skoro mesa jest wspólna. Poza tym skwapliwie zaznaczył, że tak naprawdę to pracował zawsze na większych jednostkach, gdzie miał wielu podległych sobie ludzi. To tak na wszelki wypadek, żeby przypadkiem nie oczekiwano od niego wymieniania uszczelek czy łatania przeciekających rur. Wyglądało na to, że jest uciążliwą osobą, pełną wygórowanych ambicji, skoro jednak znalazł się na pokładzie, to pewnie dlatego, że jest kompetentny i potrafi rozwiązywać problemy. A także dlatego, że Bengt, ich pierwszy wybór, nie mógł z nimi popłynąć.

Douglas był bardzo ciekaw, na ile pozostali członkowie załogi są zorientowani w celu podróży. Wziąwszy dwie kanapki i szklankę mleka, usiadł naprzeciw Bossego. Sekundę później dołączył do nich Torsten.

– No to płyniemy – powiedział. – I jak? Wszystko gra?

Douglas tylko skinął głową, ponieważ miał pełne usta. Torsten doskonale wiedział, że w ciągu dnia wypróbowali komorę, ale czasami po prostu mówił, byle mówić. Byle wypełnić ciszę, którą nie zawsze przecież należało wypełniać. Ta jego nerwowość powodowała, że sprawiał wrażenie niepewnego, i niekiedy rzeczywiście taki był. Douglas zerknął na Bossego, który zdawał się myśleć podobnie.

– Okej, okej – odezwał się znowu Torsten. – Wygląda na to, że wszystko jest w porządku.

Balia w swoich kucharskich spodniach w kratkę pojawił się z kolejną blachą wyjętą prosto z pieca. Postawił ją na bufecie i wytarłszy dłonie w ścierkę zatkniętą za poplamiony fartuch, zniknął z powrotem w kambuzie.

Nic nie mówiąc, Bosse wstał i poszedł po jeszcze jedną kanapkę. Kiedy wrócił, w drugiej ręce miał kubek z herbatą.

– No dobra – rzucił Douglas, patrząc na Torstena. – To kiedy się dowiemy, dokąd płyniemy?

– Nasz zleceniodawca, John Steele, chce osobiście przedstawić projekt i zrobi to, kiedy znajdzie się na pokładzie. Na razie mogę powiedzieć, że kierujemy się na Montrose w Szkocji.

– Montrose? – powtórzył Douglas. – Czy tam załadujemy resztę gazu? – spytał. – Bo na razie mamy ze sobą tylko heliox.

– Tak. Nie ma sensu wlec przez Morze Północne całego zapasu.

– Ale to nie jest nasz właściwy cel? – próbował upewnić się Douglas.

Bosse nie odpowiedział. Torsten spojrzał na niego z taką miną, jakby się domyślił, że Bosse zdradził więcej, niż powinien. Douglas jednak nic sobie z tego nie robił.

– A kiedy pojawi się John Steele i inni? – zwrócił się do Torstena. – W Montrose czy na Orkadach?

– Bosse, do cholery.

– Co do cholery? Przecież nie będziemy tu siedzieć i pieprzyć o pogodzie! Powiedz Douglasowi! Jeżeli jesteś w stanie zawierzyć mu jako operatorowi życie nurków, to chyba możesz mu też zdradzić parę informacji.

– Przecież mówiłem, że John Steele chce sam wszystkich poinformować. A poza tym ja nie wiem wszystkiego.

– Akurat – prychnął Bosse i napił się herbaty.

Torsten westchnął ciężko. Po chwili pochylił się nad stołem i zaczął zniżonym głosem:

– No więc chodzi o pewien wrak leżący na zachód od Orkadów. Okręt, który zatonął w czasie pierwszej wojny światowej.

– Czyli grób wojenny – powiedział Douglas, udając, że pierwszy raz o tym słyszy.

– Zgadza się.

– A co było na jego pokładzie? Podejrzewam, że w całej tej wyprawie chodzi właśnie o ładunek?

– Nie wiem – odpowiedział Torsten. Sprawiał wrażenie zawiedzionego, że nie został do końca wtajemniczony. Albo tak świetnie udawał.

Okręt wojenny z pierwszej wojny światowej. Biorąc pod uwagę pompę, którą wieźli ze sobą, prawdopodobnie leżał zakopany w piasku.

3.

Robert stał w słońcu na podwórzu i rozmawiał z kimś na czerwonym quadzie. Mężczyzna był ubrany w zielony kombinezon z nogawkami wsuniętymi do sztybletów, a na głowie miał czapkę z daszkiem z logo firmy rolniczej Lantmännen. Był tak wysoki i potężny, że quad wydawał się przy nim modelem dla dzieci. Kiedy tylko zauważył Karin, natychmiast zręcznie zeskoczył z pojazdu, zdjął czapkę, która trzymała w ryzach jego dzikie rude włosy, ukłonił się i przywitał. Zupełnie jakby była panią nauczycielką z jakiejś szkółki niedzielnej.

– To moja koleżanka, Karin Adler – przedstawił Robert. – Sven ma niedaleko gospodarstwo. W Korsvik. Obiecał, że zajmie się zabezpieczeniem drzwi.

– Dzięki – powiedziała Karin.

Sven uścisnął jej rękę. Czuć było od niego krowim łajnem zmieszanym z innymi zapachami z gospodarstwa. Kombinezon ciasno opinał mu pierś, mimo że – jak przypuszczała Karin – był to i tak największy z dostępnych rozmiarów.

– Bo Stenman i Sven dorastali tutaj razem.

– Bawiliśmy się tylko w wakacje – uściślił Sven. – Bo jest starszy ode mnie, ale każdego lata przyjeżdżał do dziadków. A kiedy odziedziczył ten dom, przeprowadził się tutaj.

– Na stałe? – spytał Robert.

Sven przestał się uśmiechać. Karin dobrze znała ten wyraz twarzy. Mieszkańcy tych okolic przybierali go często, kiedy rozmawiali z mieszczuchami, którzy nie rozumieli uroku całorocznej obecności na wyspach i nie doceniali możliwości obserwowania zmieniających się pór roku. Którzy rzucali pytanie „Co wy tu robicie przez całą zimę?”, jakby dając do zrozumienia, że życie ludzi prowadzących taką egzystencję nie jest wartościowe.

– Ja mieszkam w Marstrand przez cały rok – wtrąciła szybko Karin. – W domu Holgera Erikssona przy Vinkelgatan.

– Głupia sprawa z tym Holgerem – powiedział Sven, co ona przyjęła jako komentarz do jej adresu. – Przyjeżdżał tu czasami i zbierał końskie łajno na nawóz. Jak pani chce, też może sobie wziąć. To znaczy jeśli jeszcze jest. – Wskazał ręką na ogrodzoną łąkę. Była pusta, ale Karin domyśliła się, że zwykle pasły się na niej konie. – Wiadomo, miał swoje poglądy, ale nie mogłem uwierzyć, kiedy usłyszałem, że to jego znaleźli zabitego w hotelu Turist. – Sven wypluł zużyty snus, po czym wyjął z kieszeni pudełko tytoniu General Extra Strong, stuknął palcami w czarne wieczko i wyjął nową prymkę.

– Tak, to straszne – rzuciła Karin. – Chcielibyśmy się skontaktować z pańskim sąsiadem.

Sven wciągnął powietrze między wargi, wydając odgłos, który miał posłużyć jako odpowiedź bez słów.

– Wszystko w porządku z Bossem? – spytał po chwili.

– Właśnie próbujemy to ustalić. Kiedy ostatnio go pan widział?

– Chyba pod koniec lipca. Tak, akurat robił porządek na łodzi. Pakował się.

– Wie pan, gdzie on jest?

– Mówił, że wybiera się popływać.

– Już wrzesień, dosyć długo go nie ma.

– Kiedy pracował, zawsze znikał na jakiś czas. Nie ma w tym nic dziwnego. Coś się stało?

– Ale przecież on już nie pracuje?

– No nie. Jest na emeryturze.

– Nie orientuje się pan, dokąd się wybierał?

– Bosse nie jest z tych, co to lubią, jak się ich wypytuje. Jak chciał coś powiedzieć, to mówił, a jak nie chciał, to milczał. Dokładnie jak pani. Wszystko z nim w porządku?

– Jego łódź została znaleziona na Orkadach. Dryfowała bez nikogo na pokładzie.

– A niech to szlag!

– Na północ od wybrzeży Szkocji – dodała Karin, na wypadek gdyby jej rozmówca nie wiedział, gdzie leżą Orkady.

– Wiem. Kiedyś sporo ludzi z tej okolicy pływało na Szetlandy i na Morze Północne na łowiska. – Zamilkł na chwilę, po czym spytał: – Czyli łódź dryfowała, nie poszła na dno?

– Czy moglibyśmy gdzieś na chwilę usiąść? – spytała Karin, która musiała nieustannie odchylać głowę do tyłu, aby móc spojrzeć na twarz mężczyzny.

– Pewnie – odpowiedział Sven. – Przepraszam, normalnie zbaraniałem. No bo policja i tak dalej… Chodźcie do mnie.

Wskazał ręką na biały dom, który stał w miejscu, gdzie droga skręcała i prowadziła dalej w kierunku wzniesienia. Następnie wsiadł na quada i pojechał pierwszy.

Gospodarstwo składało się z pomalowanych na czerwono budynków, rozmieszczonych tak, by stanowiły niezbędną ochronę przed zachodnim wiatrem i wraz z domem mieszkalnym o białych ścianach tworzyły koliste obejście.

Karin otworzyła furtkę, wystarczająco szeroką, by zmieściły się w niej dwie czy trzy krowy, weszła na podwórze i zanim ruszyła dalej, upewniła się, czy dobrze ją zamknęła. Kamienne fundamenty oplecione porostami świadczyły o tym, że zabudowania liczyły wiele lat i że po tym podwórzu od kilku pokoleń krzątano się w niezmiennym rytmie, aby wczesnym rankiem wydoić krowy i zebrać jajka, a potem zawieźć je do Marstrand i sprzedać na tamtejszym nabrzeżu. Obok quada stał zielony traktor marki John Deere. Stół z wmurowanymi w ziemię ławkami, takimi samymi, jakie spotykało się na przydrożnych parkingach, znajdował się blisko kamiennych schodów prowadzących do głównego budynku. Wszędzie widać było koty. Karin naliczyła ich co najmniej sześć. Dwa leżały zwinięte w kłębek na najwyższym stopniu schodów, a gdy tylko Sven otworzył drzwi, żeby wyjść na zewnątrz, natychmiast spróbowały wślizgnąć się do środka.

– Nie, nie – zaprotestował, dosyć brutalnie zatrzymując je nogą. Wskazał na drewniany stół z ławkami. – Może przysiądziemy tutaj. W domu jest trochę bałaganu.

– Oczywiście – zgodziła się Karin, a gdy wszyscy troje już usiedli, rzekła: – Wróćmy do naszej rozmowy. Czy on pływał sam, czy zabierał kogoś ze sobą?

– Kiedy mieszka tutaj, zwykle jest sam, dlatego myślę, że żeglował też w pojedynkę.

– Ale nie wie pan tego na pewno?

– Nie.

– Czy ktoś go odwiedza?

– Dzieci. Bosse ma dwie córki i wnuki. Czasami tu przyjeżdżają, najczęściej w lecie.

– Ktoś poza tym?

Zawahał się. Robert podniósł wzrok znad pomiętej kartki, na której robił notatki.

– Nie – odpowiedział wreszcie Sven.

– Kiedy ostatni raz pan z nim rozmawiał? – dociekała Karin.

– To było faktycznie trochę dziwne. Zadzwonił do mnie.

– Zazwyczaj tego nie robił? – spytała Karin i jednocześnie w oknie na piętrze dostrzegła czyjąś postać.

Przez cienką firankę patrzyła na nich kobieta. Szybko cofnęła się i zniknęła.

– Nigdy. Nie znosi rozmawiać przez telefon. Jak chce pogadać czy coś załatwić, to przychodzi i puka do drzwi. Poza tym nie daje znaku życia.

– Wobec tego co się stało, że zadzwonił? Chciał coś szczególnego?

Jeden z kotów wskoczył na ławkę, na której siedziała Karin, ale trzymał się w bezpiecznej odległości. Miał matową sierść i lekko poszarpane jedno ucho. Spoglądając podejrzliwie, ułożył się wreszcie na siedzeniu, schował pazurki i zamknął oczy. Ale ruchy gałek pod powiekami świadczyły o tym, że jest czujny.

– Poprosił, żebym zerknął na jego dom.

– I to pana tak zdziwiło?

– No bo zawsze, kiedy Bosse wyjeżdża, doglądam jego domu. Wyjmuję pocztę i w ogóle mam na niego oko. I on o tym doskonale wie. Dlatego się zdziwiłem, że zadzwonił specjalnie.

– Co dokładnie powiedział? – włączył się Robert. Sprawiał wrażenie zmęczonego. Pewnie był zawiedziony, że Sven nie zaproponował mu kawy.

– Prosił, żebym poszedł do niego i sprawdził, czy wszystko w porządku. Wspomniałem, że byłem tam poprzedniego dnia. Myślałem, że to mu wystarczy.

– Ale nie wystarczyło?

– Chciał, żebym koniecznie poszedł.

– Wyjaśnił dlaczego?

– Pewnie myślał, że ktoś mógł być w środku. Takie odniosłem wrażenie.

– I co? Rzeczywiście ktoś się włamał?

– Nic takiego nie zauważyłem. Oddzwoniłem do niego i powiedziałem, że wszystko wygląda normalnie.

– Kiedy to było?

– Dwa tygodnie temu? Może trzy? Słyszałem jakieś głosy w tle. Ale przecież mógł być wtedy w sklepie albo coś w tym rodzaju.

– Gdzie się wtedy znajdował?

– Chyba w Szkocji.

– Czy on ma tam kogoś znajomego?

– Nie wiem. Ale całkiem długo pracował w tamtych okolicach.

– Zanim przeszedł na emeryturę, był zawodowym nurkiem, tak?

– Zgadza się. Nurkiem w sektorze naftowym.

– Wspomniał pan Szkocję…

– Bosse pracował na Morzu Północnym, ale i w innych miejscach na świecie. Wszędzie, gdzie były platformy wiertnicze i potrzebowano nurków. To dopiero robota: bez przerwy pod wodą, na samym środku morza. Zimno, ciemno, parszywie, a mimo to kiedy opowiadał o tym swoim fachu, od razu weselał. Dla mnie to kompletne wariactwo, ale ja to muszę mieć twardy grunt pod nogami. Moim zdaniem człowiek nie jest stworzony do czegoś takiego.

– To znaczy, że on opowiadał panu o swojej pracy?

– Głównie opowiadał mojemu ojcu, ja byłem mały gówniarz, więc siedziałem i słuchałem. Bosse jest ode mnie piętnaście lat starszy.

– Nie wie pan, czy Bosse ma albo miał z kimś jakiś konflikt?

– Nie, nic mi o tym nie wiadomo. Tak jak wszyscy tutaj na spotkaniach w stowarzyszeniu dyskutował o wodzie, kanalizacji, studniach.

– Miałam na myśli to, że może podejrzewał, że ktoś włamał się do jego domu – wyjaśniła Karin.

Sven zmarszczył czoło.

– Właściwie to była jedna taka sprawa. Bosse mógł mieć z kimś na pieńku. Cała masa nurków zawodowych z Morza Północnego poumierała, a wielu z tych, co przeżyli, straciło zdrowie. On i jeszcze paru wnieśli sprawę do sądu.

– A o co im chodziło?

– O szkody na zdrowiu. Chodziło o ustalenie, czyja to wina.

– Przeciwko komu wnieśli tę sprawę?

– Przeciwko norweskiemu państwu.

Robert spojrzał na Karin.

– Przeciwko norweskiemu państwu? I jak to się skończyło?

– W Norwegii przegrali, ale wygrali w Trybunale Europejskim w Strasburgu. Musieliście chyba o tym słyszeć w telewizji, było wokół tego dużo szumu.

– Kiedy to się działo? – spytała Karin, podczas gdy Robert coś notował.

– Sprawa ciągnęła się przez parę lat. Chyba od… – Sven zdjął czapkę i podrapał się po bujnej czuprynie. – Zdaje się, że kupiłem sobie wtedy tego quada, czyli w dwa tysiące szóstym. Jesienią albo zimą.

– Ale ten ostatni wyrok… Kiedy zapadł?

– Ostatniej wiosny. Wyobraźcie sobie, że dziennikarze zapuścili się aż tutaj na wyspę. Bosse zepchnął jednego z nich razem z kamerą do wody, i tyle. Istny cyrk – zakończył, kręcąc głową.

– Co to oznaczało dla Bossego? W gruncie rzeczy powinien chyba być zadowolony, że wygrał z państwem norweskim. – Karin zanotowała w swoim notesie, żeby sprawdzić wszystko dokładnie.

– Bosse powiedział, że nie wszystko wyszło na jaw. I że państwo ściemnia.

– Ściemnia?

– Szczerze mówiąc, on czasami używał tylu fachowych wyrażeń związanych z nurkowaniem i tyle gadał, że nie nadążałem słuchać. Dlatego nie pamiętam dokładnie.

– Czy chodziło o odszkodowania dla nurków? – spytał Robert.

– Coś w tym rodzaju. Ale oni potwornie się wpienili na Bossego.

– Jacy oni?

Sven zamilkł na chwilę.

– No właśnie. Kto to mógł być? – zaczął znowu. – Nie pamiętam, czy to była spółka naftowa, czy paru nurków. Wiem tylko, że naprawdę się przestraszył. Przez jakiś czas spał na łodzi.

– Kiedy? – spytała Karin, wysyłając jednocześnie do Folkego esemesa: „Sprawdź rolę Stenmana w procesie nurków przeciwko państwu norweskiemu. Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu”.

– Kiedy to mogło być? – zastanawiał się na głos Sven. – Kilka lat temu – stwierdził wreszcie.

– Przed procesem czy po nim?

– Brał udział w całej masie takich spraw, myślę, że powiedział co najwyżej o połowie.

– Alexander Kielland, mówi to panu coś? – Karin zwróciła się do gospodarza.

Robert spojrzał na nią osłupiały.

– Kto to jest? – spytał Sven.

– Raczej co. Platforma wiertnicza na Morzu Północnym – wyjaśniła.

– Nigdy nie słyszałem.

Karin skinęła głową na Roberta, próbując dać mu w ten sposób do zrozumienia, że wszystko wyjaśni mu później.

– Czy można się z nim jakoś skontaktować? Mejlem albo na Facebooku? – dociekał Robert.

– Myślicie, że każdy bez przerwy siedzi przed komputerem albo wisi na telefonie? To przecież jakiś idiotyzm. Ktoś w końcu musi pracować!

– Jednak my potrzebujemy… – zaczął Robert.

– Bosse nie ma żadnych fejsbuków. Ale mejla ma, tylko że nie znam adresu. Jak nie będzie chciał, żeby mu zawracać głowę, to i tak nie uda wam się z nim skontaktować. A rozmawialiście z jego córkami? Albo z byłą żoną?

– Jeszcze nie. Ma pan numer ich telefonu lub adres?

– Mam w domu. Zaraz przyniosę.

Folke zadzwonił akurat w momencie, gdy opuszczali Klöverön.

– Poczekaj sekundę – powiedziała do niego Karin, wciskając sobie słuchawki do uszu. – Odepchnij się nogą od pomostu – zwróciła się do Roberta, pilnując, żeby wszystkie odboje znalazły się w środku i żaden nie został w wodzie, gdzie mógłby wkręcić się w śrubę. Potem dodała gazu i odbiła. – Już jestem, Folke.

– Sprawdziłem to, o co prosiłaś.

– Super.

– Bo Stenman specjalizował się w nurkowaniu, które nazywane jest nurkowaniem saturowanym. Był jednym z pierwszych w tej dziedzinie.

– Kiedy to było?

– W latach siedemdziesiątych. Nurkowie nie oddychają wtedy powietrzem, tylko mieszanką gazów z dodatkiem helu, dzięki czemu nie ulegają tak zwanej narkozie azotowej.

– Co takiego? – zdziwiła się Karin.

– Powietrzem można oddychać tylko do głębokości pięćdziesięciu metrów. Niżej powietrze nabiera właściwości niebezpiecznych dla ludzkiego organizmu, dlatego w mieszance oddechowej redukuje się ilość tlenu i azotu i zastępuje je helem.

– Helem? – powtórzyła Karin, przypominając sobie kolorowe balony szybujące w niebo nad placem zabaw Liseberg, podczas gdy dzieci stały bezradnie i opłakiwały utracone zabawki. Zawsze słyszała, że wdychanie gazu, którymi były wypełnione tamte balony, nie jest zdrowe.

Minąwszy podstępną rafę na wysokości Korsvik, ustawiła ster tak, żeby mogła usiąść na ławeczce na rufie obok Roberta. Podała mu jedną słuchawkę i chwyciła za rumpel.

– Będziemy cię słuchać we dwójkę – powiedziała do Folkego.

– Okej. Cześć, Robert – odparł Folke.

– Hej.

– No więc, jak wspomniałem… – zaczął Folke i opowiedział jeszcze raz o gazie, a potem mówił dalej: – Nurkowie wchodzą do ciśnieniowej komory hiperbarycznej, która może wyglądać bardzo różnie, ale zawsze stanowi system zamknięty, coś w rodzaju łodzi podwodnej. Na platformach wiertniczych zwykle są to duże agregaty, ale bywają też mniej skomplikowane warianty. Nurkowie przebywają w nich tak długo, jak długo ciśnienie wyrównywane przez tłoczenie powietrza nie osiągnie takiej samej wartości jak na głębokości, na której mają pracować. I oddychają w nich odpowiednią mieszanką gazową. Później, kiedy mają już zejść pod wodę, żeby wykonać swoje zadanie, przechodzą do innej części komory, do tak zwanego dzwonu, i w nim są opuszczani na dno, gdzie na przykład trzeba naprawić rurociąg. Jedna osoba zostaje w dzwonie, a druga wychodzi i robi, co jest do zrobienia, czyli, powiedzmy, spawa. Po wykonaniu zadania wracają na górę.

– Na powierzchnię? – spytała Karin.

– Tak, ale nie wychodzą na zewnątrz, ponieważ ich organizm musi teraz zostać poddany dekompresji. Jeżeli nurek pozostaje na danej głębokości przez długi czas, jego ciało zaabsorbuje w końcu maksymalną możliwą ilość gazów dla tej głębokości. Po takim czasie dekompresja musi trwać dokładnie tyle samo, i to niezależnie od tego, czy samo nurkowanie trwało dzień, czy miesiąc. Z tego powodu, w przypadku długich i skomplikowanych prac w głębokiej wodzie, nurkowie żyją przez cały czas w komorach hiperbarycznych, co jest bardziej efektywne ze względu na koszty i czas. Dlatego w takich komorach są łóżka, prysznice i inne urządzenia. Można w nich mieszkać całkiem długo. Widziałem kilka zdjęć. W wywiadzie dla SVT Bosse powiedział, że najdłuższy okres, jaki spędził w komorze, to trzydzieści trzy dni.

– Trzydzieści trzy dni na platformie czy trzydzieści trzy dni w komorze? – spytała Karin, nie mając pewności, czy się nie przesłyszała.

– Zrozumiałem, że był przez ten czas zamknięty w komorze stojącej na platformie. Dzięki temu nurkowie przechodzą dekompresję tylko po zakończonej robocie albo kiedy są zwalniani do domu. W przeciwnym razie musieliby być poddawani na nowo całemu procesowi przed każdym zanurzeniem i po nim, a to, jak mówiłem, może zająć kilka dni.

– Czyli trzymają ich pod ciśnieniem, żeby zaoszczędzić na czasie? – zdziwił się Robert.

– Jeśli platforma ma przestój, straty są gigantyczne. W grę wchodzą niesamowite pieniądze.

– Ale to majstrowanie z gazami i cała reszta raczej nie mogą być obojętne – zauważyła Karin.

– I właśnie tego dotyczył proces: eksperymentowania z technikami nurkowania kosztem nurków – kontynuował Folke. – Wszyscy oni zgodnie twierdzili, że w okresie od sześćdziesiątego do dziewięćdziesiątego roku państwo norweskie nie informowało ich o zagrożeniach i szkodach, jakie mogą się wiązać z zawodowym nurkowaniem głębinowym.

– No ale w końcu wygrali z państwem. To fantastycznie. – Karin musiała przyznać sama przed sobą, że Folke zaimponował jej bogactwem informacji, które zdobył. Niewykluczone, że zaczął zgłębiać temat, nim dostał od niej esemesa. A może ktoś mu w tym pomógł?

– Rok temu rzeczywiście wygrali w Strasburgu, ale kilka lat wcześniej w tej samej sprawie przegrali w Norwegii.

Słyszała, że Folke szuka czegoś w swoich notatkach.

– W dwa tysiące szóstym – uzupełnił. – Przegrywają, ale mimo to przez wiele lat dalej walczą.

– Na ile był w to zaangażowany Bo Stenman?

– Należał do najbardziej aktywnych i jest jednym z siedmiu nurków, którzy w Strasburgu są podawani jako przykład. Mam listę pozostałych, wszyscy są Norwegami.

– Chodzi tylko o siedem osób? – spytała Karin.

– Ta siódemka była niejako grupą pilotażową, ale sprawa dotyczy dwustu pięćdziesięciu nurków i wszyscy oni domagają się uznania swoich roszczeń i odszkodowania od państwa.

– Dwustu pięćdziesięciu nurków – powtórzyła Karin. Na wysokości kanału Albrektsund zmniejszyła prędkość do dozwolonych pięciu węzłów. – I co? Wszyscy dostali rekompensatę? – spytała, manewrując łodzią między czerwoną a zieloną boją.

– Tych siedmiu miało dostać odszkodowanie, pod warunkiem że podpiszą papier, w którym zrzekną się wszelkich dalszych roszczeń wobec państwa. Brzmi to tak: „Orzeczenie Trybunału dotyczy obecnie wyłącznie siedmiu nurków, którzy otrzymają zadośćuczynienie za to, że państwo nie ostrzegło ich w wystarczającym stopniu o zagrożeniach wynikających z wykonywanej przez nich pracy nurka. Ponad dwustu norweskich i zagranicznych nurków ma nadzieję na »dialog« z państwem norweskim w tym zakresie”.

– Czyli ich proces oznacza otwarcie możliwości ewentualnych odszkodowań dla pozostałych? O jakie kwoty chodzi? – chciała wiedzieć Karin.

Na chwilę zaległa cisza w słuchawce, po czym Folke odchrząknął i powiedział:

– To zależy, odszkodowania wypłacane są w różnych transzach, poza tym każdy przypadek jest inny i wysokość rekompensaty jest uzależniona od zakresu szkód.

– Ale przeciętnie ile? – Karin nie dawała za wygraną.

– Jakieś dwa i pół miliona koron na głowę – odpowiedział Folke.

– Pomnożone przez dwieście pięćdziesiąt osób? – dodała Karin, patrząc na Roberta. – To przecież są kosmiczne pieniądze.

– Owszem, ale ich rzecznik posługuje się wyjątkowo dobrą argumentacją. Mówi, że „w żadnym współczesnym społeczeństwie tak mała grupa zawodowa nie znaczyła tak wiele dla gospodarki narodowej kraju”.

– A jaki jest status sprawy na dzisiaj? Orzeczenie zapadło i pieniądze zostały wypłacone? Mam na myśli tych siedmiu nurków.

– Jeżeli podpisali zobowiązanie i zrzekli się dalszych roszczeń. – Folke zamilkł.

– No i? Zrobili tak?

– Wszyscy oprócz Bo Stenmana. On odmówił.

4.

Czwartek, 18 sierpnia 1977

Dotarli na miejsce w środę o wpół do jedenastej wieczorem. Kiedy przez radio dostali wiadomość „The King is dead”, na pokładzie „Deep Water” zapanowała osobliwa atmosfera.

Potem nieprzerwanie leciała muzyka Elvisa. Puszczano Jailhouse Rock, Can’t Help Falling In Love, Return to Sender i inne.

W każdej rozmowie niedotyczącej wyprawy w taki czy inny sposób nawiązywano do Elvisa – do jego muzyki, życia prywatnego, pieniędzy albo filmów, w których zagrał. Nikomu nie był obojętny, toteż gdy tylko dobili do Montrose, wiele osób zeszło od razu na ląd pod pretekstem, że muszą napić się za Króla. Douglas odetchnął z ulgą, że wreszcie się zatrzymali. Dopadła go choroba morska. W lustrze wiszącym nad małą umywalką w toalecie jego twarz wyglądała na zieloną. Blask jarzeniówki bynajmniej nie poprawiał sytuacji. Kiedy Bosse spytał go, czy nie wybierze się z resztą, odmówił. Zjadł talerz maślanki, pogadał trochę z Balią, który w kambuzie przygotowywał już jedzenie na następny dzień, a potem wrócił do swojej kajuty, żeby napisać list do Anniki. Do niej prawdopodobnie też dotarła informacja o śmierci Elvisa i na pewno ją zasmuciła. Ma wszystkie jego płyty i zna wszystkie jego filmy. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że może jednak powinien zejść z pokładu i do niej zadzwonić, ale w końcu nie zdecydował się na to, tłumacząc sobie, że jest już za późno. Tak naprawdę nie potrafił sobie wyobrazić sytuacji, że będzie stał ze słuchawką w ręce po drugiej stronie Morza Północnego i słuchał, jak ona płacze, jednocześnie nie mogąc jej objąć i pocieszyć. Uznał, że lepszym rozwiązaniem jest list.

W czwartek z samego rana Douglas i Bosse zdążyli przejść się razem po mieście. Akurat o tak wczesnej porze otwarte były tylko piekarnie, ale godzinny spacer w słońcu i tak dobrze im zrobił. Poza tym Douglas mógł wysłać list do Anniki. O dziesiątej przyjechała pierwsza ciężarówka z butlami z gazem. Zatrzymała się na nabrzeżu naprzeciwko „Deep Water” i chwilę później z pomocą dźwigu stojącego na nabrzeżu przystąpiono do przeładunku na pokład. W każdej pace znajdowało się dziesięć butli: brązowe zawierały czysty hel, białe – czysty tlen, a brązowo-białe – gotową mieszankę do nurkowania. Jej skład – dziewięćdziesiąt dwa procent helu i osiem procent tlenu – był precyzyjnie dostosowany do głębokości osiemdziesięciu pięciu metrów, na jaką planowano zejść. Każda butla mieściła pięćdziesiąt litrów i była wysokości dwunastolatka. Ponieważ oni sami nawet przy użyciu dźwigu pokładowego nie byliby w stanie przenieść wszystkiego na statek, na pokładzie znalazło się sześciu szkockich dokerów i ich brygadzista, którzy porozumiewali się ze sobą w niezrozumiałym dialekcie i raz po raz krzyczeli coś do operatora dźwigu na kei, chociaż w hałasie, jaki panował dookoła, on w żaden sposób nie mógł ich usłyszeć. Jeden z marynarzy pojawił się na chwiejnych nogach, żeby pomóc, lecz kiedy tylko poczuł na sobie wzrok Bossego, od razu zniknął. Wielu członków załogi wciąż jeszcze nie wytrzeźwiało. Mimo kaca musieli jednak zająć się swoimi codziennymi obowiązkami. Tyle że nawet od starszego oficera zajeżdżało alkoholem, co usiłował ukryć, ssąc cukierki Läkerol. Bosse dyrygował rozmieszczeniem ładunku, a potem sprawdził każdą pakę, aby upewnić się, czy zawartość zgadza się z opisem. Na Morzu Północnym doszło do niejednej tragedii tylko dlatego, że operator komory nie zadał sobie trudu i nie skontrolował, czy mieszanka gazowa jest właściwa.

Była piąta po południu, kiedy Bosse i Douglas w tłumie na nabrzeżu dostrzegli kapelusz i szybko przekazali dalej, że zmierza do nich John Steele ze świtą.

– Uważaj – powiedział Bosse, trącając Douglasa. – Zaraz zacznie się cyrk.

Torsten wyszedł już na pokład. Następnie niczym wiewiórka wdrapał się po drabince na keję, aby przywitać gości w typowy dla niego wylewny i zdaniem Bossego przesadnie uniżony sposób. Co prawda to ich klienci, ale to wcale nie znaczy, że trzeba zlizywać pyłek sprzed ich stóp. On sam, nie ruszając się z miejsca, przyglądał się przybyłej ekipie. Siedem osób, z czego jedna w ciemnym garniturze. Jaki zdrowo myślący człowiek wybiera się na statek, który za chwilę ma wypłynąć na Atlantyk z nurkami, w garniturze i w wypucowanych na glanc butach? I jeszcze ten kapelusz na głowie Steele’a! Przecież pierwszy powiew wiatru zdmuchnie mu go do morza! Widocznie w Teksasie nie wiało tak mocno, kiedy przechadzał się między swoimi szybami. Nie wspominając już o jego kowbojkach. Ciekawe, jak się w nich utrzyma na pokładzie „Deep Water”, kiedy zacznie huśtać. Nagle za Steele’em dostrzegł kwiaciastą spódnicę łopoczącą na wietrze.

– A to co ma… – zaczął, ale kiedy zobaczył rozdziawioną gębę Douglasa, szybko rzucił: – Nie gap się tak, bo wyglądasz jak kretyn.

Torsten wyraźnie nie wiedział, jak się zachować. Żeby pocałować kobietę w rękę, zgiął się wpół, jakby to sama królowa złożyła im wizytę. Ona zaś, zaskoczona takim powitaniem, popatrzyła na niego, nie kryjąc zdumienia, i szeroko się uśmiechnęła. Wiatr rozwiewał jej długie ciemnobrązowe włosy, zakrywając oczy i usta. Tymczasem Steele i Torsten zamienili ze sobą kilka słów. Amerykanin jedną rękę położył mu na ramieniu, a drugą wciąż ściskał jego dłoń. Gdy tylko ją puścił, Torsten zszedł po drabince zaczepionej o nabrzeże i zeskoczył na „Deep Water”. Wskazując na drabinkę, zawołał w górę do pozostałych, żeby zachowali ostrożność, ponieważ stopnie mogą być śliskie od glonów. Kobieta ruszyła jako druga, nieświadoma tego, że on, zadarłszy głowę, zajrzał jej pod spódnicę. Chociaż zaraz odwrócił wzrok, jego policzki stały się bardziej rumiane niż zwykle.

– Może być ciekawie – bąknął Bosse do Douglasa.

Potem jej długi sznur pereł zahaczył o jakiś element drabinki, a kiedy ich właścicielka próbowała go odczepić, poplamiła sobie na zielono swoją żółtą bluzkę. Centralnie na prawej piersi. Długi pasek torebki biegnący na ukos między piersiami podkreślał je tak bardzo, że wprost nie sposób było się powstrzymać od wybałuszania na nie oczu. Nawet z daleka dało się zauważyć, że kobieta pod cienką bluzką nie ma biustonosza.

– Nigdy wcześniej nie byłam na takiej dużej łodzi – powiedziała rozwlekle z dziwnym akcentem i zrobiła kilka chwiejnych kroków w butach na wysokim koturnie. Kiedy odgarnęła włosy z twarzy, okazało się, że zielone od alg ma także czoło.

Torsten patrzył na nią bezradnie, nie bardzo wiedząc, co powinien zrobić, tymczasem Bosse zreflektował się i podszedł do niej. Douglas nie słyszał, co przyjaciel jej powiedział, ale zauważył, że zaraz potem kobieta wyjęła chusteczkę z torebki i wytarła sobie czoło. Zastanawiał się, czy wspomniał jej też o plamie na biuście. Raczej nie. W tym momencie ona spojrzała w dół na bluzkę, zupełnie jakby czytała w jego myślach.

Ponieważ reszta towarzystwa też już zeszła na pokład, dziewczyna przesunęła się nieco w stronę Douglasa, aby ustąpić im miejsca.

– Ups – rzuciła, potykając się lekko, ale szybko odzyskała równowagę i wyciągnęła do niego rękę. – Leslie.

– Douglas – przedstawił się, dodając, że jest operatorem komory.

– Co za dzień. Wyobraża pan sobie, że przylecieliśmy tutaj prywatnym learjetem pana Steele’a? Ale sterował nim pilot, nie pan Steele.

– Mam nadzieję, że lot był przyjemny. A skąd przylecieliście? – zdołał wykrztusić Douglas, starając się nie zezować na zieloną plamę ani na sutki sterczące przez cienki żółty materiał.

– Straszna historia z tym Elvisem Presleyem, prawda? – powiedziała, zupełnie jakby nie usłyszała pytania.

– Tak – odparł. – Moja żona ma wszystkie płyty Króla.

Zerknęła na obrączkę na jego palcu.

– Jonathan i ja widzieliśmy go w Vegas.

Jonathan, powtórzył w myślach Douglas.

– Akurat mam kilka dni wolnych, więc kiedy Jonathan spytał mnie, stwierdziłam… – Zatoczyła szeroki gest ręką, a potem zaczęła bawić się długim sznurem pereł.

– Leslie?

Jeśli Douglas był ciekaw, któremu z gości towarzyszyła, to teraz poznał odpowiedź. Właśnie podszedł do nich ciemnowłosy trzydziestopięciolatek w dżinsach i koszuli w kratkę z podwiniętymi rękawami. Od razu skojarzył mu się z Seanem Connerym jako Bondem w filmie Żyje się tylko dwa razy. Douglas oglądał go razem z Anniką. Nagle poczuł, jak bardzo mu jej brak. Powinna to docenić, a poza tym powinna być na tyle rozsądna, żeby ubierać się porządnie, pomyślał.

– Jonathan – przedstawił się mężczyzna, mocno ściskając mu rękę. Jakby chciał pokazać, że jest wystarczająco silny, aby przetrzepać skórę każdemu, kto za długo rozmawia z Leslie.

– Douglas, nurek i operator komory.

Chociaż nieznajomy był ubrany całkiem zwyczajnie, Douglas nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że gość uciekł z królewskiego pałacu – ukrył płaszcz i koronę w lesie, przebrał się w dżinsy w najbliższej czerwonej budce telefonicznej, a potem pogalopował na swoim rumaku. Może po drodze spotkał gdzieś Leslie – dziewicę w opałach – i porwał ją ze sobą. Oczywiście Douglas nie miał wątpliwości, że było inaczej i że ona z pewnością nie była dziewicą.

Gdy ostatnie butle z gazem znalazły się na pokładzie i „Deep Water” odbiła od nabrzeża, wszyscy zebrali się w jednym miejscu. Na szczęście to kapitan Göte manewrował statkiem między falochronami przy wyjściu z portu. Kiedy bowiem Douglas ostatni raz widział sternika, właśnie leczył klina klinem. Goście zaczęli instalować się na statku i on chyba jako jedyny zauważył, że liczba kajut nie odpowiada liczbie gości, a nie wyglądało na to, by którykolwiek z nich chciał dzielić się kajutą. Tak więc rozwiązanie problemu będzie pewnie leżeć po stronie szwedzkiej załogi.

– Well then – zaczął John Steele, kiedy jakiś czas potem przyszedł do mesy, w której wszyscy zebrali się na jego prośbę.

Zdjął swój kowbojski kapelusz i położył go na stole. Douglas miał nadzieję, że Balia porządnie wytarł laminowany blat. Załoga przyglądała się nowo przybyłym. Niektórzy z nich wyglądali dosyć dziwnie, gdy siedzieli sztywni na przytwierdzonych do ścian kanapkach o siedzeniach z czerwonej dermy, zwłaszcza mężczyzna w ciemnym garniturze. Kim, u diabła, on może być? Leslie nie było nigdzie widać.

– W tysiąc dziewięćset szesnastym – rozpoczął opowieść John Steele – lord Kitchener, minister wojny Wielkiej Brytanii, wchodzi na pokład HMS „Hampshire”. Ów minister jest jakby odpowiednikiem amerykańskiego Wuja Sama. Znacie go pewnie ze starych plakatów werbujących do wojska opatrzonych napisem: „We need you!”.

Douglas nie bardzo rozumiał, po co Steele włącza do tej historii fikcyjną postać Wuja Sama. Chciał przez to zasugerować, że Amerykanie byli pierwsi, więksi i najlepsi i że Brytyjczyk tylko ich naśladował? Tyle tylko, że lord Kitchener to postać rzeczywista, z krwi i kości. Niezależnie od intencji nie było to dobre wejście, zwłaszcza jeśli zależało mu na stworzeniu poczucia wspólnoty i jeśli wzięło się pod uwagę, że znajdował się na wodach brytyjskich. Wyglądało jednak na to, że Steele’owi zupełnie to nie przeszkadzało.

– Kitchener zrobił to samo co Wuj Sam: na plakacie wskazywał palcem na widza, wzywając go do poboru. Życie nigdy nie miało tak niskiej ceny jak podczas pierwszej wojny światowej. – Steele wyjął duże czarno-białe zdjęcie okrętu wojennego. – To jest HMS „Hampshire”. – Wzdłuż całego relingu stali wyprężeni jak struna młodzi mężczyźni, salutując do marynarskich czapek. – Kitchener płynął w ważnej misji do Archangielska w Rosji. Nie wiemy dokładnie w jakim celu, możemy jedynie spekulować. Niewątpliwie tamta wyprawa miała związek z trudną sytuacją w ówczesnej Rosji. Niewykluczone, że chodziło o uratowanie rodziny carskiej przed bolszewikami. Król Jerzy Piąty był kuzynem cara Mikołaja, nawiasem mówiąc, był też spokrewniony ze szwedzką księżniczką Małgorzatą, babcią waszego obecnego króla.

– Czy to lekcja historii? – szepnął Balia, ale zaraz zamilkł, zgromiony wzrokiem przez Torstena, który znaczącym ruchem głowy dał mu do zrozumienia, gdzie jego miejsce, na co kucharz, mamrocząc coś pod nosem, zniknął w kambuzie.

– Chciałem tylko przypomnieć, jak to wszystko się zaczęło. Ukazała się też książka pewnego amerykańskiego ślusarza o nazwisku Courtney, ale do niego wrócimy później. A zatem „Hampshire” odbija od kei w Scapa Flow.

Jeden z towarzyszących Steele’owi mężczyzn podał mu mapę morską, podczas gdy „Deep Water” wyraźnie przyspieszyła. Szybsze tempo w połączeniu z kołysaniem wywołanym wzmożonymi falami za portowym pirsem zmusiło Johna Steele’a do nagłego chwycenia się bufetu. Tylko dzięki temu zdołał utrzymać równowagę.

– Och, dziękuję – zwrócił się do ciemnowłosego mężczyzny i rozłożył mapę. – Tu jest Scapa Flow. Baza brytyjskiej floty wojennej leży bezpiecznie ukryta w zatoce na Orkadach. Mimo niesprzyjającej pogody okręt wypływa w morze przez cieśninę Pentland Firth i opływa wyspę Hoy. Podobno to lord Kitchener nalegał, aby nie czekać, a prawdopodobnie nikt nie odważył mu się przeciwstawić, mimo że wypłynięcie na otwarte wody w środku sztormu było szaleństwem. Albo może tak bardzo zależało im na czasie.

Douglas zauważył, że Bosse siłą powstrzymywał się od komentarza. Prawdopodobnie pomyślał, że John Steele w ogóle nie wie, o czym mówi, i pewnie nigdy nie widział prawdziwego sztormu na morzu. Był ciekaw, czy przyjaciel przerwie mu i opowie, jak wyglądają sztormy na Morzu Północnym i jakie to uczucie, kiedy w styczniu jest się na pokładzie wieży wiertniczej, a trzydziestometrowe fale wystawiają na próbę wytrzymałość wszystkich umocnień, sztagów i urządzeń cumujących. Bosse rzadko zaznaczał własne zdanie, bywało jednak, że pozwalał sobie w dyskusjach na ostry komentarz. Tym razem się powstrzymał.

– Okręt jest eskortowany przez dwa niszczyciele: „Unity” i „Victor” płyną przed „Hampshire” wzdłuż zachodnich brzegów wysp. Tędy. – Steele wskazał palcem na mapę. – Ale pogoda robi się coraz gorsza, wiatr przybiera na sile i małe jednostki nie są w stanie utrzymać prędkości dużego okrętu. W końcu zawracają. – Powiódł palcem po mapie, aby pokazać szlak, którym oba niszczyciele cofnęły się do bazy: cieśniną między wyspami Mainland i Hoy.

– Ale „Hampshire” płynie dalej – wtrącił Bosse.

– Oczywiście, „Hampshire” płynie dalej, tyle że tutaj… – wskazał na krzyżyk zaznaczony na wodzie. – …na wysokości Marwick Head, natrafia na niemiecką minę.

W tym momencie podniósł się z krzesła krótko ostrzyżony mężczyzna i stanął obok Johna Steele’a, który zacisnął szczęki i nie wyglądał raczej na zadowolonego z ingerencji.

– Niemcy… – Wystarczyło, że wypowiedział tylko to jedno słowo, a wszyscy natychmiast się zorientowali, że on sam jest Niemcem. – Próbuje się wprowadzić ich w błąd, pytając przez radio, czy pewien konkretny szlak jest oczyszczony z min, ponieważ w drodze jest właśnie ważny transport. – Palcem pokazał na mapie ów szlak. – To zapytanie zostaje nadane trzy razy i tyle samo razy zostaje odebrane przez Niemców, którzy w końcu postanawiają rozmieścić miny na wspomnianej trasie. – Mężczyzna mówił podniesionym głosem, aby przekrzyczeć szum silnika.

– Dziękuję, Heinrich – rzucił John Steele, chcąc znowu przejąć inicjatywę. – Heinrich Keller… – wskazał na krótko ostrzyżonego Niemca – …jest niemieckim attaché wojskowym w Londynie. A także byłym kapitanem łodzi podwodnej i admirałem niemieckiej marynarki wojennej. Jak wspomniano, „Hampshire” nigdy nie zamierzał płynąć tą trasą. Anglicy mają na pokładzie wysokiego rangą wojskowego, który lubi bawić się w kotka i myszkę, i to właśnie on wysyła tę informację, zamierzając w ten sposób zmylić Niemców.

– Brzmi dosyć nieprawdopodobnie – odezwał się Bosse, stojąc z rękami skrzyżowanymi na piersi.

Keller nie dał się jednak uciszyć ani przez Johna Steele’a, ani przez Bossego.

– U75 na wszelki wypadek rozmieszcza miny. – Mówiąc to, wyciąga palec wskazujący w kierunku swoich słuchaczy, jakby miał przed sobą klasę uczniaków, którzy coś przeskrobali. – Później, jak na ironię, pogoda ulega pogorszeniu i „Hampshire” zostaje zmuszony obrać trasę wskazaną Niemcom. Można powiedzieć, że Anglicy wpadli we własne sidła. – W tym miejscu były kapitan zatrzymał wzrok na jednym z młodszych członków grupy, ciemnowłosym mężczyźnie w dżinsach i koszuli w kratkę.

Nagle Douglas go rozpoznał: to był Jonathan Aitken, parlamentarzysta romansujący z córką Margaret Thatcher. Miał ciemne oczy o niezwykłej głębi. Działały niczym czarne dziury przyciągające do siebie wszystko, co znajdowało się w pobliżu. W każdym razie wtedy, kiedy ich właściciel zwrócił już na siebie uwagę otoczenia. John Steele wyglądał tak, jakby za wszelką cenę chciał wkroczyć do akcji, tyle że nie wiedział jak. Nagle można było odnieść wrażenie, że do głosu doszły konflikty z czasów drugiej wojny. Douglas i Bosse spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Keller natomiast, nie wyczuwając napięcia, kontynuował:

– Gdyby Anglicy nie wysłali tego meldunku, miny nigdy nie znalazłyby się na ich trasie, ponieważ szlak ten był uważany za nieinteresujący.

– Dziękuję, przyjaciele – powiedział John Steele.

Słysząc to, Douglas pomyślał, że raczej trudno uznać ich za przyjaciół. Przyjaciele bowiem ufają sobie nawzajem, a w tym pomieszczeniu prawie nikt nikomu nie ufał.

– Wszystkim nam tutaj przyświeca ten sam cel – podjął znowu John Steele – i dlatego mam nadzieję, że we wspólnym interesie będziemy potrafili wykorzystać nasze różne kompetencje i doświadczenia. „Hampshire” natrafia na miny rozłożone przez U75. Jest piąty czerwca tysiąc dziewięćset szesnastego roku. Po piętnastu minutach jednostka idzie na dno. Nabrzeże jest pełne rannych i wyziębionych marynarzy, którym udało się dostać na szalupy ratunkowe, a potem dopłynąć na ląd. Ale mieszkańcom Orkadów nie wolno przyjść im z pomocą, ci zaś, którzy usiłują zbliżyć się do plaż, aby ratować rozbitków, natrafiają na bagnety. Nasuwa się pytanie: dlaczego? A bloody disgrace, jak mówią sami Anglicy. – John Steele zrobił pauzę i powiódł wzrokiem po zgromadzonych.

– Tajemnice – wtrącił Bosse. – Co znajdowało się na pokładzie?

Steele kiwnął głową w jego kierunku, dając w ten sposób do zrozumienia, że Szwed trafił w sedno.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ryzykowna gra 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer