Napisane niedawno

Napisane niedawno

Autorzy: Marta Wyka

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 216

cena od: 23.32 zł

Ostatnie książki prof. Marty Wyki opublikowane w Wydawnictwie Literackim są na pograniczu szkicu i eseju – opowiadają o życiu inteligenckim, krakowskim domu autorki, dojrzewaniu i czytaniu, które może stać się piękną intelektualną przygodą.

W Napisane niedawno, jak sam tytuł wskazuje, zebrano również najnowsze teksty uznanej literaturoznawczyni. Powstały one z przekonania, że warto podzielić się z czytelnikami swoimi literackimi fascynacjami. Na kartach książki przewijają się zarówno młodzi pisarze, nowe lektury, jak i klasycy oraz starzy przyjaciele, m.in. Wisława Szymborska, Ewa Lipska i Jan Błoński.

Szkice Marty Wyki nie mają charakteru naukowego, to teksty lekkie i przystępne, pełne wspomnień i charakterystycznego refleksyjnego tonu – czytając Napisane niedawno, czytelnicy z pewnością poczują się tak, jakby brali udział w interesującej rozmowie, i to nie tylko o literaturze. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego łączy bowiem opowieść o swoich lekturach z wątkami biograficznymi i w wielu miejscach tłumaczy wybory właściwe dla jej pokolenia.

Książkę zamyka znakomity esej o krzeszowickim domu dzieciństwa, będący wspomnieniem ojca autorki – profesora Kazimierza Wyki – wybitnego polskiego humanisty.

Spis treści

Karta redakcyjna

Proszę nie czytać przy jedzeniu

KSIĄŻKI PRZEBRANE

Z papieru, z pamięci (o Fałszerzach pieprzu Moniki Sznajderman)

Po śladach (Karpiński – Krzeczkowski)

Widoki Florencji (Ewa Bieńkowska)

Pomysł na wagę złota (o opowiadaniach Macieja Miłkowskiego)

Do czego mogą służyć rzeczy? (Anna Król – Jarosław Iwaszkiewicz)

O czym pamięta człowiek szczęśliwy? (o Jacku Woźniakowskim)

ONE

Dąbrowska myśląca

Szymborska wtedy i teraz

Lipska w podróży

Przypis do Onych

FRANCUSKIE OPOWIEŚCI

Pokolenie zbuntowanych czytelników

Miłosz wobec Alberta Camusa. Szkic przyjaźni

Gwałtowność uczuć. O Albercie Camusie

Błoński francuski

Żal po Francji (o książce Érica Zemmoura)

Obcy – przygoda bez końca (o książce Alice Kaplan)

Odwiedziny w domu dzieciństwa

Przypisy

Opieka redakcyjna: BARBARA GÓRSKA

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: KRZYSZTOF LISOWSKI, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, MARIA WOLAŃCZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06644-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Proszę nie czytać przy jedzeniu

Tak mówiła mama, zanim zaczęliśmy obiad. Technicznie rzecz wydawała się trudna, ale znalazł się sposób. Należało oprzeć książkę o cukiernicę, odpowiednio ją pochylić, jak na pulpicie, i dało się czytać. Ale zakaz był zakazem. Ojciec przy jedzeniu nigdy nie czytał, nawet gazety. Patrzył w zamyśleniu na talerz. Ale ja tak. Czytałam, kiedy tylko nikt nie zwracał na to uwagi. Papierowy majątek mojej rodziny był jej jedynym i największym. A zaczynały się czasy kształcenia okupacyjnych dzieci, wybór metody okazał się niełatwy. Do tyłu czy do przodu? Co im dawać, do czego zachęcać? Dzieci, nie wiedząc o tym, były już drobną częścią ogólnego światopoglądu. Jaki świat im zalecać? No właśnie, spróbuję to opisać.

Wychowanie w bibliotece ma, jak wiadomo, swoje dobre i złe strony. Dobre kształtują charakter. Ale towarzyszy temu procesowi przeświadczenie, dziecinne najpierw, dorosłe później, że nie ma innego świata niż książki, ten zaś jest bez wątpienia najlepszy. Tak powstaje pycha uprzywilejowanych i język wtajemniczonych. Wciąż trwały, ba, więcej, wiecznie trwały wydaje się rdzeń tej postawy, gdyż wcześnie zniewolone przez druk dzieci nie wiedzą, że monolit nie będzie wieczny. Ich świat jest stabilny, a ciekawość pełna nadziei, czego zapewne nie da się już powiedzieć o ich rodzicach. Ten przydługi wstęp światopoglądowy to zarazem pierwszy krok w tamtą przestrzeń, dawno już oddzieloną od teraz, nad nią klamka zapadła.

Okupacja unicestwiła, w jakimś stopniu, książki dla dziewczynek i panienek. Ale Janina Porazińska, Zofia Żurakowska, Helena Boguszewska dalej stały na półkach, zanim do szkolnych umysłów weszła wojna oraz jej wersja ku pokrzepieniu serc, czyli Kawaler Złotej Gwiazdy. Ale także pogrzebana obyczajowość, aluzje do rzeczywistości nieistniejącej, cały ten nieporządek, który już nie dał się okiełznać. Wierszyki, bajki i baśnie, opowieści z życia zwierząt...

Z tej przemieszanej materii staram się wydobyć dawne emocje małej i większej czytelniczki, bardziej czytelniczki niż badaczki, choć potem nią się stałam. Nie czuję się, mimo wszystko, uczestniczką „przerwanego lotu” być może dlatego, że zawsze buszowałam pomiędzy książkami i nikt nie mógł mnie zatrzymać.

A kiedy i jak to się zaczęło? Zakładam więc, dla własnego porządku, że wtedy, gdy przyjaciel ojca przywozi dla dzieci książeczkę do czytania; szybko uczę się jej na pamięć i recytuję. („Raz Termometr zachorował, najpierw skarżył się, że głowa...”). Jest już napisana i oczekuje na swoją kolej inna bajeczka, to Murzynek Bambo. Za nią narasta, szczęśliwie tamte dzieci o tym nie wiedzą, straszna kolonialna przeszłość, choć Tuwim nie pochwala bynajmniej kolonialnego ucisku. Zatem zdanie: „szkoda że Bambo czarny, wesoły nie chodzi razem z nami do szkoły”, było zupełnie jednoznaczne i nikogo nie krzywdziło.

Pomiędzy chorym Termometrem i małym Murzynkiem pozostaje wciąż dużo miejsca na przestrzeń klasyczną. Zaraz po wojnie chodzę z rodzicami do Teatru im. Juliusza Słowackiego, a tam, na proscenium, piękny chłopak nuci: „A kiedym ja jeszcze dziecięciem był małym...” – to Tadeusz Łomnicki w Wieczorze Trzech Króli.

Ale nad wszystkim panuje Andersen, pięć tomów zielonych, pięć czerwonych (oprawa płócienna), Królowa Śniegu, Mała syrenka, Bzowa Babuleńka.

Czytałam Andersena bez przerwy, kiedy już umiałam czytać. Będąc uczennicą, pochłonęłam oczywiście Anię z Zielonego Wzgórza, nie bacząc na to, że Ania miała być zabrana z przytułku jako dobry i zdrowy egzemplarz ludzki, a to przypomina biednego Murzynka. Była przedstawicielką upośledzonego gatunku – powiedzą po latach feministki.

Nie ma wokół nas, dzieci, ideologii książkowej. Ona dopiero nadchodzi. Wracam wciąż do napisanej w latach trzydziestych XX wieku powieści Kennetha Grahame’a O czym szumią wierzby. Jej bohaterowie to zwierzęta; na ich czele zamożny i kłótliwy Pan Ropuch.

Po wielu latach w siedzibie „Kultury”, w Maisons-Laffitte, znajduję ilustracje Jana Lebensteina do Folwarku zwierzęcego Orwella. Przypominają mi się łagodne zwierzęta mojego dziecinnego świata lektur. Dlaczego spotworniały, kiedy to się stało? To z grubsza wiemy, ale żal było je tak zostawić na pastwę niepewnego losu.

Powojenna edukacja bardzo szybko przystosowała się do rzeczywistości, która powstawała, i musiała mieć jakieś podpory. Wszystko wydawało się naprawdę naturalne i gimnazjaliści bez specjalnego sprzeciwu wchłaniali swoje obowiązkowe lektury; literaturę rosyjską przetłumaczono bardzo szybko. Do dziś pamiętam zakosy i pułapki Szosy Wołokołamskiej i podróże Samotnego białego żagla.

Jak hartowała się stal mniej mnie przekonała. Teatr przestał uwodzić – no bo kogo może uwieść Brygada szlifierza Karhana?

Szkolna wycieczka zaprowadziła klasę do Oświęcimia, szkolna lektura wymogła Dymy nad Birkenau. Dziwne to były połączenia, niespodziewane dotknięcia grozy, i potem nic już nie dało się porównać z zawartością półek w gabinecie ojca. Więc budowało się samodzielnie ten świat z książek, bo o książkach się rozmawiało i wypadało ów świat mieć.

W innym już czasie rozmawiamy z Tomaszem Burkiem o pewnej powieści. Rozmowa jest prywatna, nikt jej nigdzie nie zapisał. A więc, którego z braci wolisz? Antoniego czy Jakuba? Antoniego oczywiście. Jest wziętym, dobrze sytuowanym lekarzem, ma wspaniałe mieszkanie i garsonierę w okolicy Kléber (bardzo szykowne, Paryż), uwodzi swoje pacjentki. Głównym jednak wydarzeniem jego życia okaże się śmierć ojca i bitwa pod Ypres, z której wyjdzie na zawsze okaleczony. Ojcowie i ich pociechy w tamtych niepojętych dla powojennego dziecka czasach przeradzają się w marzenie. Ale Tomek wybiera Jakuba zbuntowanego przeciw mieszczańskiej rodzinie, uciekiniera z tamtego świata. I tak sobie gwarzymy o braciach Thibault, bez konsekwencji, ale z emocją wielką. Żadna strona nie da się przekonać argumentami strony drugiej, pozostajemy więc przy swoim, oddech wielkich fabuł bierze swój początek w latach okupacji, choć oczywiście czytano je z szacunkiem wcześniej. Prawie jak secesjoniści w Przeminęło z wiatrem, pogrążeni w lekturze Nędzników Wiktora Hugo.

Z moim przyjacielem ze studiów Janem G. układamy dla siebie nawzajem zgaduj-zgadulę o Przeminęło z wiatrem. Traktujemy ją niezmiernie poważnie, nie pamiętam, kto zebrał więcej punktów.

Wędrując wzdłuż półek w gabinecie ojca, natrafiam na tytuły hermetyczne: Nie było nas, był las, Całe życie Sabiny, Litujmy się nad kobietami, Czarne skrzydła. W mojej wyobraźni tworzą poznawczy zgiełk, bo nigdy tego świata, który opisują, nie widziałam, a jednak książki, i właśnie te, są częścią dzieciństwa. Wychodzę więc z adolescencji nieuporządkowana, w szkolnej nauce polskiego zawsze jestem lepsza, bo mam swoje książkowe tajemnice. I zawsze w czasie wizytacji płynnie opowiadam o Żeromskim, pisarzu postępowym, choć akcja Ludzi bezdomnych, dziejąca się w miejscu, którego nie potrafię zidentyfikować, potwornie mnie nudzi. Monotonny jest bowiem słownik interpretacji klasowej. Co dzisiaj dobrze wiemy, ale wtedy przezorna nauczycielka dyktowała, zdanie po zdaniu, do zapisania w zeszycie, słuszne definicje literackich zjawisk i postaci. Wyrzuciłam te zeszyty, ale panią od polskiego spotkałam po wielu latach na jakimś jubileuszu matury. Dalej uważała mnie za zdolną uczennicę. Ale swoich zdań już nie pamiętała, a może się tylko wstydziła. Do Żeromskiego wracałam niechętnie.

Nic tak jednak nie koiło duszy czytelniczej jak opowieści o innych szkołach, choć z naszą nie miały nic wspólnego. Stalky i spółka nie wychowywał bynajmniej białych kolonizatorów, a, już później, Mój przyjaciel Meaulnes wzruszał. A także tragiczna historia miłości młodego chłopca do starszej od niego nauczycielki w Diable wcielonym. Miałam więc jako dziewczynka te same lektury co mój ojciec i to, być może, zaszczepiło we mnie przekonanie, że książki są trwale i bezwzględnie konieczne.

Nie spytałam już nigdy Tomasza Burka, co go popchnęło w stronę niedokończonych arcydzieł. Dlaczego od Jana Krzysztofa wolał zawsze Człowieka bez właściwości i Grę szklanych paciorków? Słowem, nie umiem powiedzieć, dlaczego tacy jesteśmy – byliśmy, skąd nasza różnorodność?

To, co było pewnym porządkiem lekturowym dla rodziców, dla ich dzieci stawało się szczególnym chaosem. Nadchodziły bowiem nowe czasy, naprędce ustalano nowe hierarchie, lecz szybko miało się okazać, że ich podstawy są nietrwałe. Ale zachował się pewien zbawienny nawyk: rozmawiało się o książkach. Szukało się w nich rozwiązań dla siebie. Czy naprawdę receptą na życie mogło stać się czytanie Rudyarda Kiplinga, Romain Rollanda, Rogera Martin du Garda, Alain-Fourniera, Raymonda Radigueta, a później Jamesa Joyce’a, a jeszcze później Márqueza?

Po Ulissesa ustawiały się kolejki jak po pralkę. Co chcieli zyskać, a nawet posiąść, szczęśliwcy, którym się udało zdobyć egzemplarz?

Niezdecydowane powojenne lata miały jednak swoje książkowe tajemnice i obietnice. Próbowały się uwolnić od obowiązku budowania pamięci społecznej, narodowej, politycznej. Obiecywały inność. Obracam w palcach książeczkę niewielkiego formatu, okładka dość ponura, czarno-biała (jej wznowienia po latach są komiksowe i kolorowe).

„No patrzcie, co ten Stefan napisał”, komentuje ojciec. Ale autor nazywa się, jak widać na okładce, Teodor Klon. Obok rozrachunkowej prozy (w tym jego własnej) powieść kryminalna Stefana Kisielewskiego, Zbrodnia w Dzielnicy Północnej, mruga okiem do czytelnika. Będzie inaczej, ponuro, ale sensacyjnie, inny świat buduje się mozolnie, lecz nie da się go zadeptać.

Kodeks dobrego wychowania zakazuje czytać przy jedzeniu, co nie dotyczy gazet oraz innych małych form drukowanych. Ale podstawą owego kodeksu wydaje się związek z czasem. Otwierając na stole książkę, kładąc ją obok talerza, zapewniając jej trwałe oparcie (to właśnie praktyczna cukiernica), wprowadzałam ją do świata moich codziennych, niezbędnych zajęć. Książki niczego mnie nie nauczyły oprócz czytania. Nie jadłam książek, ale trzymałam się ich kurczowo. Wciąż spodziewam się wspaniałego deseru.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Napisane niedawno Przypomniałam sobie Czytanie Brzozowskiego 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej