Baśnik

Baśnik

Autorzy: Beata Majewska

Wydawnictwo: Książnica

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 21.11 zł

Nigdy nie jest za późno, by szukać szczęścia.

Trzydziestokilkuletnia Barbara mocno przeżywa niedawny rozwód. Nie poddaje się jednak i próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Za namową przyjaciółki postanawia zająć się zarządzaniem klubu fitness, który pozostawił jej były mąż. Wprowadza twórcze zmiany i zatrudnia nowych pracowników. Jednym z nich jest Marcin – młody fizjoterapeuta i instruktor, który zakochuje się w swej szefowej. Basia wciąż nie potrafi zapomnieć o nieudanym małżeństwie i obawia się związku z młodszym mężczyzną. Czy zdoła odbudować swoje poczucie wartości i otworzy się na nową miłość?

WROCŁAW 2018

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Fotografie na okładce

© kireewongfoto/Fotolia

© khumthong/Fotolia

© andersphoto/Fotolia

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

ANNA KURZYCA

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-245-8312-6

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

* * *

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

Styczeń

Jak to jest, że najdłużej pamiętamy słowa, które padły z ust kogoś, kto już nigdy nie wypowie ani jednego?

Gdy zamykam oczy, znów słyszę, jak mówi do mnie:

„Żyj... Śmiej się, płacz, krzycz, kochaj, nienawidź, walcz, czuj i rób, co chcesz...”

Czy warto się bać? A może powinnam poddać się fali szczęścia i cieszyć chwilą, choćby miała trwać bardzo krótko i przynieść ze sobą żal, że ją utraciłam? A może żadnej straty nie będzie? Chyba lepiej choć przez moment być tak naprawdę bardzo szczęśliwym, aż po koniuszki palców i najgłębiej jak można, niż całe życie drżeć ze strachu przed ewentualną porażką? Rozczarowaniem?

Wreszcie zrozumiałam.

Każdy, nawet najsłabszy błysk radości powinien być dla nas cenny. Choćby przez to, że jest taki ulotny. Trzeba się spieszyć, brać życie garściami, bo wystarczy chwila i stracimy szansę na bycie szczęśliwymi. Na bycie w ogóle. Zbyt krótko tu jesteśmy i zbyt szybko mijają nasze dni, aby je marnować na zbędne analizy potencjalnych zysków, szans i zagrożeń.

Jutro pojadę na cmentarz, ale nawet wtedy nie przestanę być szczęśliwa. Wrócę do domu, do dzieci i nadal będę szczęśliwa. Muszę taka być. Dla nich, dla siebie i dla ciebie, Kruszynko-Niespodzianko. Koniec ze strachem. Wiem, że kiedyś twój tatuś przyfrunie na swoich skrzydłach, żeby cię zobaczyć. Wiem, że tak będzie. Nie wiem tylko kiedy.

A teraz przykładam dłoń do brzucha i czuję, że nie jestem sama. W takiej chwili nawet łzy mają słodki smak. I to jest właśnie szczęście...

Styczeń

– Sprawnie poszło – stwierdził Jurek, stojąc na korytarzu Sądu Okręgowego w Krakowie, i z zadowoleniem zatarł ręce.

– Owszem – potaknęła jego była żona, zerkając na złoty zegarek, który otrzymała od teściowej z okazji dziesiątej rocznicy małżeństwa z jej ukochanym syneczkiem.

Byłego małżeństwa.

Wystarczyły dwadzieścia dwie minuty, żeby rozwiązać coś, co trwało prawie osiemnaście lat. Brakło raptem czterech dni.

– Pani Maksymowska... – Prawnik Jerzego uśmiechnął się kurtuazyjnie do Barbary, która formalnie nie była jego klientką, ale w praktyce ją również reprezentował, zwłaszcza gdy Maksymowscy załatwiali kwestie majątkowe i dogadywali się, gdzie zamieszka Karolina, ich jedyne jeszcze niepełnoletnie dziecko. – Przypominam, jeśli chce pani zmienić nazwisko, oczywiście jest taka moż...

– Nie chcę – przerwała mu. – Czy to wszystko? – Popatrzyła pytającym wzrokiem na obu mężczyzn.

– Z mojej strony tak – odparł mecenas Kopeć, myśląc o kolejnej sprawie rozwodowej, którą miał za niecałą godzinę.

– Z mojej również – powtórzył po nim Jurek, jeszcze raz uznając w duchu, że zachował się nad wyraz wspaniałomyślnie.

Zostawił żonie nie tylko piękną willę na Salwatorze, ale i jeden z najlepiej prosperujących klubów fitness oraz całkiem pokaźną sumkę na koncie. „Na zagospodarowanie”, jak to powiedział tego samego dnia, gdy już oficjalnie oświadczył, że chce rozwodu. Uznał, że alimenty na byłą żonę nie są potrzebne, skoro Barbara miała jednorazowo otrzymać równowartość pięcioletniego przeciętnego wynagrodzenia. Poza tym klub MEGA, który na nią przepisał, też przynosił dochód, i to wcale niemały.

– To do widzenia panom. – Baśka lekko skłoniła głowę.

Szybko założyła rękawiczki, żeby eksmąż broń Boże nie próbował pocałować jej w dłoń na pożegnanie, odwróciła się na pięcie i poszła w kierunku wyjścia z sądu. Trzymała się do chwili, gdy zamknęła za sobą drzwi samochodu. To też był prezent, ale na piętnastą rocznicę ślubu, więc całkiem świeży. Basia lubiła ten samochód. Był niewielki, ale wygodny i dosyć kosztowny, co Jurek wyraźnie podkreślił, gdy wręczał jej kluczyki do białego peugeota RCZ. Podobał się jej nawet wtedy, gdy dowiedziała się, że Andżelice niedawno kupił taki sam model, choć w krwistoczerwonym kolorze. Widocznie Jerzy Maksymowski uznał, że to dobry wóz, skoro sprezentował go zarówno byłej żonie, jak i przyszłej.

Basia włączyła ogrzewanie, wsparła czoło o kierownicę i wreszcie pozwoliła sobie na chwilę słabości. Płakała, ocierając łzy rękawem płaszcza i pociągając rozpaczliwie nosem. Bała się. Jeśli ktoś spytałby czego, odparłaby, że wszystkiego. Dla niej życie właśnie się skończyło. Gdyby nie dzieci, nie miałaby sił, żeby wstać z łóżka. Tylko myśl o nich trzymała ją w ryzach i choć Adrian był już dorosły i daleko stąd, a Karolina zdecydowała, że zamieszka z ojcem, i tak dzieci stanowiły jedyny powód, żeby trwać, budzić się rano, a czasami nawet coś zjeść.

Dryń... Dryń...

Baśka podskoczyła jak dźgnięta nożem. Z niechęcią oderwała czoło od kierownicy, wierzchem dłoni otarła nos i sięgnęła do torebki po telefon. Zerknęła na ekran i od razu szybko zamrugała i odchrząknęła parę razy, żeby jej głos nie zdradził, że przed chwilą płakała.

– Hej, Karusiu – przywitała się z córką.

– Beczałaś – sarknął młodzieńczy tembr po drugiej stronie słuchawki. – No i po co? Przecież nikt nie umiera. Już po rozprawie?

– Uhm.

– Wszystko w porządku? Chodzi mi o ten sąd i tak dalej.

– Tak.

– To dobrze. A tata?

– Karusiu, jeśli chcesz się dowiedzieć, co u taty, zadzwoń do taty – skwitowała Barbara, bo nie miała najmniejszej ochoty mówić o byłym mężu.

– Nie fochaj się tak.

– Nie focham się – odpowiedziała, pilnując, żeby jej głos zabrzmiał znacznie sympatyczniej niż przed chwilą.

– Wpadnę do ciebie jutro po szkole. Okej?

– Jasne, że okej. Jest piątek, zrobię pierogi z truskawkami. Chcesz? – spytała Baśka.

Liczyła na to, że ucieszy córkę, bo ta od dziecka uwielbiała kluski i pierogi, zwłaszcza na słodko. Napychała się nimi, czasami zjadając więcej niż Jurek i Adrian razem wzięci. Teraz, gdy od dwóch tygodni mieszkała z ojcem i jego dziewczyną, raczej mogła zapomnieć o mącznych daniach. Andżelika była instruktorką fitness oraz dietetyczką i aż do przesady dbała o linię, więc i jej domownicy musieli się do tego dostosować i żywić wyłącznie daniami fit.

– Pierogi? – rozmarzyła się Karolina, ale od razu przypomniała sobie słowa Andżeli o wysokim indeksie glikemicznym mąki pszennej i odeszła jej wszelka ochota na „kluchy”. – Może jednak zrób coś innego. Sałatkę z kurczakiem albo jakąś rybę na parze?

– Może być ryba – potaknęła Baśka, od razu domyślając się, skąd taka decyzja.

– Mamo, muszę kończyć, właśnie zaczęła się lekcja. Jutro pogadamy. Pa – pożegnała się, nie czekając na odpowiedź.

– Pa, córciu – szepnęła Baśka do siebie.

Włożyła telefon do torebki, zerknęła do wstecznego lusterka, żeby skontrolować makijaż, i powoli wyjechała z oblodzonego parkingu. Całą drogę do domu kolejny raz analizowała, kiedy popełniła błąd. Nie potrafiła pogodzić się z faktem, że Karolina wybrała zamieszkanie z ojcem. Miała takie prawo, bo wkrótce kończyła osiemnaście lat i sama mogła określić, z kim zostanie po rozwodzie rodziców.

Baśka była pewna, że z nią i gdy poznała decyzję córki, strasznie ją to przybiło. Nie potrafiła sobie poradzić z żalem. Na dodatek Karolina poinformowała matkę o swojej wyprowadzce w trakcie wieczerzy wigilijnej, co było dla Baśki dodatkowo przykre.

Postanowiła na nią wpłynąć, uprosić Karolinę, żeby została. Kilka dni przygotowywała się do tej rozmowy, gromadząc argumenty: „Często się kłóciłyśmy, ale to przecież normalne. Córki rzadko potrafią dogadać się z matkami, zwłaszcza te dorastające, ale to nie powód, żeby uciekać, gdy tylko jest okazja”. Tłumaczyła cierpliwie: „Tata będzie mieszkał z nową panią. Nie znasz jej, a ona nie zna ciebie. A co, jeśli się nie dogadacie?”. Roztaczała przed córką niezbyt optymistyczne wizje, że nowa żona może być zazdrosna o tatę, że nie będzie się troszczyć o Karolinę. Gdy Jurek się o tym dowiedział, nie był zadowolony. Zrugał Baśkę za to, że straszy dziecko i stwierdził, że Andżela i Kara z pewnością świetnie się dogadają, bo obie są młode i nawet mają nieco podobne charaktery.

Tego było już zbyt wiele. Baśka wreszcie posłuchała Lilki, swojej jedynej, ukochanej przyjaciółki, i umówiła się z jakimś jej znajomym psychiatrą. Doktor Prus wysłuchał uważnie pacjentki, przepisał jej dwa leki stosowane w leczeniu depresji, dołożył witaminy oraz coś ziołowego, polecił ruch na świeżym powietrzu i stwierdził, że tu potrzeba tylko i wyłącznie czasu.

„Żeby to było takie łatwe” – pomyślała Basia, opuszczając gabinet.

Minął tydzień, a ona nie czuła się nawet odrobinę lepiej. Wręcz odwrotnie. Czuła się coraz gorzej...

Drogi Pamiętniku, a raczej zeszycie w kratkę, kupiony w Tesco.

Powinieneś podziękować Lilce, bo to ona kazała mi cię (a może Cię?) założyć. Nie wiem, dlaczego jej posłuchałam. Czuję, że jutro wyrwę tę kartkę i spalę w kominku, ale to dopiero jutro, gdy już wyschnie. Dzisiaj jest zbyt mokra od moich łez.

Nic mi się nie chce.

Jedyne, co we mnie żyje, to strach, że to już koniec mojego życia, mnie samej.

Jedyne, co robię, to płaczę. Przestaję tylko wtedy, gdy Karolina mnie odwiedza.

Przeczytałam artykuł o tym, jak radzić sobie ze śmiercią partnera.

Nie, Jurek nie umarł, ale umarła jego żona.

Smutek, poczucie straty, dezorientacja i niepewność – odczuwam każde z nich. Jestem w żałobie po żonie Jurka. Chcę spać i obudzić się dopiero wtedy, gdy wszystko zapomnę, problemy znikną, a moje złamane serce nie będzie rozpadało się na kolejne małe kawałeczki.

Jestem nikim. To się zaczęło, gdy przestałam być sobą.

Gdzieś w trakcie mojego wygodnego życia zgubiłam samą siebie. Kiedyś miałam plany, marzenia, a przy Jerzym stałam się wyłącznie panią domu, jak na autopilocie wykonującą te same czynności, chuchającą na domowe ognisko i szczęśliwą, gdy mój mąż albo jego matka rzucali mi od czasu do czasu jakimś ochłapem zainteresowania w postaci uwagi, że ładnie przybrałam dom na święta lub upiekłam smaczne ciasto.

Znikłam. Nie ma mnie.

I to wszystko. I nic jednocześnie.

– Cześć. Jesteś w domu? – Głos Lilianny zabrzmiał wesoło.

– Hej. A gdzie mam być? – odpowiedziała Baśka, trzymając komórkę w lewej dłoni, bo prawa zajęta była ścieraniem niewidocznego kurzu z kuchennego parapetu.

– Nie wiem. Na zakupach? A może w klubie?

– Jestem w domu. Chcesz wpaść na kawę? – Domyśliła się, że przyjaciółka ma zamiar odbyć z nią kolejną pokrzepiającą rozmowę.

– Nie tylko chcę, ale zaraz będę.

Baśka usłyszała w tle trzask zamykanych drzwi od samochodu. Odłożyła telefon, bo i tak Lilka już się rozłączyła, wrzuciła ścierkę do zlewu i rozejrzała się niezbyt przytomnie po kuchni. Od rana sprzątała w całym domu. Robiła to dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj i przedprzedwczoraj. Ostatnio głównie sprzątała, choć wykazywała jeszcze jeden typ aktywności, a raczej nadaktywności. W zeszłym tygodniu pojechała do supermarketu i zrobiła ogromne zakupy, które z wielkim trudem upchała w lodówce, tylko po to, żeby przez następne dni systematycznie wyrzucać popsute jedzenie.

W ten poniedziałek znów odwiedziła Tesco. Po powrocie ugotowała wielki gar gulaszu i drugi podobny bigosu. Podzieliła dania na mniejsze porcje i zostawiła w zamrażarce na bliżej nieokreślone „kiedyś”. Kiedyś, gdy znów będzie mogła jeść. Gdy Karolina zapowiedziała się z wizytą, Basia wyjęła jeden pojemnik, podgrzała zawartość i po prostu podała córce, nie bacząc, czy jej odpowiada menu, czy nie. „Nie chcesz, nie jedz” – skwitowała, widząc grymasy nad talerzem. Ostatecznie „córeczka tatusia” i „koleżanka Andżeli” zjadła wszystko i nawet poprosiła o dokładkę, twierdząc, że bigos jest pyszny, i przy okazji informując mamę, że biała kapusta ma jedynie słuszny, czyli niski indeks glikemiczny, zwłaszcza gdy nie zagęszcza się jej zasmażką.

„Może poczęstuję ją tym bigosem” – pomyślała Baśka o przyjaciółce, która właśnie zadzwoniła do drzwi. – Otwarte! – krzyknęła dosyć głośno.

Chwilę później Lilianna wkroczyła do kuchni i od razu załamała ręce.

– No i co ty robisz, dziewczyno? – Rozglądała się wokół i z dezaprobatą kręciła głową.

Kuchnia Baśki wyglądała jak plan filmowy programu o perfekcyjnej pani domu. Wszędzie leżały ściereczki: bawełniane i z mikrofibry, te na mokro i na sucho, do zlewu i do szyb. Butelki z płynami do czyszczenia wszelakich możliwych powierzchni stały na środku stołu, a tuż przy nim prężyły się piorący odkurzacz i mop rotacyjny. Nawet okna świadczyły o tym, że Baśka, zamiast sobą, zajmowała się wyłącznie sprzątaniem. Zdjęła firanki i zasłonki, chociaż były zupełnie czyste, bo przecież od świąt nie miały kiedy się zabrudzić. Mimo to Basia zdecydowała się je wyprać, rozwiesić do wyschnięcia i wyprasować. Czekały na swój czas, przewieszone przez oparcia dwóch krzeseł.

– Przepraszam. Zaraz to usunę. – Baśka chwyciła pęk firan i ostrożnie przełożyła je na ławkę pod oknem.

– Jezu! Babo, nie chodzi mi o te szmaty! – Lilka spojrzała w sufit, szukając cierpliwości i wsparcia w niebiosach. – Ty się widziałaś w lustrze? – Złapała Baśkę za rękę i zaprowadziła do łazienki.

Stanęły przed umywalką. Basia nie miała szczególnej ochoty na podziwianie swojej skromnej osoby. Z niesmakiem popatrzyła na sprany dres; z równą niechęcią zarejestrowała bladą twarz i dziwny kokon zdobiący głowę, pewnie dlatego szybko przesunęła wzrok na przyjaciółkę: wymalowaną, z ułożoną fryzurą i w niezłych ciuchach.

Lilka od kilku lat prowadziła księgowość w firmie swojego męża Bogdana, bo dokumentów przybywało i Boguś „nie miał do tego nerwów”. Był zbyt zajęty kupowaniem kolejnych maszyn budowlanych i szukaniem zleceń, żeby jeszcze grzebać w papierach. Lilianna dopisała się do firmy jako osoba współpracująca i przejęła księgowość oraz kadry. Lata mijały i z małej jednoosobowej firemki Bogdana powstała całkiem przyzwoita firma budowlano-remontowa BOG-BUD z dwudziestoosobową ekipą pracowników i poważnym zapleczem sprzętowym.

Zanim to jednak nastąpiło, Lilianna pracowała w urzędzie skarbowym. Przychodziła do biura „zrobiona” na wysoki połysk: elegancki ciuch, fryzura, makijaż. Od kiedy pracę miała w domu, a jej biuro znajdowało się pod małżeńską sypialnią, też nie odpuszczała. Trzymała formę, mimo że nikt jej nie oglądał oprócz własnego męża i pracowników.

– Basiu, tak nie można. – Załamała ręce. – Popatrz, dziewczyno, na siebie.

– Sprzątam – odparła Baśka.

– I po co? Przecież sprzątałaś przed świętami.

– To było miesiąc temu.

– No właśnie. Jeszcze nie zdążyło się zabrudzić – stwierdziła Lilka, chwytając rękę przyjaciółki i pociągając ją, żeby razem mogły usiąść na brzegu wanny.

– To co mam robić? – szepnęła Baśka, opierając głowę o ramię Lilki. – Nie mam siły na walkę. Nie będę udowadniać Jurkowi, ile stracił, odchodząc ode mnie. Nie będę rozmyślać nad zemstą i łudzić się absurdalną nadzieją. Wystarczająco się upokorzyłam, prosząc Andżelikę o spotkanie.

Przez jej ciało przebiegł dreszcz na wspomnienie tej rozmowy telefonicznej. Błagała nową kobietę Jerzego o godzinę, potem o pół, na koniec o kwadrans, ale Andżelika była nieugięta. W porywie rozpaczy Basia powiedziała, że Jurek ją kocha i wtedy usłyszała, że jest śmieszna i że powinna się pogodzić z faktami.

– Zapomnij o Jurku. Jego już nie ma. Trzeba wiedzieć, kiedy rozpocząć nowy rozdział. Musisz wyjść do ludzi. Jechać do klubu. Zająć się pracą. – Lilka równie bezlitośnie sprowadziła ją na ziemię. – Gdy ryba przestaje pływać, idzie na dno. Tego chcesz?

– Tam jest Anitka. – Basia z obrzydzeniem wypowiedziała imię pracownicy.

Anita Rojek była jedną z wielu kochanek Jurka. Prawie dwa lata trwał ich romans. Gdy w końcu znudziła się szefowi, na pociechę wepchnął ją na stanowisko menedżerki jednego z klubów. Dostała się Baśce z dobrodziejstwem inwentarza i chociaż naprawdę sumiennie wypełniała swoje obowiązki, nowa właścicielka klubu MEGA nie mogła na nią patrzeć.

– To ją zwolnij – podsunęła Lilianna.

– Zwolnić Anitkę? Ciekawe, jak sobie poradzę? Przecież nie mam pojęcia o prowadzeniu firmy. Zrozum, pewnych rzeczy nie da się ułożyć, wyprostować.

– Na pewno. Zwłaszcza gdy nie próbujesz.

– Nie mogę jej zwolnić. Ma umowę o pracę na czas nieokreślony. – Baśka dobrze pamiętała, co mówił mecenas Kopeć.

Ostrzegał ją, że nie może bez powodu rozwiązać umów z pracownikami zatrudnionymi przez Jurka, mimo że klub należał obecnie do niej i teraz to ona formalnie była ich pracodawcą.

– Wiesz co? Zaraz to załatwimy. Poczekaj.

Lilka przeleciała przez dom Baśki jak wicher, w kuchni odnalazła komórkę i przyniosła ją ze sobą do łazienki.

– Dzwoń do tego chuja, niech zabiera tę swoją flamę, i to już! – Wcisnęła telefon w dłoń przyjaciółki. – Powiedz, że jutro ma jej tam nie być. Niech złoży wypowiedzenie jeszcze dzisiaj.

– Przestań. Nigdzie nie dzwonię. – Baśka odłożyła telefon na szafkę. – I nie mów o nim „chuj” – dodała po chwili namysłu.

– Okej. Sama zadzwonię.

Lilianna wzięła telefon i wybrała numer Jurka. Znali się lata, więc nie miała żadnych oporów, żeby się z nim rozprawić. Nigdy się nie bała męża przyjaciółki, wiedziała o wszystkich jego sprawkach, ale milczała, słuchając kolejnych Basinych historii o tym, jak sobie poczynał pan Maksymowski. Milczała do chwili, kiedy Basia powiadomiła ją, że Jurek złożył pozew o rozwód.

Wtedy tama pękła. Lilka wylała na Jurka wiadro pomyj, zrobiła to osobiście – spotykając się z nim w kawiarni i mówiąc mu szczerze i do bólu, co o nim sądzi i sądziła przez te wszystkie lata. Wysłuchał, pokiwał głową i z bezczelnym uśmieszkiem oświadczył, że skoro taki z niego potwór, to chyba dobrze się składa, że odszedł od żony.

– Poczekaj! – Barbara chwyciła ją za rękę. – Co chcesz zrobić?

– Powiem, że ma ją zabrać. To trzeba załatwić! Nie rozumiesz?!

– A zresztą, chcesz, dzwoń. – Baśka wzruszyła ramionami. Było jej wszystko jedno.

– Halo? Jerzy? – Lilka przybrała oficjalny ton. – Tu Lilianna. Dzwonię, bo trzeba załatwić jedną sprawę. Chodzi mi o tę twoją Anitkę – powiedziała z przekąsem. – Proszę ją sobie zabrać!

Baśka przewróciła oczami. Już widziała, jak bardzo musiał wkurzyć się Jurek, gdy usłyszał w jej telefonie Lilkę, na dodatek stawiającą takie żądania.

– Jak to się nie da? Wszystko się da! Likwidacja stanowiska pracy! Słyszałeś o czymś takim? Dajesz wypowiedzenie, zamiast trzech miesięcy oczekiwania na jego upływ wypłacasz odszkodowanie i ekwiwalent za niewykorzystany urlop. I już. A gdy panienka będzie robić trudności, dorzuć jej coś ekstra, na przykład równowartość trzech pensji. Gwarantuję, że będzie zadowolona. Zresztą nie musisz jej zwalniać, po prostu przenieś ją do innego klubu. Swojego. A może Andzia ci nie pozwala? – zakpiła Lilka, patrząc porozumiewawczo na przyjaciółkę. – Widzisz, mieszkamy na wsi. Kraków jest mały, tu wieści szybko się roznoszą. Lepiej załatwić to polubownie, niż wywlekać jakieś smrody. Jeszcze coś dotrze do noska Andżeliki. I po co to komu?

– Daj spokój – szepnęła Baśka, próbując bezskutecznie odebrać swój telefon.

– Uhm... Rozumiem. Świetnie – potaknęła Lilka, przy okazji strząsając z ramienia dłoń przyjaciółki. – To jesteśmy umówieni. Cześć. Aha! Pozdrów szanowną przyszłą małżonkę – dodała ironicznie.

– I co? – spytała Basia.

– Załatwione.

– Poddał się bez walki?

– Widocznie argument ze smrodem dotarł i do niego.

– Świetnie.

– A dziękuję? – Lilka potarmosiła rozwichrzone włosy Baśki.

– Dziękuję. Zjesz bigos? – Podniosła szkliste spojrzenie na przyjaciółkę.

– Zjem. Nie rycz!

– Będę ryczeć – chlipnęła Baśka.

– No to rycz. – Lilka wzięła ją pod ramię. – Ale najpierw daj mi ten bigos.

Drogi Pamiętniku, dzisiaj o Anicie.

Zaskoczyła mnie.

Nastawiłam się, że będzie okropnie, i faktycznie tak było. Myślałam, że pojadę do klubu, podpiszę wypowiedzenie, a ona zrobi jakąś scenę. I zrobiła, ale nie taką, jak przewidywałam. Siadłam przy jej biurku, bo stwierdziła, że teraz to moje miejsce. Dała mi dokumenty, które sama przygotowała: świadectwo pracy i coś jeszcze (swoją drogą, jeśli Lilka nie pomoże mi z całym tym bajzlem, nie wiem, co pocznę), podpisałam, ona podziękowała i już miała wyjść, ale wróciła od drzwi i spytała, czy możemy chwilkę pogadać.

Zgodziłam się.

Przeprosiła mnie. Powiedziała, że to było podłe z jej strony, ale ona naprawdę kochała mojego męża. Gdy opowiadała, jak Jurek ją uwodził, zabierał na randki, aranżował romantyczne spotkania, zarzucał prezentami i czułymi słówkami, które zawsze wyjątkowo gładko wychodziły z jego ust, czułam się, jakbym to ja była nią.

Obiecywał, że się ze mną rozwiedzie, a Anita uwierzyła.

Zaczęła płakać. Spytałam, czy nadal go kocha, wtedy odpowiedziała, że go nienawidzi. Milczałam. Byłam pewna, że jej żal wynika z odrzucenia. Dobrze wiem, jak to jest. Już od miesiąca czuję się jak coś zbędnego. Prawdę mówiąc, chyba rzeczywiście jestem zbędna. Nawet nie mam kota. A tych kilka doniczkowych roślin mogłabym oddać komuś albo zanieść do kościoła. Ale przecież ja nie o tym...

Anita wyznała, że kiedyś usunęła ciążę. Nie musiała dodawać, kto był ojcem dziecka. Spytałam, czy Jurek wiedział, a ona odpowiedziała, że to było trzy miesiące przed wyborami, w których kandydował mój mąż, i że dał jej pieniądze na zabieg i wyjazd. Próbowałam odszukać w zakamarkach pamięci coś, co mogłoby przypomnieć mi te zdarzenia, i znalazłam. A raczej Karusia wtedy znalazła: imienny bilet lotniczy i taki sam voucher na dwutygodniowy pobyt w jednym z lepszych londyńskich hoteli, schowane w kieszeni tatusiowej marynarki.

Biedny Jurek. Naprędce wymyślił historyjkę o tym, jak to jedna z jego pracownic wybiera się do Londynu na targi sportowe. Byłam prawie pewna, że w ostatnim dniu okaże się, że on też musi pojechać z Anitą, ale tak się nie stało. Tego wieczoru, gdy jego kochanka wylatywała do Londynu, przyszedł do domu z wielkim bukietem kwiatów, wręczył mi go i podziękował za dwójkę wspaniałych dzieci. „Niech Bóg ma je w opiece, a mnie wybaczy” – powiedział, gdy położył się do łóżka po wieczornej modlitwie.

Do dzisiaj nie wiedziałam, dlaczego tak zrobił. Teraz już wiem.

Boże, jak on mógł? Dlaczego? Nie potrafię zrozumieć.

Nie rozumiem siebie. Nie rozumiem Jurka. I Anity też. Nie miałam odwagi spytać, czemu się zgodziła. Bałam się, że usłyszę tylko jedno: że to ze względu na naszą rodzinę, na moje dzieci. Może dlatego. Może nie chciała, żebyśmy cierpieli.

Poczułam się strasznie, gdy widziałam, jak Anita siedzi i płacze, międląc w ręku swoje świadectwo pracy. Zabrałam je i chciałam zniszczyć. „Zostań” – poprosiłam. „Już dawno powinnam była stąd zniknąć” – odpowiedziała. Obiecała, że będziemy w kontakcie, a ja, że nikomu nie powiem o jej dziecku.

Chciałam ją przytulić. Wstałam i podeszłam, ale jakoś nie mogłam jej dotknąć. Ona chyba też nie chciała. Zostałyśmy obie z tym samym: z fragmentami wspomnień błyszczącymi jak kolorowe szkiełka z rozbitej butelki.

Dlaczego życie potrafi być tak strasznie smutne? I bolesne?

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Baśnik Zdążyć z miłością Bilet do szczęścia Konkurs na żonę 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy