Pamiętniki cesarzowej Katarzyny II jej własną ręką spisane

Pamiętniki cesarzowej Katarzyny II jej własną ręką spisane

Autorzy: Katarzyna II Aleksander Herzen

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Biografie Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 6.45 zł

Ujawnione zapiski bezwzględnej carycy

Katarzyna II – a właściwie księżna Zofia Augusta Anhalt-Zerbst – urodziła się w 1729 roku w Szczecinie. Znana jako Katarzyna Wielka była żoną cara Piotra III, lecz po niecałym roku jego rządów w wyniku przewrotu pałacowego sama została cesarzową Rosji i władała nią do końca życia – zmarła w 1796 roku.

Rządy Katarzyny II były niezwykle surowe, pod jej panowaniem Rosja rosła w siłę, a buntowników wysyłano na Syberię. Do kontrowersyjnego wizerunku władczyni przyczyniły się także rozwiązły tryb życia, despotyczny charakter oraz agresywna polityka.

Pamiętniki… obejmują zapiski cesarzowej dotyczące lat 1744-1759 – w zapieczętowanej kopercie znalazł je po śmierci cesarzowej jej syn, Paweł. Po raz pierwszy drukiem zostały wydane przez Aleksandra Herzena w Londynie w 1858 roku.

„Podczas czytania tych pamiętników niezmiernie zadziwia, że wciąż zapomina się o jednej rzeczy, i to tak, że nie pojawia się ona nigdzie: Rosja i naród. Dla tamtych czasów to cecha charakterystyczna. Pałac Zimowy ze swą machiną administracyjną i wojskową był oddzielnym światem. Niby okręt płynący na powierzchni miał całkowicie jednostronny stosunek do mieszkańców głębin oceanu: zjeść ich. To było Państwo dla Państwa. Zorganizowane na modłę niemiecką, stawiało się na pozycji zwycięzcy nad ludem. W tych monstrualnych koszarach, w tej przeogromnej kancelarii panowała dyscyplina jak na polu bitwy. Jedni wydawali i przekazywali rozkazy, inni w milczeniu byli im posłuszni. W jednym tylko miejscu ludzkie namiętności i pasje okazywały się chwiejne i burzliwe, a tym miejscem w Pałacu Zimowym było foyer domowe – nie narodu, ale państwa. Za potrójną linią straży, w bogato zdobionych salonach wrzało gorączkowe życie, pełne intryg i walk, dramatów i tragedii. To tam, w mroku alkowy, w ferworze orgii, z dala od donosicieli i policji decydowano o losach Rosji.”

Aleksander Herzen (tłum. E. Derelkowska)

Aleksander Herzen

Pamiętniki cesarzowej Katarzyny II jej własną ręką spisane

Tytuł oryginału

Mémoires de l’Impératrice Catherine II

ISBN

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018

All rights reserved

Redakcja

Eliza Szybowicz

Projekt graficzny okładki

Tobiasz Zysk

Wydanie 1 w tej edycji

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Część pierwsza 1744

Część druga 1752

1753

1754

1755

1756

1757

1759

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Przedmowa

Kilka godzin po śmierci carycy Katarzyny jej syn, car Paweł, rozkazał hrabiemu Rostopczynowi opieczętować wszystkie jej papiery. Był też obecny przy ich porządkowaniu. Znaleziono wśród dokumentów słynny list Aleksieja Orłowa1, pełen cynizmu, w którym, będąc pijanym, donosił carycy o zamordowaniu jej męża, Piotra III, a także rękopis w całości napisany ręką Katarzyny. Ten znajdował się w zapieczętowanej kopercie, opatrzonej następującym napisem: Его Императорскомуу Высочеству, Цесаревичу и Великому Князю Павлу Петровичу, любезному сыну моему (Dla Jego Cesarskiej Wysokości, Cesarzewicza i Wielkiego Księcia Pawła, syna mojego ukochanego). W tej kopercie znajdował się właśnie niniejszy manuskrypt.

Zapiski kończą się nagle pod koniec roku 1759. Istniały podobno luźne notatki, mogące służyć jako materiał do kontynuacji. Niektórzy mówią, że Paweł je spalił, nie ma jednak co do tego pewności. Paweł utrzymywał w wielkiej tajemnicy istnienie rękopisu matki i powierzył go jedynie swemu przyjacielowi z dzieciństwa, księciu Aleksemu Kurakinowi. Ten wykonał jego kopię. Jakieś dwadzieścia lat po śmierci Pawła, Aleksander Turgieniew i książę Michaił Woroncow uzyskali kopie egzemplarza Kurakina. Gdy tylko car Mikołaj o tym usłyszał, rozkazał tajnej policji zdobycie wszystkich kopii. Znalazła się wśród nich między innymi jedna przepisana własnoręcznie w Odessie przez słynnego poetę Puszkina. Kopie Pamiętników cesarzowej Katarzyny II przestały krążyć.

Car Mikołaj polecił hrabiemu Błudowowi przynieść oryginał, przeczytał go, zapieczętował wielką pieczęcią państwową i rozkazał umieścić w archiwach carskich wraz z najtajniejszymi dokumentami.

Do tych informacji, jakie pochodzą z pewnej skierowanej do mnie notatki, dodać muszę, że pierwszą osobą, która mi o tym wspomniała, był preceptor obecnego cara, Konstantin Arsienjew. Jeszcze w 1840 roku mówił mi, że uzyskał pozwolenie na przeczytanie wielu tajnych dokumentów, które powstały po śmierci Piotra I, aż do panowania Aleksandra I. Upoważniono go między innymi do przeczytania Pamiętników Katarzyny II (w owym czasie nauczał wielkiego księcia, przypuszczalnego następcę tronu, historii nowożytnej).

Podczas wojny krymskiej przewieziono archiwa do Moskwy. W marcu 1855 roku obecny car kazał przynieść sobie ów rękopis, by go przeczytać. Od tego czasu po Moskwie i Petersburgu znów krążą jego kopie, jedna czy dwie. Nasza publikacja Pamiętników oparta jest właśnie na jednej z nich. W najmniejszym choćby stopniu nie można wątpić w autentyczność zapisków. Wystarczy zresztą przeczytać dwie lub trzy strony tekstu, by się o tym przekonać.

Powstrzymaliśmy się od jakichkolwiek poprawek stylu we wszystkich tych przypadkach, gdzie nie byliśmy przekonani, że błąd powstał podczas przepisywania.

Przechodząc do samych pamiętników, co możemy o nich powiedzieć?

Pierwsze lata Katarzyny II, tej kobiety-imperatora, która przez ponad ćwierć wieku zajmowała umysły wszystkich współczesnych, od Woltera i Fryderyka II aż po chana krymskiego i władców Kirgizji — jej młode lata, opisane przez nią samą…! Cóż do tego może dodać wydawca?

Gdy czytamy te strony, widzimy ją przybywającą, widzimy ją stającą się taką, jaką była później. Czternastoletnia figlarka, uczesana „na Mojżesza”, swawolna, zaręczona z małym idiotą — wielkim księciem — już zarażona chorobą Pałacu Zimowego, pragnieniem dominacji. Któregoś dnia, siedząc na parapecie okna z wielkim księciem i żartując z nim, zobaczyła wchodzącego hrabiego Lestocqa, który zwrócił się do niej: „Proszę przygotować bagaże, wraca pani do Niemiec”. Młody idiota nie wydawał się bardzo poruszony możliwym rozstaniem. „Dla mnie było to również dość obojętne” — powiada młoda Niemka, ale wielka księżna dodaje: — „lecz korona Rosji nie jest mi obojętna”.

Oto przyszła Katarzyna II roku 1762!

Marzenie o koronie było zresztą całkiem naturalne — w atmosferze dworu carskiego — nie tylko dla narzeczonej prawdopodobnego następcy tronu, ale dla wszystkich. Biren, koniuszy, śpiewak Razumowski, książę Dołgoruki, plebejusz Mienszykow, możnowładca Wołyński — wszyscy chcieli mieć jakiś strzęp cesarskiego płaszcza. Po śmierci Piotra I korona Rosji była res nullius.

Po śmierci Piotra I ci wielcy zgromadzili się na naradę. Mienszykow ucina wszystkie deliberacje i ogłasza cesarzową swoją dawną kochankę, wdowę po dzielnym szwedzkim dragonie, zabitym podczas wojny, i wdowę po Piotrze I, odstąpioną mu przez Mienszykowa „na znak oddania”.

Panowanie Katarzyny I było krótkie. Po niej korona zdobi coraz to inną przypadkową głowę: przedtem łotewskiej chłopki, potem chłopca (Piotra II), kiedy ten zmarł na ospę wietrzną — księżnej Kurlandii (Anny); po księżnej Kurlandii przechodzi do księżniczki Meklemburgii, ożenionej z księciem Brunszwiku, która rządzi w imieniu dziecięcia w kołysce, Iwana; po dziecku urodzonemu zbyt późno, by rządzić, korona przechodzi na głowę panny urodzonej zbyt wcześnie — Elżbiety. To ona jest prawomocną władczynią.

Złamana, zerwana tradycja, lud i państwo całkowicie rozdzielone przez reformy Piotra I, zamachy stanu, ciągłe rewolucje pałacowe. Ani krzty stabilności. Mieszkańcy Petersburga kładąc się do łóżek, nie wiedzieli nigdy, pod czyimi rządami się obudzą. Dlatego też bardzo mało interesowali się tymi zmianami, dotyczącymi właściwie tylko kilku niemieckich intrygantów, którzy zostali rosyjskimi ministrami, kilku wielmożów, wybronionych od kary za krzywoprzysięstwo i zbrodnię, i Pułku Prieobrażenskiego, który jak pretorianie rozporządzał koroną. Dla innych nic się nie zmieniało. A kiedy mówię „inni”, chodzi mi tylko o szlachtę i urzędników. Milczącym ogromem narodu — ludem złamanym, smutnym, zahukanym — nikt się nie przejmował. Naród był poza prawem, biernie przyjmując okrutne doświadczenia, jakie spodobało się dobremu Bogu nań zesłać, i ze swej strony nie troszcząc się wcale o te upiory, które chwiejnym krokiem wspinały się na stopnie tronu, przemykały jak cienie i znikały na Syberii albo w kazamatach. Za każdym razem lud mógł być pewien, że zostanie ograbiony. Ta warstwa społeczna nie miała żadnej szansy.

Dziwny czas! Tron carski — jak to już powiedzieliśmy gdzie indziej — przypominał łoże Kleopatry. Gromada możnowładców, cudzoziemców, pandurów, kochasiów przyprowadzała nocą nieznajomego, dziecko, Niemkę, wynosiła na tron, wielbiła i w imieniu „władcy” rozdawała razy knuta tym, którym coś się tu nie podobało. A wybranek ledwo miał czas zakosztować wszelkich rozkoszy nieumiarkowanej władzy i zesłać swoich wrogów na ciężkie roboty albo na tortury, kiedy następna fala już niosła innego pretendenta, strącając w niebyt wczorajszego wybrańca razem z całym jego dworem. Dzisiejsi ministrowie i generałowie nazajutrz jechali w kajdanach na Syberię.

Ta bufera infernale porywała ludzi z taką szybkością, że nawet nie było czasu przyzwyczaić się do ich twarzy. Feldmarszałek Műnnich, który obalił Birena, dołączył do niego jako więzień z nogami skutymi łańcuchem na tratwie na Wołdze. Właśnie w walce tych dwóch Niemców, którzy kłócili się o rosyjskie imperium, jak gdyby był to kufel piwa, można zobaczyć prawdziwe zamachy stanu z tych starych, dobrych czasów.

Cesarzowa Anna umiera, zostawiając koronę, jak już powiedzieliśmy, kilkumiesięcznemu dziecku i swemu kochankowi Birenowi jako regentowi. Książę Kurlandii był wszechpotężny. Ponieważ nienawidził wszystkiego, co rosyjskie, chciał nas ucywilizować kijami. W nadziei, że się umocni, z zimnym okrucieństwem doprowadził do śmierci setek ludzi, a na wygnanie skazał ponad dwadzieścia tysięcy. Był panem równie srogim, jak absolutnym. Dręczyło to feldmarszałka Műnnicha. Był Niemcem, tak jak Biren, ale poza tym bardzo dobrym wojskowym. Pewnego pięknego dnia księżna Brunszwiku, matka małego imperatora, poskarżyła się Műnnichowi na arogancję Birena. „Czy mówiła już pani o tym komukolwiek?” — spytał feldmarszałek. „Nikomu”. „Doskonale. W takim razie proszę milczeć i pozwolić mi działać”. Było to siódmego września 1740 roku.

Ósmego września Műnnich jest na przyjęciu u Birena. Przed kolacją zostawia rodzinę u regenta, a sam na chwilę wychodzi. Ostrożnie idzie do księżnej Brunszwiku, mówi jej, że powinna się przygotować na tę noc, i wraca. Zasiadają do kolacji. Műnnich opowiada o swoich kampaniach, o bitwach, które wygrał. „A czy uczestniczył pan również w nocnych potyczkach?” — pyta hrabia de Loewenhaupt. „Miałem potyczki o każdej porze” — odpowiada feldmarszałek, nieco zdenerwowany. Regent, który nie czuł się dobrze i leżał na sofie, na te słowa uniósł się i zamyślił.

Rozstali się jak przyjaciele.

Wróciwszy do domu, Műnnich rozkazuje swojemu adiutantowi Mansteinowi, by był gotowy na godzinę drugą. O drugiej wsiada z nim do powozu i jedzie prosto do Pałacu Zimowego. Tam każe zbudzić księżnę. „Ale o co chodzi?” — pyta żonę dzielny Niemiec, Antoni Ulryk de Braunschweig-Wolfenbűttel. „Niedyspozycja” — odpowiada księżna. I Antoni Ulryk znów głęboko zasypia.

Księżna w tym czasie ubiera się, a stary żołnierz zwraca się do najwierniejszych janczarów Pułku Prieobrażenskiego. Opowiada im o upokarzającej sytuacji księżnej, zapewnia o swojej przyszłej wdzięczności, a mówiąc to wszystko — rozkazuje załadować karabiny.

Zostawia księżnę pod opieką czterdziestki grenadierów, a sam z osiemdziesięcioma żołnierzami jedzie aresztować głowę państwa, okrutnego księcia Kurlandii.

Spokojnie przejeżdżają przez ulice Petersburga i przybywają przed pałac regenta; wchodzą i Műnnich rozkazuje Mansteinowi zatrzymać go, żywego lub martwego, w sypialni. Oficerowie służbowi, wartownicy, służba — wszyscy na to patrzą. „Gdyby był wśród nich choć jeden wierny oficer lub żołnierz — opowiada Manstein — bylibyśmy zgubieni”. Ale nie było ani jednego. Biren, zobaczywszy żołnierzy, ratuje się, wczołgując pod łóżko. Manstein każe go wyciągnąć. Biren się broni. Dostaje parę ciosów kolbą karabinu i zabierają go na wartownię.

Dokonał się zamach stanu. Wydarzy się jednak coś jeszcze dziwniejszego.

Biren był znienawidzony, to może wyjaśniać jego upadek. Regentka natomiast, istota dobra i łagodna, stroniąca od zła, za to niestroniąca od miłości z ambasadorem Linarem — była nawet nieco lubiana przez nienawiść do Birena. Mija rok. Panuje spokój. We Francji dwór jest jednak niezadowolony z przymierza austriacko-rosyjskiego, jakie regentka zawiązała z Marią Teresą. Jak zapobiec temu przymierzu? Nic łatwiejszego: zrobić zamach stanu i usunąć regentkę. Tym razem nie dokona go poważany przez żołnierzy feldmarszałek, nie będzie to nawet mąż stanu: wystarczy jeden intrygant — lekarz Lestocq, i drugi intrygant — ambasador La Chétardie, aby umieścić na tronie Elżbietę, córkę Piotra I.

Elżbieta, zajęta rozrywkami i drobnymi intrygami, niewiele myślała o obaleniu rządu. Oszukano ją, że regentka ma zamiar zamknąć ją w klasztorze. Ją, Elżbietę, która spędza czas w koszarach gwardii i na orgiach… Już lepiej zostać cesarzową! Tak też właśnie myśli La Chétardie; i nawet więcej niż myśli — daje francuskie złoto, aby przekupić garstkę żołnierzy.

Dwudziestego piątego listopada 1741 roku wielka księżna przybywa do kordegardy Pułku Prieobrażenskiego odziana we wspaniałą suknię, z piersią chronioną błyszczącą zbroją. Przedstawia żołnierzom swą nieszczęsną sytuację. Żołnierze, nasyceni winem, krzyczą: „Rozkazuj, mateczko, rozkazuj, a wszystkich wyrżniemy!”. Litościwa wielka księżna aż się cofa ze zgrozy i rozkazuje tylko aresztowanie regentki, jej męża i ich syna — bambino-cara.

Raz jeszcze to samo przedstawienie. Antoni Ulryk de Braunschweig-Wolfenbűttel zostaje obudzony z głębokiego snu, ale tym razem nie może zasnąć ponownie, ponieważ dwaj żołnierze okręcają go prześcieradłem i niosą do więzienia, skąd wyjdzie, dopiero udając się na śmierć na wygnaniu.

Dokonał się zamach stanu.

Nowe rządy idą jak po maśle. I raz jeszcze tej przedziwnej koronie brakuje tylko… dziedzica. Cesarzowa, która nie chce małego Iwana, szuka innego w pałacu księcia-biskupa Lubeki. To siostrzeniec biskupa i wnuk Piotra I, sierota bez ojca i matki, przyszły małżonek małej Zofii Fryderyki Augusty, księżniczki Anhalt-Zerbst-Bernburg, która tyle dźwięcznych i znanych tytułów straciła, by nazwać się krótko… Katarzyną II.

Po tym, co zostało tu powiedziane, można sobie teraz wyobrazić, jakie było środowisko, do którego los poprowadził tę młodą dziewczynę, mającą zarazem żywy umysł i charakter ugodowy, lecz pełen dumy i namiętności.

Jej sytuacja w Petersburgu była koszmarna. Z jednej strony matka, jędzowata, przewrotna, chytra, małostkowa, pedantyczna, nieszczędząca jej policzków i przywłaszczająca sobie jej nowe suknie; z drugiej — imperatorowa Elżbieta, wrzaskliwa megiera, prymitywna, cały czas na rauszu, zazdrosna, zawistna, śledząca każdy krok młodej księżniczki, żądająca informacji o każdym jej słowie, wciąż pełna podejrzeń — i to wszystko po przeznaczeniu jej na męża największego głupca epoki.

Uwięziona w pałacu, nie odważa się niczego zrobić bez pozwolenia. Kiedy opłakuje śmierć ojca, cesarzowa każe jej przekazać, że już dosyć, „że ojciec nie był królem, żeby go przez tydzień opłakiwać”. Kiedy okazuje przyjaźń którejś z przydzielonych jej dam dworu, może być pewna, że ją zabiorą. Kiedy przywiązuje się do jakiegoś wiernego sługi, jest bardziej niż pewne, że go wyrzucą.

Jej kontakty z wielkim księciem są potworne, poniżające. On opowiada jej o swoich miłosnych intrygach. Pijak od dziesiątego roku życia którejś nocy, zamroczony winem, przychodzi opowiedzieć swojej żonie o wdziękach i urokach córki Birena, a ponieważ Katarzyna udaje, że śpi, wymierza jej cios pięścią, by się obudziła.

Ten cham trzyma obok sypialni żony sforę psów, które zatruwają powietrze, a w swojej sypialni wiesza — według zasad kodeksu wojskowego — szczury, aby je ukarać.

To nie wszystko. Znieważywszy, obraziwszy stopniowo wszystkie delikatne uczucia tej młodej kobiety, zaczyna się je systematycznie wynaturzać. Cesarzowa uważa za chorobę fakt, że Zofia nie rodzi dzieci. Pani Czogłokowa rozmawia z nią o tym, sugerując, że kiedy chodzi o dobro państwa, trzeba odrzucić skrupuły, i ostatecznie proponuje jej wybór między Sałtykowem a Naryszkinem. Młoda kobieta udaje naiwną i bierze obu — i jeszcze Poniatowskiego; w ten sposób zaczyna karierę erotyczną, której przez czterdzieści lat już nie przerwie.

Niniejsza publikacja jest bardzo ważna dla domu carskiego Rosji, pokazuje bowiem, że ten dom nie należy tylko do rodziny Romanowów, ale nawet nie do rodziny Holstein-Gottorp. Wyznanie Katarzyny jest w tym względzie bardzo jasne: „ojcem cara Pawła jest Siergiej Sałtykow”.

Imperialna dyktatura Rosji na próżno próbuje przedstawiać się jako uświęcona i odwieczna.

I jeszcze jedno przed końcem.

Podczas czytania tych pamiętników niezmiernie zadziwia, że wciąż zapomina się o jednej rzeczy, i to tak, że nie pojawia się ona nigdzie: Rosja i naród. Dla tamtych czasów to cecha charakterystyczna.

Pałac Zimowy ze swą machiną administracyjną i wojskową był oddzielnym światem. Niby okręt płynący na powierzchni miał całkowicie jednostronny stosunek do mieszkańców głębin oceanu: zjeść ich. To było Państwo dla Państwa. Zorganizowane na modłę niemiecką, stawiało się na pozycji zwycięzcy nad ludem. W tych monstrualnych koszarach, w tej przeogromnej kancelarii panowała dyscyplina jak na polu bitwy. Jedni wydawali i przekazywali rozkazy, inni w milczeniu byli im posłuszni. W jednym tylko miejscu ludzkie namiętności i pasje okazywały się chwiejne i burzliwe, a tym miejscem w Pałacu Zimowym było foyer domowe — nie narodu, ale państwa. Za potrójną linią straży, w bogato zdobionych salonach wrzało gorączkowe życie, pełne intryg i walk, dramatów i tragedii. To tam, w mroku alkowy, w ferworze orgii, z dala od donosicieli i policji decydowano o losach Rosji.

Jakież więc znaczenie mogło mieć dla tej młodej niemieckiej księżniczki owo magnum ignotum, ów lud milczący, biedny, półdziki, niewidoczny w wioskach zasypanych śniegiem, ze złymi drogami, widywany jedynie jako parias, wyrzutek na ulicach Petersburga, ze swą zakazaną brodą, w zabronionym ubiorze — tolerowany jedynie z pogardy.

Katarzyna usłyszała poważne słowa o rosyjskim ludzie dopiero dużo później, kiedy kozak Pugaczow na czele powstańczej armii chłopskiej zagroził Moskwie.

Po zwycięstwie nad Pugaczowem Pałac Zimowy znowu zapomniał o ludzie. I nie wiem, kiedy by sobie o nim przypomniano, gdyby sam nie odświeżył swoim panom pamięci, powstając masowo w 1812 roku, z jednej strony odrzucając uwolnienie od poddaństwa dzięki obcym bagnetom, a z drugiej idąc na śmierć, by ratować ojczyznę, która oferowała mu tylko niewolnictwo, poniżenie, nędzę i odsunięcie w niepamięć w Pałacu Zimowym.

Było to drugie memento rosyjskiego ludu. Miejmy nadzieję, że pamięć o trzecim przetrwa dłużej.

Aleksander Hercen

Londyn, 15 listopada 1858 roku

* * *

1 Zob. Pamiętnik księżny Daszkow, tłum. E. Wassongowa, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982, s. 99.

Część pierwsza

Od roku jej urodzenia, 1729, do roku 1751

Los nie jest tak ślepy, jak się zazwyczaj uważa. Jest często wynikiem właściwych i precyzyjnych wyliczeń, które poprzedziły dane wydarzenie, lecz niedostrzeganych przez ogół. Jest też poza tym wynikiem osobistych cnót, charakteru i zachowania.

By to lepiej uwidocznić, przedstawię następujący sylogizm:

Cnoty i charakter — przesłanka większa;

Zachowanie — przesłanka mniejsza;

Szczęście lub brak szczęścia — wniosek.

A oto dwa charakterystyczne przykłady:

PIOTR III

KATARZYNA II

PIOTR III, JEGO OJCIEC I JEGO MATKA.

Matka Piotra III, córka Piotra I, dwa miesiące po wydaniu go na świat w Kilonii, małym miasteczku w Holsztynie, zmarła na gruźlicę, a także ze zmartwienia, że tam przyszło jej żyć i w tak złym małżeństwie. Karol Fryderyk, książę Holsztynu — siostrzeniec Karola XII, króla Szwecji — ojciec Piotra III, był księciem słabym, brzydkim, niewysokim, cherlawym i ubogim (można zajrzeć do dziennika Bergholza w „Magazynie” Bűschinga. Zmarł w roku 1739, powierzywszy opiekę nad synem, podówczas niespełna jedenastoletnim, swemu kuzynowi Adolfowi Fryderykowi, biskupowi Lubeki i księciu Holsztynu, który później, w następstwie pokoju zawartego w Åbo, dzięki zabiegom cesarzowej Elżbiety został królem Szwecji. Za edukację i wychowanie Piotra odpowiadał Brummer, wielki marszałek jego dworu, a także wielki szambelan Bergholz, autor przywołanego już wcześniej dziennika, i czterech szambelanów: dwóch Szwedów, Adlerfeld, autor historii Karola XII, i Wachtmeister, oraz dwóch Holsztyńczyków, Wolff i Madfeldt. Wychowywano księcia na dziedzica tronu szwedzkiego. Jak na Holsztyn jednak dwór był zbyt liczny i podzielony na kilka stronnictw, które wzajemnie się nienawidziły, a każde pragnęło mieć największy wpływ na księcia, wpoić mu własne przekonania — a więc i wrogość do przeciwników. Młody książę serdecznie nienawidził Brummera, nie lubił też nikogo ze swego otoczenia, które go krępowało rozmaitymi nakazami.

Już od dziesiątego roku życia Piotr III okazywał skłonność do picia. Zmuszano go do udziału w wielu reprezentacyjnych uroczystościach, nie spuszczano z oka dzień i noc. W dzieciństwie i w pierwszych latach pobytu w Rosji lubił tylko dwóch starych kamerdynerów: Kramera — Inflantczyka, i Rumberga, Szweda. Tego zresztą lubił najbardziej. Rumberg — dawny dragon Karola XII — był człowiekiem dość grubiańskim i szorstkim. Brummer, a więc także Bergholz — który na wszystko spoglądał oczami Brummera — byli stronnikami opiekuna księcia. Cała reszta księcia nie znosiła, a jeszcze bardziej jego otoczenia.

Kiedy tron Rosji objęła cesarzowa Elżbieta, wysłała do Holsztynu po swego siostrzeńca szambelana Korfa. Książę Adolf Fryderyk natychmiast wyprawił swego podopiecznego w towarzystwie marszałka dworu Brummera, jego siostrzeńca szambelana Deckena i szambelana Bergholza. Przybycie młodego księcia ogromnie uradowało cesarzową, która wkrótce udała się na koronację do Moskwy. Elżbieta była zdecydowana ogłosić księcia swoim następcą, lecz do tego musiał wyznawać prawosławie. Wrogowie wielkiego marszałka Brummera, a szczególnie wielki szambelan hrabia Bestużew i hrabia Panin, który przez lata był posłem Rosji w Szwecji, twierdzili, że mają ważkie dowody na to, iż Brummer, gdy tylko zrozumiał, że cesarzowa chce mianować siostrzeńca następcą, począł robić wszystko, by wypaczyć umysł i serce swego wychowanka — tak jak wcześniej czynił wszystko, by stał się on godny korony Szwecji. Zawsze jednak wątpiłam w taką obrzydliwość i uważałam, że wychowanie i edukacja Piotra III były wynikiem zbiegu nieszczęśliwych okoliczności. Opowiem, co widziałam i słyszałam, i co rzuci światło na wiele spraw.

Piotra III zobaczyłam po raz pierwszy, gdy miał jedenaście lat, w Eutin, u jego prawnego opiekuna, księcia biskupa Lubeki, kilka miesięcy po zgonie diuka Karola Fryderyka, ojca Piotra. Książę biskup w 1739 roku zgromadził u siebie w Eutin całą rodzinę, by przedstawić wszystkim swego wychowanka. Moja babka — matka księcia biskupa, i moja matka — siostra tegoż, przybyły wraz ze mną do Hamburga. Miałam wówczas dziesięć lat. Obecni byli jeszcze książę August i Anna, brat i siostra księcia opiekuna i regenta Holsztynu. Wówczas właśnie usłyszałam, jak zebrani członkowie rodziny, rozmawiając między sobą, mówili, że młody książę nie gardzi trunkami i że jego otoczenie ma kłopoty z powstrzymaniem go od upicia się przy stole, że jest krnąbrny i porywczy, że nie lubi otaczających go ludzi, a szczególnie Brummera, że usposobienie ma dość żywe, ale jest słabowity i często choruje. I rzeczywiście, twarz miał bladą, był dość mizerny i szczupłej budowy. Dwór otaczający to dziecko chciał, by postrzegano chłopca jak dorosłego mężczyznę, dlatego cały czas przymuszano go do czegoś, a przez to wpajano w niego fałsz i zakłamanie, które w końcu z narzuconego zachowania przerodziły się w cechy charakteru.

Gdy dwór holsztyński przybył do Rosji, w ślad za nim pojawiło się poselstwo szwedzkie z prośbą, by cesarzowa zezwoliła swemu siostrzeńcowi pozostać następcą szwedzkiego tronu. Jednakże Elżbieta, która przedstawiła swą wolę przedtem, w ustaleniach pokoju w Åbo, odpowiedziała posłom, że już uznała swego siostrzeńca za dziedzica tronu Rosji i że trwa przy klauzulach pokoju w Åbo, dającego Szwecji księcia regenta Holsztynu jako dziedzica korony. Książę ten miał starszego brata, który przed śmiercią Piotra I został narzeczonym cesarzowej. Do małżeństwa nie doszło, ponieważ książę zmarł na ospę kilka tygodni po zaręczynach. Cesarzowa Elżbieta zachowała jednak o nim czułe wspomnienie i tę serdeczność przeniosła na całą rodzinę księcia.

Piotr III został więc następcą Elżbiety i wielkim księciem Rosji, gdy tylko złożył wyznanie wiary według obrządku kościoła prawosławnego. Jego opiekunem i preceptorem został Symeon Todorski, późniejszy biskup Pskowa. Książę był ochrzczony i wychowany w najsurowszym i najmniej tolerancyjnym obrządku luterańskim. Ponieważ zaś od dzieciństwa wykazywał opór przed uczeniem się czegokolwiek, słyszałam od różnych osób z jego otoczenia, że w Kilonii w niedziele i święta wciąż były ogromne problemy z nakłonieniem go do pójścia do kościoła i wypełnienia należnych obrządków, a także iż okazywał bezbożność wobec Symeona Todorskiego. Jego Cesarska Wysokość zawsze był gotów spierać się z nim na każdy temat; często też ktoś ze świty był wzywany, aby przerwać książęce uszczypliwości i ostudzić jego zapalczywość. Wreszcie po wielu nadaremnych próbach poddał się woli Cesarzowej, swej ciotki, chociaż czy to z niechęci, czy z przyzwyczajenia, czy też z nieposłuszeństwa wiele razy dawał odczuć, że wolałby wyjechać do Szwecji, niż zostać w Rosji. Zachował przy sobie Brummera, Bergholza i dwór holsztyński aż do ślubu. Było też jeszcze kilku nauczycieli dla zachowania pozorów: Izaak Wiesiełowski, nauczyciel języka rosyjskiego, który od początku przychodził rzadko, a potem przestał się pojawiać w ogóle, inny, profesor Stehlin, który miał go uczyć matematyki i historii, właściwie spędzał z nim czas na drobnostkach i był traktowany jak błazen. Najbardziej przykładał się do pracy baletmistrz Laudé, który uczył go tańczyć.

W swych prywatnych apartamentach wielki książę zajmował się przede wszystkim prowadzeniem musztry wojskowej dla kilku służących. Nadawał im wedle uznania stopnie i rangi wojskowe, a potem ich degradował. Były to naprawdę dziecinne zabawy, nieustająca dziecinada. W ogóle był bardzo dziecinny, nawet mając szesnaście lat.

1744

W roku 1744 dwór rosyjski znajdował się w Moskwie. Tam też 9 lutego przybyła Katarzyna II ze swoją matką.

Dwór rosyjski był wówczas podzielony na dwie wielkie frakcje czy partie. Na czele pierwszej, która znów podnosiła się z upadku, stał wicekanclerz, hrabia Bestużew-Riumin. Obawiano się go nieskończenie więcej, niż lubiano. Był to sprytny intrygant, a przy tym podejrzliwy, stanowczy i nieprzejednany w swych poglądach, bezlitosny dla wrogów, a przyjaciel dla przyjaciół — trwający przy nich, póki się odeń nie odwrócili. Miał ponadto dość trudny charakter i często bywał małoduszny. Stał na czele departamentu spraw zagranicznych. Pragnął usunąć w cień otoczenie cesarzowej przed wyjazdem do Moskwy, poniósł jednak porażkę, z której zaczynał się teraz otrząsać. Trzymał stronę dworów: wiedeńskiego, saksońskiego i angielskiego. Przybycie Katarzyny II i jej matki nie było dla niego miłą okolicznością, gdyż w tajemnicy przed nim doprowadziła do tego frakcja przeciwna. Bestużew miał niemało wrogów, ale wszyscy przed nim drżeli. Miał nad nimi przewagę, wynikającą ze stanowiska pełnionego na dworze, a także dlatego, że nad wszystkimi politykami z antyszambrów górował zdecydowanie charakterem.

Frakcja przeciwna Bestużewowi trzymała stronę Francji, jej protegowanej — Szwecji, i króla Prus. Przewodził jej markiz de la Chétardie, a przybyli z Holsztynu dworzanie byli jego matadorami. Frakcja pozyskała Lestocqa, jednego z głównych aktorów rewolucji, która wyniosła na tron rosyjski cesarzową Elżbietę. Darzyła ona Lestocqa sporym zaufaniem. Był jej chirurgiem od śmierci cesarzowej Katarzyny I, do której ogromnie się przywiązał. I matce, i córce oddał wielkie przysługi. Nie brakowało mu rozumu, sprytu ani upodobania do intryg, ale był też złośliwy, bez skrupułów, niegodziwy. Wszyscy ci cudzoziemcy wspierali i orędowali za hrabią Michaiłem Woroncowem, który również miał swój udział w przewrocie i towarzyszył Elżbiecie tej nocy, kiedy wstąpiła na tron. Cesarzowa wyswatała go z siostrzenicą cesarzowej Katarzyny I, hrabianką Anną Karłowną Skawrońską, wychowaną na dworze cesarzowej Elżbiety i bardzo do niej przywiązaną. Do tej frakcji przyłączył się również hrabia Aleksander Rumiancew, ojciec marszałka, który podpisał ze Szwecją pokój w Åbo, niemal bez konsultacji z Bestużewem. Frakcja liczyła na poparcie prokuratora generalnego, Trubeckiego, na całą rodzinę Trubeckich, a więc i na księcia hesko-homburskiego, który poślubił księżniczkę z tej rodziny. Książę hesko-homburski, wówczas bardzo poważany, sam z siebie nie znaczył nic, ważna natomiast była liczna rodzina jego żony, której i ojciec, i matka wciąż żyli — i to oni liczyli się najbardziej. Pozostałą grupę w otoczeniu cesarzowej stanowiła rodzina Szuwałowów, która w każdej sytuacji dążyła do zrównoważenia wpływów wielkiego łowczego Razumowskiego, w owym czasie pierwszego faworyta.

Hrabia Bestużew potrafił tę rywalizację wykorzystać, ale najsilniejsze oparcie miał w baronie Czerkasowie, sekretarzu gabinetu cesarzowej, który pracował już w gabinecie Piotra I. Był to człowiek twardy i uparty, wymagał porządku i sprawiedliwości oraz stosowania się do ustanowionych reguł. Cała reszta dworzan przyłączała się do jednej bądź drugiej partii, zależnie od własnych korzyści lub osobistych aspiracji.

Wielki książę wydawał się cieszyć z przybycia mojej matki i mojego. Miałam wówczas niespełna piętnaście lat. Przez pierwsze dni był wobec mnie nadzwyczaj ujmujący. Już wtedy, przez ten krótki czas zauważyłam i zrozumiałam, że nie przejmował się specjalnie narodem, nad którym miał panować, że był mocno przywiązany do luteranizmu, że nie lubił swego otoczenia i był bardzo dziecinny. Ja milczałam i słuchałam, dzięki czemu zyskałam jego zaufanie. Pamiętam, że powiedział mi między innymi, iż najbardziej podoba mu się we mnie to, że jestem jego kuzynką i z powodu tego pokrewieństwa może ze mną szczerze rozmawiać. Zaraz potem wyznał mi, że był zakochany w jednej z dam dworu cesarzowej, odsuniętej od dworu w związku z nieszczęściem, jakie spotkało jej matkę, panią Łopuchinę, zesłaną na Syberię, że chciałby się z ową damą dworu ożenić, ale ożeni się ze mną, poddając się woli swej ciotki. Wysłuchiwałam tych rodzinnych zwierzeń, czerwieniąc się i dziękując mu za okazane mi zaufanie, ale w głębi serca dziwiłam się i jego nieostrożności, i niezrozumieniu wielu spraw.

Dziesiątego dnia po moim przybyciu do Moskwy, w sobotę, cesarzowa udała się do klasztoru Świętej Trójcy. Wielki książę został z nami w Moskwie. Wybrano mi już trzech nauczycieli: jednego, Symeona Todorskiego, do nauki o religii prawosławnej, drugiego — Wasyla Adodurowa, do języka rosyjskiego, i Laudégo, baletmistrza, do nauki tańca. Chcąc jak najszybciej dobrze opanować język rosyjski, nocą, kiedy wszyscy spali, siadałam na łóżku i uczyłam się na pamięć zapisków, które zostawiał mi Adodurow. Ponieważ w pokoju było bardzo ciepło, a ja nie poznałam jeszcze dobrze tutejszego klimatu, nie wkładałam nic na nogi i uczyłam się w stroju, w jakim wyszłam z łóżka. Przez takie postępowanie piętnastego dnia zapadłam na zapalenie opłucnej, które omal nie stało się śmiertelne. Choroba objawiła się najpierw silnymi dreszczami we wtorek, po wyjeździe cesarzowej do klasztoru Świętej Trójcy, gdy przebierałam się do obiadu z moją matką i wielkim księciem. Matka bardzo niechętnie wyraziła zgodę na to, bym została u siebie i położyła się do łóżka. Kiedy wróciła po obiedzie, zastała mnie niemal bez przytomności, rozpaloną i z nieznośnym bólem w boku. Matka była przekonana, że to ospa — zawezwała lekarzy i chciała, żeby właśnie na ospę mnie leczyli. Ci utrzymywali, że trzeba mi puścić krew. Matka jednak absolutnie się na to nie godziła, twierdząc, że to właśnie przez puszczanie krwi jej brat zmarł na ospę w Rosji i że nie chce, aby i mnie to spotkało. Lekarze i otoczenie wielkiego księcia, którzy nie chorowali na ospę, wysłali do cesarzowej dokładny raport o tym, co się dzieje. Ja leżałam w łóżku, zdana na opiekę matki i lekarzy, którzy kłócili się między sobą. Cały czas w wysokiej gorączce, niemal bez świadomości i z bólem w boku tak rozdzierającym, że aż jęczałam, za co matka beształa mnie, chcąc, bym bez narzekań znosiła chorobę.

Wreszcie w sobotę wieczorem, o siódmej, a więc piątego dnia mojej choroby, cesarzowa powróciła z klasztoru Świętej Trójcy i wysiadłszy z karety, od razu przyszła do mego pokoju, gdzie leżałam nieprzytomna. Wraz z nią przyszli hrabia Lestocq i jeszcze jakiś chirurg. Wysłuchawszy opinii lekarzy, siadła u wezgłowia mojego łóżka i rozkazała, by mi puścić krew. Gdy to uczyniono, od razu odzyskałam przytomność i otworzywszy oczy, uświadomiłam sobie, że spoczywam w ramionach podtrzymującej mnie cesarzowej. Trwałam między życiem a śmiercią przez dwadzieścia siedem dni, a w tym czasie puszczano mi krew szesnaście razy, czasem po cztery razy w ciągu dnia. Prawie nie pozwalano wchodzić matce do mojego pokoju, była bowiem wciąż przeciwna tym częstym zabiegom puszczania krwi i głośno mówiła, że doprowadzi mnie to do śmierci. Zaczynała wszakże wierzyć, że nie jest to ospa.

Cesarzowa przydzieliła mi hrabinę Rumiancewą i kilka innych pań, i wszystko wskazywało na to, że wątpiono w roztropność mojej matki. Wreszcie, dzięki opiece doktora Sancheza, Portugalczyka, wrzód w moim prawym boku pękł. Wyplułam go, wymiotując, i od tej chwili czułam się lepiej. Zauważyłam od razu, że zachowanie matki w czasie mojej choroby zaszkodziło jej w oczach wszystkich. Kiedy było ze mną bardzo źle, chciała, by sprowadzono do mnie pastora luterańskiego. Dowiedziałam się później, że starano się mnie ocucić albo skorzystano z chwili mojej świadomości, by mi to przekazać, ja jednak odpowiedziałam: „Po co? Przyprowadźcie raczej Symeona Todorskiego, z nim chętnie porozmawiam”. Przywołano go i rozmawiał ze mną w obecności kilku osób, tak że wszyscy byli zadowoleni. Zyskałam przez to bardzo w oczach cesarzowej i całego dworu. Było jeszcze inne drobne wydarzenie, które zaszkodziło mojej matce. Otóż gdzieś koło Wielkanocy, któregoś dnia rano moja matka zażyczyła sobie za pośrednictwem pokojówki, bym odstąpiła jej błękitno-srebrną tkaninę, którą przed wyjazdem do Rosji ofiarował mi brat mojego ojca, bo byłam nią zachwycona. Kazałam powtórzyć matce, że może materiał wziąć, choć bardzo go lubiłam, bo podarował mi go stryj, widząc, że tak mi się podoba. Otaczający mnie dworzanie widzieli, że oddaję materię wbrew sobie, a że już tak długo znajdowałam się między życiem a śmiercią, lepiej się czując zaledwie od kilku dni, mówili między sobą, że ze strony matki bardzo nierozsądne było narażać swą umierającą może córkę na najmniejszą choćby przykrość i że zamiast dopominać się o ten kupon materiału, postąpiłaby lepiej, nic o nim nie wspominając. Opowiedziano o wszystkim cesarzowej, która natychmiast przysłała mi kilka wspaniałych, bogatych tkanin, wśród których była również materia błękitno-srebrna. W oczach cesarzowej matka jednak straciła wiele. Zarzucano jej, że nie jest dla mnie dość czuła i że nie dba o mnie wystarczająco.

Podczas mej choroby leżałam zazwyczaj z zamkniętymi oczyma i wydawało się, że śpię, więc hrabina Rumiancewa rozmawiała z innymi damami zupełnie swobodnie, a ja dzięki temu dowiadywałam się wielu rzeczy.

Ponieważ czułam się już coraz lepiej, wielki książę zachodził do apartamentów mojej matki, będących również moimi. I on, i wszyscy inni wydawali się ogromnie zainteresowani moim zdrowiem. Cesarzowa często wręcz do łez użalała się nade mną. Wreszcie 21 kwietnia 1744 roku, w dniu moich piętnastych urodzin, po raz pierwszy po tej strasznej chorobie mogłam ukazać się publicznie.

Przypuszczam, że u nikogo nie wzbudziłam wielkiego zachwytu. Byłam chuda jak szkielet, wyrosłam, rysy twarzy mi się wydłużyły, włosy wypadały i byłam blada jak śmierć. Sama siebie nie mogłam poznać i zdawałam sobie sprawę, że swym wyglądem mogę straszyć innych. Tego dnia cesarzowa przysłała mi słoiczek różu i kazała z niego skorzystać.

Gdy nadeszła wiosna i jej piękne dni, odwiedziny wielkiego księcia u nas stały się rzadsze. Wolał spacery i polowania w okolicach Moskwy. Czasem jednak przychodził do nas na obiad albo na kolację i wówczas powracały chwile jego dziecięcych zwierzeń, a w tym czasie osoby mu towarzyszące rozmawiały z moją matką, która przyjmowała wielu gości. Wiele toczonych u nas rozmów nie podobało się tym, którzy w nich nie uczestniczyli, między innymi hrabiemu Bestużewowi. Zbierali się u nas wszyscy jego wrogowie, wśród nich markiz de la Chétardie, który nie był jeszcze oficjalnym przedstawicielem dworu francuskiego, ale otrzymał już list akredytacyjny na ambasadora Francji.

W maju cesarzowa znów udała się do klasztoru Świętej Trójcy, a wielki książę, ja i moja matka ruszyliśmy w ślad za nią. Cesarzowa od pewnego czasu traktowała moją matkę z wielką oschłością. Wszystko wyjaśniło się w klasztorze. Któregoś dnia po obiedzie, gdy przyszedł do naszego apartamentu wielki książę, niespodziewanie weszła cesarzowa i poleciła mojej matce, by przeszła z nią do innego pokoju. Razem z nimi poszedł hrabia Lestocq. Wielki książę i ja siedzieliśmy we wnęce okiennej i czekaliśmy. Rozmowa trwała bardzo długo, my zaśmiewaliśmy się z czegoś, aż wreszcie zobaczyliśmy, że hrabia Lestocq wychodzi. Zbliżył się do wielkiego księcia i do mnie, i powiedział: „Ta wesołość się zaraz skończy”. A zwracając się do mnie, rzekł: „Może pani już tylko szybko spakować kufry. Wracają panie do siebie”. Wielki książę chciał się dowiedzieć dlaczego. Lestocq odparł: „Dowiecie się później” i odszedł, by wypełnić otrzymane polecenie, którego treści nie znałam. Wielki książę i ja zostaliśmy, zastanawiając się, co miały znaczyć wypowiedziane słowa, przy czym książę zastanawiał się na głos, a ja w myślach. Książę mówił: „Jeśli winna jest pani matka, pani to nie dotyczy”. Odpowiedziałam mu: „Moim obowiązkiem jest jechać wraz z matką i być posłuszną jej rozkazom”. Widać było wyraźnie, że rozstałby się ze mną bez żalu. Ponieważ znałam jego skłonności, był mi właściwie obojętny — ale nie była mi obojętna korona Rosji. Wreszcie drzwi od pokoju sypialnego otworzyły się i wyszła cesarzowa, z wypiekami na policzkach i mocno poirytowana; matka szła za nią, z zaczerwienionymi i mokrymi od płaczu oczyma. Ponieważ staraliśmy się jak najszybciej zeskoczyć z wysokiego podestu wnęki okiennej, cesarzowa uśmiechnęła się na ten widok, uściskała nas oboje i odeszła. Gdy się oddaliła, dowiedzieliśmy się kilku szczegółów sprawy, o którą chodziło.

Markiz de la Chétardie, który dawniej, a ściślej mówiąc — podczas pierwszej swej podróży w poselstwie do Rosji pozostawał w łaskach i cieszył się zaufaniem cesarzowej, teraz, podczas drugiego pobytu stracił na nie nadzieję. Jego wypowiedzi były bardziej wyważone niż listy, pełne żółci i goryczy. Listy te otwarto i rozszyfrowano — i znaleziono szczegóły jego rozmów, prowadzonych z moją matką i wieloma innymi osobami o sprawach bieżących i o cesarzowej. Ponieważ zaś markiz de la Chétardie nie przedstawił jeszcze swoich listów uwierzytelniających, rozkazano mu opuścić cesarstwo. Pozbawiono go Orderu Świętego Andrzeja i odebrano portret cesarzowej, pozwolono jednak zatrzymać inne podarunki — brylanty, jakie od niej otrzymał. Nie wiem, czy mojej matce udało się usprawiedliwić w oczach cesarzowej, w każdym razie nie wyjechałyśmy, choć matka nadal była traktowana bardzo chłodno i z rezerwą. Nie wiem, o czym rozmawiali moja matka i de la Chétardie, wiem tylko, że któregoś dnia markiz zbliżył się i pogratulował mi uczesania à la Mojżesz. Odparłam, że aby spodobać się cesarzowej, zgodzę się na każdą fryzurę, jaka jej będzie odpowiadać. Usłyszawszy moją odpowiedź, markiz zrobił zwrot w lewo, odszedł szybko i więcej ze mną nie rozmawiał.

Po powrocie do Moskwy, wraz z wielkim księciem, matka i ja żyłyśmy w większym odosobnieniu niż dawniej. Odwiedzało nas mniej osób, a mnie przygotowywano do złożenia wyznania wiary. Uroczystość tę wyznaczono na 28 czerwca, a nazajutrz, w dniu świętego Piotra, miały nastąpić moje zaręczyny z wielkim księciem. Pamiętam, że przez ten czas marszałek dworu, Brummer, po wielekroć skarżył się przede mną na swego ucznia, nalegając, bym swym wpływem starała się doprowadzić do poprawy bądź przywoływała go do rozsądku. Odpowiadałam jednak, że jest to niemożliwe, bo przez to stałabym się w jego oczach tak nieznośna, jak ludzie z jego otoczenia. W tym czasie moja matka zaprzyjaźniła się niezwykle z księciem i księżną Hesji, a jeszcze bardziej z bratem tejże, szambelanem de Beckim. Zażyłość ta nie podobała się ani hrabinie Rumiancewej, ani marszałkowi Brummerowi, ani nikomu innemu — i gdy matka pozostawała z nimi w swym pokoju, wielki książę i ja spędzaliśmy czas w antyszambrze, hałasując i zabawiając się z dziecięcą żywością.

W lipcu cesarzowa uroczyście świętowała w Moskwie zawarcie pokoju ze Szwecją. Z tej okazji jako wielkiej księżniczce i narzeczonej następcy tronu przydzielono mi stosowny dwór. Niedługo po tych uroczystościach cesarzowa zarządziła nasz wyjazd do Kijowa, dokąd sama też wyjechała kilka dni później. Jechaliśmy, nie spiesząc się, w jednej karecie moja matka i ja, hrabina Rumiancewa i jeszcze jedna z dam matki, a w drugiej wielki książę, Brummer, Bergholz i Decken. Pewnego popołudnia wielki książę, który nudził się, jadąc ze swymi nauczycielami, przesiadł się do naszej karety — i od tej pory nie chciał już podróżować inaczej. Wówczas moja matka, która z kolei nudziła się, jadąc wciąż tylko z nim i ze mną, postanowiła powiększyć liczbę towarzyszy podróży. Powiedziała o tym kilku młodzieńcom z naszej świty, wśród których byli książę Golicyn, późniejszy marszałek, i hrabia Zachar Czernyszew. Wobec tego opróżniono jeden z wozów, wiozących nasze łóżka i pościel, wstawiono ławki i od następnego dnia wielki książę, moja matka i ja, książę Golicyn, hrabia Czernyszew i jeszcze jeden czy dwóch spośród młodych kawalerów naszej świty jechaliśmy już razem, wesoło spędzając czas podróży. Wszyscy ci jednak, którzy nie jechali naszym powozem, buntowali się przeciwko takiemu obrotowi sprawy. Przeciwny był zwłaszcza wielki marszałek Brummer, wielki szambelan Bergholz, hrabina Rumiancewa, dama do towarzystwa mojej matki i cała reszta świty. Nigdy ich do nas nie zaprosiliśmy i podczas gdy my śmialiśmy się wesoło przez całą drogę, oni zrzędzili i nudzili się śmiertelnie.

I w ten sposób po trzech tygodniach dojechaliśmy do Kozielska, gdzie kolejne trzy tygodnie czekaliśmy na przybycie cesarzowej, której podróż opóźniały różne okoliczności. W Kozielsku dowiedzieliśmy się, że w trakcie podróży wiele osób ze świty cesarzowej zostało odprawionych na wygnanie i że cesarzowa jest w bardzo złym humorze. Wreszcie w połowie sierpnia zjechała do Kozielska i wraz z nią zostaliśmy tam do końca sierpnia. Od rana do wieczora w wielkim salonie w środkowej części domu grano w faraona, i to wysoko. Wszystkim było dość ciasno. Moja matka i ja spałyśmy w jednym pokoju, hrabina Rumiancewa i dama do towarzystwa matki — w antyszambrze, podobnie inni. Pewnego dnia, gdy wielki książę przyszedł do naszego pokoju, matka właśnie coś pisała i miała obok siebie otwartą szkatułkę. Wielki książę z ciekawości chciał w niej poszperać. Matka powiedział mu, by tego nie robił, i on, podskakując, odszedł w drugi kąt pokoju. Jednakże, podskakując tak, aby mnie rozśmieszyć, zawadził o wieczko otwartej szkatułki i ją przewrócił. Matka się rozgniewała i zaczęli się kłócić. Matka zarzucała wielkiemu księciu, że umyślnie przewrócił jej szkatułkę, on wołał, że to nieprawda, a obydwoje odwoływali się do mojego świadectwa. Ja, znając humory mojej matki, obawiałam się, że zostanę spoliczkowana, jeśli nie stanę po jej stronie, a nie chcąc kłamać ani urazić wielkiego księcia, znalazłam się między młotem a kowadłem. Powiedziałam matce jednak, że nie przypuszczam, iżby postępek ten był celowy ze strony wielkiego księcia, lecz po prostu, gdy skakał, poła jego ubioru zaczepiła o wieczko szkatułki, stojącej na niewysokim taboreciku. Wówczas matka rozgniewała się na mnie, bo w złości szukała kogoś do wywarcia gniewu. Zamilkłam i się rozpłakałam. Wielki książę, widząc, że cała złość mojej matki spadła na mnie, ponieważ wzięłam jego stronę, a ja płaczę, zarzucił matce niesprawiedliwość, uznał, że popada w furię. Ona z kolei wykrzyczała mu, że jest źle wychowany. Jednym słowem pokłócili się tak, że następnym krokiem mogła być tylko bójka, ale na to żadne z nich się nie odważyło.

Od tego wydarzenia wielki książę uprzedził się bardzo do mojej matki i nigdy jej nie zapomniał tej kłótni. Matka ze swej strony również odnosiła się do niego z pewnym resentymentem, dlatego ich wzajemne kontakty pełne były skrępowania, nieufności, a nawet uszczypliwości. Żadne z nich nie kryło się z tym przede mną, a ja na próżno starałam się załagodzić atmosferę, udawało mi się to jedynie na chwilę. Obydwoje, chcąc sobie dokuczyć, zawsze mieli na podorędziu rozmaite docinki i sarkazmy. Moja sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz bardziej niezręczna. Starałam się być posłuszna matce, ale też zadowolić wielkiego księcia. I rzeczywiście, był on wobec mnie bardziej otwarty niż wobec kogokolwiek innego, bo widział, że matka często wyładowywała złość na mnie — nie mogąc na nim. Usposobiło go to do mnie życzliwie, uważał, że może mi zaufać.

Wreszcie 29 sierpnia przybyliśmy do Kijowa. Przebywaliśmy tam dziesięć dni, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną do Moskwy, odbywaną zupełnie tak samo jak do Kijowa.

W Moskwie jesień upłynęła na rozlicznych komediach, baletach i maskaradach. Cesarzowa jednak często miewała zły humor. Pewnego dnia, gdy moja matka, ja i wielki książę siedzieliśmy akurat naprzeciwko loży cesarzowej na jakiejś komedii, zauważyłam, że była bardzo zagniewana i z niezwykłym ożywieniem mówiła coś do hrabiego Lestocqa. Gdy skończyła, ten przyszedł do naszej loży, zbliżył się do mnie i zagadnął: „Czy widziała pani, w jaki sposób cesarzowa ze mną rozmawiała?”. Potwierdziłam. „No więc — rzekł — cesarzowa jest na panią bardzo zagniewana”. „Na mnie? — zapytałam. — O co?”. „O to, że ma pani wiele długów — odparł. — Powiedziała, że i studnie się wyczerpują, że kiedy ona była księżniczką, nie miała więcej dla siebie niż pani, za to cały dom do utrzymania, i że bardzo uważała, by nie popaść w długi, bo wiedziała, że nikt za nią nie zapłaci”. Wyrzekł to wszystko gniewnym i suchym tonem, zapewne aby cesarzowa ze swej loży widziała, jak wypełnił polecenie. Łzy napłynęły mi do oczu i zamilkłam. Powiedziawszy wszystko, Lestocq odszedł. Wielki książę, który siedział obok mnie i słyszał prawie całą naszą rozmowę, zapytawszy o to, czego nie dosłyszał, wyrazem twarzy raczej niż słowami dał mi do zrozumienia, że nie oburza się na daną mi reprymendę. Było to w jego zwyczaju; uważał, że będzie mile widziane przez cesarzową, jeśli jej przytaknie, gdy ona się na kogoś gniewa. Matka moja, dowiedziawszy się, o co chodziło Lestocqowi, oświadczyła, że jest to jedynie skutek tego, iż odsunięto mnie od niej, i że skoro pozwolono mi postępować bez pytania jej o radę, ona umywa od wszystkiego ręce. Tak więc oboje zwrócili się przeciwko mnie.

Ja postanowiłam od razu uporządkować te sprawy i już nazajutrz zażądałam wszystkich rachunków. Stwierdziłam, że mój dług to siedemnaście tysięcy rubli. Przed wyjazdem z Moskwy do Kijowa cesarzowa przysłała mi piętnaście tysięcy rubli i duży kufer, pełen tanich materiałów. Ja jednak powinnam mieć bogate stroje, tak więc wszystko zliczywszy, byłam winna dwa tysiące rubli, co nie wydało mi się nadzwyczaj wysoką kwotą. Wydatki te były spowodowane różnymi przyczynami.

Primo, przybyłam do Rosji wyjątkowo źle wyposażona. Miałam wszystkiego najwyżej trzy lub cztery suknie, a na dworze rosyjskim przebierano się trzy razy dziennie. Koszul miałam zaledwie tuzin, a spałam w pościeli matki.

Secundo, powiedziano mi, że w Rosji bardzo ceni się prezenty i że hojnością zyskuje się przyjaciół i przychylność wśród ludzi.

Tertio, do towarzystwa dostałam najbardziej rozrzutną kobietę w Rosji, hrabinę Rumiancewą, zawsze otoczoną gromadą kupców, przynoszącą mi codziennie wiele rozmaitych rzeczy i namawiającą do ich kupna. Często kupowałam coś tylko po to, żeby jej ofiarować, bo bardzo tej rzeczy pragnęła.

Dużo kosztował mnie też wielki książę, bo był zachłanny na podarunki.

Poprawiał się również zły humor mojej matki, gdy dostawała coś, co jej się podobało, a ponieważ często bywała zła, zwłaszcza na mnie, więc nie zaniedbywałam tego sposobu. Zły nastrój mojej matki brał się stąd, że cesarzowa źle się do niej odnosiła, często ją poniżała i wyrządzała rozmaite przykrości. Wreszcie matka, która dotychczas zawsze szła przede mną, z przykrością przyjmowała fakt, że teraz ja szłam pierwsza. Unikałam tego, jak mogłam, ale nie było to możliwe w obecności innych. Na ogół stosowałam zasadę, żeby okazywać jej jak największy szacunek i posłuszeństwo, jednak nie zawsze było to skuteczne, bo przy każdej okazji słyszałam jakąś uszczypliwość. Nie było to dobrze widziane i nie zyskiwało jej sympatii.

Przez ciągłe powtarzanie plotek hrabina Rumiancewa i kilka innych osób przyczyniali się do pogorszenia opinii cesarzowej o mojej matce. Wpłynęła też na to sprawa tej ośmioosobowej karety, którą jechaliśmy do Kijowa: wszyscy starsi zostali z niej wykluczeni, podróżowali nią sami młodzi, więc Bóg jeden wie, jak przedstawiono to całkiem niewinne przecież wydarzenie. Bez wątpienia niektóre osoby, mające prawo siedzieć w tej karecie ze względu na swój urząd, czuły się urażone, bo wolałyśmy jechać z tymi, z którymi podróż była zabawniejsza. Głównym powodem było jednak to, że nie pojechali z nami do Kijowa Becki i Trubeccy, którym matka najbardziej ufała, do czego na pewno przyczynili się Brummer i hrabina Rumiancewa, więc też i to, że ci dwoje nie zostali zaproszeni do naszej ośmioosobowej karocy, było wynikiem pewnej urazy.

W listopadzie wielki książę zachorował w Moskwie na odrę. Ja jeszcze na odrę nie chorowałam, więc starano się bardzo, żebym się nie zaraziła. Osoby z otoczenia wielkiego księcia nie odwiedzały nas i wszelkie rozrywki ustały. Jak tylko choroba minęła i nastała zima, wyjechaliśmy saniami z Moskwy do Petersburga. Matka i ja jechałyśmy jednymi saniami, wielki książę i Brummer drugimi. Rocznicę urodzin cesarzowej, 18 grudnia, świętowaliśmy w Twerze, skąd wyruszyliśmy w dalszą drogę następnego dnia. W połowie drogi, w miasteczku Chotyłowo, przed wieczorem w moim pokoju wielki książę poczuł się źle. Odprowadzono go do jego pokoju i położono do łóżka. W nocy miał wysoką gorączkę. Następnego dnia w południe moja matka i ja poszłyśmy go odwiedzić. Ledwo jednak przekroczyłam próg, a już hrabia Brummer podszedł do mnie i nie pozwolił wejść dalej. Chciałam się dowiedzieć dlaczego, wiec powiedział mi, że u wielkiego księcia pokazała się wysypka ospy. Ponieważ jeszcze na nią nie chorowałam, matka pospiesznie wyprowadziła mnie z pokoju. Postanowiono, że matka moja i ja wyjedziemy do Petersburga jeszcze tego samego dnia, zostawiając w Chotyłowie wielkiego księcia i jego dwór. Hrabina Rumiancewa i dama dworu mojej matki zostały również, aby pielęgnować chorego. Wysłano kuriera do cesarzowej, która wyprzedziła nas i już była w Petersburgu. Gdy dowiedziała się, że u wielkiego księcia stwierdzono ospę, wróciła z Petersburga do Chotyłowa, gdzie została na cały czas choroby wielkiego księcia. My spotkałyśmy ją niedaleko Nowogrodu, gdy właśnie do niego jechała. Kiedy tylko nas zobaczyła, kazała zatrzymać swoje sanie i nasze, choć było to w środku nocy, i dopytywała się o stan zdrowia wielkiego księcia. Matka powiedziała jej wszystko, co o tym wiedziała, i cesarzowa zaraz rozkazała woźnicy jechać dalej. My też ruszyliśmy w drogę i nad ranem przybyliśmy do Nowogrodu.

Była to niedziela i udałam się na mszę. Potem, gdy po obiedzie szykowaliśmy się do wyjazdu, przybył książę szambelan Golicyn i szlachcic pokojowy Zachar Czernyszew. Jechali oni z Moskwy do Petersburga. Matka pogniewała się na księcia Golicyna, ponieważ jechał z hrabią Czernyszewem, który naopowiadał jakichś kłamstw. Matka uważała, że należy go unikać jako niebezpiecznego plotkarza. Boczyła się na nich obu, ale ponieważ prowadziło to do śmiertelnej nudy i nie było wyboru, bo byli bardziej wykształceni i rozmowniejsi od reszty świty, nie zwracałam na to boczenie się uwagi, przez co naraziłam się na wymówki ze strony matki.

Wreszcie dotarliśmy do Petersburga, gdzie przeznaczono dla nas mieszkanie w jednym z budynków przylegających do pałacu. Sam pałac nie był wystarczająco duży, aby mógł w nim zamieszkać wielki książę. Miał więc rezydować w budynku stojącym między pałacem a naszym domem. Mój apartament znajdował się po lewej stronie, apartament mojej matki — po prawej. Gdy tylko matka moja zobaczyła ten rozkład pomieszczeń, rozgniewała się: primo, ponieważ wydało jej się, że moja część jest położona lepiej, secundo, ponieważ jej pokoje dzielił od moich wspólny salon. Prawdę mówiąc, każda z nas miała cztery pokoje, dwa wychodzące na ulicę i dwa — na podwórzec, pokoje były zupełnie takie same, wybite takimi samymi tkaninami, błękitnymi i czerwonymi. Do gniewu mojej matki przyczyniło się jednak to, że jeszcze w Moskwie hrabina Rumiancewa przyniosła mi w imieniu cesarzowej plan tego domu, zakazując wspominać o tym komukolwiek i pytając, jak nas pomieścić. Nie było z czego wybierać, oba apartamenty były takie same. Powiedziałam to hrabinie, która dała mi do zrozumienia, że cesarzowa wolałaby, abym miała apartament oddzielny, a nie mieszkała razem z matką jak w Moskwie. Takie rozwiązanie i mnie się podobało, bo byłam bardzo skrępowana, mieszkając z matką, tym bardziej, że jej otoczenie nie podobało się nikomu. Matka dowiedziała się o pokazaniu mi planu. Uświadomiła mi to, a ja powiedziałam jej czystą prawdę, tak jak rzeczy się miały. Zgromiła mnie, że zataiłam to przed nią. Powtórzyłam, że nakazano mi tajemnicę, ale jej to nie zadowoliło. Zresztą wyraźnie widziałam, że irytowałam ją coraz bardziej, a ponieważ poróżniła się niemal ze wszystkimi, nie przychodziła do stołu ani na obiady, ani na kolacje, lecz kazała je sobie przynosić do pokojów. Ja odwiedzałam ją trzy albo cztery razy dziennie. Resztę czasu poświęcałam na naukę rosyjskiego, grę na klawesynie, kupowałam też sobie książki. Tak więc w wieku lat piętnastu byłam dość samotna i jak na swój wiek dość obowiązkowa.

Pod koniec naszego pobytu w Moskwie przybyła delegacja szwedzka z senatorem Cedercreutzem na czele. Wkrótce potem przybył jeszcze hrabia Gyllenborg, by przekazać cesarzowej informację o ślubie szwedzkiego księcia, brata mojej matki, z jedną ze szwedzkich księżniczek. Poznałyśmy hrabiego Gyllenborga i wielu innych Szwedów wtedy, gdy książę następca tronu wyjeżdżał do Szwecji. Był to mężczyzna już niemłody, niezwykle inteligentny, którego moja matka bardzo szanowała. Ja miałam wobec niego pewien dług wdzięczności, ponieważ w Hamburgu, widząc, że moja matka nie zajmowała się mną wiele, a nawet wcale, powiedział jej, że postępuje niesłusznie, bo jestem dzieckiem nad wiek rozwiniętym. Gdy hrabia Gyllenborg przybył do Petersburga, odwiedził nas, a ponieważ wówczas w Hamburgu stwierdził, że mam skłonność do filozofii, od razu zapytał, jak radzi sobie moja filozofia w tym kołowrocie dworskiego życia. Opowiedziałam mu, czym się zajmuję u siebie w pokoju. Odparł, że piętnastoletnia filozofka nie może znać samej siebie, że wokół mnie jest wiele pułapek, w które mogę nieświadomie wpaść, chyba że moja dusza będzie miała niezwykłą moc. Wobec tego trzeba ją żywić najlepszymi możliwie lekturami i dlatego zaleca mi żywoty sławnych mężów Plutarcha, żywot Cycerona i rozważania o wielkości i upadku republiki rzymskiej Monteskiusza. Od razu zleciłam zdobycie mi tych książek, o które wówczas nie było w Petersburgu łatwo. Powiedziałam też hrabiemu Gyllenborgowi, że nakreślę mu swój własny portret, tak jak samą siebie znam, aby mógł ocenić, czy dobrze się poznałam, czy też nie.

I rzeczywiście zrobiłam to. Opisałam samą siebie, a dziełko moje zatytułowałam Portret piętnastoletniego filozofa i dałam hrabiemu. Lata później, a mianowicie w roku 1758 odnalazłam ten szkic i zaskoczyło mnie, jak dobrze sama siebie znałam. Niestety, spaliłam go w tym samym roku, razem ze wszystkimi innymi papierami, obawiając się zostawić cokolwiek w związku z nieszczęsną sprawą Bestużewa.

Hrabia Gyllenborg oddał mi mój tekst po kilku dniach. Nie wiem, czy zrobił sobie kopię. Dołączył też około dwunastu stron spisanych na mój temat refleksji, którymi pragnął umocnić moją prawość i niezłomność, a także inne zalety serca i ducha. Wielokrotnie czytałam te refleksje, rozważałam je i postanowiłam szczerze stosować się do jego rad. Przyrzekłam to sobie samej, a kiedy przyrzekałam coś samej sobie, nie pamiętam, bym tego nie dotrzymała. Hrabia Gyllenborg prosił mnie o zwrot tych zapisków, co też uczyniłam, i wyznaję, że hrabia bardzo się przyczynił do ukształtowania i umocnienia siły mojego umysłu i ducha.

Na początku lutego cesarzowa powróciła z wielkim księciem z Chotyłowa. Gdy tylko dowiedziałyśmy się, że przyjeżdża, udałyśmy się do pałacu, by ją powitać, i spotkałyśmy ją w wielkiej sali. Było to między czwartą a piątą po południu, niemal w ciemności. Mimo to, gdy spojrzałam na wielkiego księcia, omal się nie wystraszyłam. Bardzo wyrósł i zmienił się nie do poznania. Rysy mu stwardniały, twarz wciąż była opuchnięta, a na niej ślady po chorobie, które na pewno już nie znikną. Ponieważ ostrzyżono mu włosy, nosił ogromną perukę, która jeszcze bardziej go odmieniała. Podszedł do mnie i zapytał, czy go poznałam. Wyjąkałam cos konwencjonalnego o jego powrocie do zdrowia, ale rzeczywiście — zbrzydł okropnie.

Dziewiątego lutego minął rok od mojego przyjazdu na rosyjski dwór. Dziesiątego lutego 1745 cesarzowa świętowała rocznicę urodzin wielkiego księcia, który zaczął właśnie siedemnasty rok życia. Jadła uroczystą kolację tylko ze mną. Wielki książę nie pokazał się publicznie ani tego dnia, ani jeszcze długo potem. Nie spieszono się na dworze, by pokazać, jak wygląda po ospie. Cesarzowa była podczas tej kolacji niezwykle dla mnie uprzejma. Powiedziała mi, że listy po rosyjsku, jakie wysyłałam do niej do Chotyłowa, sprawiły jej wielką przyjemność (prawdę powiedziawszy, układał je pan Adodurow, ja je tylko przepisywałam), że informowano ją o tym, jak bardzo przykładam się do nauki języka rosyjskiego. Mówiła do mnie po rosyjsku i chciała, żebym odpowiadała jej w tym języku, co też uczyniłam, a ona raczyła pochwalić mój akcent. Później usłyszałam, że od czasu mojej choroby w Moskwie wyładniałam — jednym słowem, przez cały czas kolacji mówiła mi rzeczy świadczące o dobroci i życzliwości. Wróciłam do siebie w wesołym nastroju i bardzo szczęśliwa, a wszyscy mnie komplementowali. Cesarzowa kazała sobie przynieść mój portret, który zaczął malować Caravaque, i zostawiła go w swoim pokoju. Był to ten sam portret, który rzeźbiarz Falconet zabrał ze sobą do Francji; wiele o nim mówiono.

Aby udać się na mszę lub do cesarzowej, moja matka i ja musiałyśmy przechodzić przez apartamenty wielkiego księcia, mieszkającego tuż obok mnie. Widywałyśmy więc go dość często. Przychodził również wieczorami na kilka minut do mnie, ale bez wyraźniej ochoty. Przeciwnie, chętnie znajdował jakiś pretekst, by się od tego wymówić, zostać u siebie i oddawać się dziecinnym rozrywkom, o których już wspominałam.

Niedługo po przyjeździe cesarzowej i wielkiego księcia do Petersburga moja matka przeżyła ogromne strapienie, którego nie potrafiła ukryć. A rzecz miała się tak:

Książę August, brat mojej matki, napisał do niej do Kijowa, wyrażając chęć przyjazdu do Rosji. Matka została powiadomiona, że celem tej podróży było uzyskanie zwierzchności nad Holsztynem, a to poprzez wcześniejsze uznanie pełnoletności wielkiego księcia. Chodziło o to, żeby anulować opiekuństwo, będące w rękach starszego brata, który został następcą tronu szwedzkiego, i wówczas młodszy brat mojej matki i następcy tronu szwedzkiego, August, przejąłby w imieniu wielkiego księcia zarząd nad Holsztynem. Intrygę tę uknuła frakcja holsztyńska, przeciwna następcy tronu szwedzkiego, związana z Duńczykami, którzy nie mogli wybaczyć następcy, że to właśnie jego kandydatura w Szwecji zwyciężyła kandydaturę następcy tronu Danii — jego bowiem frakcja antyrosyjska chciała wybrać na następcę tronu Szwecji. Matka odpowiedziała z Kozielska swemu bratu, księciu Augustowi, że zamiast przyłączać się do intryg przeciwko swojemu bratu, postąpiłby lepiej, wstępując na służbę Holandii, gdzie się znajdował, i raczej dał się z honorem zabić, niż spiskował przeciwko bratu i dołączał do wrogów swej siostry w Rosji. Matka miała na myśli hrabiego Bestużewa, który tę intrygę popierał w zamiarze zaszkodzenia Brummerowi i wszystkim innym przyjaciołom następcy tronu szwedzkiego, zarządzającemu w imieniu wielkiego księcia Holsztynem. List mojej matki został przejęty i przeczytany przez hrabiego Bestużewa i przez cesarzową. Była ona z matki bardzo niezadowolona, a na następcę tronu szwedzkiego bardzo zła, gdyż ten, pod wpływem swojej żony, siostry króla pruskiego, dał się wciągnąć do frakcji francuskiej, której polityka z każdego punktu widzenia była przeciwna interesom Rosji. Jego uznano za niewdzięcznika, a moją matkę oskarżono o brak uczucia dla swego młodszego brata, ponieważ napisała do niego, że lepiej by uczynił, ginąc z honorem. Zdanie to uznano za bezduszne i nieludzkie, gdy tymczasem matka przed swymi przyjaciółmi chlubiła się nim, uznając je za stanowcze i słuszne.

W rezultacie, nie zwracając uwagi na stanowisko mojej matki, a wręcz żeby jej dokuczyć i zrobić na złość całemu stronnictwu holsztyńsko-szwedzkiemu, hrabia Bestużew bez wiedzy matki uzyskał dla księcia Augusta pozwolenie na przybycie do Petersburga. Gdy matka dowiedziała się, że jest on już w drodze, bardzo się zmartwiła i zdenerwowała. Przyjęła go niezwykle chłodno. On jednak, popierany przez Bestużewa, działał dalej. Przekonano cesarzową, żeby go dobrze przyjęła, co też pozornie uczyniła. Nie trwało to jednak długo, i nie mogło trwać, książę August nie był bowiem kimś znaczącym. Sam wygląd zewnętrzny nie działał na jego korzyść: był bardzo niski i niezgrabny, poza tym niezbyt rozgarnięty, a nad wyraz drażliwy. Ulegał wpływom osób ze swego otoczenia, które również nic sobą nie reprezentowały. Głupota brata, bo tak to trzeba nazwać, irytowała bardzo matkę, która po jego przyjeździe wprost wpadła w rozpacz.

Hrabia Bestużew uzyskał wpływ na księcia za pośrednictwem jego dworaków i za jednym posunięciem osiągnął kilka celów. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wielki książę nienawidzi Brummera tak jak i on. Książę August również go nie lubił, bo ten był oddany szwedzkiemu następcy tronu, pod pretekstem swego pokrewieństwa i jako Holsztyńczyk. Książę August wkręcił się do otoczenia wielkiego księcia i cały czas opowiadał mu o Holsztynie, o niedalekiej pełnoletności księcia, aż ten zaczął naciskać na swą ciotkę i na hrabiego Bestużewa, żeby go z wyprzedzeniem uczyniono pełnoletnim. Potrzebna była do tego zgoda cesarza rzymskiego. Był nim wówczas Karol VII Bawarski. Pertraktacje przerwała śmierć Karola VII i sprawy trzeba było odłożyć aż do elekcji Franciszka I.

Książę August, chłodno przyjęty przez moją matkę, okazywał jej niewiele szacunku, a za nim i wielki książę pozbył się tej i tak już niewielkiej dozy szacunku dla niej. Z drugiej strony zarówno książę August, jak i stary kamerdyner wielkiego księcia i jego ulubieniec, obawiając się być może mojego przyszłego wpływu, uczyli go często, jak należy traktować żonę. Rumberg, dawny szwedzki dragon, mówił mu, że jego żona nie śmie się odezwać w jego obecności ani tym bardziej mieszać do jego spraw, że gdy tylko otwiera usta, on każe jej milczeć, że to on jest panem domu i że to wstyd dla męża pozwolić jak głupiec kierować sobą żonie.

Wielki książę z kolei był dyskretny niczym wystrzał armatni i kiedy czuł potrzebę wyrzucenia z siebie czegoś, co dręczyło jego serce albo nurtowało umysł, nie czekał ani chwili, lecz opowiadał wszystko tym osobom, z którymi zazwyczaj rozmawiał, nie zastanawiając się, kto to jest. Dowiedziałam się więc o tych naukach z ust samego wielkiego księcia, i to przy pierwszym spotkaniu. Wielki książę uważał po prostu, że wszyscy byli tego samego co on zdania i że to wszystko było najzupełniej normalne. Ja zawsze uważałam, by absolutnie nikomu się nie zwierzać, ale wciąż bardzo poważnie zastanawiałam się nad tym, co mnie czeka. Postanowiłam uszanować zaufanie, okazane mi przez wielkiego księcia, aby mógł traktować mnie jako osobę dyskretną, której może powiedzieć wszystko, bez jakichkolwiek dalszych konsekwencji, i to mi się przez długi czas udawało. Zresztą w ogóle wszystkich traktowałam, jak mogłam najlepiej, starając się zyskać przyjaźń albo przynajmniej osłabić niechęć tych, których mogłam choćby podejrzewać o niechętny stosunek do mnie. Nie okazywałam sympatii dla żadnego stronnictwa, nie wtrącałam się do niczego, zawsze byłam pogodna, uprzejma, uważna i grzeczna dla wszystkich, a ponieważ z natury byłam wesoła, z przyjemnością obserwowałam, że z dnia na dzień zyskuję przychylność otoczenia, a wszyscy widzieli we mnie urocze i rozumne dziecko. Okazywałam wielkie poszanowanie mojej matce, bezgraniczne posłuszeństwo cesarzowej, głębokie poważanie wielkiemu księciu i starałam się usilnie pozyskać życzliwość otoczenia.

Cesarzowa jeszcze w Moskwie wybrała mi damy i kawalerów, mających stanowić mój dwór. Wkrótce po przybyciu do Petersburga przydzieliła mi rosyjskie pokojowe, ażeby — jak powiedziała — ułatwić mi wprawianie się w języku rosyjskim. Bardzo mnie to uradowało: były to młode dziewczęta, najstarsza z nich nie miała jeszcze dwudziestu lat. Wszystkie były bardzo wesołe i od tej pory cały czas, od rana do wieczora śpiewałam, tańczyłam i swawoliłam w swoim pokoju. Wieczorem, po kolacji, przychodziły moje trzy damy, dwie księżniczki Gagariny i panna Kuszelew i grałyśmy w ciuciubabkę i w inne gry i zabawy stosowne do naszego wieku. Wszystkie bały się śmiertelnie hrabiny Rumiancewej, ale ponieważ ona od rana do wieczora grała w karty albo w antyszambrze, albo u siebie i wychodziła jedynie za potrzebą, do mnie wcale nie zachodziła.

Wśród tych zabaw przyszedł mi do głowy pomysł rozdzielenia starań o moje sprawy między pokojowe. Przekazałam więc pieniądze, wydatki i bieliznę w ręce panny Schenck, która przyjechała ze mną z Niemiec. Była to stara panna, głupia i zrzędliwa, której absolutnie nie podobały się nasze zabawy. Poza tym była zazdrosna o to, że nowe, młode dziewczęta miały mieć przydzielone jej obowiązki i zostać obdarzone moimi względami. Biżuterię powierzyłam pannie Żukow, bo była rozsądniejsza, weselsza i najbardziej szczera i zaczynałam lubić ją więcej niż inne. Sukniami miał się opiekować kamerdyner Timofiej Jewrieinow, koronki oddałam w pieczę pannie Bałkowej, która poślubiła później poetę Sumarokowa, opiekę nad wstążkami przydzieliłam starszej pannie Skorochodow, która później wyszła za mąż za Arystarcha Kaszkina. Jej młodsza siostra, Anna, nie dostała żadnego przydziału, bo miała zaledwie trzynaście czy czternaście lat. Nazajutrz po tym pięknym rozporządzeniu, jakiego dokonałam z własnej woli we własnych pokojach, nie pytając o nic nikogo, wieczorem dawano komedię. Idąc na przedstawienie, musiałam przejść przez apartament matki. Komedię oglądali również cesarzowa, wielki książę i cały dwór. Grana była w małym teatrze, zaaranżowanym w ujeżdżalni, w czasach cesarzowej Anny służącej księciu kurlandzkiemu, którego apartament zamieszkiwałam. Po przedstawieniu, kiedy cesarzowa wróciła do siebie, hrabina Rumiancewa przyszła do mojego pokoju i powiedziała, że cesarzowej nie spodobały się moje poczynania z rozdzieleniem obowiązków i że dostała rozkaz, aby odebrać klucze do mojej biżuterii od panny Żukow i zwrócić je pannie Schenck. Stało się to od razu, w mojej obecności, po czym hrabina Rumiancewa odeszła, zostawiając pannę Żukow i mnie trochę zawiedzione, za to pannę Schenck triumfującą z powodu zaufania okazanego jej przez cesarzową. Zaczęła po tym zachowywać się wobec mnie arogancko, przez co okazała się jeszcze głupsza i jeszcze mniej sympatyczna niż przedtem.

W pierwszym tygodniu wielkiego postu miałam bardzo dziwne zdarzenie z wielkim księciem. Rano byłam u siebie i z moimi damami, które były bardzo pobożne, słuchałyśmy jutrzni z antyszambru. Wówczas przybył posłaniec od wielkiego księcia. Był to karzeł, który w jego imieniu spytał o moje zdrowie i przekazał, że z powodu wielkiego postu wielki książę dziś mnie nie odwiedzi. Karzeł wszedł w momencie, gdy wszystkie uczestniczyłyśmy w modlitwie, zachowując obrządek, obowiązujący podczas wielkiego postu. Przekazałam wielkiemu księciu przez karła zwyczajowe grzeczności i odszedł. Albo karzeł wzruszył się naprawdę, zobaczywszy nas, albo chciał do tego samego skłonić swego pana i władcę, za nic mającego wszelkie przejawy wiary, albo też przez bezmyślność, gdy znalazł się z powrotem u wielkiego księcia, zaczął wychwalać pobożność, z jaką spotkał się w moim apartamencie, doprowadzając przez to wielkiego księcia do gniewu z mego powodu. Już przy następnym spotkaniu zauważyłam, że książę boczy się na mnie. Gdy zapytałam go o przyczynę, ostro mnie zganił za moją — jego zdaniem — nadmierną dewocję. Spytałam, skąd bierze taką ocenę, a on odrzekł, że od naocznego świadka, owego karła. Odparłam, że postępowałam wyłącznie tak, jak należało, jak postępują wszyscy, by nie narazić się na skandal, ale on był przeciwnego zdania. Sprzeczka ta skończyła się tak, jak kończy się ich większość, czyli każdy pozostał przy swoim zdaniu, ale ponieważ Jego Cesarska Wysokość oprócz mnie nie miał z kim rozmawiać podczas mszy, stopniowo przestał się boczyć.

Dwa dni później przeżyłam inny alarm. Rano, gdy właśnie odprawiano u mnie jutrznię, do pokoju weszła ogromnie przestraszona panna Schenck i powiedziała, że moja matka źle się poczuła i zemdlała. Pobiegłam do niej od razu. Leżała na podłodze, na materacu, już przytomna. Pozwoliłam sobie zapytać, co się jej stało. Odpowiedziała, że chciała, by upuszczono jej krwi, ale chirurg był tak niezręczny, że cztery razy, dwa razy na rękach i dwa razy na nogach, nie trafił na właściwe miejsce, i dlatego zemdlała. Wiedziałam, że bała się puszczania krwi, ale nie orientowałam się wcale, czemu kazała to zrobić i czy jej to było potrzebne. W każdym razie zrobiła mi ostre wymówki, że się o nią nie troszczę i powiedziała wiele nieprzyjemnych rzeczy. Tłumaczyłam, jak mogłam, że nic o tym nie wiedziałam, ale widząc, że wciąż jest zła, umilkłam i starałam się powstrzymać łzy. Wyszłam od niej dopiero wówczas, gdy z pewną uszczypliwością kazała mi odejść. Wróciłam do siebie z płaczem, a gdy widząc to, moje damy pytały o powód, opowiedziałam im wszystko. Chodziłam do apartamentu matki kilka razy dziennie i przebywałam u niej tyle, ile wypadało, by moja obecność jej nie doskwierała, co było dla niej bardzo ważne i czego zawsze przestrzegałam. Najbardziej w życiu unikałam tego, by być komuś ciężarem, zawsze usuwałam się, kiedy zaczynałam podejrzewać, że obecność moja staje się męcząca i że ktoś może już być znudzony. Wiem jednak z doświadczenia, że nie wszyscy stosują się do tej zasady, bo moja cierpliwość często wystawiana była na próbę przez tych, którzy nie wiedzieli, kiedy odejść, zanim ich obecność zacznie doskwierać lub nudzić.

W czasie wielkiego postu matkę spotkało jednak prawdziwe zmartwienie. Najniespodziewaniej w świecie dostała wiadomość, że nagle zmarła moja młodsza siostra, Elżbieta, w wieku trzech czy czterech lat. Matka była bardzo smutna, a ja też opłakiwałam siostrę.

Kilka dni później, rano, zobaczyłam wchodzącą do mojego pokoju cesarzową. Posłała po moją matkę i weszła z nią do mojej garderoby. Długo tam obie rozmawiały, a po powrocie do mojej sypialni matka była zapłakana i miała zaczerwienione oczy. Z ich dalszej rozmowy zorientowałam się, że chodziło o śmierć cesarza Karola VII z domu bawarskiego, o czym cesarzowa właśnie się dowiedziała. Cesarzowa jeszcze wtedy z nikim się nie sprzymierzyła. Wahała się między królem pruskim a domem austriackim — każda ze stron miała swoich zwolenników. Cesarzowa jednak żywiła urazę zarówno wobec domu austriackiego, jak wobec Francji, której stronnikiem był król pruski. Markiz de Botta, minister na dworze wiedeńskim, został wydalony z Rosji za niestosowne wypowiedzi o cesarzowej, co wówczas było traktowane niemal jak spisek. Zresztą markiz de la Chétardie musiał wyjechać z tego samego powodu.

Nie znam celu tej rozmowy, ale matka wydawała się po niej dość zadowolona i pełna nadziei. Nie była ona w najmniejszym stopniu stronniczką domu austriackiego. Jeśli chodzi o mnie, to byłam w tym wszystkim tylko obserwatorem, całkiem biernym, bardzo dyskretnym i niemal obojętnym.

Po Wielkanocy, gdy zapanowała wiosna, oświadczyłam hrabinie Rumiancewej, że chciałabym nauczyć się jeździć konno, na co ona uzyskała dla mnie zgodę cesarzowej. W rok po zapaleniu płuc, które przebyłam w Moskwie, zaczęłam odczuwać bóle w piersiach. Wciąż byłam bardzo chuda, więc lekarze zalecili mi picie co dzień rano mleka i wody selcerskiej. Pierwszą lekcję jazdy konnej wzięłam w domu Rumiancewów, w koszarach Pułku Izmaiłowskiego. W Moskwie kilkakrotnie dosiadałam już konia, ale wtedy poszło mi bardzo niedobrze.

W maju cesarzowa z wielkim księciem przeniosła się do Pałacu Letniego. Dla mnie i dla mojej matki przeznaczono murowany budynek, stojący wzdłuż Fontanki, a przylegający do domu Piotra I. Matka mieszkała w tym domu z jednej strony, ja z drugiej. Tu skończyły się wszelkie umizgi wielkiego księcia wobec mnie. Przekazał mi po prostu przez pokojowca, że mieszka zbyt daleko ode mnie, by mnie częściej odwiedzać. Doskonale czułam jego brak zainteresowania i to, jak mało dla niego znaczyłam. Moja miłość własna i próżność zostały zranione, ale byłam zbyt dumna, by się skarżyć. Czułabym się poniżona, gdyby ktoś okazywał mi przyjaźń, którą mogłabym rozumieć jako litość. Kiedy jednak byłam sama, zalewałam się łzami, potem osuszałam je starannie i biegłam weselić się z moimi dziewczętami. Matka odnosiła się do mnie również bardzo chłodno i oficjalnie, choć ja codziennie po kilka razy zachodziłam do jej apartamentu. W głębi duszy odczuwałam wielką przykrość, ale bardzo się pilnowałam, by nic o tym nie mówić. Panna Żukowa zauważyła jednak któregoś dnia moje łzy i spytała o przyczynę. Przedstawiłam jej najlepsze możliwe powody, nie wymieniając jednak prawdziwych. Starałam się bardziej niż kiedykolwiek o zyskanie sympatii wszystkich wokół, wielkich i maluczkich. O wszystkich pamiętałam. Przyjęłam zasadę, że potrzebuję wszystkich, i wobec tego postępowałam tak, żeby zdobyć życzliwość wszystkich, co też mi się udawało.

Po kilku dniach pobytu w Pałacu Letnim, gdy zaczęto mówić o przygotowaniach do uroczystości ślubnej, dwór przeniósł się do Peterhofu, gdzie wszyscy byli bliżej siebie niż w mieście. Cesarzowa i wielki książę mieszkali na piętrze domu zbudowanego przez Piotra I, matka i ja — na dole, w apartamentach wielkiego księcia. Codziennie jadaliśmy z nim obiady pod namiotem, w otwartej galerii, przylegającej do jego apartamentu, schodził też do nas na kolacje. Cesarzowa często bywała nieobecna, wyjeżdżała bowiem do różnych swoich majątków. Spacerowaliśmy dużo pieszo, konno i w powozach. Zobaczyłam wtedy bardzo wyraźnie, że otoczenie wielkiego księcia, a zwłaszcza jego wychowawcy, stracili wszelki wpływ na niego. Zabawy w wojsko, z którymi wcześniej jeszcze się ukrywał, teraz prowadził niemal w ich obecności. Hrabia Brummer i pierwszy nauczyciel widywali go już niemal tylko publicznie, gdy trzeba mu było towarzyszyć. Resztę czasu spędzał wśród lokajów, dosłownie oddając się zabawom niesłychanym w jego wieku, bawił się bowiem lalkami.

Matka moja, korzystając z nieobecności cesarzowej, wyjeżdżała na kolacje do okolicznych majątków, zwłaszcza do księstwa hesko-homburskich. Któregoś wieczora, kiedy wyjechała konno, a ja po kolacji byłam w swoim pokoju, którego jedne drzwi wychodziły na ogród, poczułam chęć spaceru po tym ogrodzie, bo pogoda była przepiękna. Zaproponowałam przechadzkę moim pokojowym i trzem damom dworu i przekonałam je bez trudności. Było nas osiem, mój kamerdyner dziewiąty i jeszcze dwóch lokajów. Spacerowaliśmy do północy najniewinniej w świecie. Gdy tylko matka wróciła, panna Schenck, która nie zgodziła się na spacer i była tym pomysłem niezwykle oburzona, za najpilniejszą rzecz uznała iść do niej i powiedzieć jej, że wyszłam na spacer mimo jej zastrzeżeń. Matka się położyła, a gdy wróciłam z całą grupą, panna Schenck z triumfującą miną oświadczyła, że matka dwa razy przysyłała zapytać, czy już jestem, bo chciała ze mną rozmawiać, a ponieważ było już bardzo późno i zmęczyła się oczekiwaniem, udała się na spoczynek. Chciałam się z matką natychmiast zobaczyć, ale drzwi zastałam już zamknięte. Zwróciłam uwagę tej Schenck, że mogła mnie zawiadomić, ale ona podobno nie mogła nas znaleźć. Była to jednak z jej strony tylko gra, aby mi dokuczyć i zganić. Czułam to doskonale i położyłam się pełna niepokoju. Nazajutrz rano tuż po przebudzeniu poszłam do matki, która była jeszcze w łóżku. Chciałam się zbliżyć i pocałować ją w rękę, ale wyrwała mi dłoń z wielką złością i złajała w okropny sposób za to, że odważyłam się wyjść wieczorem na spacer bez jej pozwolenia. Powiedziałam, że nie było jej przecież w domu, ale ona oświadczyła, że pora była nieodpowiednia, i przedstawiła mi całą masę wymyślonych zarzutów, chyba po to, żeby odebrać mi chęć do nocnych spacerów. A przecież nawet jeśli ta przechadzka mogła być nieostrożnością, to jednak była najniewinniejsza w świecie. Najbardziej jednak zabolało mnie jej oskarżenie o to, że weszliśmy na górę do apartamentu wielkiego księcia. Odparłam, że to obrzydliwe oszczerstwo, a na te słowa matka rozgniewała się strasznie, tracąc niemal panowanie nad sobą. Na próżno uklękłam przy niej, chcąc załagodzić jej złość, uznała to za gest teatralny i wyrzuciła mnie za drzwi. Wróciłam do siebie we łzach. W porze obiadu matka wciąż była zagniewana. Weszłam na górę do apartamentu wielkiego księcia. Ten, widząc moje zaczerwienione oczy, zapytał, co się stało. Opowiedziałam szczerze, co zaszło. Stanął tym razem po mojej stronie i nazwał moją matkę kapryśną i popędliwą. Poprosiłam go, by nic jej o tym nie mówił, co też uczynił, i złość matki stopniowo minęła, ale wciąż traktowała mnie bardzo ozięble. Pod koniec lipca wróciliśmy z Peterhofu do miasta, gdzie trwały przygotowania do naszych uroczystych zaślubin.

Wreszcie cesarzowa wyznaczyła na tę ceremonię dzień 21 sierpnia. W miarę jak zbliżała się ta data, wpadałam w coraz większą melancholię. Nie czułam w sercu zbliżającego się wielkiego szczęścia, podtrzymywała mnie tylko ambicja. W głębi duszy coś nie pozwalało mi ani przez chwilę wątpić, że wcześniej czy później doprowadzę do tego, iż zostanę cesarzową Rosji.

Ślub był niezwykle uroczysty i wspaniały. Wieczorem zastałam w mym apartamencie panią Kruse, siostrę pierwszej pokojowej cesarzowej. Została ona wyznaczona na moją pierwszą pokojową. Już następnego dnia zauważyłam, że wzbudza ona popłoch u wszystkich innych moich pokojowych: kiedy chciałam podejść do jednej z nich i rozmawiać z nią jak zazwyczaj, ta powiedziała: „Na Boga, proszę się do mnie nie zbliżać, zabroniono nam rozmawiać z panią po cichu”. Z drugiej strony mój drogi małżonek wcale się mną nie interesował, wciąż bawił się w wojsko z lokajami, prowadząc z nimi musztrę w swym pokoju albo dwadzieścia razy na dzień zmieniając mundur. Ja się nudziłam, nie mając do kogo ust otworzyć, albo spełniałam obowiązki reprezentacyjne. Trzeciego dnia wesela, mającego być dniem odpoczynku, hrabina Rumiancewa przekazała mi informację, że cesarzowa zwolniła ją z obowiązków pełnionych przy mnie i że teraz zamieszka we własnym domu z mężem i dziećmi. Specjalnie tego nie żałowałam, bo była źródłem wielu plotek.

Uroczystości weselne trwały dziesięć dni. Potem wielki książę i ja przenieśliśmy się do Pałacu Letniego, w którym mieszkała cesarzowa. Zaczęto też mówić o wyjeździe mojej matki, której nie widywałam już codziennie po moim zamążpójściu, ale która bardzo złagodniała wobec mnie od tego wydarzenia. Wyjechała pod koniec września. Wraz z wielkim księciem odprowadziliśmy ją do Krasnego Sioła. Jej wyjazd szczerze mnie zmartwił i bardzo płakałam. Kiedy matka odjechała, wróciliśmy do miasta. Po powrocie do pałacu zawezwałam pannę Żukow, ale powiedziano mi, że udała się w odwiedziny do chorej matki. Nazajutrz znów o nią zapytałam, ale usłyszałam tę samą odpowiedź. Około południa nastąpił ceremonialny powrót cesarzowej z Pałacu Letniego do Zimowego. Przeszliśmy wraz z nią aż do jej apartamentów. W swej paradnej sypialni zatrzymała się i po kilku konwencjonalnych zdaniach zaczęła mówić o odjeździe mojej matki. Słowami pełnymi troski zaleciła, bym przezwyciężyła swój smutek. Naprawdę jednak wręcz zaniemówiłam, kiedy w obecności może trzydziestu osób powiedziała, że oddaliła pannę Żukow właśnie na prośbę mojej matki, która obawiała się, że się zbyt przywiążę do tej dziewczyny, a ta na to nie zasługiwała. Mówiła o biednej pannie Żukow z niezwykłą porywczością. Prawdę powiedziawszy, nie byłam wcale ukontentowana tą sceną ani przekonana do tego, o czym mówiła cesarzowa. Zmartwiło mnie tylko ogromnie nieszczęście panny Żukow, odesłanej z dworu tylko dlatego, że polubiłam ją bardziej niż inne dzięki jej otwartemu usposobieniu. Przecież, powtarzałam sobie, po co by ją do mnie przydzielano, gdyby nie była tego godna? Moja matka nie mogła jej wcale znać ani nawet z nią rozmawiać, bo nie zna rosyjskiego, a mała Żukow nie zna innych języków. Matka mogła jedynie odnosić się do tego, co głupiego usłyszała od Schenck, pozbawionej w ogóle zdrowego rozsądku. Ta dziewczyna cierpi z mojego powodu, myślałam, a więc nie można opuszczać jej w nieszczęściu, którego powodem jest tylko to, że ją polubiłam. Nigdy się nie dowiedziałam, czy matka naprawdę prosiła cesarzową o oddalenie tej dziewczyny ode mnie. Jeśli tak było, to matka wybrała posunięcia ostrzejsze, zamiast łagodniejszych, nigdy bowiem nie powiedziała mi nic o tej dziewczynie. A jedno jej słowo wystarczyłoby, żeby przynajmniej ostrzec mnie przed zbytnim przywiązaniem, przecież i tak bardzo niewinnym. Z drugiej strony cesarzowa również mogła postąpić mniej radykalnie. To młoda dziewczyna, wystarczyło znaleźć jej odpowiednią partię, co przecież byłoby bardzo łatwe, a tymczasem postąpiono z nią tak, jak to opowiedziałam.

Gdy cesarzowa nas odesłała, wielki książę i ja odeszliśmy do swoich apartamentów. Zorientowałam się po drodze, że cesarzowa uprzedziła swego pana siostrzeńca o tym, co się miało wydarzyć. Przedstawiłam mu swoje obiekcje i dałam mu do zrozumienia, że ta dziewczyna jest nieszczęśliwa tylko dlatego, że podejrzewano, iż jestem do niej zbyt przywiązana, więc skoro cierpi z powodu przyjaźni dla mnie, to uważam, że nie mam prawa jej opuścić, przynajmniej w tej mierze, w jakiej zależy to ode mnie. Rzeczywiście, od razu przez mojego kamerdynera wysłałam jej pieniądze, ale powiedział mi, że razem z matką i siostrą wyjechała już do Moskwy. Poleciłam mu wysłać sumę, jaką dla niej przeznaczyłam, przez jej brata, sierżanta gwardii. Powiedziano mi jednak, że i on dostał rozkaz wyjazdu wraz z żoną i jest oficerem w jakimś regimencie polowym. Nie mogłam w żaden sposób zrozumieć przyczyny takiego postępowania. Wydaje mi się, że było to robione dla kaprysu, z bezinteresownej niechęci, bez najmniejszego powodu. Na tym się jednak nie skończyło. Za pośrednictwem mojego kamerdynera i kilku innych osób starałam się znaleźć dla panny Żukow odpowiednią partię. Zaproponowano pewnego sierżanta gwardii, zamożnego szlachcica, Trawina. Wyjechał więc do Moskwy z zamiarem ożenku, gdyby się spodobał. Poślubił ją rzeczywiście i został lejtnantem w którymś z regimentów polowych. Gdy tylko cesarzowa się o tym dowiedziała, zesłała ich do Astrachania. Trudno doprawdy zrozumieć powód tych prześladowań.

W Pałacu Zimowym wielki książę i ja mieszkaliśmy w pokojach, które już wcześniej były nam przeznaczone. Apartament wielkiego księcia oddzielony był od mojego ogromnymi schodami, które prowadziły również do apartamentów cesarzowej. Gdy szłam do niego albo on do mnie, musieliśmy przechodzić przez ten wielki podest, co nie było rzeczą najwygodniejszą w świecie, zwłaszcza zimą. Chodziliśmy jednak tam i z powrotem po kilka razy dziennie. Wieczorami chodziłam do niego pograć w antyszambrze z szambelanem Bergholzem, gdy wielki książę zabawiał się w wojsko w innym pokoju. Moje partyjki bilardu przerwało odwołanie przez cesarzową pod koniec zimy 1746 roku panów Brummera i Bergholza z otoczenia wielkiego księcia. Zima 1746 upłynęła na licznych maskaradach w najznamienitszych domach miasta, bardzo wówczas niewielkich. Dwór i cała socjeta z miasta uczestniczyły w nich regularnie.

Ostatnią maskaradę urządził w styczniu generał policji Tatiszczew w budynku należącym do cesarzowej, zwanym Pałacem Smolnym. Wnętrze tego drewnianego domu strawił pożar, pozostały tylko piętrowe skrzydła. W jednym z nich tańczono, na kolację należało jednak przejść przez zaśnieżony dziedziniec, a po kolacji wrócić tą samą drogą. Po maskaradzie wielki książę położył się jak zazwyczaj, ale nazajutrz obudził się z bardzo dokuczliwym bólem głowy, który unieruchomił go w łóżku. Wezwałam natychmiast lekarzy, którzy stwierdzili bardzo silne majaczenie gorączkowe. Wieczorem przeniesiono go z mojego łoża do pokoju audiencyjnego, gdzie puszczono mu krew i położono w przygotowanym specjalnie łóżku. Krew puszczano mu kilkakrotnie, ale jego stan wciąż był bardzo poważny. Cesarzowa zachodziła zobaczyć go kilka razy dziennie, a widząc łzy w moich oczach, dziękowała mi. Któregoś wieczoru, gdy czytałam modlitwy wieczorne w małej kaplicy obok mojej garderoby, weszła pani Izmajłowa, którą cesarzowa bardzo lubiła. Powiedziała, że cesarzowa, widząc mnie zmartwioną chorobą wielkiego księcia, przysłała mi ją z przykazem, bym miała ufność w Bogu, bym się nie martwiła oraz że ona nie opuści mnie w żadnym przypadku. Pani Izmajłowa zapytała, co czytałam, odparłam, że wieczorne modlitwy. Ostrzegła mnie wówczas, że mogę sobie zepsuć oczy, czytając przy świeczce tak małe literki. Poprosiłam, by podziękowała Jej Cesarskiej Mości za łaskawość i dobroć, i rozstałyśmy się bardzo serdecznie. Ona poszła zdać sprawę ze swego poselstwa, ja położyłam się spać. Nazajutrz cesarzowa przysłała mi modlitewnik drukowany dużymi literami, bym oszczędzała oczy, jak powiedziała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pamiętniki cesarzowej Katarzyny II jej własną ręką spisane 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002