Uniwersum Metro 2033. Wędrowiec

Uniwersum Metro 2033. Wędrowiec

Autorzy: Suren Cormudian

Wydawnictwo: Insignis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 17.94 zł

„Ludzkość musiała przejść przez czyściec, by wydać z siebie nowy podgatunek, który reprezentował teraz ten Wędrowiec. Jest czysty w swoich zamiarach. Szczery. Dobry. Niemal święty”.

Moskiewskie metro, rok 2033. Po długiej wyprawie na powierzchnię stalker Siergiej Minimalny wraca na Tulską, swoją macierzystą stację. Tam staje się uczestnikiem tajemniczych wydarzeń, które zwiastują śmiertelne zagrożenie dla ocalałych pod ziemią i w ruinach Moskwy. Chcąc ich uratować, Minimalny – wraz z nieoczekiwanym partnerem – podejmuje się karkołomnej misji.

***

Wędrowca czyta się jednym tchem. Bohaterowie są tak autentyczni, że w kilka minut staną się twoimi najlepszymi kumplami. Powieść ma wyjątkowy klimat i wciąga niepowtarzalną fabułą; jest przy tym pełna akcji i zagadek. W metrze Surena, jak w życiu, jest wszystko: radości, zmartwienia, bolączki, lęki. To żywa i prawdziwa książka. Zaręczam, że wam się spodoba. – Dmitry Glukhovsky

Tytuł oryginału

Метро 2033: Странник

Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2013–2018

Copyright © Suren Cormudian, 2010

All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Pomysł serii Uniwersum Metro 2033 © Dmitry Glukhovsky, 2009–2018

Przekład z języka rosyjskiego

Paweł Podmiotko

Redakcja i korekta

Tomasz Porębski, Marcin Piątek

Projekt okładki

Ilja Jackiewicz

Projekt logotypu serii

Jacek Doroszenko, www.doroszenko.com

Mapa

Leonid Dobkacz

Skład

Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ta jest dziełem wyobraźni. Nazwiska, postacie i wydarzenia zostały wymyślone przez autora i są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do zdarzeń, miejsc lub osób rzeczywiście istniejących obecnie lub w przeszłości jest czysto przypadkowe.

ISBN pełnej wersji 978-83-65743-86-2

Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

1

RUTYNA

Rozdział 1

POWIERZCHNIA

„A dolar spadł. Tak dobrze wszystko szło i nic nie zapowiadało nieszczęścia”, pomyślał Pap, spoglądając z ukosa na cudem zachowaną wywieszkę kantoru, na której na zawsze zastygł kurs wymiany walut z ostatniego dnia świata.

Zresztą do diabła z tym całym dolarem i przeszłością, która i tak nie wróci. Teraz niepokoiło go co innego. Świt.

Bezlitosna tarcza podnosiła się zza linii horyzontu gdzieś tam, za ruinami miasta. Słońca nie było widać, ale odblaski pierwszych promieni w ocalałych szybach okiennych przypominały już o tym, że nadchodzi, by wypalić wszystko, co żywe. Liliowe tony jaśniejącego nieba szarpały nerwy.

Pap śpiesznie posuwał się w stronę dużego budynku. Niegdyś był to blok mieszkalny. Chyba trzeba będzie przeczekać w nim dzień. Kiedy wzejdzie słońce, nie będzie już żadnych szans, by się przed nim schronić. Nic go nie uratuje. Nawet ciężki pancerny skafander, który przydaje się w starciach z rozmaitymi uzbrojonymi w pazury stworami żyjącymi na powierzchni. Promieniowanie kosmiczne przenikało przez powstałe po Kataklizmie dziury ozonowe i dobroczynne kiedyś promienie stały się groźne dla człowieka.

Przecinając szeroką ulicę, Pap podziękował w myślach szczurom. Tym samym, których wszyscy nienawidzili i które starali się wytępić. Oczywiście zwykłym szczurom, a nie stworom, w które z czasem zmutowały w wyniku radiacji.

Wiedział, że zwykłe szczury wyczuwają promieniowanie rentgenowskie. Mają w organizmie jakiś zmysł pozwalający im poczuć podwyższone promieniowanie niczym zapach i trzymać się od niego z daleka. Były też jednymi z niewielu stworzeń, które mogły zamieszkiwać w dwóch środowiskach.

On sam, wolny stalker Siergiej Minimalny zwany Papiernikiem albo po prostu Papem, też należał do takich istot. Szczury, tak jak i Pap, wciąż żyły w jedynym znanym ośrodku prawdziwej cywilizacji – moskiewskiej kolejce podziemnej, a także tutaj, na powierzchni. To, co kiedyś było szczęśliwym miastem, teraz bardziej przypominało koszmar z fantastycznych książek opisujących nieprzyjazną obcą planetę.

Niech żyją szczury! To właśnie ich zachowanie podpowiadało, jak powinien postępować człowiek na powierzchni ziemi, które godziny w ciągu doby lepiej nadają się do życia. Dzięki im, niech je cholera… Nie, nie tej poczwarze wielkości kucyka, która skrada się za nim, wyszedłszy spod przekrzywionej ściany kantoru.

– Czego tu chcesz? – burknął cicho Siergiej, odwracając się i obrzucając ją przelotnym spojrzeniem. – Spadaj z powrotem! Zaraz będzie z obojgiem nas źle.

Ale mutant dalej wlókł się za nim. Dla tego wytworu Kataklizmu promieniowanie i palące słońce pewnie były fraszką. Tak… Pojawiły się różne zwierzątka. Oczywiście większość stworów – tych, których nocą pełne były wszystkie ulice – już skryła się w swoich norach i gniazdach. Za to inne, mniej liczne, ale równie niebezpieczne, powyłaziły, żeby przetrząsać kryjówki śpiących i polować na siebie nawzajem. Siergiej znów się odwrócił. Nie, to coś jednak nie przypomina szczura. Prędzej warana – co i rusz wysuwa rozdwojony język i niespieszne, ale uparcie lezie za nim.

– Sio, mówię – mruknął stalker przez maskę przeciwgazową. – Proszę cię po dobroci, spadaj. To twoja ostatnia szansa. Drugiej nie będzie.

Nie… Nie reaguje, zaraza. Nie rozumie po rosyjsku.

Siergiej dotarł wreszcie do budynku i wszedł do czerniejącej czeluści klatki schodowej. Szybko uniósł z wizjera maski „filtry”: żeby chronić wzrok przed palącym słońcem, przystosował podwójne szkła polaryzacyjnych i ultrafioletowych filtrów fotograficznych, które dawno temu zdobył w jednym ze zniszczonych sklepów.

Zrzucił wojskowy plecak, odpiął zamocowany na pasku przy nodze ciężki klucz nastawny i zaczekał. Stwór dobrnął do domu i wsunął łeb do klatki schodowej. Teraz należało porządnie przyłożyć mu narzędziem. Zwierzę zachrypiało i rozpłaszczyło się w wejściu. Z jego roztrzaskanej czaszki pociekła brunatna masa.

– Uparty głupek. Przecież cię ostrzegałem: nic dobrego z tego nie będzie – burknął Siergiej, zarzucił plecak i ruszył po schodach w górę.

Sypiący się tynk. Odrapane ściany. Do tego chyba ślady wielkich pazurów. Co za stwór tu skrobał? Siergiej wchodził coraz wyżej. Lepiej przeczekać dzień na górnych piętrach. Mniejsze prawdopodobieństwo, że wejdzie tam jakiś mutant, z którym trzeba będzie sobie radzić kluczem nastawnym.

Na platformie między trzecim a czwartym piętrem ktoś siedział, oparty plecami o dziurawy ze starości przewód zsypu na śmieci. Pap zatrzymał się, machinalnie kładąc rękę na kaburze z pistoletem. Chyba trup. W ekwipunku bojowym i hełmie typu sfera z opuszczoną zasłoną. Siergiej ostrożnie zbliżył się do nieboszczyka, przyglądając się wzmocnionemu płytami pancernymi mundurowi, który jakoś dziwnie obwisał. Zdawało się, że w środku nie ma ciała. Stalker ostrożnie uniósł hełm końcem klucza nastawnego i od razu odskoczył, widząc pod nim rojącą się od białych larw ludzką czaszkę. Wyglądało na to, że pod tym ubraniem został tylko szkielet.

– Cóż, wybacz, przyjacielu. Nie mam teraz do ciebie głowy. Zaraz sam usiądę na wieki, jeśli zostanę na pogaduszki – mruknął Siergiej, idąc na następne piętro. – Na zewnątrz i tak jest już zupełnie jasno.

Pap wspiął się pięć schodków wyżej, gdy nagle usłyszał dziwne wycie. Stalker ostrożnie wszedł na podest i przygotował pistolet. Wycie dobiegało z szybu windy. Przywarł do drzwi. Dźwięk dochodził chyba z samego dołu. Choć tyle dobrego. Na czwartym piętrze można już poprzestać. Stalker pchnął drzwi do mieszkania, którego okna, według jego obliczeń, powinny wychodzić na zachód – w stronę przeciwną do wschodzącego słońca. Te, okropnie skrzypiąc, zaczęły powoli otwierać się do środka. Popchnął je jeszcze i wtedy zardzewiałe zawiasy nie wytrzymały; drzwi z łoskotem runęły na ziemię. Siergiej zaklął, mrużąc oczy z irytacji i wciskając głowę w ramiona. Westchnąwszy, wszedł do przedpokoju, podniósł drzwi i wstawił je na miejsce. Potem, widząc leżącą na podłodze zardzewiałą lodówkę, przyciągnął ja do drzwi i podparł je. Teraz nikt, a raczej nic nie wejdzie niezauważalnie do środka. Trzeba szybko zlustrować mieszkanie, żeby sprawdzić, czy ktoś już w nim nie zamieszkał. Pap wszedł do salonu. Na wersalce leżał zmumifikowany trup okryty przeżartym przez mole pledem. Taa, tłoczno coś w tym budynku…

– Przepraszam, że ja tak bez pukania – mruknął zza maski Siergiej; przy takiej robocie bez mówienia do siebie można kompletnie ześwirować. – Po prostu wpadłem napić się wody, no i jeść się chce, a nie ma gdzie przenocować. Dokładniej przedniować. – Westchnął, spoglądając na milczącą mumię, machnął ręką i mruknął: – No, bądź zdrów, nie kichaj – i wyszedł.

Po wejściu do sypialni stalker osłupiał. Okno oczywiście dawno już nie miało szyb. Na szerokim łóżku leżało wielkie, splecione z gałęzi i drutu gniazdo, w którym spoczywało dziewięć brunatnych jaj w nieregularne białe plamy. I jaja też były ogromne.

– Niedobre to mieszkanie – wyszeptał Siergiej, rozglądając się dookoła. – Tak, to już nie żarty.

Wiedział, co to za stwór uwił tu gniazdo. Ogromny ptak z torsem większym od ludzkiego i wielkimi błoniastymi skrzydłami. Na wspomnienie jego potężnych łap i drapieżnego zębatego dzioba Siergiejem aż zatrzęsło. Piekielne stworzenie, które niczego się nie boi. Tu nie pomoże ani klucz nastawny, ani pistolet. To ohydztwo wyróżnia się niewiarygodną żywotnością, a rany goją się na nim wprost błyskawicznie. Tu potrzeba minimum automatu kalibru 7,62, a on miał tylko AKSU 5,45, do tego bez naboi.

Siergiej szybko wyszedł z sypialni. Z salonu, w którym leżał trup, wziął krzesło i podparł nim drzwi (dobrze, że jakieś były). Z drugiej strony może to i dobrze, że jest to gniazdo? Inne stwory będą się zwyczajnie bały tu zapuszczać. Chociaż jakieś drapieżniki może połakomią się na ukryte jaja. No to mamy dylemat… Tymczasem słońce już wzeszło i nie było czasu na poszukiwania innej kryjówki. Stalker pospiesznie zajrzał do trzeciego pomieszczenia. Kiedyś pewnie był to pokój dziecinny. Żadnych gniazd ani stworów tu nie było.

Jednak Pap w końcu zdecydował się na pozbawioną okien łazienkę. Poświecił latarką i upewniwszy się, że jest bezpiecznie, zamknął za sobą drzwi. Zainstalował alarm – na klamkę drzwi założył pustą puszkę po konserwie, pozostałość nocnej uczty na ulicy Sierpuchowski Wał. Jeśli ktoś spróbuje wejść, puszka zabrzęczy o podłogę. Stalker postawił plecak pod drzwiami i ułożył się w wannie. No i już. Teraz można przeczekać dzień i mordercze promienie słońca. Siergiej pomyślał, że wychodząc, trzeba będzie poświęcić jeden granat i zrobić w gnieździe pułapkę z żyłką. Przecież tam dojrzewa aż dziewięć drapieżnych stworów.

– Zobaczymy, zobaczymy, jak to będzie… – wymamrotał, z rozkoszą zdejmując z twarzy maskę przeciwgazową.

Trzeba zaznaczyć potem ten dom na mapie: tu jest gniazdo tej bestii, a jeszcze jakieś plugastwo wyje w szybie windy. Tak. Dom koniecznie trzeba zaznaczyć… Co tam było w pokoju dziecka? Kątem oka zdążył dostrzec łóżko i stolik w kącie. Tak. Dziwne, że jeszcze zachowały się meble. Na stole stał nawet komputer, cały osnuty gęstą pajęczyną. A obok klawiatury otwarte pudełko na płyty. Jakiś chłopak pewnie grał, kiedy na niego i na cały świat zwalił się Kataklizm. Wszyscy zabijaliśmy wtedy mnóstwo czasu, grając na swoich komputerach. Jakie to głupie! Nie ceniliśmy tego, że mogliśmy wychodzić z domu, oddychać bez maski przeciwgazowej, patrzeć na dzienne niebo i cieszyć się ciepłymi promieniami słońca. Ale kto mógł wtedy uwierzyć, że parę lat później wszystkie te rozrywki będą dla człowieka śmiertelnie niebezpieczne!

Z tymi myślami Pap usnął.

Obudziło go wściekłe skrzeczenie. Gwałtownie otworzył oczy. Całkowita ciemność. Pap poderwał rękę i spojrzał na ledwie świecący cyferblat zegarka. Pierwsza w nocy?

– Ładnie pospałem… – wyszeptał Siergiej i usłyszał, jak krzyki stwora się nasiliły. Tamten jakby wyczuł jego przebudzenie.

Stalker przycisnął dłoń do czoła i ciężko westchnął. Oczywiście dał ciała. Trzeba było stąd spadać przed przylotem tej bestii. Teraz wróciła i poczuła, że ktoś był obok jej gniazda, do tego nie odszedł, tylko znajduje się w pobliżu. Niech to licho, trzeba było zostawić w gnieździe granat pułapkę jeszcze rano…

Stwór dalej wrzeszczał. Rozległ się trzask i Siergiej wyobraził sobie, jak mutant rozwala dziobem drzwi. Raczej nie będzie się pchać głębiej do ciasnego mieszkania. Jeśli zacznie strzelać do niego z pistoletu, zdąży się wyrwać z budynku. Za to na zewnątrz, trzeba będzie pokonać spory dystans bez osłony, póki nie dobiegnie do ojczystej Tulskiej. I to coś będzie na niego pikować, jak przeklęty faszystowski bombowiec-ścierwnik z książek o wojnie.

A stwór dalej wrzeszczał i skrzeczał…

– No, czego się tak drzesz – burknął Siergiej, zdając sobie sprawę, że „ptaszek” wie o jego obecności i nie ma sensu siedzieć w milczeniu. – Ja oczywiście rozumiem, spędziliśmy razem cudowną noc. Ale przecież niczego nie obiecywałem, a ty mnie od razu ciągniesz do ołtarza, do tego z dziewięciorgiem dzieci. Z tyloma nie dam rady. Poza tym jestem przecież stalkerem samotnikiem, więc o jakiej rodzinie ty mi tu w ogóle opowiadasz? Gdybym ja wiedział, jaka z ciebie histeryczka…

Stwór krzyknął jeszcze wścieklej. Dźwięk, który nastąpił potem, wymownie wskazywał, że rozniósł drzwi do pokoju na kawałeczki. Cholera jasna, co robić? Wyskoczyć i rzucić granat, a potem w nogi? Jest to oczywiście jakaś opcja. Ale ile plugastwa zbiegnie się na dźwięk eksplozji? A przecież przed opuszczeniem mieszkania trzeba odsunąć lodówkę. I jakie ma przy tym szanse dostać w tyłek odłamkiem własnego granatu? Tak, wybór był niewielki.

Nagle stwór umilkł.

Siergiej wytężył uwagę, powoli wyciągając granat z kieszeni kamizelki taktycznej. Dlaczego ucichł? I to tak gwałtownie. Nie, nie wyniósł się, usłyszałby to. Po prostu umilkł. Stalker wiedział z doświadczenia, że tego rodzaju stwory nie uspokajają się, póki nie dopadną tego, kto zagraża ich gniazdu. A ten się zamknął. Czemu?

I teraz, kiedy można było wsłuchać się w przenikliwą ciszę, Pap rozpoznał ciężkie, głośne kroki na klatce schodowej budynku. Widocznie usłyszał je też stwór, dlatego ucichł, starając się rozpoznać naturę dźwięków. A to znaczy, że nie szedł tam człowiek, przecież ludzi skrzydlate bestie wyczuwały bezbłędnie.

Kroki rzeczywiście nie należały do człowieka. Coś stąpało tak, jakby ważyło tonę i nie rozkładało ciężaru równomiernie, ale zwalało się całą masą na każdą nogę dotykającą w danej chwili schodów.

Ale, co najciekawsze, w budynku nie czuło się wibracji od kroków.

– Co tak milczysz, kochana? – zwrócił się Siergiej do skrzydlatej bestii. – Mąż wrócił, tak? A o mężu mi niczego nie mówiłaś, zarazo.

Tamta kłapnęła dziobem i cicho ryknęła, jakby każąc mu się zamknąć i nie przeszkadzać w przysłuchiwaniu się krokom. Te wyraźnie interesowały ją bardziej niż zamknięty w łazience człowiek.

Kroki zbliżały się i tupanie ustało dopiero przy samym wejściu do mieszkania. Znów zapanowała cisza, jeszcze bardziej złowieszcza. Chłód odłamkowego płaszcza granatu ręcznego w dłoni przeszył całe jego ciało i świadomość szepnęła stalkerowi: „TO KONIEC”. Tak. Bywa, że stalkerzy wychodzą na powierzchnię i nie wracają. To należy do porządku rzeczy. Taka już jest powierzchnia i taki ich fach. Bywa, że giną i znacznie bardziej doświadczeni od niego. I czasem giną głupio. Tak jak teraz. Siergiej znalazł się w pułapce, z której nie ma wyjścia. Co najwyżej wypaść z łazienki, popędzić do pokoju dziecięcego i wyskoczyć przez okno. Nader pomysłowe, biorąc pod uwagę to, że mieszkanie znajduje się na czwartym piętrze. Do tego, kiedy będzie spadał, skrzydlaty stwór ma wszelkie szanse złapać go w locie. Ach, gdyby to on miał takie skrzydła! Taki mocny, najeżony zębami dziób jak on… Taaa… Wtedy nie byłby z niego Pap, tylko taki sam stwór. Wtedy trzeba by było pożerać innych uczciwych stalkerów. A co poradzisz? To nie nasza wina, to życie…

Chłód granatu mówił teraz o tym, że będzie trzeba wykorzystać go przeciwko sobie. Szans naprawdę nie było. Przycisnął granat do czoła i zaczął wspominać swoich znajomych i przyjaciół, którzy nie wrócili z wypadu na powierzchnię albo zginęli na jego oczach. Czyżby nadeszła jego kolej?

Stalker ciężko westchnął, gładząc kciukiem zawleczkę. Trzeba zabrać któregoś z tych potworów ze sobą. Żeby nie było nudno umierać. Ale, niech to licho, jakie to jest straszne…

I nagle znów zabrzmiały kroki. To coś na klatce ruszyło dalej, na półpiętro, i sądząc z odgłosów, zaczęło schodzić. Jak się zdaje, straciło zainteresowanie mieszkaniem, w którym znajdował się Siergiej, kreaturą ze swoim wylęgiem w gnieździe i leżącym w salonie trupem, który w ogóle już dawno miał wszystko w tyle. Minimalnemu szaleńczo zabiło serce. Czyżby pojawiła się szansa? Skrzydlata bestia zaskrzeczała i zakłapała paszczą, przypominając, że jeśli nawet było wyjście, to wcale nie tak szerokie, jak by się chciało. Ale mimo wszystko…

Kroki oddalały się i wściekłe okrzyki skrzydlatego stwora znów zaczęły się nasilać. Siergiej zmrużył oczy, starając się skupić uwagę na dźwiękach kroków, żeby zorientować się, kiedy tamto coś opuści klatkę schodową, oczywiście jeśli w ogóle zamierzało to zrobić. Wkrótce głośnych, ciężkich stąpnięć nie było już słychać. Być może TO COŚ się zatrzymało. Albo odeszło. Albo nie słychać go przez tę paskudę, która znów drze się w sypialni, miotając swoje diabelskie przekleństwa.

Aaa niech to! Raz kozie śmierć. Stalker szybko założył plecak, wymacał, czy klucz nastawny i pistolet są na miejscu, i otworzył szeroko drzwi. W mieszkaniu nie było tak ciemno, jak się spodziewał. Z okna dobiegało widmowe nocne światło księżyca w pełni, padające na ohydny długi pysk właścicielki gniazda wystający przez drzwi.

„Niech to szlag, jak mogłem zapomnieć!” – przemknęło mu przez myśl.

Przecież nie ma dla stalkera większej głupoty niż znaleźć się na powierzchni podczas pełni. Wtedy wszystkie te stwory są jeszcze bardziej rozjuszone i drapieżne. Wtedy jest ich sto razy więcej i zjawiają się egzemplarze rzadkie nawet jak na ten straszny nowy świat.

Siergiej pobiegł do wyjścia. Bestia wprost oszalała z wściekłości i zaciekle skrzecząc, zaczęła wciskać się do salonu. Pap szybko chwycił lodówkę i przewrócił ją na bok. Potem odrzucił drzwi, wyciągnął zawleczkę i cisnął granat w kierunku stwora.

– Żryj! – zawołał, zbiegając po schodach.

Za nim dał się słyszeć wściekły wizg zagłuszający huk eksplozji.

Siergiej pospiesznie schodził na dół, żeby jak najprędzej opuścić ten przeklęty dom. W biegu zauważył, że siedzący trup, oparty plecami o zsyp, zniknął.

Minąwszy pierwsze piętro, Pap znów usłyszał straszliwe wycie w szybie windy. Dźwięk osiągnął nieznośną dla uszu częstotliwość i nagle poniósł się w górę. Siergiej wyraźnie słyszał, jak wycie pomknęło wzdłuż szybu pod sam dach budynku i zaczęło szybko wracać. Wreszcie parter! Wyjście!

Tamto podobne do warana stworzenie, które rano musiał zatłuc kluczem nastawnym, zamieniło się w garstkę kości i ogryzioną czaszkę. Siergiej przestąpił przez nie, przy czym nachylił się i zabrał ze sobą masywną kość udową.

Na oświetlonej przez księżyc w pełni szerokiej ulicy ktoś stał.

Istota zaczęła powoli obracać się w stronę stalkera. Przy tym nie odwracała po prostu głowy, ale właśnie obracała się całym ciałem, niezgrabnie przestępując z nogi na nogę. I Siergiej nagle rozpoznał w niej tamtego trupa siedzącego przy zsypie na śmieci, w hełmie na głowie.

Stalker nie zaczął się nawet zastanawiać, jak to możliwe. Po prostu rzucił się do biegu w stronę ojczystej stacji metra. Niewygodny plecak latał mu z boku na bok, ale nie było czasu, żeby zaciągnąć paski: nad głową zatrzepotały skrzydła i dał się słyszeć znajomy skrzek. Siergiej gwałtownie się odwrócił, i to tak, że plecak niemal go przeważył i przewrócił, po czym rzucił stworowi szczątki „warana”. Bestia złapała je dziobem. Stalker kontynuował ucieczkę, słysząc trzask kruszonej kości i łopot skrzydeł.

Zdążył zauważyć, że stwór trzyma się w powietrzu niezbyt pewnie – widocznie wybuch granatu uszkodził mu błony skrzydeł. A jednak się zbliżał. Minimalny uciekał dalej, pochylając się i w biegu wyciągając z kabury pistolet. Zawisł nad nim ogromny cień. Uzbrojone w szpony łapy wpiły się w plecak i Siergiej poczuł, jak asfalt usuwa mu się spod nóg. Nie wolno zwlekać, trzeba się wyrwać, póki jest nisko. Stalker wykręcił się i wystrzelił bestii prosto w dolną szczękę. Stwór wypuścił go i z krzykiem skierował się w górę. Siergiej runął z około trzech metrów i klnąc, zaczął rozcierać stłuczone nogi, nieustannie się przy tym rozglądając. Okazało się, że trup w hełmie przez cały ten czas szedł za nim, kołysząc się z nogi na nogę i rozpościerając ramiona.

– A ty tu po co?! Jesteś, kurde, szkieletem i nie możesz chodzić!

Jednak na nieboszczyka ten ważki argument nie zadziałał. Siergiej rzucił w niego kawałkiem asfaltu. Ten głośno uderzył w hełm i odskoczył. Z góry znów dobiegł krzyk skrzydlatej bestii. Stwór wzbił się wysoko i był wyraźnie widoczny na tle jasnego księżyca w pełni.

– Batman, taka twoja mać! – wycedził przez zęby Minimalny.

Ruszył biegiem, tym razem wyraźnie utykając. Skrzek stwora coraz bardziej się zbliżał. Potwór znów spikował na stalkera. Siergiej odwrócił się, wycelował i nacisnął spust. Trafił czy nie, trudno było się zorientować. Ale bestia nagle ostro skręciła i zwaliła się na trupa w hełmie. Uniosła go i znów wzbiła się w nocne niebo. Na tle księżyca było widać, jak rozszarpuje biedaka na strzępy. Niestety nie starczało czasu, by nacieszyć wzrok. Gdzieś obok runął i poturlał się w bok hełm typu sfera.

Uciekać! Uciekać!!!

Pap dotarł do budynku po przeciwległej stronie szerokiej ulicy i przylgnął do ściany, pospiesznie dociągając pasy, żeby plecak nie bił go z taką siłą po plecach. W najbliższym oknie rozpadły się na kawałki resztki szyby, z ramy posypały się drzazgi. Ze środka wyleciało jakieś stworzenie i z przestrachem odskoczyło od Siergieja.

– No, przynajmniej coś w tym mieście się mnie boi – prychnął Minimalny, a potem szybko ruszył naprzód, trzymając się tuż przy ścianie. Kiedy dotarł do węgła budynku i znalazł się na skrzyżowaniu, odkrył, że zwierzę pokonało lęk i postanowiło pójść za nim.

Siergiej zamarł, przywierając do narożnika niskiego budynku, i patrzył na stwora. A stwór też się zatrzymał i zachowując na razie pełen respektu dystans, patrzył na niego, przechylając na bok szkaradny łeb. Stalkerowi zaparło dech. Stwór stał obok czegoś przypominającego ścięte na wysokości trzech metrów grube drzewo bez gałęzi. Stalker domyślał się, co to takiego, ale nie mógł uwierzyć, że znajduje się tam, gdzie nie było go jeszcze wczoraj, i właściwie nie powinno być. Wierzchołek „drzewa” nagle wybuchł tysiącem długich i cienkich macek. „Drzewo” w mgnieniu oka chwyciło kwiczącego z przerażeniem mutanta, uniosło nad sobą i zaczęło wpychać go do „pnia”.

„Gorgon!”, przemknęło przez myśl Siergiejowi. „Skąd tutaj?”.

Stalkerzy dobrze znali ten dziwny wytwór Kataklizmu. Gorgony tkwiły w różnych zakątkach miasta, udając martwe, ścięte albo wypalone drzewa (może i kiedyś nimi były?), i łapały nieostrożne stwory oraz pechowych ludzi, którzy trafiali w ich pobliże. Ale przecież wszyscy wiedzą, że gorgon nie potrafi się przemieszczać. Tępo stoi w miejscu i tyle.

Po połknięciu stwora gorgon kiwał się przez kilka sekund i nagle wyciągnął się, wygiął, przechylił i ostro uderzył wierzchołkiem w rozbity asfalt, tworząc łuk. Podstawa gorgona natychmiast uniosła się do góry, zamieniając się miejscami z wierzchołkiem. W ten sposób potwór przesunął się o półtora metra w bok. Potem powtórzył swój trik, zbliżając się jeszcze trochę do Siergieja. Więc to tak! Gordony nauczyły się przemieszczać?! I co, teraz zawsze będą spacerować po mieście, czy to ta przeklęta pełnia jest wszystkiemu winna?!

Siergiej znów rzucił się do ucieczki. Teraz już na pewno nie może umrzeć. Trzeba przekazać nowiny przyjaciołom stalkerom i, oczywiście, zaznaczyć na planie miasta ten przeklęty dom, do którego zaprowadził go wczorajszy świt.

Musiał przeciąć jeszcze jedną dużą ulicę, prowadzącą szeroką wstęgą na wschód, po obu stronach której tkwiły mroczne sylwetki sypiących się wysokościowców. Sama ulica była pokiereszowana niekończącym się sznurem lejów po bombach. Zresztą należało się od nich trzymać jak najdalej, bo niektóre z nich były jak ruchome piaski i wciągnęły już pod ziemię niejednego stalkera. Oczywiście teraz Siergiej zmierzał właśnie tam, ale zupełnie nie w tym sensie. Jego droga prowadziła w podziemia metra, do ostatniego schronienia ludzkości zamieszkującej teraz całkowicie nieprzyjazną planetę.

Minimalny przeciął ulicę i dał nura w zaułek, lawirując między spalonymi i rozbitymi wrakami samochodów i lękliwie rozglądając się na boki. Jeszcze wczoraj mógł tędy iść znacznie spokojniej. Ale teraz wszędzie majaczyły mu gorgony. Czasem w uliczkach zdarzały się drzewa – złamane, wypalone. Ale, do licha, skąd wziąć teraz gwarancję, że to zwyczajne drzewa? Kolejny zaułek. Na razie wszystko idzie dobrze. Ulicę przed nim przeciął jakiś cień. W ruinach budynku po lewej coś zaszeleściło. Z tyłu zaskrzypiał przewrócony jeep. Ależ oczywiście, będzie tu spokojnie, a jak… Jednak budynki i ulice wyglądały teraz znajomo. Niedaleko było pożądane wejście na ojczystą stację. Trzeba przyspieszyć.

Na końcu kolejnej uliczki wśród stłoczonych aut widać było ogromny cień. Słychać było złowieszcze soczyste mlaskanie. Siergiej przykucnął, kryjąc się za przewróconym mikrobusem, i zaczął zastanawiać się, jak tu obejść to mlaszczące paskudztwo. Jednak na jego szczęście stwór nagle leniwie przelazł przez najbliższy samochód i zniknął. Stalker podniósł się i westchnął z ulgą, poprawiając plecak i sprawdzając klucz nastawny na udzie. Wszystko było niby w porządku. Ale…

Coś było nie tak.

Pap obrócił głowę w lewo. Nad nim zwisał jeszcze jeden ogromny stwór. Przypominał gigantycznego szczura, który usiadł na tyłku, podwinąwszy przednie łapy na piersi. Istota wznosiła się nad człowiekiem prawie na metr, przechylając głowę w prawo i patrząc na niego uważnie maleńkimi, świecącymi mętnym żółtawym blaskiem oczami. Cuchnęła tak, że nie pomagała nawet maska. Siergiej spróbował opanować strach swoim zwykłym sposobem – żartem. Może tym razem nie najbardziej udanym.

– Cześć – szepnął, unosząc pistolet ręką trzęsącą się czy to ze strachu, czy to ze zmęczenia po ekstremalnym biegu przełajowym po moskiewskich ulicach. – Nie masz nic przeciwko, żebym strzelił ci w oko?

Stwór pochylił łeb i cicho pisnął. W tej samej chwili na niebie nad nimi przemknął ogromny cień i rozległ się dźwięk, który zdążył już mu się porządnie sprzykrzyć tej nocy – znajomy skrzek. Zwierzę (czy co to było?) lękliwie rzuciło się do ucieczki, przesuwając masywnym cielskiem wraki samochodów. Taki to drapieżnik.

Siergiej od razu rzucił się w stronę stacji. Bestia na chwilę zawisła w powietrzu, spoglądając na rozbiegające się w różne strony ofiary, i wybrała człowieka. To ona, kochanieńka: dziurawe skrzydła, lata nie najlepiej. Nasz klient.

Stwór pragnął zemsty za odkrycie gniazda, granat i kulę w pysk. Ale tutaj Siergiej miał przewagę. Pościg odbywał się w wąskiej ulicy ze zwisającymi tu i tam powyginanymi słupami i poplątanymi resztkami przewodów prowadzącej tędy kiedyś linii trolejbusowej. Do tego człowiek posuwał się zgięty w pół, starając się nie unosić głowy ponad rozbite osobówki.

Ale stwór wcale nie miał ochoty się poddać. Co i rusz znajdował wolne miejsce i Siergiej czuł, jak owiewało go powietrze poruszane jego skrzydłami. Wściekła bestia biła po dachach samochodów, obok których Siergiej przemknął ułamek sekundy wcześniej, wyrywała drzwiczki, a nawet przewracała pojazdy, chcąc przygnieść wroga.

– Ja też się za tobą stęskniłem, zdziro! – krzyczał desperacko Pap, ledwie uchylając się od ataków.

Nagle rozległ się świst i z przodu coś zadudniło, rozświetlając noc jasnymi błyskami. Cekaem! Jakie to było szczęście – słyszeć, jak huczy cekaem! Z góry dobiegały trzaski rozrywanych błon skrzydeł przeklętego stwora. Bestia zaskrzeczała i czmychnęła w bok. Wbiła się w przekrzywiony słup. Runęła na ziemię. Dosięgli jej i tam. Ktoś użył miotacza płomieni. Znów zadudniły wystrzały. Latający stwór miotał się w agonii, skrzeczał i płonął.

– Tutaj! – dał się słyszeć okrzyk. – Szybciej!

Siergiej popędził w stronę ludzkiego głosu. Przed nim majaczyła już sylwetka stacji Tulska.

– Sierioga! To ty?!

– Ja, niech was szlag! – zawołał radośnie Pap.

– A my myśleliśmy, że to koniec! Wczoraj nie wróciłeś, czyli już po tobie!

– Walcie się! Wasze niedoczekanie!

Tak cudownie ludzkie ręce chwyciły go i pomogły posuwać się szybciej. Tu, przy wejściu na stację, było pięciu innych stalkerów.

– Nie widziałeś Sieni? – spytał ten po prawej.

– Kogo?

– Sieni, Kubryka!

– Nie! Chłopaki, orientujecie się, że gorgony chodzą?

Po lewej znów odezwał się cekaem.

– Że co?

– Mówię, że gorgony chodzą!

– A idź ty!

– Sam idź! A co jest z Kubrykiem?

Przed nim wyrósł potężny stalker z miotaczem ognia.

– Godzinę temu połączył się z nami gdzieś z okolicy Nagatinskiej. Powiedział, że słyszy płacz dziecka, poszedł szukać…

– I co?

– I tyle! Wywołaliśmy go dwadzieścia minut temu, w radiostacji słychać tylko trzaski i płacz dziecka. A on sam nie odpowiada.

– Kiepska sprawa.

– A ty jak?

– Takie rzeczy wam opowiem, że nie uwierzycie! – zawołał wesoło Minimalny.

– Zejdź do metra, Papiernik! Później będziesz swoje bajki opowiadać! – krzyknął ten z lewej.

– A wy co?! Przecież jest pełnia!

– A co my, nie wiemy? Trzeba znaleźć Sienię.

– Chłopaki! Pamiętajcie, że gorgony chodzą!

– Aha! A krowy latają! – zarechotał ktoś.

– Mówię poważnie, niech was szlag!

– Dobra, będziemy pamiętać. Chwała Bogu, że choć ty wróciłeś. Spadaj do metra! Teraz, po twoim wyjściu, nam nie pomożesz, prędzej będziesz ciężarem! Więc leć do domu, tam już mszę żałobną po tobie odprawiają. Jak się pospieszysz, zdążysz wziąć udział.

– Czegoś takiego nie można przegapić! – roześmiał się Siergiej i dał nura w czerniejące przed nim wejście na stację Tulska.

Schodził po schodach ruchomych do domu, w podziemia Moskwy.

Wychodząc z mroku na oświetloną skąpym czerwonawym światłem stację, Siergiej poczuł niewiarygodną ulgę. Peszyły go tylko kierowane na niego uważne spojrzenia ludzi. Dobrze go tutaj znali i niektórzy sądzili, że stalker, który spędził dzień na powierzchni, już nie wróci.

A Minimalny wrócił na złość wszystkim wrogom. Teraz czuł niesamowite zmęczenie i chociaż przespał cały dzień w tamtym pechowym mieszkaniu, miał teraz tylko jedno pragnienie: dotrzeć do swojego łóżka i znów zasnąć. W ciszy. Bezpiecznie. Leniwie opędzał się od ciekawskich mieszkańców stacji zawracających mu głowę pytaniami.

– Potem… – odpowiadał mruknięciami Siergiej. – Później…

W końcu stalker dotarł do swojego namiotu, padł na skrzypiące żałośnie łóżko i zamknął oczy. Co za rozkosz – spać w łóżku pod kołdrą! Jedna z niewielu przyjemności, które pozostały po dawnym życiu.

Prawie nigdy nic mu się nie śniło. Tęsknił za tamtymi czasami, kiedy nawiedzały go marzenia senne: we śnie mógł spotkać się z Ritą. Z Ritą, która nie zdążyła dotrzeć do metra i została na powierzchni na zawsze.

Rany na sercu się nie goją.

Rozdział 2

GOŚĆ

Obudził go ból w nogach. Trzeba było się nie lenić i zzuć buty, których nie zdejmował już którąś dobę. Siergiej podniósł się niechętnie i usiadł na brzegu łóżka. Obrócił głowę, krzywiąc się i rozcierając dłonią zdrętwiałą szyję.

Przy wejściu na wózku inwalidzkim siedział siwy mężczyzna z pomarszczoną twarzą i głęboką szramą na lewym policzku. Oglądał ślady pozostawione na plecaku Minimalnego przez szpony latającego stwora.

– Czołem, Kazimir – burknął ochryple Siergiej. Pierwsze słowo po długim i głębokim śnie zawsze brzmiało jakoś dziwnie, jakby mówił nie swoim głosem.

– Ale nas przestraszyłeś, Papiernik – westchnął Kazimir, kiwając głową z wyrzutem.

– W sensie?

– Tu już nikt nie liczył na to, że zobaczy cię żywym. No i w ogóle… zobaczy.

– No, daj spokój! – Siergiej ziewnął. – Wszyscy wiedzą, że ze mnie farciarz.

– Aha. Ja kiedyś też tak o sobie myślałem – uśmiechnął się niewesoło staruszek i przelotnie spojrzał na kikuty nóg, z których nie zostało nic poniżej kolan.

Kazimir sam był doświadczonym stalkerem. Właśnie on uczył Siergieja tego niełatwego rzemiosła i to od niego Minimalny przejął głębokie przekonanie, że stalker, który ma szczęście, działa sam. Brzmi to paradoksalnie i wątpliwie, ale Siergiej był całkowicie pewien, że wychodzić na powierzchnię samemu jest bezpieczniej niż w grupie. I chociaż z czasem Kazimir zrewidował swoje poglądy i uznał, że ten aksjomat nie jest wcale taki absolutny, Papiernik mimo wszystko trzymał się jego starej zasady. Jeden człowiek mniej przyciąga uwagę całego tego tałatajstwa, od którego roi się w mieście. Liczy tylko na siebie, dlatego jest bardziej skupiony i lepiej słyszy swój wewnętrzny głos. Kiedy jesteś sam, nie musisz odpowiadać za kogoś jeszcze, kogoś, kto może cię zawieść albo samemu wpaść w kłopoty i z głupoty czy lekkomyślności pociągnąć za sobą w odmęty śmierci i tych, którzy rzucą się na pomoc. Chociaż, jeśli już być do końca szczerym z samym sobą, Pap mógłby nie siedzieć teraz na swoim łóżku, gdyby przed wejściem na stację nie powitała go grupa dobrze uzbrojonych towarzyszy.

– No dobra, nie smuć. Przecież wróciłem w całkowitym porządku! – Siergiej mrugnął z uśmiechem do Kazimira.

– Ty tak. Ale grupa Łosia nie.

Stalker otworzył usta i utkwił wzrok w swoim byłym nauczycielu.

– Ale jak to?!

– A tak to. Wyszli przeczesać okolicę, nawiasem mówiąc, po ciebie i po tego obiboka Kubryka, i nie wrócili. Potem wyszli strażnicy z południowego i północnego portalu i zbadali wszystko przy wejściu. Nikogo nie było. Nie zapuszczali się do miasta, żeby samemu nie zniknąć. Do tego ta pełnia… – Staruszek westchnął.

– Zaczekaj, ale przecież to oni mnie powitali przed wejściem. Łoś powiedział, że Kubryk usłyszał gdzieś w ruinach w rejonie Nagatinskiej płacz dziecka i poszedł zobaczyć. Ile czasu minęło?

– Jakieś osiem godzin. – Kazimir wzruszył ramionami.

– To przecież jeszcze nic. Po co przedwcześnie wyprawiasz chłopakom pogrzeb? – zmarszczył brwi Siergiej.

Nagle pomyślał, że gdyby nie jego spóźnienie, to i oni nie musieliby wychodzić z metra podczas pełni. Chociaż… Był przecież jeszcze Kubryk…

– Nie wyprawiam. Ale tak czy owak, wychodzić w czasie pełni, to wiesz…

– Wiem, sam właśnie stamtąd wróciłem. I jak widzisz, nic mi nie jest.

– A mówisz, że co tam było z Kubrykiem? Dziecięcy płacz? Przy Nagatinskiej?

– Tak powiedział Łoś.

– Ciekawe. Ta stacja jest przecież porzucona – Kazimir mruknął z zadumą.

– Tak, ale on słyszał to dziecko na powierzchni. W ruinach.

– Jak to? Zaczekaj… – Kazimir poślinił palec wskazujący i z wewnętrznej kieszeni swojego starego wojskowego płaszcza wyjął złożoną we czworo kartkę papieru upstrzoną notatkami.

Kartka nieprzypadkowo wyglądała na nieco sfatygowaną: Kazimir, będąc jeszcze stalkerem, narysował na niej mapę ich świata. Był to plan Moskiewskiego Metra. Bardzo podobny do tamtych, które drukowali kiedyś w innym życiu na odwrotnej stronie ulotek reklamowych albo wieszali w wagonach pociągów elektrycznych. Tyle że ten plan odzwierciedlał rzeczywistość ich nowej ery. Były tam zaznaczone stacje Hanzy, do których należała i Tulska. Linia Czerwona stacji komunistycznych. Polis i Czwarta Rzesza, gdzie okopali się neofaszyści. Były zaznaczone osunięcia, zatopienia, rozmaite zagrożenia. Białe plamy, które należało zbadać. Co jakiś czas Kazimir nanosił poprawki, kiedy gdzieś zmieniła się władza albo zamieszkana stacja stawała się wymarła, jak dawno temu stało się to na przykład z Timirjazewską, spustoszoną przez inwazję szczurów. Co prawda przy Timirjazewskiej stał u Kazimira znak zapytania, ponieważ chodziły o niej różne słuchy… Mówiło się, że na zniszczonej przez szczury stacji pojawili się nowi mieszkańcy.

Wielu, bardzo wielu chciało mieć taki plan, gdzie we wszystkich szczegółach było widać, co czeka ich na tej czy innej stacji, w tym czy innym tunelu. Do Kazimira przychodziły czasem delegacje od grup diggerów, myśliwych i stalkerów. Sprzedawał im kopie swojego planu, z tego właśnie żył. Zwłaszcza że wśród stalkerów i myśliwych miał duży autorytet, co pozwalało staruszkowi w porę dowiadywać się od nich o wszelkich zmianach w geopolityce podziemnego świata bądź powstałych zagrożeniach. I oczywiście nanosić poprawki.

– O, zobacz – powiedział rzeczowo, rozkładając plan. – Kiedy w ogóle sprawdzaliśmy ostatnim razem Nagatinską? Głuchy kordon tam stoi, to wszystko. A co, jeśli znów jest zaludniona?

– Niby przez kogo? – Siergiej uśmiechnął się sceptycznie. – Kto mógł ją zasiedlić? Czy to nie przez naszą stację powinni byli tam przejść?

– Niekonieczne. Mogli iść z Awtozawodzkiej, przez Kaszyrską, Warszawską, Nachimowski Prospekt.

– Wątpię… Z Awtozawodzkiej, o tutaj, tory wychodzą na powierzchnię. – Siergiej stuknął palcem w plan.

– I co z tego? Naprawdę nie da się przejść tego odcinka?

– A jaki to ma sens? Nie prościej przez nas? My przecież nie jesteśmy Czerwoni, można się dogadać.

– A jeśli mieli jakieś powody?

– Jakie tam powody? – machnął ręką Pap.

– No dobrze, nasz uparciuchu. W takim razie skąd dziecięcy płacz?

– A licho wie. Mało to możliwości? Ja właśnie widziałem, jak szkielet w skafandrze i hełmie wstał i poszedł.

Kazimir się roześmiał.

– To zwidy, Sierioga. W czasie pełni tak bywa.

– Ale przecież go widziałem.

– Od tego są właśnie zwidy…

– Dobra już! – Pap machnął ręką z niezadowoleniem. – Chodź coś wszamać, hę? Jakoś niewygodnie tak gadać na pusty żołądek. A przy jedzeniu rozmowa to jest to.

Kazimir znów się roześmiał. Tym razem cicho i dobrodusznie.

– Dobrze, Sierioża. Chodźmy do mnie, nakarmię cię. I napoję herbatą, nawiasem mówiąc.

– Herbatą? – zdziwił się Minimalny.

– Właśnie. Wczoraj przyszli straganiarze, przynieśli herbatę z WOGN-u.

– Oho! Daleka droga. Kosztowna przyjemność. Naprawdę mnie poczęstujesz?

– A kiedyś czegoś ci żałowałem? – z wyrzutem pokiwał głową staruszek. – Poza tym moje mapy na razie są jeszcze coś warte. Szczególnie dla tych paserów, straganiarzy. – I odwrócił się, po czym zakręcił kołami swojego wózka, jadąc do wyjścia.

Namiot Kazimira stał obok. Na ziemi niczyjej pomiędzy nimi był ustawiony stolik, przy którym w wolny dzień lubili siedzieć przy szklaneczce albo po prostu jeść razem, przyglądając się życiu na stacji i prowadząc dyskusje. Siergiej lubił i szanował tego staruszka, i nie było dla niego niczego milszego od tych pogwarek w przerwach między podróżami po metrze i wyprawami na powierzchnię.

Minimalny wyciągnął swój plecak, żeby Kazimir w wolnej chwili mógł obejrzeć jego łupy. A te ostatnie odzwierciedlały odwieczną namiętność Papiernika do książek i czytania. Minimalny był jednym z niewielu stalkerów, którzy polowali wyłącznie na zadrukowane stronice, na papier, za co też otrzymał swoje przezwisko – o nic innego tu nie chodziło. Broń, ubrania, naczynia i inne potrzebne do życia graty zgarniał tylko przy okazji. Stalkerzy szukali zwykle książek w ramach kontraktu z Polis – tamtejsze władze dobrze za nie płaciły. Ale Siergiej Minimalny zdobywał książki przede wszystkim dla siebie.

Teraz, szeroko rozwalony na skrzypiącym krześle, niespiesznie przeżuwał jakieś bulwy i popijał gorący napar z tego wyhodowanego na WOGN-ie draństwa, które tak ceniono w całym metrze. Co rusz któryś z przechodniów rzucał na stalkera ciekawe spojrzenie, machał ręką. Niektórzy, jak się zdawało, przyleźli wyłącznie po to, żeby osobiście przekonać się o jego powrocie. Siergiej grzecznie kiwał im głową i serdecznie się do nich uśmiechał. Kazimir, jak to zwykle bywało, z zainteresowaniem grzebał w jego plecaku.

– I mydło znalazłeś? Zuch chłopak!

– Weź sobie dwa kawałki.

– No, no, daj spokój.

– Weź, weź! Specjalnie dla ciebie przyniosłem. A tak w ogóle to zabierz wszystko. Zgnije przecież, kiedy mnie nie będzie.

– A gdzie się wybierasz? – staruszek podniósł na niego swoje niewiarygodnie jasne oczy.

– Pójdę do Polis, wezmę książki na sprzedaż. Wykosztowałem się na ostatnie wyjście. Zostawię sobie parę do poczytania, a resztę oddam.

– Po co iść samemu? Wyślij przez straganiarzy, jeszcze tu są. Jutro znów ruszą od stacji do stacji.

Siergiej skrzywił się:

– Tak jakbyś nie wiedział, jak oni zdzierają. Sami nie lubią ryzykować, na górę nie polezą, ale żeby zarobić trochę ołowiu, to są pierwsi. Aż złość bierze!

– No dobra, zobaczmy, co ty tam naznosiłeś dla miłośników czytadeł. – Kazimir wyciągnął pierwszą książkę. – Elementarz?

– No tak. A co? Przecież trzeba uczyć dzieci.

– Zgadzam się – mruknął staruszek i otworzył książkę. – Tylko zobacz. Litera „A”. I narysowany arbuz. Ile czasu trzeba zmarnować, żeby wyjaśnić dzieciom, co to takiego arbuz. Co?

– Cóż, to nie moje zmartwienie – machnął na niego Siergiej. – Niech zamienią arbuza na apokalipsę. Albo… Aleksandrowski Sad. Arbacka. Aleksiejewska.

– Albo proszę, „B”, brzoza – ciągnął staruszek. – Twoim zdaniem dzieci wiedzą, co to takiego brzoza?

– Ból. Barikadna. Bieda. Biblioteka imienia Lenina. Borowicka.

– Sprytnie się wykręciłeś – roześmiał się Kazimir, odłożył elementarz i wyjął następną książkę. – Ożeż!

– Co tam? – Minimalny uniósł się na krześle, zaglądając do plecaka.

– Sam nie wiesz, co przytargałeś?

– Ciemno było. A co to?

– Mein Kampf. Tego nie sprzedawaj w Polis, tylko zanieś do Czwartej Rzeszy. Odsypią ci za to mnóstwo ołowiu. I tyle samo faszystom ubędzie, a to w zasadzie dobra wiadomość.

– To jest ta, którą napisał Hitler?

– Ehe – skinął głową staruszek.

– I co, jest po rosyjsku? – zdziwił się Minimalny, otwierając książkę.

– No tak. A co w tym dziwnego?

– Komu strzeliło do głowy wydać ją w kraju, który Hitler chciał zniszczyć?

– Cóż, w tym samym kraju urodzili się przecież ludzie, którzy podnoszą rękę i krzyczą „Heil Hitler!”. Czemu się dziwisz po czymś takim?

– Tak czy owak, dziwne.

– No dobra. Co tam mamy dalej? Zajmująca fizyka. Przydatna rzecz. Naprawa samochodu własnymi siłami. Ekhem… Trzeba się postarać, żeby znaleźć zainteresowanego taką literaturą. Photoshop dla opornych. Obecnie absolutnie nikomu niepotrzebna. Remarque. Klasyka, to dobrze. Tylko smutno czytać o dawnym świecie. Dumas. Łukjanienko. Strugaccy. Doncowa. Doncowa. Doncowa. Znów Doncowa. Ile jej tu jest? Sierioga, z Doncowej raczej nie będzie kokosów.

– Do dupy bez latarki – pokiwał głową Pap. – Brałem na oślep. A co do Mein Kampf, to podsunąłeś mi niegłupi pomysł. Od razu zaproponuję naziolom.

– Śmiało! – Kazimir uśmiechnął się i upił trochę herbaty. – A tak w ogóle to szkoda, że teraz wychodzisz. Nasza administracja chce zorganizować wypad zwiadowczy. Przydałbyś się, ze swoim doświadczeniem…

– Tak? A dokąd?

– Niedaleko. Na stację Nagatinska.

– O! A ja myślałem, że na powierzchnię. Przecież wiesz, że nie lubię rajdów po metrze. To mnie nie kręci. Mój węch tu śpi, to w końcu nasz swojski świat. Ale kiedy wychodzę na powierzchnię, to inna sprawa. Cały organizm się mobilizuje, włącza się szósty zmysł, szczęście jest ze mną. Dlatego że wiem: to OBCY świat. Należy do tego plugastwa. W metrze czegoś takiego nie ma. Nuda.

– Myślisz, że w metrze nie ma plugastwa? – zmrużył oczy staruszek.

– Daj spokój! A co tu może być? Co najwyżej szczury. Jeśli spotykasz się z plugastwem, to tylko w ludzkiej postaci.

– A czarni? – Kazimir spojrzał znacząco na swojego młodego przyjaciela.

– Oj – Siergiej skrzywił się i machnął ręką – przestań, co? Czyżbyś ty też wierzył w te bajki?

– Jak to powiedzieć… Z początku, oczywiście, odnosiłem się do tego sceptycznie, ale niedawno widziałem się z Hunterem. Zjawił się akurat po twoim wyjściu na powierzchnię. A propos, kazał cię pozdrowić.

– No, dziękuję. I co z Hunterem?

– A to. Mówi, że zagrożenie jest realne i poważne. Właśnie wyruszył na WOGN, rozeznać się w szczegółach.

Siergiej cicho się roześmiał:

– A wiesz, Kazimirycz, co ci powiem? Twoi czarni to po prostu polityka i gospodarka.

– W jakim sensie?

– A w dosłownym. Słyszałeś, że WOGN prowadzi tajne rozmowy z Aleksiejewską i Ryżską? Chce objąć nad nimi władzę, rozumiesz? A tu groźba ze strony straszliwych czarnych. Czy to nie pretekst?

– Co to za tajne negocjacje, skoro wiesz o nich, siedząc na drugim końcu świata? – uśmiechnął się Kazimir.

– No, wiesz. Podziemia huczą od plotek. Wspomnisz moje słowa, stworzą alians, a rządzić będzie WOGN. A na razie podbijają cenę sobie i swoim towarom. Mówią niby: nasi drodzy mieszkańcy metra. My tu jesteśmy pierwszą i ostatnią linią obrony przed czarną napaścią! Bronimy was. A na dodatek dajemy radę zaopatrywać was w naszą nieprześcignioną herbatę. Czemu nie rzucicie nam za nią więcej naboi, żebyśmy mogli skutecznie powstrzymywać napór mutantów, a wy spalibyście spokojnie, popijając na noc nasz napar?

– Sensownie – skinął głową Kazimir.

– No to mówię… Zaczekaj. Mówisz, że wyprawa będzie do Nagatinskiej? A czemu tak nagle? Z czym to jest związane?

– No to posłuchaj. Minionej nocy do zewnętrznego posterunku przyszedł chłopczyk. Całkiem mały, ze cztery latka. Cały zapłakany i nie mówi. Ale w ubraniu, chociaż marnym. Zwykłe łachmany.

– Chłopczyk. Z Nagatinskiej – mruknął Siergiej z zadumą. – Zaraz, ale przecież Kubryk właśnie w tamtym rejonie słyszał dziecięcy płacz. Nie ma tu przypadkiem związku?

– Ja też się zastanawiam. Przecież nikt nie wie, co tam się działo z Kubrykiem, tylko ty. A ty od razu po powrocie padłeś jak zabity.

– Może ten mały wie, co z Sienią? – Minimalny wbił wzrok w staruszka.

– Może i wie. Ale jest chyba głuchoniemy.

– I gdzie on teraz jest?

– Zabrała go do siebie Wiera, nasza sanitariuszka. No, na kwarantannę, prawidłowo. Ale i po ludzku można kobietę zrozumieć. Pamiętasz, jej roczną córeczkę zagryzły szczury. A tu osierocony dzieciaczek… Ale to jeszcze nie wszystko.

– Tak? A co jeszcze?

– Po kilku godzinach do tego samego posterunku wyszedł z tunelu człowiek. Dorosły. Taki dziwny. W ubraniu chyba o pięć rozmiarów za dużym. Zbliżył się do światła i ze czterdzieści minut stał nieruchomo. Stoi, milczy. Jakby przywykał do światła. Nasi go obserwowali. Potem jednak do nich podszedł, zaczął opowiadać coś bez ładu i składu. Uśmiecha się jak jurodiwy, mamrocze.

– I gdzie on teraz jest?

– A pałęta się po stacji. Oczywiście został przesłuchany, ale kiedy stało się jasne, że jest niepoczytalny, dali mu spokój.

– Co, tak po prostu się pałęta? – podniósł głos Siergiej. – A jeśli jest zadżumiony?

– Ależ nie – machnął ręką Kazimir – nie jest chory, zbadali go. Po prostu jak małe dziecko. Błąka się, przygląda się wszystkiemu, tak jakby widział to pierwszy raz, i uśmiecha się. No, oczywiście, pilnują go, a poza tym, to co z nim robić? Nie jesteśmy przecież faszystami, żeby jurodiwych przerabiać na nawóz. Ale administracja się zainteresowała, skąd się ci ludzie wzięli. Wyszli z tunelu prowadzącego do Nagatinskiej, ale przecież ta stacja i inne za nią są od dawna opuszczone!

– Ciekawe – mruknął Siergiej, pocierając jasną szczecinę na podbródku. – Szczególnie historia z dzieckiem. A nuż rzeczywiście ma to jakiś związek z Kubrykiem?

– Tak. – Staruszek skinął głową i popatrzył uważnie na stalkera. – A wiesz, co jeszcze jest ciekawe? Dobę przed twoim powrotem przyszedł z powierzchni Wawiłow. Powiedział jeszcze, że spotkaliście się na ulicy Sierpuchowski Wał. Dlatego właśnie Łoś ze swoją grupą wyszedł, kiedy nie wróciłeś przed świtem. Przecież od Sierpuchowskiego Wału do północnego wejścia jest pięć minut drogi. A ciebie nie było dobę. Dlaczego, Sierioża?

Minimalny odwrócił się i Kazimir westchnął:

– Znów poszedłeś do jej domu?

– Tak.

– Po co się niepotrzebnie męczysz? Ile czasu minęło, zastanów się…

– Posłuchaj! Przecież to nie takie proste… I nie chciałem ci mówić wszystkiego… Przecież znasz naszą historię! Byłem całkiem młody, w tamtym, innym życiu, przed Kataklizmem.

Od wieczora do nocy pałętałem się pod jej domem i gapiłem się w jej okno. Jak tam się pali światło, jak migocze jej cień. A potem gasi główną lampę i zostaje lampka nocna. Czyli dziewczyna czyta w łóżku książkę. – Minimalny uśmiechnął się ze smutkiem. – Pewnie z sześć miesięcy tak przychodziłem pod jej dom i trzymałem wachtę pod jej oknem, wciąż nie decydując się, żeby podejść i się przyznać. Potem śmiałem się razem z nią ze swojej nieśmiałości…

Słuchając tego, Kazimir przymknął oczy i zacisnął cienkie usta.

– Ale sześć lat temu, kiedy dopiero co zaczynałem zajmować się swoim fachem, pierwszy raz po Kataklizmie znalazłem się przed jej domem. Wszędzie mutanty, ruiny budynków, mało które ocalały. Ale jej dom nie był mocno uszkodzony. I patrzę na jej okno, a tam pali się światło! Zwyczajne światło, jak w zwyczajnym mieszkaniu w tamtym życiu! Rozumiesz!? I majaczy jej cień! To był najgorszy koszmar mojego życia! Uciekłem wtedy stamtąd, a potem zacząłem wracać do tego domu. Ale wizja się nie powtórzyła. Pusty spalony dom bez szyb w oknach, przeraźliwie czarne okna i tyle. Ale nie mogę tam nie chodzić, rozumiesz? Do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że za tamtym pierwszym razem nie zdecydowałem się tam zajść i wyjaśnić, dlaczego pali się światło i widać cień. Jak coś takiego jest w ogóle możliwe? Nie zdecydowałem się, jak tamten młodzik, który przez pół roku nie mógł wyznać miłości i sterczał pod domem do ciemnej nocy!

– O Boże – wypuścił powietrze Kazimir. – Sierioża, ty to światło widziałeś sercem, nie oczami i rozumem. Widziałeś to, co zostało ci w duszy z tamtego życia, to, co chciałeś widzieć. Rozumiesz? Byłem przecież koło domu podczas swojego pierwszego wyjścia. Wszystko tam jest martwe.

– Dlaczego chcesz zabić we mnie tę wiarę, Kazimir? Przecież i ty w coś wierzysz. Na przykład w to, że nie jesteśmy jedyni na Ziemi.

– Moja wiara jest racjonalna, Sierioża. Tak, wierzę, że nie jesteśmy jedynymi ocalonymi. Dlatego że na Ziemi były inne miasta, w których zbudowano metro. Na przykład Piter. Ludzie plotkują, że ktoś ich nawet odwiedzał! Mińsk, Jekaterynburg i inne miejsca. Tam MUSZĄ być ludzie. Nawet wokół Moskwy są dzikie wioski… Czasem przychodzą karawany. Ale tych zaliczamy do swoich, moskiewskich…

– No dobrze, nie mam nic przeciwko. Całym sercem jestem za tym, żeby ktoś jeszcze na planecie przeżył. Ale na ile racjonalna była twoja wiara tamtego razu, kiedy uznałeś, że jesteś w stanie dojść do innego dużego miasta? Myślę, że do tej wyprawy popchnęły cię raczej szalone marzenie i atak desperacji. Tak więc i mnie czasem ogarnia desperacja i ślepa wiara. Ciągnie mnie do jej domu!

– Tak, dobrze mówisz – kiwnął głową Kazimir. – Tylko nie powinieneś zapominać, że po tym, jak wyprawiłem się w drogę do Pitera, już pięć kilometrów za obwodnicą MKAD straciłem połowę towarzyszy i obie nogi. Dobrze, że nie życie. Czyżbyś nie rozumiał, że podczas swoich bezsensownych wypadów do jej domu możesz zginąć… na próżno?

Pap pokiwał głową i westchnął:

– To prawda. Dobra, zmieńmy temat, Kazimir. I w ogóle… Nie chciałem mówić o Ricie. Wybacz, że ci o niej przypomniałem.

Staruszek popatrzył na Siergieja z bólem i smutkiem i cicho powiedział:

– A ja o swojej córce nigdy nie zapomniałem.

Handel, który straganiarze prowadzili za pozwoleniem władz na tymczasowo rozstawionych stoiskach, nabierał tempa. Ludzi gromadziło się coraz więcej. Sprzedawcy choć trochę odwracali uwagę od pełnego napięcia oczekiwania na Kubryka i grupę Łosia. Chociaż, być może, po tym, jak wrócił uznany już za zaginionego Minimalny, ludzie wierzyli i mieli nadzieję, że tak samo będzie i z tymi stalkerami.

Siergiej w milczeniu obserwował handlujących. Po zakończeniu rozmowy on i staruszek nie patrzyli na siebie, potem Kazimir pojechał po drugą porcję wrzątku. Oczywiście ciężko mu było wspominać córkę. Widać czuł się winny, że kiedyś opuścił tamtą rodzinę dla innej i rzadko spotykał się z Ritą przed Kataklizmem.

Siergiej też o niej myślał. Ma się rozumieć, że z czasem ból utraty przytępił się, tak jak wszystkie nieszczęścia nikną we mgle w miarę upływu lat. Ale czasem mistyczny wiatr rozwiewał te nieprzeniknione opary i zabliźniona już rana zaczynała znów krwawić. Tak jak teraz. Spróbował przypomnieć sobie twarz Rity, jej uśmiech. To było trudne. Łatwiej było wyobrazić sobie światło w oknie i cień. To, co widział w zeszłym życiu, i to, co zobaczył sześć lat temu w czasie tamtej wyprawy.

Przypomniał też sobie wypad, z którego wrócił dziś.

Zostały mu przecież ledwie dwa kroki do stacji i nagle postanowił jeszcze trochę pobyć na powierzchni… Dojść do jej domu. Właśnie z tego powodu nie zdążył dotrzeć do metra przed świtem.

– A propos – powiedział do siebie Siergiej i zaczął wyciągać z dużej wewnętrznej kieszeni kurtki złożoną mapę powierzchni.

Wspomnienia o tamtym budynku, o gorgonie i wyciu w szybie windy przywróciły go do rzeczywistości. Rozłożył mapę na stole, odsuwając opróżniony kubek i miskę z niedojedzonymi bulwami i wieprzowiną. Zaczął wpatrywać się w ulice, kwadraciki i prostokąty domów. Czerwonawe trójzęby rozsypane po całym mieście oznaczały miejsce pobytu gorgonów.

– Czego tam wypatrujesz? – spytał Kazimir, który tymczasem wrócił z czajnikiem.

– Chciałem tylko oznaczyć tamten dom, gdzie przeczekałem dzień.

– Jest w nim coś interesującego?

– No tak. Po pierwsze jest tam gniazdo tej latającej pokraki. Zgodzisz się, że nie codziennie odkrywa się legowisko takiego stwora. Ten co prawda zdechł dzięki Łosiowi i jego ekipie, ale za to jej wylęg, dziewięć jaj, wciąż tam jest. Po drugie jakieś cholerstwo wyje w szybie windy i pędzi w dół i w górę. A w dodatku po nocach po klatce schodowej łazi jakiś tuptak. Nigdy nie słyszałem takich kroków.

– Tak, taki dom warto oznaczyć i rozesłać informację do stalkerów, żeby obchodzili go z daleka.

– Z drugiej strony dom się nie spalił, gdzieniegdzie są meble w dobrym stanie. Takie info można sprzedać Smierdiukowi, w końcu to spec od mebli. Trzeba będzie wpaść do niego na Pawielecką.

– Przecież to spekulant i do tego skąpiradło, dużo nie dostaniesz.

– Wiem… Tylko gdzie jest ten dom? Może na Mytnej? Jest tam też obok ulica cała w lejach po bombach. I zburzone wysokościowce…

– Olej to. Smierdiuk nie polezie tam, gdzie jest gniazdo wiedźmuchy. Cykor z niego. Wyśle za kopiejki niedoświadczonych ludzi i ich zgubi. Zapomnij!

Siergiej westchnął:

– Dobra. Ale i tak się nie uspokoję, póki nie zorientuję się, gdzie jest ten dom. I jeszcze jedno, widziałem, jak gorgony chodzą.

– Że co? – Kazimir utkwił w Minimalnym zdziwione spojrzenie. – Jak to?

– A tak! – Siergiej zaczął przebierać palcami wskazującymi obu rąk, próbując poglądowo pokazać sposób przemieszczania się gorgonów.

– Przecież to niemożliwe!

– Mówię, że widziałem. Na własne oczy. Tylko lepiej nie mów mi znów o zwidach.

– Jakoś nigdy od żadnego stalkera o czymś takim nie słyszałem.

– A czy stalker, który dowiedział się, że gorgon chodzi, ma duże szanse, żeby wrócić żywym? – uśmiechnął się niewesoło Siergiej. – Ale wiesz, co jest teraz najważniejsze? Że naszą mapą można się teraz podetrzeć.

– Co się tak gorączkujesz? Sprawdzimy informację i rozpuścimy wieści wśród stalkerów. Nie przejmuj się tak. Oczywiście to wiele utrudnia…

Siergiej znów spojrzał na ścisk przy straganach.

Kobieta przymierzała sfatygowane giemzowe rękawiczki. Naciągnęła jedną z nich na dłoń, rozczapierzyła palce i przyglądała się im. Nieco z boku stał wysoki mężczyzna, którego wygląd nie pozwalał określić jego wieku. Był niewiarygodnie chudy i wielkooki, a ubranie wisiało na nim tak, że, jak się zdawało, można było wsadzić do środka jeszcze jednego takiego dystrofika. Jego czarne włosy były przylizane, jakby narysowane węglem, a spojrzenie ogromnych czarnych oczu wyrażało kompletny idiotyzm. Mężczyzna uśmiechał się szeroko i głupio, przyglądając się ludziom. Patrząc na kobietę w rękawiczce, też uniósł przed sobą szeroką dłoń o długich palcach, które rozczapierzył i zaczął wpatrywać się w nie ze zdumieniem. Potem szybko podszedł do kobiety, wyciągając do niej rękę, ale tamta odsunęła się z przestrachem. Dziwny typ odwrócił się i odszedł. Ręce dyndały mu wzdłuż tułowia jak u lalki. Teraz utkwił wzrok w członku zbrojnej eskorty straganiarzy, na którego ramieniu lufami do góry wisiała dwururka. Człowiek śmiało podszedł do ochroniarza i z uśmiechem zaczął wkładać palce wprost w lufy broni.

– Kazimir, spójrz, co to za cudak?

Staruszek zerknął w stronę przygłupa, który był o głowę wyższy od całego tłumu, i uśmiechnął się:

– Aaa, przecież to jest właśnie ten nasz gość z Nagatinskiej. Mówiłem przecież, że to jurodiwy.

Tymczasem ochroniarze zaczęli dość szorstko odpędzać mężczyznę, który zauważył wtedy bawiące się nieopodal dzieci. Te były zafascynowane nowymi zabawkami, które przynieśli na stację straganiarze. Były to cylindry ze stalowej siatki z zalutowanym denkiem, w których siedziały duże żywe szczury. Dzieci głośno turlały cylindry po posadzce, wtykały przez oczka siatki kawałki drutu i śmiały się radośnie, drażniąc szczury i słuchając, jak te piszczą. Pap zauważył, jak jurodiwy przeobraził się, obserwując tę scenę. Mężczyzna znieruchomiał i uważnie patrzył na dzieci, z każdą sekundą coraz mniej przypominając idiotę. Jego wzrok był baczny i skoncentrowany. Nie mrugając, boży szaleniec świdrował dzieci tym wzrokiem i powoli przesuwał się bliżej.

– Słuchaj, Kazimir, nie podoba mi się ten gość.

– Dlaczego?

– Jakoś strasznie lubi dzieci. Coś tu jest nie tak.

– Myślisz, że on z tych…?

– Aha, z katolickich księży. – I Siergiej krzywo się uśmiechnął, wstając z krzesła.

Rozdział 3

ZNAJOMOŚĆ

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 4

POCZĄTEK DROGI

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 5

SPRAWY SIĘ KOMPLIKUJĄ

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 6

SZCZURÓW BRAK

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

2

ZAGROŻENIE

Rozdział 7

UMYSŁ

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 8

NIEPLANOWANE WYJŚCIE

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 9

KREW

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 10

PUŁAPKA

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 11

W OBLĘŻENIU

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 12

DAS REICH

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 13

W PÓŁMROK

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

3

W IMIĘ ŻYCIA NA ZIEMI

Rozdział 14

OKO W OKO

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 15

ZAMIANA RÓL

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 16

LUDZKIE SPRAWY

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 17

BIEG

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 18

WĘDROWIEC

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Uniwersum Metro 2033. Wędrowiec Dziedzictwo przodków 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów