Pod klątwą. Tom 2

Pod klątwą. Tom 2

Autorzy: Joanna Tokarska-Bakir

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 99.99 zł

cena od: 34.90 zł

Pogrom kielecki wciąż stanowi ważny przedmiot debaty publicznej w Polsce. Dotyczyły go dwa śledztwa, prowadzone przez polskie władze powojenne. W pierwszym, które władze komunistyczne rozpoczęły natychmiast po masakrze, usiłowano dowieść, że była ona akcją zbrojnego podziemia. Pod koniec dochodzenia drugiego, prowadzonego po roku 1989, forsowano przede wszystkim hipotezę, że przyczyną pogromu była ubecka prowokacja.

Niniejsza książka, oparta na rozległej kwerendzie w Instytucie Pamięci Narodowej w latach 2013-2017 i innych archiwach, stanowi szczegółowy audyt obu tych postępowań. Było to również możliwe, ponieważ po śmierci Michała Chęcińskiego, świadka w śledztwie z lat 90., który był zwolennikiem tezy o radzieckiej prowokacji, autorce książki udostępniono  jego archiwum domowe.

"Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego" to mikrohistoryczny fresk, odsłaniający wiele zupełnie nieznanych aspektów pogromu. Książka stawia sobie dwa główne cele. Zadaniem tomu pierwszego, zawierającego szczegółową analizę pogromu, jest prezentacja społecznego kontekstu, w którym stał się on możliwy: nastrojów, przekonań, światopoglądów, ścierających się w kieleckim życiu codziennym w drugim roku po wojnie. Celem tomu drugiego było skompletowanie najważniejszych źródeł dokumentujących to zdarzenie, w tym wielu niepublikowanych zeznań Żydów ocalałych z pogromu. Pozwoliły one na zrekonstruowanie doświadczenia ofiar oblężonych w domu przy ul. Planty 7. W dalszej perspektywie zgromadzona w tomie dokumentacja umożliwiła skorygowanie dotychczasowych list ofiar, z których aż 17 pozostało bez identyfikacji. Przyczynkiem do fenomenu świadectwa jest też zestawienie zeznań sprawców i ofiar, które dzieli pięć dekad pomiędzy śledztwami.

Dzieki protokołom przesłuchań z lat czterdziestych i dziewięćdziesiątych, dokumentom osobistym, prasowym i notarialnym, w książce zarysowano sylwetki osób składających się - z jednej strony - na kielecki tłum pogromowy,  z drugiej na ówczesne instytucje władzy (Milicja Obywatelska, Wojsko Polskie, Urząd Bezpieczeństwa, Urząd Wojewódzki). Instytucje te, rekrutujące się z tego samego społeczeństwa, którego bezpieczeństwa strzegły, nie tylko nie opanowały krytycznej sytuacji, ale same włączyły się do pogromu. Analiza biografii aktorów zdarzenia odsłania zupełnie nieznaną nieideologiczną historię Polski oglądaną z perspektywy Kielc.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wprowadzenie

1. Raporty i ulotki

2. Ofiary

2.1.2 Ofiary faktyczne w innych miejscach Kielc 2.1.2.1 Przy ul. Leonarda 15

2.1.2.2 Morderstwo Kerszów przy ul. 1 Maja 71, d. Piotrkowska

2.1.2.3 Sonia Mendel, niedoszła ofiara napadu, adres kielecki nieznany, brak daty

2. 2 Ofiary domniemane

3. Milicjanci, ORMO i żołnierze 2DP i KBW

4. Urząd Bezpieczeństwa

5. Pogromszczycy

6. Pracownicy Huty „Ludwików”

7. Strażacy

8. Przechodnie, ich krewni i powinowaci

9. W pociągu

10. Duchowni

11. Nazajutrz w Ostrowcu Świętokrzyskim i Częstochowie

11.1 Ostrowiec

11.2 Częstochowa

12. Z archiwum Michała Chęcińskiego

13. Sprawozdanie stenograficzne z pierwszego dnia procesu sprawców pogromu kieleckiego, Kielce 1946

przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Redakcja naukowa i korekta Jolanta Sheybal

Zdjęcie na okładce © Alina Skibińska

Zdjęcia wewnątrz książki © Wojciech Wilczyk

Badania naukowe, które stały się podstawą niniejszej książki, przeprowadzono m.in. ze środków grantu Marie Curie, ufundowanego przez Fundację im. Gerdy Henkel i Komisję Europejską (2013–2015), w ramach tematu badawczego realizowanego w Instytucie Slawistyki PAN „Pogromy antyżydowskie w Europie Środkowo-Wschodniej”.

Recenzenci naukowi prof. Jan T. Gross, prof. dr hab. Marcin Kula, prof. dr hab. Szymon Rudnicki, prof. Michael Steinlauf

Redaktor prowadzący Anna Brzezińska

Text copyright © by Joanna Tokarska-Bakir

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-852-8

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Wprowadzenie

W niniejszym tomie zebrano najważniejsze źródła dokumentujące pogrom kielecki, wybrane pod kątem jego społecznych aspektów. Większość prezentowanych materiałów pochodzi z Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, Archiwum Wojskowego Biura Historycznego (dawnego Centralnego Archiwum Wojskowego), Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, a także z prywatnego archiwum Michała Chęcińskiego, udostępnionego mi przez jego Rodzinę1.

Teksty podzielono na trzynaście sekcji, osobno grupując raporty i ulotki (z wyjątkiem raportu funkcjonariusza UB Antoniego Szota, który umieszczono w sekcji 4.7), przesłuchania ofiar faktycznych i domniemanych, milicjantów i żołnierzy, funkcjonariuszy UB, robotników fabrycznych. Umowna kategoria „pogromszczycy” obejmuje w zasadzie tylko osoby, które zostały oskarżone o udział w pogromie. Wydzielono sekcję zbierającą relacje o straży pożarnej i napadach na pociągi, a także ówczesne wypowiedzi duchowieństwa. W przedostatniej sekcji znajdują się dwa wywiady z archiwum Michała Chęcińskiego, zaś w ostatniej stenogram pierwszego dnia rozprawy przez Sądem Wojskowym w Kielcach 11 lipca 1946.

Gros oryginalnych dokumentów dotyczących pogromu pochodzi z sygnatur AIPN: BU_0_1453, t. 1–3 (dawna sygnatura SN9/46); Ki_41_520, t. 1–4; BU_1585_15007; Ki_53_4749; BU_1572_731; Ki_53_5145; Ki_53_4753; Ki_0_15_342. Cenne materiały dotyczące szerszego kontekstu pogromu to także sygnatury Ki_016_4 („Schowek nr 1”) i Ki_29_117 („Schowek nr 2”), o których piszę szerzej w pierwszym tomie tej książki2.

Wielką pomocą w kwerendzie okazały się Akta główne prokuratora w sprawie „Pogromu kieleckiego”, S58/01/ZK, t. 1–12, dzięki którym zdołałam zweryfikować część informacji dotyczących personaliów funkcjonariuszy MO, WP i UB, a także uzyskać nowe tropy badań3. Umożliwiły mi one ponadto dostęp do wielu materiałów niepublikowanych, takich jak np. Protokoły Stronnictwa Demokratycznego w Kielcach z lipca 1946 (1.16 w tym tomie).

Prezentowany tu zbiór tekstów został pomyślany jako wyczerpujący, to znaczy odzwierciedlający całość zachowanej dokumentacji, co oczywiście nie oznacza wszystkich dokumentów wytworzonych w śledztwie po pogromie. Nie odnaleziono na przykład wyjaśnień składanych przez dowódców Drugiej Warszawskiej Dywizji Piechoty WP w Kielcach (np. płk Stanisław Kupsza i mjr Wasyl Markiewicz) czy dowódców Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a jak wynika z raportów Czesława Szpądrowskiego i Józefa Różańskiego w obu jednostkach dochodzenia takie napewno prowadzono. Brak jest też przesłuchań oficerów WP (np. Piotra Jędrzejczyka i Piotra Rypysta, podejrzewanych o odbieranie Żydom broni), a także Milicji Obywatelskiej w Kielcach (np. szefa Wydziału Śledczego KW MO, por. Tadeusza Majewskiego-Laske czy por. Jana Mazura, dowódcy Kompanii Operacyjnej KW MO). Można mieć tylko nadzieję, że dalsze poszukiwania w zasobie IPN i archiwów wojskowych przyniosą nowe odkrycia w tym zakresie.

Najważniejszym źródłem, którego nie zdecydowałam się włączyć do niniejszego zbioru jest raport Władysława Dzikowskiego, odbiegający standardem faktografii od innych źródeł, w związku z czym poprzestałam na jego szczegółowym omówieniu w tomie 14. Aby uniknąć repetycji, w tomie drugim nie zamieszczono też in extenso niepublikowanych materiałów z filmu Marcela Łozińskiego „Świadkowie”, obszernie wykorzystywanych w całej książce5. Podobnie zrezygnowałam z powielania wartościowych izraelskich wywiadów Andrzeja Miłosza, które pozwoliły mi zrekonstruować perspektywę ofiar pogromu na początku tomu pierwszego6.

Część prezentowanych tu źródeł została już wcześniej opublikowana w pracach Bożeny Szaynok7, Stanisława Meduckiego i Zenona Wrony8, a także wydawców dwutomowego opracowania Instytutu Pamięci Narodowej9. Włączając je do niniejszego tomu, w miarę możności starałam się dotrzeć do oryginałów i ponownie je odczytać. Kolacjonowania tekstu z oryginałami dokonała Jolanta Sheybal.

W przytaczanych dokumentach pozostawiano oryginalne cechy stylu i niektóre błędy, dostarczające informacji o autorach lub protokolantach, chyba że utrudniały one zrozumienie sensu.

Stosowane w tym tomie zasady edycji dokumentów (np. w zakresie zastosowanych skrótów), nie zawsze zgodne z przyjętymi w edytorstwie historycznym, podporządkowano głównemu celowi książki, czyli ukazaniu społecznych uwarunkowań pogromu. Opuszczenia dotyczą przeważnie źródeł już publikowanych; pominięto np. część znanych już wariantów przesłuchań Stefana Sędka czy Władysława Sobczyńskiego, a także protokoły rozpraw głównych procesu oskarżonych w pogromie kieleckim, które podali do druku Stanisław Meducki i Zenon Wrona. Wyjątek stanowią drugorzędne formuły prawne znajdujące się w protokołach, które zredukowano, aby zmniejszyć objętość tomu. Zawsze jednak zachowywano nazwiska przesłuchujących i nietypowe formuły protokołów, np. kwestionujące ich zgodność z treścią zeznania. Daty w nagłówkach rozwijano w sposób uproszczony, w tekście dokumentów zachowując jednak zapis oryginalny.

Z powodu złego stanu niektórych dokumentów, ich niekonsekwentnej paginacji lub jej braku, w obu tomach tej książki zdecydowałam się operować numeracją stron digi–archów (czyli elektronicznych wariantów cytowanych źródeł, które wyszukano w trakcie kwerendy w archiwum IPN), nie zaś numeracją kart oryginału.

Wykaz zastosowanych skrótów

(lista obejmuje tom pierwszy i drugi niniejszej książki)

AAN Archiwum Akt Nowych

AIPN Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej

AJDC American Joint Distribution Commitee

AK Armia Krajowa

AL Armia Ludowa

APK Archiwum Państwowe w Kielcach

APR Archiwum Panstwowe w Radomiu

AWBH Archiwum Wojskowego Biura Historycznego, dawniej CAW

AŻIH Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego

BBWR Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem

BCh Bataliony Chłopskie

BP Bezpieczeństwo Publiczne

CAW Centralne Archiwum Wojskowe (obecnie Archiwum Wojskowe Biuro Historyczne, AWBH)

CBKP Centralne Biuro Komunistów Polskich

CENTOS Centrala Związku Towarzystw Opieki nad Sierotami i Dziećmi Opuszczonymi

CKKP Centralny Komitet Kontroli Partyjnej

DKP Drezdeński Korpus Pancerny

CKŻP Centralny Komitet Żydów Polskich

DOW Dowództwo Okręgu Wojskowego

DP Dywizja Piechoty WP

DSZ Delegatura Sił Zbrojnych

FPK Francuska Partia Komunistyczna

GKBZpNP Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu -Instytut Pamięci Narodowej

GL Gwardia Ludowa

GZI Główny Zarząd Informacji

GRU Gławnoje Razwiedywatelnoje Uprawlenije (Głowny Zarząd Wywiadowczy)

IS Intelligence Service

JOINT skrócona nazwa American Joint Distribution Commitee (AJDC)

KBW/WBW Korpus Bezpieczeństwa Publicznego/Wojska Bezpieczeństwa Wewnętrznego

KC PPR Komitet Centralny Polskiej Partii Robotniczej

KGB Komitet Gosudarstwiennoj Biezopasnosti (Komitet Bezpieczeństwa Państwowego)

KK Kodeks Karny

KKW Kodeks Karny Wojskowy

KM Komenda Miejska

KP Komenda Powiatowa

KP(b)B Komunistyczna Partia (bolszewików) Białorusi

KPP Komunistyczna Partia Polski

KPZU Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy

KRN Krajowa Rada Narodowa

KS Komisja Specjalna

KW Komisja Weryfikacyjna (powołana po pogromie) lub Komitet Wojewódzki (patrz dalej)

KWP Konspiracyjne Wojsko Polskie

KW PPR Komitet Wojewódzki Polskiej Partii Robotniczej

KW MO Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej

KWPK Kodeks Wojskowego Postępowania Karnego

KZMP Komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej

KŻ Komitet Żydowski

LSB Ludowa Służba Bezpieczeństwa

LWP Ludowe Wojsko Polskie

MAP Ministerstwo Administracji Publicznej

MBP Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego

Meducki I i II Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały, t. 1, oprac. Stanisław Meducki, Zenon Wrona, Kielce 1992; t. 2, oprac. Stanisław Meducki, Kielce 1994

MIiP Ministerstwo Informacji i Propagandy

MO Milicja Obywatelska

MON Ministerstwo Obrony Narodowej

MOPR − Międzynarodowa Organizacja Pomocy Rewolucjonistom

MSW Ministerstwo Spraw Wewnętrznych

MUBP Miejski Urząd Bezpieczeństwa Publicznego

NKGB Narodnyj Komisariat Gosudarstwiennoj Biezopastnosti SSSR (Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR)

NKWD Narodny Komisariat Wnutriennych Dzieł (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych)

NPW Naczelna Prokuratura Wojskowa

NSW Najwyższy Sąd Wojskowy

NSZ Narodowe Siły Zbrojne

NZW Narodowe Zjednoczenie Wojskowe

OP Organizacja Polska

ONR Obóz Narodowo-Radykalny

ORMO Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej

OSP Ochotnicza Straż Pożarna

OZN Obóz Zjednoczenia Narodowego

PAP Polska Agencja Prasowa

PAS Pogotowie Akcji Specjalnej

PGR Państwowe Gospodarstwo Rolne

POMA Polska Organizacja Młodzieży Antyżydowskiej

POZ Polska Organizacja Zbrojna

PKWN Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego

PP Polcja Państwowa

PPR Polska Partia Robotnicza

PPS Polska Partia Socjalistyczna

PSL Polskie Stronnictwo Ludowe

PTTK Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze

PUBP Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego

PW Politechnika Warszawska

PZPR Polska Zjednoczona Partia Robotnicza

ROAK Ruch Oporu Armii Krajowej

RPPS Robotnicza Partia Polskich Socjalistów

SD Stronnictwo Demokratyczne

SL Stronnictwo Ludowe

SN Sąd Najwyższy

SOK Służba Ochrony Kolei

SP Stronnictwo Pracy

TRJN Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej

TUR Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego

UB Urząd Bezpieczeństwa

UJ Uniwersytet Jagielloński

UJK Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie

UNRRA United Nations Relief and Rehabilitation Administration

USB Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie

UW Uniwersytet Warszawski

UWK Urząd Wojewódzki Kielce

WBW Wojska Bezpieczeństwa Wewętrznego

WDP Warszawska Dywizja Piechoty

WiN Wolność i Niezawisłość

WKKF Wojewódzki Komitet Kultury Fizycznej

WKMO Wojewódzka Komenda Milicji Obywatelskiej

WKP(b Wszechzwiązkowa Partia Komunistyczna (bolszewików)

WKŻP Wojewódzki Komitet Żydów Polskich, obiegowo: Wojewódzki Komitet Żydowski

Wokół I i II Wokół pogromu kieleckiego, red. Jan Żaryn, Łukasz Kamiński, t. 1, Kielce 2006; Wokół pogromu kieleckiego, red. J. Żaryn, Ł. Kamiński, t. 2, Kielce 2008

WOP Wojska Ochrony Pogranicza

WSG Wojskowy Sąd Garnizonowy

WSO Wojskowy Sąd Okręgowy

WSR Wojskowy Sąd Rejonowy

WUBP Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego

WUSW Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Wewnetrznego

WP Wojsko Polskie

ZBOWiD Związek Bojowników o Wolność i Demokrację

ZHP Związek Harcerstwa Polskiego

ZMK Związek Młodzieży Komunistycznej

ZMW Związek Młodzieży Wiejskiej

ZPP Związek Patriotów Polskich

ZSL Zjednoczone Stronnictwo Ludowe

ZSRR Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich

ZWZ Związek Walki Zbrojnej

ŻAP Żydowska Agencja Prasowa

ŻIH Żydowski Instytut Historyczny

1. Raporty i ulotki

1.1 Raport prok. Czesława Szpądrowskiego do naczelnego prokuratora WP, 19/7/1946

Źródło: CAW IV.502.1.13 (dawna sygn. 524/1192 „A”); AIPN Ki_53_4753, k. 11−20.

Warszawa, dnia 19 VII 1946 r.

Nr. Pr. N. 314/46

Do

Naczelnego Prokuratora W.P.

Pułk. Henryka Holdera

w Warszawie

W dniu 4 lipca 1946 r. w m. Kielcach miały miejsce rozruchy antyżdowskie, które rozpoczęły się koło godziny 9−9.30 i zakończyły się koło godziny 18.00. Głównym miejscem zajść była ul. Planty Nr 7, tj. dom, gdzie zamieszkiwała większa ilość Żydów.

Przebieg wypadków był następujący:

W dniu 1 lipca wieczorem nie powrócił do mieszkania swoich rodziców w Kielcach 9-cioletni chłopiec Błaszczyk. Rodzice, a w szczególności ojciec chłopca, Błaszczyk Walenty, zameldował wieczorem tegoż dnia milicji, że chłopiec zginął. W dniu 3 lipca 1946 r., również wieczorem (środa), chłopiec powrócił do domu, na zapytania rodziców żalił się na ból głowy, a na dokuczliwe rozpytywania ojca i sąsiada, Jana Bartoszyńskiego, chłopiec w rezultacie powiedział, że go zatrzymali w Kielcach Żydzi, trzymali go gdzieś w piwnicy i nie karmili. Już na skutek tych opowiadań po mieście poczęła rozchodzić się fama. Bartoszyński nakłaniał Błaszczyka Walentego, by natychmiast zameldował milicji. W rezultacie na milicji powiedziano Błaszczykowi, by przyszedł rano z chłopcem.

W dniu 4 lipca 1946 r. przed godziną 9.00 stary Błaszczyk przyszedł ze swoim synkiem do komisariatu M[ilicji] O[bywatelskiej] w Kielcach. Tam po rozpytaniu chłopca i jego ojca postanowiono sprawdzić wszystko na miejscu.

Kierownik Referatu Śledczego Sędek Stefan wysłał na ulicę Planty 7−8-miu milicjantów i 3 wywiadowców razem z obu Błaszczykami, mały Błaszczyk po drodze wskazał na pierwszego lepszego Żyda, stojącego na ulicy Planty, którym się okazał Zinger [w oryg.wszędzie: Zyngier] Kałman, jako na sprawcę jego zatrzymania. Zingera natychmiast odprowadzono do komisariatu MO. Następnie milicja razem z Błaszczykiem szukała tej piwnicy, gdzie rzekomo miano go więzić. Błaszczyk nie potrafił wskazać ani domu ani też żadnej piwnicy, pomimo poszukiwania nawet i w sąsiednich domach, w rezultacie milicja razem z obu Błaszczykami udała się do żydowskiego domu przy ul. Planty Nr 7. W międzyczasie zebrał się tłum ludzi na ul. Planty i na podwórzu domu Nr 7. Podkreślić muszę, że milicjanci byli nieostrożni i dosyć głośno, idąc z Błaszczykami, mówili o celu i przyczynach swojej delegacji służbowej na ulicę Planty.

Jak zaznaczyłem, ludność już puszczała plotki na temat zatrzymania przez Żydów małego Błaszczyka. Widziano, jak zatrzymano Zingera, słyszano okoliczności zatrzymania tego Żyda, po mieście lotem błyskawicy rozeszło się, że Żydzi zamordowali 10, 12, 14 dzieci polskich przy ul. Planty, że jakiś chłopiec uciekł, że milicja szuka trupów. Naokoło domu przy ul. Planty Nr 7 tłum mieszany, obojga płci wznosił groźne okrzyki, jak na przykład: bić Żydów, precz z Żydami z Polski, precz z rządem żydowskim, posypały się kamienie, a w międzyczasie milicja wewnątrz domu zaczęła robić jakieś rewizje, bić Żydów i wyrzucać ich z domu Nr 7 na podwórze, gdzie stał tłum i łapał wyrzucanych Żydów, dokonując samosądu kamieniami, sztachetami, żelaznymi rurami itp.

Wynikiem tych zajść było 39 trupów żydowskich i około 40 paru rannych. Poza tym zabito przypadkowo 2 Polaków, a w szpitalu z liczby rannych zmarło jeszcze 3 Żydów.

Osobnym i samodzielnym fragmentem było zabranie z ul. Leonarda Nr 15 w Kielcach obywatelki narodowości żydowskiej, Fisz Reginy, z 6-cio tygodniowym jej dzieckiem płci męskiej oraz Moszkowicza Abrama, wywiezienie ich za miasto do lasu, gdzie Fiszową z dzieckiem zamordowano przez zastrzelenie, a Moszkowicz cudem zbiegł. Uprzednio zabrano Fiszowej 17 dolarów USA, 3 złote pierścionki z brylantami, jedną złotą szpilkę i parę kolczyków. Sprawcami tego byli, po wzajemnym porozumieniu się, dowódca warty milicyjnej Stefan Mazur i cywile: inicjator Kazimierz Nowakowski, piekarz, Śliwa Józef, szewc i Pruszkowski Antoni, woźny ambulatorium miejskiego.

W dniu 5 lipca 1946 r. wszczęto śledztwo w związku z ww. rozruchami i zabójstwami. Ustalono, że wezwana na pomoc milicja i przybyłe później małe oddziały K[orpusu]B[ezpieczeństwa]W[ewnętrznego] nie mogły opanować sytuacji na miejscu, tłum rozrywał kordony, werwał się do gmachu, poza tym niektórzy milicjanci dopuścili się nadużyć władzy, o czym konkretnie podam niżej, a porozbijane posterunki KBW również weszły do wnętrza i rabowały. Koło godz. 12.00 w dniu 4 lipca 1946 r., na skutek telefonu z milicji czy też i bezpieczeństwa, dowódca dywizji 2-ej wysłał ppłk. Pollaka ze szczupłym zbieranym oddziałem żandarmów i szeregowców na miejsce zajścia, gdzie w ciągu paru godzin udało się ppłk. Pollakowi opanować sytuację, otoczyć dom żydowski strażą, zbieraną z wojska (żandarmów i żołnierzy) oraz częściowo milicji, odepchnąć częściowo tłum od wejścia i umożliwić wywożenie rannych. Nadmienić muszę, że dowódca dywizji na miejscu w Kielcach nie rozporządzał większą jednostką wojskową, a posiadał tylko podręczny oddział w sile do 40 ludzi. Dowódca dywizji wysłał nawet oficerów na miejsce, by uspokajali i tłumaczyli ludziom w tłumie bezsensowność pogłosek. Powodowało to tylko przejściowe i lokalne uspokojenie, tem bardziej, że już przedtem tłum był podenerwowany, a milicja nadal przeszkadzała ppłk. Pollakowi, ni stąd ni zowąd wypychając raptem rannych Żydów do tłumu. Trudno obiektywnie opisać szczegółowo i konkretnie przebieg i kolejność zajść, gdyż akcja tłumu była szybka i rozgrywała się w różnych od razu punktach tego placu, jednak sytuacja wojskowych z ppłk. Pollakiem na czele była trudna i niebezpieczna wobec postawy tłumu względem wojska, jako „obrońców Żydów”. Pollakowi grożono, wymyślano i czynnie przeszkadzano, a pomocy nie miał ani od milicji, ani od bezpieczeństwa, a nawet i ze strony młodszych oficerów W[ojska]P[olskiego], którzy jako niedoświadczeni i za młodzi, a nawet, jak określił dowódca dywizji i ppłk Pollak, nieinteligentni − nie umieli dać sobie rady w tłumie, byli bez inicjatywy i bezradni.

Zajścia właściwie ustały wtedy, gdy wywieziono wszystkich rannych i zdrowych, a nawet i trupy z terenu ul. Planty Nr 7, co się stało koło godz. 18.00, zawdzięczając pomocy wojska.

Co do Bezpieczeństwa Publicznego to takowe, zdaniem moim, miało stanowisko nie czynne, a „wywiadowcze”. Mianowicie funkcjonariusze U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] rozsypali się w tłumie, słuchali i patrzyli, nie reagując, a następnie powoli wyciągali sprawców i aresztowywali.

Konkretnie obecna sytuacja jest następująca:

I. Śledztwo ustaliło, że szeregowi KBW oddziału w Kielcach wymienieni poniżej dopuścili się w tłoku i rozgardiaszu następujących czynów: 1. Antoni Apajewski, 2. Czesław Chojnacki, 3. Stefan Polkowski [Palczyński] i 4. Józef Kanas zabrali z miejsca zajść różne rzeczy celem przywłaszczenia, co udowodniono im częściowo zeznaniami świadków, częściowo znalezionymi u wszystkich wymienionych dowodami rzeczowymi. Będą ścigani z art. 291 i 257§ 1 kk.

5. szer. Zenon Kołpacki dobił jakiegoś Żyda bagnetem. Udowodniono tem, że świadkowie widzieli zakrwawiony bagnet, który później wyczyścił, a na pytanie kolegi wyjaśnił, że „dobiłem Żyda”, będzie ścigany z art. 22 Dekr. Nr. 300/45 [Dekret z dnia 16 listopada 1945 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa].

Tenże Kołpacki, nie przyznając się do zarzutu, obciążył szer. 6. Ludwika Nowaka, twierdząc, że Nowak uderzył kolbą Żyda. Art. 22 ww. Dekr.

7. szer. Pompa Jan, będąc wewnątrz budynku na Plantach Nr 7, miał krzyczeć: „Niemcy was nie wybili, my was wybijemy”, bił i wypychał Żydów z domu. Pompa został rozpoznany przez świadka Żyda, a poza tym lekarz por. Szwimmer z KBW widział na mundurze Pompy ślady krwi. Pompa te ślady zmył. Rozpoznała również Pompę św[iadek] Szuchmanówna. Art. 22 ww. Dekr.

Śledztwo zostało ukończone i w ciągu kilku dni winien być wniesiony przez Prokuratora Rejonowego w Kielcach akt oskarżenia przeciwko 7-miu ww. sprawcom do Sądu Rejonowego w Kielcach. Tego rodzaju zarządzenia wydałem prokuratorowi kpt. Golczewskiemu.

II. Następnie w Informacji 2 D[ywizji]P[iechoty] w Kielcach pod kierownictwem podprokuratora kpt. Latosińskiego prowadzi się śledztwo przeciwko oficerom i szeregowym z 2 DP.

Ustalono w drodze badań całego szeregu zatrzymanych wojskowych i świadków Żydów i po wyeliminowaniu zbędnych zatrzymanych − co następuje: 1. Szer. z 4 P[ułku]P[iechoty] Stefan Smoliński, będąc w obstawie na miejscu zajść, wszedł do domu żydowskiego i tam rewidował mężczyzn Żydów, gdy wychodzili na parter z rękami podniesionymi do góry. Przy tej okazji zabrał Kwaśniewskiemu (nar[odowości] żydowskiej) zegarek. Wina jego została stwierdzona zeznaniami 3 świadków. Art. 22 Dekr. Nr. 300/45 i art. 259 kk.

2. Sierż[ant] z 4 PP Ryszard Bugajski nie udzielił żołnierzowi Maksowi Erlbaumowi pomocy przy jego biciu przez tłum pomimo prośby Erlbauma. Erlbaum zdążył wręczyć Bugajskiemu broń swą, by mu jej tłum nie odebrał. Bugajski zabrał broń i odszedł, widząc, że Erlbauma biją. Po zabraniu broni Bugajski szukał w domu żydowskim broni. Zeznania 2 świadków. Art. 22 ww. Dekr.

3. Żand[arm] Roman Pasikowski zachowywał się agresywnie w stosunku do Żydów, był wewnątrz domu, krzyczał: „zabiliście oficerów, zabiliście polskie dzieci, żaden stąd z was żywy nie wyjdzie”. Poza tym św[iadek] Szuchman widziała, jak był w grupie ludzi, którzy strzelali do pokoju przez drzwi i był w grupie, która robiła rewizję u Żydów. Art. 22 Dekr.

Co do tych 3 podejrzanych śledztwo zostało ukończone i w najbliższych dniach będzie wniesiony akt oskarżenia do Wojskowego Sądu Okręgowego w Łodzi.

Poza tym toczy się śledztwo w tejże Informacji przeciwko ppor. Marianowi Rypystowi, płatnikowi 2 DP. Zarzuca się mu, że brał udział w odbieraniu Żydom broni. Poza tym św[iadek] Kamrat twierdzi, że Rypyst miał się wyrazić: „bądźcie spokojni, my się z wami rozprawimy”. Rypyst wyjaśnia, że Kamrat nielogicznie powtórzył jego zdanie przekręcając sens. Rypyst miał powiedzieć: „bądźcie spokojni, my się z nimi rozprawimy” (z tłumem), powoływał się na świadka Zofię Dankowską (Żydówkę), że ją obronił przed napastnikami. Dankowska potwierdza, że ktoś ją obronił, ale nie wie kto to był, bo była zdenerwowana. Ponadto św[adek] Alpert potwierdził, że Rypyst odebrał mu rewolwer, a św[iadek] Bertinger potwierdził to i dodał, że Rypyst miał mówić: „My się z wami rozliczymy”.

Razem z Rypystem był oficer Jędrzejczyk, który odbierał broń. Jędrzejczyka nie ma, wyjechał na urlop i nie wiadome jest miejsce jego pobytu. Bez Jędrzejczyka nie można zakończyć sprawy Rypysta, gdyż Jędrzejczyk jest potrzebny tu jako świadek, a może i podejrzany. Art. 22 ww. Dekr.

5. Chor[ąży] z 4 PP Henryk Wójcik był wysłany przez dowódcę dywizji jako dowódca oddziału wojskowego, który miał stać opodal ul. Planty na ul. Sienkiewicza do dyspozycji. Obowiązkiem jego było pilnować ul. Sienkiewicza. Wójcik opuścił oddział i poszedł patrzyć na plac przy ul. Planty Nr 7 na bieg wypadków. Nie powrócił na miejsce, oddział jego rozszedł się w tłumie, nie kierował tym oddziałem i pozostał bez ludzi. Komendant Miasta mjr [Wasyl] Markiewicz, przybywszy na miejsce, odszukał Wójcika i postawił mu pytanie: „gdzie masz ludzi”. Uzyskał odpowiedź ze strony Wójcika krótką i lakoniczną: „nic nie mam”.

Chor. Wójcik jest zupełnie bez energii, bez zainteresowania i niezupełnie inteligentny. Nie wykonał danego mu rozkazu − art. 128 kkw.

6. Chor[ąży] z 4 PP Józef Dobkowski [wszędzie w oryg.: Dąbkowski] był zastępcą komendanta miasta. Komendantem miasta w Kielcach jest mjr Markiewicz, który źle włada językiem polskim. Gdy mjr Markiewicz zjawił się na miejscu zajść i usiłował wpłynąć na tłum − został omalże rozszarpany. I zupełnie słusznie musiał usunąć się z ul. Planty. Wysłał swego zastępcę chor. Dobkowskiego z rozkazem pilnowania domu żydowskiego i postawienia posterunków. Posterunki przed domem tym chor. Dobkowski wystawił, ale natychmiast opuścił plac, pozostawiając podwładnych bez dowództwa i poszedł sobie na obiad, a następnie po obiedzie reperował sobie buty i do godz. (18.00?) nie zjawił się na ul. Planty i nie interesował się postawionymi przez siebie żołnierzami, a tłum posterunki rozpędził. Chor. Dobkowski powinien być ścigany z art. 142 kkw za bezczynność władzy.

Wymienione 3 sprawy są na ukończeniu i będą skierowane przez podprokuratora kpt. Latosińskiego do Wojskowego Sądu Okręgowego w Łodzi celem rozpoznania.

III. W Wojewódzkim UBP figurują następne oddzielne sprawy przeciwko milicjantom, którzy na miejscu zajść, miast bronić Żydów, dopuścili się przestępstw. 1. Milicjant Eugeniusz Krawczyk, nieletni, bo ur. w 1931 r., skradł w domu żydowskim różne przedmioty z bielizny i pościeli oraz maszynkę do golenia i produkty żywnościowe, a ponadto, jak ustalono zeznaniami świadków, bił Żydów. Część rzeczy odnaleziono. Art. 291 i 157 § 1 kk. (ewentualnie dojdzie art. 22 Dekr.)

2. Mil[icjant] Józef Mojecki, rusznikarz, na ul. Leonarda w Kielcach pchnął Żyda, a poza tym bił prętem i sztachetą, art. 22 Dekr.

3. Mil. Zygmunt Wypych zabrał marynarkę żydowską, art. 291 i 257 § 1 kk. ewent. art. 160 kk.

4. Mil. Zdzisław Jeziorowski nabrał skądś 8 000 zł i rozdawał je między kolegami, art. 291 i 160 kk.

5. Mil. Władysław Taborek zabrał sukienkę Dory Dajboch, wymieniona ją rozpoznała. Art. 291 i 257 § 1 kk.

6. Mil. Franciszek Furman szedł z małym Błaszczykiem na ul. Planty i wewnątrz budynku krzyczał do Żydów „stać, my wam pokażemy”, otworzył wewnętrzny korpus mieszkania, nie pozwalał opatrywać rannych, krzyczal, że Żydzi pomordowali polskie dzieci. Stwierdzono to zeznaniami świadków. Ar. 22 Dekr.

7. Mil[icjant] Ludwik Pustuła był pijany i rzekomo z rozstrzelanym już Błachutem bił Żydów. Świadkowie jeszcze nie zbadani. Art 22 Dekr. ewent. art. 291 i 286 § 1 kk.

8. Mil. Jan Rogoziński otrzymał rozkaz od kierownika Referatu Śledczego MO, Sędka, udać się z Błaszczykiem ojcem i synem na Planty nr 7, przybył tam i po pewnym czasie kopnął Żydówkę opatrującą rannych, a innej zabrał zegarek. Art. 22 Dekr. i art. 291, 259 kk.

9. Mil. Marian Stalski zabrał obuwie, sukienkę i inne rzeczy, bił i kopał Żydów. Art. 22 Dekr. i art. 291, 257 § 1 kk.

10. Mil. Kazimierz Zając w Komisariacie MO zatrzymanego na skutek wskazówki małoletniego Błaszczyka – Żyda Zingera Kałmana przy osadzeniu w areszcie pobił Art. 291 i 286 § 1 kk. Świadek jeszcze nie zbadany.

Ci do wszystkich wymienionych milicjantów poleciłem Prokuratorowi Golczewskiemu w ciągu 7 dni skończyć śledztwo i skierować oskarżenia do Wojskowego Sądu Rejonowego w Kielcach.

Ponadto aresztowano i innych milicjantów w liczbie ponad 10 osób, ale dowodów przeciwko nim nie zebrano dotychczas.

Zostali aresztowani za bezczynność władzy:

1. Zastępca Komendanta Wojewódzkiego MO mjr Kazimierz Gwiazdowicz,

2. Zastępca Komendanta Powiatowej MO, Dionizy Sidor,

3. Kierownik Referatu Śledczego MO w Kielcach, Stefan Sędek,

4. Kierownik Referatu MO w Kielcach, Edmund Zagórski.

Co do wymienionych toczy się śledztwo, jak mi oświadczono, w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego.

IV. Z polecenia Naczelnego Prokuratora WP przeprowadzono w dniach od 5 lipca do 8 lipca 1946 r. w Kielcach w trybie przyspieszonym śledztwo przeciwko:

1. Antoninie Biskupskiej,

2. Edwardowi Jurkowskiemu,

3. Józefowi Pokrzywińskiemu,

4. Józefowi Kuklińskiemu,

5. Tadeuszowi Szcześniakowi

6. Stanisławowi Rurarzowi,

7. Władysławowi Błachutowi z MO, i

8. Julianowi Chorążakowi za udział w rozruchach antyżydowskich w Kielcach w dniu 4 lipca 1946 r. i na podstawie osobistego badania podejrzanych oraz świadków oraz zebrania dowódów rzeczowych, zabezpieczenia ich ustalono winę wszystkich podejrzanych z art. 22 Dekr. Nr 3000/45, a ponadto milicjantowi Błachutowi z art. 24 kkw i 259 kk.

Jednocześnie Prokuratorzy przeprowadzili śledztwo przeciwko dowódcy warty:

1. milicjantowi Stefanowi Mazurowi oraz cywilom:

2. Kazimierzowi Nowakowskiemu,

3. Józefowi Śliwie, i

4. Antoniemu Pruszkowskiemu o zabranie pod przymusem celem przywłaszczenia u Reginy Fisz 17 dolarów USA, 3 złotych pierścionków, pary kolczyków i złotej szpilki, a następnie o zabójstwo Fiszowej z jej dzieckiem. Śledztwo winę wszystkich ustaliło, a w szczegolności Mazura o zabójstwo Reginy Fisz i jej dziecka. Poza tem tegoż Mazura, Pruszkowskiego, Śliwy i Nowakowskiego o zabór przemocą celem przywłaszczenia ww. przedmiotów u Reginy Fisz. Ponadto Pruszkowskiemu, Śliwie i Nowakowskiemu udowodniono pomocnictwo do zabójstwa tych Żydów, a Nowakowskiemu nakłanianie Mazura do zabójstwa Fiszowej i dziecka jej, i Mazura, Śliwy i Pruszkowskiego do wspominanego rozboju.

W dniu 8 lipca 1946 r. przeciwko 9-ciu wymienionym osobom wniesiono akt oskarżenia do Najwyższego Sądu Wojskowego w Warszawie na sesji wyjazdowej w Kielcach w myśl art. 10 § 1 prawa o ustroju Sądów Wojskowych i art. 2 § 1, 17 kwpk [Kodeks wojskowy postępowania karnego].

W dniu 7 i 10 lipca 1946 r. odbyła się rozprawa i w dniu 11.VII 1946 r. o godz. 13 z minutami ogłoszono wyrok skazujący:

1. Edwarda Jurkowskiego, 2. Józefa Pokrzywińskiego, 3. Juliana Chorążaka, 4. Józefa Kuklińskiego, z art. 259, 22 Dekr. na karę śmierci. 5. Mil. Władysława Błachuta z art. 22 Dekr. i art. 24 kkw, 259 kk. na karę śmierci. Mil. 6. Stefana Mazura, 7. Kazimierza Nowakowskiego, 8. Antoniego Pruszkowskiego i 9. Józefa Śliwy − z art. 225 § 1 i 259 kk w zbiegu z art. 22 Dekr. na karę śmierci.

10. Stanisława Rurarza z art. 22 Dekr. na dożywotnie więzienia.

11. Tadeusza Szcześniaka z art. 16 Dekr. na 7 lat więzienia.

12. Antoninę Biskupską z art. 22 Dekr. na 10 lat więzienia.

Wyrok w stosunku do skazanych na karę śmierci uprawomocnił się w dniu 12 lipca 1946 r. o godz. 21 z minutami wyrok śmierci w stosunku do 9 wymienionych został wykonany przez rozstrzelanie w Kielcach.

1.2 Raport bp. Czesława Kaczmarka przekazany ambasadorowi USA w Warszawie, Arturowi Bliss-Lane, 6/9/1946

Źródło: Akta główne prokuratora w sprawie „Pogromu kieleckiego”, S58/01/ZK, t. 3, k. 176−193.

Wstęp

W dn. 4 lipca 1946 r. zaszedł w Kielcach fakt zamordowania 39 Żydów i 2 Polaków oraz poranienia 40 osób pochodzenia żydowskiego (liczba podawana przez urzędowy akt oskarżenia i przez prasę), mordowali mieszkańcy Kielc, akcja ich trwała, zdaniem urzędowego aktu oskarżenia, od godz. 10-ej rano z przerwami do godziny prawie 6-ej po południu. Cała polska prasa rządowa poświęciła temu faktowi mniejsze lub większe ustępy, zgodnym chórem stwierdzono, że chodziło tu o przygotowany przez organizacje podziemne, których nici sięgają aż generała Andersa, pogrom Żydów, że był to ruch o charakterze faszystowskim. Nikt jednak z tego obozu nie starał się o odpowiedź na pytanie, dlaczego ów „pogrom” trwał tak długo, nikt w prasie rządowej nie próbował przekonywająco wyjaśnić, dlaczego pogrom stał się możliwy w mieście wojewódzkim, w którym są silne oddziały milicji, służby bezpieczeństwa i wojska. Przy uważnym czytaniu prasy rządowej czytelnikowi krytycznemu narzuca się szereg innych jeszcze pytań, powstaje mnóstwo niejasności, samo nawet ujęcie sprawy w prasie rządowej jest nieco dziwne. Mamy olbrzymie komentarze o charakterze politycznym, powtarza się stale slogany o demokracji, faszyzmie, milczeniu kleru, półsłówkami lub jak najkrócej omawia się sam przebieg wypadków, zeznania świadków, nie wspomina o obronie, o zachowaniu się milicji, urzędu bezpieczeństwa, wojska itp. Z lektury tej powstaje nieodparte wrażenie, że prasie rządowej chodzi nie tyle o wyjaśnienie konkretnego wypadku, jaki miał miejsce, ile raczej o jego wyzyskanie dla celów propagandowych, o użycie go jako argumentu wobec przeciwników ideowych w kraju i za granicą. W tych warunkach staje się koniecznością wyjaśnienie przyczyn, przebiegu i następstw zajść w Kielcach nie poprzez pryzmat korzyści, jaką ma z nich obóz rządzący w Polsce, lecz jedynie w imię prawdy, o ile da się ją tutaj uchwycić. Opieramy się przede wszystkim na zeznaniach świadków naocznych, a nawet aktorów tej sprawy [wszystkie podkreślenia są w oryg.]. Pochodzą oni z różnych sfer: inteligencja i ludzie prości, tacy, którzy nienawidzą Żydów i tacy, którym Żydzi są obojętni. Zeznania te nie były składane dla sądu, nie mają charakteru ani obrony, ani oskarżeń, robione były jako wspomnienia, piszący lub mówiący zwykle nie wiedzieli, do jakiego celu mają one służyć. Opieramy się nadto na akcie oskarżenia, sporządzonym przez prokuratora Naczelnej Prokuratury Wojskowej 6 lipca 1946 r., na świadkach procesu i na prasie.

Geneza wypadków kieleckich 4 lipca 1946 r.

Pierwsze pytanie, które się nasuwa przy omawianiu zajść kieleckich, to pytanie, dlaczego do nich doszło? Prasa rządowa podkreśla sadyzm zabijających i powtarza za aktem oskarżenia, że tłum był podjudzany przez „reakcyjnych” zbrodniarzy, przez podżegaczy, podobno nawet przez umundurowanych andersowców. Jest to tłumaczenie zbyt symboliczne. Polacy nie mają opinii sadystów, poza tym w świetle doświadczenia historycznego widać, że narody stają się sadystyczne dopiero po dłuższym przygotowaniu propagandowym. Z Niemców na przykład robiono sadystów przez dziesiątki, o ile nie setki lat. Odpowiedź na postawione tu pytanie utrudnia i to, że w Kielcach nie było przedtem żadnych wystąpień antyżydowskich, że mieszka tu ludność spokojna, bądź co bądź katolicka, że mordowali − według urzędowego aktu oskarżenia − nie jacyś rozgoryczeni życiem bezrobotni lub nędzarze, lecz przedstawiciele drobnego mieszczaństwa, ludzie biedni, ale nie nędzarze. Bezpośrednią przyczyną zajść miało być, według aktu oskarżenia i prasy, opowiadanie 9-letniego Henryka Błaszczyka, którego jakoby Żydzi mieli zamknąć w piwnicy, z której uciekł. Błaszczyk miał opowiadać na ulicy, że Żydzi go chcieli zabić. Ale rzecz jasna, że samo to tylko opowiadanie nie mogło sprowokować tak okrutnego zachowania się tłumu. Dlaczego więc miało ono miejsce? Odpowiedź może być tylko jedna. Dlatego, że tłum nienawidzi Żydów. Ta nienawiść mogła sprawić, że uwierzono opowiadaniu chłopca, że stało się ono ostatnią kroplą, która spowodowała wylew tej nienawiści w formie niesłychanie drastycznej. Rzecz jasna, że nie czuje się nienawiści do ludzi obojętnych, nieszkodliwych, nienawidzi się tylko wrogów czy też tych, których się za wrogów uważa i to z przyczyn, jeśli chodzi o tłum, konkretnych, jasnych, wyraźnych. W Kielcach przyczyny tej nienawiści były dwojakiego rodzaju. Jedne miały charakter ogólny, były jak gdyby koniecznym tłem dla przyczyny specyficznej, wzburzającej szczególnie szerokie masy. Zanim jednak przejdziemy do ich omówienia, musimy tu podkreślić bardzo ważne zjawisko. Oto po olbrzymich mordach Żydów w roku 1943 dokonywanych przez władze niemieckie w Polsce ówczesnej, a więc i w Kielcach, nie było wrogiego nastawienia do Żydów i nie było antysemityzmu. Wszyscy współczuli Żydom, nawet ich najwięksi wrogowie. Wielu Żydów ocalili Polacy, boć przecież bez pomocy polskiej nie ocalałby żaden. Ratowano ich, choć były za to surowe kary, aż do kary śmierci włącznie. Tak było w roku 1944 i na początku roku 1945. Po wejściu wojsk sowieckich, po rozciągnięciu władzy rządu lubelskiego na całą Polskę ten stan rzeczy zmienił się gruntownie. Zaczyna się niechęć do Żydów, szerzy się szybko, ogarniając szerokie masy społeczeństwa polskiego − wszędzie, a więc i w Kielcach, Żydzi są nielubiani, a nawet znienawidzeni na całym obszarze Polski. Jest to zjawisko nieulegające najmniejszej wątpliwości. Nie lubią Żydów nie tylko ci Polacy, którzy nie należą do żadnej partii lub też są w opozycji, ale nawet wielu spośród tych, którzy oficjalnie należą do partii rządowych. Powody tej niechęci ogólnej są powszechnie znane, w każdym razie nie wynikają one ze względów rasowych. Żydzi w Polsce są głównymi propagatorami ustroju komunistycznego, którego naród polski nie chce, który mu jest narzucany przemocą, wbrew jego woli. Każdy Żyd ma poza tym dobrą posadę lub nieograniczone możliwości i ułatwienia w handlu i przemyśle, Żydów jest pełno w ministerstwach, na placówkach zagranicznych, w fabrykach, urzędach, w wojsku i to wszędzie na stanowiskach głównych, zasadniczych i kierowniczych. Oni kierują prasą rządową, mają w ręku tak surową dziś w Polsce cenzurę, kierują urzędami bezpieczeństwa, dokonują aresztowań.

Niezależnie od szerzenia komunizmu, nie odznaczają się oni taktem, zwłaszcza w stosunku do ludzi o przekonaniach niekomunistycznych. Są często aroganccy i brutalni. Wielu z nich nawet nie pochodzi z Polski. Przybywszy z Rosji, słabo mówią po polsku, jeszcze słabiej orientują się w stosunkach polskich. Na podstawie powyższych powodów powiedzieć zatem można, że sami Żydzi ponoszą lwią część odpowiedzialności za nienawiść, jaka ich otacza. Przeciętny Polak sądzi (mniejsza o to, słusznie czy niesłusznie), że prawdziwymi i szczerymi zwolennikami komunizmu w Polsce są tylko Żydzi, bo olbrzymia większość komunistów Polaków − to zdaniem ogółu − ludzie interesu, bezideowi, którzy są komunistami tylko dlatego, że im się to sowicie opłaca.

Tak się przedstawia tło ogólne wypadków kieleckich. Omówienie tej sprawy jest dlatego ważne, że rzuca ona światło na zachowanie się milicji i wojska podczas zajść kieleckich.

Obok tej przyczyny działała jednak na masy w Kielcach przyczyna druga, którą by można nazwać bezpośrednią. Już na parę miesięcy przed dniem 4 lipca 1946 r. rozchodziły się po Kielcach wersje o ginięciu dzieci obu płci. Księża z parafii kieleckich byli od czasu do czasu proszeni przez stroskanych rodziców o ogłaszanie z ambon wezwań, by ci, którzy mogą udzielić informacji o pobycie dzieci, powiadomili o tym rodziców. Ogłoszenia takie umieszczano i na słupach. Nie była to jakaś propaganda, bo dzieci ginęły rzeczywiście. Parę wypadków znanych jest z całą pewnością. Szeroki ogół uważał, że sprawcami ich są Żydzi, którzy na dzieciach popełniają mord rytualny, toteż skargi rodziców dzieci wpływały bardzo podniecająco przeciwko Żydom, zwłaszcza na ludzi prostych. Te niewątpliwe fakty ginienia dzieci oburzały nawet wielu ludzi z inteligencji. Niektórzy z nich informowali na przykład piszącego, że Żydzi dokonują transfuzji krwi z dzieci, a ofiary, z których pobrano krew, mordują.

Fakty tu opisane były meldowane milicji, która jednak okazywała wobec nich zupełną obojętność, nie przeprowadzając śledztwa, ale i nie dementując otrzymanych wiadomości. Ta bezczynność władz policyjnych utwierdzała szerokie masy w przekonaniu, że Żydom w Polsce wszystko wolno, że wszystko może im uchodzić bezkarnie.

Urzędowy akt oskarżenia, a za nim prasa rządowa, wiążą wypadki kieleckie z referendum odbytym 30 maja 1946 r. Istotnie wiadomy z relacji tysięcy i dziesiątków tysięcy ludzi fakt, że co najmniej 90% uprawnionych głosowało „nie”, a tymczasem władze rządowe ogłosiły, że było na odwrót, mógł wpłynąć na zwiększenie podniecenia mas ludowych, łatwiej ulegających podnietom uczuciowym. Nie wydaje się jednak, by ten czynnik odegrał poważniejszą rolę przyczynową w zajściach kieleckich.

Tenże akt oskarżenia, a za nim cała prasa rządowa, piszą, bez żadnych dowodów co prawda, zupełnie gołosłownie, że „pogrom” ludności żydowskiej w Kielcach był specjalnie przygotowany przez W[olność]iN[iezawisłość], N[arodowe]Siły]Z[brojne] i elementy wsteczne. Chodzi tu o dwie kwestie: specjalne przygotowanie pogromu i przygotowanie go przez WiN i NSZ. Tego wyjaśnienia zajść kieleckich przyjąć jednak nie można. Jest rzeczą znaną, zarówno z prasy z licznych procesów, jak i z opowiadań świadków, że organizacje podziemne rozporządzają sporą ilością broni wojskowej wszelkiego rodzaju, że potrafią staczać z komunistami prawdziwe bitwy. Jeżeli zatem one przygotowały, i to specjalnie, a więc jako tako starannie, wypadki kieleckie, to musieli brać w nich udział ludzie uzbrojeni i połowa przynajmniej Żydów padłaby od kuł pistoletowych, wśród dowodów rzeczowych winny się znaleźć jakieś rewolwery czy pistolety automatyczne. Te rzeczy chyba nie ulegają wątpliwości. Prokurator rządowy, którzy tak dużo mówił o winie andersowców i NSZ, na pewno by i na mordowanie Żydów bronią tych czynników nie omieszkał zwrócić uwagę.

Tymczasem jeden ze sprawozdawców procesu, niepodejrzany, bo piszący w gazecie komunistycznej („Dziennik Łódzki” z 10 lipca 1946, nr 186), tak pisze o rozprawie sądowej: „Przed stołem sędziowskim postawiono stolik, na którym zostały złożone dowody rzeczowe: kamienie, cegły, zbroczone krwią kije, sztachety z płotów, rura od kaloryfera poplamiona krwią i rower damski”. Potwierdzają to uczestnicy procesu sądowego, nawet prokurator w akcie oskarżenia mówi, że Żydzi byli „wyrzucani i wypychani” na bruk, gdzie rzucały się na nich grupy osób, masakrując ich „uderzeniami rur żelaznych, sztachet, cegieł itp.”. Nie ma tu mowy o broni palnej, zatem gdzie dowody o specjalnym przygotowaniu tych zajść i o przygotowaniu ich przez NSZ czy WiN? Owszem, rzeczywiście 2/3 Żydów zostało zamordowanych bronią wojskową, ale nawet prokurator nie przypisał za to winy tym organizacjom. Dalej, aktem oskarżenia objęto 12 osób, tymczasem nawet tenże prokurator nie zarzucił ani jednej z tych osób przynależności do NSZ lub WiN. Twierdzenie zatem aktu oskarżenia o przygotowaniu wypadków kieleckich przez te organizacje należy uznać za pozbawione jakichkolwiek dowodów. Chyba że chodzi o przygotowanie moralne, ale to przecie − w świetle tego, co powiedziano wyżej − byłoby niemożliwe, gdyby w masach nie było nienawiści do Żydów z innych powodów, już przedtem nagromadzonej. Akt oskarżenia podaje na dowód swej tezy tylko to, że w tłumie usłyszano okrzyki: „Bić Żydów, niech żyje rząd sanacyjny, niech żyje Anders i niech żyje Hitler, który wyrżnął Żydów”. Pierwszy z nich jest zrozumiały, bo nie tylko nawoływano do bicia, ale i bito naprawdę. Drugi okrzyk jest już a priori zupełnie niemożliwy. Gdyby autor aktu oskarżenia był Polakiem, a przynajmniej jako tako orientował się w tym, co działo się w Polsce od roku 1939, to wiedziałby, jak jest niepopularny rząd sanacyjny i jeśli ktoś wzniósł taki okrzyk istotnie, to chyba dla zabawy lub po pijanemu, a w akcie oskarżenia nie wypadało tego powtarzać („Dziennik Łódzki”, cyt. wyż. poprawił tu prokuratora na: rząd emigracyjny. Taki okrzyk byłby możliwy, choć świadkowie go nie potwierdzają). Co ważniejsze jednak, to to, że nikt, absolutnie nikt ze świadków zajść kieleckich tych trzech ostatnich okrzyków nie słyszał, nawet podczas procesu zapytywani o to świadkowie faktowi temu przeczyli. Dlatego też z całą stanowczością trzeba stwierdzić, że aczkolwiek okrzyk: „niech żyje Anders” − byłby zupełnie zrozumiały ze względu na dużą popularność tego generała w Polsce, to jednak okrzyk ten, wraz z drugim o rządzie sanacyjnym i o Hitlerze, są po prostu wymysłem prokuratora, aczkolwiek powtórzyła ten fakt za nim prasa rządowa. Jest to kłamliwy trick propagandowy i nic więcej.

Akt oskarżenie mówi także, że „ustalono niezbicie, że wśród podżegaczy i zabójców znajdowali się nawet umundurowani andersowcy”. Chodzi tu chyba o żołnierzy, którzy wrócili z armii polskiej na Zachodzie, innych przecież mundurów nie ma. Ci istotnie mogli być w tłumie i mogli brać udział w zabijaniu, ale akt oskarżenia sam obala wypowiedziane tu twierdzenie, jeżeli bowiem prokurator twierdzi, że coś ustalił „niezbicie”, to daje na to dowody albo na podstawie zeznań oskarżonych, tymczasem − to dziwne − żadnego umundurowanego andersowca nie aresztowano, albo na podstawie zeznań świadków, tymczasem i tych nie zacytowano. I to zdanie zatem należy uznać za niezgodny z prawdą wymysł aktu oskarżenia, przeznaczony chyba dla własnych zwolenników i dla zagranicy. Tak się przedstawia tło i przyczyny pośrednie zajść kieleckich w dniu 4 lipca.

Sprawa Henryka Błaszczyka, bezpośredniego sprawcy zajść kieleckich

Nie mamy zamiaru opisywać szczegółowo wypadków dnia 4 lipca, bo nie chodzi nam o to, którego Żyda w jakim czasie zamordowano. Przedstawienie tak dokładne byłoby niemożliwe, gdyż nie rozporządzamy odpowiednim materiałem dowodowym. Zresztą czynów tłumu, dokonywanych często równocześnie w paru naraz miejscach, odtworzyć się nie da. Tu zeznania świadków są, i muszą być, chaotyczne. Toteż ograniczymy się tylko do tego, co z tych zeznań da się wydobyć niewątpliwie, a co dotyczy rzeczy dla nas istotnej. Należą do nich trzy sprawy: początek zajść, główne ich fazy i kto mordował. Te trzy zagadnienia dadzą się wyjaśnić z całą pewnością.

Początek zajść wiąże się z osobą 9-łetniego chłopca Henryka Błaszczyka. Według urzędowego aktu oskarżenia i prasy rządowej sprawa ta przedstawiała się następująco. W dniu 1 lipca chłopiec znikł „w nieustalonych na razie okolicznościach” z domu rodzicielskiego. „W toku śledztwa niezbicie ustalono”, mówi tenże akt, że „chłopak znalazł się w odległej o 25 km od Kielc wsi Pielaki powiatu końskie i tu przebywał kolejno u trzech gospodarzy.”. W tym samym czasie na terenie Kielc rozpuszczono pogłoski o ginięciu dzieci, uprowadzanie których przypisywane było Żydom. W dniu 3 lipca wieczorem chłopiec powrócił do domu. Później, podczas procesu, ojciec chłopaka zeznawał, że nie pytał syna o to, gdzie był, lecz kazał mu się udać na spoczynek. Zainteresował się jednak tą sprawą sąsiad, a wtedy chłopiec − wracamy do urzędowego aktu oskarżenia − „opowiedział wyuczoną i nieodpowiadającą prawdzie historię, jakoby spotkał na ulicy jakiegoś nieznajomego mężczyznę, który dał mu do odniesienia paczkę i 20 zł na drogę. Mężczyzna jakoby zaprowadził go do domu zamieszkałego przez Żydów, gdzie odebrano mu paczkę i pieniądze, a jego samego wsadzono do małej i ciemnej piwniczki, nie dając mu jedzenia. Z piwnicy wydostał się on podobno potem przy pomocy jakiegoś chłopca, który podał mu przez okienko stołek, na który wszedłszy, uciekł oknem. Rodzice chłopca po takiej jego opowieści, podmówieni przez osoby postronne, ustalone w śledztwie, tego samego dnia wieczorem zameldowali o tym Milicji Obywatelskiej, a wersję o zatrzymaniu i powrocie chłopca szerzono celowo po mieście. Rano dnia następnego rodzice chłopca, podmówieni, poszli znów z chłopcem na milicję, prowadząc go przez miasto i opowiadając o wypadku znajomym. Chłopak po drodze wskazał dom przy ul. Planty 7, gdzie rzekomo go więziono, i pokazał pierwszego napotkanego przypadkowo Żyda jako na sprawcę tego. W tym samym czasie na ul. Planty gromadził się już tłum. Po przyjściu rodziców z chłopakiem na komisariat M[ilicji]O[bywatelskiej] wysłany został patrol 6 milicjantów celem ujęcia rzekomo podejrzanego osobnika, który na skutek wskazania chłopca został ujęty i osadzony w komisariacie MO. Z komisariatu MO powtórnie wysłano patrol złożony z kilkunastu milicjantów celem przeprowadzenia rewizji i ustalenia miejsca, gdzie podobno miał siedzieć zatrzymany chłopak. Doraźne dochodzenie milicji ustaliło natychmiast ponad wszelką wątpliwość, że oświadczenia chłopaka są fałszywe i zmyślone, niemniej jednak podburzony tłum, widząc chłopaka i ulegając szerzonej przez agitatorów propagandzie, rozpoczął pogrom Żydów zamieszkałych przy ulicy Planty nr 7”.

Tyle urzędowy akt oskarżenia. Moglibyśmy go uznać za prawdziwy opis początków wypadków, gdyby nie to, że jego analiza wywołuje pewne co do tego wątpliwości i gdyby nie sam proces sądowy, który wątpliwość tę jeszcze pogłębia.

Akt oskarżenia mówi, że chłopiec znikł 1 lipca „w nieustalonych na razie okolicznościach”. Akt oskarżenia jest datowany 8 lipca, w chwili gdy to piszemy, jest 1 września, a zatem od 4 lipca upłynęło blisko już 2 miesiące. Prasa rządowa codziennie prawie porusza wypadki kieleckie, a jednak do tej pory władze rządowe nie kwapią się z ogłoszeniem tych okoliczności, choć jest to sprawa niezwykle doniosła. Nie mógł ich ustalić i prokurator, choć miał na to 4 dni czasu, a ściśle biorąc, nie powinien był się zgodzić na sporządzanie aktu oskarżenia, dopóki nie miał pełnego materiału dowodowego. Jeżeli chłopiec 1 lipca opuścił dom i udał się do wsi Pielaki, to mógł to zrobić z następujących powodów: albo uciekł z domu na skutek złego traktowania, albo urządził sobie wycieczkę samowolnie bez wiedzy rodziców, albo został do tego przez kogoś namówiony. Jest rzeczą dziwną, że nie udało się wydobyć od chłopca odpowiedzi na te pytania. Ale największej wątpliwości dostarczył sam proces sądowy. Urzędowy akt oskarżenia mówi, że chłopiec opowiadał „wyuczoną i nieodpowiadającą prawdzie historię” o przetrzymaniu go przez Żydów. Wiceminister bezpieczeństwa publicznego Wachowicz opowiedział to przedstawicielowi S[ocjalistycznej]A[gencji]P[rasowej]-u w sposób bardziej szczegółowy: „Dziecko wzięte na spytki przez dwie godziny powtarzało wyuczoną lekcję o Żydach i więzieniu, zamierzonym morderstwie itp. w obawie, że jeśli powie prawdę, zostanie ukarane przez rodziców. Po dwóch godzinach dziecko przyznało się do prawdy i wyszły na jaw szczegóły tej potwornej prowokacji, do której zdegenerowani przestępcy nie zawahali się użyć naiwnego dziecka” („Dziennik Polski” z 19 lipca 1946, nr 195).

Otóż chłopiec ten był w świetle urzędowego aktu oskarżenia bezpośrednim i głównym sprawcą wypadków kieleckich dnia 4 lipca. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że on przede wszystkim powinien był być badany podczas procesu sądowego. Tymczasem w dniu 8 lipca na rozprawę sądową nie dostarczono go. Najważniejszy świadek oskarżenia był na procesie nieobecny, choć władze rządowe miały go w rękach. A przecież, jeśli prawdą jest to, co podawał wiceminister Wachowicz, zeznania chłopca byłyby jak najlepszym argumentem na korzyść tezy wysuwanej przez akt oskarżenia. Komu zależało i na tym, by nie zeznawał w sądzie, by nie pokazał się obrońcom i publiczności?

Fakt, że Henryka Błaszczyka, głównego sprawcę zajść kieleckich, badał tylko prokurator, że jego zeznań nikt potem nie słyszał, że obrońcy nie mogli go pytać i nie widzieli nawet, podważa wybitnie prawdziwość urzędowego aktu oskarżenia.

Ale to nie koniec wątpliwości. Zaraz 4 lipca chłopca wraz z ojcem aresztowano i nie pozwolono nikomu się z nim widzieć. Siedzi on w więzieniu aż dotąd. Jeżeli po pewnym czasie nie zostanie on wypuszczony na wolność, ew[entualnie] oddany do jakiegoś domu poprawczego, lecz zaginie w więzieniu, to wówczas będzie wolno wyprowadzić z tego tylko jeden wniosek, a mianowicie, że prawdziwe zeznania chłopca były inne niż podawał urzędowy akt oskarżenia i że władze rządowe obawiały się, by chłopiec nie powiedział w sądzie co innego, niż one sobie życzyły.

Jeszcze jedna sprawa niejasna. Młody Błaszczyk wskazał na osobnika, który jakoby zaprowadził go do domu zamieszkałego przez Żydów. Osobnik ten został ujęty i osadzony w komisariacie. Tyle tylko mówi urzędowy akt oskarżenia na ten temat, nie podaje on nawet, jak się ów osobnik nazywał i kim był. Sprawę widocznie zbagatelizowano, choć była ona jedną z głównych przyczyn wypadków kieleckich. I znowu pytanie: dlaczego owego osobnika nie skonfrontowano w sądzie z Henrykiem Błaszczykiem, by temu ostatniemu dowieść kłamstwa? Dlaczego z góry, bez możności sprawdzenia tego przez adwokatów, przyjęto dziwną perwersję chłopca, który wskazał na pierwszego lepszego spotkanego po drodze Żyda? Niektórzy świadkowie mówią, i powtórzył to za nimi jeden z korespondentów pism zagranicznych („Catholic Harald” z 26 lipca 1946, nr 3152), że Żyd ów nazywał się Antoni Pasowski. On to, ich zdaniem, wmówił w Błaszczyka, że Żydzi z domu Planty nr 7 chcieli go zamordować, a oprócz tego, sterroryzowawszy chłopca, kazał mu o tym opowiadać naokoło. Nie wiadomo dokładnie, na czym się ta wersja opiera, nie wydaje się ona jednak zmyślona, gdyż analiza wypadków raczej ją potwierdza niż podważa. Chłopiec musiał być przez kogoś namówiony do szerzenia opowiadania o postępowaniu Żydów. Sam nawet urzędowy akt oskarżenia nie mówi, że uciekł on z domu lub że zrobił samowolną wycieczkę, lecz że „znikł w nieustalonych na razie okolicznościach”. Ktoś mu w tym zniknięciu pomógł. A dalej, jeśli chłopca istotnie nie męczyli Żydzi, to ktoś mu również kazał opowiadać o tym. Gdyby opowiadanie chłopca było całkowicie przez niego zmyślone, to niewątpliwie pokazano by chłopca w procesie sądowym na dowód, że sam przyznaje, iż kłamał. Tego nie zrobiono, widać w obawie, by się nie wsypał. A wobec tego, kto namówił chłopca do opowiedzenia całej tej historii? Mogli to zrobić jacyś reprezentanci WiN czy NSZ lub też, co a priori biorąc, wydaje się paradoksalnym, sami Żydzi. Pierwszą możliwość omówiliśmy w rozdziale poprzednim, wykazując, że jest ona nie do przyjęcia. Pozostaje zatem druga, choć wydaje się, że jest nieprawdopodobna i absurdalna, bo wynikałoby z niej, że Żyd był głównym sprawcą mordowania Żydów w Kielcach. Czy jednak naprawdę jest ona absurdalna? Przed daniem odpowiedzi na to pytanie trzeba wspomnieć o dwóch wiążących się z nim zjawiskach. Po pierwsze faktem jest, że Żydzi europejscy pragną wywrzeć presję na rząd W[ielkiej] Brytanii, by oddał im w niepodzielne władanie Palestynę. Niedawno dokonany przez terrorystów żydowskich zamach w Jerozolimie na hotel króla Dawida, podczas którego zginęło podobno sporo Żydów, jest wymownym dowodem tej presji. Po drugie, aby łatwiej uzyskać możność wyjazdu do Palestyny, Żydzi europejscy starają się dowieść, że w niektórych krajach europejskich są prześladowani. Do takich krajów należy Polska, której Żydzi, zwłaszcza rosyjscy, szczególnie nie lubią za to, że nie chce dobrowolnie przyjąć narzucanego sobie ustroju komunistycznego. Ze względu na przytoczone zjawiska nie jest wykluczono, że ktoś z Żydów mógł skłonić Henryka Błaszczyka do opowiadania wyżej przytoczonej historii w przewidywaniu, że skłoni ona podniecony już i tak przeciw Żydom tłum do ekscesów, które będzie można potem obszernie wyzyskać. W świetle tej hipotezy jasne jest i zniknięcie Błaszczyka na trzy dni (obojętne jest przy tym, czy był od 1 do 3 lipca na wsi, czy też w piwnicy przy ul. Planty 7) i niepokazanie go nawet podczas procesu. Potwierdza ją także w sposób silny fakt, że milicja nie próbowała przeszkodzić tłumom w mordowaniu, co wyjaśnić można w ten tylko sposób, że takie miała rozkazy. Poniżej przytoczymy jeszcze więcej danych na potwierdzenie wyrażonej tu supozycji.

I wreszcie jedna jeszcze uwaga. Urzędowy akt oskarżenia twierdzi, że w czasie między 1 a 3 lipca rozpuszczono w Kielcach pogłoski o ginięciu dzieci. Twierdzenie to jest niezgodne z prawdą, bo wiadomości o ginieniu dzieci kursowały po Kielcach już wcześniej, jak o tym była mowa w rozdziale pierwszym. W czasie od 1 do 3 lipca świeżych na ten temat pogłosek, poza osobą Błaszczyka, nie było.

Przebieg zajść

Urzędowy akt oskarżenia, a za nim prasa rządowa, opisuje początek i przebieg zajść kieleckich w trzech zdaniach: z komisariatu milicji wysłano kilkunastu milicjantów, którzy mieli sprawdzić, czy Błaszczyk był rzeczywiście przetrzymany w domu Planty nr 7; po przybyciu na miejsce dochodzenie milicji „ustaliło natychmiast ponad wszelką wątpliwość”, że oświadczenie chłopca jest fałszywe i zmyślone, „niemniej jednak podburzony tłum, widząc chłopaka i ulegając szerzonej przez agitatorów propagandzie, rozpoczął pogrom Żydów zamieszkałych przy ul. Planty 7”.

Tyle ów akt urzędowy. Nie odpowiada on wcale na dwa budzące się przy tym pytania: w jaki sposób milicja ustaliła „ponad wszelką wątpliwość”, że chłopiec mówił nieprawdę? Czy badano piwnicę domu i przesłuchiwano zamieszkałych w nim Żydów? I drugie pytanie: dlaczego milicjanci nie powstrzymali tłumów, choć było ich kilkunastu i choć akcja odbywała się na schodach, gdzie z braku miejsca tłum nie mógł być duży?

Te pytania okażą się zbędne, jeżeli przedstawi się przebieg tej sprawy ze szczegółami, które urzędowy akt oskarżania prawdopodobnie celowo przemilcza.

Wszyscy świadkowie zeznają zgodnie, te wypadki zaczęły się około godz. 10-ej. Do domu przy ul. Planty 7 przybył w towarzystwie tłumu mały oddział milicji, który zażądał otwarcia drzwi mieszkania na pierwszym piętrze w celu przeprowadzenia w nim rewizji. Żydzi odmówili, mówiąc, że otworzą tylko na rozkaz UB, to jest Urzędu Bezpieczeństwa. Ta odmowa rozjątrzyła zarówno milicjantów, jak i tłum, gdyż UB jest to organizacja analogiczna do niemieckiej Gestapo i kierowana przez Żydów. Wyglądało na to, że Żydzi chcą się tylko przed Żydami tłumaczyć, że nie mają zaufania do polskich milicjantów. Zgromadzony przed domem tłum szemrał, nastrój podniecały kobiety, między innymi jedna z nich, która zwodziła głośno: „Moja droga dziecina… Tu ją zamordowali”. Kobiecie tej rzeczywiście miało zaginąć dziecko. Ktoś z tłumu, w cywilnym ubraniu, rzucił z ulicy kamieniem w szybę mieszkania żydowskiego, za tym posypały się inne kamienie. Wobec tego milicjanci znajdujący się na ulicy zaczęli nawoływać do spokoju, a jeden z nich czy też paru strzeliło w górę dla postrachu. Jedna z kul oderwała gzyms nad oknem mieszkania żydowskiego. Wśród tłumu zaczął się popłoch. I wtedy właśnie dano serię strzałów z okien domu zamieszkałego przez Żydów. Parę osób zostało rannych. Tłum zaczął uciekać, po chwili jednak zawrócił, gdy strzały umilkły.

To działo się na ulicy. Tymczasem w samym domu milicja wyważyła drzwi mieszkania na pierwszym piętrze, ale gdy drzwi zawaliły się pod naporem cisnących, posypała się nań seria strzałów. Zostało rannych parę osób i zabity jakiś oficer. Atakujący wycofali się z części schodów.

Fakt ten, że Żydzi zaczęli pierwsi strzelać do milicji i tłumu, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Stwierdzają to wszyscy bez wyjątku świadkowie. Pierwszymi ofiarami podczas zajść kieleckich byli zatem Polacy. Nawiasem mówiąc, posiadanie broni palnej jest w Polsce zakazane pod karą śmierci. Te strzały żydowskie sprowokowały dalszy bieg wypadków. Gdyby nie one, skończyłoby się prawdopodobnie wszystko na wybiciu szyb Żydom i milicjanci potrafiliby uchronić ich od linczu. Zaatakowani milicjanci odpowiedzieli jednak strzałami i zamiast rozpędzać tłum, stanęli po jego stronie. Świadkowie mówią, że wewnątrz domu Żydzi bronili się i granatami.

Na ulicy przed domem stał tłum coraz gęstszy. Około godz. 10 min 30 na ulicy zjawili się funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, ale zachowali się biernie, przyjmując tylko postawę obserwatorów. Zjawił się też silny oddział wojska i zaczął otaczać dom, usuwając z ulicy tłumy. Obserwatorzy stwierdzają, że był wówczas moment, gdy można było zlikwidować całe zajście, gdyby ze strony służby bezpieczeństwa padły odpowiednie po temu rozkazy, gdyby ktoś z nich wykazał należytą energię, gdyby służba bezpieczeństwa, milicja i wojsko chciały rzeczywiście działać. Tymczasem milicja i żołnierze prowadzili głośne rozmowy z tłumem. Widać było, że wojsko zwłaszcza podziela nienawiść do Żydów. Z tłumu wołano zresztą: „Niech żyje armia polska!”. Jeden ze świadków naocznych opowiadał, że jeden z oficerów usłyszawszy, że Żydzi mordują „naszych”, wyciągnął rewolwer i pobiegł do wnętrza domu. Tam również udała się i część żołnierzy. Milicjanci i żołnierze mordowali Żydów w mieszkaniach lub też bijąc ich kolbami, wyprowadzali na ulicę, a tu w obecności innych żołnierzy i milicjantów masakrowały ich zhisteryzowane jednostki. Nawet przewód sądowy stwierdził, że 2/3 Żydów zginęło z ran postrzałowych, a tylko 1/3 została zamordowana przez jednostki z motłochu. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa i teraz zachowywali się bezczynnie.

Gdyby Żydzi nie bronili się w swych mieszkaniach, byliby wymordowani lub pobici w ten sposób wszyscy w ciągu godziny. Tymczasem toczyła się walka o każde mieszkanie i powtarzało się zabijanie ich lub wywlekanie na ulicę.

Około godz. 2-ej po południu zaczęła się druga faza zajść. Przyszli tłumem, przebywając przestrzeń około kilometra, a jednak niepowstrzymywani przez nikogo po drodze robotnicy z fabryki „Ludwików” i z tartaku państwowego, uzbrojeni w drągi, klucze francuskie itd. Robotnicy ci należą prawie wyłącznie do dwóch partii rządowych, P[olskiej]P[artii]R[obotniczej] i P[olskiej]P[artii]S[ocjalistycznej]. Zaczęło się jeszcze szybsze wyciąganie Żydów z domów i mordowanie ich na miejscu lub na ulicy, która została zasiana trupami. Dopiero po południu, około godziny 3-ej, tłum, nie mając już nic do roboty, zaczął się rozchodzić, atakując tu i ówdzie napotkanych po drodze Żydów. Stwierdza to i akt oskarżenia, pozwalając jednak w ten sposób na wniosek, że skoro zajścia trwały tak długo, to wynika z tego alternatywa: albo władze nie chciały przerwać mordowania Żydów, albo nie zostały usłuchane przez własnych ludzi. Jeśli przyjąć ten drugi wniosek, to wynika z niego inny. Widać mianowicie, jaki posłuch w wojsku, a nawet w milicji, ma rząd obecny i jak wielka jest w masach nienawiść do głównych tego rządu zwolenników, tj. do Żydów.

Proces sądowy

Piętą achillesową urzędowego przedstawienia wypadków kieleckich jest niewątpliwie proces sądowy w tej sprawie. Rzuca on cień na szczerość tych, którzy go prowadzili i zdradza ich istotne tendencje. Do odpowiedzialności pociągnięto 12 osób, w tym tylko 8 spośród tych, którzy brali udział w zajściach. Jeśli się zwróci uwagę na to, że zamordowanych było 39 osób, a ranionych 40, to liczba oskarżonych jest wysoce niewspółmierna do liczby zabitych i rannych. Prokurator rządowy jednak inaczej postąpić nie mógł, gdyż istotnie spośród osób cywilnych zabijających było niewielu, 2/3 Żydów wymordowali i poranili milicjanci, żołnierze i robotnicy, a tych jako ludzi rządowych do odpowiedzialności prokurator pociągnąć nie chciał.

W celu zwiększenia, choćby sztucznego, liczby oskarżonych, a zarazem zapewne, aby bardziej zohydzić tych, którzy zabijali przy ul. Planty 7, połączono ich proces ze zwykłą sprawą bandycką, która rozgrywała się wprawdzie w tym samym dniu, ale miała zupełnie inny charakter. Oto milicjant Mazur wraz z trzema swymi towarzyszami wywiózł za miasto z ulicy Leonarda, odległej o prawie 1/2 kilometra od domu Planty 7, troje Żydów w celu rabunkowym, jak to stwierdza sam akt oskarżenia. Dwoje z tych Żydów bandyci zamordowali, jeden z Żydów uciekł. Sprawa ta nie miała nic wspólnego z antysemityzmem, gdyż ofiarą bandytów padają przecież i Aryjczycy, nie pozostawała też w żadnym związku z zajściami przy ul. Planty 7.

Na proces przyjechał najwyższy sąd wojskowy, choć według prawa nie jest on kompetentny do sądzenia spraw w pierwszej instancji ani do sądzenia spraw osób cywilnych, o ile ich czyn nie pozostaje w bezpośrednim związku z przestępstwem osób wojskowych. Władzom rządowym chodziło, zdaje się, o dobór takich sędziów, którym by można było zaufać. Byli też nimi niejacy Marian Barton, Antoni Łukasik i Stanisław Baraniuk. Pierwszy z nich miał wybitne cechy mongolskie, nie wyglądał na Polaka, dwaj pozostali mieli wygląd semicki [Żaden z sędziów i prokuratorów w pierwszym procesie kieleckim nie był Żydem; wszyscy, podobnie jak prokuratorzy K. Golczewski i Cz. Szpądrowski, byli przedwojennymi prawnikami; zob.: t. 1, biogramy].

Innym zupełnie dziwnym pogwałceniem prawa był fakt, że o zajściach w dniu 4 lipca nie powiadomiono wcale prokuratora miejscowego, nie on też oskarżał przed tym sądem, lecz również specjalnie przysłany prokurator sądu najwyższego major Szpądrowski [w oryg.: Szponderski] oraz miejscowy prokurator sądu wojskowego, Żyd Gołczewski. Do obrony powołano z urzędu 5-ciu adwokatów, w tym tylko dwóch obrońców wojskowych, trzech zaś cywilnych. Gdy ci ostatni podnieśli zarzut, że nie są kompetentni do stawania w sądach wojskowych, sąd odpowiedział, że istotnie mógłby wyznaczyć na obrońców nawet żołnierzy, ale kieruje się dobrem oskarżonych. Nawiasem mówiąc, spośród tych trzech obrońców cywilnych jeden z nich, Zenon Wiatr, jest znany jako żyjący b[ardzo] dobrze z kołami PPR, w ten sposób dwaj pozostali byli zmajoryzowani. Rola ich była tym trudniejsza, że nie występowali nigdy w sądach wojskowych, a co więcej, ze sprawą nie zdążyli się nawet zapoznać. Oto 8 lipca po południu zawiadomiono ich, że mają występować w sprawie zajść kieleckich dnia następnego o godzinie 9-ej rano. W ten sposób nie dano im nawet 24 godzin do przygotowania obrony, co więcej, uniemożliwiono im porozumienie z oskarżonymi. Na widzenie się z tymi ostatnimi dano im dosłownie niecałą godzinę czasu i to bezpośrednio przed samym procesem, gdy na dyskusje, na przygotowanie wspólnej linii postępowania ławy obrończej, a nawet na dokładne zapoznanie się z aktem oskarżenia było już stanowczo za późno. Zresztą akt oskarżenia przeczytano i podsądnym dopiero na godzinę przed zaczęciem rozprawy, wbrew kodeksowi postępowania karnego wojskowego, który daje oskarżonym 5 dni czasu od wręczenia lub odczytania aktu oskarżenia do rozprawy, wprawdzie podsądni podpisali oświadczenie, że zrzekają się tego przysługującego im okresu 5 dni, ale dziwne jest, że zgodzili się w ten sposób na utrudnienie zadania obrony, że nie porozumieli się w tej sprawie uprzednio z obrońcami, dziwniejsze, że zrobili to wszyscy, jeszcze dziwniejsze, że pozwolił na to sąd. Ten zupełnie niezrozumiały krok oskarżonych można wytłumaczyć jedynie tym, że tak im zrobić kazano i to prawdopodobnie w sposób, jaki jest praktykowany w polskich więzieniach. Jeden z oskarżonych miał świeże rany na głowie, inny − wyraźnie powiedział na rozprawie, że go bito podczas śledztwa.

W procesie tym były jednak rzeczy jeszcze dziwniejsze. W ataku na Żydów brali udział i milicjanci, podczas zajść zabito paru Polaków (dwóch wylicza akt oskarżenia), którzy przecie nie padli z rąk polskich, a więc musieli być − sądząc nawet z aktu oskarżenia − zabici przez Żydów, wszyscy świadkowie stwierdzają że pierwsi zaczęli strzelać do Polaków Żydzi, poza tym zajściom towarzyszyło zrozumiałe podniecenie. To wszystko powinno było być wzięte w rachubę przez sąd i wyjaśnione, bo rzucało światło na sprawę. Działanie w afekcie zawsze zmniejsza winę, zwłaszcza wtedy gdy przestępca jest jednym z tłumu przestępczego, gdy jest przez tenże podniecany, niejako zachęcany. Sąd jednak z góry zastrzegł, że tych rzeczy poruszać obronie nie wolno. Obrońcy wiedzieli, co to znaczy, toteż ograniczyli się tylko do wysunięcia zarzutów natury czysto proceduralnej i do rzeczy drugorzędnych. Sąd nie zgodził się też na wysłuchanie świadków, których proponowali obrońcy.

Z tego wszystkiego widać, że sądowi chodziło tylko o demonstrację, o skazanie jak największej liczby ludzi, nie zaś o ustalenie istotnego przebiegu wypadków i w związku z tym prawdziwego stopnia winy oskarżonych.

Jeżeli urzędowy akt oskarżenia twierdzi, że w związku z osobą Błaszczyka tłum pod wpływem agitatorów rzucił się na niczego nieprzeczuwających, spokojnych mieszkańców domu przy ul. Planty 7, to jest zupełnie niezrozumiałe postępowanie sądu, bo przecież gdyby to było prawdą to sąd nie zakazywałby prowadzenia tej sprawy, przeciwnie, położyłby na nią nacisk. Skoro jednak sąd nie dopuścił do rozprawy na temat początku zajść, to znaczy, że mu na tym zależało, że miał w tym jakiś interes. Z tego wynika jednak, że urzędowe wyjaśnienie początku zajść nie odpowiadało prawdzie. Obawiano się niewątpliwie usłyszenia od świadków takich faktów jak ten, że Żydzi nie chcieli wpuścić do swego mieszkania milicjantów, że pierwsi zaczęli strzelać, prowokując w ten sposób milicję i tłum, oraz faktu, że większość Żydów została zamordowana przez milicjantów, żołnierzy i robotników i że milicjanci państwowi wywlekali Żydów z mieszkania i oddawali ich na pastwę rozwścieczonego tłumu.

Uderzają w tym procesie poza tym dwie jeszcze niezwykle ciekawe okoliczności. Pierwsza to wygląd oskarżonych i ich zeznania. Prawie wszyscy mieli wygląd ludzi przestraszonych, jeden z nich powiedział, że go bito w więzieniu, innemu, który chciał odwołać swe zeznania uczynione w śledztwie, prokurator groził, że spotka go… − choć, zorientowawszy się, nie dokończył zdania. Sprowadzony na rozprawę ojciec Błaszczyka wyglądał jak człowiek niezupełnie normalny, był mocno nastraszony. W zeznaniach swych większość oskarżonych przyznawała się do wszystkiego, niektórzy mówili więcej nawet na swoją niekorzyść, niż powiedzieli podczas śledztwa, a wszyscy podawali to, czego od nich żądano. Słowem był to typowy proces, taki, jakie się często odbywają na Wschodzie, a które są tajemnicze dla ludzi Zachodu.

Prokurator Golczewski w swym oskarżeniu obszernie opowiadał o faszyzmie i reakcji, choć na omówienie tła i początku zajść sąd nie pozwolił, ubliżał obrońcom, choć byli przecie naznaczeni z urzędu, obrzucał błotem patriotyzm i honor Polaków, choć to miało miejsce w polskim sądzie. Napadał na Kościół katolicki, choć przedstawicieli tego Kościoła nie pytali wcale, co sądzą o wypadkach kieleckich. Bez żadnego dowodu, bez przytoczenia choćby jednego świadectwa przyjął za pewnik, że chodziło o pogrom zorganizowany przez podżegaczy spod znaku Andersa i że tłum pierwszy wpadł na spokojnych, niewinnych Żydów. Sąd nie zajął się sprawdzeniem prawdy tych powiedzeń, nie przeprowadził na ten temat śledztwa, nie dopuścił proponowanych przez obronę świadków, odrzucił wszystkie wnioski obrony. Nie pozwolił na omawianie genezy zajść i udziału w nich milicji, bezpieczeństwa i wojska. Rozprawie nie przewodniczył żaden z sędziów, lecz sam prokurator udzielał głosu obrońcom i oskarżonym. Zamiast stwierdzić tylko winę oskarżonych, skoro na inne tematy mówić nie pozwolono, sąd w wyroku swym przyjął bez dowodu łączność zajść kieleckich z zagranicą, uznał wypadki za dzieło agentów generała Andersa. Zabawił się też w propagandę, twierdzącą, że Polska Ludowa musi walczyć z pozostałościami faszyzmu.

Fakt, że sąd przyjął za pewnik te rzeczy, co do których nie było żadnych absolutnie dowodów, których nawet nie pozwolił poruszać, wskazuje na to, że sąd ten działał na rozkaz z góry, że cały proces był tylko parodią. Sądowi nie chodziło widać o zbadanie przyczyn zbrodni, lecz o wyzyskanie jej dla celów propagandowych, o użycie jej na korzyść polityki rządu.

W związku z tym pozostaje druga ważna okoliczność. Wypadki kieleckie niezależnie od ich tła, niezależnie od tego, że były sprowokowane, niezależnie od tego, że władze rządowe mogły, lecz nie chciały do nich nie dopuścić, były jednak zbrodnią zostawiającą plamę na społeczeństwie polskim. Wiadomo było, że czynniki wrogie Polsce będą się starały atakować ją z tego powodu. Każdy uczciwy rząd polski, tak jak każdy rząd na świecie, z obowiązku starałby się przedstawić wypadki kieleckie jak najsumienniej, podać wszystkie okoliczności łagodzące, bo takie były niewątpliwie, zabijający w Kielcach nie byli przecież zawodowymi zbrodniarzami. W tym wypadku zaniechano tego jednak, a nawet z góry zabroniono poruszać te okoliczności łagodzące, nie dopuszczono do omawiania prawdziwego początku zajść, starając się w ten sposób o ułatwienie roboty czynników zohydzających społeczeństwo polskie. Sąd kielecki, odbyty w dniach 9−11 lipca, wykazał niezbicie, że tymczasowemu rządowi polskiemu chodziło o przedstawienie wypadków kieleckich z 4 lipca w świetle możliwie jak najgorszym.

Oprócz powyższych danych potwierdzeniem tego jest fakt, że rozprawie sądowej starano się nadać możliwie jak najsilniejszy rozgłos, że ściągnięto na nią nie tylko tłum sprawozdawców polskich pism rządowych, ale i sprawozdawców cudzoziemskich. Rząd nie miał czasu na to, by go udzielić obrońcom na zapoznanie się z materiałem oskarżenia, otrzymali tylko parę godzin, ale miał czas na zawezwanie i sprowadzenie całego tłumu korespondentów pism zagranicznych. Liczono widać na to, że nie znając stosunków polskich, a specjalnie kieleckich, nie zorientują się w tym, że proces był z góry wyreżyserowany, że usunięto zeń wszystko, co mogło być niewygodne rządowi, a pokazano tylko to, o co rządowi chodziło. Zdaje się, że zamiar ten na ogół się udał.

Prasa rządowa o wypadkach kieleckich. Rola Kościoła

Prasa rządowa, a niestety także informowana przez nieuczciwych lub naiwnych korespondentów część prasy zagranicznej, zaczęła wyprowadzać z wypadków kieleckich następujące wnioski:

1) Agenci faszystowscy, agenci generała Andersa organizują w Polsce pogromy Żydów.

2) Ci, którzy nie chcą potępić wypadków kieleckich w ten sam sposób, jak to robi prasa rządowa polska, są związani z faszyzmem i z generałem Andersem. Takimi są w Polsce członkowie P[olskie]S[tronnictwo]L[udowe] Mikołajczyka i dlatego należy stronnictwo to rozwiązać.

3) Ponieważ zabijający Żydów w Kielcach byli katolikami i ponieważ Kościół katolicki nie chce również potępić wypadków kieleckich w sposób wymagany przez rząd, Kościół zatem odpowiada za te wypadki, jest antysemicki i faszystowski, dlatego też uzasadnione jest podjęcie z nim walki i osłabienia jego wpływów.

4) W społeczeństwie polskim jest jeszcze wiele wpływów faszystowskich, czego dowodem jest okazany w Kielcach antysemityzm, a zatem całkowicie uzasadnione jest postępowanie tymczasowego rządu polskiego.

Wnioskom tym trzeba się przypatrzyć z bliska. Co do pierwszego z nich, to abstrahując w tej chwili od zagadnienia, co robią w Polsce agenci faszystowscy i agenci generała Andersa, bo to nie należy do omawianej przez nas sprawy, powiedzieć trzeba, że proces sądowy nie dostarczył ani jednego dowodu, by wypadki kieleckie były przygotowane przez andersowców. Jeden tylko świadek Henryk Gitelis [w oryg.: Witelis] mówił, że 4 lipca w Piekoszowie pod Kielcami bił Żydów tłum ludzi, wśród których był mężczyzna w mundurze armii gen. Andersa. Sprawa ta jednak nie wiąże się z wypadkami kieleckimi, wyżej wykazaliśmy, że zajścia kieleckie nie mogły być dziełem andersowców i że większość Żydów wymordowali żołnierze, milicja rządowa i członkowie partii rządowych.

Co do stanowiska PSL, to potępiła ona niedwuznacznie mordy kieleckie, ale znając metody postępowania tymczasowego rządu polskiego i znając, zdaje się, prawdziwy przebieg wypadków kieleckich, nie chciała widać zgodzić się na sposób potępienia wymagany przez rząd, aby wbrew prawdzie nie zohydzać własnego społeczeństwa.

Najcięższe zarzuty z racji wypadków kieleckich spadły na Kościół katolicki i jego hierarchię, dlatego też sprawę tę należy omówić obszernie. Chodzi tu o odpowiedź na pytania:

Czy Kościół w Polsce szerzył antysemityzm?

Czy księża kieleccy mogli, lecz nie chcieli powstrzymać mordu kieleckiego?

Czy Kościół odmówił potępienia zbrodni kieleckiej?

Pierwsze z tych pytań właściwie nie wymaga odpowiedzi. Nauka Kościoła, głosząca że każdy człowiek jest bliźnim i że zabijać ani krzywdzić nikogo nie wolno, jest zupełnie wyraźna. Kościół potępia skrajny nacjonalizm i walkę klas. Postępowanie księży nie było i nie jest odmienne. Najlepszym tego gwarantem jest sama prasa rządowa, która choć zajmuje się tym problemem niezwykle obszernie, nie potrafiła zacytować ani jednego orędzia biskupiego o charakterze antysemickim, nie potrafiła przytoczyć żadnego nazwiska księdza katolickiego, który by do napadania i bicia Żydów zachęcał. Prasa rządowa zgodnym chórem atakuje kardynała Hlonda za jego wywiad udzielony sprawozdawcom pism zagranicznych na temat wypadków kieleckich, choć nigdy w całości go nie przedrukowała, lecz operowała zawsze powyrywanymi z kontekstu, a często poprzekręcanymi zdaniami. Prymas Polski dał w tym wywiadzie krótki, lecz prawdziwy obraz wypadków kieleckich. Stwierdził więc, że w Polsce istnieje niechęć do Żydów, gdyż zajmują oni wybitne stanowiska rządowe i starają się zaprowadzić ustrój komunistyczny. Na tym tle stają się zrozumiałe wypadki kieleckie, które jednak kardynał uważa za opłakane, które też jego zdaniem Kościół jako zabójstwo potępia. Ale jeżeli należy ubolewać nad tym, że na froncie politycznym w Polsce giną Żydzi, to trzeba ubolewać również i nad tym, że giną i to w znacznie większej ilości, Polacy. Oświadczenie to jest tak zgodne z prawdą, że prasa rządowa w Polsce nie ośmieliła się podać go w całości, zrozumiałe jest jednak, że musiało ono wywołać jej wściekłość, bo trudno inaczej nazwać ataki na czczonego przez 90% Polaków prymasa. Prasę rządową zabolały dwie prawdy: jedna o roli Żydów, druga o mordowaniu Polaków. A przecie obydwie są niewątpliwe. Mówiliśmy już wyżej o pierwszej. Co do drugiej, to podkreślić należy, że codziennie niemal giną z rąk członków partii rządzących, z rąk milicji i służby bezpieczeństwa działacze PSL, działacze opozycji. W jednym tylko powiecie miechowskim ludzie rządowi wymordowali 260 chłopów polskich w ciągu 7 tygodni. A jednak, choć zabójcy są znani, nie aresztuje się ich, nie wytacza się im procesów. Milczy na ten temat prasa polska, nic o tym nie wie prasa zagraniczna. Stąd nic dziwnego, że gdy prymasa Polski zapytano, co sądzi o jednej zbrodni, zbrodni kieleckiej, odpowiedział, że potępia wszystkie, zarówno tę, której rząd nadal rozgłos, jak i te, o których mówić nie pozwala. Żaden biskup katolicki, żaden uczciwy człowiek nie mógłby się w tej sprawie wyrazić inaczej. Odmiennie sądzą tylko ludzie nieorientujący się w sytuacji lub ci, którzy uważają że zabójstwo może być niedozwolone, ale może też być godne zalecenia, zależnie od ich interesu.

Czy księża kieleccy mogli, lecz nie chcieli powstrzymać mordów kieleckich?

W sprawie tej należy stwierdzić, co następuje. Biskup kielecki ks. Czesław Kaczmarek był wówczas w Kielcach nieobecny, gdyż od 4 czerwca do 24 lipca przebywał na Dolnym Śląsku (Próbką mówienia prawdy przez prasę rządową jest fakt podany w czołowym jej tygodniku kulturalnym „Odrodzenie” 25.08.1946, że Żydzi telefonowali do biskupa, lecz ten nie chciał się udać na miejsce wypadków). Zastępował go p.o. wikariusza generalnego ks. Piotr Dudziec. O zbiegowisku tłumu i mordowaniu Żydów przy ul. Planty 7 nikt nikogo z księży nie zawiadamiał. Przypadkiem dowiedział się o tym proboszcz parafii katedralnej ks. Zelek około godziny 11-ej i natychmiast udał się na miejsce wypadków. Zatrzymali go jednak żołnierze, mówiąc, że wszystko się już skończyło i że cywile muszą ulicę opuścić. Istotnie, przed domem Planty 7, jak to stwierdzają świadkowie, osób cywilnych wówczas nie było.

Około godz. 2 minut 20 po południu na wiadomość, że zabijanie Żydów zaczęło się na nowo, 5 księży udało się w dwóch grupach na ulicę Planty 7. Przybyli około godz. 3-ej, ale i tym razem tłumu na ulicy nie było. Dom był otoczony kordonem wojska, a żołnierze poinformowali księży, że są niepotrzebni, bo wszystko się już skończyło. Rzeczywiście, jak to stwierdzają wszyscy świadkowie, zajścia przy ulicy Planty zakończyły się około godz. 3. Niewątpliwie gdyby księża zjawili się na ulicy Planty o godzinie 10 minut 15, może by ich rola mogła być aktywniejsza, ale milicja i Urząd Bezpieczeństwa nie uważały widać za wskazane wezwać ich na miejsce, tak jak i nie sądziły, by należało wezwać prokuratora. Oczywiście obecnie łatwiej jest za to na księży napadać.

Czy Kościół odmówił potępienia zbrodni kieleckiej?

Mówiliśmy wyżej o potępieniu jej przez przedstawiciela Kościoła w Polsce, kardynała Hlonda. Nie inaczej mogli postąpić inni biskupi polscy. W samych Kielcach zaraz 5 lipca wojewoda kielecki zwołał przedstawicieli miasta i duchowieństwa w sprawie wydania odezwy nawołującej kielczan do spokoju. Projektu takiej odezwy zebranie jednak nie przyjęło. Uchwalono, by odezwę taką przygotowała Kuria Biskupia. Ta istotnie przygotowała ją w dniu 6 lipca, ale władze rządowe jej nie opublikowały. Toteż Kuria przygotowała inną odezwę i kazała ją odczytać z ambon kościołów kieleckich w niedzielę dnia 7 lipca. Przyczyniła się ona wybitnie do uspokojenia umysłów w Kielcach. W dniu 11 lipca Kuria wydała do całej diecezji drugą odezwę. Wymowa jej jest niedwuznaczna, zupełnie wyraźna. Zbrodnia i zbrodniarze zostali potępieni z całą stanowczością. A jednak dziwna rzecz, odezwy tej prasa rządowa nie tylko nie przedrukowała, lecz ją w ogóle przemilczała, nie przestając mimo to atakować Kościoła w Polsce za jego milczenie w sprawie ekscesów kieleckich. Prasa ta domaga się zarazem zbiorowego wystąpienia Episkopatu polskiego przeciwko antysemityzmowi. Jest to żądanie paradoksalne, a nawet ubliżające Kościołowi. Poza tym jest ono niewykonalne nie tylko z przyczyn o charakterze zasadniczym. Ogromna większość Żydów w Polsce, jak już mówiliśmy wyżej, szerzy gorliwie komunizm, pracuje w osławionych Urzędach Bezpieczeństwa, dokonuje aresztowań, pastwi się nad aresztowanymi i zabija ich, a za to spotyka się z niechęcią społeczeństwa, które komunizmu nie chce, a metod Gestapo ma już dosyć. I oto Kościół, stosownie do życzenia prasy rządowej, ma uroczyście ogłosić, że ta niechęć społeczeństwa jest nieuzasadniona, że postępowanie Żydów jest całkiem niewinne, że winni są tylko Polacy, którzy się na nich oburzają.

To jest właśnie prawdziwy sens żądań prasy rządowej. Przemilcza się to, że Kościół codziennie i stale głosi wykluczającą antysemityzm miłość bliźniego, że jak najszczerzej i najchętniej wyciąga rękę do Żydów dobrej woli, że zakazuje niezwykle surowo napadania na Żydów (zabójstwa kieleckie nazwano przecie w odezwie Kurii Kieleckiej z 11 lipca „zbrodnią wołającą o pomstę do Boga”, godną całkowitego i bezwzględnego potępienia), ale żąda się, by Kościół publicznie, urzędowo orzekł, że Polacy i katolicy nie mają do nich słusznej urazy.

Wygląda to na żądanie od Kościoła, by zaaprobował system terroru, jaki jest obecnie w Polsce stosowany.

Jeżeli prasa rządowa stale wytyka Kościołowi miłość bliźniego, którą się jakoby w stosunku do Żydów nie odznacza, jeżeli ustawicznie mówi o jego obowiązkach, to może wreszcie sprowokować Episkopat Polski, że wykona on to żądanie i spełni swój obowiązek, a mianowicie powie katolikom polskim całą prawdę, nie tylko o zabijaniu Żydów, ale i mordowaniu tych tysięcy Polaków, po śmierci których nie urządza się śledztwa i wspaniałych procesów sądowych, o których nie mówi się przez wszystkie radia i o których nie piszą dzienniki całego świata.

Następstwa procesu sądowego w sprawie wypadków kieleckich

Zajścia kieleckie tymczasowy rząd polski rozgłosił możliwie jak najbardziej, postarał się o to, by dowiedziała się o nich jak najobszerniej zagranica, urządził proces – monstre w stosunku do zabójców. Genezy wypadków nie pozwolił poruszać przed sądem, ale choć cała prasa rządowa stale i obszernie mówi o niej już przez dwa miesiące, prawdy niezupełnie dało się zataić.

Nie w prasie, bo o tym pisać nie wolno, ale prywatnie, w społeczeństwie zaczęto stawiać pytania, na które proces nie dał odpowiedzi, których w sposób niezrozumiały nie poruszył i nie wyjaśnił. A więc pytano na przykład o to, w jaki sposób zginęli podczas zajść dwaj Polacy, skoro Polacy byli stroną napadającą a Żydzi bezbronnymi ofiarami? Jak wytłumaczyć śmierć oficera, który przecież był uzbrojony i któremu towarzyszyli żołnierze? Jak wyjaśnić zjawisko, że mordowanie Żydów mogło się odbywać w biały dzień i to przez 8 godzin. (Tak głosi akt oskarżenia, w rzeczywistości zajścia trwały od godz. 10-ej do 3-ej po południu z przerwą przeszło 3 godzinną). W mieście wojewódzkim, w którym są liczne oddziały służby bezpieczeństwa, milicji i wojska? Jak wytłumaczyć pośpiech sądu i nieomawianie podczas procesu takich rzeczy, jak geneza i początek zajść? Jak wyjaśnić, że przedstawiciele Urzędu Bezpieczeństwa, tak przywykli o bicia i mordowania ludzi, nie próbowali rozpędzić tłumu, choćby strzelaniem na postrach? Jak zrozumieć, że choć już o godzinie 10-ej minut 30 przed domem Planty 7 były silne oddziały milicji i wojska, to jednak mordowanie trwało dalej?

Pytania te, a może i odpowiedzi, jakie na nie dawano, dochodziły prawdopodobnie do wiadomości władz rządowych, te ostatnie musiały coś robić, aby zapobiec wytworzeniu się przekonania, że proces z 8−11 lipca nie odtworzył całej prawdy, że przeciwnie, tylko ją zaciemnił. I oto 15 lipca, tj. w 11 dni po wypadkach kieleckich, P[olska]A[gencja]P[rasowa] podała suchą notatkę, że w związku z wypadkami w Kielcach zostali aresztowani szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach Sobczyński, wojewódzki komendant milicji i jego zastępca oraz komendant komisariatu. Jako powód aresztowania podano nie dość energiczną działalność władz podczas wypadków („Dziennik Polski” z 16 lipca, s. 2). Krok ten miał dać odpowiedź na pytania, które sobie wszyscy w związku z wypadkami kieleckimi zadawali. Nie można jednak wytłumaczyć wszystkiego brakiem energii tych paru oficerów rządowych, szereg pytań nadal czeka na odpowiedź. Zresztą nawet fakt ów aresztowania powiększa tylko wątpliwości, bo przecie gdy wypadki kieleckie czekały na proces tylko 4 dni, to od aresztowania tych oficerów upłynęło już półtora miesiąca. Aż do tej pory nie wytoczono im procesu, choć minister bezpieczeństwa, komunista Radkiewicz, w rozmowie z korespondentem „New York Times” przyznał winę Urzędu Bezpieczeństwa w wypadkach kieleckich (ob. „The Tablet” z 16.08.1946, s. 1, szpalta 2) i choć mogliby oni wiele powiedzieć o genezie i początku zajść, nie wiadomo nawet, czy osadzono ich w więzieniu. Informacja o tym byłaby tym bardziej wskazana, że są pogłoski, iż aresztowano ich tylko dla pozoru, że w rzeczywistości Sobczyński otrzymał, już pod zmienionym nazwiskiem, awans na inne stanowisko. W rezultacie coraz więcej osób nie wierzy dziś w urzędową wersję o zajściach kieleckich, nawet część prasy zagranicznej zaczyna na nią patrzeć krytycznie. Istotnie, analiza dokładna całej tej sprawy oraz zeznania świadków naocznych, którzy nie są kupieni lub sterroryzowani, jak to miało miejsce w procesie kieleckim, obalają tę wersję zupełnie.

Wnioski i zakończenie

Analiza wypadków i zeznania świadków doprowadzają nas do następujących wniosków w sprawie zajść kieleckich 4 lipca 1946 r. Wskutek komunistycznej działalności Żydów wytworzyła się w stosunku do nich nienawiść szerokich mas w Polsce. Rzeczywiste wypadki ginięcia dzieci w Kielcach, przypisywane Żydom, nie wywołały jej, lecz powiększyły ją w wysokim stopniu. Z tego postanowiły skorzystać pewne komunistyczne czynniki żydowskie w porozumieniu z opanowanym przez siebie Urzędem Bezpieczeństwa, aby wywołać pogrom, który by dało się potem rozgłosić jako dowód potrzeby emigracji Żydów do własnego kraju, jako dowód opanowania społeczeństwa polskiego przez antysemityzm i faszyzm, i wreszcie jako dowód reakcyjności Kościoła, którego zabijający byli członkami. W tym celu władze bezpieczeństwa nie zapobiegły powstającemu zbiegowisku, nie zawiadomiły o zajściu prokuratora, nie dały rozkazów milicji i wojsku do energicznego wystąpienia. Władze bezpieczeństwa nie przewidziały jednak, jak się zdaje, rozmiarów zajścia. Żydzi z ulicy Planty nr 7, niechcący na skutek instrukcji czy też z innych powodów otworzyć drzwi milicji, sprawili tym, że zaczęła je wyważać siłą. Odpowiedzieli na to strzałami, które spowodowały atak na nich milicji i motłochu, przy czym milicjanci i żołnierze chwytali Żydów, mordowali ich lub wydawali tłumowi na ulicy, a ten pastwił się nad nimi na oczach oddziałów milicjantów i wojska. Przedstawiciele Urzędu Bezpieczeństwa ograniczyli się tylko do obserwowania osób, zresztą w drugiej fazie zajść nie byli już w stanie ich opanować, gdyż większość milicji i wojska sympatyzowała z tłumem.

Do mordujących na ulicy Planty 7 należy zaliczyć milicjantów i żołnierzy, robotników oraz zebrany przypadkowo motłoch. Aresztowań dokonano tylko wśród tego ostatniego, gdyż posadzenie na ławie oskarżonych także milicjantów i robotników, będących członkami PPR, uniemożliwiłoby ukucie zarzutu, że mordowali tylko katolicy, uniemożliwiłoby atakowanie Kościoła katolickiego oraz andersowców i PSL. Ponieważ odsłonięcie całej prawdy o wypadkach skompromitowałoby rząd wobec społeczeństwa polskiego i zagranicy, a nawet wobec Żydów, których krwi chciano użyć dla celów politycznych, przeto na procesie nie pozwolono omawiać początków zajścia, gdyż świadkowie procesu mogliby się z tego domyślić istoty rzeczy.

Tak się przedstawiają w świetle bezstronnego badania wypadki kieleckie z dnia 4 lipca 1946 r. Wnioski nasze pozwalają na danie łatwej odpowiedzi na pytania, któreśmy w toku niniejszych rozważań wysuwali. Na zakończenie jeszcze jedna uwaga. Ci, którzy zabijali w Kielcach, godni są niewątpliwie najsurowszego potępienia niezależnie od tego, że byli sprowokowani, że działali w afekcie. Wszelki antysemityzm jest uczuciem poniżającym człowieka i nieetycznym. Mordowanie ludzi, choćby innej rasy czy przekonań, czy klasy społecznej, jest zawsze zbrodnią. Ale jeżeli w dniu 8 lipca zasiadło na ławie oskarżonych tylko 8 zabijających, to nie można tego nazwać aktem sprawiedliwości, bo powinni na niej zasiąść także i ci, którzy do wypadków kieleckich doprowadzili, którzy je sprowokowali, którym na nich zależało.

Nie umieścił ich wśród oskarżonych sąd, ale umieszcza ich moralnie opinia polska. Umieszcza ona na ławie oskarżonych i tych wszystkich, którzy sieją nienawiść, którzy ze zbrodni kieleckiej robią towar na sprzedanie, starając się pogłębić różnice w społeczeństwie polskim i zohydzić Polskę za granicą.

1.3 Raport o zajściach w Kielcach w dniu 4.07. [19]46 r., znaleziony w czasie rewizji w katedrze kieleckiej, dokonanej przez Urząd Bezpieczeństwa 12/1/1952 prawdopodobnie opracowany przez ks. prof. Mieczysława Żywczyńskiego z KUL

Źródło: AIPN BU_944_548, k. 9−11, mps,

[Pod tekstem pismem odręcznym: „Znaleziono katedrze kieleckiej, 12 I 1952 r., ks. R[oman] Zelek”]

Raport o zajściach w Kielcach w dniu 4.07. [19]46 r.

Według zebranych przez Kurię Diecezjalną informacji od różnych osób, z których wiele było naocznymi świadkami zajść w tragicznym dniu 4 lipca, wypadki potoczyły się następująco:

Błaszczyk Henryk, syn Walentego, lat 9, zamieszkały przy ojcu w Kielcach ul. Podwalna 6, dnia 1 lipca został około godziny 11 rano wynajęty przez jakiegoś pana do odniesienia walizki do domu przy ul. Planty nr 7, w którym mieszkańcami byli wyłącznie Żydzi. Po przyjściu do domu wspomniany chłopiec dostał jakiegoś napoju, poczem zasnął i obudził się 3 lipca nad wieczorem w piwnicy. Przy pomocy bawiących pod domem dzieci żydowskich wydostał się z piwnicy i wrócił do ojca.

Następnego dnia ojciec zameldował o tym wypadku w komisariacie Milicji Obywatelskiej, a jednocześnie poszedł do huty „Ludwików” [Kieleckie Zakłady Wyrobów Metalowych (KZWM) „Ludwików”], gdzie miał brata wartownika i zwierzył się o tym, co się wydarzyło jego synowi. Na skutek błędnych i wyolbrzymionych wieści, że jakoby Żydzi mordują dzieci polskie, tłum robotników, do którego po drodze przyłączyły się różne grupy ludzi z ulicy, ruszył pod dom przy ul. Planty nr 7. Nastrój tłumu tłumaczy się tym, że od szeregu tygodni mówiono w Kielcach o dość częstych wypadkach zaginięcia dzieci: rodzice nieraz zgłaszali się do proboszczów miasta Kielc z prośbą o ogłoszenie, jak również widywano na murach domów czy słupach telefonicznych prywatne ogłoszenie o zaginięciu dziecka, z podaniem wieku, ubrania, rysopisu i prośbą, w razie znalezienia, o odprowadzenie pod wskazanym adresem. Między innymi, jako konkretny przykład, zaginęło dziecko (dziewczynka) z ochronki Sióstr Dominikanek przy Alei Karczówkowskiej. Według krążących po mieście wieści dwie matki, które po tragicznym dniu 4 lipca zameldowały władzom bezpieczeństwa o zaginięciu swoich dzieci, zostały aresztowane, wskutek czego ustalenie tych rzeczy jest prawie niemożliwe.

Gdy tłum zbliżył się do domu przy ul. Planty 7, zjawiła się również Mil[icja] Obyw[atelska] i zaalarmowano różne oddziały wojska. Na żądanie milicji otworzenia drzwi Żydzi zabarykadowali się i oświadczyli, że wpuszczą tylko funkcjonariuszy Bezpieczeństwa Publicznego. Wobec czego milicja i wojskowi przystąpili do otworzenia drzwi siłą. Wówczas padły strzały z wewnątrz domu, na skutek których został zabity podporucznik (wg jednych z milicji, a wg innej zaś wersji − z wojska). Oprócz tego został ranny żołnierz. Dzięki naciskowi i okrzykom tłumów, że mordują oficerów, milicja i wojsko wdarło się do wnętrza domu, w którym mil[icja] i wojsko strzelało do Żydów i wyrzucało zastrzelonych i rannych na podwórze, na którym tłum dokonywał samosądu. W ten sposób na zewnątrz domu zginęło dwanaście osób, a jedna młoda Żydówka, wg twierdzenia świadków, została zamordowana o paręset kroków dalej, przy czym przyłapano ją z bronią w ręku. Gdy przybyły oddziały Bezpieczeństwa Publicznego, robotnicy z „Ludwikowa” uzbrojeni w narzędzia żelazne wdarli się do wnętrza domu i resztę Żydów, w liczbie kilkunastu, wymordowali. Według oświadczenia służby wywiadowczej omal nie doszło do wzajemnego rozbrajania się U[rzędu]B[ezpieczeństwa] z wojskiem i mil[icją].

Na wieść o rzekomych mordach dzieci polskich przez Żydów i o strzałach do wojska na ulicach miasta i na pociągach dochodziło do sporadycznych wypadków rzucania się ludności polskiej na Żydów. Dodać należy, że pod wieczór 4 lipca, gdy funkcjonariusze Mil. Obyw. doprowadzało Żydów zamieszkałych w różnych częściach miasta celem ich zabezpieczenia do gmachu UB, ludność po drodze biła Żydów a mil[icja] na to nie reagowała.

Według oświadczenia wojewody kieleckiego o zabitych zostało 39 Żydów i 2 Polaków, rannych 42 Żydów i 2 Polaków.

Pomimo że na urzędach, a zwłaszcza w UB, czołowe miejsca zajmowali Żydzi, ludność miasta Kielc nigdy nie zdradzała jakichś jawnych tendencji antyżydowskich.

Koło godziny 11-ej 4 lipca, tj. w niespełna godzinę czasu od wszczęcia zajść, ks[iądz] kan[onik] Roman Zelek, proboszcz parafii katedralnej, udał się na miejsce wypadków, lecz u wejścia na ulicę Planty został przez wojsko zawrócony. O godz. 14 m[inut] 20 tenże ks. Zelek otrzymał telefon od wiceprokuratora sądu w Kielcach z wezwaniem do interwencji na miejscu wypadków, gdyż na skutek napierania tłumów na wojsko, to ostatnie zmuszone będzie użyć broni. Ks. kan. Zelek natychmiast porozumiał się z ks. kan. Danilewiczem, przedstawicielem Kurii Diecezjalnej, zamieszkałym w tym samym domu. Gdy ustalono sposób działania, zajechał przed dom wojewoda kielecki mjr Wiślicz-Iwańczyk. Ponieważ ma złamaną nogę i nie może chodzić, wspomniani obaj księża wyszli do samochodu. Wojewoda w rozmowie prosił o interwencję, podając te same motywy, co wyrok [w oryg.: wprok.] sądu. Na propozycję wojewody udania się razem z nim samochodem na miejsce wypadków księża, ze względów taktycznych, oświadczyli, że w towarzystwie trzech innych księży udadzą się na miejsce sami, co też niezwłocznie uczynili. Okazało się na miejscu wypadków, że interwencja ich jest zbyteczna, gdyż tłumów już nie było, a małe grupy ludzi rozprawiające w dalszych okolicach od miejsca wypadku zachowywały się spokojnie. Gdy przedstawiciel Kurii jednej z takich grup radził, aby wracała do domu, i wskazywał, że wojsko może użyć broni, stojący w pobliżu dwaj żołnierze w ostrym pogotowiu oświadczyli wobec ludzi, że nigdy nie będą strzelać do ludności polskiej. Wówczas księża wrócili do domu i usiłowali telefonicznie powiadomić prokuratora i wojewodę, ale nie zdołali uzyskać połączenia.

Tego samego dnia wicewojewoda Urbanowicz na posiedzeniu Komisji Porozumiewawczej sześciu stronnictw politycznych zarzucił Kurii Diecezjalnej bezczynność wobec rozgrywających się wypadków. Kuria Diecezjalna dowiedziawszy się o powyższym, dnia 5 lipca wystosowała na ręce wojewody pismo protestujące (załącznik nr 1).

Dnia 5 lipca wojewoda kielecki zaprosił szereg osób z przedstawicieli miasta, w tym i ks. kan. Zelka (załącznik nr 2), celem poinformowania się, co społeczeństwo o tym myśli i co należałoby uczynić, aby uspokoić wzburzone umysły. Zebrani wypowiedzieli się, że wypadki, jakie rozegrały się w Kielcach, wymagają wyświetlenia w duchu prawdy i zaznaczyli, że odezwa stronnictw politycznych do ludności m. Kielc, sfałszowana przez bezpieczeństwo, nie trafiła do umysłów, gdyż wypadki kieleckie naświetliła tendencyjnie, chcąc osiągnąć potępienie tzw. reakcji.

Podkreślić wypada z omawianej odezwy zwrot następujący: „Mordu dokonali najemnicy polskiej szlachty”. Obecni na konferencji radzili panu wojewodzie, aby celem uspokojenia umysłów wydać odezwę podpisaną przez przedstawiciela Kurii i wojewodę. Ks. kan. Zelek radził p[anu] wojewodzie wycofać swój projekt odezwy (załącznik nr 3) i napisać nową odezwę, która by potępiła krwawe wypadki, zapewniła społeczeństwo, że dochodzenia będą przeprowadzone przez miejscową prokuratorię przy udziale przedstawiciela Kurii

, administracji państwowej i obywatelstwa m. Kielc (udział czynnika obywatelskiego i Kurii rozumiany w sensie obecności przy dochodzeniach, nie zaś udziału w sądzie) − i że winni będą ukarani bez względu na pochodzenie rasowe i wyznanie. Na prośbę wojewody przedstawiciel Kurii sporządził projekt tej odezwy (załącznik nr 4), który wojewoda zaakceptował, oświadczył jednak, że musi zapytać o zgodę Bezpieczeństwa. Zgody nie uzyskał i odezwa się nie ukazała.

Kuria, wychodząc z założenia, że społeczeństwo musi się dowiedzieć co myśli Kościół o tragicznych wypadkach kieleckich, wydała odezwę (załącznik nr 5) i poleciła ją odczytać na wszystkich mszach św[iętych] w kościołach kieleckich w dniu 7 bm. (niedziela).

Dnia 8 lipca część Komisji K[rajowej]R[ady]N[arodowej] do tępienia nadużyć, która przybyła do Kielc celem badania omawianych wypadków, na czele z p. prok[uratorem] Sądu Najwyższego p. Gackim przybyła do proboszcza par[afii] katedralnej, aby uzyskać oświadczenie tegoż w sprawie wypadków. Ponieważ obecni już byli poinformowani przez czynniki nieżyczliwe duchowieństwu, że jakoby sfery duchowne były obojętne na wypadki rozgrywające się, otrzymali wyjaśnienie i dowody, że duchowieństwo wedle możności interweniowało. Dało się przy tym wyczuć, że dochodzenia pójdą po linii wybielenia Żydów, a obciążenia tzw. reakcji.

Tegoż dnia po południu odbył się pogrzeb zamordowanych Żydów na cmentarzu żydowskim. Urzędy państwowe, samorządowe, organizacje społeczne i partie polityczne otrzymały rozkaz kontrolowanego udziału w pogrzebie. Na cmentarzu żydowskim pomiędzy mówcami wystąpił rabin żydowski, który zarzucił, że Stolica Apostolska i biskupi nie wychowują społeczeństwa katolickiego w duchu miłości do narodu żydowskiego i nie rozwiewają przesądu o mordach rytualnych.

Pewne czynniki prorządowe zbierają podpisy w urzędach i w domach prywatnych, że jakoby społeczeństwo kieleckie masowo domaga się kary śmierci dla tych, którzy dopuścili się wykroczeń w zajściach kieleckich.

W takiej atmosferze rozpoczął się proces przeciwko pierwszej partii obwinionych w liczbie 12 osób o udział w zajściach kieleckich. Trybunał sądzący obwinionych jest nadzwyczajnym sądem wojskowym; sędziowie i prokuratorzy są wojskowymi. Oskarżonym wyznaczono pięciu obrońców z urzędu. Obrońcy zakwestionowali kompetencję sądu wojskowego w stosunku do osób cywilnych (wśród oskarżonych jest 2 milicjantów) i podnieśli zarzut, że nie dano im czasu na rozpatrzenie sprawy i rozmowę z oskarżonymi, i zażądali od sądu przesłuchania nowych świadków. Sąd jednak uznał się za kompetentnego, nad drugim zarzutem przeszedł do porządku dziennego, a proponowanych świadków, z wyjątkiem jednego, odrzucił, gdyż śledztwo, jak twierdził prokurator, dostatecznie ustaliło winę podsądnych. Akt oskarżenia zarzucił, że tłem politycznym, w którym wypadki się rozegrały, jest usiłowanie „reakcji” − przegranej w referendum − skompromitowania rządu i Polski w oczach zagranicy przez urządzanie pogromów żydowskich. Stąd wypadki kieleckie, zdaniem oskarżenia, były już naprzód dokładnie obmyślane, wyreżyserowane i odpowiednio pokierowane.

1.4 Uwagi i spostrzeżenia na temat zajść kieleckich, drugi raport znaleziony w czasie rewizji katedrze kieleckiej 12/01/1952, prawdopodobnie przygotowany przez prokuratora Jana Wrzeszcza 10

Żródło: AIPN BU_944_548, k. 22−28, mps.

[Pod tekstem pismem odręcznym: „Cztery karty znaleziono katedrze kieleckiej w dniu 12.I.1952 r., ks. R[oman] Zelek]

Uwagi i spostrzeżenia na temat zajść kieleckich z dnia 4 lipca br. da się zasadniczo rozbić na trzy grupy:

1) tło przygotowawcze, nastroje i fakty dające podstawy do podejrzeń dla ogółu Polaków,

2) dzień 4 lipca w Kielcach − samo zajście i bójki uliczne,

3) represje sfer rządowych i wyrok z dnia 11 lipca 1946 r.

1. Ustaliła się ogólna opinia w społeczeństwie polskim, że rządzą Żydzi. Znikomy odsetek ludności żydowskiej w naszym narodzie jest w odwrotnym stosunku do udziału Żydów w rządzie. Wiadomo, że Żydzi na najwyższych stanowiskach mają przybrane nazwiska, podszywają się pod pochodzenie polskie, a są przeważnie ZSRR. Faworyzuje się Żydów, na kierownicze stanowiska, przy rozdziale zapomóg itp. Ten stan rzeczy wywołał ogólne podrażnienie − poczucie niesprawiedliwości rosło. Utarło się powiedzenie, że jesteśmy pod okupacją żydowsko-bolszewicką. Rządzą bolszewicy za pośrednictwem Żydów komunistów. To są i były poglądy najszerszych warstw narodu i ludności pracującej fizycznie, jak i inteligencji. Do tych nastrojów ogólnych dołączyły się fakty konkretne, mające miejsce w Kielcach, a mianowicie od pewnego czasu (od kilkunastu miesięcy) miały miejsce wypadki zaginięcia dzieci w wieku od 7 do 11 lat. Zaczęto fakty te łączyć z podobnymi wypadkami w Krakowie. Po zajściach z dnia 4 lipca ustalono, że dzieci do domu żydowskiego były zwabiane w ten sposób, iż dawano im jakieś listy rzekomo „ważne” do odniesienia natychmiast na Planty 7 za opłatą około 100 zł. Potem dziecko już nie wracało. Zdarzył się taki wypadek konkretny, że jednemu z harcerzy 11−letniemu chłopcu (nazwisko można ustalić) z Kielc proponowano odniesienie takiego listu, ale ten odmówił. Było to przed wypadkami z 4 lipca. On sam opowiadał sąsiadom o tym fakcie.

2. Dzień 4 lipca b.r. w Kielcach nie był jakąś ustaloną „datą powstania”. Zupełnie samorzutnie od rana ludzie rozpowiadali głośno o ucieczce jakiegoś chłopca (znano już jego nazwisko) z domu żydowskiego przy ul. Planty 7. Mówiono o tym tak głośno, że nie pytając się nawet nikogo po drodze można było dowiedzieć się o tych wypadkach.

Grupy ludzi po rogach komentowały ten fakt i było już powszechnie wiadomo, że Żydzi pobierali krew dla transfuzji i że są trupy dzieci polskich w domu żydowskim na Plantach. Ludzie biegli w kierunku Plant. Dały się słyszeć strzały, było to około godziny 10 rano. W tym kierunku zdążały też auta pancerne z wojskiem i Milicją Obywatelską. Na podstawie oświadczeń naocznych świadków można ustalić przebieg zajść w następującej kolejności:

− chłopiec lat około 11 (nazwisko znane) uciekł z domu żydowskiego rano dnia 4 lipca br., tak opowiadal i żalił się rodzicom, że go męczono pobieraniem krwi, miał pokaleczone ręce. Ojciec tego dziecka, jak mówiono robotnik z Ludwikowa, niezwłocznie udał się na posterunek Milicji Obywatelskiej. Po drodze opowiadał sąsiadom, tak że szybko utworzył się „pochód” i z tymi ludźmi milicja przybyła na Planty pod dom żydowski. Żydzi, widząc taką gromadę ludzi wrogo manifestujących przeciw nim, zatarasowali się w domu, nawet na żądania milicji odmówili otwarcia drzwi. Wówczas milicjanci jeszcze raz kategorycznie zażądali wpuszczenia ich do wnętrza. Żydzi jednak nikogo do siebie wpuścić nie chcieli. To podnieciło tłum i oburzyło milicjantów. Zaczęto wołać: „Żydzi mordują polskie dzieci!”. Jakaś Żydówka wyskoczyła wówczas na balkon i, mając w ręku granat, chciała rzucić go w tłum, ale nim zdołała odbezpieczyć granat, ktoś z milicji strzelił do niej. Wówczas padły też strzały z domu żydowskiego do milicji i zaczęła się wzajemna strzelanina. Zostało stwierdzone, że Żydzi, a nawet Żydówki mieli broń palną i granaty. Od nas nikt z tłumu broni nie miał. Strzelała jedynie milicja, póżniej wojsko i Żydzi. Wkrótce po rozpoczęciu się bójki na miejsce przybył prokurator Wrzeszcz, choć nikt go urzędowo nie zwiadomił o wypadkach. Całą akcją kierowało U[rząd]B[ezpieczeństwa]. W trakcie walk tenże sam Urząd Bezpieczeństwa wezwał wojsko, co było sprzeczne z przepisami prawa, gdyż w takich wypadkach posługiwać się wojskiem może tylko prokurator. Tymczasem prokuratorowi powiedziano, że jest niepotrzebny, gdyż akcją kieruje UB. O tym fakcie prokurator złożył oficjalny raport do Województwa i Ministerstwa, zaznaczając, że odpowiedzialność za wypadki kieleckie spada wyłącznie na Urząd Bezpieczeństwa. Tymczasem w tych właśnie urzędach bezpieczeństwa są przeważnie Żydzi, z natury nerwowi i tchórzliwi; w krytycznych momentach tracą zwykle głowy i nie panują nad sytuacją. Miało to miejsce już w Kielcach. Swoją dezorientacją mogli nawet doprowadzić do rozprzestrzenienia się do rozruchów na całe miasto. Wzywali coraz to nowe oddziały wojska widząc, że nie daje się zlikwidować zajść. Między poszczególnymi oddziałami wojska był zupełny brak koordynacji. Był wypadek, że wyższy dowódca, pochodzenia prawdopodobnie rosyjskiego, łamaną polszczyzną zwracał się do ludności, aby się rozeszli. To tylko rozdrażniało ludzi, że „Żydzi mordują a Moskale rządzą”. Chwytali nawet za kamienie i deski przeciw tym komenderującym. Wówczas padła komenda, aby żołnierze strzelali do tłumu. Żołnierze odmówili posłuszeństwa. Widząc to, ludność wznosiła okrzyki na cześć wojska „Niech żyje armia!”. To znów później różni konfidenci z UB, którzy kręcili się wśród tłumu, przeinaczyli na okrzyk „Niech żyje Anders”. Po tym incydencie wojsko przyłączyło się do tłumu, wspólnie nacierając na dom żydowski. Żydzi bronili się zaciekle. Zawziętość wzmagała się po obu stronach. W czasie strzelaniny od kul żydowskich padł oficer i żołnierz. Byli też ranni. W trakcie walk zabitych i rannych Żydów ludność dobijała kamieniami lub deskami. Zdarzały się wypadki, że nawet starzy ludzie lub dzieci kamieniami miażdżyli wyciągniętych z domu Żydów. Wytworzyła się psychoza walk ulicznych bardziej krwawych niż na froncie i w okopach. Strzelali jedynie milicjanci i wojsko, Żydzi odpowiadali, dysponując wszelką bronią. Był moment, że bójki mogły przenieść się na całe miasto, ponieważ podniecenie wzrastało. Zwrócono się wówczas do duchowieństwa, aby wpłynęli na ludność wzburzoną apelem do uczuć chrześcijańskich i sumienia. Na miejsce przybyło kilku księży. Weszli między tłum. Zauważono przychylny nastrój wojska do ludności i wówczas już można było zauważyć, że sytuację da się opanować przy dobrej woli sfer kierowniczych.

Wznoszono okrzyki na cześć wojska, wykorzystując to chwilowe uspokojenie funkcjonariusze UB dostali się sami do domu żydowskiego, zajęli go, nikomu prócz przedstawicieli Wydziału Bezpieczeństwa nie pozwolono zajrzeć do środka. Wyprowadzono wówczas Żydów do aut ciężarowych i wywieziono z domu, rzekomo w celu przeprowadzenia śledztwa i przesłuchania w UB. Jak zaznaczono, wyżej dom żydowski objęło wyłącznie UB, nie pozwalając na przeprowadzenie rewizji i interwencję prokuratora. Nie zostało przeto dotąd ustalone, czy zarzuty stawiane Żydom mają jakąkolwiek podstawę i nie starano się nigdy wyświetlić jakie pobudki odgrywały rolę. Podczas zajść oficjalnie nikt z UB, ani żaden przedstawiciel z P[olskiej]P[artii]R[obotniczej] nie pokazali się wśród tłumu, bo by ich „rozdarto na kawałki”. To było zdanie prokuratora Wrzeszcza, który obserwował prywatnie cały przebieg zajścia.

Ludzie podawali sobie najróżnorodniejsze pogłoski − dom żydowski był podczas okupacji niemieckiej wytwórnią wędlin; miał różne chłodnie i składy dla celów konserwacji mięsa. Te urządzenia techniczne zostały. Dlatego mówiono, że mordowane dzieci przechowywano w cementowych dołach, a potem dopiero palono. Dotąd sami milicjanci (można ustalić ich nazwiska) twierdzą, że w czasie walk widzieli na podwórzu domu dół, w którym miały znajdować się zwłoki ludzkie pokryte wapnem. Po zajęciu domu przez UB już nikt, nawet z milicji, do wnętrza nie miał prawa wstępu. Mówią też, że część tego domu jest nieoszklona. Okna są stale zabite deskami, co daje podstawę do podejrzeń, że tam właśnie miano dokonywać tych zbrodniczych eksperymentów. Ludność uzasadnia swoje podejrzenia faktem, że obecnie można łatwo uzyskać szkło na przydział, co szczególnie przy wpływach żydowskich jest możliwe. Wobec tego pozostawienie w tych czasach jeszcze części domu nieoszklonej uzasadnia domysły.

3. W następstwie zajść aresztowano w Kielcach kilkadziesiąt osób, nie tylko tych, którzy brali udział w walkach, ale także podżegaczy, a nawet tych, którzy w jakiejkolwiek formie pochwalali lub usprawiedliwiali uczestników bójki. Aresztowani są też milicjanci. Były wypadki, że milicjanci sami rannych Żydów rzucali w tłum. Udawali że nie widzą jak kamieniami rzucano na Żydów. W tych walkach odnosi się wrażenie, że Żyd stał się symbolem naszego obecnego ucisku politycznego, upostaciowaniem znienawidzonego rządu, który w większości składa się z Żydów. W czasie walk stale też wznosiły się okrzyki „Precz z rządem żydowskim!”. Na miejsce wypadku zjechała zaraz po zajściach specjalna komisja ministerialna z ministrem Radkiewiczem [w oryg.: Ratkiewiczem] z UB na czele. W następstwie tych zarządzeń specjalnych postanowiono natychmiast ukarać winnych, schwytanych na miejscu (pierwszą partię osądzono w dniu 11 lipca br.). Oczywiście ma nastąpić cała seria podobnych procesów dla wszystkich przestępców zajść z dnia 4 lipca br. Zjechał Specjalny Sąd Najwyższy Wojskowy z Warszawy w składzie 3-ch sędziów i 2-ch prokuratorów (jeden miejscowy Sądu Specjalnego niejaki Golczewski). Zamknięto Sąd Okręgowy w Kielcach. Dostęp był jedynie za przepustkami wydawanymi przez UB. Część ulicy około sądu obsadzono wojskiem, pancernymi autami i karabinami maszynowymi. Oskarżonym doręczono akty oskarżenia, wbrew przepisom, dopiero 6 dni przed rozprawą. Wyznaczono obrońców, ale nie pozwolono obrońcom widzieć się z oskarżonymi poza salą rozpraw. Obrońcami z urzędu byli adw[okaci]. adw.: Grzywaczewski, Chmielewski i Okińczyc − Wiatr i Roman Cichowski wprzód wybrali sobie spośród oskarżonych, kogo sami chcieli. W toku procesu zachowanie się 2-ch ostatnich adwokatów z obrony, tj. Wiatra i Cichowskiego, było bardzo ugodowe, bez narażania się kompletowi sądzącemu. Pierwszy z nich, Wiatr, ze wzglądów czysto materialnych żyje w wielkiej zażyłości ze sferami z sądów specjalnych − zaprasza ich na wystawne przyjęcia do siebie. Natomiast adwokat R. Cichowski, jako znany działacz Stronnictwa Demokratycznego, zachowuje się zawsze zgodnie z dyrektywami politycznymi tego ugrupowania prorządowego. W toku przewodu sądowego przeciwko tym 12-stu oskarżonym, zaraz na początku zaznaczył się zdecydowanie wrogi stosunek obu prokuratorów do oskarżonych. Prokurator nie pytał, a wrzeszczał, wymyślał w niepraktykowany sposób oskarżonym. Dwoje spośród oskarżonych mieli zmniejszoną poczytalność: oskarżona Biskupska, chora na tarczycę, oskarżony Rurarz zupełnie robił wrażenie kretyna. Obrona zgłosiła wnioski podkreślające ich niepełnowartościowość psychiczną − tacy osobnicy nie powinni być sądzeni w trybie doraźnym. Wnioski te odrzucono. Z prawnego punktu widzenia również sprawa Nowakowskiego, Mazura i ich wspólników (zabicie Żydów w Cedzynie dla celów ściśle rabunkowych) nie powinna być sądzona razem z innymi sprawcami zajść na Plantach. Bójki na Plantach nie miały wcale tła rabunkowego. Zamordowanie zaś Żydówki Fiszowej jest przestępstwem o charakterze zupełnie odrębnym, nie wiążącym się wcale z ogólnym tłem rozruchów ulicznych. Taki rabunek mógł się zdarzyć zawsze. Ofiarą zbrodni mogła być też bogata Polka − chodziło o biżuterię i dolary. Tymczasem sąd, dla obniżenia poziomu ogólnego, zrównał wszystkich oskarżonych, łącząc ich ze zwykłymi rabusiami: Nowakowskim, Mazurem i S-ka. Cały proces zupełnie nie starał się wykryć rzeczywistej przyczyny zajścia. Chodziło tylko o jak najszybsze i jak najsurowsze ukaranie przestępców. Prawdy wcale nie dociekano − robiło wrażenie jakby celowo unikano wykrycia przyczyny zajść − tła zbrodni. Nie pytano się kto pierwszy zaczął strzelać. Przyjęto z góry, że „napaści” dokonali Polacy na bezbronnych i niewinnych Żydów. Świadkowie − Żydzi lub członkowie PPR i P[olskiej]P[artii]S[ocjalistycznej], przeważnie konfidenci z UB, wcale nie odpowiadali na pytania obrony, czy z wnętrza domu padły strzały. A przecież byli zabici i ranni wśród Polaków. Zabito nawet oficera i żołnierza. Byli ranni milicjanci. Ogłoszony w dniu 11 lipca br. wyrok w motywach stwierdza, że Polska Ludowa musi walczyć z wszelkimi pozostałościami faszyzmu. Dalej motywy wyroku mają tendencję wybitnie demagogiczną. Wbrew treści całego przewodu sądowego, który absolutnie nigdzie nie wykazał żadnej łączności tych zajść z zagranicą, ani nawet jakiejkolwiek akcji o charakterze zorganizowanym w rodzaju pogromu, w motywach wyroku mówi się wyraźnie, że zajścia kieleckie mają łączność z zagranicznym rządem i są dziełem agentów generała Andersa. Na zakończenie przewodniczący, wbrew wyraźnym przepisom proceduralnym, zakreślił obrońcom oskarżonych tylko godzinę czasu do złożenia skargi rewizyjnej do Ogólnego Zgromadzenia Sędziów Sądu Najwyższego. Tymczasem procedura karna przewiduje prekluzyjny termin miesięczny. Nadal obrońcy nie mogli się porozumieć z oskarżonymi. Na zakończenie powyższych uwag należy jeszcze nadmienić, że akcja ludności kieleckiej skoncentrowana w zajściach z dnia 4 lipca była tylko sporadycznym odruchem ciemiężonej przez rząd o przeważającej większości żydowskiej − ludności polskiej przeciw obcym ciemiężcom. Oskarżona Biskupska sama wyraźnie przyznaje się, że wznosiła okrzyki „Precz z Żydami, precz z rządem Żydów!”, a zaprzecza by krzyczała „precz z rządem komunistycznym”.

Należy jeszcze dodać, że oskarżeni i ogół biorący udział w bójkach ulicznych rekrutowali się ze sfer robotniczych i drobnych rzemieślników. Tak zwana inteligencja nie uczestniczyła w zajściach.

Nie wykryto też żadnych inspiratorów zajść, którzy wykazaliby w swoim postępowaniu jakiś charakter „organizatorów pogromów”. Cała akcja skierowana była nie przeciwko Żydom jako takim, ze względu na ich odrębność narodową i religijną, a jedynie przeciwko Żydom rządzącym w kraju. To był głos ogółu powtarzający się w różnie sformułowanych, a jednakowych w treści, zadaniach poszczególnych jednostek. Taka była opinia całego społeczeństwa bezpośrednio po zajściach kieleckich.

1.5 Zeznanie naocznego świadka. Zeznanie anonimowej kobiety, znalezione w czasie rewizji katedrze kieleckiej 12/2/1952

Źródło: AIPN BU_944_548, k. 18−20, mps, kopia bez adnotacji o autorstwie i o tym, kto sporządził protokół.

[Pod tekstem pismem odręcznym: „Znaleziono katedrze kieleckiej, 12 I 1952 r., ks. R[oman] Zelek”]

Zeznanie naocznego świadka

Dnia 4 lipca o godzinie 10 rano zobaczyłam ludzi biegnących w stronę ulicy Silnicznej. Zaciekawiona tym pospieszyłam za nimi i przed domem nr 7 zobaczyłam ogromną masę ludzi, którzy głośno mówili o zamordowaniu 12 polskich dzieci. Kiedy się zbliżyłam do tłumu, słychać było płacz jakiejś kobiety, lecz do niej dostać się nie mogłam, tak była otoczona ludźmi. Jednak dochodził mnie głos płaczącej: „Moja droga dziecina… tu ją zamordowali”. W tym odchodzili od niej kobiety płacząc, mężczyźni z zaciśniętymi pięściami, i wszystko to tłoczyło się do bramy nr 7 przy ulicy Silnicznej (Planty), gdzie wiadomo było, że mieszkają Żydzi. Dom był otoczony już milicją. Z bramy wyszedł major milicji, starał się przetłumaczyć ludziom takimi słowami: „Uciszcie się, to nieprawda, tu nic nie ma i nic nie znaleziono, to wszystko prowokacja”. Na to ja powiedziałam głośno: „Czy ta kobieta, co tu siedzi, płacząca o dziecko swoje, to też prowokacja?”. Gdy tłum usłyszał moje słowa, zawołał: „Precz z nim, puśćcie nas, cywilnych ludzi, my będziemy szukać, bo milicja i wojsko to są obrońce żydowscy”. Na to major się szybko z tłumu wycofał. Tłum krzyczał nadal: „Puśćcie nas, precz z Żydami, dajcie nam tu Żydów!”. Po pół godziny mniej więcej tłum wywalił bramę i wszyscy wypadli na podwórze, a potem na schody, weszłam tam i ja, a szliśmy z milicją na czele. Z chwilą, jak zaczęto wykrzykiwać za milicją, ta stanęła po stronie tłumu. Drzwi na schody zastaliśmy zamknięte, [na] wołanie milicji usłyszeliśmy zza drzwi odpowiedź: „Nie otworzymy, niech tu przyjdzie bezpieczeństwo. Odejść od drzwi, bo będziemy rzucać granatami”. No to milicja wraz z ludźmi wywaliła drzwi, zza tych wywalonych drzwi posypała się seria wystrzałów z karabinu maszynowego, które zraniły parę osób i zabiły porucznika. Później ja i wiele osób wycofaliśmy się z klatki schodowej. Po wyjściu na podwórko jeden z mężczyzn wydał okrzyk: „Bracia żołnierze! Dajcie ognia, bo Żydzi do nas strzelają”. Z podwórka żołnierze i wszystko pośpieszyło na klatkę schodową z dwóch stron. W tym momencie słychać było na klatce schodowej rozrywający się granat. Wtem wyskoczył jeden żołnierz i krzyknął nieludzkim głosem: „Granatami rzucają!”. Która strona tam strzelała nie wiem, bo byłam od podwórka. Później po dłuższej strzelaninie wyprowadzono Żyda, naród rozszalały wyrwał go z rąk prowadzących i począł najokropniej bić. Po paru minutach wyprowadziła znów milicja Żydówkę i dwóch Żydów, których znowu tłum zaczął okropnie bić. Ilu Żydów wyprowadzono nie wiem, bo nie można było zobaczyć, bo tłum okropnie się zwarł, a milicja nie tylko ich nie broniła, ale kolbami dobijała. Straszny widok zmasakrowanych głów zrobił na mnie okropne wrażenie. Wtedy wycofałam się na 15 minut, poszłam do domu, lecz ulicą Sienkiewicza trudno już było przejść. Publiczność stała gromadami i opowiadano o zbrodni, jakiej Żydzi dokonali na dzieciach. Po 15 minutach wróciłam pod dom żydowski na Silniczną. Już z daleka słychać było strzały z karabinów maszynowych. Sprowadzona straż pożarna stała na ulicy Sienkiewicza z rozłożonymi wężami i wzruszała ramionami, nie wiedzieli, co robić. Po jakichś 10 minutach zobaczyłam z daleka okropny tłum [złożony] z samych mężczyzn, szli z ulicy Piotrkowskiej, szli z drągami. Ludzie zaczęli wołać: „Idzie Ludwików i tartak państwowy”. Słychać było w tłumie wołanie „Precz z Żydami!”. Robotnicy wtargnęli na podwórze i na klatki schodowe, skąd zaczęli wyprowadzać Żydów i na podwórzu zaczął się po raz drugi samosąd, gdyż zaczęto Żydów zabijać. Sprzątnięty plac nazad zostal zasłany trupami. W tłumie robotników Huty Ludwików był ojciec zaginionego dziecka, który rozpaczliwie nawoływał: „Za niewinną krew mojego syna!” i dużym kluczem francuskim rozpłatał głowę Żydowi. Na ten widok ciemno mi się zrobiło w oczach i usunęłam się dalej. W tym momencie nadjechało wojsko, ktore rozproszyło tłum, względnie usunęło ludzi dalej, bo rozproszyć się nie dali. Z przybyłych żołnierzy wyszedł z auta oficer, który dał rozkaz, aby strzelać do tłumu. Stałam wtedy na płocie w pobliżu omawianego domu. Na rozkaz oficera żołnierze odpowiedzieli milczeniem, na co oficer się zapienił i powtórzył rozkaz. Wtem z tłumu ktoś krzyknął: „Ten pieroński oficer żydzior!”. Oficer zaniepokojony sięgnął do pochwy po rewolwer. Wtedy padł z tłumu okrzyk: „Palić mu w łeb, to Żyd!”. Wymiany słów żołnierzy z oficerami nie słyszałam, gdyż stałam za daleko. Po raz trzeci zawołano z tłumu: „W łeb go!”. Był to głos męski. Wtem odzywa się jeden z żołnierzy: „Nam nie wolno, bo oficer jest w mundurze. Wtedy kilku mężczyzn podskoczyło do tego oficera i zerwali z niego mundur, a jeden z żołnierzy wystrzelił do zdegradowanego oficera, który upadł prawdopodobnie zabity, bo tak mówili ludzie. Następnie tłum wznosił okrzyki: „Niech żyje wojsko polskie!”. Nie wiem naprawdę skąd wzięło się w tej chwili bezpieczeństwo, czy już było, czy dopiero przyszło. W tłumie powstało szemranie: „uwaga, bo niebezpieczeństwo”. Jeden z bezpieczeństwa, starszy wiekiem, stał opodal płotu. Został trafiony cegłą w tył głowy. Wtedy porwał rewolwer, lecz jednocześnie upadł twarzą na ziemię. Jakaś kobieta podskoczyła, wyrwała mu rewolwer z ręki, i wymierzyła mu w głowę, ale ją spotkał zawód, gdyż rewolwer był już wyładowany. W tym momencie podskoczył do niej jeden z bezpieczeństwa i uderzył ją kolbą w tył głowy. Kobieta zatoczyła się do rowu. Na ten widok tłum rzucił się na obydwu z bezpieczeństwa i zaczął ich bić. Ludzie krzyczeli: „Precz z bezpieczeństwem!”. Po jakimś czasie przyszły znowu dwa samochody wojska, które zaczęło oczyszczać plac z tłumu przed domem i ulicą Silniczą. Mnie wycofali już całkiem stamtąd, ale stanęłam obok szkoły [bł.] Kingi, mając widok całego placu i domu żydowskiego. Po usunięciu tłumu zaczęto zbierać trupy i rannych, na placu zjawiła się komisja. Zapomniałam jeszcze powiedzieć, że po przybyciu robotników z Ludwikowa przyjechał samochód z Sowietami, między którymi był prawdopodobnie sam Kupryj [w tekście Kupryn], komendant miasta, który obojętnie popatrzył na zakrwawionych Żydów i powiedział ze spokojem „bijcie jewriejów skolko wam ugodno. No charaszo”. I odjechali.

O komisji mówiono w tłumie, że jest prokurator, aplikant sądowy i ktoś trzeci, ale kto, nie wiem. Komisja weszła do środka budynku i wyszła po jakichś 15 minutach. Potem już nic więcej godnego uwagi nie było i wróciłam do domu po godz. 4-ej.

To co pisali w gazetach, jakoby były wznoszone okrzyki na cześć Andersa, mino ze byłam cały czas w obliżu miejsca zajść – nie słyszałam.

Wracając do domu zobaczyłam tłum, który był zebrany przy kanale na ulicy Piotrkowskiej. Kiedy się zbliżyłam zauważyłam zabitą Żydówkę w kanale w wodzie. Poinformowano mnie, że uciekała ona, mając przy sobie granaty, z których jeden zużyła, rzucając w żołnierzy, i dwa rewolwery, więc ją żołnierze zastrzelili, a tłum wrzucił ją do wody.

1.6 Sprawozdanie MO, 5/7/1946

Źródło: AIPN Ki_29_117, k. 2−4, mps.

Kielce, dnia 5.07.[19]46 r.

Sprawozdanie

W toku wstępnych dochodzeń prowadzonych przez tut[ejszy] Wydział Śledczy Komendy Wojewódzkiej M[ilicji]O[bywatelskiej] w Kielcach w sprawie rozruchów antyżydowskich na terenie miasta Kielc wyjaśniam:

W dniu 4.07.46 r. zgłosił się do komisariatu MO w Kielcach Błaszczyk Henryk [w oryg. wszędzie: Walenty] lat 9, wraz ze swoim ojcem Walentym, zameldował, przed kierownikiem Referatu Śledczego Sędkiem, że w dniu 1 lipca 46 r. w godzinach rannych nieznany mu osobnik pochodzenia żydowskiego podszedł na ulicy Sienkiewicza do niego i zaproponował mu, by się udał na ul. Planty, zaniósł do niego, tj. do jego mieszkania, paczkę wręczoną mu, za co miał mieć wynagrodzone.

Błaszczyk Henryk uczynił zadość osobnikowi, zabierając z sobą tą paczkę, i zaniósł ją na ulicę Planty do bloku, w którym zamieszkują Żydzi. Błaszczyk Henryk, wręczając tą paczkę innemu osobnikowi pochodzenia żydowskiego w mieszkaniu, i Żyd ten po wręczeniu paczki przez Błaszczyka Henryka zatrzymał Błaszczyka i zamknął w pokoju na klucz.

Błaszczyk Henryk został potem przeprowadzony do piwnicy tegoż domu i zamknięty na klucz. W dniu 6.07.46 r. o godz. 22-giej zbiegł przez okno piwnicy i przyszedł do domu, opowiedział po tym wypadku swoim rodzicom.

Dnia następnego tj. 4.07.46 r. o godz. 8.30, zgłosił się do Referatu Śledczego Komisariatu MO w Kielcach Błaszczyk Walenty wraz ze swym synem Henrykiem zameldowali jak wyżej.

Na skutek zameldowania kierownik Referatu Śledczego Sędek zorganizował 3-ech funkc[jonariuszy] służby śledczej: Szeląga Leona, Krowę Stanisława, Rogozińskiego Jana i kierownika O[chotniczej]R[ezerwy]M[ilicji]O[bywatelkiej] Hińczę Kazimierza oraz 4-ech funkc. służby zewnętrznej.

Kierownik Sędek po pouczeniu funkc. co mają uczynić na miejscu, które wskaże Błaszczyk Henryk i po ustaleniu wyniku pozytywnego lub negatywnego mają z powrotem powrócić do Komisariatu złożyć sprawozdanie ze swych czynności, po czym miał być spisany protokół zameldowania z poszkodowanego Błaszczyka Walentego.

Funkc[jonariusz] służby śledczej stwierdzili na miejscu, że Błaszczyk Henryk wprowadził ich w błąd i wypadek ten nie miał miejsca, jak zameldował, z tych względów, że Błaszczyk, będąc na miejscu, nie mógł dokładnie wskazać miejsca i pobytu, gdzie był zamknięty, tym samy blok, w którym zamieszkują Żydzi, piwnicy nie miał.

W czasie czynności dokonywanych na miejscu, które wskazał Błaszczyk Henryk, przyszło dwóch nieznanych osobników, oświadczając funkc., że są funkc. z bezpieczeństwa i prosili by im pozwolono wylegitymować tego chłopca, tj. Błaszczyka Henryka.

Szeląg Leon, jako kierownik patroli, pozwolił funkc. wylegitymować Błaszczyka, po spisaniu personaliów Szeląg Leon oświadczył funkc. bezpieczeństwa „Niech panowie pozwolą do biura, w biurze załatwimy sprawy urzędowe”. W komisariacie funkc. U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] zabrali z sobą Błaszczyka Henryka i jego ojca Walentego, udając się do W[ojewódzkiego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] w Kielcach.

Rozpytani na okoliczności sprawy w charakterze świadków funkc. służby śledczej i służby zewnętrznej komisariatu MO w Kielcach zeznali: że po otrzymaniu rozkazu od kierownika Referatu Śledczego Sędka, udając się na miejsce, po drodze nie spotkali gromadzących się ludzi na ulicy Planty i twierdzili, że ruch ludności do czasu przybycia na miejsce, tj. do bloku, w którym zamieszkuje ludność żydowska, nie gromadzili się, ruch odbywał się normalny.

Po ukończonych czynnościach na miejscu wypadku i po stwierdzeniu przez funkc. służby śledczej, że Błaszczyk Henryk wprowadził ich w błąd, wychodząc z budynku na ulicy i podwórku koło domu, w którym zamieszkiwali Żydzi, już zastali grupkę ludzi, którzy rzucali hasła antyżydowskie.

W czasie zgromadzonej się ludności, funkc. Rogoziński Jan powiedział i wezwał ich do natychmiastowego rozejścia się, zaznaczając, że meldunek jaki złożył Błaszczyk Henryk w milicji nie polega na prawdzie z tego powodu, iż nie może dokładnie wskazać miejsca tego, w którym miał być rzekomo zamknięty, tj. piwnicy, a ponieważ blok ten piwnic nie posiada, tym samym zamknięty być nie mógł.

Na skutek tegoż oświadczenia, ludność spokojnie opuszczała miejsce postoju i udając się na ulicę i w czasie tym nie wiadomo z jakich przyczyn nadeszło wojsko, żandarmeria, nie zapytując nikogo o powodach pobytu zgromadzonej ludności, wkroczyli do bloku żydowskiego i po upływie kilku minut wojsko usuwało wszystkich Żydów z tego bloku, na podwórze połączone z Gimnazjum Bł. Kingi.

Oczekująca ludność, rzucając się na Żydów, zadając im ciosy przez uderzenie kijami i kamieniami, z czego powodowali śmierć.

Na tym należałoby wstęp zakończyć, zastrzegając, że jest to sprawozdanie przeprowadzone li tylko na podstawie zeznań świadków − milicjantów biorących udział we wspomnianej czynności służbowej.

4.07.46 r. o godz. 10-tej 15-cie po powrocie od ob[ywatela] wojewody kieleckiego otrzymałem od komendanta wojewódzkiego MO rozkaz udania się do Domu Gminy Żydowskiej przy ul. Planty, gdzie miały mieć miejsce jakieś zaburzenia.

W tym czasie otrzymałem telefon z prokuratury, aby natychmiast wraz z prokuratorem i sędzią śledczym udać się na Planty.

Wobec tego wraz z 5-ma funkc. mego wydziału i komisją sądową udaliśmy się na miejsce, zastawszy następujący stan faktyczny:

Na dziedzińcu przed domem żydowskim leżało w kałuży krwi 16-tu mężczyzn,

6 kobiet prawdopodobnie nieżywych.

Na dziedzińcu zastaliśmy według uzgodnionej oceny co najmniej dwie kompanie wojska uzbrojonego, które nie mogły sobie dać rady z stale wzrastającą agresywnością tłumu, już wówczas liczącego parę tysięcy osób, obojga płci.

Prokurator odszukał dowódcę w stopniu p[od]płk[ownika] i zawiadomił go o swej obecności.

Ponieważ ten pominął milczeniem obecność komisji sądowej, prokurator opuścił miejsce przestępstwa.

Wówczas w akcję z ramienia milicji wstąpił mjr Gwiazdowicz z oddziałami szkoły i batalionu, a dowództwo nad wojskiem objął ppłk. Polak [Pollak].

W wyniku wspólnej spokojnej rozmowy wraz z wymienionymi udało się w przeciągu godziny sytuację opanować na tyle, że można było przystąpić do ewakuacji zagrożonych mieszkańców domu.

Po chwili przybyło WUBP, na dwóch samochodach ciężarowych, oświadczywszy, że żywych zabierają do siebie. Zamordowanych poleciłem przewieźć do szpitala, co zostało wykonane.

Po wywiezieniu przez UB akcja ograniczyła się do zabezpieczenia częściowo już zrabowanych ruchomości ofiar przez element przestępczy.

Następnie w szpitalu uaktalizowałem stan liczebny ofiar przedstawiający się następująco:

45-ciu rannych Żydów

34-ch zabitych Żydów

2-ch zabitych Polaków.

Z zeznań wstępnych świadka por. Wojszwiło Władysława [najprawdopodobniej osoba fikcyjna, powróci w raporcie J. Różańskiego (1.14)] z jednostki W[ojsk]O[chrony]P[ogranicza] Forst [obecnie miasto graniczne po stronie niemieckiej]Dolny Śląsk, chwilowo u rodziny w Chęcinach, wynika, że na strychu w omawianym domu znalazł on C[iężki]K[arabin]M[aszynowy] Maxym z obsługą składającą się z 4-ch Żydów.

Świadek naoczny Kaczmarski, naczelnik Wojewódzkiego Urzędu Informacji i Propagandy z Kielc zeznaje, że z domu padły strzały z broni maszynowej, w wyniku których został zabity strażnik z P[olskiej]P[artii]R[obotniczej] i milicjant.

Ppor. Galiński Kazimierz z K[omendy]W[ojewódzkiej]MO zeznaje: że zwracał się do oficerów UB wskazując na 3-ech żołnierzy, którzy wyraźnie podburzali grupę ludzi do mordowania Żydów. Nazwisk tych oficerów nie zna, ale poznałby ich i wie, że są z UB. Oficerowie ci odmówili interwencji.

Również w charakterze świadków zeznają: prokurator okręgowy, sędzia okręgowy śledczy, komendant wojewódzki MO, komendant wojewódzki ORMO, funkc. Wydziału Śledczego i podpisany, że widzieli, jak żołnierze bili Żydów, wywlekając ich uprzednio z budynku.

O interwencji nie mogło być mowy z uwagi na wybitnie wrogie nastawienie wojska oraz groźną postawę tłumu, uzbrojonego w siekiery, młotki, broń itd.

Milicja w znanych mi osobiście wypadkach uratowała od niechybnej bestialskiej śmierci 6-ciu obywateli jedynie dzięki swej postawie i dobrze zorganizowanym środkom lokomocji.

Należy najkategoryczniej zaprzeczyć, jakoby milicja strzelała do Żydów.

1.7 Raport Jana Muchy, naczelnika Wydziału III WUBP w Kielcach do MBP, 5/7/1946

Źródło: AIPN BU_1572_4051, k. 3, mps.

Rzeczpospolita Polska, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, Departament III

Ściśle tajne, Warszawa, dn. 5.07.1946

Telefonogram z WUBP-Kielce z dn. 5.07.1946

Raport specjalny

W związku z zajściem antysemickim w mieście Kielce w dniu 4 lipca [19]46 r. melduję, [że] o godzinie 8-ej dnia 4 lipca [19]46 r. na komisariat M[ilicji]O[bywatelskiej] w Kielcach zgłosił się Błaszczyk Walenty z synem, który opowiadal, że od 1−3-go lipca był trzymany w komórce pewnej rodziny żydowskiej, zam[ieszkałej] w Kielcach przy ul. Planty 7. Komendant komisariatu, por. Zagórski, po porozumieniu się z z[astęp]cą kom[endanta] W[ojewódzkiej Komendy] MO, majorem Gwiazdowiczem, rozkazał grupie 3-ech wywiadowców i 9-ciu milicjantów zrobić rewizję w miejscu wskazanym przez chłopczyka. Zdążający do domu przy ulicy Planty [w oryg. wszędzie: Planety] milicjanci natknęli się na grupę mężczyzn i kobiet wykrzykujących, że w owym domu Żydzi mordują polskie dzieci. Milicja wraz z tą grupą udała się do domu. W tym czasie funkcjonariusze B[ezpieczeństwa] P[ublicznego] z Kielc zainterweniowali, zabierając do U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] chłopczyka i jego ojca i kierującego rewizją funkcjonariusza MO Szeląga. Rezultat dochodzenia prowadzonego z chłopcem i milicjantem jest następujący. Chłopiec dłuższy czas obstawał przy legendzie, że został w dniu 1/7/ uprowadzony przez pewnego Żyda i trzymany w piwnicy, skąd uciekł 3-ego lipca wieczorem, ojciec zeznał, że rzeczywiście w tym czasie chłopczyka nie było.

Po kilkugodzinnych przesłuchaniach chłopczyk zeznał, że od 1-go lipca do 3-go był w domu niejakiego Pasowskiego Antoniego (dotychczas nie ujęty), gdzie ten dawał mu cukierki i uczył go wyżej opisanej legendy, którą ma zeznawać przed ojcem i przed MO. Tymczasem przed domem przy ul. Planty 7 zbierały się tłumy ludzi, które wraz z milicją demolowały mieszkania i zabijając mieszkających tam Żydów. Posłane na tych wojsko i K[orpus]B[ezpieczeństwa]W[wewnętrznego] zmieszało się z tłumem i milicja również brali udział w zajściu, zabijając i maltretując Żydów, a także napadając na interweniujących funkcjonariuszy BP. Były liczne wypadki dobijania kolbami różnych Żydów przez milicjantów i żołnierzy. W wyniku zajść jest zabitych 34 Żydów, dwóch katolików i 42 Żydów ciężko rannych i pobitych.

Podpisał: Naczelnik Wydz. III Mucha kpt.

Nadał: Majewski [Zygmunt, Naczelnik Wydziału WUBP, w oryg.: Miejewski]

Przyjął: Donski

[W drugim wariancie tego telefonogramu, nadanym przez kpt. Herrera, przyjętym przez mjr Brystigier, bez daty, godz. 22.15, zamieszczonym na k. 5 tego samego zbioru dokumentów, dodano:]

Udział brało około 10 000 osob, oprócz tego przybyli robotnicy z Ludwikowa.

Chłopiec ma 8 lat, nazywa się Błaszczyk Henryk.

Zabici: Sokołowski Symcha, Ajzenberg Pinkus, Banszczyk Anna, Biner, Binsztok Aron.

Aresztowano 31 osób (milicjantów 4-ech)

1.8 Raport Jana Jurkowskiego i Henryka Gutowskiego, pracowników Dep. III, Wydz. II MBP, 5/7/1946

Źródło: AIPN BU_1572_4051, k. 5−7; Akta główne prokuratora w sprawie „Pogromu kieleckiego”, S58/01/ZK, t. 6, k. 205−208; AIPN BU_0330_233_8, k. 7−8 (urwany), dokończenie k. 42.

Kielce dn. 5.07.1946 r.

Pracownicy Min[isterstwa] Bezp[ieczeństwa] Publ[icznego]

Dep[artament] III Wydz[iał] II

będący na wyjeździe służbowym w Kielcach

Jurkowski Jan i Gutowski Henryk

Ściśle tajne

Do Ob. Ministra Bezpieczeństwa Publicznego

Generała Brygady Radkiewicza

Raport

Będąc naocznymi świadkami zajść antyżydowskich w Kielcach przy ul. Planty (gmina żydowska) w dniu 4.07.1946 r. poczuwamy się do obowiązku podać faktyczne tło, przyczyny oraz przebieg całego zajścia, które miały karygodne skutki, którym można było zawczasu z całą stanowczością zapobiec. Donosimy, co następuje:

Po otrzymaniu wiadomości, że rzekomo przy ul. Planty (tam gdzie się mieści gmina żydowska) Żydzi mieli zamordować kilkanaście dzieci polskich, które mają się znajdować w tymże gmachu. Po przybyciu na miejsce, udaliśmy się do wewnątrz gminy żydowskiej (ochraniany przez M[ilicję]O[bywatelską]), by zasięgnąć informacji oraz jaki jest powód rozsiewanej wersji, która z błyskawiczną szybkością rozniosła się po mieście, grupując dokoła gmachu (gmina żydowska) i ul. Planty coraz to większe tłumy, które były podburzane przez różnych, nieznanych nam, osobników, nawołujących do wystąpień antyżydowskich, krzyczano: precz z żydowskimi pachołkami, precz z Bezpieczeństwem, precz z rządem komunistycznym itd.

Zaznaczamy, że początkowo ludzi obecnych pod gmachem (gminy żydowskiej) było około 200−300 osób.

Po powyższych naszych spostrzeżeniach, czując wzmagającą się falę wrzenia, udaliśmy się do Szefa W[ojewódzkiego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] Kielce mjr. Sobczyńskiego, aby wyjaśnić stan wzbierającego się wrzenia, które może spowodować fatalne następstwa. Major Sobczyński odpowiedział, że ludzi posłał i przy nas dał jednocześnie rozkaz wszystkim udać się na miejsce zajścia. Wkrótce po tym udaliśmy się na miejsce zajścia, gdzie bezskutecznie staraliśmy się wpłynąć na tłum, tłumacząc, że jest to prowokacja. Do naszych tłumaczeń tłum odniósł się wrogo przyjmując wręcz wroga postawę. Z każdą minutą sytuacja stawała się bardziej krytyczna, grożąc wybuchem.

Działalność Urzędu Bezpieczeństwa

Zarówno WUBP, jak i P[owiatowego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] − Kielce, natychmiast zmobilizowały swe siły, wysyłając na miejsce zajść dość silnie uzbrojone grupy w wojskowych mundurach, jak funkcjonariuszy ubranych po cywilnemu. Jedni jak i drudzy byli rozproszeni po całym placu jak i ulicy, co też nie mogli przyjąć postawy obronnej ani też przeprowadzić zdjęć (aresztowań) bardziej czynnych agitatorów usiłujących podburzyć tłum oraz MO i W[ojsko]P[olskie] do czynnego wystąpienia przeciw Żydom. Pomimo naszej siły zbrojnej U[rzędu]B[ezpieczeństwa] brak było dowództwa (kierownictwa), jak i organizacji mającej na celu likwidację zajścia. Przy tym zaznaczamy, że w początkowej fazie wrzenia zajścia, dwa plutony funkcjonariuszy UB przy energicznym i odpowiedzialnym d[owódz]twie, bez żadnych trudności i ofiar udałoby się zajście zlikwidować, oczyszczając ulicę z tłumów.

Nadmieniamy, że ulica [Planty], na której miało miejsce zajście jest krótka i mało zabudowana, tak że przy zamknięciu dwóch wylotów ulic, zupełnie bez żadnych trudności, zajście można by było zlikwidować.

Działalność MO − Kielce

Dla scharakteryzowania przyczyny tych zajść przytoczymy charakterystyczne zeznanie naocznego świadka, instruktora Woj[ewódzkiego] Komitetu P[olskiej]P[artii]R[obotniczej], ob[ywatela] Przeździeckiego Stefana znającego dobrze stosunki kieleckie sprzed wojny, zeznaje co następuje:

Czy świadek może mi opowiedzieć początek zajścia?

Świadek odpowiedział:

„Będąc na ulicy Planty, gdzie zbierał się tłum ludzi, zauważyłem, jak kilku funkcjonariuszy Wydziału Śledczego MO z Komendy m. Kielce, prowadzili małego chłopczyka, który miał być tym rzekomym chłopczykiem, któremu udało się uciec od Żydów. Zaznaczam, że gdy milicja prowadziła tego chłopczyka, wokół nich zbierał się tłum, przeważnie kobiety, które w obecności milicji nawoływały do pójścia pod gminę żydowską, by się tam rozprawić z Żydami. Podkreślam, że pewna część milicjantów podburzała tłum przeciwko Żydom idąc jednocześnie z tłumem i bijąc Żydów, za co otrzymali oklaski od tłumu, co ich jeszcze bardziej ośmieliło do podobnych wystąpień”.

Warto zaznaczyć, że świadek był jednym z pierwszych, który złożył meldunek o tym zajściu.

Jak wynika z powyższych zeznań, akcja ta była planowo przygotowana przez czynniki reakcyjne w porozumieniu z MO Wydz. Śledczego Kom. miasta Kielc. Dalszy rozwój wypadków potwierdza nasze podejrzenia. Funkcjonariusze MO, zamiast przywrócić porządek i ład, sami przyczyniali się do rozwoju wystąpień antyżydowskich. Razem z tłumem wywlekali Żydów na plac, gdzie wspólnie z tłumem mordowali. Podobne fakty stwierdzają i inni świadkowie. O zachowaniu się MO w czasie tych zajść świadczą aresztowani funkcjonariusze MO, którzy zajmowali się morderstwem, grabieżą mienia zamordowanych i dobijaniem rannych w trakcie transportowania ich do szpitala. Na powyższe fakty żaden z dowódców MO nie reagował, co też milicjanci dopuszczali się różnych wykroczeń rabunkowych, antyrządowych, antysemickich itd.

Zaznaczamy, że UB jak i MO działało bez żadnego porozumienia, co mogliśmy stwierdzić na miejscu zajść w rozwoju dalszych wypadków. Były wypadki wręcz wrogiego ustosunkowania się MO do UB, gdy ci usiłowali stanąć w obronie Żydów, by nie dopuścić do zajść.

Działalność Wojska Polskiego

W miarę rozwoju wypadków nadchodziły posiłki jednostek wojskowych z miejscowego garnizonu, jak i żandarmerii, komendy m. Kielc, oraz innych formacji wojskowych. zdawałoby się, że nadeszłe posiłki wraz z UB i MO zlikwidują zajście. Ale wojsko, jak i w wypadkach powyżej nadmienianych, było pozbawione wszelkiego realnego dowództwa. Wojsko chodziło po całym placu, jak i ulicy, mieszając się z tłumem podburzonych i w końcu ulegli agitacji tłumu, np. uderzenie Żyda w twarz przez jednego z wojskowych spotkało się z wielkim uznaniem tłumu, który wzniósł okrzyk wojsko z nami „Niech żyje Wojsko Polskie”. Podobne momenty nie były odosobnione, co potwierdza dalszy rozwój wypadków. Na szczególną uwagę zasługuje mjr Markiewicz, kom[endant] garnizonu m. Kielce, który pierwszy dał rozkaz ochraniającym wejście do gmachu gminy żydowskiej funkcjonariuszom MO, by ci wpuścili do wewnątrz kilkunastu ludzi, by się przekonali, czy są tam zabite dzieci polskie. Ten moment był wykorzystany przez tłum, który wdarł się do wewnątrz. Dla scharakteryzowania WP i mjr. Markiewicza niech posłużą wypisy z przesłuchań naocznych świadków.

Świadkowie:

1. Jurkowski Jan i Gutowski Henryk funkcjonariusze M[inisterstwa]B[ezpieczeństwa] Wydz[iał] III Dep[artament] III, stwierdzają:

„Żołnierze pilnujący wejścia od strony bramy drewnianej tuż przy budynku gminy żydowskiej, poczęli wpuszczać tłum ludzi do wewnątrz, którzy jak wynika z obserwacji rzekomo chcieli dokonać rewizji, celem odnalezienia pomordowanych dzieci polskich. Wówczas to mjr Markiewicz polecił żołnierzom wpuścić ludzi do wewnątrz, zapraszając tłum dość łagodnymi słówkami, jak: proszę pójść i przekonać się czy są zabite dzieci polskie. To wystarczyłoby tłum wtargnął do wewnątrz”.

[2.] Świadek Rokicki Jan, referent PUBP w Kielcach stwierdza:

„W międzyczasie ludność, która oblegała budynek, poczęła się cisnąć na żołnierzy, którzy ubezpieczali wejście do komitetu oraz podburzała żołnierzy różnymi hasłami jak: precz z rządem żydowskim, precz z bezpieczeństwem itd. Wtedy to mjr Markiewicz (komendant garnizonu miasta Kielce) wydał rozkaz strzelania do góry na postrach, żołnierze zamiast strzelać do góry, poczęli strzelać do Żydów. Grupy żołnierzy, która była wewnątrz budynku, posłyszawszy strzały zaczęła strzelać do Żydów oraz jeden z żołnierzy przed budynkiem na oczach ludności przebił bagnetem jednego z Żydów. Ludzie widząc to rzucili się do wewnątrz, gdzie poczęli wyciągać z pomieszczeń i bić ich. Żołnierze, którzy byli wewnątrz budynku wypędzali Żydów na zewnątrz oddając ich w ręce tłumu”.

Podobne zeznania świadczące o tym, że wojsko samo biło i mordowało Żydów, są w zeznaniach innych naocznych świadków.

Podkreślamy, że dowództwo wszystkich jednostek wojskowych biorących udział w zajściach, z których część oficerów szła z tłumem, napuszczając żołnierzy do mordowania Żydów, reszta zaś była bierna i nie starała się (przy pomocy odpowiednich rozkazów) opanować sytuacji, która przy takiej ilości wojska mogła być zlikwidowana w zarodku. Wszystkie dalsze zarządzenia i rozkazy wyszły wtedy, kiedy liczba ofiar doszła do 80-ciu (ranni i zabici) z tego wynika, że wszelka akcja była opóźniona.

Zachowanie się ludności cywilnej

Ludność w toku zajść antyżydowskich zachowywała się wręcz wrogo w stosunku do UB, dając wyraz temu w różnych okrzykach zwróconych przeciwko rządowi i UB. Wśród ludności dało się zauważyć pewne kobiety, które w różnych miejscach płaczem rozsiewały mylne wersje, że im Żydzi zamordowali dzieci. Specjalnym bestialstwem podczas zajść wykazali się drobnomieszczanie (kupcy, rzemieślnicy). Udział partii politycznych celem zlikwidowania zajść był minimalny, co dało się zauważyć w toku rozwoju wypadków.

Po opisie powyższych zajść zgodnie stwierdzamy, że:

Na początku rozwoju wypadków nie przywiązywano należytej uwagi do następstw, jakie mogą z tego wyniknąć. Pracownicy UB byli rozproszkowani i bez konkretnego planu działania.

Przy należytej organizacji naszych organów zajście można było zlikwidować bez udziału wojska i MO. Przybycie wojska i nielojalna postawa MO spowodowały takie następstwa całego zajścia.

1.9 Raport por. Alberta Grynbauma, zastępcy szefa PUBP Kielce, 6/7/1946

Źródło: AIPN BU_1572_4051, k. 17, 19; AIPN BU_1572_4051, 11−12, mps, AIPN BU_0397_59, t. 1, k. 59−60, mps.

Kielce, dnia 6.07.1946 r.

Sprawozdanie z przebiegu zajść antysemickich w Kielcach

Dnia 4 lipca r[oku]b[ieżącego] o godz. 9.30 dowiedziałem się, że jest puszczona wersja jakoby Żydzi mieli zamordować 12 dzieci polskich i jedno dziecko polskie zdołało uciec z budynku, w którym miały znajdować się pomordowane dzieci, tj. w gmachu Komitetu Wojewódzkiego przy ul. Planty Nr 7.

Natychmiast udałem się do gmachu Komitetu Żydowskiego i w rozmowie z już nieżyjącym prezesem dr. Kahanem, tenże powiedział mi, że jest to prowokacja, zaznaczając przy tym, że był w komisariacie M[ilicji]O[bywatelskiej] Kielce i prosił, aby milicja nie poszła na usługi reakcji i nie przeprowadzać rewizji w takiej atmosferze. Mimo jego prośby komisariat MO wysłał milicjantów, celem odnalezienia rzekomo zamordowanych dzieci polskich. Milicjanci idący w stronę Plant po drodze rozgłaszali, że idą poszukiwać zamordowane dzieci polskie, wprowadzając tym sposobem tłum ludzi pod budynek Komitetu Żydowskiego.

Ludność znajdująca się na ulicy zachowywała się wówczas biernie, przyglądając się czynności milicjantów. Natychmiast zadzwoniłem do szefa W[ojewódzkiego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] w Kielcach mjr. Sobczyńskiego, nadmieniając, że należy wysłać ludzi, gdyż sytuacja staje się poważna. Otrzymałem odpowiedź, że o wszystkim już wie i że wysyła wojsko z W[ojsk]B[ezpieczeństwa]W[ewnętrznego] i 2-ej Dywizji W[ojska]P[olskiego].

Przybyłe wojsko nie miało wytłumaczone, że chodzi o prowokację, ani też nie miało specjalnych rozkazów od d[owódz]twa.

Jednostki wojskowe pomieszały się i obstawili budynek Kom. Żyd., pozostawiając rozwydrzony już tłum w zgromadzeniu. Charakterystycznym jest moment rzucenia przez prowokatorów kamieniami w okna.

Tłum zgromadzony przed budynkiem przy ul. Planty 7 cofnął się w obawie przed reakcją ze strony wojska. Widząc bierną postawę wojska i milicji, ludzie zbliżyli się do budynku z okrzykiem „niech żyje nasze wojsko i MO”, a nabierając postawę agresywną zaczął dobijać się do wejścia. W międzyczasie grupa wojskowych z MO, WBW i żandarmeria z 2-ej Dywizji weszła do wnętrza budynku i zaczęła szukać zamordowane dzieci.

Ja, będąc na pierwszym piętrze, skoncentrowałem około 40 Żydów w jednym pokoju, nie wpuszczając wojskowych, mówiłem do nich, że ich zadaniem jest utrzymywanie porządku na ulicy, a nie rewizja. Jeden z żołnierzy zażądał od prezesa kluczy do magazynu. Nie chcąc dopuścić do prowokacji, kazałem otworzyć magazyny. Po sprawdzeniu magazynu wyszedł, udając się na drugie piętro wraz z podwładnymi. Kilka minut później przyszło do mnie dwóch Żydów, tj. Kamrat z drugim nieznanego mi nazwiska, mówiąc, że wojskowi zabijają Żydów i rabują ich mienie. Usłyszałem wtedy strzały.

Na odgłos strzałów z drugiego piętra, odezwały się strzały z ulicy i wewnątrz budynku.

Zaznaczam, że z drugiego piętra, był wyrzucony człowiek na ulicę. Do leżącego trupa podszedł żołnierz i kopnął go w głowę w obecności całego tłumu. Wówczas pośród zebranego tłumu ludzi słyszano krzyki „nie bójmy się wojska, wojsko z nami”.

Do pokoju, w którym skoncentrowałem około 40 Żydów, wtargnęła grupa wojskowych, prowadząc z sobą kobietę, Polkę, z chłopcem, którzy krzyczeli, że tu mordują polskie dzieci. Mając przy sobie funkcj[onariusza] UBP Rokickiego Jana, zastąpiłem im drogę mówiąc do nich nie prowokujcie, wyprowadźcie tą kobietę tu gdzie trzeba. Wówczas skierował do mnie pepeszę jeden z żołnierzy, mówiąc do mnie „milcz bo cię zastrzelę jak psa”.

Widząc moją postawę skierowali się w inną stronę. Ja z funkcj. UBP Rokickim Janem wyszliśmy z budynku na podwórze, około godz. 13.

Na podwórzu zastałem mjr. Koniecznego, mjr. Szczepanika i płk. Szpilewoja. Widziałem wtedy, jak wojskowi wywozili rannych samochodem. W promieniu około 200 m, od budynku zgromadzeni ludzie krzykami podniecali do wybicia wszystkich Żydów.

Dowództwo będące na miejscu na powyższe nie reagowało. Wówczas na prośbę płk. Szpilewoja opuściłem miejsce wypadku.

Przyjeżdżając do szefa WUBP mjr. Sobczyńskiego, krótko przedstawiłem mu sytuację i zaznaczyłem, że należy wycofać wojsko, bo są wśród nich prowokatorzy, rabują i zabijają, radząc przy tym, by posłał tam wezwanych ze szkoły żołnierzy WUBP.

Od majora Sobczyńskiego dowiedziałem się, że robotnicy z huty Ludwików zbierają się celem pójścia na Planty. Mjr Sobczyński zadzwonił do P[olskiej]P[artii]R[obotniczej], nie wysyłając wojska dla obstawy ulic, co uniemożliwiłoby dopływ nowych sił do stojącego już tłumu przed gmachem.

Z chwilą przyjścia robotników z huty Ludwików rozpoczęło się na nowo mordowanie ludzi i rabowanie. Skutkiem tego zostało zabitych około 15 osób, między innymi prezes Kom. Żyd., dr Kahane.

Z zebranych informacji dowiedziałem się, że wojsko rabowało i biło Żydów, wyganiając ich i bijąc kolbami karabinów w stronę rozwydrzonego tłumu.

Kilku z rannych, którzy zostali odwiezieni przez wojskowych do szpitala zostali przez nich rozbierani i okradzeni.

Zaznaczam, że dowództwo poszczególnych jednostek wojskowych nie umiało opanować sytuacji w należyty sposób, gdyż brakło jednolitego dowództwa i nie zajęło od pierwszej chwili zdecydowanego stanowiska.

Na ogół lekceważyli całe zajście.

Urząd Bezpieczeństwa jako całość wywiązywał się dobrze. Samodzielnej akcji nie mógł podjąć z uwagi na postawę wojska.

Funkcjonariusze Bezpieczeństwa prowadzili akcję na szerszą skalę w zakresie aresztowań i obserwacji wśród tłumu.

1.10 Raport Mieczysława (Morrisa) Kwaśniewskiego, WUBP Kielce, 8/7/1946

Źródło: AIPN BU_1572_4051, k. 13, mps.

Kielce, dnia 8.07.1946 r.

Raport o zachowaniu się Szefa W[ojewódzkiego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego], Kielce, w dniu zajścia przy ul. Planty Nr 7, tj. dnia 4.07.1946 r.

Dnia 4 lipca br. o godz. 9.15 dowiedziałem się, że na mieście rozsiewają się pogłoski o zamordowaniu polskich dzieci przez Żydów i tłumy zaczynają się gromadzić przed gmachem Komitetu Żydowskiego przy ul. Planty Nr 7. Natychmiast zadzwoniłem do płk. Szpilewoja i informowałem o sytuacji, zarazem poprosiłem, żeby zainterweniować u Szefa o zastosowaniu środka zapobiegającego jakiemukolwiek zajściu. Za kilka minut później przyszedłem osobiście do płk. Szpilewoja, któremu powtórzyłem jeszcze raz o tym, co się dzieje na ulicy. Od płk. Szpilewoja zaraz zaszedłem do mjr. Sobczyńskiego, szefa WUBP, i zaproponowałem zawezwać szkołę w celu zabezpieczenia spokoju i rozpędzenia tłumu, wychodząc z tego założenia, że szkoła jako jednostka wybrana, która zdała egzamin w różnych miejscach i różnych zajściach, może być najodpowiedniejszą w takiej sytuacji. Mjr Sobczyński machnął ręką i powiedział, że zostało zawezwane wojsko.

W dalszym biegu wypadku, kiedy kpt. Mucha bez przerwy alarmował z miejsca zajść, że sytuacja się pogarsza, mjr Sobczyński zaczął dzwonić do jednej formacji i drugiej i tam się uspokajał i tak zareagował na wszystkie alarmy. Nareszcie o godz. 11-ej wyjechał na miejsce zajścia. Ja w tym samym czasie z grupą instruktorów sowieckich też wyszedłem na ulicę i mogłem zaobserwować czym się zajmował Szef po przyjeździe na róg ul. Planty i Sienkiewicza. Do miejsca zajść, tj. do Kom[itetu] Żyd[owskiego] nie zdecydował się dojechać, tylko stanął około 150 m z daleka, wyszedł z samochodu i zagubił się w tłumie. Dopytywałem się ludzi, którzy byli na miejscu − odpowiedzieli, że tam na miejscu Szefa nie widzieli. Po dziesięciu czy piętnastu minutach, jak wrócił na miejsce, gdzie miał stać jego samochód, samochodu już nie było, zdenerwowany machnął ręką i poszedł sobie pieszo, jakby nic nie było, z powrotem do Urzędu.

Między godz. 12 a 13-tą, gdy się z nim znowu spotkałem i zacząłem mówić o wypadkach, kazał mi się szykować na odlot z nim do Warszawy na godzinę trzecią i sam z całym spokojem pakował się i szykował do odlotu, tak jakby nic nie było na mieście. Tu należy nadmienić, że to było w czasie najwyższego naprężenia. O godz. około 13-tej przyszedł kpt. Mucha i zakomunikował, że robotnicy z huty „Ludwików” ruszają na miasto, by brać udział w zajściach, do mjr. Sobczyńskiego, mjr.zaczął się drapać w głowę i kręcić się, przechodzić z miejsca na miejsce, jednak nic nie zdecydował i nic nie zrobił, zaspokoił się tym, że jeszcze raz poszedł i zadzwonił przez telefon do jednej i drugiej partii i tym zaspokoił swoje sumienie.

Chciałem podkreślić, że w dniu zajść szef WUBP mjr. Soczyński nie wykazał żadnej inicjatywy, żadnej energii i w ogóle nie brał żadnego udziału i nawet nie próbował zapobiec temu, co się stało, choć w jego kompetencji było, by móc nie dopuścić do żadnych najmniejszych wystąpień. Tu należy nadmienić jeszcze raz, że siły bezpieczeństwa w mieście Kielcach razem ze szkołą przy WUBP liczyły około 600 osób.

Zbrojnej, zwartej siły można było wystawić do 150 osób, nie zaliczając operatywnych pracowników, tylko samych wartowników i szkołę. O powyższym kilkakrotnie mówiłem Szefowi Urzędu, czemu On się nie chciał przysłuchiwać.

Jeszcze byłoby dużo do opowiedzenia, co do osoby mjr. Sobczyńskiego, o całokształcie w jego zachowaniu i pracy w organach bezpieczeństwa, lecz o tym będę mówić w razie potrzeby.

1.11 Raport chor. Zygmunta Majewskiego, starszego referenta Wydziału ds. Funkcjonariuszy WUBP w Kielcach, 13/7/1946

Źródło: AIPN BU_1572_4051, k. 22−23, mps.

Woj[ewódzki] U[rząd] Bezp[ieczeństwa] Publ[icznego]

Kielce

Wydział WUBP

Kielce dn. 13.07. [19]46 r.

Raport specjalny

Na podstawie obserwacji własnych datujących się od czasu mojego pobytu na terenie Kielc oraz w Urzędzie Bezpieczeństwa, zauważyłem nurtujący tak wewnątrz Partii − jak i aparatu Bezpieczeństwa, lekki objaw antysemityzmu. Przejawy jego uwidaczniały się w przemilczaniu kwestii antysemityzmu oraz unikaniu we wszystkie możliwe sposoby roztrząsania drażliwych incydentów związanych z antysemityzmem.

Określam to jako wstydliwy stosunek do sprawy antysemityzmu, dotyczy: Partii, oraz Urzędu.

1. Konkretne przykłady antysemityzmu; w aparacie Bezpieczeństwa.

Po przybyciu do pracy w WUBP w Kielcach, po objęciu stanowiska kierownika IV Sekcji, w rozmowie z jednym z przydzielonych mi pracowników − Ziewcem ustaliłem w nim zdecydowanego antysemitę. W czasie przeprowadzonej z nim rozmowy wyraził się do mnie, że na stanowiskach kierowniczych w WUBP stoją Żydzi − wskazując jako przykład Korneckiego majora, Domowskiego naczelnika Wydz[iału] Pers[onalnego], oraz naczelnika Wydziału Więź[ień] i Ob[ozów] − Blajchmana i innych, będących w tym czasie funkcjonariuszami naszego Urzędu. O powyższym fakcie zawiadomiłem Domowskiego, w wyniku czego Ziewiec został osadzony w areszcie, czy było prowadzone przeciw niemu jakieś dochodzenie tego nie wiem, faktem jest, że został przeniesiony do Rzeszowa.

W rozmowach z poszczególnymi pracownikami stwierdziłem wielokrotnie mocne zainteresowanie się różnymi pracownikami naszego Urzędu, których zewnętrzny wygląd mógł posłużyć do przypuszczenia, że są pochodzenia żydowskiego.

Stwierdzić należy, że w Partii również dawał się odczuć stosunek wstydliwy do kwestii żydowskiej, przez to, że nigdy nie starano się w referatach politycznych naświetlić sprawy żydowskiej, pomimo że zdawano sobie doskonale sprawę z istniejących prądów, a nawet, o ile mi wiadomo, Partia starała się z czołowych stanowisk, wykorzystując swoje wpływy, usuwać jednostki pochodzenia żydowskiego, konkretny przykład: b[yły] szef Urzędu mjr Kornecki stanowisko do tej sprawy b. II sekretarza Partii − Dymianowa, który twierdził, że osoba Korneckiego wpływa na zwiększenie nasilenia antysemityzmu.

Zlekceważenie istniejących prądów oraz nieprzedsiębranie żadnych konkretnych wysiłków przez Partię w celu zwalczania antysemityzmu wśród mas dało konkretne wyniki w dniu 4 lipca br.

W aparacie Bezpieczeństwa brak zrozumienia sprawy żydowskiej po wypadkach kieleckich doprowadził do tego, że pracownicy Urzędu, nie doceniając powagi zaszłych wypadków, oraz w niezrozumieniu odpowiedzialności, jaką za wypadki te ponosi wyższe d[owódz]two, w obliczu zatrzymania przez M[inisterstwo]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] majora Sobczyńskiego nastawiają się na przygotowanie petycji, oraz opuszczenie pracy w razie nieuwzględnienia ich żądań przez MBP.

Dane w tej sprawie uzyskałem od naczelnika IV Wydziału ob[ywatela] Kiragi.

Stwierdzam, że wyczucie nastroju pracowników jest dla mnie bardzo trudne ze względu na to, że znają moje bezwzględne nastawienie do tej sprawy.

W związku z powyższym proszę o jak najszybsze instrukcje, w jaki sposób zapobiec dalszemu roztrząsaniu sprawy aresztowania mjr. Sobczyńskiego przez ogół funkcjonariuszy, oraz proszę o spowodowanie odprawy przy udziale czynników z Ministerstwa.

1.12 Raport Leopolda Arendarskiego, funkcjonariusza WUBP w Kielcach, brak daty

Źródło: AIPN BU_1572_4051, k. 14−15, mps.

Kielce dnia [brak daty] [19]46 r.

Raport specjalny

W związku z zajściem antysemickim w mieście Kielce, w dniu 4.VII. 46 r. melduję, co następuje:

W dniu 4 VII 46 r. o godz. 9.15-cie przechodziłem ul. Sienkiewicza, jadąc do W[ojewódzkiego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] po drodze słyszałem sam osobiście przechodniów, jak się wyrażali, tj., że Żydzi zamordowali 11 polskich dzieci przy ul. Planty 7, gdzie znajduje się Komitet Żydowski.

Słysząc takie opowiadanie, pospieszyłem krok, dochodząc do ul. Planty spostrzegłem kilka grup ludzi polskich, w tym mężczyźni, dzieci, kobiety, którzy wykrzykiwali na Żydów mieszkających i znajdujących się w tym czasie przy ul. Planty nr 7. Krzyczeli „Precz z Żydami”, wyrżnąć Żydów morderców polskich dzieci itp.

Zbliżałem się do budynku, tj. do budynku, w którym znajdowali się Żydzi Planty nr 7, w tym czasie spostrzegłem w drzwiach wyżej wspomnianego budynku z[astęp]-cę P[owiatowego]U[urzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] Kielce ob[ywatela] Alberta, wraz z kilkoma funkcj[onariuszami] B[ezpieczeństwa]P[ublicznego], którzy prosili ludność, ażeby się rozeszli, jednak ludność nie zważała na słowa funkcj. BP, a tylko pchając się ku wejściu do budynku, chcieli wtargnąć się.

Ob. Albert, z-ca Szefa PUBP Kielce, wyciągnął pistolet z kieszeni i wypowiedział się do publiczności, żeby się nie pchać, bo będą strzelać, poczym po klatce schodowej wraz z dwoma funkcj. BP udał się na drugie piętro.

Ludność, nadal wykrzykując na Żydów, zaczęła się tłoczyć w wejściowe drzwi do budynku, w tym czasie nadjechało jedno auto ciężarowe z wojskiem, pomiędzy którym było kilku żandarmów W[ojska]P[olskiego], zeskakując z samochodu WP wraz z żandarmami, zaczęli strzelać w budynek, w którym znajdowali się Żydzi i kilku funkcj. BP, z broni lekkiej i ciężkiej maszynowej, po czym wraz z ludnością wtargnęli do budynku, gdzie strzelali w środku budynku w znajdujących się tam Żydów, oraz poczęli wyprowadzać żywych Żydów z budynku na plac, który znajduje się przy budynku, na którym znajdowały się tłumy ludzi polskich, prowadząc Żydów bili ich, po czym wspólnie z ludnością cywilną zaczęli zabijać bezbronnych Żydów.

W momencie tym zjawiła się większa część MO z Woj[ewódzkiej] Kom[endy] Kielce, która zaczęła pomagać WP i ludności cywilnej w zabijaniu bezbronnych ob[ywateli] żydowskich.

Mnie, funkcjonariuszowi WUBP Kielce, dało się zauważyć jak bezczelnie postępowali żołnierze i oficerowie WP oraz MO z Kielc, którzy sami zabijali bezbronnych ob[ywateli] żydowskich. Byli to nimi: st[arszy] sierżant żandarm, 2 oficerów WP i 4 puł[ku] p[echoty] z Kielc, oraz kilku żołnierzy tej samej jednostki wojskowej, jak również kilkunastu funkcj. MO z Wojew[ódzkiej] Komendy i Komisariatu miasta Kielce, nazwiskami mi są nieznani, wyżej wymienieni osobnicy, ale z wyglądu są mi znajomi, których często widuję na ul[icach] miasta Kielc.

Pewna część żołnierzy znajdowała się mordowaniem ob. żydowskich. Byli to nimi: st. sierżant żandarm, 2 oficerów WP, i [dopisane ręcznie] 4 puł[ku] p[iechoty] z Kielc, oraz kilku żołnierzy z tej samej jednostki wojskowej, jak również kilkunastu funkcjonariuszy MO z Wojewódzkiej Komendy i Komisariatu miasta Kielce, nazwiskami mi są nieznani. Wyżej wymienieni osobnicy, ale z wyglądu są mi znajomi, których często widuje się na ul. miasta Kielce.

Pewna część żołnierzy zajmowała się [w oryg.: znajdowała się] mordowaniem ob. żydowskich wraz z ludnością cywilną, natomiast druga część żołnierzy, znajdując się w budynku, w którym zamieszkiwali Żydzi, dokonywała rabunków, część żołnierzy, którzy mordowali ob. żydowskich, zauważyłem, jak przebijali bagnetami ofiary mordu, oraz widziałem jak oficer Wojska Polskiego zastrzelił z pistoletu jednego z Żydów, później ludność wyrzuciła do góry na rękach tegoż oficera za ten czyn, krzycząc niech żyje Wojsko Polskie i że każdemu żołnierzowi należy się litr wódki za taki czyn. W trakcie tego zamętu nadjechało na dwóch autach [wojsko] z K[orpusu]B[ezpieczeństwa]W[ewnętrznego], które zaczęło interweniować, prosząc ludność o rozejście się, ludność rozejść się nie chciała, poczym żołnierze zaczęli strzelać w górę i ludność częściowo wycofała się od budynku. Na miejscu zajścia już w tym czasie leżało kilka osób zabitych, po pewnej chwili przyjechały wozy sanitarne oraz pierwsza pomoc lekarska, która zaczęła ob. żydowskich opatrywać oraz zabitych i rannych ładować w sanitarki, którymi zostali dowiezieni do szpitala miejskiego w Kielcach. Następnie na rozkaz mjr. Szczepanika i ob. kpt. Muchy z-cy szefa WUBP w Kielcach ludność została wycofana od budynku przez funkc. BP, MO i wojsko, poczym zostały rozstawione posterunki złożone z WP celem niedopuszczenia ludności do budynku.

Ludność w dalszym ciągu wykrzykiwała przeciwko rządowi, funkcj. BP i ob. żydowskim. Po upływie pół godziny czasu wszyscy ranni i zabici zostali zabrani do szpitala, natomiast pozostali żywi w budynku matki dzieci, zwracając się do nas jako funkc. Bezpieczeństwa, prosząc o wywiezienie ich w miejsce bezpieczne, ja funkc. BP Arendarski Leopold pobiegłem do PUBP w Kielcach po samochody, ażeby wywieźć pozostałych przy życiu ob. żydowskich w miejsce bezpieczne, po upływie 15 minut przyjechałem z ob. szefem PUBP w Kielcach Gajewskim pod budynek na Plantach nr 7, celem zabrania pozostałych przy życiu ob. żydowskich i odwiezienia w miejsce bezpieczne. Widząc to, ludność zgromadzona zaczęła nas obrzucać słowami: krzycząc żydowskie pachołki, przy czym rzucali kamieniami na nas, auto, którym przyjechaliśmy, zostało skierowane do samego wejścia budynku, po czym chcieliśmy pozostałych ob. żydowskich wywieźć w miejsce bezpieczne.

Ludność zgromadzona, widząc to, zaczęła łamać płoty i przedzierać się do nas, na co my nie mogliśmy reagować, ponieważ zgromadzona ludność i wojsko poczęli występować przeciwko nam, na co my nie mogliśmy reagować, ponieważ nas niewielu i zmuszeni byliśmy wycofać się, natomiast wojsko puściło ludzi, jak i sami wtargnęli do budynku żydowskiego, rabując ich mienie i mordując ich.

W tym zwiększyła się siła wojska oraz funkcjonariuszy BP, reagując na to, wycofując ludność ponownie poza obręb budynku, na placu tegoż budynku ponownie leżały pomordowani ob. żydowscy, których poczęliśmy ładować sami na samochody i odwozić do szpitala.

Natomiast przybyli funkcjonariusze BP z PUBP i WUBP Kielce, gdzie poczęli pozostałych przy życiu ładować na samochody i wywozić w miejsce bezpieczne.

Żołnierze i oficerowie WP oraz MO, którzy dokonali szereg morderstw i kradzieży mienia ob. żydowskich, znikli nam z oczu. W dalszym ciągu rozkaz szefa WUBP w Kielcach zostały zniesione wszystkie posterunki WP i częściowo MO, a pozostawione były na ich miejscu posterunki WP i częściowo MO, a pozostawione były na ich miejscu posterunki złożone z funkcj. BP.

Dom, w którym zamieszkiwali ob. Żydowscy, został pod ochroną funkc. BP, natomiast wszystkie pokoje zostały popieczętowane. My natomiast, pracownicy operatywni WUBP Kielce, na rozkaz ob. szefa WUBP, częściowo zaczęliśmy przeprowadzać aresztowania jednostek, którzy brali udział w morderstwie i grabieży ob. żydowskich.

1.13 Meldunek mjr. Kazimierza Koniecznego do zastępcy szefa 2DP, Stanisława Kupszy, 5/7/1946

Źródło: Meldunek specjalny do zastępcy dowódcy OW VI do spraw polityczno-wychowawczych, 5/7/1946, [w:] Sprawozdania i meldunki zastępcy dowódcy 2WDP ds. polityczno-wychowawczych o działaniach przeciw zbrojnemu podziemiu, o sytuacji politycznej i gospodarczej w terenie, o pracy propagandowej oraz o nadzwyczajnych wypadkach, CAW IV.521.2.113, k. 1−2.

5.07.1946, mjr Kazimierz Konieczny

Meldunek do z-cy dowódcy OW VI do spraw polityczno-wychowawczych

W związku z zajściami antysemickimi w Kielcach melduję, że według dotychczas posiadanych informacji zajście to przedstawia się następująco:

W dniu 4.06.[19]46 o godz. 8.00 do postarunku M[ilicji]O[bywatelskiej] w Kielcach zgłosił się nijaki Błaszczyk Walenty z synkiem, który opowiedział, że od dnia 1-ego do 3-ego bm. był przetrzymywany przez pewną rodzinę żydowską w komórce domu przy ul. Planty Nr 7 w Kielcach. Według oświadczenia ojca, syn jego faktycznie w tym okresie nie był obecny w domu. Na podstawie zeznania wymienionego chłopca, który podobną historię opowiedział i ojcu, komendant posterunku MO, por. Zagórski, po porozumieniu się z zastępcą wojewódzkiego komendanta MO, mjr. Gwiazdowiczem, wysłał na miejsce wskazane przez chłopca 3 zwiadowców i 9 milicjantów w celu dokonania rewizji. Patrol MO, zbliżając się do domu przy ul Planty, napotkał po drodze grupę mężczyzn i kobiet, wykrzykujących, że Żydzi mordują polskie dzieci. Za wkraczającą do budynku milicją wszedł i tłum zebranych ludzi, demolując mieszkania i mordując zamieszkałych tam Żydów. Obecni tam milicjanci nie tylko, że pozwolili wtargnąć do lokalu i bić mieszkańców, w kilku przypadkach biorąc w tym czynny udział. W takcie tego na teren bloku Komitetu Żydowskiego zaczęły ściągać coraz liczniejsze tłumy. Ze strony milicji reakcji żadnej nie było, gdyż byli zajęci plądrowaniem mieszkań i rabunkiem. W trakcie tego gromienia szef W[ojewódzkiwgo]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] [Sobczyński] zażądał od zastępcy [komendanta wojewódzkiego] MO, mjr. Gwiazdowicza, wycofania natychmiast z terenu bloku milicji, gdyż uważał, że sprawa ma charakter wybitnie polityczny. W odpowiedzi na to mjr Gwiazdowicz kategorycznie odmówił wykonania tego zarządzenia, wyrażając się następującymi słowami: „zobaczymy, kto więcej materiałów przedstawi, ale później”. Z odpowiedzi mjr. Gwiazdowicza wynikało jasno, że on sam, jak i jego aparat wierzy w prowokację, zorganizowaną przez miejscową kołtunerię. W tym czasie tłumy bez przerwy wzrastały, dochodząc już do kilku tysięcy ludzi. Szef U[rzędu]B[ezpieczeństwa] powtórnie wzywa mjr. Gwiazdowicza, ażeby ten odwołal milicję, która bez przerwy w tym czasie rabowała i rozbijała drzwi, za którymi zamknęli się Żydzi. W czasie tego zamieszania, gdy liczba demonstrantów wzrastała, a z tłumu zaczęto wznosić okrzyki antyrządowe, zawiadomiony o tym dowódca Dywizji [płk Stanisław Kupsza] wysłał swoją żandarmerię i żołnierzy z Komendy Miasta, oraz oddział 4 p[ułku]p[iechoty] w sile 30 ludzi oraz 5 ludzi z informacji. Równocześnie został powiadomiony dowódca W[ojsk]B[ezpieczeństwa]W[ewnętrznego] w Kielcach [Włodzimierz Dembowski], który wysłał najpierw grupę 40 ludzi, a następnie jeszcze 60. Z pierwszą grupą wojska, będącego w dyspozycji Sztabu Dywizji wyruszył mjr Konieczny i kpt. Bednarz, rozpraszając tłum i na pewien czas opanował sytuację oraz wystawił ochronę wokół budynku. Po rozpędzeniu tłumu okazało się, że zostało zamordowanych 7 Żydów oraz około 12 rannych, których natychmiast odesłano do szpitala miejskiego. W międzyczasie przybyli żołnierze z Woj[ewódzkiej] Szkoły Milicji, których rozstawiono u wylotów ulic i wokół budynku w celu niedpuszczania tłumu na miejsce wypadku. Pomimo tego tłum wzrastał bez przerwy, zaś w tym czasie Woj. Szkoła Milicji samowolnie opuściła posterunki, a poszczególni żołnierze tłumaczyli się, że oni mają swoich dowódców i ich rozkazy wykonują. W międzyczasie otrzymano wiadomość, że jest przygotowywany atak na szpital, gdzie znajdują się dowiezieni ranni Żydzi. Wobec tego mjr Konieczny wyjechał z kilkoma ludźmi do szpitala, których tam umieścił jako ochronę. Wracając z powrotem, napotkał na gromadzący się tłum przed drugim blokiem Komitetu Żydowskiego przy ul. 1 Maja, który zdołano rozproszyć. W międzyczasie podburzeni przez nieznanych sprawców robotnicy Huty „Ludwików”, zabierając ze sobą różne narzędzia swojej pracy i pociągając po drodze robotników Tartaku nr 1 w Kielcach, wtargnęli na teren bloku Komitetu Żydowskiego, gdzie rozpoczęli powtórne demolowanie i mordowanie Żydow. Napad ten został rozpędzony przez oddziały wojskowe WBW pod dowództwem szefa Sztabu Dywizji, ppłk. Pollaka. Po rozpędzeniu demonstrantów tłum zebrał się na dziedzińcu szkolnym sąsiadującym z miejscem zajścia, gdzie wystąpił jakiś mówca, organizując rodzaj wiecu. W trakcie swego przemówienia wznosił okrzyki antyrządowe oraz okrzyki na cześć rządów sanacyjnych i Andersa. Wśród tłumu zebranego na tym dziedzińcu znajdował się również zastępca wojewódzkiego komendanta MO, mjr Gwiazdowicz, który wespól z tłumem wznosił okrzyki i bił brawa na cześć sanacji i Andersa, a następnie uścisnął temuż mówcy dłoń. Obecnie mjr Gwiazdowicz tłumaczy się tym, że musiał tak uczynić, gdyż w przeciwnym razie zostałby przez tłum rozniesiony. Więc ten został rozpędzony przez ppłk. Pollaka, posterunki porozstawiane, patrole rozędzały tłum na ulicach, opanowując ostatecznie sytuację o godz. 16.00. Z zajścia tego żywych ocalało 60 Żydów, zabitych w tym dniu było 34 Żydów i 2 katolików oraz 44 Żydów jest ciężko rannych. W tej liczbie znajduje się dwóch zabitych na stacji Herby, ośmiu zaś w miejscowości Piekoszów.W czasie zajść zostało aresztowanych 32 osoby.

Po przeprowadzeniu dokładnych badań wymienionego na początku meldunku chłopca i ojca jego okazało się, że chłopiec ten był trzymany przez niejakiego Pasowskiego [w oryg. wszędzie: Porowskiego], którego dotychczas ująć się nie udało. Wymieniony Pasowski trzymał go u siebie, karmiąc go cukierkami i łakociami przez te trzy dni, w czasie których wyuczył go podanej legendy, którą miał zeznać i zeznał przed ojcem i na milicji. Dalsze śledztwo w toku.

W związku z powyższymi zajściami zarządzono godzinę policyjną na terenie miasta Kielce od godz. 20 do 5., w czasie którym liczne patrole zatrzymywały i legitymowały przechodniów. Prócz tego zostały rozklejone na mieście odezwy partii politycznych oraz odezwa w imieniu wojewody. Przeprowadzono cały szereg wieców: w Społem, w fabryce superfosfatu, tartaku Nr 1 i Nr 2, Kadzielni, fabryce Granat, w warsztatach kolejowych i osobno dla personelu węzła kolejowego Kielce. Podobne wiece są przeprowadzane we wszystkich jednostkach i podddziałach Dywizji. Na dzień 7-go bm. jest przygotowywany masowy wiec w Kielcach. Patrole krążą po terenie miasta bez przerwy, pogotowie trwa.

1.14 Raport mjr. Józefa Różańskiego, naczelnika wydziału śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, dla ministra bezpieczeństwa publicznego, Radkiewicza, 18/7/1946

Źródło: AIPN BU_1572_4051, w miejscach nieczytelnych uzupełniony przy pomocy kopii w: AIPN BU_01006_364, wariantu w: Akta główne prokuratora w sprawie „Pogromu kieleckiego”, S58/01/ZK, t. 6, k. 1153−1154; oraz AIPN BU_0330_233_8, k. 9−12.

Warszawa, dnia 18 lipca 1946 r.

Do Ob. Ministra Bezpieczeństwa Publicznego

w Warszawie

Raport w sprawie pogromu w Kielcach

W związku z wypadkami w Kielcach w dniu 4.07.46 r. melduję, co następuje:

Niepodobna zrozumieć wypadków kieleckich, jeśli choć w kilku słowach nie napomnić o sytuacji ogólnej bezpieczeństwa w woj[ewództwie] kieleckim. Kielce, aczkolwiek geograficznie zajmują centrum Polski, były − jak stwierdziliśmy obecnie − skandalicznie obsługiwane tak pod względem partyjnym, jak również pod względem bezpieczeństwa. Jak nas informowali, praca propagandystyczna bloku demokratycznego była wyjątkowo słaba, bez dynamiki, bez inicjatywy i bez przekonania. Charakterystyczne słowa sekretarza W[ojewódzkiego] K[komitetu] R[ejonowego] P[olskiej]P[artii]S[ocjalistycznej] Skowrońskiego [Stanisława], iż ksiądz i reakcja mają większy posłuch wśród robotników aniżeli partie robotnicze, wskazują na niewiarę nie tylko średniego, ale odgórnego aktywu PPS i częściowo P[olskiej]P[artii]R[obotniczej] w możliwości realne pracy. Głupia metoda agitacji, aby całe miasto zostało pomalowane hasłami „Pan Mikołajczyk głosuje 3 razy tak”, albo też „PSL głosuje 3 x tak”, przy braku innych haseł, wskazuje nie tylko na poziom agitacji, ale również na przekonanie niektórych czynników bloku, iż tylko manewrem i chytrością można prowadzić pracę w terenie.

Jednocześnie z tym należy stwierdzić niebywały wzrost aktywności organizacji podziemnych. Wobec prawie kompletnego braku materiałów agenturowych i śledczych, muszą w tej kwestii raczej opierać się na zasłyszanym i domniemanym, aniżeli na faktach skontrolowanych.

Należy pamiętać o tym, iż Kielecczyzna ma swoje tradycje 202 i 204 pułku N[arodowych]Sił]Z[brojnych], Brygady Bohuna vel Świętokrzyskiej itp. z czasów okupacji, jak również i obecnego, mocnego, O[bóz]N[arodowo]R[adykalny]-owskiego podziemia. Charakterystycznym jest, iż aczkolwiek szereg podziemnych organizacji wysuwa hasła antysemickie, to jednak tylko na terenie Kielecczyzny mieliśmy ostatnio do zanotowania powstanie i likwidację organizacji, mającej na celu wyłącznie tępienie fizyczne Żydów. Chodzi o organizację POMA (Polska Organizacja Młodzieży Antyżydowskiej), której grupa w składzie zdaje się 23 osób została zlikwidowana przez P[owiatowy]U[rząd]B[ezpieczeństwa]Publicznego] w Ostrowcu. Grupa ta obecnie rozpracowywana przez Wydział Śledczy W[ojewódzkiego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] Kielce jest ponadto o tyle ciekawa, iż daje ona pewne podstawy do przypuszczenia, iż podobne organizacje o wyraźnym antysemickim charakterze istnieją nie tylko w Ostrowcu. Zresztą, działalność antysemicka na terenie Kielecczyzny była prowadzona od szeregu tygodni, a może i miesięcy. Napady na pasażerów Żydów w pociągu Częstochowa−Kielce, na szosach etc., wskazują na to, iż ostrze antynarodowej i antypaństwowej agitacji było skierowane w woj. kieleckim poprzez rozdmuchiwanie kwestii żydowskiej. Agitacja w kościołach, prowadzona cały czas prawie otwarcie, bez żadnej kontrakcji partii demokratycznych i przy kompletnym braku agentury i przeciwdziałań U[rzędu]B[ezpieczeństwa] − akcje podziemnych organizacji − uzupełniają obraz sytuacji przed dniem 4 lipca 1946 r.

Wypadki, które poprzedziły pogrom miały przebieg następujący:

Prezes gminy żydowskiej, zamordowany dr Kahany, wielokrotnie zwracał uwagę majora Sobczyńskiego na nastroje pogromowe. Major Sobczyński − według twierdzenia dr. Kahany − uchylał się od przyjmowania dra Kahany.

Dnia 1 lipca 46 r. o godz. 10-ej rano 9-letni Henryk Błaszczyk opuścił swoje mieszkanie w Kielcach i udał się, rzekomo sam, do wsi Pielaki, gdzie przebywał do dnia 3.07.46 r. Należy nadmienić, iż ojciec Błaszczyka, szewc, przez dwa lata znajdował się na pracy przymusowej w Niemczech, skąd wrócił w połowie 1945 r. Przez czas okupacji, jak również ostatnio, matka Henryka chodziła na żebry. Przez okres dwuletni mieszkała w tejże wsi w chałupie tegoż gospodarza, podczas gdy on znajdował się w Niemczech wraz ze starym Błaszczykiem.

Dnia 3.07.46 r. o godz. 6-ej wieczorem wrócił chłopiec do domu, opowiadając o tym, iż został zatrzymany przez jakiegoś pana i panią, pod pozorem odniesienia paczki. Obecny przy tym właściciel kamienicy Pasowski [w oryg.: Pawski] zaczął sugerować dziecku, iż ci ludzie to na pewno Żydzi, poczym domagał się od ojca, by ten natychmiast zameldował o tym M[ilicji]O[bywatelskiej]. Jednocześnie z tym, zaczyna wraz ze swym szwagrem [Janem] Dygnarowiczem przeprowadzać agitację, opowiadając o tym dookoła.

Dnia 4.07.46 r. o godz. 8-ej rano Henryk Błaszczyk zaprowadzony został przez Dygnarowicza i ojca na ul. Planty, gdzie Dygnarowicz sugerował mu, że to jest ulica, na której był zatrzymany, poczym doprowadził go pod Nr 7, gdzie znajdował się dom zajęty przez gminę żydowską pod tzw. kibuc, a podrzucając mu, że chyba w tym domu był zatrzymany. O godz. 8.30 przybył Błaszczyk z synem, jak również Dygnarowicz, do komisariatu MO, gdzie sprawą tą zajął się kierownik sekcji śledczej Sędek [w oryg. wszędzie: Sendek ]. (Brat tegoż Sendka [Sędka], adwokat Jan Sędek [w oryg.: Sendek], znany ONR-owiec, obecnie członek K[omenda]O[kręgu] NSZ osadzony od 3-ch miesięcy w Mokotowie, drugi brat, słynny gestapowiec, związany rzekomo z IS [Intelligence Service?], znajduje się ponoć za granicą, bądź też zginął). Sędek zajął się natychmiast sprawą w sposób prowokatorski, w porozumieniu z kierownikiem komisariatu Zagórskim. Celem ustalenia, czy istnieje piwnica w tym domu, wysyła trzech wywiadowców, po kilku minutach powtórnie 3 wywiadowców i 8 umundurowanych milicjantów, z poleceniem okrążenia domu. Badany na tę okoliczność w toku śledztwa nie umie nawet wyjaśnić, po co posłał tylu milicjantów. Jednocześnie następuje na ulicy aresztowanie pierwszego napotkanego Żyda Singera, pod pozorem, że to on przetrzymywał Błaszczyka. Należy podkreślić, iż: 1) milicjanci udający się na tą operację byli z tzw. zmiany popołudniowej (4−12 w nocy), czyli w ogóle nie byli wówczas na służbie, 2) idąc z chłopcem rozpowiadali wkoło o tym, iż idą otoczyć dom żydowski, w którym przechowywane są dzieci polskie.

[Fragment w nawiasie kwadratowym w oryginale przekreślono na czerwono: Przed domem na ul. Planty 7 poczyna zbierać się tłum. Dr Kahany alarmuje telefonicznie mjr. Sobczyńskiego, żądając natychmiastowego wycofania milicji. Sobczyński dzwoni do ppłk. Kuźnickiego [w oryg.: Kuźniewskiego], przy telefonie zastaje mjr. Gwiazdowicza, od którego żąda natychmiastowego wycofania milicji, gdyż jest to oczywista prowokacja. W odpowiedzi na to słyszy, że jeszcze nie wiadomo, kto ma lepsze materiały: władze bezpieczeństwa czy też milicja i że należy sprawdzić, czy tam nie ma więcej dzieci polskich.

Ciekawe ponadto jest, iż 1) Sędek, mimo obecności komendanta MO sam dzwonił do Gwiazdowicza o godz. 9-ej, aczkolwiek wszystkiego rozmawiał z nim w życiu, jak sam zeznaje, tylko 2−3 razy, 2) że Gwiazdowicz daje polecenie nadal przesłuchiwać chłopca i przyjeżdża natychmiast do komisariatu MO. Zaznaczam, iż ostatnie dwa fakty mają miejsce jeszcze przed obsadzeniem przez MO gmachu przy ul. Planty 7.] Tymczasem tłum zebrany na miejscu przybiera coraz bardziej agresywną postawę, obrzucając kamieniami gmach. W pewnym momencie około godz. 10-ej przybywa oddział wojskowy, który obstawia gmach. Żołnierze wkraczają do środka, jakiś podporucznik żąda od Żydów wydania broni i zabiera kilka (około 6−7) rewolwerów, zostawiając pozwolenia na broń u [tych] osób. Po rozbrojeniu Żydów żołnierze rozpoczęli rabunek rzeczy i magazynu, wyrzucając ofiary na ulicę. Według zeznań niektórych osób (m.in. porucznika Alberta [Grynbauma]) pierwsze strzały i pierwsze ofiary padły w gmachu z rąk żołnierzy.

Przybywające wciąż mała grupa żołnierzy z Wojska Polskiego i K[orpusu] B[ezpieczeństwa] W[wenętrznego] nie potrafią opanować sytuacji, wobec braku jakiegokolwiek dowództwa i rozpływają się w masie, [fragment w oryginale przekreślony: niejednokrotnie sami biorą udział w rabunkach i mordach]. Sytuacja taka trwa do godz. 11-ej, jest stosunkowo najmniej krwawa, około 12-ej m[inut] 30 przybyli na Planty robotnicy fabryki Ludwików, podburzeni m.in. przez brata Henryka Błaszczyka, robotnika tej fabryki. Od 12.30 do godz. 2-ej trwa tak zw. druga fala pogromu, najbardziej krwawa, w której biorą udział wojskowi, robotnicy fabryki Ludwików i motłoch.

O godz. 2-ej następuje pewne odprężenie, a o godz. 3-ej znów przybiera pogrom na sile i kończy się około godz. 17.30−18.00.

W związku z tym nasuwają się następujące uwagi:

1) Obiekt do obrony był stosunkowo łatwy ze względu na wąską ulicę.

2) W ciągu całego dnia po prostu niezrozumiała kompletna bezczynność władz administracyjnych. Gdy wezwali wicewojewodę (woj. Wiślicz chory) Urbanowicza, by przemówił do tłumu, odmówił, motywując tym, rzekomym swym żydowskim wyglądem (oczywista bzdura).

3) Tchórzostwo i nieróbstwo kierownictwa partii robotniczych, obawa przed masami robotniczymi. Gdy 5 groził strajk na fabryce Ludwików, zaproponowaliśmy towarzyszom Kalinowskiemu i Skowrońskiemu urządzenie wiecu na fabryce z zademonstrowaniem Błaszczyków i wyjaśnieniem prowokacji. Odmówili, przyczyny tow[arzysz] Skowroński uzasadniał jak wyżej.

4) Rola prowokatorska kierownictwa MO jasna. Major Gwiazdowicz wraz z nieustalonym kapitanem oklaskują wystąpienie chuligana i ściskają mu ręce, a tłum reaguje okrzykami: „Niech żyje wojsko, niech żyje major Gwiazdowicz [w oryg.: Gwiazdowski]”. Kilkakrotna odmowa wycofania milicji przez mjr. Gwiazdowicza i później przez ppłk. Kuźnickiego (m.in. agentura katowicka donosi, iż Kuźnicki związany jest z S[tronnictwem]N[arodowym] i należałoby to sprawdzić. Faktem jest, iż Kuźnicki kilkakrotnie występował w sposób łobuzerski. Miał się rzekomo wyrazić „Jeśli ma być Polska bolszewicko-żydowska, to niech będzie lepiej NSZ-owska, itp.”, Sobczyński twierdzi, iż meldował o tym w raportach).

Chcę tu zaznaczyć jeszcze o jednej prowokacji milicji:

Podczas przeprowadzania przez nas śledztwa ppłk. Titkow wręczył nam

a) raport pisany rzekomo 1 lipca w sprawie zaginięcia dziecka Błaszczyka. Raport był świeżo napisany;

b) Ppłk. Titkow wręczył raport o przebiegu zajść, nie pamiętam przez kogo podpisany, z którego wynika, iż niejako por. Wojszwiłło, rzekomo stacjonujący na Śląsku, a przypadkowo obecny w gmachu Planty 7, złożył zeznania o tym, iż w domu tym zastał ckm [ciężki karabin maszynowy] obsługiwany przez 4-ch Żydów. Nie znaleźliśmy ani Wojszwiłło, ani raportu pisanego (z zeznań Wojszwiłło). Ppłk Titkow twierdził, iż jest to dalszy ciąg metod prowokacji. Nic dziwnego, jeżeli dodam, iż w MO pracują dawni „defensywiacy”, którzy o tym pisali ponoć w swoich życiorysach, bądź też stary endek − Sędek [w oryg. wszędzie: Sendek], o którego rodzinie wyżej, albo znani reakcjoniści jak niejaki „dr.” por. Majewski [Tadeusz Majewski-Laske], szef służby śledczej w woj[ewódzkiej] komendzie MO.

3) Mjr. Sobczyński kilkakrotnie alarmował kierownictwo milicji. Nie wnikając w ocenę jego bezczynności, należy stwierdzić, iż kpt. Mucha i ppłk. Szpilewoj [w oryg.: Szpilewicz] żądali kilkakrotnie od niego stanowczej interwencji. Podobno był raz czy dwa na miejscu pogromu, po czym uciekł. Należy podkreślić aktywną, choć nie skoordynowaną, obronę Żydów ze strony pracowników bezpieczeństwa, por. Albert [Grynbaum], Żyd, był w gmachu do 12-ej godziny i organizował samoobronę Żydów w pokojach 1-go piętra. Opuścił gmach dopiero podczas uspokojenia, gdy po niego przyjechał por. Kwasek. Liczni bezpiecznicy ratowali Żydów z narażeniem życia z rąk motłochu (kpt. Mucha, por. Kwasek i inni). Aresztowali ludzi podczas lub bezpośrednio po morderstwie. Cały czas narzekali na brak jakiegokolwiek kierownictwa.

Uderzający jest katastrofalny stan agentury, która nie tylko nie doniosła o nastrojach przed wypadkami, ale również i w następnych dniach nie mogła być uruchomiona, bo jej nie ma.

Należy dodać, iż są wychody [slang: poszlaki, tropy] na kilku bezpieczników, którzy wraz z milicjantami zrabowali pieniądze u rannych Żydów przed szpitalem, w sprawie tej toczy się śledztwo. Odnosi się to jednak do wartowników, nie zaś do operatywnych pracowników.

6) KBW. Należy stwierdzić, iż jeden z oddziałów KBW powstrzymywał przez pewien czas napór motłochu lewego skrzydła. Ulegli po przyjściu jakiegoś nowego oddziału. Wg danych oficera Informacji aresztowano 6-ciu żołnierzy i oficerów (? [znak zapytania w tekście]) KBW, z których trzech brało udział w mordach, 3-ch w rabunkach.

7) Oddział żołnierzy 2 dywizji WP w zajściach nie ulega wątpliwości. Aresztowano 34 żołnierzy i oficerów, z tego 8-miu udowodniono udział w mordach i rabunkach. Śledztwo absolutnie nie idzie po linii udowodnienia winy dowódców. W pierwszym okresie była próba zatarcia winy żołnierzy przez mjr. Litiagina (szefa Informacji 2 dywizji). Gdy w jego obecności 2 osoby (pokrzywdzony i pracownik UB) poznali 3 żandarmów − uczestników rabunku, mjr Litiagin aresztował tych żandarmów, ale po dwóch godzinach ich zwolnił, nie przeprowadzając śledztwa. Dopiero na kategoryczną interwencję − aresztował ich ponownie. Przez cały czas pobytu naszego w Kielcach, Informacja WP sabotowała pracę. Dopiero przyjazd płk. Rutkowskiego w pewnej mierze ukrócił ten sabotaż.

Dotychczasowy obraz był[by] daleko niepełny, gdyby nie podkreślić, iż od południowych godzin fala pogromu rozszerzała się na pociągi podążające do Kielc. Ogółem na stacjach zamordowanych zostało wg nieścisłych danych ok. 30 Żydów. Ustalone zostało, iż udział w tych mordach brał andersowiec w mundurze na stacji w Piekoszowie [w oryg.: Piekarzowej]. Pogromy te odbywały się pod hasłem: „Żydzi zamordowali dzieci polskie w Kielcach”.

Po pogromie w Kielcach nastrój w mieście ulegał częstym zmianom. Przeprowadzenie szeregu aresztowań (przeszło 100 osób), podczas gdy 4.07.46 r. aresztowano 21 osób, wywołało początkowo próbę oporu ze strony „Czarnej Sotni”. Objawiło się to np.: w próbie wywołania strajku na Ludwikowie jako protest przeciwko aresztom. Drugą próbą charakterystyczną było żądanie kleru pociągnięcia do odpowiedzialności winnych „bez różnicy wyznań i narodowości”.

W tym okresie dają się po prostu zauważyć tchórzostwo i dezorientacja nawet elementów demokratycznych, które próbowały wywrzeć na nas wpływ w kierunku tzw. liberalnego postępowania (niearesztowanie, [występowanie] przeciwko ew[entualnym] wyrokom śmierci, interwencja etc.). Przełom nastąpił na skutek energicznych zarządzeń władz, wzmocnionych patroli, kontroli pracy tych patroli, ustanowieniu „godziny policyjnej”, jak również [w rezultacie] procesu i wyroku.

Wbrew opinii panikierów, sala sądowa była pełna przez cały dzień, spokój nigdzie nie został zakłócony. Przewód sądowy był częściowo transmitowany na miasto. Charakterystyczne, iż według danych informatorów wielu słuchaczy domagało się kary śmierci na morderców.

1.15 Raport mjr. Siedleckiego, naczelnika wydziału MBP, dla ministra bezpieczeństwa publicznego, 23/8/1946

Źródło: AIPN BU_01453, t. 3, k. 122−129.

Warszawa, 23 sierpnia 1946 r. [z adnotacją TAJNE]

Od Naczelnika Wydziału MBP

Do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego

W sprawie mjr. Sobczyńskiego Władysława, szefa WUBP w Kielcach

ppłk. Kuźnickiego Wiktora, komendanta KW MO w Kielcach

mjr. Gwiazdowicza Kazimierza, z-cy kom. KW MO w Kielcach ds. polit.wych.

Raport

Pogrom żydowski w Kielcach w dniu 4.07.b.r. był wynikiem zorganizowanej akcji elementów reakcyjno-terrorystycznych. Celem tych usiłowań było − poprzez rozpętanie akcji pogromowej − rozszerzyć wpływy reakcji i zmobilizować jej siły do walki przeciwko władzom i ustrojowi demokratycznemu, osłabić i poderwać w kraju i poza jego granicami wrażenie, jakie wywarł wielki sukces obozu demokratycznego w Polsce w świeżo odbytym głosowaniu ludowym.

Rozwojowi wypadków w dniu 4.07. br. sprzyjała okoliczność, że teren Kielc i Kielcczyzny jeszcze przed 1939 był terenem wzmożonej propagandy reakcyjno-pogromowej (Przytyk) , a w czasie okupacji tutaj właśnie operowały najbardziej zhitleryzowane bandy N[arodowe]S[iły]Z[brojne]-towskie tzw. Brygady Świętokrzyskiej Bohuna, które drogą agitacji i akcji antysemickiej usiłowały wzmóc walkę przeciwko elementom demokratycznym i równocześnie odwrócić uwagę mas ludowych od walki przeciwko niemieckiemu okupantowi.

Biorąc pod uwagę z jednej strony rozmiary zbrodni kielckiej, a z drugiej ogólnie znaną podatność terenu Kielc i Kielcecczyzny na agitację antysemicką, należy tym bardziej surowo ocenić bezpośrednią lub pośrednią winę, jaką ponoszą w tym wypadku poszczególni przedstawiciele władz bezpieczeństwa, na których ciążyła odpowiedzialność za utrzymanie spokoju.

Przebieg wypadków

w dniu 1 lipca [19]46 r. wydalił się z domu i nie wrócił 9-letni chłopiec − Henryk Błaszczyk − o czem zameldowano na milicji. W dniu 3-ego lipca po południu chłopiec powrócił. Jak się okazało, był on na wsi u swoich i swoich rodziców znajomych.

Po powrocie zmyślił, że był on zatrzymany przez jakieś dwie osoby, pod pozorem odniesienia paczki. Obecni przy rozmowie z chłopcem właściciel kamienicy [Antoni] Pasowski [w oryg.: Pawski] i jego krewny [Jan] Dygnarowicz sugerowali dziecku, że to byli z pewnością Żydzi, a także domagali się oni zawiadomienia o tym M[ilicji]O[bywatelskiej].

Dnia 4.07.[19]46 r. o godz. 8-ej rano Henryk Błaszczyk zaprowadzony został na ul. Planty 7, gdzie Dygnarowicz sugerował mu, że pewnie w tym domu został zatrzymany. O godz. 8.30 we trójkę przybyli na komisariat MO, gdzie złożono ustne zawiadomienie o rzekomym więzieniu i o tym, że w piwnicy Domu Żydowskiego pozostały zwłoki jeszcze jednego dziecka polskiego. Sprawą tą w sposób prowokatorski zajął się kierownik sekcji śledczej miejskiego komisariatu MO Sędek [w oryg. wszędzie: Sendek] (którego można podejrzewać o kontakty z NSZ-tem), wspólnie z kierownikiem komisariatu MO, Zagórskim.

Celem przeprowadzenia rewizji w poszukiwaniu rzekomo znajdujących się w domu przy Plantach 7 zwłok dziecka polskiego i ustalenia, gdzie znajduje się piwnica, w której rzekomo miał być więziony H. Błaszczyk, w krótkich odstępach czasu zostaje wysłanych 6-ciu wywiadowców i 8-miu milicjantów, razem 14-tu ludzi. Po drodze zostaje aresztowany i odesłany na komisariat pierwszy napotkany Żyd, pod pozorem, że to on właśnie 1.07.46 r. zatrzymał H. Błaszczyka. Wysłani milicjanci idąc rozpuszczają wersję, że w domu Komitetu Żydowskiego więzione są dzieci polskie i oni idą je ratować. Przed domem przy ul. Planty zaczyna zbierać się tłum.

Po godzinie 9-ej kilku pracowników bezpieczeństwa wyprowadza z Domu Komitetu Żydowskiego przybyłych tam syna i ojca Błaszczyków i omijając ulice odprowadza ich do W[ojewódzkiego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego]. Tłum stale wzrasta i przybiera coraz bardziej agresywną postawę.

Przed 10-tą przybywa pierwszy oddział wojskowy, który obstawia gmach. Żołnierze wkraczają do środka, jakiś podporucznik żąda od Żydów wydania broni i zabiera kilka (6−7) rewolwerów. W pewnym momencie, w czasie rozbrajania Żydów, jeden z żołnierzy bez wyrażnego powodu oddał strzał. Fakt ten wzmógł rozgardiasz i podniecenie − żołnierze, milicjanci i pewna ilość osób cywilnych rozpoczęli rabunek rzeczy i magazynu, wyrzucając Żydów na ulicę, tłum zaś mordował ich. Przybywające wciąż grupy żołnierzy W[ojska]P[olskiego] i K[orpusu]B[ezpieczeństwa]W[ewnętrznego] nie potrafią opanować sytuacji wobec braku dowództwa i rozpływają się w masie − niejednokrotnie sami biorą udział w rabunkach i mordach.

Około godziny 12-ej sytuacja zostaje na krótki czas częściowo opanowana − tłum został odepchnięty (nie rozpędzony) przy pomocy salwy w powietrze, na pewną odległość od budynku. (Żołnierzy zebrał i rozkazał dać salwę mjr Konieczny, z-ca dowódcy 2 Dywizji). W tym czasie wywieziono trupy i rannych. Mimo iż tłum wciąż znajdował się w pobliżu, nie przedsięwzięto żadnych środków celem rozproszenia go, czy też zamknięcia ulicy na jej najbliższych skrzyżowaniach.

Po upływie około pół godziny nadeszli podburzeni uprzednio robotnicy huty Ludwików, przerwali słaby kordon żołnierzy, wdarli się do gmachu. Od ok. 12.30 do 14.00 trwa druga, najbardziej krwawa fala pogromu. Dopiero około godz. 15-ej przybyły większe posiłki wojskowe, które rozproszyły tłum. Mordowanie Żydów odbywało się i w innych miejscach. Główna jednak ilość ofiar padła na Plantach.

Mjr Sobczyński

Przed godz. 9-tą przewodniczący Komitetu Żydowskiego dr Kahane [w oryg.: Kaham] (który padł następnie ofiarą pogromu) alarmuje mjr. Sobczyńskiego, żądając natychmiastowego wycofania przysłanej z komisariatu MO dla przeprowadzenia rewizji grupy milicjantów i wywiadowców. W tym samym czasie o gromadzeniu się tłumu i niebezpiecznej sytuacji pod gmachem Komitetu Żydowskiego zawiadomiło mjr. Sobczyńskiego jeszcze kilku pracowników bezpieczeństwa.

Mjr Sobczyński wysłał 5−6 ludzi (w tej liczbie Szablewskiego z M[inisterstwa]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego]) dla usunięcia milicji i sprowadzenia Błaszczyków do WUBP. Na skutek tych wiadomości wzywa swego z[astęp]cę, kpt. Muchę, i wysyła go na miejsce z grupą ludzi, której liczebności nie potrafi określić. Równocześnie dzwoni do ppłk. Kuźnickiego oraz do KBW i 2 Dywizji.

Dzwoniąc do Kuźnickiego zastaje Gwiazdowicza.

Mjr Sobczyński pyta, kto zarządził rewizję i co mu jest o samej sprawie wiadomo. Mjr Gwiazdowicz odpowiada, że sprawa jest mu znana i uzgodniono z nim zeznania Zagórskiego. Mówi mu o meldunku złożonym przez Błaszczyków. Według tego meldunku − w piwnicy domu Komitetu Żydowskiego miały zostać zwłoki innego dziecka polskiego i tu oświadczył: „zdecydowaliśmy się przeprowadzić rewizję (zeznania mjr. Sobczyńskiego) dla skontrolowania tego domu”. Wysłany patrol milicji miał za zadanie odnależć zwłoki dziecka polskiego, o których wyżej była mowa. Mjr Sobczyński zażądał odwołania rewizji i wycofania milicji, gdyż doniesienia te są jawną prowokacją, oraz przekazania Błaszczyków WUBP, gdyż sprawa ma charakter wybitnie polityczny. Mjr Gwiazdowicz odpowiedział, że „czy to jest prowokacja, to się okaże póżniej” (zeznania mjr. Sobczyńskiego), a tymczasem sprawę doprowadzi do końca, że sam wie, co ma robić, i nie potrzebuje żadnych uwag. W odpowiedzi na to mjr Sobczyński obrzucił go wyzwiskami i na tym sprawa została przerwana.

Tymczasem sytuacja przed domem na Planty 7 staje się groźna. Około godz. 10-ej mjr Sobczyński zorientował się na podstawie doniesień, że sytuacja staje się poważna i wtedy po raz drugi zadzwonił do Gwiazdowicza, tym razem żądając przysłania jak największej ilości milicji dla opanowania sytuacji.

W międzyczasie kpt. Mucha z budynku Komitetu Żydowskiego dzwoni szereg razy, meldując o coraz groźniejszej sytuacji. Między innymi on też żąda przysłania straży pożarnej. Ok. godz. 10.00 zawiadamia, że przybył oddział wojska, lecz zachowanie jego zamiast poprawić, pogarsza sytuację. Około godz. 10.15 mjr Sobczyński wyjeżdża na miejsce zajść. Tu nie usiłuje objąć kierownictwa nad obecnymi pracownikami bezpieczeństwa, milicji i wojskiem. Ogranicza się jedynie do udzielenia pewnej pomocy jednej z uciekających z domu Planty 7 kobiet − Żydówek. Pod wpływem grożnej postawy tłumu wycofuje się z terenu i udaje się do WUBP. Stamtąd na skutek nalegań kpt. Muchy jedzie razem z nim do sztabu 2 Dyw[izji], gdzie domaga się od d[owó]dcy 2 Dywizji, płk. Kupszy wysłania większej ilości wojska i objęcia dowództwa przez niego osobiście. Płk Kupsza wysyła ponownie oddział żołnierzy pod dowództwem majora [Markiewicza?], następnie swego z[astęp]cę ppłk. Koniecznego i wreszcie sam się udaje na miejsce. Razem z ww. oddziałem żołnierzy mjr Sobczyński posyła kpt. Muchę, mówiąc mu, że „może razem z żołnierzami uda się coś zrobić” (zeznania mjr. Sobczyńskiego z dnia [brak daty]).

Do tej chwili mjr Sobczyński nie dawał polecenia sprowadzenia szkoły [funkcjonariuszy WUBP], gdyż przypuszczał, że można będzie przywrócić porządek siłami, jakimi dysponował na miejscu. Dopiero po rozmowie z płk. Kupszą (ok. godz. 10.30) dzwoni do szkoły WUBP. Na wiadomość o wyjściu huty Ludwików [w oryg.: Ludników] mjr Sobczyński wysyła dwóch pracowników z nieokreślonym bliżej poleceniem zatrzymania robotników, co oczywiście pozostaje bez skutku. Po porozumieniu się z sekretarzem P[olskiej]P[artii]R[obotniczej] − Kalinowskim udaje się do niego, gdzie zastaje wicewojewodę Urbanowicza i II sekretarza Lewina. Ponieważ konferencja nie daje rezultatów − opuszczają.

W tym czasie (przed godz. 13-tą) przybywa szkoła WUBP, pozostając po urzędem do godz. 14−14.30. Dopiero w tym czasie mjr Sobczyński wysyła ją pod budynek Planty 7 z poleceniem, ażeby samochodami ciężarowymi zabrać stamtąd pozostałych Żydów, co rzeczywiście wspólnie z wojskiem zostało w dużej mierze wykonane.

Na skutek pogłosek, że elementy faszystowskie mają zamiar napadać na poszczególne mieszkania żydowskie w mieście, mjr Sobczyński dał polecenie − rodziny żydowskie, zajmujące odosobnione mieszkania, sprowadzić do WUBP – do wieczora sprowadzono ok. 50 osób.

Odnośnie poszczególnych członków rodziny mjr. Sobczyńskiego, były wiadomości, że syn jego brał czynny udzial w pogromie. Niezależnie od poważnych danych potwierdzających te wiadomości − stwierdzono, że chłopiec ten (kilkunastoletni) nie jest synem mjr. Sobczyńskiego, a jest dzieckiem jednej z rodzin tzw. przyczółka, wziętym przez mjr. Sobczyńskiego na wychowanie w kwietniu 1946 r.

Mjr Sobczyński ani jego urząd nie rozporządzał żadnymi agenturalnymi danymi o agitacji antysemickiej i rzekomym uprowadzeniu H. Błaszczyka, tak, że wypadki go całkowicie zaskoczyły.

Jak stwierdza szereg jego współpracowników, przygotowywał się on tego dnia do wyjazdu do Warszawy ze sprawozdaniem z przebiegu Głosowania Ludowego i w stosunku do zaszłych wypadków wykazał wyjątkową małą aktywność i brak decyzji. Nawet te niedostateczne i przeważnie nieskonkretyzowane zarządzenia, jakie wydawał, były wydawane w większości pod naciskiem jego współpracowników, a przede wszystkim na nalegania kpt. Muchy.

Odnośnie MO w Kielcach, mjr Sobczyński na dłuższy czas przed 4 lipca meldował MBP o niezdrowych stosunkach politycznych tam panujących. W szczególności zaś meldował o szeregu antydemokratycznych wypowiedzi i niewłaściwym z punktu widzenia politycznego postępowaniu ppłk. Kuźnickiego.

Ppłk Kuźnicki Wiktor

Pierwszą wiadomość o zajściach na ul. Planty 7 ppłk Kuźnicki otrzymał ok. godz. 9.30. Był to meldunek jego z[astęp]cy, mjr. Gwiazdowicza o rzekomym więzieniu H. Błaszczyka w piwnicy Domu Komitetu Żydowskiego i dnia 4.07.[19]46 r. o tym, że poznał na ulicy osobnika (Żyda), który go 1.07. zatrzymał i do tej piwnicy sprowadził. Oraz o zarządzonej w związku z tym rewizji w domu Planty 7. Mjr Gwiazdowicz meldował mu również, że WUBP żąda przekaznia mu sprawy. Z takim żądaniem zwrócono się ze strony WUBP do ppłk. Kuźnickiego osobiście. Ppłk Kuźnicki przyjął do wiadomości meldunek i polecił mjr. Gwiazdowiczowi sprawę wyjaśnić na miejscu, oraz wydać odpowiednie zarządzenia. Odnośnie żądania WUBP przekazania mu sprawy, ppłk Kuźnicki odmówił temu żądaniu, odpowiadając że przedtem sam sprawę musi wyjaśnić.

W tym samym czasie ppłk Kuźnicki dzwoni do gen. Witolda i prosi go o zgodę na wycofanie wojska i bezpieczeństwa, pod pozorem, że wojsko i bezpieczeństwo mordują Żydów, [prosi, aby] sprawę kierowania akcją pozostawić wyłącznie milicji pod dowództwem Kuźnickiego. W odpowiedzi na tę propozycję, gen. Witold polecił mu porozumieć się z szefem WUBP.

Po rozmowie z gen. Witoldem, ppłk Kuźnicki zadzwonił do d-cy 2 Dywizji płk. Kupszy z prośbą o objęcie kierownictwa akcją. O godzinie 12-ej ppłk Kuźnicki po raz pierwszy wyjechał na miejsce wypadków, gdzie ograniczył się do przyjęcia od płk. Kupszy polecenia zabezpieczenia szpitala bezpośrednio, po czym odjechał, ażeby polecenie to wykonać.

Po raz drugi na miejscu był ok. godz. 12.30, w momencie, kiedy robotnicy z huty Ludwików przerwali kordon wojska i razem z tłumem mordowali Żydów. Jak sam podaje, nie widział gdziekolwiek zgrupowanej milicji, lecz luźno rozrzuconych w tłumie poszczegolnych milicjantów.

Mjr Gwiazdowicz Kazimierz

Przed godziną 9-tą mjr Gwiazdowicz, będąc w lokalu Komendy Wojewódzkiej MO został zawiadomiony przez kierownika sekretariatu miejskiego MO, że ten ostatni w porozumieniu z Sędkiem [w oryg.: Sendkiem], wysłał grupę milicjantów na „rewizję”. Mjr Gwiazdowicz dał swoją zgodę na tę rewizję, nie starając się o tym donieść swojemu przełożonemu, ppłk. Kuźnickiemu, ani też szefowi WUBP, mjr. Sobczyńskiemu (protokół przesluchania z dn. 6.08.br., s. 2).

Również zameldowano mjr. Gwiazdowiczowi o zatrzymaniu Zingera [w oryg. wszędzie: Cyglera], który miał rzekomo przetrzymać H. Błaszczyka w piwnicy, i o interwencji przewodniczącego Komitetu Żydowskiego dr. Kahane w sprawie jego zwolnienia. Na energiczne żądanie mjr. Sobczyńskiego − odwołania „rewizji” odmówił, mówiąc, że sprawę musi doprowadzić do końca (zeznanie mjr. Sobczyńskiego z dnia [brak daty]).

Mjr Gwiazdowicz porozumiał się z ppłk. Kuźnickim i otrzymał od niego polecenie − zorientować się w sprawie na miejscu i wydać samemu odpowiednie zarządzenia. Mjr Gwiazdowicz w odpowiedzi na telefon Sędka w sprawie zatrzymania Zingera polecił mu wstrzymać się z prowadzeniem sprawy czasu jego przyjazdu. Po przyjezdzie na komisariat, polecił aresztowanego Zingera wraz z depozytem przesłać do Wydziału Śledczego Komendy Wojewódzkiej MO (pomimo uprzedniego żądania mjr. Sobczyńskiego, ażeby aresztowanego wydał WUBP), a następnie dał ogólnikowe polecenie − wysłania grupy milicjantów, celem rozpędzenia zebranego na ul. Planty tłumu.

Po swoim pobycie w komisariacie powrócił do Komendy Wojewódzkiej i tam przez szereg godzin był zajęty pisaniem raportu do Komendy Głównej MO. W międzyczasie na polecenie ppłk. Kuźnickiego wysłał szkołę milicyjną na miejsce wypadków (godz. ok. 12−13), część zaś na ochronę szpitala. Po godzinie 14-ej polecił wezwać Sędka i zatrzymał go z tego powodu, że ten wysłał pierwszą grupę milicjantów dla dokonania rewizji w Domu Komitetu Żydowskiego, jedynie na ustną wiadomość, a bez pisemnego doniesienia ze strony Błaszczyka.

Dopiero wtedy (między godz. 14 a 15) po raz pierwszy udał się na miejsce wypadków. W momencie przybycia Gwiazdowicza, niejaki Franczak wygłaszał podburzające przemówienie o treści antysemickiej i antyrządowej i zakończył je okrzykiem: „Niech żyje Polska sanacyjna”. Zebrani oklaskiwali mówcę. Jak podaje świadek Nabiałczyk, mjr Gwiazdowicz oklaskiwał również i uścisnął rękę mówcy. Gwiazdowicz do tego się nie przyznaje.

Postępowanie mjr. Gwiazdowicza w dniu 4.07.[19]46 r. cechuje uleganie cudzym wpływom, nielojalność w stosunku do WUBP, chęć uniknięcia odpowiedzialności, całkowita kapitulacja przed rozwydrzoną agitacją reakcyjną.

Stosunki panujące w MO i ich wpływ na przebieg wypadków 4.07.1946 r.

Należy podkreślić ogólnie stwierdzony fakt, że wielu milicjantów brało czynny udział w pogromie. Zjawisko to nie jest przypadkowym. Dla scharakteryzowania stosunków w milicji w Kielcach i Komendzie Woj[ewódzkiej] wystarczy podać, że:

1) Stanowisko szefa Wydziału Śledczego zajmował mjr Dobroczyński Stafan, były akowiec (ujawniony jako m[a]j[o]r AK).

2) Jego z-cą był dr ppor. Majewski [– Laske] Tadeusz, który przez 3 miesiące przebywał w więzieniu P[owiatowego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] w Częstochowie, jako podejrzany o NSZ, zwolniony z braku dowodów.

3) Szefem Wydziału Gospodarczego Komendy Wojewódzkiej MO był kpt. Jarosz Antoni, b[yły] instruktor szkoły podchorążych B[atalionów]Ch[łopskich], który według niepotwierdzonych danych utracił rękę w czasie rozbicia żydowskiego oddziału partyzanckiego

4) Szef Sekcji Dyscyplinarnej Kom. Woj. MO, b[yły] legionista, właściciel 2 dużych kamienic w Kielcach, przed rokiem 1939 należał do endecji.

5) Kierownik Komisariatu Miejskiego MO − Zagórski, podejrzany o przynależność do AK.

6) Kierownik Wydziału Śledczego w Komisariacie Miejskim MO Sędek (brat jego znany ONR-owiec, obecnie członek K[omendy]G[łównej] NSZ, osadzony na Mokotowie, drugi brat słynny gestapowiec, związany rzekomo z NSZ-tem, obecnie znajduje się zagranicą).

Powyższe dane personalne wymienionych pracowników były znane tak ppłk. Kuźnickiemu, jak i jego z-cy do spraw pol[ityczno]-wych[owawczych], mjr. Gwiazdowiczowi. Pomimo to płk Kuźnicki o wszystkich ww. był dobrego zdania, a mjr. Dobroczyńskiego darzył specjalnym zaufaniem.

Ppłk Kuźnicki nie tylko miał o nich dobrą opinię, ale przeciwstawiał się wyraźnemu rozkazowi Kom[endy] Gł[ównej] usunięcia z odpowiedzialnych stanowisk, politycznie nieodpowiednich elementów, m.in. mjr. Dobroczyńskiego imiennie. W odpowiedzi na wiadomość o tym rozkazie, ppłk Kuźnicki powiedział: „Co mi tam jego (tzn. płk. Rossnera) rozkazy, ja uczciwych ludzi, którzy ciągną całą robotę wydalać nie będę, oni są akowcami, a tem samem uczciwymi ludźmi” (protokół przesłuchania kpt. Olszańskiego z dnia 2.08.[19]46 r.).

Że ppłk Kuźnicki ulegał wpływom w ww. środowisku, którym się sam otoczył, świadczy szereg jego wybitnie reakcyjnych wypowiedzi − w związku z odmową wykonania wspomnianego wyżej rozkazu K[omendy]G[łównej], wyraził się: „Peeselowcy lepiej pracują aniżeli pepeerowcy, jakich ludzi trzymać w aparacie − ja będę decydował (protokół zeznania [Stefana] Latosińskiego [w oryg.: Lutwińskiego]). „Łatwiej dogadać się i uzyskać pomoc od PSL niż od PPR”. „W WUBP siedzą sami Żydzi, którym nie zależy na zaprowadzeniu porządku drogą ewolucyjną, a na mordowaniu ludności” (prot[okół] przesł[uchania] mjr. Gwiazdowicza z dn. 6.8.[19]46). „Sowieci celowo prowokują, aby zakłócić spokój w Polsce” (Olczyk [w oryg.: Olczak] Stanisław 13.8.[19]46). W rozmowie z kpt. Olszańskim oświadczył: „Kapitanie, ja też kiedyś tak myślałem jak wy, ale przekonałem się, że nas oszukano, ja walczyłem o Polskę bez Żydów” (prot[okół] przesł[uchania] kpt. Olszańskiego, 2.8.[19]46).

O zasadniczo wrogim nastawieniu płk. Kuźnickiego do dzisiejszej rzeczywistości politycznej w Polsce świadczą nie tylko jego otoczenie i wypowiedzi, ale również jego postępowanie. Jako przykład może posłużyć sprawa 20 NSZ-owców, zatrzymanych przez MO [w] miesiącu grudniu [19]45. Mimo to, że sprawa ta miała charakter wybitnie polityczny, ppłk. Kuźnicki nie tylko jej sam nie przekazał do WUBP, ale przeciwko uczynionej w tym kierunku propozycji swego zastępcy kpt. Olszańskiego − stanowczo zaprotestował.

W toku prowadzonego przez mjr. Dobroczyńskiego śledztwa, 17 spośród 20 zatrzymanych NSZ-owców zbiegło z aresztu K[omendy]W[ojewódzkiej] MO, a po krótkim czasie została wykradziona broń i wszystkie dokumenty odebrane tej bandzie w czasie operacji. Na pytanie w czasie śledztwa, jakie zostały wyciągnięte konsekwencje w stosunku do winnych ucieczki, ppłk Kuźnicki odpowiada: „Nie pamiętam” (prot[okół] przesł[uchania] ppłk. Kuźnickiego z dn. 9.08.[19]46).

Wobec opisanych wyżej stosunków, panujących w KW MO, fakt złych stosunków pomiędzy niemi i WUBP i osobiście między ppłk. Kuźnickim a mjr. Sobczyńskim, nie wymaga bliższych wyjaśnień.

Jest rzeczą zrozumiałą, że, że przy takich stosunkach panujących w kierownictwie kieleckiej MO i wobec stałego ideologicznego i organizacyjnego nacisku wrogiego podziemia, jego wpływy w szeregach tej milicji nie mogły nie przybrać szerszych rozmiarów. Zewnętrznym wyrazem tego było zachowanie MO w dn. 4.06.[19]46, poczynając od organizowania „rewizji” w Domu Komitetu Żydowskiego i sabotowania przez kierownictwo akcji zmierzającej do przywrócenia porządku, a kończąc na bezpośrednim mordowaniu Żydów przez szereg członków MO.

Wniosek

Reasumując powyższe należy stwierdzić:

1) mjr Sobczyński winien jest, że:

a) nie rozbudował aparatu informacyjnego, przez co wypadki z dn. 4.8.[19]46 całkowicie go zaskoczyły

b) podczas pogromu wykazał nieudolność i brak jakiejkolwiek, odpowiadającej jego stanowisku, inicjatywy.

2) ppłk Kuźnicki winien jest, że:

a) przez publiczne manifesowanie swoich antydemokratycznych poglądów, oraz przez swoją politykę personalną, doprowadził do opanowania aparatu MO przez wrogie demokracji, niepewne politycznie elementy

b) świadomie uchylał się od współpracy z WUBP

c) w dniu 4.07.[19]46 nie przekazal sprawy Błaszczyka do WUBP i nawet takiemu przekazaniu sprzeciwił się, a w związku z przebiegiem pogromu wykazał nie tylko nieudolność, [ale] niemal całkowitą bezczynność.

3) mjr Gwiazdowicz winien jest, że:

a) jako z-ca komendanta KW MO tolerował w swoich szeregach milicji wrogie i niepewne polityczne elementy

b) aprobował wysłanie pierwszej grupy pracowników milicji na tzw. rewizję w Domu Komitetu Żydowskiego

c) sprzeciwił się przekazaniu sprawy WUBP

d) w ciągu dnia 4.07.[19]46 wykazał niemal całkowitą bezczynność

e) po południu, w czasie antydemokratycznego antyrządowego przemówienia faszysty Franczaka przez oklaskiwanie przemówienia i podanie ręki mówcy, powagą swego munduru i stanowiska skutecznie poparł reakcyjne wystąpienie.

Wobec powyższego proszę Ob. Ministra o zgodę na skierowanie sprawy ww., tzn. mjr. Sobczyńskiego, ppłk. Kuźnickiego i mjr. Gwiazdowicza − do Prokuratury WP.

1.16 Protokoły Stronnictwa Demokratycznego w Kielcach z lipca 1946

Źródło: Protokoły z posiedzeń Prezydium Wojewódzkiego Komitetu Stronnictwa Demokratycznego w Kielcach, rkps; Akta główne prokuratora w sprawie „Pogromu kieleckiego”, S58/01/Zk, t. 11, k. 91, 92, 95, 96.

4 lipca 1946, godz. 12 min. 20

Przybył do lokalu Stron[nictwa] Dem[okratycznego] Kom]itetu Woj[ewódzkiego w Kielcach ob. Domagała, przedstawiciel Mł[odzieży] Dem[okratycznej], i oświadczył, iż przed chwilą był w domu gminy żydowskiej w Kielcach przy ul. Planty, gdzie odbywa się walka i widział w jednej sali ułożone zwłoki [skreślona cyfra 11] kilkunastu dzieci płci męskiej i żeńskiej − niektóre z poderżniętym gardłem − śladów specjalnych okaleczeń na ciałach nie zauważył. Na podwórzu i placu naliczył 17 zabitych Żydów − poległ 1 oficer i 2 żołnierzy. Żydzi w dalszym ciągu są ukryci w piwnicy i na strychu − strzelają − i nie pozwalają opanować budynku. W akcji bierze udział wojsko 2. i 4. Pułku. Obecni: Strzembalski L[eon], Jachowicz M[ikołaj], Chojnowicz [?] H., Łaczkiewicz [?] D[r?]. [podpis: H.Chojnowicz?]

5 lipca 1946, godz. 11 m[inut] 30

Obecni: D.[r?] Winiarski [Adam], Strzembalski L[eon], Jachowicz, Łaczkiewicz, Chojnowicz i Domagała

Zapytany przez D[r?] Winiarskiego ob[ywatel] Domagała oświadczył, iż w budynku gminy żydowskiej widział trupów w sali − z zamkniętemi okiennicami − i że nie może twiedzić, czy to były trupy dzieci czy dorosłych. W czasie, gdy oglądał wyżej wymienione trupy, był i porucznik [?] Jędrzejczyk. W tym stanie rzeczy poprzednia informacja ob. Domagały, że w dnia 4.07.[19]46 widział w budynku Gm[iny] Żydow[skiej] w Kielcach trupy dzieci, jest co najmniej nieścisła.

Protokołował H. Chojnowicz [?]

8 lipca 1946. Posiedzenie Prezydium.

Obecni. D[r?] Winiarski, Strzembalski L[eon], D[r?] Łuczkiewicz, Jachowicz i Chojnowicz.

W sprawie ob. Domagały − zważywszy, że plotka rozsiewana przez ob. Domagałę jest w najwyższym stopniu szkodliwa dla interesów Państwa i Stronnictwa − mimo iż została rozpuszczona przez ob. Domagałę wewnątrz Stronnictwa i już po zajściach w Kielcach w dn. 4 lipca r[oku] b[ieżącego], Prezydium R[ady] W[ojewódzkiej] postanawia wykluczyć Domagałę ze Stronnictwa Dem[okratycznego] oraz w trybie nadzoru zawiesić go w prawach Prezesa Z[wiązku] M[łodzieży] D[emokratycznej] w Kielcach, jak również wezwać Zarząd ZMD w Kielcach do dalszego załatwiania tej sprawy w samym ZMD z zaleceniem, aby tenże Zarząd wykluczył Domagałę ze ZMD. Jednocześnie Prezydium Komitetu Wojewódzkiego postanawia: powierzyć prowizoryczne kierownictwo ZMD w Kielcach ob. Banasikowi [?] aż do czasu [tekst urwany]

[dokończenie na s. 96, t. 11. 96, ze zmienioną datą posiedzenia, teraz 5 lipca] …wyboru nowego Prezesa ZMD.

Kielce, 5 lipca 1946 [sześć nieczytelnych podpisów]

Na lewym marginesie pionowo: „przyjąłem do wiadomości. Domagała [?]”

1.17 Wypadki kieleckie, anonimowy artykuł z prasy podziemnej, lipiec(?)1946

[Uwaga, pod tym samym tytułem jest część sprawozdania PSL z konferencji prasowej dla dziennikarzy zagranicznych w d. 24/7/46, zob. plik AIPN Ki_53_4753 Wypadki kieleckie _ PSL]

Źródło: Akta główne prokuratora w Krakowie w sprawie „Pogromu kieleckiego”, S58/01/Zk. t. 8, k. 61−68; t. 11, k. 110−114, tekst znajduje się też w aktach syg. AIPN Ki_0_15_342, s. 9−12, mps.

1946 lipiec (?)

Anonimowy artykuł o pogromie kieleckim z prasy podziemnej

Wypadki, nazwane przez prasę zagraniczną „pogromem żydowskim”, które rozegrały się w Kielcach dnia 4 VII 1946 br., stanowią typową sprawę poszlakową. Nic w tej sprawie, nawet stan faktyczny, nie daje się ustalić ze stuprocentową pewnością na podstawie bezspornych faktów. Czyni to całą sprawę od razu podejrzaną. Gdy powiem, [że] każde sprawozdanie i każda relacja z miejsca wypadków są w znacznej mierze odmienne, jest to możliwe tylko w wyniku starannego zacierania faktów i tworzenia śladów fałszywych, co leży w możliwościach jedynie władz bezpieczeństwa.

Stan faktyczny zajść kieleckich wygląda mniej więcej w ten sposób:

l. Dn. 4.VII.we wczesnych godzinach rannych w 8. Komisariacie M[ilicji]O[bywatelskiej] w Kielcach zgłosiła się niejaka Błaszczykowa (wg innych relacji Błaszczyk) z 9-letnim synem celem zameldowania, że chłopiec był przez dwa dni przetrzymywany przez Żydów w domu przy ulicy Planty nr 7, w którym mieściła się gmina żydowska, i że wzięto od niego krew. Wg niektórych relacji − zameldowanie to zostało złożone poprzedniego dnia wieczorem, lecz ponieważ działo się to o godzinie 11.00 wieczór, dyżurny milicjant polecił z zameldowaniem zgłosić się następnego dnia, przy czym nie sporządził nawet protokołu.

2. Po otrzymaniu zameldowania Błaszczyków dnia 4.VII. rano oficer milicji z dwoma milicjantami (wg innych relacji 7 osób) wraz z meldującymi udali się na ulicę Planty nr 7 dla przeprowadzenia rewizji. Jednak nie zostali przez mieszkańców puszczeni do środka. Za patrolem milicji szła stale rosnąca grupa wzburzonych ludzi. Do grupy tej mieli jakoby dołączyć się pojedynczy funkcj[onariusze] U[rzędu]B[ezpieczeństwa] i żołnierze W[ojska]P[olskiego].

3. Koło 9-ej rano oficer milicji z kilku szeregowymi wdarł się do domu gminy żydowskiej siłą, a po krótkim czasie usłyszano stamtąd strzelaninę. Na jej głos część umundurowanych trzymających kordon przed domem, składająca się z funkcj[onariuszy] UB i MO i żołnierzy, wpadła również do domu, a za nimi część cywilów. Po chwili z domu wywieziono zabitych: oficera z MO i dwóch milicjantów.

4. Ten fakt stał się przyczyną niezwykłego podniecenia tłumu, rozgorączkowanego już najróżniejszymi pogłoskami, m.in. powtarzaną przez wszystkich, a pochodzącą z nieujawnionego źródła pogłoską, iż Żydzi zamordowali 11 dzieci polskich dla pobrania od nich krwi dla celów transfuzji. Milicja i funkcjonariusze UB i żołnierze wpadli wówczas gromadnie do domu i zaczęli, kopiąc i bijąc kolbami, wyrzucać Żydów przed dom, na pastwę rozszalałego tłumu, który Żydów dobijał. Wg niektórych doniesień funkcj[onariusze] UB i MO mieli to czynić względnie dyskretnie, zachęcając jedynie tłum, aby „robić co należy”.

5. UB jako takie nie zjawiło się długo w ciągu całej pierwszej fazy zajścia i nie zlokalizowało, a nawet nie próbowało zlokalizować zajścia.

6. Wszystkie relacje zgodne są co do faktu, że przybyły na miejsce prokurator sądu okręgowego nie został przez UB dopuszczony do wnętrza domu.

7. Ekscesy rozszerzyły się na całe miasto, a nawet okolice, gdzie trwały do późnego popołudnia, stanowiąc drugą fazę zajścia.

8. Po tym nastąpiły aresztowania, które objęły ludzi z różnych sfer, nie mających na pewno z zajściami tymi nic wspólnego.

9. W kilka dni później odbyła się sprawa sądowa w sądzie wojskowym, która była zaprzeczeniem najprymitywniejszych zasad wymiaru sprawiedliwości. Obrońcom wyznaczonym z urzędu uniemożliwiono wszelką obronę, akt oskarżenia był kiepskim artykułem propagandowo-politycznym, ale nie miał nic wspólnego z aktem prawno-sądowym, procedura − nawet ta ograniczona, sądu doraźnego − nie była zachowana. Wyrok: 3 oskarżonych skazano na długoletnie więzienie, reszta, tj. 9 − na karę śmierci.

10. Przewód sądowy nie tylko nie wyjaśnił stanu faktycznego zajścia, ale nawet go ostatecznie zaciemnił. Wszelkie pytania obrony mające na celu wyjaśnienie zachowania się milicji i żołnierzy − były natychmiast uchylane przez przewodniczącego na wniosek prokuratora, motywowany poleceniem wyższych władz państwowych ze względu na to, że działalność organów bezpieczeństwa w tej sprawie wymaga do pewnego czasu zachowania tajemnicy.

Przy analizie powyższego stanu faktycznego pierwszym nasuwającym się pytaniem jest, co było właściwie bezpośrednio przyczyną zajść, co spowodowało takie podniecenie tłumu, iż doszło do tak krwawych ekscesów. Były, jak widać, dwa takie impulsy: opowiadanie 9-letniego chłopca o przetrzymywaniu go przez Żydów i pobraniu jego krwi oraz tajemnicza pogłoska o zamordowaniu pewnej ilości dzieci polskich przez Żydów, również dla uzyskania krwi do transfuzji. Należy tu zaznaczyć, iż wszystkie doniesienia są zgodne, że nie było w ogóle mowy o mordach rytualnych, co zostało użyte jako motyw propagandy oficjalnej i było przez nią umiejętnie zasugerowane korespondentom zagranicznym. Wg niektórych relacji mały Błaszczyk miał się następnie załamać i przyznać, że spędził dwa dni na wsi u znajomych ojca.

Od razu nasuwa się pytanie: kto mógł mieć cel zainspirowania Błaszczyka i puszczenia w bieg pogłoski podburzającej tłum. Propaganda oficjalna poszła tu po linii − reakcja, wrogowie demokracji, ruch podziemny, andersowcy. Dowodem miały być okrzyki tłumu na cześć generała Andersa i wrogie wobec rządu. Wszystkie relacje są jednak zgodne, że były okrzyki antyżydowskie, ale nie było okrzyków na cześć generała Andersa, a nawet nie było okrzyków antyrządowych.

Na sformułowane wyżej pytania nie można odpowiedzieć pozytywnie, nie ujawniono bowiem dotychczas faktów, które by pozwalały niezbicie ustalić prowokatora. Można jednak stwierdzić, że tłumowi były obce jakieś nastroje polityczne inne, niż nienawiść do Żydów oraz można śmiało wypowiedzieć stwierdzenie, że ruchy podziemne nie odniosły i nie mogły odnieść korzyści z całej sprawy, a natomiast, że wyraźną korzyść odniosły, przynajmniej chwilowo, czynniki rządowe, które wobec zagranicy zdołały stworzyć pozory energicznego działania w duchu zwalczania antysemityzmu. Jeśli nawet na Zachodzie po pewnym czasie przyszła, czy przyjdzie refleksja, to w pierwszej chwili zagranica w każdym razie da się wziąć na lep tego posunięcia. Dla sprawy poszlakowej jest to ważny czynnik. Należy przy tym dodać, że władze miały możliwość usunięcia w ten sposób świadków, którzy mogliby popełnić niedyskrecję rzucającą światło i że w tej chwili [z] możliwości [tej] w pełni skorzystały, aresztując kilku oficerów bezpieczeństwa i milicji, m.in. mjr. Sobczyńskiego, szefa W[ojewódzkiego]U[rzędu]B[ezpieczeństwa]P[ublicznego] w Kielcach, oraz tych milicjantów, którzy byli na miejscu zajść. Usunięto również prezesa kieleckiego P[olskiej]P[artii]R[obotniczej].

Inną poszlaką obciążającą czynniki rządowe, ściślej czynniki bezpieczeństwa − jest nieudolność w niedopuszczaniu do rozszerzenia się ekscesów oraz nieumiejętność zlikwidowania ich w zarodku. Takiej horrendalnej wprost nieudolności nie można tłumaczyć inaczej jak rozmyślnym działaniem. Wszystko to robi wrażenie, jakby władzom bezpieczeństwa zależało na jak największej ilości ofiar oraz na jak największym rozgłosie sprawy na terenie międzynarodowym. Oczywiście i tu dowodu dać nie można. Byłoby to możliwe jedynie w razie dostępu do tajnych archiwów władz bezpieczeństwa.

Kilka otrzymanych relacji o rozmowach z Żydami znającymi stosunki kieleckie zdaje się te supozycje potwierdzać. Jeden z nich stwierdził wobec swego rozmówcy, że wyjechał z Kielc w przewidywaniu antyżydowskich zaburzeń, gdyż do nich wyraźnie zmierzała prowokacyjna polityka prowadzona przez kieleckie UB, obsadzone zresztą w znacznej mierze przez dobranych Żydów.

Również Żydzi przewiezieni z Kielc do Łodzi do szpitala stwierdzili, że wypadki przybrały tak poważne rozmiary jedynie dzięki temu, iż władze bezpieczeństwa nie interweniowały zupełnie do godz. 17, oraz że początek zajściom dały zorganizowane oddziały umundurowane pochodzące z innych terenów, które następnie wycofały się przed wejściem do akcji oddziałów mających zaprowadzić ład.

Jedna z relacji mówi o rozmowie z Żydem, znanym sprawozdawcy z okresu przedwojennego, który w wypadkach kieleckich widzi efekt b[ardzo] wyraźnej polityki władz bezpieczeństwa − doprowadzenie do zamieszek, aby je wykorzystać dla aresztowania z góry upatrzonych ludzi, których posądza się o tak zwany reakcjonizm: potwierdzeniem tej tezy może być w pewnym stopniu samobójstwo St.[?] Adlera, naczelnika wydziału w biurze prawnym Prezydium Rady Ministrów, podłożem którego, jak się przypuszcza, było przygnębienie na widok sytuacji, w jaką Żydzi w Polsce sami siebie wpędzili.

Nie siląc się nawet na danie dowodów, co jest niemożliwe, na podstawie pisanych poszlak z bardzo wielkim prawdopodobieństwem [można] uznać, że ekscesy kieleckie były spowodowane rozmyślnie − i to nawet w sposób szyty grubymi nićmi − przez władze bezpieczeństwa celem:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zob. część 12 niniejszego tomu i omówienie w rozdziale 15 tomu pierwszego: Michał Chęciński i jego archiwum. [wróć]

Zob. omówienie w tomie pierwszym, rozdz. 5: Schowek nr 1: „Syjoniści” i rozdz. 6: Schowek nr 2: Władysław Janowski przesłuchuje Kalmana Zingera. [wróć]

Dziękuję prof. Krzysztofowi Persakowi za pomoc w uzyskaniu dostępu do tych źródeł, a Magdalenie Prokopowicz za ich sfotografowanie. [wróć]

Zob. rozdz. 7: Władysław Dzikowski i jego raport. [wróć]

Ich skrót znajduje się w części IV tomu pierwszego pt. Wstrząsy wtórne. [wróć]

Jest to ok. 120 stron nieuporządkowanych relacji ocalałych z pogromu kieleckiego. Andrzej Miłosz zarejestrował je przygotowując film pt. Henio i 23/4/1996 przekazał Głównej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. Dziś znajdują się one w zasobie IPN, pt. Materiały różne dotyczące sprawy pogromu kieleckiego w 1948 r. (S.3/92/NK) – kopie różnych dokumentów, sygn. AIPN Ki_53_4749, k. 1–126 [wróć]

Bożena Szaynok, Pogrom Żydów w Kielcach 4 lipca 1946, Bellona, Warszawa 1992; B. Szaynok, Z. Wrona, Pogrom kielecki w dokumentach, „Dzieje Najnowsze”, XXIII: 1991 [wróć]

Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały, t. 1, oprac. Stanisław Meducki, Zenon Wrona, Kielce 1992; t. 2, oprac. Stanisław Meducki, Kielce 1994 (dalej: Meducki I i II) [wróć]

Wokół pogromu kieleckiego, red. Jan Żaryn, Łukasz Kamiński, t. 1, Kielce 2006; Wokół pogromu kieleckiego, red. J. Żaryn, Ł. Kamiński, t. 2, Kielce 2008 (dalej: Wokół I i II) [wróć]

Zeznanie ks. Jana Danilewicza: „W lipcu 1946 ks. biskup Kaczmarek zwrócił się również w tej sprawie [tzn. opracowania dotyczącego pogromu kieleckiego] do Wrzeszcza Jana z prośbą o opracowanie rozruchów pod względem prawnym. Opracowanie to, tzn. Wrzeszcza Jana, wykorzystał ksiądz Żywczyński, jak sam o tym wspominał. Ks. bp. Kaczmarek mówił, że naświetlenie sprawy rozruchów antyżydowskich zostanie wysłane do Rzymu, oraz jeden egzemplarz będzie doręczony ambasadorowi Bliss-Lane”, IPN BU_944_533, k. 271. Zob. także: BU_0330_233_1, k. 134: „lipiec 1946, na polecenie K.[aczmarka] Wrzeszcz Jan przy udziale [ks.] Danilewicza opracowuje elaborat o rozruchach antysemickich w Kielcach”. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pod klątwą. Tom 2 Pod klątwą. Tom 1 Okrzyki pogromowe. Szkice z antropologii historycznej Polski lat 1939-1946 Wyzwolenie przez zmysły. Tybetańskie koncepcje soteriologiczne 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie